Wydawca: Cyfrant Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 1973

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 94 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wielkość urojona - Stanisław Lem

W jaki sposób można nauczyć mówić bakterie? Czy Lem przewidział schemat działania Wikipedii? Czy komputery są zdolne do wierzeń religijnych?

Książka, która wykracza poza ramy swojego czasu oraz granice tradycyjnie pojmowanej literatury.

Opinie o ebooku Wielkość urojona - Stanisław Lem

Fragment ebooka Wielkość urojona - Stanisław Lem

Stanisław Lem

"Wielkość urojona"

© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2012

projekt okładki: Anna Maria Suchodolska

© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek

www.cyfrant.pl

ISBN 978-83-63471-17-0

Kraków

2012

Wszelkie prawa zastrzeżone

Stanisław Lem

WIELKOŚĆ UROJONA

Spis treści

Wielkość urojona

Cezary Strzybisz, „Nekrobie” (139 reprodukcji)

Reginald Gulliver, Eruntyka

Historia literatury bitycznej

Ekstelopedia Vestranda w 44 magnetomach

Vestranda Ekstelopedia Arkusz próbny

WIELKOŚĆ UROJONA

WSTĘP

Sztuka pisania wstępów od dawna domaga się indygenatu. Od dawna też oblegała mnie potrzeba zadośćuczynienia temu piśmiennictwu pod zaborem, które milczy o  s o b i e  od czterdziestu wieków – w niewoli dzieł, do jakich je przykuto. Kiedyż, jeśli nie w epoce ekumenizacji, to jest wszechracji, należy wreszcie obdarzyć niepodległością ten gatunek szlachetny kiełznany w powiciu? Liczyłem wszakże na to, że ktoś inny wypełni tę powinność, nie tylko estetycznie zgodną z rozwojowym kierunkiem sztuki, ale moralnie wprost naglącą. Niestety, przeliczyłem się. Próżno patrzę i czekam: nikt jakoś nie wyprowadza Wstępopisarstwa z domu niewoli, z kieratu pańszczyźnianych służb. A więc nie ma rady: muszę sam, jakkolwiek z poczucia obowiązku raczej niż z odruchu serca, pospieszyć z pomocą Introdukcjonistyce – zostać jej wyzwolicielem i akuszerem.

Ma ta ciężko doświadczona dziedzina swoje państwo dolne, Wstępów najemnych, pociągowych, zaciężnych i zgrzebnych, albowiem niewola deprawuje. Zna też zadufanie i narymność, gest zdawkowy i zadęcie jerychońskie. Oprócz szeregowych wstępów istnieją też szarże – jako Przedmowy i Wprowadzenia, a i zwykłe Wstępy nie są sobie równe, bo czymś innym jest wstęp do książki własnej, innym zaś do cudzej. Także poprzedzić nim pierwsze wydanie to coś innego, aniżeli wkładać trud w pomnażanie wstępów do wydań licznych a kolejnych. Moc zbioru wstępów, nawet nijakich, którą obrosło dzieło namolnie wciąż wydawane obraca papier w opokę porażającą knowania Zoilów – któż bowiem ośmieli się zaatakować książkę z takim przedpiersiem pancernym, spoza którego już nie tyle treść jej widać, ile takowej szacowność nietykalną!

Wstęp bywa zapowiedzią powściągliwą z dostojeństwa lub dumy, obligiem sygnowanym przez autora, to znów – wymuszoną przez konwenans, pobieżną, choć i przyjazną – manifestacją symulowanego w gruncie rzeczy zaangażowania się jakiegoś autorytetu w książkę: więc jest listem żelaznym, glejtem, przepustką do wielkiego świata, wiatykiem z możnych ust – chwytem daremnym, który ciągnie w górę to, co i tak utonie. Niewypłacalne są te weksle – i tylko rzadko który sypnie złotem, a jeszcze procentami obrodzi. Lecz wszystko to pominę. Nie zamierzam wdawać się w taksonomię Introdukcjonistyki ani nawet w elementarną klasyfikację tego postponowanego dotąd, na kantarach trzymanego rodzaju. Cuganty czy chabety – jednako w nim zaprzęgiem chodzą. Niechże się Linneusze zajmą tą pociągową stroną rzeczy. Nie takim wstępem poprzedzam moją małą antologię Wstępów Wyzwolonych.

Wypada tu zstąpić do głębi. Czym może być wstęp? Zapewne reklamiarstwem łżącym w żywe oczy, ale również wołaniem na puszczy Jana Chrzciciela czy Rogera Bacona. Refleksja wskazuje nam więc, że oprócz Wstępów do Dzieł istnieją Dzieła-Wstępy, albowiem tak Święte Księgi wiar wszelkich, jak tezy i futuromachie uczonych są Przedmowami – do Tego i Tamtego świata. Namysł zdradza więc, że Państwo Wstępów jest nieporównanie rozleglejsze od Państwa Literatury, co ona bowiem  z i ś c i ć  usiłuje, to Wstępy tylko zapowiadają – z oddali.

Odpowiedź na już nabrzmiewające pytanie – po kiego licha trzeba się wdawać w walkę o wyzwolenie wstępów i proponować je jako suwerenny gatunek pisarski, prześwituje z dopiero co powiedzianego. Można jej udzielić albo jak z bicza strzelił, albo przywołując na pomoc wyższą hermeneutykę. Najpierw da się ten projekt uzasadnić bezpatetycznie – z liczydłem w ręku. Czy nie zagraża nam potop informacyjny? I czy nie w tym jego potworność, że on piękno pięknem miażdży, a prawdą prawdę unicestwia? A to, ponieważ głos miliona Szekspirów jest taką samą wrzawą i wściekłym hałasem, jak głos stada bawołów na stepie lub bałwanów na morzu. Tak miliardowe sensy, zderzając się, nie honor przynoszą myśli, lecz zgubę. Czy w obliczu takiej fatalności nie jest już tylko Milczenie zbawienną Arką Przymierza Twórcy z Czytelnikiem, skoro pierwszy zdobywa zasługę, powstrzymując się od snucia treści jakichkolwiek, a drugi – przyklaskując tak okazanej rezygnacji? Zapewne... i można by powstrzymać się od pisania  n a w e t  samych wstępów, lecz wówczas akt objawionej powściągliwości nie będzie dostrzeżony, tedy i ofiara nieprzyjęta. Toteż są moje Wstępy zapowiedziami takich grzechów, od których się powstrzymam. To – na planie kalkulacji zimnej i czysto zewnętrznej. Lecz rachuba nie wyjawia jeszcze, co Sztuka zyska na ogłoszonych wyzwolinach. Wiemy już, że i niebieskiej manny nadmiar działa kamienująco. Jak się od niego ratować? Jak ocalić ducha od samozagwożdżenia? I czy doprawdy właśnie tutaj ocalenie, właśnie przez Wstępy dobra droga prowadzi?

Przywołany doktor świetlisty, z hreczkosieja hermeneutyk, Witold Gombrowicz, tak by rzecz wyłożył. Nie o to idzie, czy komukolwiek, a choćby i mnie, pomysł uwolnienia Wstępów od Treści, jakie mają zapowiadać, podobał się – albo i nie podobał. Podlegamy bowiem bezapelacyjnie prawom Ewolucji Formy. Sztuka nie może stać na jednym miejscu ani powtarzać się w kółko: właśnie przez to nie może się  t y l k o  podobać. Jeśli zniosłeś jajo, musisz je wysiedzieć; jeśli wylągł ci się z niego ssak miast gada, trzeba mu dać coś do possania; jeżeli więc kolejny krok doprowadza nas do tego, co budzi powszechną niechęć, a nawet stan przywomitalny, nie ma rady: dopracowaliśmy się już Tego Właśnie, już tak daleko dopchaliśmy i dociągnęli samych siebie, więc z wyższego niż przyjemność nakazu przyjdzie nam obracać w oku, w uchu, w umyśle – Nowe, kategorycznie zaaplikowane, bo zostało odkryte na drodze hen wzwyż – tam, gdzie nikt wprawdzie nie bywał i bywać nie chce, skoro nie wiadomo, czy da się Tam choć przez chwilę wytrzymać – lecz, zaiste, dla Rozwoju Kultury nie ma to najmniejszego znaczenia! Lemat ten, z dezynwolturą właściwą nonszalanckiej genialności, każe nam jedną – starą – spontaniczną, więc nieuświadomioną niewolę na nową zamienić; nie rozcina pęt, lecz tylko lonżę nam wydłuża; jakoż gna nas w Niewiadome, zwąc wolnością – zrozumianą konieczność.

Lecz ja, wyznaję uczciwie, innego łaknę uzasadnienia dla herezji i buntu. Powiadam tedy: jest poniekąd prawdą to, co się rzekło po pierwsze i po wtóre, lecz nie całą prawdą – i nie całkiem podobną do musu, albowiem, po trzecie, możemy zastosować do kreacji algebrę, u Wszechmocnego podpatrzoną.

Proszę zwrócić uwagę na to, jak przegadana jest Biblia, jaki rozlewny Pentateuch w opisach  r e z u l t a t u  Genesis – i jak lakoniczny w pokazywaniu jej receptury! Był bezczas i chaos, aż nagle – ni z tego, ni z owego – powiedział Pan: „Niech się stanie światło”, po czym stało się i już, a między jednym a drugim nic – ani szparki nie było, ani sposobu? Nie wierzę! Między Chaosem a Stworzeniem była czysta intencja, światłem jeszcze nieporażona, w Kosmos niezaangażowana do końca, nieubrukana – rajską nawet ziemią.

Było bowiem wtedy i tam powstanie szans, lecz nie spełnienie; był zamiar, przez to boski i dlatego wszechmocny, że się jeszcze w działanie obracać nie zaczął. Było zwiastowanie – przed poczęciem...

Jak nie skorzystać z tej nauki? Nie o plagiat idzie, lecz o metodę. Skąd to wszystko poszło? Z początku, oczywiście. A co było na początku? Wstęp, jak już wiemy. Wstęp, ale nie samoswój, nie sobiepański, lecz Wstęp do Czegoś. Przeciwstawmy się wyuzdanemu ziszczaniu, jakim była Genesis – zastosujmy do jej pierwszego lematu algebrę powściągliwszej kreacji!

Podzielimy mianowicie całość przez „Coś”. „Coś” zniknie wówczas i pozostaniemy – jako z rozwiązaniem – ze Wstępem oczyszczonym od złych skutków – bo od wszystkich gróźb Wcielenia – albowiem czysto intencjonalnym i w tym stanie bezgrzesznym. Nie jest to świat – lecz punkt tylko bezwymiarowy – ale właśnie dlatego w bezkresie. O tym, jak sprowadzić do niego literaturę, powiemy za chwilę. Pierwej przypatrzmy się jej sąsiedztwu, boż nie jest ona przecież samotnikiem anachoretą.

Wszystkie sztuki usiłują dziś wykonać manewr zbawienia, ponieważ wszechrozprężanie się twórczości stało się jej zmorą, gonitwą, ucieczką – jak Uniwersum, eksploduje Sztuka w pustkę – nie znajdując oporu, więc oparcia. Skoro wszystko już można, to i nic niewarte – i pęd obraca się w cofaninę, ponieważ wracać chcą Sztuki do źródła, a nie umieją.

Malarstwo, w palącym pożądaniu  g r a n i c, wlazło w malarzy: w ich skórę – i oto artysta wystawia już samego siebie, bez obrazów, więc jest obrazoburcą wychłostanym pędzlami czy utarzanym w oleju i w temperze albo całkiem goły na wernisażu – bez barwnej przyprawy. Niestety, ten nieszczęśnik nie może dotrzeć do autentycznej nagości: to nie Adam, to tylko jakiś pan do rosołu rozebrany.

A rzeźbiarz podtykający nam swe nieokrzesane kamienie czy uwznioślający ekspozycją byle śmieci usiłuje wleźć na powrót w paleolit – w praczłowieka – bo nim, czyli Autentykiem, chce zostać! Lecz gdzie mu do jaskiniowca! Nie tędy droga w surowe mięso barbarzyńskiej ekspresji! Naturalia non sunt turpia – ale to nie znaczy, że byle prostacze zdziczenie jest powrotem do Natury!

A co, proszę? Wyjaśnimy rzecz na przykładzie muzyki. Największa i najbliższa szansa przed nią bowiem stoi właśnie otworem.

Źle czynią kompozytorzy, łamiąc kontrapunktowi gnaty i puszczając komputerami Bachów na rozkurz – także deptanie, elektronami, ogonów wzmocnionego stukrotnie kota nic, oprócz stada sztucznych wyjców, nie urodzi. Fałszywy kurs i ton! Nie nadszedł jeszcze świadomy celu zbawiciel – nowator!

Czekam go niecierpliwie – oczekuję jego utworu muzyki  k o n k r e t n e j  w  o d k ł a m y w a n i u, powracającej na Przyrody łono, utworu, który będzie utrwaleniem owych popisów chóralnych, choć prywatnych ściśle, jakim się każda publiczność oddaje w koncertowej sali – tylko zewnętrznością skupienia kulturalna, tylko oswojoną peryferią organizmów kontemplująca orkiestrę w potach.

Sądzę, że ta stumikrofonowo podsłuchana symfonia będzie miała ciemną, monotonną instrumentację, flakom właściwą, bo jej brzmieniowe tło utworzą wzmocnione Basy Jejunalne, czyli Borborygmy osób zapamiętałych w nieuchronnym brzuchoburstwie – w kruczeniach osadzonym, gulgotliwie dokładnym i pełnym zdesperowanej ekspresji trawiennej – albowiem autentyczny, skoro organiczny, a nie organowy, jest ten głos trzewi – głos życia! Ufam też, że lejtmotyw rozwinie się w takt siedzeniowej perkusji, wyakcentowanej poskrzypywaniem krzeseł, z silnymi, spazmowymi wejściami smarknięć i z akordami świetnie koloraturowego kaszlu. Zagrają bronchity... i przeczuwam tu właśnie niejedno solo wykonane z maestrią astmatycznej sędziwości, istne Memento mori vivace ma non troppo, popis agonalnego piccolo, bo autentyczny trup zakłapie na trzy czwarte do taktu sztucznymi szczękami, bo uczciwy grób zaświszcze w rozrzężonej tchawicy – otóż, taka Prawda Przewodu Symfonicznego, Tak Życiowa, jest nie do podrobienia!

Cała somatyczna inicjatywa ciał, dotychczas najfałszywiej w świecie zagłuszana muzyką sztuczną, wbrew ich brzmieniom tragicznie, bo nieodwołalnie własnym, domaga się triumfalnej rewindykacji – jako Powrotu do Natury. Nie mogę się mylić – wiem, że prawykonanie Symfonii Wisceralnej będzie przełomem, albowiem tak i tylko tak tradycyjnie bierna, stłumiona do szmeru miętówek rozwijanych publiczność przejmie – nareszcie! – inicjatywę i w roli autoorkiestry wykona  p o w r ó t  d o  s i e b i e  – zapamiętała we wszechodkłamaniu, tym haśle naszego wieku.

Twórca-kompozytor znów stanie się jeno kapłanem-pośrednikiem pomiędzy struchlałą rzeszą i Mojrą – albowiem los flaków naszych jest naszym Przeznaczeniem...