Wydawca: Videograf Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 205 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wielki Szu - Jan Purzycki

Wznowienie powieści, na podstawie której powstał kultowy film Sylwestra Chęcińskiego, z Janem Nowickim w roli głównej.
Historia genialnego szulera została pokazana na tle, egzotycznej już dziś, rzeczywistości PRL-u.
W barwnej scenerii luksusowych hoteli, drogich restauracji i willi zamożnych Polaków toczy się gra o wysokie stawki. To jednak zabawa niebezpieczna – stracić można ogromne pieniądze, samochód, dom, a nawet życie...
Świat szemranych interesów i wielkich przekrętów wciąż potrzebuje świeżej krwi, o czym Wielki Szu przekonuje się na własnej skórze...

Opinie o ebooku Wielki Szu - Jan Purzycki

Fragment ebooka Wielki Szu - Jan Purzycki

Projekt okładki

Marek J. Piwko {mjp}

Redakcja i korekta

Magdalena Swoboda

Anna Sakiewicz

Na okładce wykorzystano kadr z filmuWielki Szu(1983) w reż. Sylwestra Chęcińskiego,

© Studio Filmowe KADR

© POLFILM/EAST NEWS

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Wydanie I w tej edycji, Chorzów 2013

(na podstawie książki Wydawnictwa Pojezierze z 1985 r.)

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

Aleja Harcerska 3c, 41-500 Chorzów

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35; fax 32-348-31-25

office@videograf.pl;www.videograf.pl

Dystrybucja: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl;www.dictum.pl

Copyright © Jan Purzycki

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2012

ISBN 978-83-7835-171-9

I

Życie Piotra upływało w luksusowych hotelachi ekskluzywnych lokalach. Pech dotknął go po raz pierwszy po pięćdziesiątce. Wtedy to na pięć lat zamknęły się za nim drzwi więziennej celi. Nadszedł czas refleksji. Przez tysiąc osiemset dwadzieścia dni Piotr szukał błędu i nie znalazł go, bo błędu nigdy nie popełnił. Ostatniego dnia zrozumiał, że więzienna cela i hotelowy pokój są różnymi formami tej samej struktury, a ich przemienność jest samoistna i niezależna od rozumu. Znaczyło to, że błąd nie odgrywa decydującej roli w rozwoju wydarzeń, na które sam człowiek ma jedynie niewielki wpływ. Znaczyło to, że poniósł klęskę, bo przez pięćdziesiąt dwa lata uważnej obserwacji nie rozpoznał świata, w którym żył.

Aż tego feralnego dnia, w lipcu 1974 roku, kiedy to struktura samoistnie przekształciła elegancki pokój hotelowy w ciemną i ponurą celę więzienną, Piotr Grynicz uwierzył w swoje powołanie. I chociaż w ostatnich latach fascynacje i namiętności ostygły, to fakt ten przypisywał naturalnemu działaniu czasu, który każdą przyjemność potrafi zniweczyć i pozbawić uroku. Siadał do stolika, bo był bogiem gry. Siadał i wygrywał z przyzwyczajenia, przyglądając się ze znudzeniem i odrazą naiwniakom, którzy polizali pierwszej tajemnicy i zafascynowani jej słodyczą, szukali pełnego smaku zwycięstwa. Ogrywał ich, bo był Szu. Spełniał tylko swoje zadanie.

Lata spędzone w więzieniu nauczyły go pokory wobec życia, które otrzymał w darze i które przeżył, jak umiał i chciał najlepiej.

Szu nie znalazł błędu w swoim dorosłym życiu. Może ten błąd popełnił wcześniej, ale nic o tym nie wiedział. Był dzieckiem prawego brzegu Wisły i nie miał przeszłości — w tym sensie, w jakim rozumie się ją potocznie. Z dzieciństwa nie pamiętał ani jednego konkretnego obrazu. Tamten okres był dla niego zbiorem nastrojów, odgłosów ulicy, szarych kolorów, cieni i jakiejś przytłaczającej, wywołującej trwogę ciemności. Jego dzieciństwem były zarośla nadrzeczne. Tam uczył się życia i miał zostać jeszcze jednym cwaniakiem warszawskim, którego żywot to „nabijanie w butelkę na Zygmunta”. Otrzymał staranne wykształcenie, ale cwaniakiem warszawskim nie został. Stał się Szu, bogiem oszustwa. Sprawił to przypadek i taki sam przypadek, takie samo zrządzenie losu sprawiło, że gdy zbliżał się zmierzch, gdy wypaliło się już wszystko, znowu miał spoglądać na swoją młodość i swoje początki. Ale to nastąpiło później. Opuszczając więzienie, miał jeszcze nadzieję. Nie chciał wiele, chciał tylko spokoju.

Piotr Grynicz — Wielki Szu — nigdy dotąd nie podróżował pociągiem. Do tej pory widział zwykłych ludzi zpewnego oddalenia, najczęściej zza szyb hoteli, restauracji i taksówek. Teraz przez kilkanaście godzin przebywał wśród nich, w zaduchu, szarości i smutku podróży. Przyglądał się zmęczonym twarzom, przygarbionym czekaniem sylwetkom, zaglądał w bezimienne oczy i najpierw ci biedni ludzie wydawali mu się stworzeniami bez duszy i przeżyć, egzystującymi instynktownie, nieodczuwającymi potrzeb wewnętrznych i ograniczającymi się do bezmyślnego ich zaspokajania. Ale szybko zrozumiał, że to pierwsze wrażenie było mylne i że te istoty nie tylko egzystują, lecz również myślą i przeżywają. Wświat wzruszeń wprowadziła go dziewczyna.

Stał na peronie dworca, na uboczu, osłonięty ruchomymi tablicami rozkładu jazdy, i czekał na pociąg. Wraz z wieczorem nadciągały nad miasto grube chmury i zaczął siąpić drobny deszcz. Ciemności, ledwie tylko rozpraszane chybotliwymi odblaskami, nastrajały go do rozmyślań. Był zmęczony. Przed dworcem stały taksówki. Każda mogła go w ciągu kilku godzin zawieźć na koniec świata. Ale wszystko, co robił w życiu, robił na serio. Chciał, by tak było i tym razem. Podjął decyzję o zerwaniu z przeszłością i był konsekwentny. Przestał funkcjonować jak precyzyjny komputer, który nawet wwolnych chwilach zajmuje siękompilowaniem coraz to nowych układów i sprawdzaniem wszystkich zawartych w nich możliwości, a pozwolił myślom snuć się bezładnie, oczom patrzeć i obserwować bez oczekiwania konkretnej korzyści. Myślał o podróży, o czasie i przestrzeni, i doszedł do wniosku, że podróż jest drogą do końca, do zmierzchu. Zrobiło mu się zimno. Porzucił więc rozważania i pomyślał, że cieplej będzie wdworcowej poczekalni. Szedł wolno między ławkami, na których koczowali nieliczni podróżni, spoglądający przed siebie zmęczonymi oczyma. Dalej grupa młodych ludzi śpiewała smętną piosenkę o kwiecie, który zakwita tylko raz. Odczuł pragnienie przyłączenia się do nich, aż się uśmiechnął z zażenowaniem, a kiedy już ich minął, usłyszał następną pieśń, wrzaskliwą i pijacką. Westchnął — dał się nabrać.

W oszklonych drzwiach restauracji zobaczył dziewczynę. Siedziała przy stoliku przykrytym białym obrusem i trzymała w obu rękach, na wysokości ust, szklankę z herbatą. Zaciekawiło go coś w jej spojrzeniu. Patrzyła przed siebie i marzyła, uśmiechała się lekko.

Wszedł do środka i usiadł kilka stolików dalej. Poprosił o herbatę, a kiedy ją otrzymał, uniósł szklankę do ust w sposób przypominający gest dziewczyny. Następnie skierował wzrok w jej stronę. Patrzyła prosto w jego oczy. Delikatny, ciepły uśmiech teraz wyraźnie przeznaczony był dla niego. Jakiś dreszcz przeszedł mu przez ciało, sala ucichła, słychać było tylko szmer. Przez chwilę zwątpił, ale zaraz odnalazł w twarzy dziewczyny zapewnienie. To była prawda: cieszyli się oboje. Znieruchomiał, a sala zupełnie ucichła. Popadł w stan, który musiał pochodzić z najodleglejszego dzieciństwa — stan błogiego, krążącego po całym ciele spokoju. Trwało to bardzo długo, a może kilka sekund.

Nagle usłyszał:

— Można? — stał przed nim młody człowiek w białym kitlu i trzymał w ręku skrawek papieru.

— Proszę? — zapytał nieprzytomnie.

— Płaci pan?

— Tak, oczywiście — sięgnął do kieszeni.

Kiedy uniósł powieki, dziewczyna siedziała w zmienionej pozycji, bokiem do niego, i drobnymi łykami popijała herbatę; jej twarz była normalna, zniknęło z niej uduchowienie, nabrała ostrości. Była już kimś innym. Z niechęcią popatrzył na kelnera. Ten pytająco uniósł brwi. „Bydlę!” — powiedział w duchu. Na twarzy kelnera na wszelki wypadek pojawiła się drwina. Dziewczyna wstała, lekko zarzuciła duży plecak na ramię i wyszła. Nie było żadnego znaku dla niego, ona po prostu go nie widziała.

Odprowadził ją wzrokiem do drzwi. Wysoka, zgrabna i zwyczajna. Zniknęła. Znowu westchnął. Działo się z nim coś niezwykłego, a przed nim była jeszcze długa podróż.

Zniekształcony głos zapowiedział przez głośnik przyjazd pociągu. Wyszedł na peron.

— Jedziemy? — powiedział do niego jakiś podpity mężczyzna.

Skinął głową.

— Bo wie pan… — mówił coś mężczyzna.

Nie odpowiedział, ale akceptował jego obecność obok siebie. Głos tamtego rozbijał osaczający go ze wszystkich stron niepokój. Przeszli przez obłok pary dymiący z lokomotywy i minęli kilka wagonów.

— Może do tego?

— Może — odpowiedział.

Weszli po schodkach, mężczyzna otworzył drzwi pierwszego przedziału.

— O, tu są miejsca! — zawołał wesoło.

Stanął w drzwiach i drgnął. Przy oknie siedziała dziewczyna. Spojrzała na nich, potem odwróciła wzrok na książkę, którą trzymała w ręku. Poruszony tym nieoczekiwanym spotkaniem próbował przez chwilę myśleć jak dawniej, ale zaraz przypomniał sobie, że ma być inny; zdał się więc na los.

Naprzeciw siedziała staruszka. Spoglądała to na niego, to na jego towarzysza, z ciekawością, z wyraźną chęcią nawiązania rozmowy. Usiedli.

— Dokąd jedziecie, babciu? — zapytał mężczyzna.

— Ja? A na pogrzeb — zaskrzeczała cienko.

— Ho, ho — stropił się. — A to ktoś wasz?

— Moja koleżanka. Kiedyś razem się chowałyśmy. A teraz będzie jej pogrzeb — odpowiedziała.

— A ile to macie lat? — badał dalej.

Babcia pomyślała chwilkę.

— Troszkę, już zapomniałam. Ale chyba będzie osiemdziesiąt i osiem.

— No, to i tak już nie żal — pokiwał głową.

Pociąg ruszył. Ukradkiem spojrzał na dziewczynę. Poczuła jego wzrok i w niemym pytaniu zatrzepotała powiekami.

— Tylko na tej stypie nie upijcie się za bardzo. Bo wiecie jak to jest: czasami zdrowie nieboszczyka piją — powiedział mężczyzna.

— Nie, nie. Ja nie piję — zaprotestowała. — Lekarz mi nie każe. Mówi, że albo życie, albo picie. Nawet jeden kieliszek nie. To ja wolę jeszcze pożyć.

— Pewnie, pewnie. Ale bez wódki smutniej.

— Pewnie, pewnie — powtórzyła za nim.

Obok staruszki, przy oknie, siedziała młoda kobieta o przedwcześnie postarzałej twarzy. Zamyślona i smutna.

— A pani dokąd?

— Do syna, do sanatorium.

— No tak. A ja do domu. Chrzciny będę miał jutro. Wiozę całą torbę wódki. Gdyby było w czym, to jedną flaszkę moglibyśmy rozpić, co? — rozejrzał się pytająco i pokiwał głową. — Nie ma. Zawsze czegoś człowiekowi brakuje.

Koła stukały. Mężczyzna wypytywał babcię o przygody z młodości. Babcia była nieco zawstydzona, lecz opowiadała chętnie i protestowała wesoło, gdy komentował pikantnie niektóre szczegóły. Dziewczyna i kobieta jadąca do syna śmiały się cichutko. Zasnął.

*

Wszystkie klucze pasowały do zamków, co uznał za okoliczność pomyślną. Po omacku poruszał się po korytarzu, potem wszedł do sypialni. W zabłąkanym świetle ulicznej lampy wynurzyły się przed nim kontury sprzętów. Chyba nic się nie zmieniło. Rozpoznawał meble, wyposażenie, i charakterystyczny dla tego domu, zapach ogrodu. Za otwartym oknem połyskiwały szklane dachy cieplarni.

Szedł po miękkim dywanie w stronę przezroczystej zasłony, oddzielającej właściwą sypialnię od reszty pokoju. Przyzwyczajone już do ciemności oczy pozwalały mu widzieć na tyle, że mógł odtworzyć rozkład mieszkania. Z nawyku ominął fotele, stolik, posąg Wenus. Ostrożnie rozsunął delikatną materię. Na jasnej pościeli spoczywał samotny kształt.

Cofnął się i usiadł w fotelu. Było dobrze, było lepiej niż mógł się spodziewać.

Nagle za jego plecami zapaliła się nocna lampka. Chwilę trwała cisza, w której słychać było szybki oddech Teresy.

— Kto tam? — usłyszał jej przestraszony głos.

Nie odpowiadał. Czuł, jak nasłuchuje, porusza się, siada na łóżku. Skrzypnięcie sprężyn, kilka stąpnięć, szelest materiału narzucanego na gołe ciało i znowu cisza.

Zapalił papierosa.

— To ty? — zapytała z niedowierzaniem.

Odwrócił głowę. Czekał na to spojrzenie pięć lat. A ona była taka sama, ciągle była kobietą, którą stworzył. Nie była piękna. Gdzieś tam w kącikach ust, w zarysie policzków, w niekontrolowanym spojrzeniu czaiła się wulgarność i pospolitość. Zostało jej to na zawsze, ale tylko on potrafił to dostrzec. Znał wszystkie tajemnice jej twarzy, będącej owocem starannej pielęgnacji, najlepszych kosmetyków, ćwiczeń sportowych i pływania, które uczyniły z niej i z całego jej ciała przedmiot luksusowy.

Przerażenie ustąpiło zdumieniu, szczeremu i głębokiemu.

— Po coś przyszedł?

Nim zapytała, już wiedział, że nie krzyknie z radości, nie obejmie go, nie rzuci mu się na szyję.

— Do ciebie — odpowiedział, starając się nadać głosowi ciepłe brzmienie.

— Do mnie?

Kiwnął głową.

— No, do domu.

Wyszła zza zasłony i podeszła do toaletki po papierosa. Mimowolnie ocenił raz jeszcze kształty ciągle młodego ciała, rysujące się pod przezroczystym peniuarem. Zaciągnęła się dymem. Widać było, że porządkowała swoje myśli.

— Do domu? — zapytała z ironią.

— Tak. To jest mój dom, prawda?

Patrzyła na niego, zimna, nieprzystępna, przygotowywała się do tej rozmowy dziesiątki i tysiące razy.

— To był twój dom. Pięć lat temu.

— Pod tym względem nic się nie zmieniło — powiedział spokojnie.

Odwróciła się do okna i patrzyła na ogród.

— Nic się nie zmieniło? Ja się zmieniłam.

— Wyglądasz świetnie.

— Dziękuję.

— Gdybyś tylko chciała mi uwierzyć. Skończyłem z tamtym. Jestem zupełnie innym człowiekiem.

Te słowa usłyszała o pięć lat za późno.

— Ty? Ty się nie możesz zmienić.

— Mówię prawdę.

— Daruj sobie. Widziałeś pijaka, który… — nie dokończyła.

— Nie jestem pijakiem — mówił poważnym tonem, zmuszającym ją do słuchania. — Miałem pięć lat, aby wszystko przemyśleć. Skończyłem z tym.

Słuchała, błądząc we wspomnieniach, w których nie było ani jednego argumentu na jego korzyść.

— Może tak nawet myślisz. Może wydaje ci się, że jesteś inny, ale nawet gdyby tak było, widzisz, to już jest inny dom, inny ogród.

— Widziałem, pięknie rozwinęły się krzewy.

— Rozwinęły? Same? A może też i szklarnie postawiły się same? Wszystko… — wyciągnęła rękę w stronę okna w geście skargi i oskarżenia. — Samo wzeszło? Ot, tak sobie, żeby czekać na ciebie?

Widział, jak na jej wypielęgnowanej twarzy rodzi się agresja, jak zaczyna z niej przebijać pospolitość i wulgarność dziewczyny, którą wyciągnął z rynsztoka.

— Tak, widzę, doceniam. Zresztą zawsze w ciebie wierzyłem… — powiedział to delikatnie, jakby w ten sposób chciał jej przypomnieć, ile jest mu winna wdzięczności. Ale ona nie chciała tego zauważyć.

— Wierzyłeś? Wierzyłeś, że ta idiotka poczeka sobie pięć lat, będzie chodzić koło twoich interesów, grzeczniutko spać sama w łóżeczku i czekać aż się znowu pojawisz?

Ta wzmianka o spaniu. To było powiedziane, by sprawić mu ból. Było mu to obojętne, ale zrobił tak, że na jej twarzy pojawił się błysk satysfakcji. Chwilę milczał, by upewnić ją, że cios doszedł.

— Szczerze mówiąc, w to właśnie wierzyłem…

Złagodniała na moment, ujęta szczerością tego wyznania. Agresja zmieniła się w pewien rodzaj współczucia.

— To jesteś głupi, staruszku, niestety. Mimo całego swojego sprytu, a nawet mądrości — bo przecież byłeś dla mnie kiedyś uosobieniem mądrości, niemal samym bogiem — jesteś głupi.

Wydawało jej się, że ma go przy ścianie, pozwoliła sobie na wspominki, nawet na rodzaj rozczulenia.

— Naprawdę wierzyłeś, że zostawisz na pięć lat takiego dziwusa jak ja, z zapisanym na niego domem, aby w razie czego nie podlegał przepadkowi mienia, pójdziesz sobie na pięć lat do pudła i potem wrócisz, jakby nigdy nic? Naprawdę w to wierzyłeś?

Poddał się jej, bo wiedział, że niewiele wskóra krzykiem. Zresztą i tak było mu przykro. Na pewno wyglądał żałośnie.

— Ty powinieneś mieć starą, poczciwą, dobrą żonę. A ja nie jestem starą, poczciwą, dobrą żoną, sorry.

Znowu zapadło milczenie. Odwróciła się tyłem i patrzyła na ogród.

— Zresztą taką mnie zawsze chciałeś. To twoja szkoła. Ale ja nie jestem też świnią. Pomyślałam o tym, że kiedyś wrócisz — powiedziała bardziej rzeczowym tonem, podeszła do sekretarzyka i wyjęła wizytówkę. — Masz tu adres Macieja Hoffmana. Jest teraz moim adwokatem. Wypłaci ci połowę wartości domu, szklarni, nawet tych, które zbudowałam w czasie twojej nieobecności. To ci powinno wystarczyć na początek. Jesteś taki zdolny!

Przyjął wizytówkę. Uśmiechnęła się do niego, po raz pierwszy sympatycznie, bez wyrzutów sumienia i śladów niedawnego gniewu. Kiwnął głową z uznaniem.

Uniosła obie ręce do góry i rozczesała z lekka puszyste włosy. Była w tym ruchu ulga, jakby wszystko złe i trudne już się skończyło; znowu mogła się odprężyć.

Wstał, podrapał się po krótko ostrzyżonej głowie.

— Skończyłem z tym, naprawdę — powiedział.

Westchnęła z urazą, że jeszcze wraca do tamtych spraw.

— Do następnego tournée?

Musiał przyjąć jej propozycję i odejść stąd.

— Ostro zagrałaś… i ślicznie wyglądasz.

Uśmiechnęła się swobodnie, lekko łobuzerski błysk rozjaśnił na moment jej twarz. Ale zaraz spoważniała. Powiedziała szczerze i ze współczuciem:

— Dziękuję. Niestety, nie mogę tego samego powiedzieć o tobie — zatrzymała wzrok na jego ostrzyżonej głowie. — Obcięli ci pióra… — zaraz jednak powróciła do łobuzerskiego uśmiechu. — Wierzę w ciebie; jeszcze poszybujesz, prawda?

Uniosła kciuk do góry gestem życzącym szczęścia. Taką ją zapamiętał.

*

Kiedy się obudził, w przedziale nie było już podpitego mężczyzny. Ktoś zgasił światło. Pociąg stał na jakiejś małej stacyjce. Przez uchylone okno dochodziły strzępy rozmowy kolejarzy. Staruszka przyglądała mu się z napięciem. Jej wzrok był tak natarczywy, że wzbudził w nim niepokój. „Czyżbym mówił przez sen?” — pomyślał.

— Coś się panu niedobrego śniło chyba, co? — zapytała.

— Nie wiem. Nie pamiętam nic — odpowiedział wzruszeniem ramion, starając się ukryć wzrastającą bezradność.

— To musiał być ciężki sen — odezwała się kobieta przy oknie. — Dziwne, że pan niczego nie pamięta.

— Naprawdę nie pamiętam — powiedział i umilkł, uświadamiając sobie, że zaczyna się tłumaczyć.

— Musi pan mieć kłopoty. Takie sny przychodzą właśnie wtedy, gdy człowiek ma kłopoty. Znam to — powiedziała kobieta.

Nie odpowiedział. Co mogła wiedzieć o jego kłopotach?

Znowu zapadła cisza. Spojrzał na prawo, szukając dziewczyny. Położyła się na wolnej części ławki, głową do niego, i spała. Leżała na plecach, natomiast od talii jej ciało przechodziło w pozycję na boku. Musiała to być niewygodna pozycja, jednak doskonale oddawała piękno łuku bioder, wąski. Ciemny, podciągnięty w górę, sweter odsłaniał wąski pasek ciała. Dziwne, odczuwał raczej wzruszenie, w jego myślach nie było nawet cienia pożądania. Włosy dziewczyny dotykały jego prawej ręki opartej o ławkę. Wyławiał powoli z mroku jej twarz. Patrząc na nią, zastanawiał się, na czym polega niezwykłość doznań, których doświadczał. Usta, policzki, nos, oczy, czoło — były normalne, mieściły się w przeciętności. Coś jednak sprawiało, że oddałby w tej chwili wszystko, by ta dziewczyna była z nim. Uświadomił to sobie ze smutkiem.

Staruszka i kobieta przy oknie popatrzyły na niego ze zdziwieniem. Dziewczyna się obudziła. Westchnęła, wstała i poprawiła włosy. Pociąg znowu ruszył.

— Staliśmy dwie i pół godziny — powiedziała kobieta. — To skandal!

— Może tory rozmyło? — wtrąciła staruszka.

Dziewczyna rozpuściła włosy i czesała je. Były jasne i długie; aż za ramiona. W pewnym momencie uśmiechnęła się i zarumieniła.

— Nie wiem… — powiedziała cicho do niego. — Śnił mi się pan…

— Ja? — zdziwił się, mile połechtany jej słowami. — Chyba jestem za stary, aby się pani śnić?

Uśmiechnęła się, ale nic nie powiedziała. Wyszła na korytarz. Długo walczył ze sobą, lecz nie wyszedł za nią.

— Wie pan, tak sobie myślę i dochodzę do wniosku, że to strasznie trudna praca — usłyszał głos kobiety przy oknie.

— Jaka praca? — zapytał.

— W takim sanatorium. Gdybym siedziała przed klasą kalekich dzieci i coś miała do nich mówić… Za czyje grzechy one muszą tak cierpieć? Nie, ja bym nie mogła. Ja chyba płakałabym bez przerwy. To straszne!

— Tam jest szkoła?

— Tak. Oni ich przystosowują do życia. Mój syn jest w szóstej klasie — zakryła twarz chusteczką.

— Trzeba się modlić — powiedziała staruszka.

*

Około południa siedział na drewnianej ławce przedziału przedwojennej trzeciej klasy i patrzył pustym wzrokiem w ściankę grubo wymalowaną szarą farbą, na której ktoś wyrył napis: „Jolka to kurwa!”.

Obok niego dwóch chłopców, w wieku dwunastu albo trzynastu lat, grało w pokera. Jeden z nich, Cherubinek — jak go nazwał w myślach — uczestniczył w grze jak w czymś prawdziwym i chociaż zakazanym, to uczciwym. Drugi, mały Lisek, miał bystre oczy starego wygi. Wiedział więcej. Emocje, którym również ulegał, wywoływała u niego zupełnie inna zasada — lekceważąca pytanie „czy?”, a oparta wyłącznie na pytaniu „jak?”.

Starał się nie zwracać uwagi na chłopców.

Pociąg pokonywał z zadyszką kolejne wzniesienia, a potem pędził z góry, grzechocząc i wydając przedziwne jęki rozklekotanych śrub i nitów, które — dzięki mistrzostwu dawnych budowniczych — wytrzymywały te szaleńcze zjazdy, utrzymując się w jako takiej całości. Ostatni odcinek prowadził z Rogów do Lutynia i wynosił trzydzieści kilometrów. Po drodze nie było już żadnej stacyjki. Za brudnym oknem przesuwały się krajobrazy, w których czaiło się coś niezwykłego i niepokojącego dla oka przyzwyczajonego do pejzaży skalanych betonem, słupami linii energetycznych i innymi przejawami cywilizacji. Była to ziemia niedotknięta powiewem lat. Jednotorowa kolej miała już chyba za sobą stulecie istnienia, sam zaś pociąg niewiele jej ustępował wiekiem. Ludzie żyli tu jak dziesięć, dwadzieścia i pięćdziesiąt lat temu. Tak myślał, ale był w błędzie.

W czasie nocnej podróży zapewniał siebie, że ma szansę zostać normalnym człowiekiem. Umiał rozmawiać ze zwykłymi ludźmi, rozumiał ich i potrafił się wzruszać ich problemami. Pierwszy raz w życiu zobaczył autentyczne piękno młodości, niemal zakochał się jak szczeniak. Był pewien, że to, co przeżywał, jest podobne do miłości. Tak właśnie zakochują się młodzi chłopcy. Raz popatrzą na dziewczynę i już. Miał jednak świadomość, że młodym chłopcem jest tylko w pewnym sensie i w swojej nuworyszowskiej uczciwości nie dążył do spełnienia tego uczucia. Nie żądał od życia aż tak wiele.

— Rura zmiękła? — indagował ze spokojem starego pokerzysty Lisek.

Spojrzał kątem oka w stronę okna. Na twarzy Cherubinka widać było wewnętrzną walkę. Lisek demonstracyjnie wybijał palcami na stoliku rytm, który miał przyspieszyć właściwą decyzję przeciwnika.

I tak się stało.

Cherubinek wyjął z kieszeni banknot dwustuzłotowy i z determinacją dorzucił do puli.

— Rura jeszcze twarda — stwierdził z podziwem Lisek i pytająco uniósł karty. — Ile? — zapytał.

— Trzy — odpowiedział z błyszczącymi oczyma Cherubinek.

Lisek oszukiwał. Wymianę swoich kart rozpoczął w momencie, kiedy przeciwnik z wypiekami na twarzy sprawdzał dopiero co dokupione trzy karty. Przechylił lekko dłoń z talią i wyjął asa ze spodu. Dla Cherubinka akcja ta była zupełnie niezauważalna, jednak z boku… Lisek uświadomił sobie to nagle i z niepokojem spojrzał na nieznajomego. Ale Grynicz patrzył gdzieś przed siebie pustym wzrokiem. Lisek odetchnął z ulgą i podniósł swoje pięć kart.

— Nie trzeba się bać — powiedział, zmywając z twarzy resztki rumieńca. — Trzeba zaryzykować i wtedy… może wygrasz. Gramy za dwadzieścia i rura mięknie?

— Bądź kolegą, nie bij tak — szepnął Cherubinek.

— W pokerze nie ma kolegów — usłyszał odpowiedź.

Popatrzył więc bezradnie na zegarek i zdjął go z ręki.

Za oknem wagonu zaczęły się pojawiać pojedyncze domki. Grynicz wstał i zbliżył się do okna. Oparł na moment dłoń na stoliku, na którym leżały pieniądze i karty przeciwników.

— Jeszcze kilka minut — wyjaśnił mu Lisek. Kiwnął mu głową i zdjął z półki neseser.

— Wykup do jutra? — upewniał się Lisek, spoglądając na leżący obok puli zegarek.

Cherubinek z rezygnacją kiwnął głową i wyłożył swoje pięć kart.

— Ho, ho! — zawołał Lisek z podziwem. — Ful na dziewuchach — uśmiechnął się szyderczo. — Mówię ci, nie wierz dziewuchom, są fałszywe.

W oczach pokonanego jeszcze przed chwilą blondasa pojawił się nowy odcień. Uniósł wzrok znad wyłożonych kart i spojrzał z uwagą na kolegę. Następnie bez słowa zgarnął pieniądze w swoją stronę. Zaskoczony Lisek natychmiast stracił pewność siebie, opuścił wzrok na karty i zdumiał się ogromnie. Miał trzy asy, dwie ósemki i jeszcze damę pik. Razem sześć kart.

— Jak to się stało… — wyszeptał, nic nie rozumiejąc.

Cherubinek wskazał damę pik.

— Sam rozdawałeś… — i uśmiechnął się szeroko. — Rzeczywiście, dziewuchy są fałszywe. Zwłaszcza czarne!

Grynicz wyszedł na korytarz. Uchwycił jeszcze osłupiałe spojrzenie Liska i uśmiechnął się do siebie. Pomyślał, że zrobił dobry uczynek, bo oszukać oszusta, albo choćby kandydata na oszusta, to uczciwa rzecz. Potrząsnął z zadowoleniem głową, ale nagle uświadomił sobie, że przez całe życie oszukiwał głównie kandydatów na oszustów. Teraz miał żyć inaczej.

W przyszłości postanowił bardziej uważać.

*

Z pociągu wysiadł w południe. Wysypane żużlem, wąskie perony stacyjki emanowały gorącem. W zalanym letnim słońcem miasteczku szpakowaty starszy pan, w nieskazitelnie skrojonym garniturze, w kapeluszu na głowie, musiał wyglądać jak stwór z innego świata. Nie pomyślał o tym wcześniej, a teraz już było za późno. Miał jednak cichą nadzieję, że ta jego odmienność nie wywoła nadmiernej ciekawości ani agresji. Na wszelki wypadek postanowił być uprzejmym dla każdego człowieka, z którym przyjdzie mu zamienić choćby słówko.