Wielka księga - Jarosław Prusiński - ebook
Opis


Trzecia część trylogii Jarosława Prusińskiego, to intrygująca, pełna mistycyzmu opowieść o losach Keiko - córki Szarego Maga i Vivian. Bezimienni zostali wezwani i podążają za głosem, żeby wchłonąć słońca, żeby wchłonąć słowa. Świat stanął u progu apokalipsy. Nikt nie jest w stanie zapobiec zagładzie, nawet najstarsi Nieśmiertelni. Jedyna nadzieja w Wielkiej Księdze i magii, która jest w niej uśpiona. Czy Keiko zdoła ją odnaleźć i odczytać, zanim będzie za późno?
Także tym Czytelnikom, którzy nie poznali wydarzeń z poprzednich tomów Szarego Maga można z czystym sumieniem polecić tę książkę. To całkowicie odrębna opowieść, w dodatku chyba najlepsza z całej trylogii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 152

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jarosław Prusiński

Wielka księga

Trzecia część trylogii o Szarym Magu

© Copyright by Jarosław Prusiński

& e-bookowo

Fotografia na okładce: Pixabay

Projekt okładki: Jarosław Prusiński

ISBN e-book 978-83-7859-808-4

ISBN druk 978-83-7859-809-1

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Aniołom, które nie pozwoliły mi się poddać, gdy miałem już wszystkiego dość, a zwłaszcza jednemu z Pienin. Ten był szczególnie uparty.

 

 

Od Autora

 

Dziękuję moim Czytelnikom, którzy czytając dwa poprzednie tomy zechcieli zatrzymać się przez chwilę w świecie Szarego Maga. To świat, który być może istnieje na jednym z miliardów okruchów rozrzuconych w czasie i przestrzeni zwanych przez astronomów planetami. Albo co najmniej mógłby istnieć! Nie stworzyłem go, a jedynie uchyliłem drzwi do niego prowadzące.

Zapraszam do środka po raz trzeci.

 

 

 

 

Podziękowania

W trakcie prac nad tą książką spotkałem na swojej drodze kilka wspaniałych osób, które wspierały mnie swoimi radami, dobrym słowem, a w końcu pozytywnymi recenzjami wlały otuchę w moje serce. To dzięki nim trylogia opuściła szufladę.

Dziękuję: Edycie Dombrowickiej, ona pierwsza przeczytała i oceniła Szarego Maga, Marcie Korkus, Magdzie Lidii Urban, Karribie, Annie Helenie Kubiak za dzielenie się swoimi doświadczeniami oraz dr Katarzynie Krzan za to, że zrobiła to, o czym inni tylko mówili, wypychając moją pracę na szerokie wody.

Dziękuję Iwonie Niezgodzie, która zaangażowała się w promocję mojej pisaniny z podziwu godnym zapałem.

Dziękuję wszystkim innym ludziom, których nie wymieniłem, a którzy wspierali mnie w trakcie prac nad książką. Dziękuję Czytelnikom, którzy zechcą poświęcić czas, żeby zapoznać się z tą opowieścią.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trwali w ciemnościach. Byli, zanim zaczął się czas i będą, kiedy czas się skończy. Część i całość jednocześnie. Jedność i wielość. Nicość i istnienie. Tworzyli czerń, tworzyli próżnię, byli nicością i zapomnieniem. Byli w czerni, bez góry, dołu, bez kierunków, bez dróg, bez światła, bez czasu, bez istnienia.

– Wzywam was – odezwał się głos.

Usłyszeli. W miliardach lat ciszy i ciemności dostrzegli jakąś anomalię. Zakłócenie czerni. Małe świetliste punkciki. Skierowali swą uwagę w tamtym kierunku. Punkcików było wiele. Skazy w ich świecie ciemności. Dookoła nich wirowały malutkie okrągłe okruszyny, a z jednej z nich dochodził głos.

– Wzywam was!

Przypomnieli sobie dźwięk. Przypomnieli sobie słowa. Przypomnieli sobie ich znaczenie. Skierowali swoje jestestwa w tamtym kierunku. Przypomnieli sobie, co to jest kierunek, co to jest góra i dół, co to jest przestrzeń. Po drodze wchłaniali w swoje wnętrza świetliste punkciki brnąc w kierunku słów. Przybywali na wezwanie, żeby wchłonąć słońca i planety, żeby wchłonąć słowa..

 

 

 

Kotlina Płonących Krzewów

Wędrowcy oraz kupcy opowiadali przy ogniskach rozpalanych na leśnych polanach, w oberżach i karczmach o tym, że Szary Mag zamieszkał razem ze swoimi trzema pięknymi żonami w pałacu na szczycie spowitej czarami, niedostępnej dla zwykłych śmiertelników górze. Inni mówili, że co prawda mieszka w pałacu, ale nie ma żadnych żon, a jedynie nieskazitelnej urody niewolnicę. Faktem jest, że od momentu zakończenia zwycięskiej wojny z Sahi, Maga Imperium widywano w stolicy niezmiernie rzadko. Wybrano nowego Komtura Zakonu, człowieka o dużych zdolnościach magicznych i jednocześnie bardzo spokojnego i wyważonego. Mistrz Wielkich Stepów złożył rezygnację, a jego miejsce zajął mąż znacznie bardziej utalentowany politycznie. Królowa Quilet mogła w pełni zaufać Wielkiej Trójcy i na nich opierała się, podejmując wszelkie, czasem trudne, decyzje. Szary Mag pozostał gwarantem Równowagi i największym magiem Imperium. Nie chciał natomiast wywierać żadnego wpływu na bieżącą politykę królowej. Szanował królową, a ona uszanowała jego decyzję. Tylko królowa i jej doradczyni, była czarodziejka Marika, wiedziały, gdzie zamieszkał Szary Mag ze swoją rodziną. Wszyscy inni byli zdani jedynie na plotki i legendy opowiadane przy ogniskach. Mówi się, że poza nimi wiedział też Azachiel, bo jego ambicją było wiedzieć, ale nikt tego nie wie na pewno.

 

***

Leciała unoszona nocnym wiatrem do domu. Jej nauka w stolicy dobiegła końca i teraz cieszyła się, że za chwilę zobaczy rodziców. Czuła pod sobą ciepło izogona. Pogłaskała go delikatnie, a wielkie zwierzę zamruczało jak kociak. Mało kto potrafił zmusić izogona do uległości, a już zupełnie nikt nie potrafił sprawić, żeby to dzikie zwierzę polubiło człowieka. A ona sprawiała, że izogony ją kochały. Obiecała rodzicom, że nie będzie na nich latać, żeby się nie martwili. Jednakże przyjemność obcowania z tym skończonym, skrzydlatym pięknem była warta złamania obietnicy. Nie chciała wymówek ze strony ojca albo ataku furii ze strony mamy, więc postanowiła wylądować kawałek od domu, resztę drogi pokonując pieszo. Była ciepła majowa noc. Nie miała nic przeciwko temu, żeby pospacerować. Z góry zobaczyła ognisko. Kiedy izogon dotknął ziemi, dziewczyna pogłaskała go czule i odprawiła gestem. Miała nadzieję, że może to ojciec z jej bratem wybrali się na polowanie. Podkradła się do światła i przykucnęła w krzakach. Przy ogniu siedziało dwóch obcych mężczyzn. Jeden był mniej więcej w jej wieku, wysoki i przystojny, drugi znacznie starszy z rozległą blizną na jednej stronie twarzy. Obaj byli tak do siebie podobni, że z pewnością byli spokrewnieni. Dziewczyna po chwili obserwacji wyprostowała się i, zachowując ostrożność, cicho odeszła od ogniska. Nie zdążyła odejść zbyt daleko, kiedy na ścieżce przed sobą ujrzała trzech mężczyzn. Nie przestraszyła się ani nie zawahała, tylko szła pewnie przed siebie. Zerknęła na nich, będąc już całkiem blisko. Byli uzbrojeni, ale nie w broń własnej konstrukcji, jaką zwykle nosili członkowie różnych band, pałki albo nieudolnie wykute u wiejskiego kowala miecze. Ich miecze były wykute przez prawdziwych płatnerzy, z najlepszej wanadyjskiej stali, warte więcej niż typowy wieśniak zarobi w dwa lata. Ona znała się na tym. Była szkolona w walce przez mistrzów i potrafiła rozpoznać dobrą broń na pierwszy rzut oka. Ci ludzie z pewnością byli najemnikami.

– Poczekaj, malutka – jeden z nich złapał ją za rękę, kiedy ich mijała. – Nie opuścisz żołnierzy w potrzebie. Możesz nam troszkę ulżyć w niedoli. Dawno nie mieliśmy kobiety. Ty się nadasz idealnie!

– Jeśli chcesz zachować zęby, to lepiej zejdź mi z drogi – parsknęła kpiarsko, zręcznie wywijając się z uścisku najemnika.

Mężczyźni ryknęli śmiechem, blokując jej przejście. Za chwilę mieli się przekonać, czy szczupła dziewczyna, ważąca nie więcej niż worek zboża, poradzi sobie z trzema wyćwiczonymi w boju osiłkami. I nie mieli wątpliwości, że zrobią z nią co zechcą, a ona nic na to nie poradzi.

– Zostawcie tę panią, bandyci – chłopak wyskoczył z krzaków, trzymając w ręku miecz. Ostatnie słowo zapiszczał wysoko z powodu emocji.

– Ona jest z nami – obok stanął starszy mężczyzna z blizną na twarzy. – Nie szukamy kłopotów, pozwólcie nam tylko odejść.

– Szukacie czy nie – jeden z najemników podszedł do nich zdecydowanym krokiem, wyciągając miecz z pochwy – to właśnie je znaleźliście.

Jednym krótkim ruchem nadgarstka wytrącił z ręki miecz młodzikowi, a drugą ręką zaciśniętą w pięść powalił go na ziemię. Jego kompan ruszył do ataku. Widać było, że jest wprawnym wojownikiem. Atak i odbicie, unik, atak, odbicie. W pewnym momencie zamarkował atak na nogę, a potem, robiąc półobrót, ciął na górę. Ostrze przeleciało od szyi oprycha na grubość włosa. Zyskiwał przewagę pomimo gorszej broni. Dwaj pozostali również to dostrzegli. Jeden z nich błyskawicznym ruchem wyciągnął zza paska sztylet i rzucił w mężczyznę. Tamten zauważył niebezpieczeństwo i zdołał zbić sztylet swoją klingą, niestety odkrył się przy tym, co bez namysłu wykorzystał atakujący, wbijając mu stalowe ostrze w brzuch.

– Zostawcie ich – krzyknęła dziewczyna, podbiegając do rannego.

– Dobij go! – dwaj pozostali domagali się krwi. Napastnik z uśmiechem podniósł w górę miecz.

– Agazasssi – powiedziała dziewczyna syczącym głosem.

Najemnicy padli na ziemię podcięci niewidzialną siłą, nie mogąc się ruszyć. Jak łan zboża po zamachu kosiarza.

– To czarownica! – jeden z nich krzyknął rozpaczliwie, zdając sobie sprawę, jak wielki błąd popełnili, zaczepiając ją.

– Posłuchajcie mnie uważnie, gamonie – dziewczyna walczyła z wściekłością. – Jesteście na moim terenie. Jeśli któregoś z was tu jeszcze kiedykolwiek zobaczę, to ukręcę mu łeb jak kurze na świąteczny rosół.

– Zaklęcie, które na was rzuciłam niedługo opadnie, jeśli przestaniecie z nim walczyć – dodała po chwili. – Wtedy będziecie mieli jedyną szansę na to, żeby stąd uciec. Jeśli z niej nie skorzystacie, umrzecie.

– Odejdziemy, pani! Nigdy tu nie wrócimy! – bandyci prześcigali się w zapewnieniach. – Nikomu nic nie powiemy!

Była zła na siebie, że dała się oczarować tej scenie walki o nią i zbyt późno zareagowała. Nie powinna była do tego dopuścić! Człowiek, który stanął w jej obronie być może umrze. Przez nią!

 

***

– Rana jest głęboka, ale na szczęście niezbyt groźna – kobieta o kruczoczarnych długich włosach pochylała się nad jego ojcem. – Musisz zdjąć koszulę, żebym cię opatrzyła.

Tam przy ognisku nie wypatrzył dziewczyny ani jej nie usłyszał. Raczej wyczuł przyzwyczajonymi do polowań zmysłami. Poszedł za nią i przez niego to wszystko się stało! Ojciec teraz walczy o życie. Przez niego!

– Po co się mieszaliście, głupcy? – ciągnęła dalej lekko poirytowana. – Moja córka pokonałaby ich nawet wykałaczką i bez użycia czarów. Ale wy musieliście zgrywać bohaterów, co? Teraz ja was będę musiała niańczyć!

– Potrzebujemy tylko chwili odpoczynku, nic więcej – mężczyzna nie pozwalał, żeby mu zdjęto koszulę. – Zaraz sobie pójdziemy!

– Pójdziecie, jeśli wam pozwolę! Zdejmuj koszulę, psubracie!

Obawy Temsara zaczęły się sprawdzać. Kiedy zobaczył dziewczynę w lesie: jej twarz, figurę, oczy, poczuł jakby ktoś przebił mu serce. Jeśli miłość od pierwszego wejrzenia istnieje, to on jej właśnie doświadczył. Jednak kiedy okazało się, że dziewczyna jest magiem ogarnęły go wątpliwości, czy powinien iść z nią do jej domu. Był pewny, że ona jest magiem, a nie wiejską czarownicą. Żadna czarownica nie zrobiłaby tego, co ona jednym syczącym słowem. Rzucić urok albo zrobić wywar z żabich kiszek to owszem, ale nie powalić trzech zawodowych najemników. Czuł strach przed czarami, ale z drugiej strony nie mógł zostać w lesie. Ojciec bez pomocy z pewnością wykrwawiłby się na śmierć, a tamci trzej gdy tylko odzyskaliby władzę w członkach, zapragnęliby wyrównać rachunki. Musiał pójść z dziewczyną, ale ta starsza kobieta budziła w nim paniczny lęk. Była równie piękna jak dziewczyna z którą przyszli, tylko nieco starsza. Za to jej wzrok palił jak rozżarzone węgle. Wszystkie kobiety, które się przy nich kręciły, także ta trzecia – z pewnością siostra dziewczyny, były ubrane po męsku. Widać było, że ich ubrania są najwyższej jakości, tak jak szlachetnie urodzonych, których widywał w stolicy, ale bez ozdobników, jakie tamci używali: bransolet, złotych lub srebrnych łańcuchów na szyjach czy kolczyków w uszach. Temsar pierwszy raz w życiu widział kobiety w spodniach i musiał przyznać, że wcale nie traciły w nich swojej kobiecości. Wręcz przeciwnie! Szerokie biodra, pełne pośladki i zgrabne nogi były przez taki ubiór dodatkowo podkreślone. Nieznajoma z lasu znikła zaraz po tym, jak z siostrą przygotowały im posłanie w szopie w pobliżu domu. Zamiast nich pojawiła się piękność o palącym spojrzeniu, która bez wątpienia była magiem, tak jak dziewczyna, a której Temsar bał się panicznie.

– Nie zdejmę koszuli, pani, pójdziemy w dalszą drogę – ojciec chłopaka próbował wstać.

Kobieta szarpnęła koszulę z taką siłą, że całkowicie ją z niego zdarła. Jej oczom ukazały się plecy pokryte starymi bliznami. Bliznami od bata. Mężczyzna zamarł w bezruchu, tak samo jak Temsar. Czarnowłosa popatrzyła na jego plecy, a potem na twarz, siłą odrywając mu dłoń od lewego policzka.

– Jaki rzeźnik wywabiał ci ten tatuaż? – warknęła. – Wywabiali ci kwasem, czy co?

Mężczyzna skinął głową zrezygnowany.

– Nie wydasz mnie? – spytał cicho.

– Myślisz, że zrobiłabym krzywdę komuś, kto ryzykując własnym życiem próbował ratować moją córkę? – powiedziała ostro. – Niezależnie od tego, czy to miało sens czy nie.

– Za młoda jesteś pani, żeby mieć taką dorosłą córkę – uśmiechnął się mężczyzna, kładąc się z powrotem na posłaniu.

– Pochlebstwa na mnie nie działają – fuknęła. – I nie są ci potrzebne. W trzy dni postawię cię na nogi, a potem pójdziecie swoją drogą. Żadne wasze tajemnice nie zostaną nigdy i nikomu wyjawione. Odpłacę wam dobrym uczynkiem za dobry uczynek. Potem nasze drogi się rozejdą i nikt nikomu nie będzie nic winny. Zapomnę o was, a wy zapomnicie o tym miejscu.

– Oczywiście, pani!

– A tobie, kawalerze, będę musiała nastawić nos – spojrzała na Temsara spode łba. – Zniesiesz trochę bólu?

– Postaram się – odpowiedział chłopak.

Kobieta przysunęła się tak blisko, że czuł zmysłowy zapach jej świeżo umytych włosów.

– Widziałam, że robisz maślane oczy do mojej córki – szepnęła mu do ucha. – Wyrwę ci serce, jeśli będziesz czegokolwiek z nią próbował. Rozumiesz?

Temsar kiwnął głową. Ta kobieta była jednak straszna!

Wstał o świcie. Dłuższą chwilę leżał zatopiony w myślach, przypominając sobie twarz dziewczyny i jej figurę w obcisłych spodniach. Pragnął jej tak boleśnie bardzo, jak może pragnąć umierający z pragnienia, stojący przy studni krystalicznie czystej, zimnej wody. Wiedział, że nie ma najmniejszej szansy na zdobycie takiej dziewczyny. Jest zbyt piękna i pochodzi z wyższej warstwy niż on. I jest magiem. Odkąd królowa zasiadła na tronie, Święta Ziemia stała się równie tolerancyjna jak Wielkie Stepy. Zakon stracił monopol na posługiwanie się Mocą. Być może powodem było to, że większość kapłanów Zakonu zginęła w czasie wojny z wyznawcami Najwyższego. A być może dlatego, że Szary Mag tak zdecydował. Kiedyś magowie budzili wyłącznie strach. Po wojnie zasłużyli na respekt i uwielbienie. To oni pokonali Sahi, wysłanników piekieł, a ludzie tego nie zapomnieli. Samo to, że dziewczyna była czarodziejką stawiało ją w pozycji dla niego niedostępnej, jak gwiazdkę na niebie. Magowie budzili powszechny szacunek nawet wśród najwyższych rodów. W dodatku jej matka z pewnością jest gotowa spełnić swoją groźbę. Wstał i cicho, żeby nie zbudzić ojca, wyszedł na zewnątrz. Dopiero w świetle dnia mógł ocenić dom tych kobiet, które się nimi zaopiekowały. Był o wiele większy niż mu się z początku wydawało: zbudowany z grubych bali w formie kwadratu o płaskim dachu. Ściany, wyciągnięte na metr ponad poziom zadaszenia, mogły dać schronienie łucznikom w razie zagrożenia. Wyglądał trochę jak pałac w stolicy, tyle że mniejszy. Zabudowania znajdowały się na dnie małej kotlinki niskopiennych gór, połączonych z lasem wąskim wąwozem, którym musieli przyjść nocą. Od południa rozciągało się małe jeziorko ze zwieszającymi się wokół niego gałęziami kwitnących drzew. Cała kotlinka porośnięta była krzewami o czerwonych liściach. Widział kiedyś namalowany na płótnie obraz Raju, ale jego piękno nie dorównywało temu, co miał okazję oglądać. Pomiędzy domem, szopą i stodołą, na samym środku niewielkiego placyku, znajdowała się studnia, do której właśnie zbliżała się pulchna kobieta w średnim wieku z trójką małych dzieci. Skojarzyła mu się z kwoką, która prowadza po podwórku swoje kurczęta. Uśmiechnęła się do niego i zajęła nabieraniem wody do glinianych dzbanów. Z domu wyszła jeszcze dwójka nieco starszych dzieci i chudy, łysy mężczyzna z tatuażem na twarzy. A więc mają swoich niewolników. Te kobiety musiały być kimś ważnym.

Postanowił odwdzięczyć się jakoś za schronienie i zaczął rąbać drewno, ale niewolnik łagodnie odebrał mu siekierę i sam zajął się pracą. Temsar nie mając nic do roboty poszedł nad brzeg jeziora i usiadł na trawie.

– Jak tam się czuje mój wybawiciel? – usłyszał za plecami dźwięczny głos dziewczyny. – Gdyby nie ty, marnie bym skończyła.

Usiadła obok niego z uśmiechem na twarzy. Kpiła sobie z niego, ale on patrzył na nią jak zahipnotyzowany, nie zwracając na to uwagi. Pomyślał, że pewnie znowu robi „maślane oczy” i natychmiast odwrócił wzrok.

– Zdałem sobie sprawę, że gdybym za tobą nie poszedł – powiedział, patrząc na błękitną taflę jeziora – tamci trzej naszliby nas przy ognisku i okradli, a być może zabili.

– Dobry uczynek, który został nagrodzony.

– Tak...

Zapadło długie milczenie. Układał sobie w głowie co ma jej powiedzieć, ale nic nie wydało mu się wystarczająco mądre, żeby zakłócić ciszę w jej obecności. Czuł się, jakby siedział obok bogini. Krytykował w myślach swoją wypowiedź. „Zdałem sobie sprawę...” czyli, że wcześniej o tym nie pomyślał. To znaczy, że był głupcem. Westchnął ciężko.

– Mam na imię Lilia, a ty, mój zbawco? – mrugnęła do niego okiem.

– Temsar, pani. Mój ojciec