Wielkie nic - James Ellroy - ebook
Opis

"Los Angeles, 1950 rok. Młody policjant Danny Upshaw prowadzi śledztwo w sprawie serii morderstw o podłożu homoseksualnym. Ciała ofiar są okaleczone i ze śladami ukąszeń. Mal Considine prowadzi sfingowane dochodzenie wymierzone w komunistyczne związki zawodowe rozrabiające w Hollywood, a wśród jego współpracowników jest ochroniarz milionera Howarda Hughesa, ekspolicjant Buzz Meeks, który kiedyś uwiódł mu żonę... „Ellroy jest wirtuozem słowa. Nie znam nikogo, kto równie biegle opisywałby np. sceny przesłuchań prowadzonych z podziałem ról na dobrego i złego gliniarza”. Jacek Szczerba, Gazeta Wyborcza „Wielkie nic to arcydzieło, mocne i niepokojące. Każdy powinien je przeczytać”. The New York Times"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 736

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

The Big Nowhere

Copyright © 1988 by James Ellroy

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Violetta Dobosz and Izabela Pawlak

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Korekta: Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-374-1

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Glendzie Revelle

Napisane było, że winienem dochować wiary koszmarowi,

który sam wybrałem…

JOSEPH CONRAD

JĄDRO CIEMNOŚCI

IANTYCZERWONA OPOZYCJA

1

Burza z ulewą zaczęła się tuż przed północą, zagłuszając klaksony samochodów i trąbki, które zwykle towarzyszyły powitaniu Nowego Roku na Strip1, i rok 1950 wdarł się na posterunek w Zachodnim Hollywood lawiną zdarzeń.

O 00:03 w kraksie czterech samochodów na skrzyżowaniu Sunset i La Cienega sześć osób zostało rannych. Przybyli na miejsce policjanci spisali zeznania naocznych świadków: wypadek spowodował błazen w brązowym desoto i wojskowy major w samochodzie służbowym z bazy w Camp Cooke, którzy ścigali się bez trzymania kierownicy z psami w papierowych kapelusikach na kolanach. Skutek: dwa aresztowania i jeden telefon do schroniska dla bezdomnych zwierząt na Verdugo. O 00:14 nie zamieszkana buda z gotowych elementów przy Sweetzer, należąca do jakiegoś weterynarza, zawaliła się, tworząc hałdę gruzu, pod którą zginęła para miziających się w środku nastolatków; obie ofiary trafiły prosto do okręgowej kostnicy. O 00:29 na jakimś trawniku w neonie przedstawiającym Świętego Mikołaja i jego pomocników nastąpiło zwarcie, a płomienie powędrowały aż do wtyczki podłączonej do jednego z całej masy rozgałęziaczy, które doprowadzały prąd do olbrzymiej, jasno oświetlonej choinki i żłóbka, porażając poważnie trójkę dzieci układających owinięte w bibułę prezenty wokół świecącego w ciemnościach Dzieciątka Jezus. Na miejsce zdarzenia przybył jeden wóz strażacki, jedna karetka pogotowia oraz trzy radiowozy z biura szeryfa i zrobiło się małe jurysdykcyjne zamieszanie, gdy zjawili się też funkcjonariusze Wydziału Policji Los Angeles, bo jakiś żółtodziób w dyspozytorni uznał, że Sierra Bonita Drive to teren miasta, a nie okręgu. Potem było jeszcze pięciu kierowców na cyku, cały szereg pijackich burd po zamknięciu klubów na Strip, brutalna napaść rabunkowa przed Dave’s Blue Room – ofiary: dwóch wieśniaków z Iowa, którzy przyjechali do miasta na noworoczne rozgrywki futbolowe; napastnicy: dwóch umięśnionych czarnuchów, którzy nawiali mercem rocznik 47 z fioletowymi błotnikami. Kiedy przestało padać, krótko po 3:00, zastępca szeryfa detektyw Danny Upshaw, szef zmiany na posterunku, doszedł do wniosku, że lata pięćdziesiąte zanoszą się na gównianą dekadę.

Nie licząc pijaków i drobnych złodziejaszków w areszcie, był sam. Wszystkie wozy policyjne – oznakowane i nie oznakowane – robiły w terenie na nocną zmianę, a na posterunku nie było kim dowodzić: nie było ani dyspozytorki, ani zastępców po cywilnemu w ich pokoju. Brakowało krawężników w oliwkowych mundurach, przechadzających się dumnie, wyraźnie zadowolonych z luzackiej roboty – Strip, atrakcyjne babki, świąteczne prezenty od Mickeya Cohena, niesnaski o strefy wpływów pomiędzy nimi a Wydziałem Policji Los Angeles. Nie było nikogo, kto by na niego krzywo spojrzał, gdy brał do ręki podręczniki kryminologii: Vollmer, Thorwald i Maslick – szczegółowe opisy miejsc zbrodni, przykładowe analizy znalezionych śladów krwi oraz instrukcje, jak przeszukać pokój o rozmiarach pięć na siedem metrów w równą godzinę.

Danny rozsiadł się wygodnie, by poczytać, położył nogi na biurku, ściszył radio. Hans Maslick instruował, jak zdjąć odciski palców z mocno poparzonego ciała i jakie chemiczne składniki są najlepsze do usunięcia uszkodzonej tkanki bez zniszczenia wzoru linii papilarnych. Doskonalił swe techniki w następstwie pożaru więzienia w Düsseldorfie w trzydziestym pierwszym. Miał wtedy mnóstwo sztywniaków i dłoni do studiowania; w pobliżu znajdowała się fabryka chemiczna, a jeden z młodych, ambitnych asystentów-laborantów był bardzo chętny do pomocy. Razem jak najszybciej starali się znaleźć metodę: żrące roztwory wypalały ciało zbyt głęboko, łagodniejsze substancje natomiast nie przenikały przez blizny. Czytając, Danny zapisywał symbole chemiczne w swoim notesie; wyobrażał sobie, że jest asystentem Maslicka, że pracuje z wielkim kryminologiem, który obejmuje go po ojcowsku za każdym razem, gdy osiągnie coś sensownego. Wkrótce ujrzał też siebie praktykującego zdobytą z książki wiedzę na dzieciach poparzonych przy żłóbku, pobierającego odciski z ich małych paluszków, porównującego je z tymi z ich aktów urodzenia – szpitale stosują tego rodzaju środki ostrożności na wypadek, gdyby noworodki przypadkowo podmieniono…

– Szefie, jest bomba.

Danny podniósł wzrok. W drzwiach stał Hosford, mundurowy pracujący na północno-wschodniej granicy okręgu.

– Co? Dlaczego nie zgłosiłeś tego wcześniej przez radio?

– Zgłosiłem. Ale musiał pan nie…

Danny odsunął podręcznik i swój notatnik tak, by tamten ich nie widział. – To co tam masz?

– Trupa. Znalazłem go przy Allegro, jakiś kilometr na północ od Strip. Jezu Chryste, w życiu nie widziałem czegoś tak…

– Zostań tu. Ja jadę.

Allegro była wąską osiedlową uliczką, wzdłuż której ciągnęły się hiszpańskie bungalowy i place budów z tablicami obiecującymi LUKSUSOWE DOMY w stylach Tudorów, francuskiej prowincji i współczesnym. Danny jechał w górę ulicy swym cywilnym autem. Zwolnił, gdy zobaczył barierki z czerwonymi migającymi światełkami i zaparkowane za nimi trzy radiowozy, których lampy rzucały blask na zarośniętą zielskiem pustą działkę.

Zostawił swego chevy’ego przy chodniku i podszedł. Grupka policjantów w płaszczach przeciwdeszczowych kierowała światła latarek na ziemię; kogut radiowozu rzucał migotliwe czerwone światło na znak: DZIAŁKI ALLEGRO – TERMIN ZASIEDLENIA: WIOSNA ’51. Snopy z reflektorów wozów patrolowych krzyżowały się, wyławiając z ciemności puste butelki po wódzie, mokre drewno i papiery. Danny chrząknął głośno; jeden z mężczyzn wyciągnął i odbezpieczył broń – nerwowy typ.

– Spokojnie, Gibbs. To ja, Upshaw – rzekł Danny.

Gibbs schował broń do kabury, inni gliniarze rozstąpili się. Danny spojrzał na ciało leżące na ziemi, poczuł, jak miękną mu kolana, i zaczął zgrywać kryminologa, żeby nie zemdleć albo nie zwymiotować.

– Deffry, Henderson, dajcie światło na denata. Gibbs, notuj dokładnie to, co mówię… Zmarły płci męskiej, biały, nagi. Wiek około 30 do 35 lat. Ciało leży na wznak, ramiona i nogi rozłożone. Ślady duszenia na szyi, oczy wyłupione, a w pustych oczodołach substancja o galaretowatej konsystencji.

Ukucnął przy ciele, Deffry i Henderson przybliżyli latarki, żeby mógł przyjrzeć się dokładniej.

– Genitalia posiniaczone i opuchnięte, na napletku znajdują się ślady ugryzień.

Włożył rękę pod plecy denata i pomacał mokrą ziemię; dotknął klatki piersiowej w okolicy serca, poczuł suchą i jeszcze lekko ciepłą skórę.

– Klatka piersiowa jest sucha, a ponieważ lało od północy do trzeciej nad ranem, można założyć, że ofiarę porzucono tu jakieś pół godziny temu.

Usłyszeli coraz głośniej wyjącą syrenę. Danny chwycił latarkę Deffry’ego i przyświecił sobie bliżej, dokonując oględzin tego, co najgorsze.

– Sześć owalnych, rozmieszczonych nieregularnie ran tułowia w pasie pomiędzy pępkiem a żebrami. Tkanka wokół otworów jest poszarpana, wnętrzności pokryte krzepnącą krwią, zaczerwienienie skóry wokół ran stanowi ich dokładny obrys, a…

– To na pewno malinki – odezwał się Henderson.

Danny poczuł, że podręcznikowa gadka nagle przestaje go chronić. – Co ty chrzanisz?

Henderson westchnął: – No wiesz, miłosne ukąszenia. To tak, jak dziewczyna robi ci malinkę. Gibbsey, pokaż może, co ta laska z Blue Room zrobiła ci na Gwiazdkę…

Gibbs zachichotał i pisał dalej; Danny wstał wkurzony, że jakiś byczek mu się tu wymądrza. Kiedy nie mówił, widok sztywniaka przyprawiał go o mdłości; nogi miał jak z gumy, a żołądek wywracał mu się do góry nogami. Oświetlił obszar wokół denata i zobaczył, że ziemia została kompletnie wydeptana przez mundurowych, a wozy patrolowe rozjeździły wszelkie ewentualne ślady opon.

Gibbs odezwał się: – Nie wiem, czy nie narobiłem byków w pisowni.

Danny odzyskał swój książkowy ton. – To nie ma znaczenia. Teraz tylko tego pilnuj i przekaż rano kapitanowi Dietrichowi.

– Ale ja kończę służbę o ósmej. Szef nie zjawia się zwykle wcześniej niż o dziesiątej, a ja mam bilety na mecz…

– Przykro mi, ale zostajesz tu, dopóki nie pojawi się dzienna zmiana albo ekipa z laboratorium.

– Ale laboratorium jest zamknięte w Nowy Rok, a ja mam te bilety i…

Przy barierce zatrzymał się wóz koronera, jego syrena ucichła momentalnie.

Danny zwrócił się do Hendersona. – Ogrodzić miejsce zbrodni taśmami, nie ma wstępu dla reporterów ani gapiów. Gibbs zostaje tutaj, ty i Deffry bierzecie się za miejscowych. Znacie procedurę: świadkowie porzucenia zwłok, podejrzani włóczędzy i pojazdy.

– Upshaw, jest czwarta dwadzieścia rano, do kurwy nędzy…

– No i dobrze. Zacznij teraz, to może skończysz do południa. Zostaw kopię raportu Dietrichowi i spisz adresy wszystkich, których akurat nie było w domu, żebyśmy mogli ich sprawdzić później.

Henderson niczym burza ruszył do radiowozu. Danny obserwował, jak ludzie koronera kładą ciało na noszach i przykrywają je kocem. Gibbs paplał im bez końca – o szansach drużyn w noworocznych rozgrywkach i o sprawie Czarnej Dalii, wciąż jeszcze nie rozwiązanej, ciągle głośnej. Feeria świateł migających kogutów, latarek i reflektorów samochodowych rozjaśniała miejsce, wyłapując detale: błotniste kałuże, w których odbijały się promienie księżyca i cienie, blask hollywoodzkich neonów w oddali. Danny pomyślał o tych swoich sześciu miesiącach w zawodzie detektywa i o dwóch sprawach zabójstw, które sam bez problemu rozwiązał. Ludzie z kostnicy załadowali ciało, zawrócili i odjechali już bez syreny. Przyszła mu do głowy maksyma Vollmera: „W zabójstwach w ekstremalnym afekcie morderca zawsze zdradzi swą patologię. Jeżeli detektyw jest w stanie obiektywnie rozpatrzyć dowody fizyczne, a następnie pomyśleć subiektywniez punktu widzenia zabójcy, bardzo często zdoła rozwiązać sprawy, które zadziwiają swoją przypadkowością”.

Wyłupione oczy. Poranione genitalia. Zmasakrowane, nagie ciało. Danny jechał za wozem z kostnicy do centrum, żałując, że jego auto nie ma syreny, by mógł się tam dostać szybciej.

Miejska i okręgowa kostnica Los Angeles zajmowały najniższą kondygnację magazynu przy ulicy Alameda, nieco na południe od Chinatown. Drewniane przepierzenie oddzielało od siebie dwie części: w jednej znajdowały się blaty sekcyjne, lodówki i stoły do sekcji zwłok dla denatów znalezionych w granicach miasta, zaś druga, z osobnym zestawem urządzeń specjalistycznych, przeznaczona była dla sztywniaków z obszaru patrolowanego przez Wydział Szeryfa. Zanim Mickey Cohen postawił na głowie Wydział Policji L.A. i urząd burmistrza, rozgłaszając rewelacje Brendy Allen – wysoko postawieni gliniarze pobierali haracz od najsłynniejszych dziwek w Los Angeles – pomiędzy miastem a okręgiem istniała ścisła współpraca, patolodzy i asystenci dzielili się między sobą foliowymi płachtami, piłami do cięcia kości i formaldehydem. Teraz, gdy okręgowi zapewniali Cohenowi bezpieczeństwo na Strip, nie łączyło ich nic poza wzajemną wrogością.

Rozkazy wyszły z Wydziału Miejskiego: koniec wypożyczania przyrządów medycznych należących do miasta, koniec spoufalania się z ekipą okręgową na służbie, koniec imprez i destylowania bimbru przy użyciu tamtejszego sprzętu – a wszystko to z obawy przed pomyleniem zwłok i wynoszeniem części ciał jako pamiątek, czego rezultatem były skandale potęgujące jeszcze szkody wyrządzone przez sensacje z Brendą Allen. Danny Upshaw kroczył za noszami pchanymi w górę podjazdu, na których leżał NN nr 1-1/1/50, wiedząc, że szanse na to, by jego ulubiony miejski patolog dokonał autopsji, były prawie żadne.

W części okręgowej wrzało: śmiertelne ofiary wypadków samochodowych leżały w rzędach na wózkach, chłopcy z kostnicy wieszali karteczki z danymi na ich dużych palcach u nóg, policjanci w cywilu spisywali raporty na temat zmarłych, a ludzie koronera odpalali papieros od papierosa, żeby zabić odór krwi, formaliny i nieświeżej chińszczyzny. Danny przecisnął się bokiem do wyjścia ewakuacyjnego, a stamtąd wszedł na podjazd dla wózków części miejskiej, gdzie natknął się na trójkę funkcjonariuszy odśpiewujących „Auld Lang Syne”2. Wewnątrz sceneria była identyczna jak ta w części okręgowej, tyle że mundury policjantów były granatowe, a nie oliwkowe.

Danny ruszył prosto do biura doktora Nortona Laymana, zastępcy głównego lekarza sądowego miasta Los Angeles, autora książki „Nauka a przestępstwo” i jego instruktora na kursach wieczorowych „Medycyny sądowej dla początkujących” na Uniwersytecie Południowej Kalifornii. Na drzwiach wisiała notka: Zaczynam dzienną zmianę 1 stycznia. Niech Bóg błogosławi nową epokę i da nam mniej pracy niż w pierwszej połowie tego dość krwawego stulecia – N.L.

Klnąc pod nosem, Danny wyjął pióro i notes i napisał:

Doktorze – powinienem był przewidzieć, że weźmie Pan wolne w najbardziej pracowitą noc w roku. Po stronie okręgowej znajdzie Pan coś interesującego – zwłoki mężczyzny z okaleczonymi narządami płciowymi. Perełka do pańskiej nowej książki; ponieważ trafił się mnie, jestem pewien, że to ja dostanę tę sprawę. Czy zechciałby Pan wykonać sekcję zwłok? Kapitan Dietrich mówi, że ten z okręgówki przeważnie odwala fuszerkę i bierze łapówki. To by było na tyle – D. Upshaw.

Wszedł i położył kartkę na biurku Laymana, przycisnął ją ozdobną trupią czaszką i wrócił na stronę okręgową.

Zrobiło się jakby spokojniej. Światło dzienne zaczęło wkradać się na podjazdy na zewnątrz, a nocne żniwo leżało rzędem na stalowych stołach. Danny rozejrzał się wokoło i zauważył, że jedyną żywą osobą w tym miejscu był pomocnik lekarza głównego rozwalony na krześle przed dyspozytornią, dłubiący na przemian raz w nosie, raz w zębach.

Podszedł do niego. Staruch o śmierdzącym oddechu zapytał:

– Coś ty za jeden?

– Detektyw Upshaw z Zachodniego Hollywood. Kto przychodzi na zmianę?

– Fajny fach, co? Nie jesteś za młody do takiej roboty?

– Łatwo nie jest. Kto przychodzi na zmianę?

Staruszek wytarł o ścianę palec, którym dłubał w nosie. – Widzę, że rozmowny to ty nie jesteś. Doktor Katz miał przyjść, ale trochę popił. Teraz kima w swoim mośkowym wózku. Jak to jest, że każdy Żydek jeździ cadillakiem? Jak jesteś detektywem, to może wiesz?

Danny poczuł, że dłonie wędrują mu do kieszeni i zwijają się w pięści, i wiedział, że musi wziąć na wstrzymanie.

– Nie mam zielonego pojęcia – odparł tylko. – Jak się pan nazywa?

– Ralph Carty, to znaczy…

– A czy przygotowywał pan kiedyś ciało do sekcji zwłok?

Carty zaśmiał się. – Synku, ja tu wszystkich obskoczyłem. To ja szykowałem Rudy’ego Valentino; miał małego jak konik polny. Robiłem Lupe Velez i Carole Landis i mam je obie na zdjęciach. Lupe goliła sobie cipkę. Wyobrażasz sobie tylko, że są żywe, i możesz się zabawić. Patrz tylko. Lupe i Carole, piątak za fotkę…

Danny wyciągnął zwitek banknotów i odliczył dwie dziesiątki. Carty sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyciągnął plik zdjęć. Danny sprostował: – Nie. Facet, o którego mi chodzi, leży tam, na stole.

– Że co?

– Zrobię mu wstępną autopsję. Teraz.

– Synuś, nie masz licencji asystenta w kostnicy okręgowej.

Danny dodał do łapówki piątaka i wręczył ją Carty’emu.

Starzec pocałował wyblakłe zdjęcie zwłok gwiazdy filmowej. – Teraz chyba już masz.

Danny przyniósł swój zestaw do zbierania materiału dowodowego z samochodu i zabrał się do roboty. Carty stał na straży, w razie gdyby jednak pojawił się zalany lekarz okręgowy.

Zdjął ze zwłok płachtę i sprawdził, czy pojawiła się już siność; unosił ramiona i nogi nieboszczyka do góry, a kiedy je opuszczał, spadały w sposób znamionujący początki stężenia pośmiertnego. Zanotował: „Zgon ok. 1:00”, po czym posmarował opuszki palców denata tuszem i pobrał odciski palców na kawałek tektury, zadowolony, że wyszło mu to za pierwszym razem.

Następnie sprawdził szyję i głowę, mierząc purpurowe ślady duszenia miarką i notując szczegóły. Ślady oplatały całą szyję i były zbyt długie i szerokie, by pochodzić od ucisku jedną bądź obiema dłońmi. Przypatrując się bliżej, dostrzegł fragment włókna pod podbródkiem – podniósł go pęsetą, rozpoznał jako białe frotté, umieścił w próbówce i, działając pod wpływem impulsu, na siłę rozwarł lekko rozchylone szczęki, utrzymując je szeroko otwarte za pomocą szpatułki do podtrzymywania języka. Oświetlając wnętrze jamy ustnej, dostrzegł identyczne białe włókna na podniebieniu górnym, języku i dziąsłach. Zapisał: „Duszony i dławiony białym frotowym ręcznikiem”. Wziął głęboki oddech i zajrzał w oczodoły.

Światło latarki wyłapało sine błony umazane galaretowatą substancją, którą zauważył już wcześniej, na budowie. Teraz wziął szpatułkę, pobrał po trzy próbki z każdego oczodołu. Substancja miała miętowy zapach lekarstwa.

Pochylony nad zwłokami, badał je centymetr po centymetrze; macając zgięcie łokciowe, wyczuł zrosty po zastrzykach – już wygojone, ale wciąż obecne, zarówno na prawej, jak i lewej ręce. Denat był narkomanem – być może po odwyku: żadne z ukłuć nie było już świeże. Zapisał tę informację, wziął miarkę i zebrał się w sobie, by obejrzeć rany na tułowiu.

Sześć owalnych otworów, oddalonych od siebie o jakieś trzy centymetry. Wszystkie nosiły zarys zębów, były zbyt postrzępione, by dało się zrobić odcisk – i zbyt duże, aby mogły być śladami zębów człowieka. Danny pobrał zakrzepłą krew znajdującą się na wnętrznościach, które sterczały z ran, rozprowadził próbki na szkiełkach i zaryzykował hipotezę, za którą doktor Layman by go pewnie powiesił: zabójca wykorzystał zwierzę bądź zwierzęta, by po śmierci zbezcześcić ciało ofiary.

Obejrzał penis nieboszczyka: na napletku bez wątpienia znajdowały się ślady ludzkich zębów; Layman nazwał to kiedyś oznakami „zabójczej czułości”, starając się rozśmieszyć grupę ambitnych gliniarzy po służbie. Wiedział, że powinien sprawdzić jądra i spodnią stronę członka, i czując na sobie wzrok Ralpha Carty’ego, zrobił to, lecz innych okaleczeń już nie odkrył.

Carty zarechotał: – Wielkie jak fistaszki, co?

– Przymknij się, kurwa – burknął Danny.

Carty wzruszył ramionami i wrócił do czytania Świata Ekranu. Danny przewrócił ciało na brzuch i dech mu zaparło.

Głębokie, ostre jak od brzytwy cięcia – mnóstwo ich krzyżowało się na plecach i ramionach pod każdym kątem – a z zakrzepłej krwi sterczały drzazgi.

Danny wpatrywał się, porównując rany z przedniej i tylnej części ciała, próbując je jakoś logicznie połączyć. Zimny pot przesiąkał mankiety jego koszuli, powodując niekontrolowane drżenie rąk. I nagle doszedł go burkliwy głos:

– Carty, co to za facet? Co on tu robi?

Danny odwrócił się, składając usta w uśmiech, jakim mógłby próbować udobruchać tubylców w amazońskiej dżungli. Zobaczył grubasa w przybrudzonym białym smokingu i papierowym kapelusiku z napisem „1950” z zielonych cekinów.

– Zastępca szeryfa detektyw Upshaw. A pan to zapewne doktor Katz?

Grubas już prawie wyciągnął dłoń do uścisku, ale się rozmyślił.

– Co pan wyprawia z tym nieboszczykiem? I jakim prawem wszedł pan tutaj i zabrał się za moją robotę?

Carty z pełnym skruchy wzrokiem starał się pozostać na uboczu. Danny odpowiedział:

– To ja go znalazłem i sam chciałem dokonać oględzin. Znam się na tym, a Ralphy’emu nakłamałem, że pan się zgodził…

– Spieprzaj stąd, detektywie Upshaw – warknął doktor Katz.

– Szczęśliwego Nowego Roku – rzucił Danny.

Ralph Carty dodał: – To prawda, doktorze. Jeśli kłamię, to niech mnie…

Danny spakował swój zestaw do gromadzenia materiału dowodowego, zastanawiając się, gdzie pojechać: zahaczyć o Allegro, czy jechać do domu, spać i śnić o Kathy Hudgens, Buddym Jastrowie i upiornym domu przy polnej drodze okręgu Kern. Wychodząc na podjazd dla wózków, obejrzał się za siebie. Ralph Carty dzielił się łapówką z lekarzem w pobłyskującym noworocznym kapelusiku.

2

Porucznik Mal Considine patrzył na zdjęcie żony i syna, starając się nie myśleć o Buchenwaldzie.

Było tuż po ósmej rano; siedział przy swoim biurku w biurze dochodzeniowym prokuratora, powoli budząc się z niespokojnego snu wywołanego głównie nadmierną ilością szkockiej. Nogawki jego spodni pokryte były konfetti, a tabliczka OFICER ŚLEDCZY na drzwiach przyozdobiona śladami buziaków w kolorze Karmazynowa Dekadencja Maxa Factora, jakie zostawiła tam ta puszczalska stenografistka. Szóste piętro ratusza wyglądało tak, jakby przed chwilą przemaszerowała tamtędy parada; właśnie obudził go Ellis Loew – zadzwonił i oznajmił, że ma spotkać się z nim i kimś jeszcze w Pacific Dining Car za pół godziny. A Mal zostawił Celestę i Stefana, by sami przywitali Nowy Rok, bo wiedział, że jego żona zamieni tę okazję w wojnę.

Podniósł słuchawkę i wykręcił numer do domu. Celesta odebrała po trzecim dzwonku: – Tak? Kto to jest, kto dzwoni? – Jej nieporadna składnia zdradziła, że właśnie mówiła do Stefana po czesku.

– To ja. Chciałem ci tylko powiedzieć, że muszę tu jeszcze zostać parę godzin.

– Ta blondynka musi być wymagająca, Herr porucznik.

– Nie ma tu żadnej blondynki, Celesto. Wiesz, że nie ma tu żadnej blondynki i że zawsze śpię w ratuszu po sylwe…

– Jak mówi się po angielsku „rotkopf”? Ruda? Kleine rotkopf scheisser schtupper…

– Do diabła, mów po angielsku! Nie przeciągaj struny!

Celesta zaśmiała się; teatralny chichot przerwał obcojęzyczny bełkot, co zawsze wywoływało u niego wściekłość. – Daj mi mojego syna, do cholery!

Chwila ciszy, a potem ten sam co zwykle przytyk Celesty Heisteke Considine: – On nie jest twoim synem, Malcolmie. Jego ojcem był Jan Heisteke i Stefan o tym wie. Ty jesteś mym dobroczyńcą i mężem, a chłopiec ma jedenaście lat i musi wiedzieć, że jego spuścizną nie jest jakaś paplanina amerykańskiego policjanta ani baseball, ani…

– Do jasnej cholery, daj mi mojego syna!

Celesta zaśmiała się, tym razem bardzo delikatnie. Mal wiedział, iż daje mu znać, że użycie przez niego tonu policjanta ustanowiło wynik potyczki na jeden zero dla niej. Po drugiej stronie zapanowała cisza; w tle słyszał Celestę delikatnie budzącą Stefana śpiewną czeską mową. I nagle pośród tych dźwięków głos chłopca: – Tata? Malcolm?

– Tak. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

– Widzieliśmy sztuczne ognie. Weszliśmy na dach i trzymaliśmy par-par-…

– Trzymaliście parasolki?

– Tak. Widzieliśmy, jak ratusz zrobił się jasny, potem zaświeciły fajerwerki, a potem one… ślizgały?

– One świszczały, Stefanie. ŚWI-SZCZA-ŁY. Ślizgać to się możesz na lodowisku – poprawił Mal.

Stefan próbował powtórzyć nowe słowo. – ŚWI-SZA-ŁY?

– Tam musi być jeszcze „cz”. Jak przyjadę do domu, dam ci lekcję i może pojedziemy sobie do parku Westlake nakarmić kaczki.

– A ty widziałeś fajerwerki? Patrzyłeś przez okno?

Wtedy akurat zajęty był odrzucaniem propozycji szybkiego numerka w szatni ze strony Penny Diskant, jej piersi i nogi przygniatały go, a on żałował, że nie może tego zrobić.

– Tak. Były bardzo ładne. Synu, muszę kończyć. Praca czeka. Idź jeszcze pospać, żebyś był rześki podczas naszej lekcji.

– Dobrze. Chcesz jeszcze Mutti?

– Nie. Do zobaczenia, Stefan.

– Do zobaczenia, t-t-tato.

Mal odłożył słuchawkę. Trzęsły mu się ręce, a w oczach miał łzy.

W centrum L.A. wszystko było zamknięte na cztery spusty, tak jakby mieszkańcy próbowali odespać popijawę. Jedyną garstkę obywateli w zasięgu wzroku stanowiło kilku opojów w kolejce po pączki i kawę przed budynkiem misji Union Rescue. Przed hotelikami z pokojami na jedną noc na South Main stały niemal zderzak w zderzak byle jak zaparkowane, poobijane samochody. Rozmokłe serpentyny zwisały z okien i zaśmiecały chodnik, a słońce, które zaczynało prześwitywać nad wschodnią częścią miasta, dawało uczucie gorąca, parności i okrutnego kaca. Mal jechał do Pacific Dining Car, życząc pierwszemu dniowi nowej dekady rychłej śmierci. Restauracja była pełna turystów z aparatami fotograficznymi, pochłaniających „zestaw meczowy” – smażony boczek z ostrygami, naleśniki, krwawą mary i kawę. Kierownik sali poinformował Mala, że pan Loew wraz z innym panem czekają na niego w sali Gold Rush – prywatnym kącie uwielbianym przez prawników ze śródmieścia. Mal cofnął się i zapukał do drzwi, które otworzyły się ułamek sekundy później i stanął w nich rozpromieniony „inny pan”.

– Stuk, stuk, kto tam? Dudley Smith, strzeżcie się, czerwoni. Proszę wejść, poruczniku. Zebrały się tu najtęższe policyjne głowy i powinniśmy uczcić tę okazję w odpowiedni sposób.

Mal uścisnął dłoń mężczyzny, rozpoznając jego imię, styl i bardzo często naśladowany głos o silnym irlandzkim akcencie. Porucznik Dudley Smith, Wydział Zabójstw Policji Los Angeles. Wysoki, olbrzymi, o czerwonej twarzy, urodzony w Dublinie, wychowany w L.A., wykształcony w jezuickim kolegium. Prawa ręka wszystkich szefów policji L.A. od czasów Silnorękiego Dicka Steckela. Zabił siedmiu ludzi podczas służby, nosił robione na zamówienie krawaty ze wzorem w siódemki, kajdanki i odznaki Wydziału Policji Los Angeles ułożone w koncentryczne okręgi. Plotka głosiła, że miał zawsze przy sobie wojskową czterdziestkępiątkę, amunicję i sprężynowiec.

– Poruczniku, miło mi.

– Mów mi Dudley. Jesteśmy sobie równi rangą. Ja wprawdzie jestem starszy, ale ty za to o wiele lepiej wyglądasz. Z góry wiem, że będziemy świetnymi partnerami. Co ty na to, Ellis?

Mal spojrzał na Ellisa Loewa. Loew, głowa Wydziału Kryminalnego Prokuratury, siedział w skórzanym, przypominającym tron fotelu i wybierał ostrygi i bekon ze swojego talerza.

– Zgadzam się. Usiądź, Mal. Masz ochotę na śniadanie?

Mal zasiadł naprzeciw Loewa, Dudley Smith pomiędzy nimi. Obaj mieli na sobie tweedowe garnitury: Loew szary, a Smith brązowy. Obaj paradowali w swoich insygniach: klucz stowarzyszenia Phi Betta Kappa oznaczał prawnika, a znaczek w klapie – policjanta. Mal wygładził kanty swoich pomiętych flanelowych spodni i pomyślał, że Smith i Loew wyglądają jak dwa wredne szczeniaki z tego samego miotu.

– Nie, dziękuję, mecenasie.

Loew wskazał na srebrny dzbanek z kawą. – Kawy?

– Nie, dziękuję.

Smith zaśmiał się i klepnął się w kolana. – Pewnie chciałbyś znać przyczynę tego porannego wtargnięcia w twoje spokojne życie rodzinne?

Mal odpowiedział: – Spróbuję zgadnąć. Ellis chce zostać prokuratorem, ja chcę zostać głównym oficerem śledczym w biurze dochodzeniowym prokuratora, a ty chcesz przejąć Wydział Zabójstw, kiedy Jack Tierney przejdzie na emeryturę w przyszłym miesiącu. I jest zapewne sprawa, o której jeszcze nie słyszałem: my dwaj weźmiemy się za nią jako oficerowie śledczy, Ellis jako oskarżyciel. Kariera murowana. Mam rację?

Dudley wybuchnął śmiechem; Loew stwierdził: – Cieszę się, że nie skończyłeś szkoły prawniczej, Malcolmie. Nie chciałbym spotkać cię w sądzie.

– Więc strzeliłem w dziesiątkę?

Loew wziął na widelec ostrygę, a następnie umoczył ją w jajku. – Nie. Chociaż wymienione przez ciebie posady mamy już praktycznie w kieszeni. Wszystko łatwe i proste. Dudley zgłosił się na ochotnika dla swojej własnej…

– Zgłosiłem się z poczucia patriotyzmu – wtrącił Smith. – Nienawidzę tego czerwonego łajna gorzej niż szatana.

Mal obserwował, jak Ellis bierze kawałek bekonu, ostrygi i jajka. Dudley zapalił papierosa i popatrzył na niego; Mal dostrzegł zatknięty za pasek jego spodni kastet.

– Dlaczego wydaje mi się, że ta sprawa ma coś wspólnego z sądem przysięgłych3?

Loew oparł się i przeciągnął; Mal wiedział, że przybiera teraz swoją pozę prawnika. – Bo jesteś bystry. Czy jesteś na bieżąco z miejscowymi wiadomościami?

– Niezbyt.

– Otóż środowisko robotnicze mocno się ostatnio burzy, szczególnie dotyczy to hollywoodzkich wytwórni filmowych. Team­sters4 pikietują przeciwko UAES-owi – Zjednoczonemu Sojuszowi Statystów i Inspicjentów. Mają oni długoterminowy kontrakt z RKO i tanimi wytwórniami na Gower. Chcą więcej pieniędzy i większego udziału w zyskach, ale nie strajkują i…

Dudley Smith walnął płaskimi dłońmi w stół. – Wywrotowcy, pieprzone czerwone sukinsyny, każdy jeden.

Na twarzy Loewa pojawił się wyraz dezaprobaty; Mal zmierzył wzrokiem ręce Irlandczyka, ręce zdolne łamać karki, miażdżyć uszy, wyduszać zeznania. Szybko powiązał fakty: Ellis obawia się Smitha, Smith w zasadzie nienawidzi Loewa, uważając go za kawał żydowskiego skurwysyna.

– Ellis, czy to jest jakaś polityczna robota?

Loew, bawiąc się kluczem Phi Betta Kappa, uśmiechnął się.

– Mówimy tu o drobiazgowym dochodzeniu sądu przysięgłych dotyczącym komunistycznych wpływów w Hollywood, gdzie ty i Dudley działalibyście jako moi główni oficerowie śledczy. Śledztwo skoncentruje się wokół UAES-u. Związek aż huczy od wywrotowców, mają tak zwany zarząd, który pełni funkcję kierowniczą: jedna kobieta i sześciu mężczyzn – wszyscy silnie związani z sympatykami partii komunistycznej, którzy poszli do więzienia, choć powołali się na Piątą Poprawkę5 przed HUAC-em6 w czterdziestym siódmym. Członkowie UAES-u tak w ogóle pracowali nad kilkoma filmami propagującymi idee komuchów i są powiązani z różnymi ważniakami z innych wywrotowych organizacji. Komunizm jest jak pajęczyna. Jedna nitka prowadzi do gniazda, kolejna do całej kolonii. Te nici to nazwiska, a osoby noszące te nazwiska zostają świadkami i podają nowe nazwiska. Zaś ty i Dudley macie mi te nazwiska zdobyć.

Srebrne belki kapitana zawirowały w głowie Mala. Wpatrywał się w Loewa i starał się wynaleźć obiekcje, odegrać adwokata diabła przeciw samemu sobie.

– Ale dlaczego ja, a nie kapitan Bledsoe? To on jest głównym oficerem śledczym w Biurze Prokuratora, on jest „mistrzem toastów” całego tego pieprzonego miasta i ulubionym wujaszkiem wszystkich – a to jest dość istotne, skoro chcesz się stać taką szychą. Ja jestem detektywem zbierającym dowody w sprawach zabójstw. Dudley też zjadł zęby właśnie na tym. Dlaczego my? I dlaczego teraz, o dziewiątej rano w pierwszy dzień nowego roku?

Loew wymieniał argumenty, odliczając na palcach o starannie opiłowanych, pociągniętych bezbarwnym lakierem paznokciach.

– Po pierwsze, siedziałem wczoraj do późna z prokuratorem okręgowym. Do jutra trzeba przedstawić Radzie Miasta założenia budżetowe na 1950 rok i przekonałem go, że te dodatkowe czterdzieści dwa tysiące dolarów, które nam zostały, powinny być przeznaczone na walkę z czerwoną zmorą. Po drugie, zastępca prokuratora z Wydziału Sądu Przysięgłych, Gifford, zgodził się zamienić ze mną stanowiskami. On chce zdobyć doświadczenie oskarżyciela w sprawach karnych, a czego ja chcę, to ty wiesz. Po trzecie, kapitanowi Bledsoe’owi odbija już na starość. Dwie noce temu przemawiał dla Klubu Kiwanis w Los Angeles i w pewnym momencie jego mowa zamieniła się w potok świństw. Wprowadził niezły zamęt, gdy oświadczył, że ma zamiar „spuścić się” na Ritę Hayworth i „rżnąć ją, aż zacznie krwawić”. Prokurator rozmawiał z lekarzem Bledsoe’a i dowiedział się, że nasz drogi kapitan miał całą serię lekkich wylewów, do których się nie przyznaje. Przechodzi na emeryturę piątego kwietnia, w swoją dwudziestą rocznicę pracy w Biurze, i właściwie do tego czasu pełni tylko funkcję marionetki. Po czwarte, ty i Dudley jesteście diablo dobrymi, diablo bystrymi detektywami, a przy tym stanowicie intrygujący kontrast, gdy chodzi o styl pracy. Po piąte…

Mal walnął w stół, naśladując Dudleya Smitha. – Po piąte, obaj wiemy, że prokurator chce kogoś z zewnątrz na głównego oficera śledczego. Pójdzie do federalnych albo rozejrzy się wśród tych z Wydziału Policji Los Angeles, zanim mnie weźmie.

Ellis Loew pochylił się do przodu. – Mal, on już zgodził się dać ci tę posadę. Zostaniesz głównym oficerem śledczym i dostaniesz rangę kapitana. Masz trzydzieści osiem lat?

– Trzydzieści dziewięć.

– No to jeszcze dziecko z ciebie. Spisz się dobrze, a za pięć lat będziesz mógł przebierać w ofertach na szefa policyjnych wydziałów. Natomiast ja będę prokuratorem okręgowym, zaś McPherson zastępcą gubernatora. Wchodzisz w to?

Prawa dłoń Ellisa spoczywała płasko na stole, Dudley Smith położył na niej swoją i uśmiechnął się jak wcielenie pochlebstwa. Mal ocenił swój dotychczasowy dorobek: dziwka zamordowana w Chinatown, dwie nierozwiązane sprawy morderstw w Watts, napad z bronią w ręku na murzyński burdel uczęszczany przez ważniaków z Wydziału Policji L.A. Wszystko mało ważne, właściwie nieważne. Położył swoją dłoń na ich i powiedział: – Wchodzę.

Mężczyźni zabrali dłonie ze stołu, Dudley Smith mrugnął do Mala. – Wspaniali partnerzy we wspaniałej krucjacie.

Ellis Loew stanął obok swego fotela. – Najpierw powiem wam, co mamy, a potem, czego potrzebujemy. Mamy złożone pod przysięgą zeznania członków związku Teamsters potwierdzające rozprzestrzenianie się wpływów czerwonych w szeregach UAES-u. Porównaliśmy listę członków organizacji frontu komunistycznego z listą członków UAES-u – wiele nazwisk się pokrywa. Mamy skrypty filmów prosowieckich, produkowanych podczas wojny – czysta czerwona propaganda – nad którymi pracowali członkowie UAES-u. Mamy jeszcze cięższą artylerię, o której za chwilę wspomnę, a ja pracuję nad uzyskaniem pliku zdjęć ze śledztw federalnych: członkowie zarządu UAES-u zadający się ze znanymi członkami Partii Komunistycznej oraz wezwani przed HUAC, którzy aktywnie uczestniczyli w protestach związanych ze Śpiącą Laguną w czterdziestym trzecim i czwartym. Niezła broń już na samym starcie.

Mal zauważył: – Rzeczy związane ze Śpiącą Laguną mogą obrócić się przeciwko nam. Dzieciaki, które zostały skazane, były niewinne, prawdziwego zabójcy nigdy nie ujęto i sprawa zyskała zbyt duży rozgłos. Republikanie złożyli protest. Może lepiej jeszcze raz to przemyśl.

Dudley Smith zgasił papierosa w resztkach swojej kawy. – Chłopcze, oni byli winni. Cała siedemnastka. Znam tę sprawę. Pobili José Diaza do nieprzytomności, zaciągnęli go nad Lagunę i przejechali po nim starym gruchotem. Porachunki między meksykami, to jasne jak słońce. Diaz posuwał siostrę czyjegoś kuzyna. Wiesz, jak te meksykańce żenią się i rozmnażają między sobą. Zmongoleni idioci, wszyscy, co do jednego.

Mal westchnął: – To był przekręt, poruczniku. Wszystko działo się tuż przed zamieszkami „zoot suit”7 i wszyscy mieli fioła na punkcie meksykańców. I to republikański gubernator ułaskawił te dzieciaki, a nie komuchy.

Smith spojrzał na Loewa.

– Nasz przyjaciel tutaj bardziej wierzy prasie niż swojemu druhowi oficerowi. Zaraz nam powie, że to Wydział był odpowiedzialny za wszystkie krzywdy, których doznali nasi bieeeeedni latynoscy bracia podczas zamieszek. Typowo komunistyczna interpretacja, powinienem dodać.

Mal sięgnął po talerz z bułeczkami, starając się mówić tym samym tonem, by pokazać wielkiemu Irlandczykowi, że wcale się go nie boi.

– Nie, to interpretacja Wydziału Policji L.A. Sam byłem wtedy w Wydziale, a policjanci pracujący nad tą sprawą uważali, że to jedno pieprzone matactwo. To jasne jak słońce. Poza tym…

Loew podniósł głos dokładnie w chwili, gdy Mal usłyszał, że jego własny zaczyna się trząść. – Panowie, ależ proszę.

Ta chwila pozwoliła Malowi przełknąć ślinę, nadać spojrzeniu chłód lodu i zmierzyć nim Dudleya. Olbrzym odwzajemnił się ironicznym uśmiechem i powiedział: – Dość sporów o bezwartościowego, martwego meksyka. – Wyciągnął rękę, Mal podał mu swoją, Smith mrugnął.

Ellis Loew stwierdził: – Tak lepiej. Winni, niewinni, nie jest to istotne dla naszej sprawy. Faktem jest, że sprawa Śpiącej Laguny skupiła mnóstwo wywrotowców, którzy wykorzystali ją najlepiej, jak tylko mogli. I to nas najbardziej interesuje. A teraz, wiem, że obaj chcecie iść do domu do swoich rodzin, dlatego będę się streszczał. Mówiąc krótko, wy dwaj będziecie wyszukiwać ludzi, których federalni nazywają „życzliwymi świadkami”. Będą to członkowie UAES-u i inni lewacy, którzy zechcą uwolnić się od komunistycznych powiązań i podadzą nam nazwiska. Musicie zdobyć zeznania potwierdzające, że proczerwone filmy, nad których produkcją pracował UAES, były częścią zorganizowanego spisku, mającego na celu propagandę idei komunistycznych. Musicie zdobyć dowód na istnienie miejsca ich zgromadzeń – w samym L.A. Nie zaszkodziłoby też uzyskanie znanych nazwisk. Wszyscy wiedzą, że mnóstwo gwiazd Hollywoodu przejawia lewe sympatie. To nadałoby sprawie…

Loew przerwał. Mal dokończył: – Kapitalnego znaczenia?

– Tak. Dobrze powiedziane, nawet pomimo lekkiego cynizmu w twoim głosie. Łatwo zauważyć, że patriotyzm nie jest twoją mocną stroną, Malcolmie. Może jednak spróbujesz nabrać trochę zapału do tego zadania.

Mal pomyślał o plotce, którą słyszał, że Mickey Cohen podkupił część kalifornijskich Teamstersów od ich głównodowodzącego ze Wschodniego Wybrzeża – faceta, który był kiedyś szefem jakiegoś syndykatu, szukającego pieniędzy do zainwestowania w hawańskich kasynach.

– W razie gdyby fundusze miejskie nie wystarczały, można zapukać do Mickeya Cohena po parę groszy. Założę się, że nie miałby nic przeciwko temu, by jego chłopcy zastąpili tych z UAES-u. Hollywood to kopalnia kasy, sam wiesz.

Loew zarumienił się; Dudley zastukał w stół kostkami swych wielkich dłoni.

– Nasz przyjaciel Malcolm nie jest głupi. Jasne, że tak, chłopcze. Mickey chciałby widzieć swoich Teamstersów w wytwórniach, te zaś chciałyby pozbyć się UAES-u. Co nie zmienia faktu, że UAES współpracuje z czerwonymi. Czy wiesz, chłopcze, że już kiedyś omal nie zostaliśmy partnerami?

Mal wiedział: Thad Green oferował mu kiedyś przejście do Grupy Szturmowej, było to zaraz po tym, jak został sierżantem w czterdziestym pierwszym roku. Odmówił, nie mając w sobie dość odwagi, by brać udział w obławach na uzbrojonych włamywaczy, we wkraczaniu na miejsca przestępstwa z bronią w ręku gotową do strzału, w akcjach, gdzie zamiast negocjować, wymachiwało się spluwą jak podczas powitania autobusów z Quentin, kiedy to zaraz po przybyciu na miejsce chłopców wychodzących na zwolnienie warunkowe przekonywało się, by byli grzeczni, za pomocą razów pistoletem. Dudley Smith zabił czterech ludzi podczas tej roboty.

– Chciałem pracować w obyczajówce.

– Wcale cię nie winię, chłopcze. Mniejsze ryzyko, większe szanse na awans.

Stare plotki: posterunkowy/sierżant/porucznik Mal Consi­dine, pracownik Wydziału Policji L.A./Biura Prokuratora, nie lubił brudzić sobie rąk. Uciekł, przestraszony jak żółtodziób, z pracy na posterunku przy Siedemdziesiątej Siódmej – w samym jądrze ciemności. Mal zastanawiał się, czy Dudley Smith wiedział o tym, co stało się w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. – To prawda. W pracy w grupie szturmowej nigdy nie upatrywałem dla siebie żadnych korzyści.

– Ta brygada to była świetna zabawa, chłopcze. Pasowałbyś tam. Inni co prawda tak nie myśleli, ale przekonałbyś ich.

Zna te stare gadki na pamięć. Mal spojrzał na Ellisa Loewa i powiedział: – Zakończmy to, dobrze? Co to za cięższa artyleria, o której wspomniałeś?

Loew spoglądał to na Mala, to na Dudleya.

– Mamy dwóch ludzi, którzy nam pomagają. Pierwszy to były federalny, Edmund J. Satterlee. Jest szefem grupy zwanej Antyczerwoną Opozycją. Grupa ta świadczy usługi różnym korporacjom i „zapobiegliwym”, rzec by można, ludziom z kręgów przemysłu rozrywkowego. Dokonuje ona lustracji kandydatów na pracowników, sprawdzając, czy mają powiązania z komunistami, i pomaga wykorzenić wywrotowe elementy, które się tam wdarły. Ed jest ekspertem w sprawach komunizmu i da wam lekcję z najefektywniejszego zestawiania dowodów. Drugim człowiekiem po naszej stronie jest doktor Saul Lesnick. Od paru lat jest on „etatowym” psychiatrą członków Partii Komunistycznej L.A. i informatorem FBI. Mamy dostęp do jego kompletnego zbioru kartotek pacjentów – sami ważniacy z UAES-u, brudy z ich życia prywatnego, sięgające wstecz aż do czasów przedwojennych. Ciężka artyleria.

Smith uderzył ręką w stół i wstał. – Armata, katiusza, może nawet bomba atomowa. A więc spotykamy ich jutro w twoim domu, Ellis? O dziesiątej?

Loew wskazał na niego palcem. – Punktualnie o dziesiątej.

Dudley uczynił ten sam gest w stronę Mala. – Do jutra, partnerze. Wprawdzie to nie Grupa Szturmowa, ale i tak się zabawimy.

Mal skinął głową i patrzył, jak olbrzym opuszcza pomieszczenie. Minęło kilka sekund; odezwał się Loew: – To poważna robota. Gdybym nie był przekonany, że będziecie we dwójkę doskonałą drużyną, to nigdy bym się nie zgodził, żeby brał w tym udział.

– Zgłosił się na ochotnika?

– Ma dojście do McPhersona i wiedział o tej robocie, jeszcze zanim ja dostałem na nią pozwolenie. Myślisz, że dasz radę krótko go trzymać?

Pytanie było jak mapa drogowa do wszystkich starych plotek. Ellis Loew uważał go za zabójcę nazistów i prawdopodobnie wierzył, że to on krył się za spiskiem związanym z nieudanym zamachem na życie Buzza Meeksa. Ktoś musiał rozdmuchać stare historie z obyczajówki i posterunku przy Siedemdziesiątej Siódmej. Dudley Smith coś o tym wiedział. – Nie widzę problemu, mecenasie.

– To dobrze. A jak ci się układa z Celestą i Stefanem?

– Nawet nie pytaj.

Loew uśmiechnął się. – Głowa do góry. Wszystko pójdzie po naszej myśli.

3

Turner „Buzz” Meeks obserwował, jak wynajęci ochroniarze patrolują obszar Hughes Aircraft, stawiając cztery do jednego, że Howard wynajął tych nieudolnych skurczybyków, bo podobały mu się ich mundury, dwa do jednego, że sam je zaprojektował. To zaś oznaczało, że agencja ochrony „Mocarz” była przygarniętą przez RKO Pic­tures/Hughes Aircraft/Tool Company „sierotką” – zabawką Wielkiego Howarda, którą kupił i zaangażował z czystej zachcianki i dzięki której mógł zapłacić niższy podatek. Hughes był właścicielem fabryki biustonoszy w San Ysidro – 100 procent zatrudnionych tam to meksyki bez pozwolenia na pracę; był też właścicielem przedsiębiorstwa produkującego galwanizowane trofea; do tego posiadał cztery świetnie usytuowane bary szybkiej obsługi, tak nieodzowne dla utrzymania jego diety składającej się wyłącznie z cheeseburgerów i hot dogów na ostro. Buzz stał w drzwiach swojego biura i spoglądał na plisowane klapki nad kieszeniami marynarek Mocarzy stojących przy hangarze naprzeciw niego, przypominające stylem bluzę, którą Howard zaprojektował tak, by uwydatniała cycki Jane Russell, i przestał obstawiać zakłady w swojej głowie. I po raz enty w swoim życiu zaczął się zastanawiać, dlaczego robił to zawsze, gdy się nudził.

A teraz nudził się śmiertelnie.

Było parę minut po dziesiątej w noworoczny poranek. Buzz na swoim stanowisku szefa ochrony Hughes Aircraft nie spał całą noc, dowodząc Mocarzami podczas czegoś, co Howard Hughes nazwał „obwodowym patrolem”. Ochroniarze, którzy pracowali tu na stałe, dostali noc wolną od służby, a ich zapijaczone widma snuły się po terenie fabryki od wczorajszego wieczora. Kulminacja tych wędrówek nastąpiła wraz z pojawieniem się „noworocznej premii Wielkiego Howarda” – ciężarówki załadowanej po brzegi hot dogami i coca-colą, która przybyła dokładnie w chwili, gdy rok 1949 przeszedł w 1950 – a której zawartość mógł odpisać sobie od podatku w Culver City. Buzz odłożył na bok kartkę ze swoimi bukmacherskimi kalkulacjami, żeby popatrzeć, jak jedzą teraz ci z Mocarza. Postawił sześć do jednego, że Howard dostałby cholery, gdyby zobaczył ich szyte na zamówienie mundury upaćkane musztardą i kiszoną kapustą.

Spojrzał na zegarek – 10:14 – poszedłby do domu i spał co najmniej do południa. Opadł na fotel i popatrzył na ściany z szeregiem wiszących na nich zdjęć w ramkach. Przy każdej fotce próbował ocenić swoje szanse na sukces w danym momencie życia jak w zakładzie i myślał o tym, jak doskonała była jego ciepła posadka i wszystko to, co naprawdę robił teraz.

Oto on – niski, potężny, tyjący – stoi obok Howarda Hughesa, wysokiego, przystojnego, ubranego w biały garnitur w prążki; wieśniak z Oklahomy i ekscentryczny milioner, przyprawiający sobie nawzajem rogi. Ten obrazek kojarzył się Buzzowi z dwiema stronami zdartej płyty z muzyką z westernu: jedna strona to pieśń o szeryfie skorumpowanym przez kobiety i pieniądze, druga to lament o ważniaku, który go wykupił. Dalej następuje seria policyjnych zdjęć: Buzz szczupły i zadbany jako nowicjusz w Wydziale Policji L.A. w trzydziestym czwartym, obrastający tłuszczem i coraz lepiej ubrany w miarę upływu czasu: wycieczki z ludźmi z Wydziału do spraw Oszustw, Kradzieży i Narkotyków; marynarki z kaszmiru i wielbłądziej wełny, lekka nerwowość w oczach wypatrujących wszędzie handlarzy narkotyków. Następnie detektyw Turner Meeks w szpitalnym łóżku w otoczeniu ważniaków z policji wskazujących na rany, z których udało mu się wylizać – podczas gdy on zastanawiał się właśnie, czy to nie jakiś kumpel z policji go wystawił. Seria zdjęć w cywilu na ścianie nad jego biurkiem: grubszy i bardziej siwy Buzz z burmistrzem Bowronem, byłym prokuratorem okręgowym Buronem Fittsem, Errolem Flynnem, Mickeyem Cohenem; producenci, którym stręczył dziwki; aktoreczki, które wybawił z tarapatów, ale za to przywiódł do aborcji; odtruwający ćpunów lekarze, wdzięczni, że naganiał im pacjentów. Facet od wszystkiego, chłopiec na posyłki, goryl ze swoją maczugą.

Kompletnie spłukany.

Usiadł przy biurku i u góry kartki napisał „winien” i „ma”. Był właścicielem czternastu akrów ziemi w okręgu Ventura, jałowej i nie przedstawiającej żadnej wartości. Kupił ją dla rodziców, by tam zamieszkali po przejściu na emeryturę, ale wyrolowali go, przekręcając się na tyfus podczas epidemii w czterdziestym czwartym. Pośrednik sprzedaży nieruchomości powiedział mu, że może dostać najwyżej trzydzieści dolców za akr, i że lepiej jeszcze poczekać, bo cena nie może spaść już niżej. Był posiadaczem seledynowego coupe eldo rocznik 48, identycznego z tym Mickeya Cohena, tyle że bez kuloodpornej karoserii. Miał od cholery markowych garniturów i spodni za ciasnych w pasie; gdyby Mickey kupował używane ciuchy, to on wyszedłby na zero, może i na plus – nosił dokładnie ten sam rozmiar co ten krzykliwy Żydek. Tylko że Mickey wyrzucał koszule, które miał na sobie ze dwa razy, a lista pod tytułem „winien” ciągnęła się do końca strony i dalej na podkładkę do pisania.

Zadzwonił telefon. Buzz odebrał. – Ochrona. Kto mówi?

– Tu Sol Gelfman, Buzz. Pamiętasz mnie?

Stary dziwak z MGM, dziadek młodego złodzieja samochodów, miłego chłopaka, który podpieprzał kabriolety z parkingu przed restauracją Row, ścigał się nimi po Mulholland i zawsze zostawiał swoją wizytówkę – wielką kupę gówna na tylnym siedzeniu. Raz przekupił policjanta, który go aresztował, ten zmienił raport, wymieniając w nim dwie kradzieże, nie dwadzieścia siedem, i nie wspominając nic o ekskrementach. Sędzia dał dzieciakowi wyrok w zawieszeniu ze względu na pochodzenie z porządnej rodziny i jego młodzieńczą werwę.

– Jasne. W czym mogę pomóc, panie Gelfman?

– Howard powiedział, że powinienem do ciebie zadzwonić. Mam mały problem i Howard stwierdził, że możesz mi pomóc.

– Pański wnuk wrócił do starych sztuczek?

– Skądże, Boże broń. Jest pewna dziewczyna grająca w moim nowym filmie, która potrzebuje pomocy. Ci żule mają jakieś jej sprośne zdjęcia, jeszcze sprzed czasu, gdy zawarłem z nią kontrakt. Dałem im trochę pieniędzy, bo chciałem być miły, ale oni nalegają.

Buzz jęknął; wyglądało na to, że będzie musiał ruszyć tyłek. – Co to za zdjęcia?

– Paskudne. Ze zwierzętami. Lucy i dog niemiecki z fujarą jak King Kong. Sam powinienem taką mieć.

Buzz chwycił długopis i odwrócił swoją listę na pustą stronę. – Kim jest ta dziewczyna i co pan ma na szantażystów?

– Faceci, którzy odbierają pieniądze, to jakieś bubki. Wysłałem mojego asystenta produkcji na spotkanie z nimi. Dziewczyna nazywa się Lucy Whitehall i słuchaj, wynająłem prywatnego detektywa, żeby śledził rozmowy telefoniczne. Szefem spisku jest Grek, z którym ona mieszka – Tommy Sifakis. Hucpiarz jeden. Szantażuje własną dziewczynę, dzwoniąc z żądaniami z ich miłosnego gniazdka. Ma swoich kolesi, którzy odbierają pieniądze, a Lucy nawet nie zdaje sobie sprawy, że jest wrabiana. Wyobrażasz sobie taką hucpę?

Buzz myślał o cenie, Gelfman kontynuował swój wywód.

– Buzz, to jest dla mnie warte pół tysiąca i robię ci przysługę, bo Lucy kiedyś robiła striptiz z Audrey Anders, laską Mickeya Cohena. Mogłem pójść do niego, ale raz odwaliłeś dla mnie kawał dobrej roboty, więc tobie powierzam to zadanie. Howard powiedział, że będziesz wiedział, jak to załatwić.

Buzz popatrzył na swoją pałkę zawieszoną za sznurek na klamce drzwi do łazienki i zastanowił się, czy ciągle jeszcze potrafi się targować. – Moja cena to tysiączek, panie Gelfman.

– Co? To rozbój w biały dzień!

– Nie, to nakłanianie mnie do przestępstwa, ale rozwiążemy to bez udziału sądu. Ma pan adres Sifakisa?

– Mickey zrobiłby to za darmo!

– Mickey zesrałby się ze strachu i wpakował pana w kłopoty za współudział w zabójstwie. Jaki jest adres Sifakisa?

Gelfman westchnął: – Ty pieprzony oklahomski gnojku. Jego adres to 1187 Vista View Court w Studio City i za tysiąc baksów chcę, żeby ta sprawa została załatwiona czyściutko.

Buzz odpowiedział: – Uprzątnę ją czysto jak gówno z tylnego siedzenia samochodu – i rzucił słuchawką. Chwycił swoją pałkę i ruszył w stronę Cahuenga Pass.

Droga do doliny zabrała mu godzinę, poszukiwanie Vista View Court zajęło kolejne dwadzieścia minut, które spędził, jeżdżąc pomiędzy krytymi stiukiem szeregowcami ustawionymi w półkolach osłoniętych przez Hollywood Hills. Numer 1187 był budynkiem z prefabrykatów w kolorze brzoskwiniowym. Farba zdążyła już zblaknąć, a aluminiowy siding naznaczyła rdza. Po obu stronach budynku wyrastały identyczne domki, w kolorach żółtym, liliowym, turkusowym, łososiowym i różowym na przemian, i ciągnęły się w dół wzgórza, aż do znaku obwieszczającego: OGRODY VISTA VIEW! NAJLEPSZE LOKUM W KALIFORNII! BEZ ZNIŻEK DLA WETERANÓW! Buzz zaparkował przed chatą w kolorze żółtym, myśląc o porzuconej pracy w Wydziale Policji.

Dzieciaki ścigały się po żwirowych podwórkach na trójkołowych rowerkach, nikt z dorosłych nie zażywał dziś kąpieli słonecznych. Buzz przypiął do swojej klapy trefną odznakę, wysiadł z samochodu i zadzwonił do drzwi z numerem 1187. Minęło dziesięć sekund – nikt nie otworzył. Rozglądając się, wetknął wsuwkę do włosów do zamka i poruszył klamką. Zamek przeskoczył; Buzz otworzył drzwi i wszedł do domu.

Słońce przenikające do środka przez firany pozwoliło mu obejrzeć pokój: tandetne meble, plakaty filmowe na ścianach, stosy odbiorników radiowych obok sofy – najwyraźniej łup z włamu do jakiegoś magazynu. Buzz odpiął swoją pałkę od paska spodni i przeszedł przez zapryskaną tłuszczem kuchnio-jadalnię do sypialni.

Jeszcze więcej plakatów na ścianach – striptizerki w stringach i bardzo skąpych stanikach. Rozpoznał Audrey Anders, dziewczynę z Va Va Voom, podobno posiadającą tytuł magistra jakiegoś podrzędnego college’u. Obok niej resztę miejsca na fotosie zajmowała smukła blondynka. Buzz zapalił stojącą na podłodze lampę, by się lepiej przyjrzeć. Zobaczył byle jakie plakaty promujące: „Soczysta Lucy” w błyszczącym, jednoczęściowym stroju kąpielowym, a poniżej pieczątka z adresem śródmiejskiej agencji talentów. Przyglądając się dokładniej, zauważył, że dziewczyna miała rozbiegane oczy i głupkowaty uśmiech, pewnie była czymś naszprycowana.

Buzz dał sobie pięć minut na przetrząśnięcie mieszkania, spojrzał na zegarek i zabrał się do roboty. Odrapane szuflady kryły wymieszaną bez ładu męską i damską bieliznę oraz zapas skrętów z marihuany; w ostatniej szafce były stare płyty gramofonowe i tanie książki. W szafie znalazł ubrania modnej, eleganckiej kobiety i raczej mniej eleganckiego faceta: sukienki i spódniczki ze sklepów na Beverly Hills i zalatujące naftaliną mundury marynarskie, spodnie i przyprószone łupieżem marynarki.

Gdy minęła 15:20, Buzz zabrał się za łóżko: pościel z niebieskiej satyny, wezgłowie tapicerowane i przyozdobione kupidynami i serduszkami. Przejechał ręką pod materacem, poczuł drewno i metal, chwycił je i wyciągnął obrzyn o wielkiej, czarnej lufie, kaliber prawdopodobnie 10. Sprawdził magazynek i zobaczył, że był naładowany – pięć strzałów, śrutowe naboje. Usunął amunicję i włożył ją sobie do kieszeni. Wiedziony przeczuciem co do sposobu myślenia Tommy’ego Sifakisa, sprawdził pod poduszką.

Niemiecki luger, załadowany, jeden nabój w magazynku.

Opróżnił go wkurzony, że nie ma więcej czasu, by znaleźć sejf i ten „psi” materiał, a później rzucić nim Lucy Whitehall w twarz, żeby więcej nie zadawała się z Grekami z łupieżem i arsenałem w sypialni. Wrócił do pokoju gościnnego, przystając, gdy dostrzegł notes z adresami na ławie.

Przejrzał go, lecz nie natknął się na żadnych znajomych, aż doszedł do „g” i zobaczył nazwisko Sol Gelfman, jego telefon domowy, jak i ten do MGM otoczone gryzmołami. Przy „m” i „p” lekko go zatkało, gdy znalazł Donny’ego Maslowa i Chicka Pardella, dwóch żółtków, których kiedyś przymknął, pracując w Wydziale Narkotyków, handlarzy marychą kręcących się w barach wytwórni filmowych – od takich niewiele dało się wymusić. Potem dotarł do „s” i znalazł coś, dzięki czemu wykończy Greka i może jeszcze na boku zarobi niezły szmal:

Johnny Stompanato, Crestview 6103. Osobisty ochroniarz Mickeya Cohena. Plotka głosiła, że mógł porzucić gównianą robotę w Cleveland Combination dzięki wymuszeniom z użyciem siły. Mówiono również, że dostarczał meksykańską marihuanę lokalnym dilerom za trzydziestoprocentowy udział w zyskach.

Przystojniaczek Johnny Stomp. Jego nazwisko otoczone było symbolami dolara i znakami zapytania.

Buzz wrócił do samochodu i czekał. Przekręcił kluczyk w stacyjce i włączył radio, przeleciał przez kilka rozgłośni, aż znalazł Spade’a Cooleya i jego Godzinę kowbojskich rytmów i słuchał ściszonej muzyki. Przypominała mu watę cukrową – była za słodka i podana w nadmiarze. Buzz pomyślał o zadupiach Oklahomy i jak by to było, gdyby tam został. Spadey posunął się za daleko, zawodząc o facecie, który miał skończyć na szubienicy więzienia stanowego za przestępstwo, którego nie popełnił. To bowiem wywołało refleksję nad ceną, jaką zapłacił, by się stamtąd wyrwać.

W roku 1931 Lizard Ridge w Oklahomie było wymierającym wieśniackim miasteczkiem w samym sercu Dustbowl8. Miało jedno źródło dochodu – fabrykę produkującą pamiątkowe wypychane jaszczurki, torebki i portfele z ich skóry, sprzedawane potem turystom przejeżdżającym autostradą. Miejscowi i Indianie mieszkający poza rezerwatem zabijali gady, obdzierali je ze skóry i sprzedawali do fabryki. Czasami kogoś poniosło i zaczynali zabijać się nawzajem. W 1931 roku burze piaskowe spowodowały zamknięcie autostrady numer 1 na całe sześć miesięcy, jaszczurki powariowały, nażarły się trującego zielska i wypełzały ze swoich nor, by zdechnąć, bądź właziły na główną drogę Lizard Ridge i tam rozjeżdżały je samochody. Niezależnie od rodzaju śmierci, ich skóra była zbyt zniszczona i wysuszona, by ktoś jeszcze zechciał ją kupić. Turner Meeks, najlepszy łowca gadów, zdolny ustrzelić drania dwudziestkądwójką z odległości trzydziestu metrów, trafiając prosto w kręgosłup w miejscu, w którym fabryka obcinała ostatnie szwy, wiedział, że to najwyższy czas, by opuścić miasteczko.

Przeniósł się więc do L.A. i znalazł robotę w wytwórniach filmowych, kręcących akurat westerny na kopy – jednego dnia Paramount, drugiego Columbia, za niższe stawki na Gower Gulch, kiedy zaczęło robić się ciężko. Każdy względnie przystojny biały mężczyzna, który potrafił rzucać lassem i jeździć konno, był w Hollywood w latach depresji wykwalifikowaną siłą roboczą.

Ale w trzydziestym czwartym moda zmieniła się z westernów na musicale. Ciężko było o pracę. Miał właśnie ubiegać się o robotę w Miejskim Przedsiębiorstwie Autobusowym L.A. – trzy miejsca dla, jak się spodziewano, sześciuset kandydatów – gdy Hollywood uratowało go ponownie.

Studio Monogram było oblężone przez pikietujących, przedstawicieli różnych związków pod sztandarem AFL9.

Buzz został zatrudniony do spacyfikowania strajku – pięć dolarów dziennie plus dodatkowa robota po wyciszeniu zamieszania.

Przez całe dwa tygodnie skutecznie rozwalał głowy, wywijając pałką, aż bzyczała, przez co pewien emerytowany policjant nadał mu przezwisko „Buzz” i przedstawił kapitanowi Jamesowi Culhane’owi, szefowi oddziałów porządkowych Wydziału Policji L.A. Culhane potrafił rozpoznać urodzonego policjanta od pierwszego spojrzenia. Już dwa tygodnie później Buzz robił obchód po śródmieściu L.A., a po miesiącu był instruktorem posługiwania się bronią w Akademii Policyjnej. To, że nauczył córkę szefa policji, Steckela, jak strzelać z dwudziestkidwójki i jeździć konno, zaprocentowało stopniem sierżanta, przeniesieniem do Wydziałów Oszustw, Kradzieży, no i co najważniejsze, Narkotyków.

Służba w Wydziale Narkotyków miała swój niepisany etos: dajesz w dupę szaraczkom na najniższym szczeblu drabiny ludzkości, idziesz swoją drogą, brodząc po kolana w gównie, dopóki cię nie zwolnią. Jeżeli pracujesz uczciwie, nie kablujesz na tych, którzy działają inaczej. Jeżeli nie pracujesz uczciwie, to rozdajesz część skonfiskowanego towaru kolorowym albo chłopcom z branży, którzy sprzedają to tylko grubym rybom, takim jak Jack Dragna, Benny Siegel, Mickey C. A potem obserwujesz „uczciwych” z innych jednostek – facetów, którzy czekają tylko, aż zostaniesz wylany, żeby dostać twoją posadę.

Przychodząc w czterdziestym czwartym do Wydziału Narkotyków, Buzz zawarł umowę z Mickeyem Cohenem, wówczas czarnym koniem półświatka L.A., facetem, który nad wszystko pragnął sukcesu. Jack Dragna nienawidził Mickeya, Mickey nienawidził Jacka. Buzz potrząsnął pracującymi dla Jacka handlarzami z czarnej dzielnicy, odebrał po pięć gramów z każdej uncji i sprzedał to Mickeyowi, który pokochał go za przysporzenie kłopotów Jackowi. Mickey zabierał go na hollywoodzkie przyjęcia i przedstawiał ludziom, którzy potrzebowali przysługi ze strony policji i byli skłonni za nią zapłacić; zapoznał go też z puszczalską blondynką, której mąż gliniarz służył w tym czasie w wojsku w Europie. Buzz poznał Howarda Hughsa i zaczął dla niego polować, wyszukując wiejskie dziewoje marzące o karierze gwiazdy i umieszczając je w jego garsonierach, które ważniak miał rozsiane po całym L.A. Wygrywał na wszystkich frontach: służba, pieniądze i romans z Laurą Considine. Aż do 21 czerwca 1946 roku, kiedy to anonimowe zgłoszenie napadu na sklep znajdujący się na rogu ulic Sześćdziesiątej Ósmej i Slauson zawiodło go prosto w zasadzkę. Dwa strzały w bark, jeden w rękę, jeden w lewy pośladek. I błyskawiczna podróż z Wydziału Policji L.A. z pełną rentą z powodu odniesionych ran prosto w ramiona Howarda Hughsa, który akurat przypadkiem potrzebował człowieka…

Do tej pory nie dowiedział się, kim byli strzelający. Naboje, które z niego wyciągnięto, wskazywały na dwóch sprawców. Buzz miał swoje typy: ludzie Dragny albo chłopcy wynajęci przez Mala Considine’a, męża Laury, policjanta z obyczajówki, który zdążył już wrócić z wojny. Sprawdził Considine’a wśród ludzi z wydziału i dowiedział się, że zawsze nawiewał podczas barowych rozrób w Watts, że miał radochę, nasyłając na dziwki żółtodziobów, gdy pełnił nocną służbę, że przywiózł ze sobą jakąś Czeszkę i jej syna z Buchenwaldu i zamierzał rozwieść się z Laurą. Nic konkretnego – mógł to być on albo nie on.

Pewność miał jedynie co do tego, że Considine wiedział o jego układzie z już niedługo byłą żoną i nienawidził go za to. Buzz, przechodząc na rentę, urządził sobie obchód biura detektywów – chciał się w ten sposób pożegnać i odebrać swoją honorową odznakę, a także przyjrzeć się facetowi, któremu przyprawił rogi. Podszedł do biurka Considine’a, zobaczył wysokiego faceta, który wyglądał bardziej jak prawnik niż policjant, i wyciągnął rękę. Considine zmierzył go powoli wzrokiem i rzekł: – Laura zawsze lubiła alfonsów – po czym odwrócił wzrok.

Było więc fifty-fifty: Considine albo Dragna, mógł ciągnąć los.

Buzz spostrzegł najnowszy model pontiaca ze składanym dachem parkujący przed numerem 1187. Wysiadły z niego dwie kobiety w krynolinach i ruszyły, kiwając się na wysokich obcasach, w stronę drzwi. Potężny Grek w zbyt opiętej marynarce i przykrótkich spodniach podążył za nimi. Szpilka wyższej z kobiet utknęła w dziurze w chodniku i babka aż przyklękła na jedno kolano; Buzz rozpoznał Audrey Anders we fryzurze na pazia, dwa razy piękniejszą niż na zdjęciach. Druga dziewczyna, „Soczysta Lucy” z plakatów, pomogła jej wstać i wejść do domu; wielki facet kroczył tuż za nimi. Buzz postawił trzy do jednego, że Tommy Sifakis raczej nie da się namówić na delikatne załatwienie sprawy, chwycił swoją pałkę i podszedł do pontiaca.

Jego pierwsze uderzenie rozwaliło ozdobę w kształcie głowy Indianina na masce, drugie roztrzaskało przednią szybę. Trzecie, czwarte, piąte i szóste, padając w rytm refrenu Spade’a Cooleya, wbiły osłonę w chłodnicę, wypuszczając kłęby pary. Siódmy cios padł ślepo na szybę od strony kierowcy, a brzęk tłuczonego szkła zlał się niemal z głośnym: – Co, do kurwy! – i znajomym metalicznym dźwiękiem, szczękiem odbezpieczanej broni.

Buzz odwrócił się i zobaczył Tommy’ego Sifakisa kroczącego podjazdem w jego stronę z obrzynem w drżących rękach. Cztery do jednego, że Grek był zbyt wściekły, by zauważyć, że broń zrobiła się lżejsza, dwa do jednego, że nie miał czasu chwycić za pudełko z nabojami i ponownie załadować magazynek. Głupi zakład, wszystko było jasne.

Z pałką przy ramieniu Buzz ruszył naprzód. Kiedy znalazł się w zasięgu strzału, Grek pociągnął za spust, lecz z broni dobyło się tylko słabe kliknięcie. Buzz przypuścił atak, zamierzając się na owłosioną lewą rękę, która rozpaczliwie starała się strzelić amunicją, której nie było. Tommy Sifakis krzyknął i upuścił pistolet. Buzz powalił go dwoma ciosami w klatkę piersiową. Grek pluł krwią i usiłował zwinąć się w kłębek, trzymając się za uderzone miejsca. Buzz uklęknął przy nim i przemówił cicho, z wyraźnym akcentem rodem z Oklahomy:

– Synu, puśćmy w niepamięć to, co było. Ty podrzesz zdjęcia i zniszczysz negatywy, a ja nie powiem Johnny’emu Stompowi, że zaplanowałeś dla niego mały szantażyk. Umowa stoi?

Sifakis wykrztusił trochę krwi i „P-p-pierdol się”. Buzz zdzielił go w kolana. Grek wyrzucił z siebie stek przekleństw. Buzz powiedział: – Zamierzałem dać tobie i Lucy jeszcze jedną szansę, żebyście się jakoś dogadali, ale teraz sądzę, że doradzę jej bardziej odpowiednie lokum. Masz ochotę ją przeprosić?

– P-p-p-s-s-się.

Buzz westchnął głęboko, tak jak to robił, grając zrezygnowanego rolnika w starym serialu Monogramu.

– Synu, oto moja ostateczna oferta. Przeprosisz Lucy albo powiem Johnny’emu, że go chciałeś wykołować, Mickeyowi C., że wykorzystujesz koleżankę jego dziewczyny, a Donny’emu Maslowowi i Chickowi Pardellowi, że wydałeś ich Wydziałowi Narkotyków. Rozumiemy się?

Sifakis usiłował wystawić zmiażdżony środkowy palec, Buzz pogładził pałkę, kątem oka dostrzegając w drzwiach Audrey Anders i Lucy Whitehall z szeroko otwartymi ustami. Grek obrócił głowę na chodniku i wysapał: – P-sz-szam.

Buzz ujrzał oczami wyobraźni migawki Lucy i jej psiego partnera, Sola Gelfmana psującego jej karierę gównianymi filmami, dziewczynę wracającą do Greka po brutalny seks. Powiedział:

– Grzeczny chłopczyk. – Wcisnął pałkę w żołądek Sifakisa i podszedł do kobiet.

Lucy cofała się do pokoju gościnnego, Audrey Anders, na bosaka, tarasowała wejście. Wskazała na odznakę Buzza. – To fałszywka.

Buzz usłyszał południowy akcent w jej głosie i przypomniały mu się rozmowy w szatni o tym, że dziewczyna z Va Va Voom potrafiła kręcić frędzlami przy swoim staniczku w obie strony równocześnie. – Z pudełka po płatkach pszennych. Jest pani z Nowego Orleanu? Atlanty?

Audrey spojrzała na Sifakisa czołgającego się w stronę krawężnika. – O, jeszcze się rusza. To Mickey cię przysłał, żebyś to zrobił?

– Nie. Zastanawiałem się, czemu nie była pani zaskoczona. Teraz już wiem.

– Może mi powiesz.

– Nie.

– Ale już kiedyś pracowałeś dla Mickeya?

Buzz zobaczył, że Lucy Whitehall siada na kanapie i chwyta skradzione radio, byle coś trzymać. Jej twarz pokryta była czerwonymi plamami, a po policzkach spływały smugi tuszu do rzęs.

– Oczywiście, że tak. Mickey nie lubi pana Sifakisa?

Audrey zaśmiała się. – Pozna śmiecia, jak tylko go zobaczy, trzeba mu to oddać. Jak się nazywasz?

– Turner Meeks.

– Buzz Meeks?

– Zgadza się. Panno Audrey, czy zna pani miejsce, gdzie mogłaby się zatrzymać panna Whitehall?

– Tak. Ale co…

– Mickey nadal spędza Nowy Rok w Breneman Ham’n’Eggs?

– Tak.

– Proszę powiedzieć Lucy, żeby spakowała trochę rzeczy. Podrzucę was tam.

Audrey zarumieniła się. Buzz zastanawiał się, jak długo wymądrzała się przed Mickeyem, zanim ją usidlił, i czy kiedykolwiek robiła dla niego ten numer z frędzelkami. Podeszła do Lucy White­hall i uklęknęła przy niej, gładząc ją po włosach i zabierając radio z jej rąk. Buzz poszedł po samochód, wycofał i zaparkował na żwirowym podwórku przed domem, mając oko na Greka, który wciąż jeszcze pojękiwał nisko. Sąsiedzi wyglądali przez okna, w całym zaułku żaluzje były popodciągane. Audrey wyprowadziła Lucy z domu w parę minut później, jedną ręką obejmując ją, w drugiej niosąc walizkę. Po drodze do samochodu zatrzymała się, żeby kopnąć Tommy’ego Sifakisa w jaja.

Buzz pojechał z powrotem do Hollywood przez Lauren Canyon, żeby mieć więcej czasu na zastanowienie się, jak się zachować, gdyby Johnny Stompanato pojawił się u boku swego szefa. Lucy Whitehall mamrotała, że Sifakis to miły facet, choć może nie ideał, Audrey szeptała: – No już, już – i podawała jej papierosy, żeby jakoś ją zamknąć.

Zapowiadała się potrójna wygrana: tysiąc od Gelfmana, jakaś sumka od Mickeya, jeśli ten będzie wdzięczny za Lucy, i kasa lub oferta przysługi od Johnny’ego Stompa. Trzeba rozegrać to z Mi­ckeyem delikatnie – nie widział go od czasu, gdy odszedł z Wydziału i zaniechał ich procentowej umowy. Od tamtej pory facet przeżył wybuch bomby domowej roboty, dwa dochodzenia Urzędu Skarbowego, widok dwunastki przytkniętej do głowy własnego goryla Hooky’ego Rothmana, strzelaninę przed Sherry, którą można przypisać Jackowi Dragnie albo strzelcom Wydziału Policji L.A., i zemstę gliniarzy, których głowy poleciały po aferze z Brendą Allen. Mickey kładł łapę na połowie zysków z postawionych zakładów, lichwy, wyścigów konnych i operacji narkotykowych w L.A. W jego kieszeni siedzieli też chłopcy szeryfa Zachodniego Hollywood i kilku ważniaków z policji w mieście, którzy nie chcieli, by mu się cokolwiek stało. A Johnny Stomp przeszedł z nim przez to wszystko – makaroniarz, człowiek do wszystkiego na usługach żydowskiego księcia. Trzeba zagrać z nimi obydwoma bardzo delikatnie.

Laurel Canyon kończył się zaraz na północ od Strip. Buzz jechał bocznymi uliczkami do Hollywood i Vine, nie spiesząc się na światłach. Czuł na sobie wzrok Audrey Anders, przyglądającej mu się z tylnego siedzenia – pewnie próbowała porównać go z wielkim Mickiem. Zatrzymując się przed knajpą Brenemana, rzekł: – Pani i Lucy zostaniecie tutaj. Muszę porozmawiać z Mickeyem na osobności.

Lucy pociągała nosem i bawiła się paczką papierosów. Audrey złapała za klamkę. – Idę z tobą.

– Nie, nie idzie pani.

Audrey zarumieniła się. Buzz odwrócił się do Lucy.

– Kotku, tu chodzi o te twoje zdjęcia z wielkim psiskiem. Tommy próbował wycisnąć pieniądze od pana Gelfmana i jeśli wejdziesz teraz do środka taka roztrzęsiona, Mickey może go po prostu zabić i wpakować nas wszystkich w straszne kłopoty. Tommy nie jest ideałem, ale może we dwójkę jakoś się jeszcze dogada…

Lucy zawyła, więc przestał mówić, a spojrzenie Audrey powiedziało mu, że jest gorszy od tego psa. Buzz pobiegł truchtem do Brenemana. Restauracja była zatłoczona, a ekipa radiowa audycji Hollywoodzkie śniadanie Toma Brenemana pakowała sprzęt i przenosiła go w stronę wyjścia. Mickey Cohen siedział we wnęce w towarzystwie Johnny’ego Stompanato i innego mięśniaka. Trzeci facet siedział sam przy sąsiednim stoliku, obserwując wszystko dokoła, zaś na krześle obok leżała rozpostarta gazeta – zapewne kamuflaż dla jakiejś ogromnej spluwy.

Buzz zbliżył się do nich, ręka strzelca wsunęła się pod porannego Heralda. Mickey wstał z uśmiechem, Johnny Stomp i ten drugi wywołali na twarze identyczne grymasy i odsunęli się, by mógł wejść do środka. Buzz wyciągnął rękę, Mickey zignorował ten gest, złapał go za głowę i pocałował w oba policzki, drapiąc zarostem. – Wielkoludzie, kopę lat!

Buzz wzdrygnął się od zapachu wody kolońskiej. – Kopę lat, wielkoludzie. Jak tam interesy?

Cohen zaśmiał się: – Pasmanteria? Czy kwiaciarnia albo lodziarnia?

Buzz zauważył, że Mickey mu się przygląda; zauważył postrzępione mankiety koszuli i manicure domowej roboty. – Nie. Interesy.

Cohen szturchnął faceta po lewej, chudzielca o wielkich niebieskich oczach i twarzy bladej jak ściana. – Davey, on pyta, jak interesy. Powiedz mu.

Davey odrzekł: – Ludzie muszą czasem sobie pograć, pożyczyć pieniądze i pobzykać się trochę. A czarnuchy muszą czasem polatać na białym proszku. Więc interes jakoś się kręci.

Mickey ryknął śmiechem. Buzz zachichotał, udał napad kaszlu, odwrócił się do Johnny’ego Stompanato i wyszeptał: – Sifakis i Lucy Whitehall. Trzymaj, kurwa, gębę na kłódkę.

Mickey poklepał go po plecach i podał szklankę wody. Buzz nadal kaszlał, napawając się miną Stompa – makaroniarski Adonis zamieniony w chłopczyka niedojdę, jego kryta brylantyną, misternie zaczesana do góry fryzura o mało co nie oklapła ze strachu. Klepnięcia Cohena stały się silniejsze. Buzz wziął łyk wody i udał, że złapał oddech. – Zabawny z ciebie facet, Davey.

Davey uśmiechnął się lekko. – Najlepszy na całym Zachodzie. To ja piszę wszystkie gadki pana Cohena dla palaczy cygar w klubie Friar’s. Zapytaj go: „Jak się miewa żona?”.

Buzz wypił zdrowie Daveya. – Jak tam żona, Mickey?

Mickey Cohen wygładził klapy marynarki i powąchał goździk w butonierce.