Wiek wiary - Alice Munro - ebook
Opis

Opowiadanie z tomu "Dziewczęta i kobiety"

Jedyna powieść Munro, „autobiograficzna w formie, choć nie w treści”.

Lata czterdzieste, kanadyjska prowincja. Del Jordan, dziewczynka, później dziewczyna, mieszka na farmie swojego ojca, gdzie jej najczęstszymi towarzyszami są ekscentryczny przyjaciel rodziny i szorstki młodszy brat. Kiedy Del zacznie spędzać więcej czasu w mieście, pojawią się też kobiety: matka agnostyczka sprzedająca farmerom encyklopedie, lubieżna Fern Dogherty i najlepsza przyjaciółka, Naomi.

Dzięki tym nauczycielom i nauczycielkom, a także dzięki własnym doświadczeniom z seksem, narodzinami i śmiercią, Del odkrywa jasne i mroczne strony kobiecości.

Munro ma nieprawdopodobną umiejętność odkrywania niezwykłego w zwyczajnym.

„Newsweek”

To jedna z najzdolniejszych i najbardziej elokwentnych współczesnych pisarek.

„New York Times”

W jej opowiadaniach pełno kipiących emocji, pryskają przesądy, mnożą się niespodzianki, dziwne plotki, skrywane ekscesy seksualne i drastyczne zbrodnie. Lektura Munro nieodmiennie wprawia w zachwyt i zdumienie.

Margaret Atwood, „The Guardian”

Bohaterowie tej książki zostali pokazani ze współczuciem, które czyni ich wstrząsająco prawdziwymi.

„New Yorker”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 38


Alice Munro

WIEK WIARY

Przełożył Paweł Łopatka

Opowiadanie ze zbioru Dziewczęta i kobiety

Wydano z pomocą finansową Canada Council for the Arts (Conseil des arts du Canada)

Tytuł oryginału: Lives of Girls and Women

Copyright © Alice Munro 1971

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Wydanie I

Warszawa

Wiek wiary

Gdy mieszkaliśmy w domu na końcu Drogi na Moczary i zanim matka nauczyła się prowadzić samochód, chodziłyśmy razem do miasteczka, do odległego o milę Jubilee. Kiedy zamykała drzwi, musiałam biec do furtki i sprawdzać, czy przypadkiem z którejś strony ktoś nie nadchodzi. Tylko kto mógł iść tą drogą, wyjąwszy mleczarza i wujka Benny’ego?

Gdy kręciłam głową na znak, że nikogo nie ma, matka chowała klucz pod drugim słupkiem werandy, gdzie drewno przegniło i powstała dziura. Obawiała się włamywaczy.

Odwracając się plecami do mokradeł Grenoch, rzeki i kilku wzgórz w oddali, nagich i porosłych drzewami, które mimo znajomości geografii uważałam czasem za kraj świata, szłyśmy Drogą na Moczary. Z tej strony tworzyły ją dwie drogi dla samochodów, przedzielone bujnie rosnącymi plantanami i żeniszkiem. Nic więcej. Włamywacze pochłaniali mnie bez reszty. Widziałam ich jako czarno-białych, o smutnych zawziętych twarzach, w eleganckich ubraniach. Wyobrażałam sobie, że czają się gdzieś niedaleko, na którymś z porosłych paprociami grząskich pól na skraju mokradeł, czekają, hodując w myśli szczegółowy obraz naszego domu i wszystkiego, co się w nim znajduje. Wiedzieli o złoconych filiżankach z uchwytami w kształcie motyli, o moim naszyjniku z korali, który wydawał mi się brzydki i szorstki, ale nauczyłam się go cenić, bo ciotka Helen przysłała go aż z Australii, z podróży dookoła świata, o srebrnej bransolecie, którą ojciec kupił matce przed ślubem, o miłej dla oka czarnej misie z wymalowanymi postaciami Japończyków, którą dostali w prezencie ślubnym, i o zielonkawobiałym kałamarzu w formie grupy Laokoona, którym nagrodzono matkę za wyniki w nauce, gdy ukończyła liceum – wąż oplatał trzech mężczyzn tak sprytnie, że nigdy nie udało mi się zbadać, czy skrywa marmurowe genitalia. Rozumiałam, że włamywacze pożądają tych skarbów, ale nie zrobią nic, dopóki nie sprowokujemy ich jakimś nieostrożnym ruchem. Ich chciwość i znajomość topografii domu tylko podnosiły wagę, potwierdzały szczególny charakter każdego z tych przedmiotów. Nasz świat odbijał się w ich umysłach, nie miałam co do tego cienia wątpliwości.

Rzecz jasna późnej zaczęłam wątpić w istnienie włamywaczy, a już na pewno w ich zdolność działania w taki sposób. Znacznie bardziej prawdopodobne wydawało mi się, że ich metody są nieprzemyślane, że mają mglistą wiedzę, że nie skupiają chciwości tylko na jednym, a ich relacja z nami jest całkowicie przypadkowa. Gdy moja wiara w nich osłabła, o wiele łatwiej było mi chodzić na mokradła brzegiem rzeki, choć z drugiej strony brakowało mi ich – i to długo.

Bóg nigdy nie jawił mi się tak wyraźnie i przejrzyście jak włamywacze. Matka wspominała o Nim dość niechętnie. Należeliśmy – przynajmniej ojciec i jego rodzina należeli – do wspólnoty parafialnej Jubilee, a mój brat Owen i ja zostaliśmy ochrzczeni jako niemowlęta, co świadczy o zdumiewającej słabości bądź wspaniałomyślności matki, która pewnie łagodniała po porodach i trochę też mieszało jej się w głowie.

Zjednoczony Kościół był najnowocześniejszym, największym i najlepiej prosperującym ze wszystkich kościołów w Jubilee. Przyjął do siebie metodystów, kongregacjonistów i sporą grupę prezbiterian (do których należeli rodzice ojca) w okresie połączenia tych wyznań. W miasteczku mieliśmy jeszcze cztery kościoły. Małe, dość ubogie i – w porównaniu ze Zjednoczonym – bardzo radykalne. Najbardziej radykalny był Kościół katolicki. Jego budynek, cały biały, drewniany, z prostym krzyżem misyjnym, stał na wzgórzu na północnym krańcu Jubilee. Udzielano tam osobliwych posług katolikom, którzy przez swoich świętych, spowiedź i czarne plamy na czole w Środę Popielcową wydawali się dziwaczni i tajemniczy jak Hindusi. W szkole katolicy tworzyli niewielką, lecz nieustraszoną bandę, złożoną głównie z Irlandczyków, którzy zamiast na lekcjach religii siedzieli w piwnicy i walili w rury. Wydawane przez nich wrzaski nijak nie pasowały do tej zagadkowej, groźnej wiary. Ciotki ojca, stryjeczne babki, które mieszkały naprzeciwko kościoła katolickiego, nieraz dowcipkowały, że „warto by do niego wstąpić i się wyspowiadać”, ale i – pewne swojej racji – powtarzały, że katolicyzm to nie przelewki, tylko szkielety niemowląt, trupy uduszonych mniszek pod podłogą klasztorów, grubi księża, wytworne kochanki i papieże Murzyni. Twierdziły, że to najprawdziwsza prawda, że mają książki na ten temat. Budynek kościoła odstawał od tego obrazu jak Irlandczycy w szkole. Czysty, zwyczajny, prozaiczny, bynajmniej nie kojarzył się z zepsuciem i występkiem.

Baptyści też byli radykalni, jednak w zupełnie nieszkodliwy, zabawny nieco sposób. Do kościoła baptystów nie uczęszczał nikt wpływowy czy z pozycją i każdy, nawet Pork Childs, który woził węgiel i zbierał śmieci w miasteczku, mógł zostać w nim ważną figurą, samym prezbitrem. Baptystom nie wolno było tańczyć ani chodzić do kina. Baptystki nie mogły się malować. Ale za to mieli głośne hymny, żywiołowe i pełne optymizmu, i wbrew surowemu życiu, jakie wiedli, ich religię cechowała niespotykana w innych wyznaniach bezceremonialna radość. Ich kościół stał nieopodal domu, który wynajęliśmy potem przy Rzecznej. Był skromny, ale nowoczesny i szkaradny, zbudowany z szarych płyt cementowych, z witrażami z kolorowych szkiełek.

A jeśli chodzi