Wielkie ludy historii. Grecy - Christian Hill - ebook

Wielkie ludy historii. Grecy ebook

Christian Hill

0,0
17,06 zł

lub
Opis

Jak wyglądało życie codzienne w starożytności? Czy dzieci chodziły do szkoły? Czym zajmowali się dorośli? Poznaj starożytne cywilizacje! Wybierz się w podróż w czasie do starożytnej Grecji!

W książce pt. ,,Wielkie ludy historii. Grecy” młodzi Czytelnicy znajdą informacje o uzbrojonych żołnierzach, wielkich matematykach, błyskotliwych myślicieli… i sportowcach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 49

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Spis treści

Formacja

Rana

Gimnazjon

Agora

Pireus

Rozejm

Boże igrzyska

Na ulicy

Olimpia

Podejrzane działania

Oczy Spartanina

Zawody

Prawda

FORMACJA

Pe­lo­po­nez, Gre­cja, wio­sna 424 r. p.n.e.

Głę­bo­ki od­dech.

I przed sie­bie. W dół wzgó­rza, na zła­ma­nie kar­ku. Tar­cza, strasz­nie cięż­ka tar­cza w le­wej ręce: przy każ­dym kro­ku skó­rza­ny rze­myk, któ­rym przy­wią­za­na jest do przed­ra­mie­nia, dra­pie go, wpi­ja się, zry­wa skó­rę, mimo od­ci­sku, któ­ry się już na niej zro­bił. Hełm prze­su­wa się na­przód przy każ­dym ko­lej­nym ru­chu, szpa­ry na oczy ze­śli­zgu­ją się w dół, tak że po­le­gać trze­ba ra­czej na in­stynk­cie niż na wzro­ku. Brą­zo­we na­go­len­ni­ki, za­ko­twi­czo­ne na udach, na­ci­ska­ją na łyd­ki, a mię­śnie drżą pod nimi, nie­zdol­ne do od­po­wied­nie­go na­pi­na­nia się i roz­luź­nia­nia, nie­zbęd­ne­go do bie­gu.

Ateń­czy­cy wie­dzą, że Spar­ta­nie pra­wie ni­g­dy nie two­rzą for­ma­cji łucz­ni­ków, bo jest to nie­zgod­ne z ich fi­lo­zo­fią, ich po­glą­da­mi.

Le­piej im jed­nak nie ufać. Fa­lan­ga musi jak naj­szyb­ciej zro­bić tych czte­ry­sta nie­uchron­nych kro­ków, któ­re dzie­lą ją od nie­przy­ja­cie­la, po­ko­nać tę prze­strzeń, na któ­rej moż­na się stać ofia­rą desz­czu strzał i zgi­nąć, nim się jesz­cze roz­pocz­nie wła­ści­wa bi­twa.

An­dry­pus, syn An­dro­ty­ma, po­tra­fi bie­gać. To wy­cho­dzi mu naj­le­piej, le­piej na­wet niż ma­new­ro­wa­nie cięż­ką włócz­nią czy ostrym mie­czem.

Bie­gnie więc w dół, mimo heł­mu, tar­czy, mimo na­go­len­ni­ków: mimo że wszyst­ko zda­wa­ło się utrud­niać mu ru­chy. Uwa­ża, by nie po­zo­sta­wić to­wa­rzy­szy za sobą. Fa­lan­ga to zwar­ta, wal­czą­ca jed­ność. Zwal­nia.

An­dry­pus wy­tę­ża słuch. Czyż­by sły­szał za sobą kro­ki Dio­ni­zju­sza? Zwal­nia jesz­cze bar­dziej. Hełm spadł mu tak ni­sko na oczy, że nic nie­mal nie wi­dzi. A co, je­śli spar­tań­ska fa­lan­ga ze­bra­ła się już przed nim? A jego bieg do­pro­wa­dzi go sa­me­go pro­sto na jed­ną z ich wy­cią­gnię­tych już włócz­ni?

– Nie zwal­niaj, An­dry­pu­sie! Nie zwal­niaj!

To Dio­ni­zjusz mó­wił swo­im gło­sem, jed­no­cze­śnie chra­pli­wym i pi­skli­wym.

– Nic nie wi­dzę! – krzy­czy An­dry­pus. – Prze­klę­ty hełm!

– Ja ci po­wiem! Za­trzy­maj się, kie­dy ci po­wiem! – sło­wa Dio­ni­zju­sza do­cie­ra­ły do nie­go uryw­ka­mi, prze­ry­wa­ne dy­sze­niem. – Te­raz! Za­trzy­maj się!

An­dry­pus za­trzy­mu­je się. Ści­ska­ją­ca włócz­nię pra­wa ręka szu­ka heł­mu, od­su­wa go w tył.

Wi­dzi!

Spar­tań­ska fa­lan­ga ze­bra­ła się już dwa­dzie­ścia kro­ków da­lej. Jest nie­ru­cho­ma: to mur z tarcz na­je­żo­nych włócz­nia­mi.

An­dry­pus wie, co po­wi­nien zro­bić. Znaj­du­je to­wa­rzy­sza po le­wej stro­nie i sta­je obok nie­go. Wy­cią­ga tar­czę przed sie­bie tak, by jed­na po­ło­wa przy­kry­wa­ła jego lewy bok, a dru­ga – pra­wy bok to­wa­rzy­sza. Włócz­nię wy­cią­ga pro­sto przed sie­bie.

Chwi­lę póź­niej do­łą­cza do nie­go Dio­ni­zjusz. Jego tar­cza bę­dzie osła­niać od­kry­ty bok An­dry­pu­sa. Za nim usta­wia się dru­gi rząd, a dłu­ga włócz­nia sto­ją­ce­go za nim męż­czy­zny wy­ła­nia się spod jego włócz­ni. Po­tem po­ja­wia się trze­cia. W mgnie­niu oka tłum pięć­dzie­się­ciu oby­wa­te­li, któ­rzy cha­otycz­nie zbie­ga­li ze wzgó­rza, ście­śnił się i stwo­rzył jed­no­li­tą masę z tarcz i włócz­ni. Był to pro­sto­kąt sze­ro­ki na ośmiu lu­dzi i nie­mal rów­nie głę­bo­ki.

Krzyk. Chó­ral­ny, gło­śny, dzi­ki. Fa­lan­ga ateń­skie­go po­lis jest go­to­wa. Inne zbie­ra­ją się po pra­wej i po le­wej stro­nie, by utwo­rzyć for­ma­cję bi­tew­ną.

Spar­ta­nie cze­ka­li na nich. Mię­dzy tar­cza­mi ude­ko­ro­wa­ny­mi po­twor­ny­mi twa­rza­mi le­d­wie dało się do­strzec heł­my prze­ciw­ni­ków. Ich oczy błysz­cza­ły ni­czym gwiaz­dy na nie­bie z brą­zu.

Spar­ta­nie. Lud, któ­ry uczy­nił woj­nę sen­sem swo­je­go ist­nie­nia. Lu­dzie, któ­rzy przez całe swo­je ży­cie ćwi­czy­li, by stać się nie­zwy­cię­żo­ny­mi w wal­ce.

An­dry­pus prze­ły­ka śli­nę. On wal­czy, kie­dy musi, ale ma też ży­cie, w któ­rym nie są mu po­trzeb­ne tar­cza, hełm ani włócz­nia.

Boi się. Bar­dzo. Nie chce umie­rać.

Zer­ka na Dio­ni­zju­sza po swo­jej pra­wej. Przy­ja­ciel uśmie­cha się do nie­go.

– Spo­koj­nie – szep­cze. – To nie nasz dzień. Je­stem tego pe­wien.

An­dry­pus kiwa gło­wą. To praw­da, on rów­nież to czu­je. Dzi­siaj nie umrze. Ści­ska swo­ją włócz­nię, spo­glą­da na fa­lan­gę nie­przy­ja­ciół.

Do­cie­ra roz­kaz: ru­szać na­przód. Głę­bo­ki od­dech.

Ru­sza.

Fa­lan­ga

Grec­kie­go pie­chu­ra na­zy­wa­my ho­pli­tą, a jed­nost­ką bi­tew­ną ty­po­wą dla ho­pli­tów była fa­lan­ga: bar­dzo zwar­ta for­ma­cja, w któ­rej każ­dy z lu­dzi osła­niał tar­czą za­rów­no sie­bie sa­me­go, jak i swo­je­go są­sia­da. Zło­żo­na z żoł­nie­rzy usta­wio­nych w na­pie­ra­ją­cych na­przód rzę­dach (co naj­mniej sze­ściu, lecz czę­sto znacz­nie licz­niej­szych), fa­lan­ga mia­ła wiel­ką siłę ude­rze­nio­wą.

Łucz­ni­cy

Oprócz ho­pli­tów grec­kie woj­sko mia­ło od­dzia­ły łucz­ni­ków. Sal­wa strzał po­tra­fi­ła zdzie­siąt­ko­wać siły prze­ciw­ni­ka, za­nim jesz­cze włócz­nie zdą­ży­ły się do­tknąć. Z tej przy­czy­ny ho­pli­ci czę­sto po­ko­ny­wa­li bie­giem prze­strzeń, w któ­rą mógł ce­lo­wać prze­ciw­nik, aby ufor­mo­wać fa­lan­gę tuż przed nim.

Oby­wa­te­le

Oby­wa­tel Gre­cji miał pra­wo po­sia­dać wła­sny ma­ją­tek, brać udział w uro­czy­sto­ściach to­wa­rzy­szą­cych świę­tom i w wy­bo­rach. W za­mian mu­siał od­by­wać służ­bę woj­sko­wą w ra­zie po­trze­by, zaś udział w ży­ciu po­li­tycz­nym był za­rów­no pra­wem, jak i obo­wiąz­kiem. Do oby­wa­te­li nie za­li­cza­no ko­biet, dzie­ci, ob­co­kra­jow­ców ani nie­wol­ni­ków.

Po­lis

Sta­ro­żyt­na Gre­cja sta­no­wi­ła zbiór se­tek miast-państw zwa­nych po­lis (w licz­bie mno­giej po­le­is), z któ­rych nie­któ­re były ma­leń­kie, inne zaś ogrom­ne. Na­prze­mien­nie za­wie­ra­ły so­ju­sze i pro­wa­dzi­ły woj­ny, a po­li­tycz­na pa­no­ra­ma wciąż się zmie­nia­ła. Je­dy­nie w ob­li­czu wiel­kich za­gro­żeń z ze­wnątrz, ta­kich jak in­wa­zja Per­sów, wszy­scy Gre­cy jed­no­czy­li się, by sta­wić opór wspól­ne­mu wro­go­wi.

RANA

Krót­kie, ryt­micz­ne kro­ki. Jak ta­niec na polu bi­twy. Pal­ce ści­ska­ją­ce włócz­nię pocą się, ale nie wol­no wy­pu­ścić jej z ręki.

Dy­stans mię­dzy dwie­ma fa­lan­ga­mi się zmniej­sza. Ostrza włócz­ni prze­ciw­ni­ków mu­ska­ją tar­cze.

Na­de­szła pora ata­ku!

Dwie fa­lan­gi na­cie­ra­ją na sie­bie, tar­cza prze­ciw tar­czy. Żoł­nie­rze z tyl­nych rzę­dów na­pie­ra­ją na to­wa­rzy­szy przed nimi. Swo­ją siłą na­da­ją im­pet ca­łej fa­lan­dze. Kto z przo­du, pcha włócz­nią na­przód. Sta­ra się omi­nąć tar­cze prze­ciw­ni­ków z prze­ra­ża­ją­cy­mi zdo­bie­nia­mi i tra­fić wro­ga. Każ­dy jed­no­cze­śnie ma na­dzie­ję, że sam nie zo­sta­nie tra­fio­ny.

Oto An­dry­pus przy­po­mi­na so­bie Po­ema­ty epic­kie opo­wia­da­ją­ce o bi­twach. Pot, za­pach stra­chu, wzno­szą­cy się po­nad zie­mię kurz, słoń­ce roz­grze­wa­ją­ce heł­my z brą­zu, tak że gło­wa zda­je się wci­śnię­ta do pie­ca. I cia­ła to­wa­rzy­szy z tyłu, któ­re gro­ma­dzą się i na­pie­ra­ją na­przód, wciąż na­przód, na­wet gdy nie ma już miej­sca.

Męż­czyź­ni za­czy­na­ją upa­dać, ran­ni lub mar­twi, dep­ta­ni nie­dba­le, bez sza­cun­ku.

Ateń­ska fa­lan­ga pod­da­je się. Czło­wiek po le­wej stro­nie An­dry­pu­sa zo­stał zra­nio­ny w udo. Spar­tań­ska włócz­nia prze­do­sta­ła się przez ba­rie­rę tarcz i tra­fi­ła go. Męż­czy­zna upa­da, a ten sto­ją­cy za jego ple­ca­mi nie zaj­mu­je jego miej­sca od razu. Spar­ta­nie wy­czu­wa­ją chwi­lę sła­bo­ści i rzu­ca­ją się w pu­stą prze­strzeń po­zo­sta­wio­ną przez żoł­nie­rza ni­czym wiel­kie ostrze.

Pusz­cza­ją włócz­nie, bio­rą do