Wielka księga prawdziwych tropicieli - Adam Wajrak - ebook
Opis

Po diabła nam egzotyczne dżungle i sawanny, skoro mamy takie skarby – dziwi się Adam Wajrak i zabiera nas w Polskę: do lasów, na łąki i bagna, nad morze, rzeki i stawy, w góry, do Puszczy Białowieskiej, a także na ulice miast i miasteczek. Pokazuje nam, że wszędzie tam przy odrobinie wiedzy, cierpliwości i spostrzegawczości można zobaczyć fascynującą przyrodę. 
Wiosna, lato, jesień, zima – cztery części „Wielkiej księgi prawdziwych tropicieli” pełne są wskazówek, jak przeżyć wspaniałe, ekscytujące, a czasem mrożące krew w żyłach tropicielskie przygody. Możesz się sprawdzić w roli detektywa tropiącego groźnego mordercę, poszukiwacza najbardziej tajemniczych mieszkańców polnych norek czy twardziela pokonującego zaspy śnieżne i bagna. 
Nie zabraknie też okazji, by wprosić się na kolację do wilczej watahy, podejrzeć rodzinny ptasi piknik czy posłuchać najlepszego koncertu w okolicy… 
Dzięki tej książce zdobędziesz mnóstwo wiedzy na temat polskiej flory i fauny. A do tego wciągające opowieści Adama Wajraka zilustrowane są licznymi zdjęciami jego autorstwa.

Zobaczcie – w Polsce mamy wszystko, co potrzebne prawdziwym tropicielom! Gotowi? No to w drogę!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 534

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Karolina Oponowicz

Projekt graficzny okładki, skład i łamanie: Ula Pągowska

Fotografie (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Adam Wajrak

oraz

Agencja Gazeta: Agnieszka Sadowska s. 26, 62, 441, Michał Mutor s. 86, Marek Podmokły s. 100, 136, 139, 276-277, Łukasz Zandecki s. 114, 205, 256, Łukasz Cynalewski s. 115, Iwona Burdzanowska s. 156, Damian Kramski s. 217, Małgorzata Kujawska s. 243, Adam Golec s. 287, 288, Cezary Aszkiełowicz s. 326, Marzena Hmielewicz s. 335, Jakub Porzycki s. 347, Tomasz Stańczak s. 348, Kuba Atys s. 354, 470, Filip Klimaszewski s. 442, Renata Dąbrowska s. 459, 464, Wojciech Surdziel s. 471

BEW s. 59, 83, 230, 255, 336, 384, 435, 482

Waldemar Gorlewski s. 201, 226, 311, 472, zdjęcie autora na tylnej okładce

Wikimedia Commons: s. 159 (ilustracja z „Życia zwierząt” Alfreda Brehma), 229 (autor Adam Opioła).

Wybór zdjęć i fotoedycja: Waldemar Gorlewski

Korekta: Marta Śliwińska

Przygotowanie zdjęć do druku: Małgorzata Charewicz

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Adam Wajrak, 2018

© copyright by AGORA SA, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2149-3 (epub), 978-83-268-2150-9 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Tropy niedźwiedzia i wilka, naszych dwóch największych drapieżników

Drodzy Tropiciele, drodzy przyjaciele,

Kultowe „Przewodniki prawdziwych tropicieli” wydane w czterech tomach: „Lato”, „Jesień”, „Zima” i „Wiosna”, mają już swoje lata. Dostaliście je do rąk na przełomie 2011 i 2012 roku, czyli prawie siedem lat temu. Siedem lat to na pierwszy rzut oka niewiele, ale w obecnych czasach to cała epoka. Nie wierzycie? Sam w to początkowo nie wierzyłem, ale kiedy czytałem niedawno po kolei cztery tomy „Przewodnika”, docierało do mnie, jak wiele się zmieniło. W przyrodzie też. Głównie w związku ze zmianami klimatu i tym, jak bardzo się on, niestety, za sprawą człowieka ociepla. To zła wiadomość dla nas i dla przyrody – nawet jeśli w Polsce skutki tego na razie nie wydają się katastrofalne. Bo przecież niczym strasznym nie jest pojawienie się u nas kolorowego pająka tygrzyka paskowanego czy ekspansja na północ kraju modliszki, znanej dotąd tylko na południu. Gorzej, że niektóre gatunki wymierają. Na przykład czajki. Gdy pisałem Wam o nich w 2012 roku, jeszcze raz na jakiś czas jakaś samotna para czajek próbowała wychowywać młode w okolicach mojego domu. Dziś się to nie zdarza wcale. Podobnie jest w całym kraju. Czajki i inne ptaki siewkowate, niestety, znikają na naszych oczach.

Za to technologia poszła do przodu i nadal się rozwija. Przecież dzisiaj waszym nieodłącznym towarzyszem jest smartfon, który jeszcze siedem lat temu nie był powszechny. W związku z tym musiałem nieco zmodyfikować fragment, w którym piszę o robieniu zdjęć przez lunetę.

U mnie też trochę się zmieniło. Kupiłem sobie kanadyjkę, czyli optymalną łódkę na małe leśne rzeczki, i pomykam nią od czasu do czasu. O tym, jak się nią pływa, mogłem Wam wreszcie napisać na podstawie własnych doświadczeń.

Ponieważ wszystkie pory roku w nowym wydaniu są złożone w jednym tomie, a do tego dochodzą jeszcze liczne zdjęcia, głównie mojego autorstwa, to do rąk dostajecie naprawdę wielką księgę. I dlatego właśnie nazwaliśmy ją już nie „Przewodnikiem”, ale „Wielką księgą prawdziwych tropicieli”. Zresztą nie tylko dlatego, bo mam nadzieję, że pomoże Wam ona przeżywać naprawdę Wielkie Tropicielskie Przygody. Do zobaczenia w Puszczy albo gdzieś na szlaku.

Adam Wajrak

Nie znajdziecie drugiej pory roku tak różnorodnej jak wiosna. To dobry czas, by tropić ptaki, ssaki i płazy. Wiosna to szalenie smakowita pora dla prawdziwych tropicieli.

Kiedy tak naprawdę zaczyna się wiosna? Trudno powiedzieć. Dla mnie już w marcu, gdy przed domem pojawiają się czajki albo gdy na zamrożoną jeszcze rzekę wychodzą spragnione słońca bobry. Właśnie tak, bo wczesna wiosna przypomina zimę – potrafi zmrozić, że hej. A gdy już pojawiają się pierwsze oznaki zieloności, to zaraz giną pod śniegiem, który może się pojawić w każdej chwili. Dzień staje się coraz dłuższy, a w lesie słychać coraz większy gwar. Zresztą nie tylko w lesie.

Nie ma bardziej rozkrzyczanego i rozśpiewanego miejsca niż wiosenna łąka czy bajoro, bo wiosna to czas szalonej miłości. Kwitną kwiaty, żaby i ropuchy kotłują się w miłosnym uścisku, ptaki śpiewają i prześcigają się w powietrznych ewolucjach, by zdobyć partnera. Hormony buzują u zwierzaków jak szalone.

Wiosna to też rodzicielstwo. Większość maluchów przychodzi na świat wiosną. Wilki, jelenie, a także łosie. O ptakach nie wspominam, bo to oczywiste – wszystkie właśnie wiosną budują swoje gniazda i składają jaja. Większość z nich wraz z końcem wiosny ma już karmienie i wychowanie młodych za sobą. Na lato z wypuszczeniem dzieci z domu czekają tylko te naprawdę duże, jak bociany czy późno przylatujące orliki. Kiedy więc kończy się wiosna? Nawet i pod koniec czerwca, gdy z dziupli wylatują młode rozwrzeszczanych dzięciołów trójpalczastych i sóweczek. A może jeszcze później, gdy z wierzb wylatują młode dudki. Te ptaki ze śmiesznym czubkiem opuszczają dom w pierwszej połowie lipca. Wiosna przyrodnicza i tropicielska trwa naprawdę długo i każdego dnia potrafi być inna. Bądźcie uważni, bo wiosenne cuda mogą trwać tylko chwilę. Również dlatego, że wiele z nich, szczególnie tych związanych z terenami podmokłymi, zostało zniszczonych i dziś ich marne resztki znikają na naszych oczach. Nie ma więc co czekać! Ruszajcie na poszukiwanie wiosennej magii w przyrodzie!

Burzowe niebo i żółć mniszków, inaczej mleczy, to oznaka pełni wiosny na łąkach przed naszym domem

Co wy na to, by wybrać się do Amazonii? Nie namawiam was jednak na wyprawę do krainy Indian, węży anakond i krwiożerczych piranii. Wybierzemy się do naszej polskiej Amazonii, czyli nad Biebrzę i Narew. Co prawda nie ma tu dżungli, ale jest wiele powodów, by – bez wielkiej przesady – tę okolicę tak właśnie nazywać.

Nie byłoby legendarnej dżungli, gdyby Amazonia płynęła równym, uregulowanym kanałem. Całe tamtejsze przyrodnicze bogactwo zależy od dzikich i nieujarzmionych rzek. Tak samo jak nad Biebrzą i Narwią. W niektórych miejscach nieuregulowana Narew płynie wieloma korytami, Biebrza kręci niczym szalona serpentyna, a w jej dolinie roi się od starorzeczy. Te rzeczne meandry tętnią życiem, szczególnie wiosną.

Myślę, że doskonale wiecie, jak wyglądają łosie. Widzieliście ich pewnie setki na filmach przyrodniczych albo w książkach. Ale i tak pierwsze spotkanie z tym zwierzęciem oko w oko was zaskoczy. – Co tu robi ten dziwny koń? – zapytał dawno temu mój przyjaciel Romek Wolański, gdy wędrowaliśmy przez Puszczę Kampinoską. Popatrzyłem i zobaczyłem zwierzę, które od konia było nieco wyższe, na pewno szczuplejsze i miało krótki ogonek. Pysk też miało dziwny – z bródką i sterczącymi, trochę dużymi uszami. No i do tego ten dziwny koń był lekko garbaty. Chwilę mi zajęło, zanim zrozumiałem, że przed nami stoi łoś. Byliśmy zachwyceni, bo od dawna szukaliśmy z Romkiem łosi, i to bez skutku.

BARDZO NIETYPOWY WIERZCHOWIEC

Łoś to największy w Polsce przedstawiciel jeleniowatych i drugie co do wielkości żyjące u nas zwierzę. Potrafi ważyć nawet pół tony i wielkością ustępuje tylko żubrowi. No i oczywiście z koniem nie ma nic wspólnego. Choć nie do końca. Podobno w wiekach średnich łosie czasem zastępowały konie. Używali ich rabusie, rycerze bez ziemi i honoru, dezerterzy i włóczykije, bo na łosiach można było poruszać się po bagnistej i zarośniętej okolicy, a wtedy większość terenów w Europie tak właśnie wyglądała.

Ucieczka przed pościgiem konnych stróżów prawa była pestką, bo parametry łosia jako pojazdu terenowego są po prostu znakomite. Łosie bardzo dobrze pływają – podobno mogą bez trudu przepłynąć dystans kilkunastu kilometrów i nurkować na głębokość nawet do pięciu metrów. Dzięki szerokim racicom bez trudu przemieszczają się po bagnach. Jeżeli dodamy, że w kłusie łoś może osiągać prędkość około 30 kilometrów na godzinę, a w chwili zagrożenia na krótkich dystansach nawet 60 kilometrów na godzinę, to staje się jasne, dlaczego średniowieczni rabusie chętnie korzystali z tego trochę nietypowego wierzchowca.

Jeździecka historia łosia skończyła się jednak szybko, bo średniowieczne służby odpowiadające za bezpieczeństwo szybko się zorientowały, kto używa „pojazdu typu łoś”, i za samo jego posiadanie lądowało się w lochu albo – co gorsza – traciło głowę. Na początku XVIII wieku z łosiami eksperymentowała jeszcze szwedzka kawaleria, ale krótko, bo zwierzęta bały się huku armat i muszkietów. Trudno mi powiedzieć, czy to wszystko prawda, ale wciąż są śmiałkowie, którzy próbują na łosiach jeździć, i niektórym się to nawet udaje, więc może coś w tym jest. Wreszcie – skoro można jeździć na reniferach, dlaczego nie można na łosiach?

BIEBRZA, KRÓLESTWO MATYLD

Mojego pierwszego łosia zobaczyłem, jak już wiecie, w Kampinoskim Parku Narodowym, który nawet ma to zwierzę w swym herbie. Ale tym, którzy nigdy w życiu nie tropili łosi, polecam Biebrzę. Tutejsze bagna i rozlewiska są ich prawdziwym matecznikiem i ostoją.

Dlaczego akurat Biebrza? To długa historia. Zaczęła się dziesięć tysięcy lat temu, gdy lodowiec wycofał się z terenu zajmowanego dziś przez nasz kraj. Renifery i łosie były pierwszymi zwierzętami jeleniowatymi, jakie pojawiły się w polodowcowej scenerii. Klimat jeszcze przez długi czas był zbyt ostry dla jeleni, nie mówiąc już o sarnach. Potem, gdy zrobiło się cieplej, renifery udały się na północ, a łosie zostały. Niestety, nie wiedziały, w co się pakują. Z czasem ludzie udoskonalili techniki polowania i wybili większość z nich. W XIX wieku można było je znaleźć już tylko na wschodzie i północy Europy. Łosie są łatwym celem dla myśliwych. Często nawet nie uciekają przed ludźmi, tylko stoją i z ciekawością się im przypatrują. Około 1830 roku na terenie Królestwa Polskiego istniała już tylko jedna ostoja, w okolicach Rajgrodu w dolinie Biebrzy. Było to najprawdopodobniej Czerwone Bagno, które w 1925 roku zamieniono w rezerwat łosi. Od 1993 roku jest częścią Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Biebrzańskie łosie przetrwały wszystkie zawieruchy. Co ciekawe, badania naukowców z Uniwersytetu w Białymstoku pokazują, że tutejsze łosie różnią się genetycznie od pozostałych zamieszkujących Polskę. Oznacza to, że są raczej domatorami i niechętnie wybierają się w dalekie podróże. Cóż się dziwić, nie muszą, bo na tych bagnach mają wszystko, czego im trzeba, a dzięki temu, że są w parku chronione, nie boją się ludzi. Są nawet takie, które zupełnie nie zwracają uwagi na gapiów! Popatrzą, posilą się pędami albo położą się w zaroślach, zupełnie nie przejmując się naszą obecnością. Taka była Matylda, słynna biebrzańska klępa, czyli samica łosia. Dziś takich Matyld możecie spotkać przynajmniej kilka. Co ciekawe, wielu ludzi myśli, że wciąż to jest jedna i ta sama Matylda.

Łosie uwielbiają kaczeńce, choć dla ludzi są one trujące

Łopaty łosia

Pierwsze poroże zaczyna łosiom wyrastać już po jakichś 9 miesiącach, ale kształtuje się ono przez wiele lat. Te najbardziej okazałe mają co najmniej 10 lat. Myśliwi nazywają je łopatami, bo płaszczyzny poroża zlewają się ze sobą i przypominają łopaty albo otwartą dłoń. Łopatacze wyglądają pięknie i niezwykle majestatycznie. Kiedyś łopatacze były niezwykle rzadko spotykane w Polsce. Ponad 10 lat zakazu polowań na łosie sprawiło, że widać ich coraz więcej. Nie wszystkie łosie mają jednak takie poroża. Wiele byków nie ma łopat i wtedy myśliwi nazywają je badylarzami, bo rzeczywiście ich poroże przypomina badyle. Łosie zrzucają poroże późną jesienią. Od nowa zaczyna im rosnąć wiosną.

CZY ŁOŚ MOŻE ZJEŚĆ CAŁY LAS?

Oczywiście najlepiej wybrać się na łosie o świcie albo bliżej zachodu słońca. W dolinie Biebrzy można je obserwować ze skarp i specjalnych wież obserwacyjnych. Słowo daję, że już po kilku minutach wypatrywania można zobaczyć grupki łosi, które przechadzają się w wysokich trawach bagiennych. Wystają tylko ich łby i grzbiety, wyglądają więc, jakby płynęły. W zimowej części tej książki piszę o łosiach w lasach sosnowych, bo kora drzew i ich czubki, szczególnie tych młodych, to ulubiony zimowy pokarm tych zwierzaków. Potrafią nawet złamać drzewko, by dobrać się do tego przysmaku. Czy to oznacza, że łosie mogą zniszczyć las? Prawdziwego lasu, który rządzi się naturalnymi prawami – nie. Łosie i drzewa współistnieją przecież na naszej planecie od bardzo dawna i jak dotąd nic złego się nie działo. Co innego uprawy i monokultury stworzone przez człowieka. Gdy na jednym obszarze jest masa małych drzewek i wszystkie są w zasięgu pyska, to dla łosia tak samo, jakby nas ktoś wpuścił do magazynu czekolady. Ja jestem takim łasuchem, że nadgryzłbym każdą tabliczkę. Łosie też mają podobnie i dlatego szkółki leśne muszą być grodzone, i to wysokim płotem.

UCZTA WŚRÓD KACZEŃCÓW

Wiosną nie szukajcie łosi w lesie. Będą tam wpadać rzadziej i rzadziej. Ruszają teraz na bagna, gdzie z każdym dniem pojawia się więcej soczystej zieloności. I nie tylko zieloności, lecz także cudownej żółtości. Tak intensywnej jak żadna inna. Łosie uwielbiają kaczeńcowe łąki. Na przełomie kwietnia i maja takich podmokłych łąk jest cała masa. Biją w oczy soczystymi kolorami i jeżeli chcecie wpaść na łosie, to tam macie na to największą szansę.

Gdzieś wyczytałem, że kaczeńce zawierają substancje toksyczne dla ludzi. Łosie nic sobie z tego nie robią i sami zobaczycie, że ledwo mogą się od nich oderwać. Jedzą i jedzą. Łoś wśród kaczeńców to widok, który zapiera dech w piersiach. Mam takie zdjęcie, a właściwie portret łosia, który na chwilę oderwał się od jedzenia. Wygląda przekomicznie, bo kwiatek kaczeńca zwisa mu z pyska.

Takie przyzwyczajone do ludzi łosie to idealny cel dla fotografów, ale nie zbliżajcie się do nich z aparatem za bardzo, a już szczególnie uważajcie wiosną. Jak na przedstawiciela jeleniowatych łoś jest bardzo odważny i nie tylko potrafi szybko uciekać, lecz także całkiem nieźle się bronić – jeśli poczuje się zagrożony. Nawet wilki dają mu spokój. Łosie rzadko stają się obiektem wilczych polowań, nawet w puszczach w północno-wschodniej Polsce, gdzie łosi jest najwięcej, a i wilków niemało. Wystarczy, że pogrożą wilczej sforze swoim imponującym porożem. A gdy to nie zadziała, to pryskają do wody, gdzie wilki już im zupełnie nie zagrażają.

Wiosną należy trzymać się na bezpieczną odległość od łosi jeszcze z jednego powodu. W maju, czasem w czerwcu, po 38-tygodniowej ciąży na świat przychodzą młode. Najczęściej klępa rodzi jedno, a bardzo rzadko trzy maluchy, które szybko stają na nogi. Zanim jednak to zrobią, są bezbronne i ich matka może być agresywna, gdy zbliżycie się za bardzo. – Klępa staje dęba i atakuje przednimi nogami, jakby boksowała, albo spada z góry na przeciwnika – opowiadał mi Piotr Dombrowski, leśniczy w Biebrzańskim Parku Narodowym, który został raz postraszony przez zaniepokojoną łosią mamę. Na szczęście nie dostał racicą, bo klępa uderzyła kilka metrów od niego. – Taki cios ma ogromną siłę. Kiedyś znalazłem wilka z roztrzaskanym kręgosłupem – wspominał Piotr.

Dlatego gdy zobaczycie małego łosia, natychmiast się wycofajcie. Spokojnie, bez paniki, ale zdecydowanie w przeciwnym kierunku. Nie tylko z powodu agresywnej matki, ale dla jego dobra. Młode łosie, szczególnie te bardzo małe, instynktownie będą podążać za nogą. Oczywiście w naturze chodzi o nogę łosiowej mamy, ale jak w zasięgu ich wzroku pojawi się noga ludzka, to mogą się pomylić. A to z całą pewnością nie spodoba się klępie. Gdy zaś nie ma jej w pobliżu, to młody łoś może się zgubić i nie będzie mógł trafić z powrotem do matki. Dlatego nie podchodźcie do łoszaków, choćby nie wiem jak rozkosznie wyglądały.

W mroźne wiosenne poranki z gardeł żurawi wydobywa się nie tylko klangor, ale również para

Test łosia

Zderzenie samochodu z łosiem należy do niezwykle niebezpiecznych zdarzeń. Wielki, ciężki łoś stoi przecież na wysokich nogach. Uderzenie samochodu podcina mu nogi i powoduje, że zwierzę wpada przez przednią szybę do środka auta. Dlatego po terenach, na których żyją łosie, należy jechać wolno i ostrożnie. Łoś może wyjść na drogę zupełnie nieoczekiwanie, a że jest słabo widoczny, to zwykle kierowcy zauważają go w ostatniej chwili. W Szwecji, gdzie łosi jest cała masa, wymyślono test łosia polegający na gwałtownym skręcaniu i wymijaniu przeszkód bez hamowania. Chodzi o to, że gdy łoś znajdzie się już przed samochodem, to może nie być na to hamowanie czasu. Takim testom poddawane są wszystkie wprowadzane na rynek samochody.

ZNIKAJĄCE ARENY BATALIONÓW

Ja tu ciągle o łosiach, a przecież Biebrza wiosną to jest też ptasi raj. Możecie zobaczyć tu klucze gęsi zbożowych i białoczelnych, które lecą w kierunku rodzinnej Syberii. Możecie obserwować gęgawy – część z nich zostanie w Polsce i założy tu gniazda, a reszta poleci dalej. Zobaczycie tu łabędzie krzykliwe o żółtych dziobach. Do tego żurawie, których klangor, czyli krzyk przypominający odgłos potężnych trąb, zrobi wrażenie na każdym. Oj, będzie się działo!

Wędrówki gęsi, łabędzi i żurawi trwają przez cały marzec, aż do kwietnia. Co nie oznacza, że po przelocie gęsi robi się cicho. Wtedy przypada szczyt przelotów batalionów. A tych nad Biebrzą jest mnóstwo!

Gdy byłem małym chłopcem, babcia Zosia opowiadała mi o pewnym angielskim lordzie, który wyznaczył olbrzymią nagrodę dla tego, kto przyniesie mu ustrzelone dwa takie same samce batalionów. W okresie godów samce stają się prawdziwymi strojnisiami. Na głowie wyrasta im pióropusz składający się z dwóch czubów – niektórym przypomina to fryzurę XVI-wiecznego eleganta. Dodatkowo wokół szyi mają kryzę z piór, która wygląda jak kołnierze na portretach malowanych przez XVI- i XVII-wiecznych mistrzów. Sprostanie wyzwaniu rzuconemu przez angielskiego arystokratę było niemożliwe, bo podobno ubarwienie samców z kryzami i pióropuszami nigdy nie jest takie samo. Jak już byłem dorosły, próbowałem ustalić, czy to prawda z tą nagrodą, ale nie trafiłem ani na żadne źródło, które by o tym mówiło, ani nie potwierdził tego żaden z moich znajomych zajmujących się ptakami.

Na przełomie kwietnia i maja nad rozlewiskami toczy się prawdziwy ptasi spektakl. Tysiące batalionów rusza do walki o serce ukochanej. Samce w szacie godowej – tak nazywa się ich upierzenie w okresie miłości, czyli toków – bardzo się od siebie różnią. Niektóre mają jasne ozdoby, inne – ciemne. W czasie godów, które polegają na tańcach, walkach i utarczkach pełnych stroszenia piór, ciemne samce zajmują centrum aren, czyli małych terytoriów, których zazdrośnie strzegą. Natomiast jasne biegają po obrzeżach aren i między nimi. Z tego powodu nazywa się je często samcami satelitarnymi. Są też takie, które wyglądają zupełnie tak samo jak niepozorne samiczki. Nie zwracają one niczyjej uwagi i po cichutku – bez stroszenia piór i biegania – szukają partnerki. Jak myślicie, kogo wybierają samice? No więc nie zgadliście! Samice wybierają bardzo różnie, bo pisklęta, które wyklują się z jajek, pochodzą od różnych ojców – często od dwóch, ale zdarza się, że i od czterech.

Toki batalionów są niesłychanie pięknym widowiskiem. Niestety, być może jesteście jednym z ostatnich pokoleń, które na nie patrzą. Z tego, co słyszę, z roku na rok jest tych ptaków coraz mniej. To samo wcześniej stało się z ich lęgami. Kiedyś nad Biebrzą bataliony zakładały gniazda i wychowywały pisklęta, dziś już tego nie robią. Prawdopodobnie nie robią tego już nigdzie w Polsce, co oznacza, że przestały mieszkać w naszym kraju i teraz są już tylko podróżnymi zatrzymującymi się u nas na chwilę. Przyczyną mogą być zmiany w środowisku – zarastanie łąk, brak terenów wylewowych, ale również ocieplanie się klimatu. Widać, że trasy ich wędrówek powoli przesuwają się na północ. A jeżeli kolejne wiosny będą suche, to o tokach będziemy tylko opowiadać naszym wnukom.

Samice batalionów wyglądają skromnie przy samcach o wymyślnych kryzach i fryzurach

Nieboraczki

Czasami w kałużach i niewielkich zbiornikach wodnych nagle po wiosennych deszczach pojawiają się przedziwne skorupiaki, przekopnice. Opowiedział mi o nich Cezary Werpachowski z Biebrzańskiego Parku Narodowego. Jak wyglądają? Mają zwykle nie więcej niż kilka centymetrów długości, szeroki pancerzyk podobny do żółwiego i odwłok zakończony czymś, co przypomina rozdwojony ogonek. Na tym pancerzu troje oczu – dwoje właściwych i jedno pochodzące z okresu larwalnego.

Warto ich szukać wiosną w kałużach i niewielkich zbiornikach. Wyglądają jak eksponaty wprost z muzeum skamielin. I wszystko się zgadza, bo przekopnice są żywymi skamielinami. Żyją na naszej planecie w niezmienionej formie od 200-300 milionów lat.

Jako gatunek są bardzo wiekowe, ale pojedyncze przekopnice żyją w kałuży nie dłużej niż parę tygodni. Składają jaja i umierają. Co ciekawe, nie ma wśród nich samców, wszystkie są samicami, a jednak się rozmnażają. Takie zjawisko nazywamy dzieworództwem lub partenogenezą. Ich jaja mogą czekać w piasku na odpowiednie do rozwoju warunki nawet kilka lat. Z tego powodu nazywa się je też nieboraczkami, bo kiedyś ludzie byli przekonani, że spadają z nieba z deszczem.

Jak schować się za krową?

W Brzostowie zobaczycie jedno z najfajniejszych biebrzańskich widowisk. Każdego ranka krowy ze wszystkich tutejszych obór przechodzą albo przepływają przez rzekę w drodze na soczyste pastwiska. Jest na co patrzeć! Widok widokiem, ale krowy odgrywają tu bardzo ważną rolę. Zjadają trawę i dzięki temu my mamy wspaniałe mleko, a czajki, krwawodzioby i rycyki – miejsca do zakładania gniazd.

Rasą, która jest najlepiej przystosowana do życia na biebrzańskich łąkach, jest prastara krowa polska czerwona i je właśnie możecie zobaczyć w Brzostowie. Są jednolicie rude. Szybko zobaczycie, że ptaki wcale się ich nie boją. Kiedyś wykorzystywali to myśliwi, którzy chowali się za oswojoną oraz przyuczoną specjalnie do takich podchodów krową i tak polowali na wodne brodzące ptaki.

Oczywiście nie polecam wam podchodzenia do ptaków za prawdziwą krową, ale możecie schować się za sztuczną. Zróbcie ją z cienkiej sklejki i noście jak tarczę. Taki sposób zbliżania się do zwierząt jest często wykorzystywany w Ameryce, gdzie na preriach pasie się wiele krów. Pamiętajcie tylko, by wyciąć niewielki otwór, przez który będziecie mogli obserwować zwierzaki, i by wymalować krowę matowymi farbami, gdyż mało która prawdziwa krowa się błyszczy.

Brodzące w biebrzańskich rozlewiskach krowy to prawdziwe szczęściary

Choć bóbr to nasz największy gryzoń, wcale nie jest łatwo go zobaczyć

Historia bobrów w naszym kraju zatoczyła wielkie koło. W pradawnych czasach miały się całkiem dobrze – król Bolesław Chrobry rygorystycznie je chronił w swych dobrach. Niestety, troska królów niewiele pomogła i na początku XX wieku bobrów było tyle co kot napłakał. Wszystko przez to, że każdy chciał mieć bobrowe futro oraz zjeść sobie bobrowy ogon. Kiedy już się wydawało, że jest u nas po bobrach, dzięki ochronie i kuzynom sprowadzonym z Rosji i Białorusi nasze bobry odzyskały wigor. Dziś są wszędzie! Każda rzeczka i kanał mają swoją bobrzą rodzinkę. A najwięcej jest ich na północnym wschodzie Polski.

Najpierw pojawiły się oczy, nos i uszy jednocześnie. Kawałek głowy niczym gruba kreska na wodzie. Potem głowa na chwilę zniknęła pod wodą, a ja zamarłem w bezruchu. Nagle przy brzegu trzasnął cieniutki wiosenny lód i wtedy go zobaczyłem. Przebijał się na powierzchnię. A potem wyszedł tak wielki, że nie mieścił mi się w kadrze aparatu. Siedziałem bezradny, bo gdybym się ruszył, tobym go wypłoszył. Zresztą widok był tak niesamowity, że natychmiast zapomniałem, że właśnie tracę szansę na piękne zdjęcie. Bóbr na żywo naprawdę robi wrażenie.

CZAS NA NOWALIJKI

Jeżeli chcecie zobaczyć największego gryzonia żyjącego w naszym kraju, to musicie ruszyć się z domu wczesną wiosną. Najlepiej tak wczesną, że tak naprawdę nie wiadomo, czy to jeszcze zima, czy już nie. Dobrze, gdy zalega jeszcze lód, a śnieg miesza się z błotem. To może być luty, marzec, a nawet kwiecień, oczywiście jeżeli to jest taki kwiecień jak z przysłowia, czyli kwiecień plecień, co przeplata trochę zimy, trochę lata.

No więc jak tylko poczujecie wiosnę w powietrzu, to pomyślcie o bobrach. Dlaczego akurat tak wcześnie? Bobry to nocne zwierzęta. Zdarzają się takie, które przywykły do ludzi i pływają za dnia. Czasem robią to też młode, które nie wiedzą jeszcze, że możemy być groźni. Zwykle jednak bobrom się to nie zdarza. Wychodzą z kryjówek, gdy zaczyna się szarówka, tuż po zachodzie słońca. Mało wtedy widać i zobaczyć bobra jest bardzo trudno. Co tam trudno! To jest prawie niemożliwe. W trzcinach i wysokich trawach bobry wydeptują ścieżki i zobaczyć je można właściwie tylko wtedy, gdy płyną albo siedzą sobie gdzieś na wierzchołku żeremia. Tylko że gdy jest ciepło, takie okazje zdarzają się rzadko. Co innego wczesną wiosną, gdy bobry mają już dość zimy.

Bobry co prawda nie zasypiają na zimę, ale większość czasu spędzają wtedy w głównej komorze nory albo żeremia, gdzie cała bobrza rodzinka dogrzewa się własnym ciepłem. Zjadają gałązki, które zmagazynowały jesienią w podwodnych spiżarniach. Sami przyznacie, że taka dieta może się szybko znudzić. To tak, jakbyśmy jedli całą zimę tylko konserwy lub zawekowane w słojach przetwory. Nic dziwnego, że po dwóch-trzech miesiącach takiej diety bobry mają ochotę na coś świeżego. Kuszą je wierzby, w których już zaczynają krążyć soki, co widać po pojawiających się na nich baziach. Dla bobrów to jak dla nas świeżutka sałata i pierwsze pomidory z ogródka. Może też być tak, że zapasy podjadane przez całą zimę już się skończyły i trzeba wyjść z wody, by coś przekąsić. To jednak niejedyny powód. Zima z lodami i wzbierającymi rzekami naruszyła bobrowe tamy i kanały oraz żeremia. Teraz to trzeba szybko je naprawić, bo od tego zależy przyszłość bobrzej rodziny. No i jeszcze w lutym i marcu bobrom zbiera się na miłość. W czasie miłosnych zalotów popiskują albo pluszczą się w wodzie z takim zapałem, że nie sposób tego nie usłyszeć. Jednym słowem, wiosną bobry mają tyle zajęć, że nawet jeszcze całkiem długiej nocy im nie wystarcza i wiele rzeczy muszą robić w dzień. Gdy zaświeci słońce, może się nawet zdarzyć, że cała bobrza rodzinka wyjdzie się wygrzać na brzeg rzeki. I wtedy będą widoczne jak na dłoni.

JAK BOBRY PRZESTAŁY BYĆ PRZYRODNICZYM RARYTASEM

To było bardzo, bardzo dawno temu. Byłem zupełnie małym chłopcem i razem z moim przyjacielem Romkiem dostaliśmy zaproszenie na wycieczkę. Nie byle jakie zaproszenie! Zapraszał nas wuj Lechosław Herz, który był i wciąż jest moim mistrzem, jeśli chodzi o podpatrywanie zwierzaków. Wuj Lechosław zapraszał nas na bobry. Byliśmy tak dumni, jakby zaproponowano nam lot na Marsa. Bobry, kiedy chodziłem do podstawówki, stanowiły przyrodniczy rarytas. Po II wojnie światowej nie było ich prawie w Polsce. Kilka tułało się gdzieś po Mazurach. Potem kilka sprowadzono z Rosji do specjalnych rezerwatów i kilka przeszło przez granicę z Białorusią i osiedliło się w Puszczy Białowieskiej. Pod koniec lat 80. były wciąż u nas bardzo rzadkie.

Wujek Herz załatwił sobie tylko znanymi sposobami pozwolenie na obserwowanie bobrów w Kampinoskim Parku Narodowym. Siedzieliśmy całą noc przy jakiejś rzeczce, która obrzydliwie śmierdziała. Warto było, bo ku naszej wielkiej radości usłyszeliśmy w końcu pluśnięcie bobrzego ogona i zobaczyliśmy ciemny kształt. Dziś będziecie mieli o wiele łatwiej. Bobry są dosłownie wszędzie, no, może poza Tatrami. Mieszkają nawet w dużych miastach, gdzie ku rozpaczy mieszkańców wycinają drzewa w parkach. Zdarzają się nawet bobry, które wypływają w morze. Do życia potrzebują tylko trochę wody i drzew lub krzewów. Wody naprawdę nie musi być dużo. Miałem takiego zaprzyjaźnionego bobra, który mieszkał w rowie przydrożnym przy szosie Teremiski – Białowieża i nie wynosił się nawet wtedy, gdy ten rów czasami wysychał.

Wodą, czyli jak wiosłować

Szukanie dobrych miejsc do zaczajenia się na bobry to udręka tam, gdzie jest dużo starych koryt lub gdzie te zwierzaki narobiły kanałów. Jeżeli kanały są wąskie, da się je przeskoczyć. Gorzej ze starorzeczami, które są szerokie i bagniste. Przedzierając się przez trzcinowe zarośla, hałasujemy i płoszymy zwierzęta. Jan Marcin Węsławski, mój przyjaciel i znany polarnik, zarekomendował mi kiedyś drogę wodną i kanoe. Nic dziwnego, kanoe w dawnych czasach znakomicie służyło Indianom i traperom, którzy polowali w Kanadzie na bobry. Można na nim wszędzie wpłynąć i pozwala na zabranie sprzętu potrzebnego do przeżycia w głuszy wiele tygodni. W kanoe można przygotować sobie posiłek, a nawet się zdrzemnąć. Kanoe jest cichsze od kajaka – umiejętne wiosłowanie jednym piórem jest bezszelestne. Ma także zwykle mniejsze zanurzenie i pozwala wpływać na zarośnięte płycizny i rozlewiska. W kanoe każdy wiosłuje tylko jednym wiosłem i tylko z jednej strony. Sekret polega na tym, że wioślarz wykonuje wiosłem ruch w kształcie litery J – długie pociągnięcie wzdłuż burty z energicznym zwrotem na końcu. To pozwala na utrzymanie kanoe w linii prostej przy wiosłowaniu z jednej burty. Sprawdziłem to i okazało się, że to naprawdę genialny sposób na podglądanie wodnych zwierzaków. W wielu miejscach zwierzaki nie kojarzą człowieka w łódce z żadnym zagrożeniem i boją się o wiele mniej. Zdarzało mi się, że bobry lub wydry podpływały zdziwione pod samą burtę.

Canoe, inaczej kanadyjka, jest najlepszą łódką do penetrowania leśnych rzeczek i rozlewisk

WIELKI BUDOWNICZY W AKCJI

W Polsce żyje teraz ponad 30 tysięcy bobrów, choć niektóre szacunki mówią nawet o 100 tys. Ta różnica bierze się zapewne stąd, że niektórzy liczą każde napotkane żeremie bobrowe jako jedną rodzinę, a przecież wiele żeremi może być opuszczonych. Tak czy inaczej, bobrów jest dużo w porównaniu z czasami, gdy tropiłem je z wujem Lechosławem. Nie znaczy to jednak, że są w każdej rzeczce! Trzeba się trochę postarać, żeby je zobaczyć.

Ja poszukiwania zaczynam zawsze od znalezienia miejsca, w którym widać ich obecność. Teoretycznie nic prostszego. Bobrze żeremie, czyli bobrzy dom, może wystawać nawet kilka metrów nad wodę i mieć średnicę nawet około 20 metrów u podstawy. Żeremia nie sposób z niczym pomylić – to kopiec z gałęzi i mułu. W środku tego kopca jest komora, w której bobry siedzą, gdy jest im zimno. Komora wysłana jest suchymi roślinami oraz drobnymi patyczkami i temperatura nie spada tu zwykle poniżej zera. Wejścia do żeremia umieszczone są pod wodą, więc do środka może dostać się tylko znakomity pływak. Niektóre żeremia mają nawet otwory wentylacyjne. To popis sztuki budowlanej i dlatego żeremia podobają się nie tylko bobrom. Bardzo często mieszkają w nich norki lub zaskrońce.

Bobry słyną jednak nie z budowy żeremi, ale z tam. To są dopiero genialne konstrukcje! Zbudowane z mułu i gałęzi, a czasem nawet z kamieni, potrafią zatrzymać potężne masy wody. Po co to bobrom? Tamy podnoszą poziom wody, dzięki czemu zalewa ona wejścia do żeremi, ułatwiając gryzoniom transport gałęzi oraz bezpieczne poruszanie się. Temu też służą robione przez bobry kanały.

Bobry ścinają drzewa, by dobrać się do gałązek. Stanowią one bobrzy pokarm oraz budulec do tam i żeremi

Tamy mogą mieć naprawdę olbrzymie rozmiary. W Polsce widywałem takie, które miały nawet do dwóch metrów wysokości i kilkadziesiąt metrów długości. Ale – jak podaje znawca bobrów doktor Andrzej Czech – bywają znacznie większe. Kanadyjskie bobry zbudowały tamę mającą 1200 metrów długości, a inna miała ponad pięć metrów wysokości! Zastanawiacie się, ile takich tam może zrobić jedna bobrza rodzina? Andrzej Czech pisze, że kiedyś na odcinku strumienia o długości nieco ponad kilometra naliczył 25 tam. Nieźle, prawda?

DLACZEGO NIE WARTO CZEKAĆ PRZY ŻEREMIACH?

Bobrze tamy i żeremia przekształcają środowisko i tam, gdzie się pojawiają, jest więcej owadów, płazów oraz niektórych gatunków ryb. Można tam też często zobaczyć wydry albo – szczególnie w górach – bociany czarne. Na zalanych terenach obumierają drzewa i okolice często odwiedzają dzięcioły, w tym prawdziwe rzadkości, takie jak dzięcioł białogrzbiety czy trójpalczasty. Mimo to darowałbym sobie czajenie się na bobra przy żeremiu lub tamie. No, chyba że są tam wyraźne ślady niedawnego pobytu tego zwierzęcia.

Zwykle to jednak strata czasu. Z kilku powodów. Po pierwsze, bobry zwykle w pobliżu swoich konstrukcji są dość ostrożne. Jeżeli tama albo żeremie nie wymagają naprawy, to się przy nich za bardzo nie kręcą. Czasami jedynie i tylko gdy żeremie otoczone jest wodą, odpoczywają na jego wierzchołku. Po drugie, to, że w rzece nie ma żeremia, wcale nie oznacza, że nie ma w niej bobrów. Otóż tam, gdzie woda jest wystarczająco głęboka, bobry nie budują tam. Jeżeli chcecie wytropić bobry, to musicie znaleźć miejsce, w którym jedzą.

Ich pokarmem są wszelkie rośliny – bobry zjadają kilkaset gatunków różnych roślin. No i znane są z tego, że ścinają drzewa. W naszym kraju nie ma drugiego zwierzaka, który potrafiłby to zrobić. Żaden inny nie dysponuje tak potężnym narzędziem jak bobrze siekacze, czyli olbrzymie zęby na przedzie. Te dolne mogą mieć nawet kilkanaście centymetrów długości! Mało tego, one cały czas rosną i dlatego bobry muszą je ścierać. Zwierzę opiera górne siekacze o drzewo i porusza tylko tymi dolnymi. I to z potworną siłą! Nacisk wynosi kilka ton na centymetr kwadratowy. Bobry ścinają drzewa, by dobrać się do delikatnych gałązek na szczycie. Nie jedzą drewna, ale przegryzają korę i łyko, czyli to, co jest pod korą. Nie należą one do delikatnych i łatwo trawionych kąsków, dlatego bobry mają bardzo odporny przełyk, który niezwykle szybko się goi po zranieniu.

GDZIE SZUKAĆ BOBRÓW?

Właśnie po ściętych drzewach i wierzbowych krzakach najłatwiej poznać obecność bobrów. Przyjrzyjcie się dobrze patykom, które leżą wokoło – jeżeli cięcia są w wielu płaszczyznach, tak jakby ktoś strugał, jest to dzieło bobra. Jeżeli widać jedno lub kilka cięć, zrobił to raczej ktoś z siekierą. A pomylić można się łatwo. Piotr Topiński, który zajmował się bobrami w Kampinoskim Parku Narodowym, opowiadał mi, że czasami obgryzione przez bobry patyczki archeolodzy brali za rzeźby wykonane przez naszych przodków tysiące lat temu.

Jeżeli znajdziemy miejsce takiej wycinki, jesteśmy już blisko, ale to jeszcze nie jest to. Szczególnie wczesną wiosną wszystkie drzewa wyglądają na świeżo ścięte, a mogły paść pod siekaczami bobrów tygodnie wcześniej. Trzeba szukać miejsc, gdzie bobry wychodzą na ląd. Ten supersprawny w wodzie zwierzak po lądzie nie porusza się najlepiej. Dlatego bobry zwykle nie oddalają się od wody. Długie wędrówki urządzają sobie tylko kilkuletnie młode, które poszukują nowych miejsc do osiedlenia się. Te, które mają już swój kawałek świata, nie zapuszczają się daleko. A gdy wychodzą z wody, nie dość, że ciągnie się za nimi ogon, to jeszcze mokre futro obciera podłoże. W takich miejscach widać świeżo wyślizganą ziemię albo śnieg. Jeżeli zobaczysz wyraźną, wilgotną rynnę, znalazłeś to, czego szukałeś. Być może w pobliżu takiego miejsca wypatrzysz jeszcze odcisk tylnej łapy, która ma nawet do 15 centymetrów długości i 11 centymetrów szerokości. Nie sposób jej z niczym pomylić, bo przypomina kaczą łapę, z tym że kaczka ma trzy palce z przodu i jeden z tyłu, a bóbr – pięć.

Spróbuj zaczaić się przynajmniej kilkanaście metrów od takiego miejsca. Bobry nie mają najlepszego wzroku, ale gdy będziemy za blisko, to nas wypatrzą. Może się zdarzyć, że właśnie zaskoczycie bobra, który już jest na brzegu. Takie spotkania nie trwają długo, bo zwierz z pluskiem zwiewa do wody.

Ekipa filmowa na czatach

Jak się zamaskować

Wytłumić ludzki zapach, by bobry nas nie poczuły, jest bardzo trudno, ale tym bym się nie przejmował. Coraz częściej mieszkają one blisko ludzi i nasz zapach wcale nie musi ich niepokoić. Na pewno jednak będą się bały ludzkiej sylwetki, dlatego obserwowanie bobra na stojąco to nie najlepszy pomysł. Dobrze mieć ze sobą rozkładany stołeczek. Taki, jaki można kupić w sklepach wędkarskich.

Trzeba się ubrać tak, by ubranie jak najbardziej zlewało się z otoczeniem. Jeżeli na brzegach rzeki jest jeszcze śnieg, to dobrze mieć białe ubranie maskujące. Jeżeli wiemy, gdzie bóbr wychodzi z wody, fajnie jest zrobić parawan z siatki maskującej albo trzciny.

Najpierw musimy ustawić szkielet, do czego potrzebne będą cztery rozwidlone na końcu tyczki leszczynowe lub wierzbowe i trzy bez rozwidleń. Te z rozwidleniami wbijamy w ziemię, a te bez rozwidleń będą poprzeczkami. Na takiej konstrukcji rozpinamy siatkę – wystarcza pas siatki o wymiarach 2x2 metry. Możemy też użyć trzciny, by powstało coś w rodzaju parawanu plażowego.

Zastanawiacie się, co lepsze – siatka czy trzcina i gałęzie? Ja wolę siatkę. Zbudowanie ukrycia z trzciny jest bardzo pracochłonne i wymaga cierpliwości. Trzeba jej bardzo dużo naścinać, a potem powiązać w snopki. Robi się przy tym masę zamieszania nad rzeką, a to płoszy zwierzęta. Poza tym deszcze i wichury niszczą trzcinę i słomiane maty. Siatkę rozpina się szybko, a czas jest tu decydujący. Każda minuta kręcenia się to mniejsza szansa na spotkanie ze zwierzakiem. Nie kupujcie byle jakiej siatki. Takie z plastikowymi elementami strasznie szeleszczą. Najlepsze są takie, których oczka wypełnione są syntetycznymi włóknami.

Gdy przypłynie bóbr, trzeba się zachowywać bardzo cicho. Jeżeli chcecie robić zdjęcia, nie naciskajcie spustu seriami, bo to może spłoszyć zwierzaka. Róbcie pojedyncze zdjęcia, i to wtedy, gdy bóbr pracuje albo je. Być może uda wam się zobaczyć na własne oczy, jak ścina drzewo. Mnie się to marzy.

Jak ogrzać stopy

Gdy łazi się po mokrym w gumowych butach wiosną, kiedy wciąż jest dość zimno, najbardziej ziębną stopy. Najgorsze jest siedzenie w bezruchu i wtedy może być bardzo nieprzyjemnie. Aby temu zapobiec, dobrze jest mieć grube skarpety i kalosze na tyle duże, by można było w środku poruszać palcami. Nie ma nic gorszego niż kalosze idealnie dopasowane do stopy.

Ale kiedy stopy naprawdę już nam solidnie zmarzną, to trzeba szybko zdjąć but i skarpetę, a potem stopę rozetrzeć rękami. Jeżeli jednak jest tak zimno, że trzeba rozcierać stopy, to najwyższy czas wracać do domu.

ZIMNA WODA ZDROWIA DODA

Woda to bobrzy żywioł. Nic dziwnego, bo rzadko który nasz ssak jest tak przystosowany do pływania jak bóbr. Palce jego tylnych łapek spięte są błoną pławną, a wielki spłaszczony ogon pracuje niczym podwodny napęd. Ogon, który jest pokryty łuską i przypomina nieco rybi, służy też jako ster. Co jednak najważniejsze, bobry mogą – podobnie jak foki – gospodarować natlenioną krwią w czasie nurkowania. Tlen trafia wtedy głównie do mózgu, który najbardziej go potrzebuje. To oraz duże płuca pozwalają zwierzęciu spędzić pod wodą całkiem sporo czasu. Bóbr może nie wynurzać się nawet przez kilkanaście minut (dla porównania wydra, inny świetny pływak – przez kilka). Bobrze futro jest bardzo gęste i składa się z dwóch warstw – krótkich mięciutkich włosów puchowych oraz długich i twardych włosów okrywowych, które są spłaszczone na końcach i w czasie nurkowania całkowicie przykrywają włosy puchowe, w których zbiera się powietrze. Dzięki temu bobrom niestraszna nawet zimna woda, bo ich futro działa jak kombinezon nurka.

Mimo że bobry są całkiem spore i często ważą powyżej 20 kilogramów, to podpływającego bobra nie da się tak łatwo wypatrzyć. Nie zobaczycie olbrzymiej kłody, która płynie w waszym kierunku. Nad wodę wynurzy się raczej tylko głowa, a najczęściej sam jej czubek. Bobry nie muszą bardzo się wynurzać, bo ich oczy, uszy i nos osadzone są na głowie mniej więcej na tym samym poziomie, i to dość wysoko. Wystarczy, że wysuną się na dwa centymetry, i już wiedzą, co się dzieje. A potem znów chowają się pod wodą. Czasami, gdy są pewne, że w okolicy nie czai się żadne niebezpieczeństwo, płyną środkiem rzeki, tworząc na tafli wyraźną literę V. Wówczas zauważycie ślad na wodzie, ale bobra będzie trudno zobaczyć, bo nawet wtedy wynurza tylko część głowy.

Teraz uwaga! Gdy zobaczycie bobra w wodzie, nawet nie drgnijcie! Zastygnijcie niczym kamień. Może wyjdzie i zobaczycie na własne oczy to wspaniałe zwierzę w całej okazałości.

Jak wyciągnąć kalosz z błota kijem

Do przeszukania brzegów takiej bobrowej rzeczki z lądu też trzeba się przygotować. Podstawa to oczywiście dobre kalosze lub wodery, czyli takie wysokie kalosze kończące się na biodrach. Są też butospodnie, ale ich nie polecam na takie wyprawy. Łazić w nich jest bardzo niewygodnie, a na dodatek jest w nich gorąco, gdy idziemy, i zimno, gdy się zatrzymamy.

Kalosze, niestety, łatwo się gubią, gdy ugrzęźniemy w bagnie albo mule, a to oznacza koniec wyprawy. Co zrobić, gdy nam się kalosz przyssie do błocka? Nie wpadać w panikę, nie ciągnąć do góry. Lekko przechylić się do przodu, tak by pięta się uniosła, zaprzeć się palcami w kaloszu i powolutku go wyciągać, a potem trochę cofać. I tak parę razy. Super, gdy w pobliżu jest jakieś drzewko, o które można się oprzeć. Najlepiej jednak mieć kij bagienny.

Nie ruszałbym na wyprawę bez solidnego leszczynowego lub wierzbowego kija. Nie by z kimś walczyć, ale by mieć trzeci punkt podparcia. Kij musi być wyższy od nas przynajmniej o pół metra. Dla mnie odpowiedni jest przynajmniej dwumetrowy, a mam 175 centymetrów wzrostu. Dobrze taki kij bagienny przetestować przed wyjściem na wyprawę. Nie może być zrobiony ze zbyt kruchego ani zbyt giętkiego drewna. Przetestujcie go, opierając się na nim całym ciężarem, albo spróbujcie wręcz na niego wskoczyć niczym na małe drzewko. Kij musi wytrzymać dużo, bo jak wam pęknie w grząskim terenie, to wylądujecie w błocie.

Kanadyjka potrafi sunąć naprawdę cicho. Można nią podpłynąć do niejednego zwierzaka

Takie łąki są wszędzie – nad wielkimi rzekami, które w atlasach geograficznych oznaczone są grubą niebieską kreską, i nad rowem z wodą, którego nazwę znacie tylko wy. Pod lasem i tuż za granicą twojego miasta. Sąsiadują ze świeżo zaoranymi polami i mrocznymi bagnami. Można powiedzieć, że podmokłe łąki to pospolity widok. Nic bardziej mylnego! Tak naprawdę są ginącą częścią naszej przyrody, bo zastępują je trawniki. Ale to na podmokłych łąkach wiosną dzieją się naprawdę magiczne rzeczy.

W naszej wsi, czyli w Teremiskach, też są takie łąki. Nie tak wielkie jak te nad Narwią, Biebrzą czy Wartą, bo nasza rzeczka Łutownia do dużych nie należy i ma nie więcej niż trzy metry szerokości. Jej dopływy, dziś zamienione w kanały, są jeszcze węższe. Kiedyś tereny nad Łutownią zapewne były bardziej podmokłe i żyło tu też więcej ciekawych ptaków. To musiało być całkiem niedawno, bo niektóre z gatunków zniknęły dosłownie na moich oczach.

Jeszcze pod koniec lat 90. ubiegłego wieku, czyli jak dla mnie całkiem niedawno, gdy ruszałem wiosną na spacer z psami, już po paru krokach nadlatywały z kwileniem czajki. To najbardziej wiosenne ptaki, jakie znam. Przylatują do zachodniej Polski jeszcze w lutym, a u nas, na wschodzie, pojawiają się w marcu. Ich powrotna wędrówka jest jeszcze bardziej rozciągnięta w czasie – zaczynają ją już pod koniec maja i może ona trwać czasem nawet do początków grudnia. Pod koniec maja młode czajki są już na tyle duże, że potrafią latać i same sobie radzą. Wszystko, co ważne w życiu – czyli gody, wysiadywanie jaj i wychowywanie młodych – czajki załatwiają wiosną. Nic dziwnego, że mogą być symbolem wiosny. Choć nie dla wszystkich... Gdy Nuria pierwszy raz zobaczyła czajki na łące przed domem, krzyknęła: „Ave fria!”, co po hiszpańsku oznacza ptaka przynoszącego zimno. Nic w tym dziwnego, bo czajki na zimę lecą również do Hiszpanii i tam kojarzą się z nadchodzącym chłodem. Dziś, gdy dostajecie do ręki to nowe wydanie „Wielkiej księgi prawdziwych tropicieli”, czajek w praktyce w Teremiskach nie ma. Ot, może jedna para zakłada gniazdo raz na dwa lata, a i tak rzadko udaje się im z sukcesem wychować młode.

Czajki kiedyś były niezwykle pospolitymi ptakami. Dziś to rzadkość

CZEMU MĄŻ LATA JAK SZALONY?

Czajki to te niesamowite czarno-białe ptaki z czubkiem na głowie oraz zaokrąglonymi skrzydłami. Jeżeli są na łące, nie sposób ich nie zauważyć. Żadne inne ptaki nie zachowują się jak szaleni piloci, którzy popisują się nieprawdopodobnymi akrobacjami: beczkami i korkociągami. Widać tylko czarno-białe mignięcia.

Kiedy zobaczycie takie kwilące i szalejące w powietrzu czajki, będą to samce. Zerknijcie niżej, na ziemię, a zobaczycie drepczące samice. Czajki nie szaleją tak bez powodu. Samce wykonują loty godowe, by samica mogła poznać, ile wart jest jej zalotnik, i dokonać wyboru męża. Nie jest to wybór prosty. U czajek samiec i samica zajmują się na zmianę wysiadywaniem i wychowywaniem młodych. Do niedawna myślano, że ptaki te tworzą tradycyjne pary – jeden samiec i jedna samica – i że dzielą się czasem oraz rodzicielskimi obowiązkami w miarę po równo. Okazało się, że nie zawsze tak jest. Niektóre samce opiekują się dwiema, a czasami aż trzema samicami. Wtedy samiec przeznacza znacznie mniej czasu na opiekę nad jajami i potomstwem, no bo przecież rozerwać się nie może.

Właśnie wczesną wiosną samice muszą zadecydować, czy wiązać się z kawalerem, czy z samcem, który ma już żonę lub nawet dwie. Dylemat jest poważny, bo samce, które mają więcej niż jedną samicę, są silniejsze i mają więcej doświadczenia jako ojcowie. Co więc wybrać – fajtłapę, który będzie poświęcał żonie i dzieciom więcej czasu, czy supersamca, który tego czasu nie będzie miał za wiele? Nie jest to prosta decyzja i dlatego samice z uwagą przyglądają się samcom i ich zwariowanym powietrznym ewolucjom.

Lot jako sposób na sprawdzenie przyszłego męża to nie tylko metoda stosowana przez czajki. Skowronki wiszą nad polami i śpiewają. A czajkom często towarzyszy brodziec krwawodzioby zwany krwawodziobem. Samica i samiec wyglądają tak samo – mają szaro-białe upierzenie, czerwony dziób i nogi. Po wyglądzie nie da się rozpoznać płci, ale po zachowaniu – bez trudu. Samce w czasie wiosennych godów godzinami latają nad samicami, wręcz wiszą w powietrzu, i do tego drą się niemiłosiernie. I to tak, że niektórym ornitologom przypomina to jodłowanie.

Wydawałoby się, że takie latanie to całkiem przyjemny sposób zdobywania samicy, bo może nam się zdawać, że latanie dla ptaka to jak chodzenie dla nas. Nieprawda. Wyjaśnił mi to kiedyś profesor Przemysław Chylarecki z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN: – Gdy rąbiesz drzewo, to wysiłek dla twojego organizmu jest trzy razy większy, niż gdybyś na przykład spał czy siedział. Natomiast lot krwawodzioba nad samiczką to aż dziewięć razy więcej pracy w porównaniu ze spoczynkiem, bo nie dość, że lata, to jeszcze non stop woła.

Niesprawiedliwością byłoby jednak napisanie, że w tej całej grze poświęca się tylko samiec krwawodzioba, a samica jedynie siedzi i wybiera. Owszem, tak jest, gdy trwają gody, ale po nich, gdy samica wybierze już sobie partnera, to ona znosi cztery jaja, które stanowią 75 procent masy jej ciała. Nie mówcie, że to nie wymaga wysiłku!

Kochające się krawawodzioby

Bekas beka ogonem

W wiosenne i letnie dni usłyszycie nad głową coś pomiędzy dudnieniem i buczeniem. Jeżeli szybko zadrzecie głowę, zobaczycie niewielkiego ptaszka z długim dziobkiem. To bekas kszyk. Ten niewielki ptak siewkowaty w czasie lotu miłosnego wydaje buczący głos, ale nie pochodzi on z jego gardła. To odgłos powietrza przelatującego przez pióra ogona, czyli sterówki.

Bekasy wzlatują wysoko, a następnie opadają w dół i w czasie tego opadania powietrze przelatujące przez sterówki charakterystycznie buczy lub – jak kto woli – dudni. Bekasy podobnie jak czajki i rycyki zamieszkują wilgotne łąki i niewielkie bagienka. Ocieplanie się klimatu może jednak przyspieszać ich wysychanie, a sucha łąka staje się zupełnie nieprzydatna, jeśli chodzi o zdobywanie pokarmu. Bekas szuka bezkręgowców, wtykając swój długi dziób w miękką glebę. Gdy ta zaschnie, umrze z głodu.

RODZINA W MASKUJĄCE PLAMY

Efektem akrobatycznych zalotów czajek jest wspólne gniazdko i kilka, najczęściej cztery, gruszkowatych jaj. Gniazdo nie jest arcydziełem konstrukcyjnym – to tylko wgłębienie w trawie lub ziemi. Za to jaja to mistrzostwo sztuki maskowania – na oliwkowozielonym tle mają pełno ciemnych punktów, kleksów i kreseczek.

Warto poszukać gniazda czajek, ale nie będzie to łatwe. Przede wszystkim należy obserwować z daleka, by nie denerwować ptaków. Wypatrujemy miejsca, gdzie przysiadają. Zwykle przez lornetkę lub lunetę można zobaczyć siedzącą czajkę, a raczej wystającą nad trawę głowę z czubkiem. Tam trzeba szukać. Gdy znajdziecie już gniazdko, przyjrzyjcie się mu z metra lub dwóch. Nie dotykajcie jaj, nie depczcie wokoło, bo nie chcecie przecież zdenerwować rodziców.

Moją opowieść o czajkach zacząłem od tego, że gdy wychodziliśmy kiedyś na spacer z psami, te ptaki od razu pojawiały się z kwileniem. Nie witały się z nami, ale właśnie sprawdzały, czy jesteśmy zagrożeniem dla jaj lub piskląt. Mają dużo pracy, bo przecież nie ma nic prostszego, niż zjeść coś, co już leży na ziemi. Zapytacie teraz, jakim cudem czajki w ogóle przetrwały, bo przecież gniazdo i jaja są zamaskowane, ale co z pisklętami?

No więc, jeżeli znalezienie gniazda i jaj czajki to trudne zadanie, to wypatrzenie piskląt, które wykluwają się po 25 dniach, czyli na przełomie kwietnia i maja, jest prawie niemożliwe. Maluchy też są pokryte maskującymi plamkami. Wykluwają się w parogodzinnych odstępach i już następnego dnia wędrują za rodzicami w poszukiwaniu jedzenia. Czajki podobnie jak wszystkie siewkowate to zagniazdowniki. Oznacza to, że maluchy nie wychowują się w gnieździe, a opieka rodzicielska ogranicza się do ogrzewania i prowadzenia ich w miejsca, gdzie maluchy same mogą sobie znaleźć coś do jedzenia.

OSIEDLE POD SPECJALNĄ OCHRONĄ

Po zachowaniu czajki możecie łatwo poznać, gdzie na łące ma gniazdko lub pisklaki. Jeżeli jesteście daleko, to podleci, przefrunie wam nad głową, zrobi koło i wróci do dzieci. Jeżeli jesteście blisko, to będzie pikowała nad wami co parę sekund i będziecie mieli wrażenie, że za chwilę trzaśnie was w głowę. Zachowanie czajek zależy też od tego, na jakim etapie wysiadywania znajdują się jaja. Bardziej bronią tych jaj, z których za chwilę mają wykluć się pisklęta, niż tych na początku wysiadywania.

Gdy już nie mają innego wyjścia, chwytają się jeszcze bardziej desperackich sposobów. Lądują frontalnie przed prześladowcą i rozkładają skrzydła, jakby chciały powiedzieć: „Tu jestem!”. Liczą, że taki lis uzna, że lepiej zjeść dużą czajkę niż kilka jajek lub maleńkie pisklaki, a gdy lis atakuje, odlatują mu sprzed nosa. To czasami działa, ale widziałem lisy, które nie dały się nabrać na taki numer. Lisy nie są głupie i wiedzą, że skoro czajki robią coś takiego, to młode są tuż-tuż i nie należy uganiać się za symulującym rodzicem, tylko skrupulatnie przeszukiwać teren. Ale wtedy czajki zmieniają strategię na taką zupełnie dla nich nietypową. Parę razy widziałem już, jak para czajek na widok lisa odlatywała od gniazda i spokojnie obserwowała go z daleka. Najwyraźniej te niegłupie ptaszki zauważyły, że jak zachowują się cicho, to lis idzie gdzie indziej. Takie kombinowanie ma sens, bo przecież nawet jakby czajkom udało się lisa przegonić za dnia, to wróci on w nocy, gdy ptaki są zupełnie bezbronne.

Lis lisem, a co z latającymi drapieżnikami? No więc w powietrzu zwrotna i szybka czajka nie ma sobie równych i takiego kruka, myszołowa czy nawet orlika potrafi przegonić bez większego kłopotu. Można powiedzieć, że para czajek jest niczym para myśliwców, które chronią gniazdo przed atakiem z powietrza. Z bojowej postawy czajek korzystają też inne ptaki. Wielu ornitologów mówiło mi, że gdy na nadbużańskich łąkach trafią na gniazdo czajki, to nie dalej niż 15 metrów od niego znajduje się też gniazdo krwawodzioba, który korzysta z parasola ochronnego czajek.

Takie parasole ochronne tworzą też inne ptaki. Bardzo waleczny jest rycyk, ptak podobnego rozmiaru jak czajka, o szaro-brązowym upierzeniu, długich nogach i prostym, długim dziobie. Często możecie go spotkać na tych samych łąkach co czajki. Te długie nogi i dziób pomagają mu szukać różnych małych żyjątek w płytkiej wodzie terenów zalewowych. W Arktyce ptaki siewkowate i kaczki osiedlają się w pobliżu rybitw popielatych, które potrafią nieźle przywalić w głowę. Natomiast gęsi mieszkają w pobliżu sów śnieżnych, które też mają gniazdo na ziemi i potrafią swoimi ostrymi pazurami zmusić do odwrotu niejednego lisa polarnego.

Rycyk to spory ptak siewkowy o charakterystycznym drugim i prostym dziobie. Łatwo wyszukiwać nim pokarm na rozlewiskach

CZEMU ZNIKAJĄ CZAJKI?

Jeszcze 20 lat temu czajki były pospolitymi ptakami, a dziś widać je coraz rzadziej. Nie pomagają im nawet sprytne sztuczki, za pomocą których próbują wykołować drapieżniki. Wymierają, bo znikają podmokłe łąki. Osuszamy je lub zamieniamy w pola orne. A czajkom nie wystarczają małe kawałki – zupełnie innego środowiska potrzebują do wysiedzenia jaj, a innego do włóczenia się z młodymi. Kilka lat temu obserwowałem, jak czajki, które miały gniazdo po jednej stronie naszej wsi, usiłowały przeprowadzić pisklęta między domami i przez szosę na drugą stronę. Trwało to przynajmniej tydzień, bo na drodze stał im bocian, który miał wyraźną chrapkę na maluchy.

Nie pomaga im także to, że lisów jest więcej niż kiedykolwiek wcześniej, bo za pomocą szczepionek zlikwidowaliśmy wściekliznę, która ograniczała ich liczebność. Czajki nie mają szans w starciu z taką liczbą lisów, które są w stanie przeszukać dosłownie każdy metr kwadratowy łąki. Nic dziwnego, że – jak wyszło z badań naukowców z Centrum Ekologii PAN oraz Muzeum i Instytutu Zoologii PAN – na łąkach nad Bugiem i Narwią pisklęta wykluwają się tylko z sześciu procent zniesionych jaj. Reszcie nie udaje się przetrwać trwającego blisko miesiąc okresu wysiadywania.

Na łące przed moim domem jeszcze 20 lat temu były trzy-cztery pary czajek. Obecnie w całych Teremiskach, jak już wspominałem, jest tylko jedna i to też nie co roku. Na początku przypominałem wam, że gdy znajdziecie gniazdko czajki, nie należy się do niego zbytnio zbliżać. To dlatego, że wygnieciona trawa w pobliżu gniazd może być znakiem dla drapieżników, że warto się tym miejscem zainteresować.

Sikora modra uwija się wśród bazi w poszukiwaniu owadów

Kotka i aspiryna

Na świecie mamy kilkaset gatunków wierzb, w Polsce – około 30. Różnią się kolorem i kształtem liści. Niektóre mogą być bardziej krzaczaste, inne bardziej drzewiaste. Wszystkie jednak łączą bazie, zwane też kotkami. Wierzbowe kotki to kwiatostany wierzby. Przypominają trochę budową kłos, choć po przekwitnięciu odpadają. Nazwa „kotki” wzięła się od tego, że są „futrzaste”, oraz od legendy o pewnym czarowniku, który wyczarował puchate kotki na wierzbie, by pocieszyć swoją ulubioną kotkę, która straciła młode.

A, i ciekawostka! Nie wiem, czy wiecie, ale aspirynę zawdzięczamy również wierzbom. Od starożytności wiadomo było, że wyciąg z kory bardzo pospolitej wierzby białej zapobiegał przeziębieniom i je leczył, bo zawierał bardzo dużo kwasu salicylowego. Po łacinie wierzba to Salix, a w XIX wieku uzyskano z tego kwasu kwas acetylosalicylowy, czyli aspirynę.

Młode drozdy, choć wyglądają nieporadnie i słabo latają, nie potrzebują naszej opieki

Ratować czy nie ratować?

Zasada pierwsza i najważniejsza: bez względu na to, czy to jest młoda sarenka na łące, mały drozd lub kawka w mieście, czy młody puchaty puszczyk w parku lub lesie, nic nie robimy! W bardzo wielu przypadkach młode, choć wyglądają na sieroty, wcale sierotami nie są. Matka małej sarenki zapewne do niej wróci, gdy tylko się oddalicie. Jeśli chcecie się o tym przekonać, to przyjdźcie w to samo miejsce po paru godzinach i w 99 procentach przypadków po sarence nie będzie śladu. Wydawała się wam chora, tymczasem nie ruszała się przy was ze strachu.

Podobnie zaszkodzicie, jeśli zabierzecie młode drozdy lub sowy bez powodu. Maluchy te wychodzą z gniazda, gdy jeszcze dobrze nie latają. To ich strategia przetrwania. Mały puchaty puszczyk siedzący nisko na gałęzi jest pod opieką rodziców i nocą przejdzie na inną gałąź. Radę da sobie także młody drozd, który na początku potrafi podlecieć najwyżej na pół metra. Za trzy dni będzie podlatywał na kilka metrów, a po tygodniu – nieźle latał.

Jeżeli uważacie, że jednak coś jest nie w porządku ze zwierzakiem, na którego trafiliście, i rzeczywiście trzeba interweniować, to spróbujcie się skontaktować ze specjalistą z najbliższego ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt. Taką listę możecie znaleźć na stronach Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Zanim zabierzecie zwierzaka, opiszcie dokładnie specjaliście, co się dzieje, i ściśle stosujcie się do jego rad. Niestety, polskie ogrody zoologiczne są pełne osieroconych zwierzaków, które zostały odebrane rodzicom tylko dlatego, że ktoś miał dobre serce, ale za mało wiedzy.

Samce żaby moczarowej w czasie godów robią się intensywnie niebieskie

ŻABA NIEBIESZCZEJE Z MIŁOŚCI

Obiecałem wam magię, prawda? Co więc powiecie na niebieskie żaby? Tak niebieskie, jak niebieskie potrafi być wiosenne niebo albo wyciągnięte z szafy letnie dżinsy! Gdy pokazuję zdjęcie takich żab, to wielu myśli, że stworzyłem je za pomocą programu graficznego. Nic z tego! Zapomnijcie o komputerze, wystarczy wam jedynie odrobina cierpliwości i dobry słuch.

Najlepszy jest słoneczny, bezwietrzny dzień, z temperaturą dużo powyżej dziesięciu stopni, jeden z tych z przełomu marca i kwietnia. Chodzi o to, by bajorka na łące się nagrzały i woda w nich też miała powyżej dziesięciu stopni. Muszą to być takie bajorka, do których przychodzą żaby. Takie najzwyklejsze, najbardziej pospolite żaby moczarowe. Te, które widzicie przez cały rok, jak skaczą sobie po wilgotnych łąkach. Zaraz, zaraz, powiecie, bo przecież doskonale znacie te żaby i wiecie, że bywają w różnych odcieniach brązu, ale nigdy nie są niebieskie! Racja. Przez cały rok nie są, ale wiosną na chwilę zmieniają kolor.

Gdy tylko pojawi się pierwsze wiosenne słońce, samce żab moczarowych wychodzą z kryjówek na lądzie, różnych zakamarków i jam, gdzie zimowały, i kierują się w stronę płytkich zbiorników wodnych. Im bardziej się do nich zbliżają, tym bardziej robią się niebieskie. To ich szata godowa i można powiedzieć, że niebieszczeją z miłości. Zbierają się w stadka, które liczą nawet kilkaset takich niebieskich panów. Przepychają się i śmiesznie cieniutko poszczekują. Przynajmniej tak to słychać z bliskiej odległości. Z daleka, czyli z przynajmniej kilkudziesięciu metrów, przypomina to bulgotanie gotującej się wody.

Samce żaby trawnej zwykle kłębią się w bajorku

Podejść do takiego niebieskiego zgromadzenia samców wcale nie jest łatwo. Tu, w Puszczy, bywają one bardzo płochliwe, choć są miejsca, w których nie boją się zbytnio. Nawet drgania ziemi to dla nich wyraźne ostrzeżenie, że trzeba się schować pod wodę. Ucieczką reagują na ruch naszego cienia. Dlatego gdy wybieramy się na żaby moczarowe, trzeba polegać na słuchu. A jak już, nasłuchując, zlokalizujemy, gdzie są, to dobrze mieć ze sobą stołeczek albo matę, by usiąść lub się położyć przy bajorku i nie ruszać za bardzo. Gdy tak poczekamy w bezruchu, to po kilkunastu, a czasami kilkudziesięciu minutach nad wodą pojawią się pierwsze spiczaste niebieskie pyszczki samców i rozpocznie się koncert.

Miłość, miłość, a gdzie samice? Wśród tych niebieskich przepychających się panów bardzo trudno zobaczyć brązowe samice. W przeciwieństwie do samców nie zmieniają koloru i trudno je wypatrzyć. Łatwiej za to zobaczyć ślady ich obecności, czyli kiście skrzeku. Samice składają go nocą, bo wtedy odwiedzają panów. Im więcej w bajorku skrzeku, tym mniej niebieskich samców. Cały spektakl trwa około tygodnia.

Bardzo podobna w zachowaniu i wyglądzie do żaby moczarowej jest żyjąca głównie w lasach i parkach żaba trawna. Często obydwa gatunki występują razem, ale w bajorku od razu widać, kto jest kto. Żaby trawne są nieco większe, mają okrągłe pyszczki i tak naprawdę prawdziwie niebieskie robią się tylko w okolicach podgardla. Żaby trawne zwykle przystępują do godów wcześniej niż moczarowe. Dorosłe żaby trawne i moczarowe bardzo szybko opuszczają bajorka i wracają na ląd. Natomiast młode żabki wychodzą z bajorek po dwóch-trzech miesiącach. Tyle zajmuje im wyklucie się ze skrzeku, przejście stadium kijanki i przeobrażenie się w żabę.

Na widok dudka zawszę się cieszę. Mało jest ptaków o tak intensywnych kolorach

Głowiasta wierzba

Wierzby głowiaste to takie, z których co pięć-sześć lat obcina się gałęzie wyrastające z góry pnia, czyli z głowy. Taki zabieg wykonywany, niestety, powszechnie na innych gatunkach drzew jest barbarzyństwem i robi drzewom krzywdę. Z polnymi wierzbami jest inaczej. Nie jest to ani szpecenie, ani ranienie drzewa, które może doprowadzić do jego śmierci.

W dawnych czasach ogławianie wierzb było świetnym sposobem na pozyskiwanie opału. Robiono to oczywiście w czasie spoczynku drzewa, czyli późną jesienią i zimą. Część gałęzi szła na opał, a niektóre sadzono. Spróbujcie sami. Wystarczy kawałek gałązki, niezbyt gruby, ale i niezbyt cienki, tak by dało się go wcisnąć głęboko w ziemię. Najlepiej taki do metra długości. Wbijamy taki patyk jak najgłębiej w ziemię, i już.

Wierzbie naprawdę niewiele trzeba, by wypuścić korzenie i by z takiego patyka zamienić się w drzewko. Im więcej wilgoci na danym terenie, tym oczywiście lepiej. Przycinając takie drzewko i jego boczne gałęzie, najpierw co roku, a potem co kilka lat, możecie właśnie uformować własną wierzbę głowiastą.

DLACZEGO MIKOŁAJ REJ NIE LUBIŁ DUDKÓW?

Jak już postanowicie opuścić podmokłą łąkę, to zwróćcie uwagę na jej skraj. Granicą każdej porządnej łąki jest zwykle szpaler starych wierzb lub grusz. Najczęściej wyglądają, jakby miały się rozpaść. Mają popękane pnie, pełne zakamarków, dziupli i szpar. Według legend mieszkają w nich duchy i diabły, ale nie ma co się ich bać, bo podobno są dobroduszne.

Czartów z wierzb nie widziałem nigdy i nie będę opisywać, jak się na nie zaczaić, ale za to wiem, że w drzewnych zakamarkach mogą sobie żyć inne, również bardzo ciekawe, istoty. Jedną z nich jest dudek. To ciepłolubny ptak, który przylatuje do nas w kwietniu, ale jego poszukiwania najlepiej rozpocząć w maju. Dudka kręcącego się przy dziuplach i karmiącego pisklęta możecie spotkać pod koniec czerwca. Tak jest, dudkowa wiosna zaczyna się i kończy późno.

Tropienie dudków najlepiej zacząć od wypatrzenia, po której łące łażą w poszukiwaniu owadów, a potem – w kierunku których drzew lecą ze zdobyczą. Tak traficie do dziupli. Gdy ją znajdziecie, raczej do niej nie zaglądajcie. Dudki potrafią się bronić, że hej. Podobno dawno temu moja wieś Teremiski była dudkowym eldorado. W starych dziuplastych wierzbach nad rzeką Łutownią co roku gniazda zakładało przynajmniej kilka par dudków. Tak mówią starzy mieszkańcy. Opowiadają też, że starsze dzieci namawiały młodsze, aby wsadzały ręce albo głowy do dziupli z młodymi dudkami. I się zaczynało!

Dudki, które mieszkają w niskich dziuplach, często z wielkim otworem, muszą jakoś się bronić. Młode syczą jak węże, a gdy to nie odstraszy prześladowcy, to strzelają okropnie śmierdzącą wydzieliną z gruczołów znajdujących się w okolicach kuprów. To dlatego Mikołaj Rej uznał dudki za ptaki śmierdzące i własne gniazdo kalające. Zupełnie niesprawiedliwie, bo dudki ani nie kalają gniazda, ani nie śmierdzą bez powodu. Robią to tylko wtedy, gdy ktoś im się pakuje do dziupli. Te niewielkie i delikatne ptaki nie miałyby szans na wychowanie dzieci, gdyby nie taki sposób obrony. Tak samo zupełnie niesprawiedliwie twierdzi się, że ich gniazdo śmierdzi. Wiem, bo sam powąchałem. Nie śmierdzi do czasu, gdy ktoś je zaatakuje i dudki muszą użyć swojej broni chemiczno-biologicznej.

Jak ratować młode ptaki?

Jeżeli w wasze ręce trafi nieporadne pisklę, możecie mu udzielić pierwszej pomocy.

1. Umieśćcie je w ciepłym miejscu. Wiele z takich sierot jest wychłodzonych. Można pisklę delikatnie ogrzać lampą albo umieścić obok butelkę z ciepłą wodą. Karmienie ani pojenie wychłodzonych ptaków nie ma sensu, bo stracą jeszcze więcej energii.

2. Ogrzanego ptaka spróbujcie napoić ciepłą wodą. Zacznijcie od kropelki z pipety w kąt dzioba. Jeżeli zobaczycie, że pije, wtedy podajcie następną.

3. Jeżeli to jest ptak owadożerny: sikora, jaskółka, wróbel, szpak lub kos, możecie go nakarmić jajkiem na twardo. To najlepszy pokarm, jaki możecie mieć pod ręką. Stosunek żółtka do białka powinien być 1:2, czyli na jeden kawałek żółtka dajcie dwa kawałki białka.

SOWA MĄDRA JAK ATENA?

Strzelanie kupą, choć okropne, nie dało jednak początku legendom o diabłach i duchach mieszkających w wierzbach. Podejrzewam, że to zasługa innego ptaszka – pewnej małej sowy, czyli pójdźki. Ona też uwielbia zakamarki i dlatego mieszka na strychach i w dziuplach wierzb głowiastych. O zmierzchu można zobaczyć, jak poluje na gryzonie i owady. Siada sobie wtedy na jakimś słupku na środku łąki w oczekiwaniu na ofiarę i przekrzywia swój śmieszny łepek.

To przesympatyczna sówka, ale dawniej wierzono, że jej głos, od którego wzięła się jej nazwa, zwiastował nieszczęście. Raz jest kwilący i wysoki, a raz stłumiony, i podobno – bo ja wsłuchiwałem się w niego miliony razy i jakoś nie mogę tego usłyszeć – przypomina słowa „pójdź, pójdź w dołek pod kościółek” lub „na cmentarz”. Ludzie święcie wierzyli, że pójdźki wyciągają z chorych resztki sił. Oczywiście nie muszę wam mówić, że to jest straszna głupota, prawda?

Wróćmy do dziupli, bo tam właśnie pójdźki składają jaja. Samica, gdy już w kwietniu zacznie wysiadywać, nie da się spędzić z jaj żadną siłą. Młode wykluwają się po blisko miesiącu i w przeciwieństwie do piskląt wielu sów są tej samej wielkości. Oznacza to, że samica, która składa około czterech jaj, zaczyna wysiadywanie dopiero, gdy złoży ostatnie jajo. Dzięki temu wszystkie młode mają szansę przetrwać. Młode pójdźki karmione są przez oboje rodziców i zwykle już w lipcu są poza gniazdem. I sami już widzicie, jak niesprawiedliwie potraktowano te naprawdę porządne ptaszki!

Po łacinie pójdźki nazywają się Athene noctua. Czy zauważyliście coś ciekawego w tej nazwie? Ależ tak, chodzi o Atenę, boginię wojny, ale też mądrości. Starożytni Grecy uznali pójdźkę za ptaka bogini Ateny, bo wydawało im się, że stworzenie o tak bardzo ludzkim wyrazie twarzy musi być bardzo mądre. Ale choć pójdźka ma dużą głowę i wielkie oczy, to nawet wśród ptaków nie zalicza się do wielkich inteligentów.

Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zrobić zdjęcie tej sympatycznej sowie, tylko trochę większej od sóweczki

Czym karmić młode ptaki owadożerne?

Często pytacie mnie, czy łapać dla nich muchy. Obawiam się, że same muchy nie wystarczą, bo tylu, by wychować małego ptaszka, nie dacie rady złapać. Ale ponieważ najlepiej karmić takie ptaki owadami, proponuję zaopatrzyć się w sklepie zoologicznym w larwy mączników. Przed podaniem trzeba je dokładnie umyć i zabić. Żywa larwa mącznika może pokiereszować wnętrzności młodego ptaka. Na krótki okres świetnym pokarmem zastępczym dla młodych ptaków jest mieszanka serowa wymyślona przez Krystynę Rogaczewską i Jerzego Desselbergera. Oto jej receptura: biały ser pełnotłusty – 300 g, glukoza w proszku – 30 g (2 łyżki stołowe), mąka ryżowa – 15 g (1 łyżka stołowa), mąka kukurydziana – 12 g (1 łyżka stołowa), preparat witaminowy vitaral (Polfa) – 1 drażetka.

Biały ser powinien być dobrej jakości, świeży i niezbyt wilgotny; najlepiej nadaje się do tego celu ser wiejski. Mąkę ryżową można zastąpić kleikiem ryżowym w proszku albo ryżem gotowanym na gęsto. Mąki kukurydzianej nie można zastąpić kukurydzą w innej postaci. Vitaralu nie można zastąpić innymi preparatami witaminowymi, gdyż zawierają sól kuchenną, na którą ptaki są szczególnie wrażliwe. Przygotowanie: drażetkę vitaralu sproszkować (uprzednio zmyć polewę). Wszystkie składniki bardzo dokładnie wymieszać, aż do uzyskania masy o jednolitej barwie – chodzi o to, by równomierne rozprowadzić witaminy. Gotowa mieszanka powinna mieć konsystencję miękkiej plasteliny (w razie konieczności można ją zagęścić mąką kukurydzianą). Mieszankę umieścić w szklanym naczyniu i mocno ubić. Zamrożenie (–10 st. C) świeżej mieszanki na kilka godzin zwiększa jej trwałość i zapobiega fermentacji. W chłodni (4 st. C) można ją przechowywać przez 7 dni; w temperaturze pokojowej zachowuje dostateczną świeżość przez blisko 12 godzin. Z takiej mieszanki robimy kuleczki, które na wykałaczce wkładamy do otwartego dzioba. Karmienie trwa, dopóki maluch ma ochotę na jedzenie. Po karmieniu podajemy pipetą trochę wody.

[...]