Wydawca: Videograf Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 396 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wielbłąd przy bramie - Mirosław Salski

Akcja powieści toczy się w Szczecinie i w Kopenhadze, gdzie na co dzień pracuje komisarz Olaf Potocki, któremu przyjdzie zająć się sprawą sięgającą korzeniami lat 50. Punktem wyjścia jest historia niejakiego Leona Ciesielskiego – jednego z bossów ówczesnego półświatka Szczecina, zmuszonego w 1968 roku do wyjazdu z kraju. Bezpośrednim zaś zaczynem jego niezwykła, nawet jak na 92-letniego obecnie starca, prośba skierowana do bratanka, Leona Ciesielskiego juniora, o załatwienie miejsca na szczecińskim cmentarzu i znalezienie kobiety, która odegra rolę wdowy. Junior postanawia spełnić tę nieoczekiwaną prośbę, szybko jednak przekonuje się, że to nie była słuszna decyzja...
Ironiczny dystans, świetna zabawa literacka, a przy tym wciągająca intryga kryminalna – oto walory najnowszej powieści Mirosława Salskiego, które przyciągną do niej szerokie grono czytelników. Wielbłąd przy bramie wywołuje też pokusę, by jak najszybciej podążyć śladami bohaterów do Szczecina. Zapewniam, że warto: i przeczytać powieść, i zwiedzić kryminalny Szczecin. Kazimierz Świetlikowski, Zbrodnia w Bibliotece.
Tajemnica z przeszłości, majątek ukryty na cmentarzu, nietypowa prośba „zza grobu” i dwaj bracia udający siebie nawzajem… A do tego fajerwerki humoru, cięte dialogi i świetnie kreślone postaci. Wielbłąd przy bramie Salskiego to kryminał, który nie rozczaruje nikogo: ani wielbicieli klasycznych zagadek, ani tych, co lubią się pośmiać podczas lektury. Agnieszka Krawczyk, zbrodniczesiostrzyczki.pl.
Zemsty obmyślane przez dziesięciolecia bywają okrutne i wyrafinowane, zamieniając się w skomplikowane gry. Z taką właśnie intrygą przyszedł do czytelników Mirosław Salski. A że styl pisarza jest także wyrafinowany, pełen humoru i językowych subtelności, więc przyjemność z lektury Wielbłąda przy bramie jest co najmniej podwójna. Robert Ostaszewski, pisarz i krytyk literacki.

Opinie o ebooku Wielbłąd przy bramie - Mirosław Salski

Fragment ebooka Wielbłąd przy bramie - Mirosław Salski

Redakcja

Jerzy Syjud

Projekt okładki

FHU ARKADIA PLUS Jarosław Bartosiński

Na okładce wykorzystano

© Dana Seims/123RF.COM, karykaturę autorstwa Anny Salskiej

oraz rysunek Henryka Sawki

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Anna Seweryn-Sakiewicz

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca

Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35, fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej

DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 2-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Tekst © Mirosław Salski

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-308-9

Prolog.Pic na Grójec

Leon Ciesielski zawsze był dziwakiem. Jednak to, co wymyślił tym razem, przeszło najśmielsze oczekiwania jego bratanka, Leona Ciesielskiego juniora. Zażyczył sobie mianowicie wdowy. Typowej, ubranej na czarno i pogrążonej w żałobie.

Ale od początku.

Kilka dni po swoich dziewięćdziesiątych drugich urodzinach przysłał bratankowi mejla. W pierwszych słowach (nawet w Internecie nie zaniechał tej archaicznej formuły) pozdrowił go serdecznie, spytał o zdrowie i podziękował za urodzinowe życzenia, w drugich zaś – napisał, że dojrzał wreszcie, by poważnie zacząć myśleć o przyszłości. Czcionką udającą odręczne pismo, ma się rozumieć.

Wszystko, co piękne, nieodwołalnie się kończy, więc i mój barwny pobyt na tym ziemskim padole dobiega kresu. Nie chcę jednak, by moje kości kruszały na obczyźnie. Nie znaczy to także, że w naszym rodzinnym grajdole. Absolutnie nie! Warszawa też już nie taka jak przed wojną, więc ostatnią moją wolą jest spokój wieczny w miejscu absolutnie wyjątkowym…

Krótko mówiąc (i odkładając na chwilę wdowę na bok), wymyślił sobie Cmentarz Centralny w Szczecinie –trzecią co do wielkości nekropolię w Europie. I tak skromnie, bo zawsze imponowało mu jedynie to, co największe. Zaraz po maturze uciekł z rodzinnego Grójca do Warszawy, potem długo kręcił się gdzieś po kraju, by wylądować kolejno w Paryżu, Nowym Jorku, Londynie, Madrycie i wreszcie w Toronto. I zawsze w centrum miasta, bo im głośniej i gwarniej, tym lepiej. A najlepiej, gdy w pobliżu było kasyno gry. Nie zawsze bowiem po całonocnej grze wystarczało na taksówkę. Generalnie jednak wychodził na swoje i stać go było na finansowe wsparcie swojego niezbyt zamożnego bratanka. Na dodatek ostatnie lata stanowiły nieprzerwane pasmo jego finansowych sukcesów (poza grą w kasynie, jak donosił, grał także na giełdzie i korzystnie inwestował), dlatego i bratankowi wiodło się nieźle.

W każdym razie ostatni przelew był iście królewski, biorąc nawet pod uwagę nieuchronne uszczuplenia środków, związane z wyjazdem do Szczecina.Folder folderem – napisał bowiem stryj w zakończeniu mejla –ale picdobry, choćby tylko na Grójec, zawsze pozostaje picem. Jedź tam zatem koniecznie i wszystkiego dopilnuj osobiście.

1.Ku Słońcu

Ciepły czerwcowy poranek w mieście strachu, grozy i opowiadanych z wypiekami na twarzy przez chłopaków na podwórku niestworzonych historii (wśród których ta o dziewczynie z pociętą żyletką twarzą była stosunkowo łagodna), powitał Leona Ciesielskiego juniora za sprawą pociągu relacji Warszawa–Szczecin. Na jego wagonach ktoś wymalował „IC”, choć, biorąc pod uwagę standard oferowanej usługi, powinien raczej wymalować swojskie „PIC”, toteż bez żalu go opuścił i bez zbędnej zwłoki kazał się wieźć na cmentarz.

– Ku Słońcu, znaczy się, tak? – doprecyzowywał taksówkarz.

– Tak – odpowiedział, choć nie był o tym do końca przekonany.

Bardziej interesowało go teraz to, co za oknem samochodu i co bezzwłocznie próbował dopasowywać do kolejnego nierozerwalnie związanego z tym miastem wątku, a mianowicie Katarzyny, którazanim chłopak jej przypłynie, nie zwracając kompletnie uwagi na wzdychających do niej młodych mężczyzn, z których co drugi jest marynarzem,chodzi sama po Szczecinie. Dopiero gdzieś po kwadransie zorientował się, że owo „Ku Słońcu” to nie poetyckie zacięcie jego przewoźnika, a po prostu nazwa przycmentarnej ulicy. „Nie to co w Grójcu – westchnął – gdzie ludzi bez odrobiny polotu chowa się na Mszczonowskiej, a cmentarz żydowski jest wręcz przy Mogielnickiej”. Dalej też było zupełnie inaczej – szeroka neoromańska (o czym informowała mosiężna tabliczka) brama przejazdowa z przyległymi arkadami i bocznymi przejściami oddzielała od ulicy niezwykłej urody park. Na pierwszy rzut oka – bez grobów, bo dopiero później zauważył, że zostały zmyślnie wkomponowane w istny labirynt drzew i krzewów. Ruszył przed siebie szeroką, zacienioną aleją… Okólną, jak wynikało z oznakowania, wytyczoną przez dziwaczne drzewa, wyglądające trochę jak te rudo-popielate psy, które hodował kiedyś jego sąsiad, bo częściowo pozbawione kory też były łyse, trochę jak zdegenerowane wierzby z guzami, bo też ich pnie głównie z nich się składały. Jakby i tych niezwykłości było mało, słońce akurat skryło się za chmurami i zrobiło się tak posępnie, że aż przystanął z wrażenia. Na szczęście zastęp sękatych morderców pozostawał na swoich miejscach, więc po chwili mógł ruszyć dalej. Minął skrzyżowanie z Aleją Północną i doszedł do placu z przyzwoicie odremontowaną, też pewnie neoromańską, bo podobną w stylu do bramy, kaplicą z lewej oraz rozległym, zielonym skwerem z basenem i fontannami z prawej strony. Jego przedłużeniem z kolei były dwa równe szeregi żołnierskich mogił, zwieńczonych skrzydlatym pomnikiem, zapewne ku czci poległych.

Kiedy czytał stryjowe:na miejscu z pewnością zrozumiesz moją decyzję,zupełnie nie przychodziło mu do głowy, że może się z nim zgodzić, ale teraz powoli zaczął go rozumieć. Nawet przysiadł dla pogłębienia tego procesu (a przy okazji i dla chwili wytchnienia) na ławeczce pod… pendulą,czylizwisającą odmianą serbskiego świerku,jak głosił opis numer dwadzieścia na stojaku „Ścieżka dendrologiczna”. Na krótko, rzecz jasna, bo jeśli miał, jak to sobie zamyślił, jutro wracać do domu, to imponujący widok nijak się miał do zasadniczego członu ostatniej posługi, jakiej zażądał stryj, czyli znalezienia mogiły, której usytuowanie musiało na dodatek spełniać jego zamiłowanie do lokowania się w centrum. Kilka minut później na przyległym do placu skrzyżowaniu Alei Okólnej z Aleją Zasłużonych i Aleją Południową skręcił więc w prawo i zaczął bacznie wypatrywać wolnego i urokliwego zarazem zakątka. Niestety, te nie przylegały bezpośrednio do asfaltowej drogi, doszedł zatem jeszcze do stojącego już na poboczu dziwacznego pomnika – jak się po chwili okazało,Matki Zieminiejakiego Ernsta Barlacha – i po krótkich jego oględzinach niczym pies tropiący zapuścił się między mogiły, bo musiał między nimi kluczyć, zważając na różną wysokość ogrodzeń wokół poszczególnych nagrobków, które z kolei zajmowały bardzo różną powierzchnię. Baczył jednocześnie, by za bardzo nie oddalać się od głównego szlaku. Jednak na nic odpowiedniego nie udawało mu się trafić.

– Ludzie nie chcą przestawać umierać, a cmentarz nie z gumy – odpowiedział, wzdychając, zagadnięty staruszek. – Toteż tu już od lat nie grzebią.

– A gdzie?

– Tam. – Wskazał laską bliżej nieokreślony obszar. – Ale to już nie to. Ani drzewa, ani nic. Szczere pole z krzyżami.

Szczere poleoczywiście odpadało. Leonowi Ciesielskiemu juniorowi pozostało zatem szczerze wierzyć w jedną z głoszonych przez stryja mądrości, jakoby nie było sprawy nie do załatwienia. Ciekaw był, czy podzielał ją też, niemal rówieśnik stryja, a zatem pewnie i podobnie doświadczony życiowo staruszek.

– Widzi pan… – Postukał laską w marmurowy nagrobek. – …nieboszczyk od dwa tysiące pierwszego roku. Widać grób poprzednika nie był opłacany, to i go w końcu zlikwidowali. Pan zapyta w biurze, może coś mają.

– A gdzie to?

– Przy głównej bramie. Najkrócej będzie tą aleją.

„Najkrócej” nie oznaczało na tym cmentarzu „krótko”. Tym bardziej jeśli znajdzie się po drodze coś równie niezwykłego, jak kawałek szyny kolejowej z głazem (co ma niby symbolizować wywózki na Wschód), tablicę poświęconą tym, którzy nie wrócili z tajgi, Sybiru, łagrów Północy i stepów Kazachstanu, a przede wszystkim schowany w głębi nagrobek rodziny Kisslingów z 1910 roku, w formie, jak stanowił opis,półokrągłego filarowego portyku ozdobionego płaskorzeźbami nagich postaci męskiej i żeńskiej, które mają symbolizować pierwiastek obu tych płci, a z kolei ustawiony na osisegment panelowej kolumny – nieuchronną śmierć. Spojrzał jeszcze raz napostać żeńskąi pomyślał, że jest dość osobliwa, bo stanowczo za współczesna w zestawieniu z przedwojennymi pięknościami, którym ówczesny kanon kobiecej urody nakazywał mieć zdecydowanie pełniejsze kształty. Jeszcze bardziej nietypowy był jednak wykuty na belkowaniu napis:Działaj, dopóki trwa dzień, gdy nadejdzie noc – nikt nie jest w stanie działać. „Święta prawda – pomyślał. – Skończy się dzień pracy w biurze i będzie, jak to mówi sąsiadka, mamypo ptokach…”. Może nawet takich, jakie zobaczył na fotkach ze stojącej nieopodal tablicy: „Fauna Cmentarza Centralnego w Szczecinie”. Dotąd Juniorowi wydawało się (pewnie jak większości śmiertelników), że jedynymi przedstawicielami cmentarnej fauny są hieny, a tu proszę: bażanty, gołębie,lisy, jenoty, borsuki, zające, jeże, zaskrońce, a nawet dziki, które na dodateknie lękają się człowieka, bo stała obecność ludzi w ich środowisku życia powoduje, że nabierają zaufania, zmniejszając dystans ucieczki.

– Proszę pana… – wyjaśniała zaskoczona jego zdziwieniem niebrzydka siła biurowa o imieniu, jak stanowiła jej firmowa plakietka, Agata – …ten cmentarz ma dwieście hektarów powierzchni i podobnie jak hamburski Hauptfriedhof Ohlsdorf, wiedeński Zentralfriedhof czy berlińskie Friedrichsfelde ma charakter parkowo-leśny. Skupiska starych drzew, wilgotne doliny, małe zbiorniki wodne o zabagnionych i zarośniętych brzegach tworzą mozaikę siedlisk idealnych dla świata fauny. Natomiast zdecydowanie bardziej niezwykły jest sam drzewostan, bo proszę sobie wyobrazić, że te zwierzątka żyją wśród trzystu sześćdziesięciu gatunków drzew i krzewów, z czego pięćdziesiąt cztery to rzadkie okazy, takie jak: świerk serbski, jodła koreańska, dąb szypułkowy o odmianie stożkowej, platan klonolistny czy miłorząb dwudzielny. Aleje zostały obsadzone kasztanowcami, leszczynami, platanami, cisami i bukami. Jednym gatunkiem drzew liściastych obsadzono także niektóre kwatery. Niech pan sobie teraz wyobrazi, że liście tych drzew kilkakrotnie w ciągu roku zmieniają zabarwienie…

„Informacje te, niektóre nawet w identycznym brzmieniu, stryj Leon na pewno zna już z Internetu”, westchnął cichutko Junior, ale nawet nie pomyślał o przerywaniu kobiecie tego reklamowo-promocyjnego wywodu, bo przecież mogłoby to skutecznie pogrzebać jego szansę na załatwienie czegokolwiek. Siedział zatem grzecznie i milczał. Jak grób. Za to po kwadransie już wiedział, że szczecińska nekropolia powstała na początku dwudziestego wieku na bazie cmentarza wojskowego z okresu wojny francusko-pruskiej, że jej projektantem był niejaki Wilhelm Meyer-Schwartau, który zresztą zaprojektował również kaplicę i bramę główną, że współtwórcą cmentarza i jego pierwszym dyrektorem był dyplomowany ogrodnik i znawca historycznych założeń ogrodowych, Georg Hannig, i że do tej pory pochowano tu ponad trzysta tysięcy osób (dwadzieścia razy więcej niż żyje obecnie w Grójcu!), z tym że nie wszystkich w sposób tradycyjny, bo od 1925 roku funkcjonowało na cmentarzu krematorium, które zresztą od kilku lat działa ponownie i jest wyposażone w najnowocześniejsze urządzenia spalające. Dowiedział się też, że trzy groby ze starej części cmentarza zostaną prawdopodobnie jeszcze w tym kwartale zlikwidowane, ale, niestety, miejsca po nich są już praktycznie nieosiągalne.

– Ale mój stryj to postać absolutnie wyjątkowa… – zachwalał krewniaka – …i wielki Polak! W czasie drugiej wojny światowej walczył w AK, a potem – nieoficjalnie ma się rozumieć, bo władze PRL niby go nie tolerowały – pełnił funkcję ambasadora w wielu krajach świata i miał bardzo poważny udział w zmianach ustrojowych w Polsce. Dostał nawet za to od prezydenta Wałęsy specjalny medal, a prezydent Kwaśniewski zaproponował mu stanowisko doradcy. Zresztą sama będzie się pani mogła o tym przekonać, bo Norman Davies pisze właśnie jego biografię…

Na jego nieszczęście cmentarna urzędniczka okazała się równie cierpliwa jak on, a na dodatek zupełnie udatnie okazywała pełne zainteresowanie, choć jej wyraz twarzy był raczej nijaki. Ożywiła się dopiero, kiedy usłyszała, że więcej najchętniej opowiedziałby jej w jakimś miłym miejscu i przy dobrej kawie. Wtedy też szybko napisała ciąg cyfr na niewielkiej kartce i przesunęła ją w jego kierunku.

– Tu ma pan numery kwater przewidzianych do likwidacji. Niech pan sobie je spokojnie obejrzy i zdecyduje, które miejsce będzie najlepsze. O reszcie porozmawiamy wieczorem w Café 22.Wie pan gdzie to?

– Znajdę.

Wyglądało na to, że pierwsze ze stryjowych zadań jeszcze dziś mogło zostać wykonane. Junior stłumił jednak ogarniające go poczucie zadowolenia, by nie sprowokować kolejnej życiowej mądrości stryjao popieprzeniu w następstwie polepszenia. Może zresztą nie tak bardzo znowu mądrej, bo zaraz potem zobaczył wdowę! Wysiadła z tramwaju (naprzeciw bramy jest przystanek) i wyglądała dokładnie tak, jak wyglądać powinna. Starsza, elegancka i cała w czerni. Poczekał chwilę, markując, niczym Daniel Craig przed Casino Royale,wiązanie sznurowadeł, i ruszył za nią. Najdyskretniej jak się dało obserwował, jak zaraz za kaplicą skręca w Aleję Południową, a po kilku minutach zapuszcza się między groby, by wreszcie dotrzeć do właściwego; jak zgarnia liście z szarego nagrobka, zapala świeczkę i jak gorliwie się modli.

„Zbyt piękne, by mogło być prawdziwe” – pomyślał. Skoro bowiem jest ubrana na czarno, to znaczy, że jest w żałobie, a jak tak, to raczej niezbyt dawno jej małżonek opuścił ten ziemski padół. Wątpliwe tym samym, czy w ogóle zgodzi się pertraktować.

Po dwudziestu minutach, kiedy wdowa odeszła, przeczytał na nagrobku, że świętej pamięci Władysław Kowal zmarł zaledwie dwa miesiące temu. Z jednej strony stanowiło to namacalny dowód na pochówki w starej części cmentarza, z drugiej zaś potwierdzało jego obawy – wdowa była „zbyt świeża”. Zaraz jednak pomyślał, że coś stanowczo za szybko się z tą żałobną wizytą uwinęła! Wypadł za nią na Aleję Południową, ale najwyraźniej z drogą powrotną poszło jej jeszcze szybciej.

* * *

To: Waldemar Wada

From: Leon Ciesielski, Toronto

Szanowny Panie Inspektorze,

Jeśli ciągle jeszcze pochłaniają Pana stare sprawy, to radzę w najbliższych dniach dużo spacerować po Waszym pięknym cmentarzu.

Z poważaniem

Leon Ciesielski

* * *

– I jak wypadły oględziny? – spytała wieczorem cmentarna urzędniczka, przysiadając się do kawiarnianego stolika Leona Ciesielskiego juniora.

– W zasadzie każde z tych miejsc jest przepiękne – odpowiedział, nie odrywając wzroku od rozpościerającej się za szklanymi ścianami kawiarni rozświetlonej panoramy miasta.

– Mam na myśli kwatery na cmentarzu.

– Ja też. Więc jak, dogadamy się?

– Nie tak prędko. A jak znajduje pan Szczecin?

– Zachwycający.

– Prawda? Jak sama kawiarnia, która jest jednocześnie widokowym tarasem. Ja bym tu przychodziła, nawet gdybym musiała te dwadzieścia dwa piętra pokonywać pieszo. Widzi pan tę żółtą konstrukcję? To suwnica. Wokół niej była ta słynna stocznia imienia Adolfa Warskiego… Na pewno nie raz widział pan w telewizji. To tam strajkowali robotnicy, tam był międzyzakładowy komitet strajkowy, który opracował dwadzieścia jeden postulatów, tam, a nie – jak powszechnie się uważa – w Gdańsku. Tak jak dziesięć lat wcześniej, bo po strajkach w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku, nie w Gdańsku, a właśnie tu padło słynne „pomożecie?” Gierka…

Cmentarna urzędniczka okazała się także nieprzebraną skarbnicą wiedzy o Szczecinie. Na dodatek jeszcze mniej brzydką niż do południa – jej niesforne czarne loki były teraz zaczesane gładko do tyłu i upięte w niewielki kok, oczy lśniły niezwykłym blaskiem, a czerwona pomadka zdawała się zabarwiać wszystkie muskane przez nią słowa.

– Czerwoni mieli swoją siedzibę, czyli komitet wojewódzki partii, tam, jak kończy się ten kwartał budynków… Podejdźmy do okien na pasażu, to lepiej pan wszystko zobaczy… No więc tam już w czterdziestym szóstym, kiedy komuniści zorganizowali „straż nad Odrą”, taki wiec poparcia dla siebie, zwolennicy Mikołajczyka jako jedni z pierwszych w kraju zaczęli się buntować, śpiewali pieśni patriotyczne, a zwolennikom Bieruta obcinali czerwone krawaty. Zresztą porozumienia sierpniowe, te z osiemdziesiątego roku, też najpierw zostały podpisane u nas, a nie w Gdańsku…

Zanim wzdłuż przeszklonych ścian obeszli kawiarnię, Junior poznał jeszcze wiele faktów z najnowszej historii miasta, które nakazywały mu zacząć traktować Szczecin jako jeden z najprężniejszych i najważniejszych ośrodków życia społeczno-polityczno-kulturalnego w Polsce, a może nawet i w całej Europie, skoro nie gdzie indziej, tylko tu urodziła się caryca Katarzyna II, zwana Wielką, i jej synowa Maria Fiodorowna, zwana „matką carów”.

Zaczął też coraz bardziej dostrzegać i doceniać walory swojej przewodniczki. Podobnie zresztą jak większość obecnych w kawiarni facetów, co oczywiście mu pochlebiało, a jego ego zostało również połechtane, kiedy siedli wreszcie z powrotem przy stoliku i spostrzegł, że z kolei ich partnerki sporo uwagi poświęcają także jemu.

– O, mamy już ciasteczka. – Agata z zapałem dorwała się do patery z kusząco wyglądającymi słodkościami, wystawiając automatycznie na pokaz połyskujący w świetle palącej się świecy pierścionek.

– Przepiękny szafir – powiedział, biorąc ją za rękę. – O nieszablonowej urodzie, podkreślonej dodatkowo owalnym szlifem i niekonwencjonalnym rodowaniem z misternym grawerem. Szafir jako kamień ma twardość dziewięć, gęstość cztery zero do cztery jeden, a załamanie światła jeden przecinek siedemdziesiąt sześć. Nazwa wywodzi się z greckiegosappheiros, czyli niebieski. Ma oddziaływanie uspokajające i przeciwbólowe, a uosabia połączenie głowy z sercem, czyli rozumu z uczuciem, wprowadzając między nimi pełną harmonię.

– Zna się pan na biżuterii?

– Nie więcej niż pani na tych ciasteczkach.

Agata kiwnęła głową i z poważną miną wzięła najciemniejsze. Zajrzała pod spód, sprawdziła sprężystość, zważyła w dłoni i powiedziała:

– Ciasteczko deserowe gęste. Z ciemnej czekolady, sezamu i… poziomek. Ma podobną strukturę jak… szczeciński paprykarz. Słyszał pan oczywiście o tym naszym hicie eksportowanym na cały kraj?

Spojrzał na nią, próbując jak najdyskretniej przekazać brak zainteresowania, ale widać nie za bardzo się postarał, bo zaraz usłyszał, że jest to wynalazek rybaków ze szczecińskiego Gryfa, którzy gdzieś w dalekim porcie wypatrzyli danie o nazwie czop-czop, przygotowywane z ryby, ryżu i ostrej papryczki pima, a potem w swoich zakładach z rybnych ścinków, ryżu i węgierskiej pulpy pomidorowej stworzyli podobne i nazwali szczecińskim paprykarzem.

– Równie ciekawa… – ciągnęła po zaczerpnięciu powietrza Agata – …jest historia szczecińskich pasztecików. Na pewno pan jadł, bo są znane w całym kraju. No więc krótko po wojnie z radzieckiego demobilu trafił do szczecińskiego Społem ruski wynalazek,awtomat do prigotowlenia pierożkow,maszyna, która sama mieszała mąkę z wodą i drożdżami, a kiedy ciasto wyrosło, sama je porcjowała do metalowych rynienek, które co jakiś czas zanurzały się w gorącym oleju…

– A słyszała pani jak pijak wpadł do grobu…? – Wszedł jej bezceremonialnie w słowo i zanim zdążył pomyśleć, że taka strategia może okazać się zgubna, a branżowy dowcip już całkiem nie na miejscu. – …kompletnie pijany, a nad ranem skarżył się innemu, stojącemu na górze pijaczkowi, że mu zimno, a ten na to: „To po co się rozkopałeś?”.

– Aha. To słyszałam, a słyszał pan, jak kobieta musiała w nocy przejść przez cmentarz?

Niestety, Agata w dowcipach też wydawała się mocna.

– No więc… – zaczęła, nie czekając na odpowiedź – …stoi biedaczka przed bramą i strasznie się boi. Podchodzi jakiś facet i oferuje, że ją przeprowadzi. Idą więc i sobie sympatycznie gawędzą. Kiedy już doszli na drugą stronę, ona zaczęła rozpływać się w podziękowaniach. On mówi, że to drobiazg i że cała przyjemność po jego stronie. Ona wtedy pyta: „A pan nie boi się chodzić nocą po cmentarzu? Bo ja strasznie”. A on na to: „Jak żyłem, to też się bałem”.

– Dobre – pochwalił zrezygnowany i przygotowany zarazem na kolejną dawkę cmentarnego humoru, ale zaraz się okazało, że niepotrzebnie.

– A ten pański stryj to kim tak naprawdę jest? – spytała, świdrując go wzrokiem.

– Pyta pani służbowo?

Pokręciła głową.

– I moja odpowiedź nie będzie miała wpływu na pani decyzję co do miejsca na cmentarzu?

Jeszcze raz pokręciła głową.

– No więc tak naprawdę jest królem…

Teraz z kolei zmarszczyła brwi.

– …życia – dodał zatem szybko. – A trzy główne elementy tego królestwa to kobiety, hazard i alkohol. Przy czym kolejność nie jest przypadkowa, bo, jak opowiadała mama, za czasów warszawskich jego główną pasją były rewiowe piękności i gwiazdy kabaretu. Burzliwe romanse z Leną Żelichowską i Stefanią Górską miały nawet skończyć się pojedynkami, ale stryj, jako osobnik pokojowo nastawiony, zamiast się bić, cichcem wyjechał do Paryża. Tam z kolei w wielki świat wprowadzała go ponoć sama Josephine Baker, którą poznał jako świeżo upieczony maturzysta w trzydziestym ósmym, kiedy występowała w Warszawie. W każdym razie kilka ich wspólnych fotek z tego okresu jest w rodzinnym albumie. Później listy od stryja przychodziły z Nowego Jorku, a w nich kolejne fotografie z kolejnymi zdobyczami…

– To u was rodzinne? – spytała, próbując ocenić, jak na tle fotek niewątpliwie przystojnego stryja z kolejnymi pięknościami prezentuje się całkiem atrakcyjna kobieta i jego zupełnie nieźle prezentujący się bratanek.

– Ma pani ochotę na drinka czy na wypad do kasyna?

– Wystarczy jak zaprosi mnie pan do siebie, do hotelu – odpowiedziała, wypatrując reakcji na te słowa nieźle prezentującego się w szklanej ścianie odbicia, ale akurat wtedy zmiksowało się z nim odbicie białej bluzki kelnerki.

– Życzą sobie państwo coś jeszcze?

– Nie sądzę… – powiedział Leon Ciesielski junior, zniżając głos do aksamitnego barytonu – …żeby można było w ogóle życzyć sobie czegoś więcej.

* * *

– Cześć, Generał – rzucił do słuchawki emerytowany inspektor Waldemar Wada. – Możesz mi na rano przygotować zszywkę z „cyferblatem”?

– Ty masz jednak myszygene na tym punkcie.

– Żadne takie. Dostałem po prostu interesującego mejla z Toronto i chciałem na to i owo spojrzeć.

– Nawet jeśli nie jest tak, jak mówi mój wnuczek, że mejle są z kosmosu, to tak na piechotę nie da rady określić, że akurat ten został nadany z Toronto, a nie z Koziej Wólki.

– A jeśli nadawcą jest Leon C.?

– To wpadnij przed dziesiątą.

* * *

O ile pierwsza noc w Szczecinie okazała się nader szczodra dla Leona Ciesielskiego juniora, o tyle drugi dzień już od samego rana zdawał się wystawiać mu za to rachunek. Najpierw więc nie zdążył na hotelowe śniadanie, potem wsiadł do „ósemki” jadącej w przeciwnym do cmentarza kierunku, a jeszcze potem, kiedy w końcu się przesiadł do właściwego tramwaju, okazało się, że termin ważności jego biletu minął krótko przed pojawieniem się kontrolerów.

– Nieszczęścia chodzą parami – westchnął, dodając przespany posiłek do tramwajowej wyprawy, bo nawet mu do głowy nie przyszło, że kontrolerzy wezmą to do siebie. Ale wzięli. Razem z tak wysoką karą, że od razu i kategorycznie postanowił przestać oszczędzać na taksówkach.

Tramwaj tymczasem przejechał jeszcze tylko szerokim łukiem pod kolejowym wiaduktem i majestatycznie wspiął się na przystanek z napisem „Cmentarz Centralny”. Junior wysiadł, splunął za siebie i ruszył na poszukiwanie wdowy. Bez entuzjazmu, bo już sama myśl o dwustuhektarowym terenie łowieckim w zasadzie takowy stan wykluczała. Zaraz za bramą jednak jego oczom ukazała się jak najbardziej odpowiednia kandydatka: samotna, siwiuteńka i spowita w czerń.

– Przepraszam panią… – zagadnął, gnąc się w ukłonach. – Czy nie zechciałaby pani, oczywiście za pieniądze, zostać wdową?

Nawet nie przypuszczał, że z pozoru pusta damska torebka może być na tyle ciężka i twarda, by zwalić sporego faceta z nóg. Nie wiedział też, jak długo takie wdowie oburzenie może trwać, więc na wszelki wypadek postanowił jeszcze przez jakiś czas poleżeć i udawać głęboko omdlałego. Niestety, „Skaranie boskie z tymi pijakami” ochroniarza, wspomagane dyskretnym, acz bardzo konkretnym kopniakiem w kostkę, zaraz to postanowienie osłabiło i postawiło go do pionu. Po krewkiej staruszce na szczęście nie było już śladu, nie licząc – rzecz jasna – tego, który pozostawiła na jego głowie i który uznał za wystarczającą na dziś nauczkę.

Na zebranie myśli i opracowanie optymalnego na dziś planu działania wybrał sobie ławeczkę pod pendulą. Jeśli oczywiście nie będzie zajęta. Najwyraźniej jednak los też już był zmęczony i oddał mu ławkę we władanie, całą i bez walki. Najchętniej oczywiście w pełnym rozmiarze ten dar by potraktował i wyciągnął się na całą swoją długość, gdyby nie przejeżdżający obok na rowerze jego prześladowca z cmentarnej ochrony. Usiadł zatem jedynie na skraju, położył coraz cięższą głowę na oparciu i już miał pozwolić opaść samozamykającym się powiekom, kiedy obok zatrzymała się riksza z elegancką starszą panią na pokładzie. Nie w czerni, co prawda, ale na tyle dystyngowaną, że też powinna się stryjowi podobać… A poza tym sama ostatecznie wpadała mu w ręce, więc chwilę potem z eleganckim ukłonem pomagał jej opuścić trzykołowy pojazd.

– Gdyby nie to, że sprawa jest bardzo ważna… – zagajał z przymilnym uśmiechem – …nigdy bym nie ośmielił się pani niepokoić.

Starsza pani wyjęła z torebki banknot dziesięciozłotowy.

– Źle mnie pani zrozumiała.

Dołożyła drugą dychę.

– Ja nie chcę pieniędzy. Wręcz przeciwnie, i postaram się to wyjaśnić jak najszybciej się tylko…

–Verschwinden Sie bitte, sonst rufe ich die Polizei!

Jedyne, co z tego zrozumiał, topolicaj, ale wystarczyło, aby grzecznie wrócił na ławkę. Z lekkim opóźnieniem, bo najpierw musiał przepuścić grupkę rowerzystów.

Co za cmentarz! Ścieżki rowerowe, dziki, lisy, borsuki, zające, fontanny, platany klonolistne, dwuśladowi ochroniarze, dwudzielne miłorzęby, jeszcze bardziej dzielne i wojownicze starsze panie, wyjątkowo wyemancypowane pracownice administracji, trójkołowe riksze z niemieckojęzycznymi pasażerkami i tak dalej…

i tak dalej

i dalej

i…

– Czy to pan szuka wdowy? – Usłyszał po chwili.

Siedząca obok starowinka była cała szara, z jednym wyjątkiem – połyskującymi szlachetnie w słońcu czarnymi ray-banami.

Potwierdził.

– To już pan znalazł – powiedziała, zsuwając na moment okulary i patrząc na niego szarymi oczami. – To znaczy prawie, bo najpierw musi pan zabić mojego męża, co z kolei nie będzie trudne, bo praktycznie wystarczy go zepchnąć ze schodów, na których siedzi. O tam, gdzie te grube drzewa…

Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł, chciał pokręcić głową, ale ta nie reagowała na polecenia. Słuchała go jedynie… lewa ręka. Wyciągnął ją więc w kierunku starszej pani, ale wtedy zorientował się, że to starszy pan, który na dodatek chwycił go za przegub.

– Piękny zegarek – usłyszał. – Pozwoli pan obejrzeć?

Najpierw pozwolił, by oczy przeniosły go z powrotem w krainę jawy, a dopiero potem podniósł głowę z oparcia. Siwiuteńki jak gołąb straszy pan puścił jego rękę, a kolor jego twarzy nagle zrobił się dokładnie taki, jak jego włosy.

– Jezusie przenajświętszy – wyszeptał. – Leon Ciesielski.

– Pan mnie zna?

– To absolutnie niemożliwe!

– Tego akurat nie musi mi pan mówić, choć po prawdzie tak akurat się nazywam.

– I do tego zachował pan młodość, tak?

– Niczego ani nie zachowywałem, ani nie oddawałem. Mam po prostu czterdzieści cztery lata i zupełnie nie rozumiem, dlaczego ma pan o to do mnie pretensje. Jak i tego skąd pan wie, jak się nazywam.

– Bo pana znam… to znaczy znałem. Kiedyś.

Leon Ciesielski junior ledwie spojrzał na parkujący właśnie przed kaplicą samochód z napisem „Ochrona Cmentarza”, kiedy usłyszał, że nie musi ich wzywać, że starszy pan ani nie jest niebezpiecznym wariatem, ani nie ma złych zamiarów.

– Zaraz postaram się panu wszystko wyjaśnić – mówił, trzymając dłonie złożone jak do modlitwy. – Otóż nazywam się Waldemar Wada i jestem, to znaczy byłem, gliniarzem. Służbę zakończyłem jako inspektor, ale kiedy zaczynałem w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym, byłem milicyjnym szeregowcem, ale za to od razu zostałem przydzielony do wielkiej sprawy, w którą zamieszany był, że tak to określę, właśnie niejaki Leon Ciesielski… – Emerytowany inspektor Wada wyjął z brązowej skórzanej aktówki papierową teczkę i wyłuskał z niej wymiętoszoną fotografię. – Niech pan łaskawie rzuci okiem.

Leon Ciesielski jr rzucił łaskawie i zobaczył… siebie. Starannie uczesanego, w ciemnym garniturze, spod którego sterczał dziwnie kołnierzyk popelinowej koszuli. Całość wizerunku uzupełniał fragment okrągłej pieczęci z napisem „Polski Związek…” nie wiadomo czego.

– I co pan powie?

– Jeśli to też Leon Ciesielski, to może chodzić jedynie o mojego stryja, bo tak właśnie nazywa się brat mojego ojca. Nie miałem jednak pojęcia, że mieszkał w Szczecinie, że był zamieszany w jakąkolwiek kryminalną sprawę, a już zupełnie, że tak właśnie wyglądał.

– Nigdy go pan nie widział?

– Osobiście nie, bo wyjechał z kraju zanim się urodziłem, album z jego zdjęciami sprzed tego okresu gdzieś przepadł, a na fotkach, które później przysyłał, nigdy tak jak tu, czyli tak jak ja, nie wyglądał.

– Najwyraźniej zrobił sobie na Zachodzie operację plastyczną albo przynajmniej starał się zmienić wygląd.

– Niby po co?

– Ludzie zazwyczaj robią to po to, żeby ich nikt nie poznał.

– Dla mnie stryj zawsze był blondynem w okularach.

– No widzi pan, a na zdjęciu jest szatynem bez.

– Nic nie widzę i nic nie rozumiem. Na przykład tego, że trafił pan tu na mnie i przypadkiem miał przy sobie zdjęcie stryja.

– Nie przypadkiem… – powiedział inspektor, wyjmując z teczki wydrukowanego mejla – …a na jego wyraźne polecenie.

Leon Ciesielski jr bezradnie patrzył to na komputerowo wykaligrafowany liścik od stryja, to na inspektora.

– Chciał, żebyśmy się spotkali? – spytał wreszcie.

– W rzeczy samej, a nawet chyba sobie to zaplanował. Proszę jeszcze raz pokazać swój zegarek.

Junior posłusznie wyciągnął lewą rękę, na której dostojnie połyskiwał klasyczny atlantic z czarnym cyferblatem.

– Rozumiem, że dostał go pan od stryja?

– Na pierwszą komunię, pocztą.

– A ja w ubiegłym roku na imieniny… – powiedział inspektor, wyciągając rękę z identycznym czasomierzem –  …choć też pocztą.

Leon Ciesielski junior podniósł się z ławki i stanął za jej oparciem.

– Wystarczy! – powiedział głośno, wyraźnie i dobitnie. – Udało się panu mnie zupełnie zakręcić, ale na tym koniec. Albo zaraz powie mi pan, o co naprawdę chodzi, albo do widzenia.

Inspektor Wada bez słowa podniósł się z ławki, ruszył w kierunku bramy głównej i zdawał się nie słyszeć goniących go poleceń typu: „Proszę natychmiast wrócić” czy „Żądam wyjaśnień”.

Przystanął dopiero po zupełnie uległym: „Przepraszam”.

* * *

Żeby Leoś nieco skruszał, a zwłaszcza nie pomyślał sobie Bóg wie co, panna Agata wyszła z biura z dwudziestopięciominutowym opóźnieniem. Leosia jednak nie było. Przynajmniej w zasięgu jej wzroku, bo z całą pewnością nadal był w zasięgu jej możliwości. Choćby i po to, by odczuł na własnej skórze, co to znaczy z nią zadrzeć i w pocie czoła popracował jeszcze na godną stryja mogiłę.

W drodze do domu zrobiła drobne zakupy, potem w zastępstwie wspólnego z Leosiem posiłku zjadła hamburgera z budki pod swoim domem, wzięła gorącą kąpiel, starannie nałożyła makijaż i o siódmej wkroczyła do hotelu Bryza.

– Pan Ciesielski z trzysta dwa już wrócił?

– Niestety, nie.

– „Niestety” to będzie jak wróci – powiedziała, zasiadając w holu na wprost wejścia i sięgnęła po pierwsze z brzegu kolorowe pismo.

Pół godziny później wzięła następne. Tuż przed trzecim kazała sobie zamówić taksówkę, a w jego połowie portier zameldował, że konie mechaniczne zajechały. Niewykluczone zresztą, że właśnie one dostarczyły do hotelu Leona Ciesielskiego juniora, bo ten właśnie pojawił się w drzwiach. Na dodatek, cały w skowronkach.

– Dzięki Bogu, bo zupełnie nie wiedziałem, jak cię znaleźć – wyrzucał z siebie już po chwili, całując Agatę po rękach, jakby nic się nie stało, ku skrywanej uciesze hotelowego personelu czekającego na nieuchronną awanturę.

– Wystarczyło być pod biurem – zasyczała, wskazując wiszący nad recepcją zegar. – A poza tym twój czas minął. Czekałam bitą godzinę i mam dość. Żegnaj.

– Rozumiem, ale wydarzyło się coś zupełnie, ale to zupełnie wyjątkowego… Trzysta dwa poproszę… Chodź na górę, to ci opowiem.

– Ktoś z państwa zamawiał taksówkę? – ryknął od drzwi gruby jegomość.

– Ja, już idę.

– Ta pani nigdzie nie idzie – rzucił Junior.

– Idę.

– Nie!

– Bo co? Zatrzymasz mnie siłą?

– …nie.

– W takim razie, do widzenia… – powiedziała, kierując się do wyjścia – …i tobie, i państwu.

Państwo odprowadzili ją wzrokiem do drzwi, a potem przerzucili się na Juniora, oczekując właściwej, przy całej względności tego terminu, reakcji. Wybiegł więc za nią, ale już siedziała w samochodzie.

– Agata, nie wygłupiaj się! Nigdy nie ośmieliłbym się nie przyjść, gdyby nie okoliczności…

Uchyliła drzwi.

– Wsiadaj.

Wskoczył do taksówki i od razu przeszedł do konkretów.

– Nie sądzę… – przerwała mu – …żeby pana taksówkarza to interesowało.

Leon zamilkł posłusznie i trwał tak aż do końca podróży.

– No więc było tak…

– Opowiesz na górze.

Dzielnie wspinał się za nią po niezliczonej ilości schodów, ale tuż za progiem jej mieszkania też nie udało mu się rozpocząć opowieści, bo Agata zażądała przeprosin, przed którymi musiał jeszcze wziąć szybki prysznic. Wziął zatem i przeprosił.

– Za bardzo to się, mój Leosiu, nie wysiliłeś – oceniała po chwili jego starania. – Ale zanim dam ci kolejną szansę, idź do kuchni, poszperaj w lodówce, zrób nam coś do picia i powiedz w końcu, co tam masz za rewelacje.

Leoś Ciesielski w ekspresowym tempie zmieszał wódkę z sokiem pomarańczowym, jeszcze szybciej wrócił do łóżka i już całkiem niespiesznie zaczął opowieść o swoim spotkaniu z inspektorem. Przerywaną od czasu do czasu detektywistycznymi wręcz pytaniami Agaty.

– Zaraz, zaraz. Skąd ten cały inspektor miał zdjęcie twojego stryja?

– Z akt. Zamówił je akurat, bo dostał od niego mejla.

– Jakiego mejla i u kogo zamówił? Takich akt nie trzyma się w bibliotece miejskiej

– Mejl był z Toronto, a akta nie wiem skąd.

– Podobnie jak inspektor. A jeśli to oszust?

– Odznaki faktycznie nie pokazywał, ale skoro jest na emeryturze, to pewnie normalne, że jej nie ma.

– Normalne to jest rodzinne podobieństwo. Czy twój ojciec i stryj są do siebie podobni?

– Co ma piernik do wiatraka?

– Ma, więc?

– Raczej nie bardzo. Ojciec ponoć był niski i krępy…

– Ponoć?

Agata wyskoczyła z łóżka i rozpoczynając nagą miniwędrówkę po miniprzestrzeni swojej sypialni, na przemian to drapała się w głowę, to upijała niewielki pomarańczowy łyczek.

– Ani jednego, ani drugiego nigdy nie widziałem na własne oczy – wyjaśniał Leon, wodząc za nią wzrokiem i gubiąc wątek. – Stryj wyjechał, zanim się urodziłem, a ojciec tuż potem… albo ojciec wcześniej, a stryj później… W każdym razie obaj w sześćdziesiątym ósmym.

– Do Izraela?

Stała przed nim, piękna i smukła niczym rzeźba na nagrobku Kisslinga!

– Pytałam, czy do Izraela.

– Co? Tak, znaczy się ojciec, bo stryj ogólnie… w świat.

– Skąd od czasu do czasu, jak mówiłeś, przysyłał listy. W przeciwieństwie do ojca.

– Tego akurat nie mówiłem

– A słyszałeś o kobiecej intuicji?

– Owszem, choć kompletnie nie wiem, do czego zmierzasz.

– Dowiesz się, jak zadzwonisz do mamy i spytasz, kto faktycznie jest twoim ojcem.

– Daj spokój, to nie jest śmieszne.

– I nie ma być. Dzwoń.

– To jakieś bezpodstawne bzdury, a nie intuicja. Niby dlaczego mam wątpić w ojcostwo mojego ojca.

– Dlatego. Dzwoń.

– I co, mam tak po prostu mamę o to spytać? Przez telefon?

– Możesz spróbować bez, ale nie wiem, czy cię usłyszy.

2.Między Andersenem a Kierkegaardem

Politikommissaer Olaf Potocki, a raczej Potokki, jak najczęściej wymawiano jego nazwisko, stał w oknie swojego pokoju z kanapką w ręku i, obgryzając ją dookoła, patrzył na samochody przemierzające sporą przestrzeń Polititorvet od frontu najgłówniejszej z głównych w całej Danii policyjnych komend. Gdyby nie tempo tego przemieszczania, można by pomyśleć, że ich zawieszeni między przeszłością a przyszłością kierowcy śpieszą po lunchu z powrotem do pracy. Spojrzał na zegarek i już sam miał zasiąść z powrotem za biurkiem, kiedy zza siedziby Falcka, niczym z nicości, wyjechał rowerzysta. Jeden z miliona w Kopenhadze, ma się rozumieć, a jednak jakiś inny. Do tego w meloniku, jakby się urwał ze starego jak świat filmu. Komisarz zmrużył oczy i wtedy dostrzegł istotę tej inności – po prostu całość stanowiła kręcącą nogami jednolitą czarną bryłę, której jedynymi kontrastowymi akcentami była śnieżnobiała koszula i prawie taki sam spinacz u dołu prawej nogawki. Czarno-biały cyklista zatrzymał się w końcu przy rowerowym stojaku, zablokował tylne koło, zdjął z bagażnika czarną dyplomatkę i ruszył w kierunku wejścia do policyjnego budynku.

„Człowiek istnieje, zanim jest” – pomyślał komisarz, naginając nieco starą, Sartre’owską formułę i wpatrując się w stojący na biurku telefon. Już po chwili dzwoniący.

– Słucham.

– Peterssen z dołu. Jest tu u mnie taki jeden namolny kurdupel w filcowym kapelindrze i domaga się rozmowy ze „specjalistą od spraw kryminalnych”, bo dostał jakiegoś bardzo podejrzanego mejla. Tak przynajmniej zrozumiałem, bo mówi tylko po angielsku, zresztą kiepsko, i po polsku. Tłumaczyłem mu, że powinien zgłosić się na komisariat w swoim rejonie, ale on na to, że tu też przecież jest policja i odgraża się, że jak go nie wysłuchamy, to powiadomi prasę, napisze skargę i w ogóle narobi smrodu. Weźmie go pan, komisarzu?

Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi.

Od pół roku, to jest od kiedy został przeniesiony do komendy głównej, miał absolutną „plażę”, bo sprawy, które dostawał, trudno nazwać inaczej i szybciej można było je porównać do kotów ściąganych z drzew przez zastęp dzielnych strażaków, niż do prawdziwej policyjnej roboty.

Zszedł na dół, zabrał namolnego i wrócił z nim na górę.

–Venligst sidde… – powiedział, wskazując mu krzesło – …i spokojnie powiedzieć, o co chodzi.

– Polak?

Potocki wzruszył ramionami.

– To tak jak ja. Nazywam się Lucjan Silberstein i od dwóch lat jestem prawnym pełnomocnikiem rezydującego w Kopenhadze Leona Ciesielskiego. Mój klient przyjechał do Królestwa Danii z Polski w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku. Ja zresztą też, bo wie pan, wtedy po Marcu była w Polsce nagonka na Żydów i my obaj jesteśmy z tej emigracji…

– A ja, to znaczy moi rodzice, z emigracji politycznej nieco późniejszej, bo z roku siedemdziesiątego. Będę wdzięczny, jak zaczniemy od tej konkretnej sprawy, z którą pan przyszedł, a do wątku historycznego wrócimy, jak zaistnieje taka potrzeba, zgoda?

– Jak szanowny pan uważa. No więc proszę sobie wyobrazić, dostałem…, to znaczy na adres mojego klienta nadszedł dziwny mejl i podejrzewam, że to sprawa bardzo kryminalna, która dotyczy jego syna.

Czarno-biały wyjął z czarnej aktówki białą kartkę, połyskując przy okazji srebrnym atlantikiem z czarnym cyferblatem. Może zresztą niezupełnie przy okazji, bo mrucząc pod nosem: „Która to na osi”, niczym obdarowany zegarkiem na pierwszą komunię, czy w jego przypadku raczej nabar micwę,wyrostek, nieco zbyt wyraźnie na niego spojrzał. Odmruczał sobie zaraz potem i zupełnie bez sensu: „Trzecia”, bo była zaledwie czternasta dwadzieścia, i spojrzał na komisarza.

– Przeczytać? – spytał.

– Proszę.

– No więc jest tak:To: Leon Ciesielski, Toronto,From: ataga1.op.pl –i dalej treść właściwa –Właśniemama mi wszystko powiedziała, więc to zupełnie zmienia postać rzeczy. Koniec z kapslami od butelek na mleko! W każdym razie dopóki nie dowiem się, o co ci naprawdę chodzi i po co mam zadawać się z tym emerytowanym policjantem, to w sprawie miejsca na cmentarzu i wdowy nie kiwnę nawet palcem. Zgodnie z twoim poleceniem z mejla sprzed tygodnia jestem teraz w Szczecinie, więc nie odpowiadaj na mój domowy komputer, tylko odkliknij na ten, z którego do ciebie piszę. Jeśli nie odezwiesz się do jutra, to wyjeżdżam. Leon.I co pan powie?

– Nie chcę być niegrzeczny, ale co według pana mogą policję obchodzić kapsle od butelek, miejsca na cmentarzu, a nawet kiwanie palcem w polskim Szczecinie?

– To, że mój klient nie wysłał przed tygodniem tego mejla do Polski…

– Panie Silberstein! Skargi w sprawie nieprawidłowego funkcjonowania poczty elektronicznej należy składać… nie wiem gdzie, u dostawcy Internetu, może w urzędzie telekomunikacji, ale na pewno nie u nas. Jeśli natomiast chce mnie pan zainteresować owym paskudnym szantażem, że ten piszący wyjedzie, jak nie dostanie odpowiedzi, to może będzie lepiej, jak pański klient mu odpisze, i będzie po krzyku.

– Nie będzie, bo od roku nie żyje.

– Kto nie żyje? Pański klient czy ten drugi?

– Przecież mówię, że mój klient, a ten drugi to jego syn.

– No dobrze, proszę mi pokazać tego mejla.

Potocki przeczytał wydruk kilka razy, wpisał coś do komputera, aż wreszcie spojrzał na siedzącego przed nim mężczyznę tak bardzo badawczo, że o mało sam się nie roześmiał.

– Skąd pan niby wie, co i kiedy wysyłał przez Internet pański klient? Składał panu na bieżąco sprawozdania?

– On miał dziewięćdziesiąt lat, jak zaczął pisać mejle, więc, jak pan się domyśla, komputer był dla niego maszyną niemal szatańską. Założyłem mu konto na swoim, które zresztą sam obsługiwałem pod jego dyktando.

– I nie było to zbyt kłopotliwe, skoro mieszkał w Toronto?

– Tak sobie kazał napisać przy nazwisku, że niby pisze z Kanady, ale od samego początku mieszkał tu, na Amie.

– Ukrywał się?

– Trudno powiedzieć. Dwa lata temu zatrudnił mnie do uporządkowania swoich spraw. Sporo tego było, więc oddał mi do dyspozycji gabinet w swoim domku i już choćby dlatego spędzaliśmy razem sporo czasu. Coraz więcej też zacząłem dowiadywać się o jego niezwykłym życiu w Polsce i choć pewnych tematów wyraźnie unikał, zdołałem się zorientować, że uciekł stamtąd ze strachu przed KGB.

– Z Polski czy z Rosji? Bo już się pogubiłem.

– Z Polski, ale wtedy to było to samo.

– A o co chodziło?

– Jak nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze o to samo. Czasem też o kobietę, ale przeważnie o pieniądze. W każdym razie mój klient przyjechał do Danii z jedną walizką.

– Pełną pieniędzy?

– Prawie. Miał w niej trzy sztabki złota, po kilogramie każda.

Komisarz poklikał w klawiaturę komputera i wyjął z biurka kalkulator.

– Jeden kilogram to jakieś trzy i dwie dziesiąte uncji trojańskiej, razy dzisiejszy kurs… powiedzmy tysiąc dwieście pięćdziesiąt euro za jedną i razy trzy, i jeszcze raz razy trzy, to w sumie wychodzi niewiele ponad czterdzieści tysięcy euro. Oszałamiający majątek to to nie jest.

– Kiedyś kurs złota był zupełnie nieporównywalny, a poza tym te trzy sztabki stanowiły ponoć ledwie drobną część tego, co zostało w kraju.

– OK. – Komisarz Potocki wstał, sygnalizując koniec spotkania. – Proszę mi zostawić wydruk tego mejla i swoją wizytówkę. Spróbuję się rozeznać, o co w tym może chodzić, ale obawiam się, że kompletnie o nic.

* * *

Mężczyzna w jarmułce na kopenhaskim Assistens Kirkegård może nie jest zjawiskiem typowym, ale i też, jak szereg innych niespotykanych na innych cmentarzach zjawisk, nie niezwykłym. Jeśli jednak dodać, że skrada się niczym na szpiegowskim filmie, to już zaczyna się to robić intrygujące. Choć widać nie dla każdego, bo siedzący nieopodal grobu Hansa Christiana Andersena komisarz Olaf Potocki już wcześniej zauważył jego odbicie w lśniącej tafli pobliskiego nagrobka, a mimo tego siedział spokojny jakby nigdy nic. Nie poruszył się także, kiedy skradający się był tuż-tuż za nim.

– Ręce do góry. – Usłyszał w końcu i poczuł ukłucie w plecy.

Podniósł je posłusznie… złapał mężczyznę za barki, bez specjalnego wysiłku przerzucił nad sobą i delikatnie położył na brzuchu, na ławce. Następnie zgiął mu lewą nogę w kolanie i wykręcił do tyłu prawą rękę.

– Będziesz grzeczny, czy mam ci te cherlawe kończynki pospinać? – spytał.

– Próbuj, ale nogi i tak w kajdanki nie wciśniesz.

– W typowe faktycznie nie – mówił komisarz, pomagając napastnikowi usiąść i wyciągając zza paska jedną z dwóch par kajdanek – bo mają maksymalnie osiem centymetrów średnicy, ale od czasu, kiedy pracuję bez partnera, zawsze mam też przy sobie te, stanowiące kompilację standardowych z bransoletkami Smith&Wessona na nogi, bo wyjątkowo skutecznie, nawet w szczerym polu, eliminują każdego zawodnika. Obejrzyj sobie, co cię czeka następnym razem.

– Q ci je robi na zamówienie czy kupujesz w supermarkecie?

– W sklepie dla puszystych.

– No dobra. Nie zagaduj i mów lepiej od razu, czego tym razem dusza pragnie? Załatwiasz sobie miejsce pod urnę za głazem z tęczą?

– Goj, mój drogi, to ciągle nie to samo co gej – odrzekł komisarz, otwierając notes jak na przesłuchaniu. – Ale to bardzo intrygujące, że ty w ogóle o czymś takim wiesz. Skąd?

– Robiłem dla ich związku w ubiegłym roku niewielki projekt, to mnie wtajemniczyli.

Policyjny notes został z powrotem zamknięty.

– Powiedzmy, że ci wierzę. Umówiłem się z tobą na cmentarzu, bo takie akurat miejsce pojawia się w sprawie, a pod Andersenem, bo chcę ci opowiedzieć pewną bajeczkę, ale że ma domieszkę krwi żydowskiej, to sam mogę sobie nie poradzić…

– A po trzecie, że to twoja odwieczna świątynia dumania, która jednak odarta z ideologii jest jedynie zwykłą ławką usytuowaną w możliwie najbliższym sąsiedztwie twojego domu, bo po prostu dalej nie chce ci się ruszyć dupy. Nie mówiąc już o tym, że przed poderwaniem kolejnej laski łatwiej ci ją tu oszacować, jeśli ma na sobie jedynie majtki.

„Niby taki świętoszek – pomyślał komisarz, zerkając na dziewczę opalające się nieopodal toples. – A nie dość, że wszystko widzi, to jeszcze bezzasadnie zagląda człowiekowi do łóżka. Dziewczyny z cmentarza, jakby to nekrofilicznie nie zabrzmiało, stanowiły przecież jedynie ułamek jego dorobku i były raczej klasycznym przerywnikiem”.

– Prawda jedynie poniekąd – powiedział więc tylko, by nie rozwijać wątku. – A przechodząc do rzeczy, to wyobraź sobie, że wczoraj odwiedził mnie dziwny jegomość. Niby Żyd, bo w czarnym kapeluszu i cały, z wyjątkiem koszuli, ubrany na czarno, ale bez brody i pejsów, więc podejrzewam, że przebieraniec.

– …

– Izaaku! Bój się Boga Naszego Wspólnego.

Przyłapany na gapieniu się na dziewczynę w majtkach Izaak Kopper zrobił się purpurowy jak rosnące wokół begonie.

– Powtórzyć pytanie?

– Obejdzie się. Parę razy w życiu miałem do czynienia z kandydatami na konwersję. Mieli brody, pejsy, długie czarne płaszcze, białe koszule, nigdy nie nosili krawatów, a nawet korzystali z eruw, ale wciąż byli nie-Żydami. Po prostu tylko nosili się jak chasydzi. Prawdziwą miarą każdego Żyda, jak zresztą każdego innego człowieka, jest jego wnętrze.

– Aż tak głęboko nie zaglądałem. Czyli na podstawie stroju nie da się nic ustalić, zgadza się?

– Ja noszę tylko i wyłącznie jarmułkę i nie przeszkadza mi to być prawdziwym Żydem. Śmiem nawet twierdzić, że i Bogu też nie. Kogo tym razem mam ci sprawdzić?