Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 411 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wielki marynarz - Catherine Poulain

Męski świat, męska robota, męska książka dla kobiet. Opowieść kobiety rybaka, która zaskoczyła francuskich krytyków i porwała swą oryginalnością czytelników. 8 nagród literackich, nominacja do Nagrody Goncourtów, 300 000 sprzedanych egzemplarzy.

Wzięła małą wojskową torbę i przyjechała na Alaskę. Na wyspie Kodiak jako jedyna kobieta zaokrętowała się na statek rybacki Rebel i wyruszyła w morze. Lili uciekła z rodzinnego Manosque w Prowansji, bo nie chciała umrzeć z nudów, chciała żyć „na zewnątrz”, samotnie, na dalekiej północy, za „ostatnią granicą”. Chciała prawdziwego życia, zarezerwowanego dla mężczyzn, takiego, na które zarabia się siłą własnych mięśni. Pracowała więc za pół stawki, nie dosypiała, znosiła docinki, zimno i ból zranionej ręki oraz połamanego żebra. A potem włóczyła się z kumplami rybakami po knajpach i zaprzyjaźniła z portowymi bumami. Każdy dzień był dla niej nowym wyzwaniem. W tym męskim świecie, nieprzepuszczalnym dla kobiet, Lili spotkała przygodę i kogoś, kogo wcale nie szukała. Kogoś, kto stanął jej na drodze do wymarzonego Point Barrow.

Wielki marynarz to debiut literacki Catherine Poulain. Urodzona w 1960 roku w prowansalskim Manosque, w wieku 20 lat opuściła dom, by odtąd zarabiać na życie pracą fizyczną. Zatrudniła się w wytwórni konserw rybnych na Islandii, w barze w Hongkongu, przy zbiorze jabłek i produkcji syropu klonowego w Kanadzie i 10 lat spędziła na kutrach rybackich na Alasce, nim w 2003 roku urząd imigracyjny odesłał ją do Francji. Dziś pracuje dorywczo przy winobraniach w Médoc i na alpejskich łąkach wypasa stado 700 owiec. Pierwszą wersję książki napisała 30 lat temu, żaden z wydawców francuskich nie był jednak zainteresowany publikacją. Po latach, pod wpływem spotkania z pisarką Anne Vallaeys, napisała drugą wersję. Ta okazała się wielkim sukcesem.

Ta spadkobierczyni Conrada i Melville’a, która napisała: „Chciałam być statkiem spuszczanym na morze”, w swoim prowansalskim namiocie stworzyła powieść, która ogłusza i oszałamia, przywołując niepokojący huk nautofonu. „Le Nouvel Observateur”

Zadziwiająca opowieść, która budzi  w nas marzenie o wypłynięciu na szerokie morze. „Lire”

Osobliwa i pasjonująca opowieść o kondycji ludzkiej. „Le Figaro”

To powieść przygodowa i podróżnicza. Jej lektura ma ożywczość tlenu i daje wiele radości. „Le Monde des Livres”

Jej ręce opowiadają wszystko. Catherine Poulain zawdzięcza im wszystko. To, co najlepsze i najgorsze, środki do życia, szacunek mężczyzn i ich drwiny, literaturę i cierpienie. Wpatrując się w nie, odkrywamy, że ta drobna kobieta, której pierwsza powieść odniosła tak wielki sukces, kryje w sobie wiele marzeń i determinacji. „Libération”

Opinie o ebooku Wielki marynarz - Catherine Poulain

Fragment ebooka Wielki marynarz - Catherine Poulain

Tytuł oryginału: LE GRAND MARIN
Opieka redakcyjna: BARBARA GÓRSKA
Redakcja: MARIA WOLAŃCZYK
Korekta: EWELINA KORYSTYŃSKA, KRZYSZTOF LISOWSKI, ANNA RUDNICKA
Projekt okładki i stron tytułowych: ROBERT KLEEMANN
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Infomarket
© Editions de l’Olivier – Paris 2016 Published by arrangement with Lester Literary Agency © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2017
Motto Walt Whitmann, Z rozkołysanej na wieki kołyski / Out of the Cradle Endlessly Rocking, w. 154–161, w: Pieśń o sobie / Song of Myself, wybór i przekład Andrzej Szuba, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1992, s. 186–197
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05980-7
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Sezon się skończył. Wszyscy opuszczali statek. Miałam tu zaklepane miejsce na następny. Usunęliśmy z pokładu ostatni daszek aluminiowy. My, to znaczy ja i Jude jako wielki marynarz, który zasiadł za sterami dźwigu z butelką piwa w dłoni, czerwony na twarzy, jak to on, z kropelkami potu na czole.

Szłam wzdłuż nabrzeża. Doprowadziłam do końca czyszczenie ładowni, podczas gdy Joey szorował drucianą myjką stopnie prowadzące do sterówki. Szłam obuta w moje piękne redwingi, dumna z tego, jak stukały o asfalt. Pogoda była piękna. Chciało mi się jeść... Może jednak wystarczy mi kawa i bułka z supermarketu na rogu... Nagle opanował mnie paniczny lęk. Może oni już odjechali? A gdyby tak rzeczywiście się stało? Umarłabym, gdyby tak było. Wszystko zaczęło do mnie wracać falami... Przyjechałam z daleka sama samiuteńka, chciałam, żeby przygarnął mnie jakiś statek, błagałam o to szeptem pośrodku wielkiej, wypełnionej wiatrem ciszy w czasie swoich pierwszych nocy na podłodze drewnianego domu. Wpatrywałam się w ciemne niebo, w noc na Alasce, słuchałam wichru i błagałam, dopóki nie ogarnął mnie sen: proszę, żeby jakiś statek wziął mnie za swoją. No i zaokrętowałam się, znalazłam statek dla siebie, statek czarniejszy od czarnej nocy. Mężczyźni z załogi byli szorstcy i barczyści. Odebrali mi koję, zrzucili moją torbę i śpiwór na podłogę, głośno krzyczeli, wywołując mój strach, byli brutalni i silni, byli też dobrzy, ależ oni byli dla mnie dobrzy. Każdy był dobry jak sam Pan Bóg, kiedy wznosiłam ku nim oczy. Poślubiłam pewien statek. Oddałam mu swoje życie.

Zaczęłam biec. Byłam szalona, mewy zmieniły się w białe gejzery, dochodziły mnie odgłosy portu, nawoływania mężczyzn, stukot dźwigu, który wznosił się w górę, by zawisnąć na intensywnym błękicie nieba, gdzie szybował orzeł. Uderzały we mnie kolory i podmuchy wiatru... Na statku żywego ducha. Pokład był opustoszały i nagi. Sztormiaki, które zawieszaliśmy pod pokładnikiem, zniknęły. Wszystkie oprócz mojego. Tandetnego, żółto-pomarańczowego sztormiaka z Armii Zbawienia, pełnego dziur. Stanęłam jak porażona w oślepiającym świetle, wpatrując się w puste wieszaki. Sezon się skończył. Odeszli. A ja nie umarłam od tego. Rzuciłam się do kabiny. Puste koje, na podłodze jedna zapomniana skarpetka. Nic więcej. To znaczy owszem: był tam jeszcze mój śpiwór i moje pospiesznie zwinięte ubrania, rzucone na brudną poduszkę. Odeszli. Nawet nie powiedzieliśmy sobie do widzenia. Osunęłam się na koję, kompletnie przybita. Zostałam sierotą. Chciałabym, żeby jakiś statek przyjął mnie za swoją – tak szeptałam na początku przygody, dwa miesiące temu, czyli całą wieczność temu. Przygoda się skończyła. Oddałam jej swoje siły. Oddałabym jej także swoje życie. Spałam w cieple snu tych mężczyzn. Należałam do nich. Moje serce do nich należało.

W drzwiach stanął Joey i zmrużył swoje skośne oczy Indianina:

– A co ty robisz po ciemku?

W jednej ręce trzymał budweisera, w drugiej papierosa. Musiał już sporo wypić, zważywszy na błyszczące źrenice i wesołość w oczach, w kontraście do ponurej twarzy.

– Odeszli?

– Wymiotło wszystkich. Chyba nie sądziłaś, że zostaną aż do Bożego Narodzenia? Skończyłem czyścić kabinę i kuchenkę. Teraz czekam na Gordona, bo chcę wiedzieć, kiedy zaczniemy instalować sprzęt, cysterny z wodą i paliwem, jedzenie... Nie siedź sama po ciemku, Lili, chodź na pokład, napijemy się piwa, póki nie ma Gordona. Przecież zasłużyliśmy na chwilę odpoczynku.

Wstałam i poszłam za nim. Mijając lodówkę, wyjął z niej zgrzewkę piwa. Światło na pokładzie znów mnie oślepiło. Joey podał mi papierosy.

– Bierz. Możesz zawsze wziąć bez pytania.

– Dzięki, Joey... Kiedy zacznie się sezon?

– Powinniśmy wypłynąć z Kodiaku za tydzień. Co prawda sezon na łososia trwa już trochę, ale na początku w ogóle nie było dla nas pracy, w każdym razie nie mielibyśmy czym wypełnić statku w porównaniu z tym, co sejnery były w stanie dostarczyć co wieczór.

Patrzy na mnie przyjaźnie.

– Przekonasz się, to będzie dla ciebie łatwy sezon, zupełnie inny niż to, co teraz robiłaś. Dostaniesz stałą zapłatę za każdy dzień, i to przez trzy miesiące... We wrześniu będziesz bogata i pojedziesz wygrzewać się na plaży...

Mówię cicho, prawie że płacząc:

– A gdybym tak powiedziała Gordonowi, że chcę zrezygnować z tego sezonu? Chyba nie mam już sił na nic, chciałabym po prostu pojechać do Point Barrow... Będzie bardzo zły, jeżeli się wycofam?

Joey patrzy na mnie osłupiały.

– Ależ Lili... Nie odrzuca się takiej propozycji, jak sezon tenderingu na tym statku. Po co miałabyś jechać do Point Barrow?

– Chcę zobaczyć koniec końca.

– Ziemia jest okrągła, Lili. To nie jest koniec niczego. Tam nie ma nic do oglądania, już to słyszałaś... Znajdziesz tylko smutne miejsce i nieszczęśliwych ludzi, którzy piją albo biorą dragi przez cały rok, albo i jedno, i drugie, żyją z pomocy społecznej i z zasiłku za ropę naftową. Wszyscy marzą, żeby znaleźć się gdzie indziej, to są Eskimosi, którzy stracili wszystko, a już zwłaszcza godność, i po prostu zjedzą cię na surowo. Poza tym jak niby chcesz tam się dostać? Za to, co zarobiłaś, nie kupisz biletu lotniczego...

– Pojadę stopem.

– Droga jest zamknięta zaraz za Fairbanks. Przypłacisz to życiem, i po co? Po to, żeby zobaczyć kawałek skały, który zresztą zaraz pokryje się lodem?

– Za drogą zaczyna się szlak dla ciężarówek, które zaopatrują rurociąg.

– Jesteś szalona, ale przede wszystkim zmęczona. Potrzebujesz napić się piwa, ale najbardziej potrzeba ci kilku dni tylko dla siebie. Od dwóch miesięcy pracowałaś dzień i noc, prawie bez przerwy... Harowałaś tak samo jak mężczyźni, którzy są dwa razy więksi od ciebie i w dodatku zajmują się tym przez całe życie. Daję ci wolny dzień i to natychmiast. Do jutra nic się nie będzie działo. Powiem Gordonowi, że wysłałem cię, żebyś się przewietrzyła. Zrozumie, to dobry szef, przekonasz się. Nigdy nie krzyczy, za to zna się na swojej robocie.

– Dobrze – mówię. – Dzięki, Joey.

Wypiliśmy piwo, wypaliliśmy po papierosie. Gordon się nie pokazał, więc zeszłam ze statku. Przeszłam nabrzeżem, minęłam przetwórnię Western Alaska, która wyrzucała nad miasto swoje stęchłe powietrze – nadchodziła zmiana pogody. Dotarłam do miejsca, skąd odchodzi prom. „Tustumena” stał w przystani. Ludzie wchodzili na wysoki trap. Potem zdecydowałam się na Tagura Road. Kierowałam się w stronę stoczni, kiedy ktoś mnie zawołał. Odwróciłam się. Na białej drodze rysowały się ciemne cienie dwóch sylwetek. Jedna była masywna i kołysała się na boki. Druga, dłuższa, miała miedzianą grzywę, która płonęła w świetle jak złoty kask. Zbliżały się do mnie.

Rozpoznałam Murphy’ego. Tego drugiego człowieka widziałam już na placu. Poczekałam na nich. Słońce grzało mnie w kark.

– Szukaliśmy cię – wysapał Murphy.

– Mnie?

– Mamy coś dla ciebie...

Murphy wyciągnął do mnie rękę. W jego pulchnej dłoni, pomiędzy palcami jak kiełbaski, znajdowało się pudełeczko ozdobione czarno-czerwonymi paskami. Jego towarzysz wyjął z kieszeni kameę z imitacji macicy perłowej.

– Och, dziękuję! – powiedziałam. – Ale dlaczego?

– To po prostu prezent – odpowiedział Murphy. Jego zaczerwieniona od marszu twarz zmarszczyła się w dobrotliwym uśmiechu.

– Ale dlaczego?

– Bo cię lubimy, to wszystko. Cieszymy się, że tu jesteś.

Odeszli równie niespodziewanie, jak przyszli. Znowu byłam sama na drodze. Pogłaskałam błyszczące drewno, schowałam ozdobę do pudełka. Poczułam głód. Wróciłam do miasta. Na ulicach kręciło się sporo ludzi, cała flota rybacka zakończyła połów. Drzwi do barów były szeroko otwarte, jakby w środku zabrakło powietrza. Krzyki, śmiechy, ogłuszające wrzaski, niekiedy dźwięk dzwonków wydobywały się z mrocznych jaskiń. Chętnie bym weszła do jednej z tych klatek z dzikimi bestiami, ale odwaga mnie opuściła, toteż przemykałam obok nich jak najszybciej. Mężczyźni z mojego statku zniknęli bez pożegnania, nie wybrali się ze mną, aby pomalować miasto na czerwono. A przecież przyrzekli mi to. Było mi tak smutno, że chciałam umrzeć. Poczułam chęć na popcorn i skręciłam za róg przy liquor store.

Nadzialiśmy się na siebie. Jude. Wielki marynarz. Znowu stracił dumną postawę rybaka, zgarbił się. Szedł niepewnie, jakby znalazł się w nieznanym terenie i nie wiedział, dokąd zmierza ani po co, czerwony na twarzy, pełen wahania. Morski lew z powrotem zmienił się w niedźwiedzia.

– Wszyscy odjechali – wybąkałam.

– Tak – odpowiedział. – To był zły sezon. Czas zająć się czymś innym.

– Aha...

– Gdzie idziesz?

– Idę... idę kupić popcorn.

Uśmiechnął się półgębkiem. Tak jakby się czegoś bał, przymknął oczy, nabrał powietrza i wypiął pierś. Powoli przesunął dłonią po czole.

– Mogę cię zaprosić na drinka?

Zgodziłam się. Weszliśmy do baru, dwa kroki od liquor store. Przez moment nie wiedzieliśmy, w którą stronę się zwrócić, zaskoczeni mrokiem, hałasem, dymem... W końcu Jude ruszył w stronę baru, ja za nim. Akurat dwa stołki były wolne. Zamówiliśmy piwo, które wypiliśmy bardzo szybko. Chyba się czegoś baliśmy i nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. Zeszliśmy ze statku. Żadne z nas już nigdzie nie przynależało.

– Chodźmy stąd – powiedział.

Na zewnątrz było światło, wiatr, ludzie i liquor store, do którego wszedł Jude. Skierował się prosto do stosu, na którym piętrzyła się Canadian Whisky, i nie patrząc, chwycił butelkę z plastiku. Płynnie przeszedł w głąb sklepu, otworzył szklane drzwi i wyjął zgrzewkę dwunastu chłodnych piw Rainer. Wszystko to nie trwało dłużej niż minuta. Gruba kasjerka zwróciła ku niemu bladą, obrzmiałą twarz, po czym przyjrzała mi się uważnie. O czym myślała? Przestraszyła mnie. Zaczerwieniłam się. Wyszliśmy stamtąd.

– Miałabyś ochotę wypić to piwo gdzieś na słońcu? W sumie nie bardzo lubię bary. Za głośno i za dużo dymu. I też wychodzi za drogo.

– Tak – odpowiedziałam.

– Co? Masz taki głos, że nigdy nie mogłem cię zrozumieć. I rzadko słyszałem, co mówisz.

– Tak – powtórzyłam trochę głośniej.

Bary zostały za nami, a my poszliśmy drogą prowadzącą do promu. Nie rozmawialiśmy. Słońce paliło nam twarze. Odpływ. Zapach wody, świeży, ale trochę mdławy, mieszał się z odorem wypuszczanym przez komin przetwórni.

– Cuchnie – powiedział.

– Jeśli o mnie chodzi, lubię nawet i ten zapach.

Rzucił mi uważne, zdziwione spojrzenie.

– Chciałabym kiedyś wsiąść na ten prom – dodałam.

– Ja to zrobię za mniej niż tydzień. Mam znajomych w Anchorage. Może tam gdzieś się zaokrętuję. Albo pojadę na Hawaje.

– Na Hawaje?

– Mój brat tam mieszka. Na największej wyspie, razem ze swoją głupią żonką. Chciałbym łowić ryby na południowym Pacyfiku.

– A ja chcę pojechać do Point Barrow.

– Już to słyszałem na statku... Co ty tam będziesz robić? I jak tam się dostaniesz?

– Stopem.

– Nie wiesz, w co się ładujesz.

– Nie boję się.

– Cała tam nie dojedziesz. Wiem, kogo tam spotkasz po drodze, sama na pustkowiu... Przez kilka lat mieszkałem w Nome, to jest dokładnie ten rodzaj miejsca. Alkohol i dragi. Nie istnieje tam taka rzecz jak prawo. Lodowaty ocean, las, który się ciągnie przez setki mil, potem niezamieszkane góry, koniec świata... Naprawdę uważasz, że sama dasz radę?

– Może powinnam kupić broń...

– Umiałabyś jej użyć?

– Nie.

Tam, skąd pochodzę, też można umrzeć, myślę.

– A jednak chcę tam pojechać – mówię ciszej niż przed chwilą.

Żółte oczy znów mi się przyglądają.

– Are you a runaway?[38] – mruczy.

– Nie sądzę.

Szliśmy wzdłuż wody. Migotała w słońcu. Maleńki port, właściwie tylko drewniany pomost i kilka oczekujących kutrów. Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle powinnam dalej za nim podążać. Szedł ociężale, wydawał się zmęczony. Pewnie czuł gorycz, bo morze – to prawdziwe – było daleko. Pełne morze i marynarz, który się z nim konfrontuje, byli bardzo daleko. Zamiast tego mieliśmy przepełnione ulice i chaos barów. To dlatego posuwał się do przodu z takim trudem, to dlatego worek z piwem tak mu ciążył. Szłam jednak za nim.

Wreszcie skończyły się domy i kutry, nie zostało już nic oprócz wielkiego ugoru, na którym walały się zardzewiałe, powykrzywiane skrzynki, kawałki wygiętej blachy, płaty aluminium poskładane w stosy na jaskrawozielonej trawie, liliowa wierzbówka, rozdarte sieci trójścienne i pokryte pleśnią siatki. Jude przystanął. Wysmarkał się w palce i splunął na odległość. Znowu przesunął powoli dłonią po mokrym od potu czole, jakby zawstydzony. Uśmiechnął się nieśmiało:

– Może byśmy tutaj usiedli. Nad wodą jest czysto.

– Dobrze – odpowiedziałam.

I usiedliśmy za skrzynkami. Naprzeciw mieliśmy tor wodny, którym płynął kuter, coraz bardziej odległy. Pomyślałam, że pewnie nas widzą – nas, czyli dwie czerwone gęby wystające znad traw. Dziwią się może, co robimy wśród całego tego żelastwa, dwa kroki od wielkiego mostu łączącego drogę z Zatoką Psów.

– Prawie że jesteśmy pod mostem – powiedziałam zduszonym głosem.

Nie odpowiedział, bo niby co miał odpowiedzieć. Otworzył piwo i podał mi. Zapalił papierosa, wstrząsnął nim kaszel, potem splunął daleko, a ja rozpoznałam to potężne dmuchnięcie. Wyszło z płuc mężczyzny, którego znałam, mężczyzny, który potrafił krzyczeć na morze.

Wypiliśmy cały zapas piwa. Szybko, bo nie wiedzieliśmy, co mówić. Było za gorąco. Kiedy piwo się skończyło, nie mieliśmy już nic, czym moglibyśmy zająć ręce i usta. Niezręcznie wyciągnął ku mnie ramię. Objął mnie i przyciągnął, tak bym położyła się na nim.

Leżąc na trawie, twarz miał w pełnym słońcu. Widziałam światło w jego żółtych oczach, czerwone nitki w tęczówce, ciężkie powieki, drobniutkie naczynka pod spaloną skórą. Przymknęłam powieki. Mocno, bardzo mocno pocałowałam go w usta, gorące i żywe, tak bliskie. Czułam, jak cały płonie pode mną. Mała, giętka, wiłam się na nim. Podniósł się i to on na mnie opadł. Miażdżył mnie całym swoim ciężarem i wzdychał. Uśmiechał się. Mój Boże... Mój Boże... powtarzał.

Idziemy białą drogą pod lazurowym niebem, policzki nam płoną. Kiedy leżeliśmy, Jude w pewnym momencie się wyprostował.

– Nie możemy tu zostać. Gdyby ktoś nas tak zobaczył... Chodźmy do motelu, dobrze?

Usiedliśmy. Otarłam jego ślinę ze swoich ust. Policzył banknoty, które miał w kieszeniach.

– Za mało...

Spojrzał na mnie i powiedział ze skrępowaniem:

– Gdybyś mogła mi pożyczyć, oddam dziś wieczór.

Przetrząsnęłam kieszenie. Znalazłam trzydzieści jeden dolarów.

– Motel pewnie kosztuje więcej?

Popatrzył z rozczuleniem i zaśmiał się.

– Widzę, że nie bywasz często w motelach... Pewnie, że nie wystarczy. Ale znam kogoś w tym małym porcie. Przed chwilą jego kuter tam był, chodźmy sprawdzić.

Mężczyzna rzeczywiście był na miejscu. Surowy, bardzo wysoki, wyprostowany jak struna stał na pokładzie małego sejnera, w trakcie przygotowań do połowu wędą holowaną. Siwe włosy, przewiązane wyblakłą niebieską chustką, opadały mu poniżej ramion. Wiatr splątywał je z bardzo długą brodą mężczyzny. Obserwował bez cienia uśmiechu, jak się zbliżamy. Jego stalowe spojrzenie nie wyrażało kompletnie nic. Jude tłumaczył mu coś po cichu. Odsunęłam się. Policzki paliły mnie coraz bardziej, nie wiadomo, od piwa czy ze wstydu. Mężczyzna wyjął z kieszeni portfel, a z portfela banknot:

– Tyle wystarczy?

Spiżowa postać odprowadziła nas wzrokiem, nieruchoma, z węźlastymi dłońmi splecionymi na kościstym torsie i srebrnymi włosami, które zahaczały o linie lotu szarych jak popiół ptaków. Doszliśmy do portu nie wymieniając ani słowa.

– Zjadłabym popcornu... Strasznie jestem głodna – wydusiłam, kiedy przechodziliśmy obok kina.

Wszedł i kupił największy rożek. Przypomniałam sobie o whisky w jego torbie, bo wystawała.

– Plastik chyba nie nadaje dobrego smaku whisky?

– Taka whisky długo nie postoi, nie ma czasu przesiąknąć plastikiem.

Uśmiechnął się.

Potem już idziemy prosto do motelu. Jednego z dwóch w mieście.

– Dlaczego ten, a nie tamten? – pytam. – Dlaczego nie Star?

– Bo tam chodzę czasami z kumplami. Dziesięciu chłopa w jednym pokoju... impreza na całego. W Shelikof’s jest zupełnie inaczej.

Trochę się boję kobiet z recepcji. Chciałabym jak najszybciej znaleźć się z dala od ludzi. A w pokoju nagle robi mi się zimno. I wtedy otaczają mnie szerokie ramiona. Szorstkie dłonie obejmują moją twarz. Ściana jest zimna pod plecami. Runaway została złapana. Mało brakuje, a rozpłakałabym się z tego powodu. Jude zdejmuje ze mnie sweter i podkoszulek. Czepiam się palcami jego głowy, potarganych włosów, silnego karku. Wlepiam w niego spojrzenie. Powstrzymuję szloch. Łagodnie popycha mnie w stronę łóżka. Odtąd jest bardzo ciepły i dobry.

– Tell me a story – mruczy niskim, przytłumionym głosem, z przyjemną chrypką. – Opowiedz mi jakąś historię.

Później, nadal leżąc na mnie, otwiera zębami butelkę i wypija łyk.

– Chcesz? – pyta półgłosem.

– Tak – odpowiadam jeszcze ciszej.

Pociąga z butelki jeszcze trochę. Pochyla się nade mną. Pocałunkiem przelewa w moje usta alkohol, miód pitny, który parzy i dusi. Znowu wchodzi we mnie. Złociste oczy już mnie nie puszczają, zapadają we mnie coraz głębiej, aż palą mi duszę.

Śpi, a ja mu się przyglądam. Zdziwiona i zakłopotana. Ciężka klatka piersiowa, biała jak papier, wolno unosi się i opada. Na szerokim torsie kręcą się rudawe włosy. Niespodziewanie wstrząsa nim kaszel, który przerywa ciszę panującą w pokoju. Brzmi jak potworny ryk, ale nawet na chwilę go nie budzi. Rozpłaszczam się pod prześcieradłem, chowam pod kołdrą. U mojego boku śpi najprawdziwszy lew. Przymykam oczy, oddycham ostrożnie, czuwam. Na zewnątrz o tej godzinie zmieniają się kolory i zapachy w porcie, nadchodzi przypływ. Wieczorny wiatr. Mewy. Włóczęga po ulicach. Jestem głodna. Przesuwam dłonią po swoim całkowicie pustym, zapadniętym brzuchu i po wystających żebrach. Na stoliku nocnym leży popcorn. Ostrożnie wyciągam ramię, chwytam pięć białych ziaren, które wpycham do ust. Skrzypią w zębach, zostawiają na języku smak masła i kilka kryształków soli. Żółte oczy otwierają się. Podskakuję. Połykam cały popcorn, uśmiecham się niepewnie. Obejmuje mnie ciężkie ramię. Jude jakby wracał do przytomności i do mnie. Szerokimi palcami głaszcze mój policzek.

– Jesteś najlepszym, co mi się przytrafiło od bardzo dawna.

Myślę o nabrzeżu i o mewach. O szybkim marszu w wieczornym powietrzu.

– Od tak dawna nie byłem z kobietą...

Odrywa palce od mojego policzka, by chwycić butelkę z nocnego stolika. Prostuje się i pociąga długi łyk. Kaszle.

– Chcesz?

– Tak... nie... trochę.

Alkohol jest za mocny. Nie lubię whisky.

– Czy się jeszcze zobaczymy? – pyta.

Moje myśli nadal krążą wokół mew.

– Nie wiem... Ty wkrótce wyjeżdżasz, a ja mam angaż. „Rebel” wypłynie, kiedy tylko pojawią się łososie.

– Mimo wszystko możemy się zobaczyć. Możesz też wybrać się ze mną.

– Na prom? Do Anchorage?

– Do Anchorage i na Hawaje. W dowolne miejsce.

Śmieję się cicho:

– Ale nie do Point Barrow?

– Nie do Point Barrow.

Bierze paczkę papierosów, zapala jednego dla mnie.

– Dziękuję – mówię.

Nad portem za chwilę zapadnie zmrok. Niebo, które niecierpliwie obserwuję przez szybę, zdążyło już stracić blask. Być może Gordon czeka na mnie na statku. Możliwe, że był i sobie poszedł. Nagle czuję w sercu wielkie znużenie. Nie mam ochoty znowu się zaokrętować. Jestem zmęczona i chciałabym być panią swojego losu. Być w Point Barrow albo chodzić po nabrzeżu.

– Pozwolisz mi ruszyć w drogę? – szepczę.

Nie słyszy.

– Czy pozwolisz mi ruszyć w drogę? Po prostu lubię być swobodna na tyle, żeby iść tam, dokąd chcę. Chcę tylko, żeby mi pozwolić być w ruchu.

Podnoszę teraz głowę, patrzę na niego i zaczynam mówić coraz szybciej. W pewnej chwili muszę złapać powietrze.

– Chcę powiedzieć, że nie biegam za facetami, mam ich w nosie, ale trzeba pozostawić mi wolność, w przeciwnym razie odchodzę... Tak czy inaczej zawsze odchodzę. Nie potrafię inaczej. Dostaję obłędu, kiedy ktoś zmusza mnie, żebym pozostała na miejscu – w łóżku, w domu – i robię się niedobra. Nie do życia. Być małą kobietką to nie dla mnie. Chcę, żeby mi pozwolono być w ruchu.

– Czy możemy się jeszcze zobaczyć?

– Tak – mruczę. – Być może.

Wobec tego zaprasza mnie jutro wieczorem do restauracji. Pozwala mi odejść – tym razem jeszcze mi pozwala. Biegnę do portu. Noc jeszcze nie zapadła. Mewy, wieczorny wiatr, mdły zapach odpływu, ciężki i brudny zapach z fabryki konserw. Jacyś mężczyźni wytaczają się z baru. Na rogu stoi Murphy i mnie woła. Biegnę do niego. Uśmiecha się całą swoją szczerbatą szczęką. Zadyszałam się, ledwie zipię, śmieję się.

– Odsapnij, Lili, skąd ty uciekłaś?

Przesuwam dłonią po ustach, żeby zetrzeć z nich ostatnie czknięcie śmiechu.

– Gdzie Jude? Zszedł już ze statku? Co teraz robi?

Kruki nurkują w stalowym kontenerze, do którego obsługa supermarketu wrzuciła właśnie odpadki. Nie odpowiadam. Oglądam ziemię, niebo, kontener przysłaniający widok pomnika tych, co zginęli na morzu.

– Tyle tych kruków... – mówię.

Wtedy Murphy pozwala mi odejść.

Na „Rebelu” nie ma nikogo. Stół w mesie jest zastawiony pustymi puszkami po piwie, z popielniczki wysypują się pety. Joey zostawił na wierzchu egzemplarz „Penthouse’a”.

[38]Are you a runaway? (ang.) – jesteś uciekinierką?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki