Wiedźma z lustra - Maggie Stiefvater - ebook
Opis

Trzeci tom bestellerowej serii Król kruków, która zyskała zawrotną popularność nie tylko w USA, ale i na całym świecie!
Blue Sargent dorasta w domu pełnym kobiet, z których każda jest jasnowidzką, medium lub wróżką. Nie bardzo umie odnaleźć się w towarzystwie przeciętnych nastolatków. Jednak jej przyjaciele – uczniowie elitarnej męskiej szkoły Aglionby – z pewnością nie są przeciętni: Noah Czerny – duch zamordowanego przed laty chłopaka; Ronan Lynch, który potrafi wyjmować przedmioty ze swoich snów; Adam Parrish – zamknięty w sobie, obdarzony magicznymi zdolnościami. I wreszcie Gansey – lider całej grupy, który budzi w niej uczucia, o jakie by się nie podejrzewała…
Ich celem jest znalezienie legendarnego walijskiego króla Glendowera. Są bliżej niż kiedykolwiek dotąd. Ale nie tylko oni go szukają…
Wokół przyjaciół zaciska się pajęcza sieć intryg, gróźb i kłamstw. W dodatku pod ziemią znika matka Blue, Maura. A w jaskiniach czai się jeszcze ktoś. Ktoś, kogo nie wolno obudzić pod żadnym pozorem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 410

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maggie Stiefvater

WIEDŹMA Z LUSTRA

przełożył Piotr Kucharski

Tytuł oryginału: Blue Lily Lily Blue

Copyright © 2014 by Maggie Stiefvater. All rights reserved.

Published by arrangement with Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Piotr Kucharski, MMXVI

Wydanie I

Warszawa MMXVI

Dla Laury, jednej z białych rycerzy

Szukam twarzy, jaką miałam wówczas,

Nim świat został stworzony.

– William Butler Yeats, Zanim świat został stworzony [przeł. Ludmiła Marjańska]

Bądźmy wdzięczni lustru, że ukazuje nam wyłącznie nasz wygląd.

– Samuel Butler, Erewhon

Prolog

NA GÓRZE

Persefona stała na odsłoniętym szczycie. Plisowana suknia w kolorze kości słoniowej otulała jej nogi, a po plecach spływały bujne białe loki. Wydawała się nierealna, niematerialna, jak pyłek porwany przez wiatr między głazy i złożony na jednym z nich. Drzewa nie przeszkadzały tu podmuchom, wiało więc potężnie. Rozciągający się w dole świat znajdował się w pełni jesiennej krasy.

Adam Parrish stał obok, z dłońmi w kieszeniach bojówek poplamionych smarem. Wyglądał na zmęczonego, lecz miał bystre spojrzenie, jaśniejsze niż wtedy, gdy Persefona widziała go ostatnio. Interesowała się wyłącznie ważnymi rzeczami, więc od dłuższego czasu nie zastanawiała się nad własnym wiekiem, gdy jednak spoglądała na Adama, uznała, że był dość młody. Widać w nim było tę pierwotną ekspresję, młodzieńczo zgarbione ramiona i rozlewającą się w jego wnętrzu szaloną energię.

„Świetny dzień, by to zrobić” – pomyślała.

Było chłodno i pochmurno. Nie należało obawiać się zakłóceń z powodu słońca, cyklu miesięcznego czy pobliskich prac drogowych.

– To trupia droga – powiedziała, ustawiając się na niewidzialnej ścieżce.

Poczuła, że coś w jej wnętrzu zaczęło mruczeć z zadowoleniem. Miała uczucie podobne do satysfakcji płynącej z wyrównania grzbietów książek na regale.

– Linia mocy – sprostował Adam.

– Odszukaj ją – powiedziała, skinąwszy poważnie głową.

Wszedł natychmiast na linię, obracając twarz zgodnie z jej biegiem w sposób równie naturalny, jak kwiat kieruje się ku słońcu. Persefonie opanowanie tej umiejętności zajęło trochę więcej czasu, gdyż w przeciwieństwie do młodego ucznia nie zawarła paktu z ponadnaturalnym lasem. Pakty nie były w jej stylu. Mówiąc krótko, projekty grupowe nie były w jej stylu.

– Co widzisz? – spytała.

Zamrugał, a przykurzone rzęsy spoczęły na policzkach. Była Persefoną i w ten idealny na coś takiego dzień dostrzegała to co Adam. Nie było to nic związanego z linią mocy – bo rozbite figurki rozrzucone na podłodze pięknej rezydencji. Oficjalny list wydrukowany w miejscowym sklepie z artykułami piśmiennymi. Przyjaciel wijący się u jego stóp.

– Poza tobą – przypomniała mu spokojnie.

Widziała na trupiej drodze tyle wydarzeń i możliwości, że żadne z nich się nie wyróżniało. Jej moce psychiczne były znacznie silniejsze, gdy miała przy sobie przyjaciółki: Callę i Maurę. Calla segregowała jej wrażenia, Maura zaś umieszczała je w kontekście.

Wyglądało na to, że Adam może mieć potencjał w tym kierunku, był jednak zbyt świeży, aby zastąpić Maurę... „Nie, takie określenie było niedorzeczne – skarciła się Persefona w duchu – przecież przyjaciół nie da się zastąpić”. Starała się znaleźć odpowiednie słowo. Nie zastąpić.

Uratować. Tak, oczywiście, właśnie to dotyczyło przyjaciół. Czy Maura potrzebowała ratunku?

Gdyby Maura znajdowała się na górze, Persefona mogłaby to stwierdzić. Gdyby jednak Maura znajdowała się tam, Persefona nie musiałaby tego stwierdzać.

Westchnęła głęboko. I kilkakrotnie.

– Widzę istoty. – Brwi Adama wyrażały albo skupienie, albo niepewność. – Więcej niż jedną istotę. To jak... jak zwierzęta w Stodółkach. Widzę istoty... śpiące.

– Śniące – zgodziła się Persefona.

Gdy tylko skierował jej uwagę na śpiących, wychynęli na pierwszy plan jej świadomości.

– Trzy – dodała.

– Co trzy?

– Zwłaszcza trzy – mruknęła. – Do przebudzenia. Oj, nie. Nie. Dwie. Jednej nie powinno się budzić.

Persefona nigdy nie była zbyt przywiązana do koncepcji dobra i zła, lecz trzecia śpiąca istota zdecydowanie była zła.

Przez kilka minut wraz z chłopcem – Adamem, musiała sobie przypomnieć, niełatwo bowiem przychodziło jej przydawanie znaczenia formalnym imionom – stali tak, wyczuwając pod stopami bieg linii mocy. Persefona delikatnie i bezskutecznie starała się odnaleźć w energetycznej gmatwaninie jaśniejące pasmo egzystencji Maury.

Obok niej Adam na powrót cofnął się w głąb siebie, jak zawsze najbardziej zainteresowany tym, co pozostawało dla niego niepoznane: własnym umysłem.

– Poza tobą – przypomniała mu Persefona.

Adam nie otwierał oczu. Mówił tak cicho, że jego słowa niemal zupełnie ginęły w szumie wiatru.

– Nie chcę być niegrzeczny, ale nie wiem, dlaczego nauka tego miałaby mieć jakąś wartość.

Persefona nie była pewna, dlaczego uważał tak rozsądne pytanie za niegrzeczne.

– Gdy byłeś mały, jaką dostrzegałeś wartość w nauce mowy?

– Z kim uczę się porozumiewać?

Ucieszyła się, że natychmiast zrozumiał ideę.

– Ze wszystkim.

POMIĘDZY

Calla nie mogła pojąć, ile szpargałów Maura trzymała w swoim pokoju na Fox Way 300. Powiedziała to Blue.

Blue nie zareagowała. Przeglądała przy oknie papiery, pochylając w zadumie głowę. Pod tym kątem wyglądała zupełnie jak matka: dobrze zbudowana, wysportowana, niełatwa do powalenia. Miała w sobie dziwaczny urok, nawet jeśli chaotycznie upinała ciemne włosy na czubku głowy i nosiła koszulkę, którą zaatakowała glebogryzarką. A może właśnie z powodu tych rzeczy. Kiedy stała się tak ładna i dojrzała? Choć nie urosła? Zapewne tak działo się z dziewczynami, które żywiły się wyłącznie jogurtami.

– Widziałaś je? – spytała Blue. – Są naprawdę dobre.

Calla nie była pewna, na co patrzyła Blue, ale wierzyła jej. Blue nie miała zwyczaju szastać fałszywymi komplementami, nawet wobec matki. Choć była uprzejma, nie była miła. I dobrze, bo mili ludzie irytowali Callę.

– Twoja matka jest kobietą o licznych talentach! – warknęła. Ten bałagan skracał jej życie o kolejne lata. Calla lubiła rzeczy, na których można było polegać: systemy archiwizacji, miesiące liczące trzydzieści jeden dni, śliwkową szminkę. Maura lubiła chaos. – Na przykład do irytowania mnie.

Calla podniosła poduszkę Maury. Zawirowały wokół niej wrażenia. W jednej chwili poczuła, gdzie poduszka została kupiona, w jaki sposób Maura zwijała ją sobie pod karkiem, ile łez wsiąkło w poszewkę oraz jaką treść miały sny Maury w ciągu ostatnich pięciu lat.

W sąsiednim pokoju zadzwonił telefon mistycznej gorącej linii. Calla natychmiast straciła swoje skupienie.

– Niech to cholera – mruknęła.

Była psychometryczką – jej dotyk zwykle ujawniał zarówno pochodzenie przedmiotu, jak i uczucia właściciela. Tą poduszką posługiwano się jednak tak często, że zawierała zbyt wiele wspomnień, by dało się je posegregować. Gdyby znajdowała się tu Maura, Calla z łatwością zdołałaby oddzielić te pożyteczne.

Gdyby jednak była tu Maura, Calla nie musiałaby ich oddzielać.

– Blue, podejdź tutaj.

Blue teatralnym gestem położyła dłoń na ramieniu Calli. Jej naturalny talent do wzmacniania magii natychmiast wyostrzył zdolności kobiety. Psychometryczka dostrzeg­ła, że to optymizm Maury nie pozwalał jej za­snąć. Wyczuła na poszewce odcisk lekko zarośniętej żuchwy pana Szarego. Ujrzała treść ostatniego snu Maury: zwierciad­lane jezioro i postać jakiegoś mężczyzny.

Calla uśmiechnęła się ironicznie.

Artemus. Dawno niewidziany były kochanek Maury.

– Coś masz? – spytała Blue.

– Nic przydatnego.

Blue zabrała szybko dłoń, dobrze wiedząc, że Calla potrafi wychwycić wiele wrażeń nie tylko z poduszek, lecz także z głębi serc młodych dziewczyn. Calla nie potrzebowała teraz mocy psychicznych, by odgadnąć, że poważna, ale sympatyczna mina stanowiła kontrast z ogniem płonącym w jej wnętrzu. Zbliżała się szkoła, w powietrzu czuć było miłość. Matka Blue zniknęła ponad miesiąc temu w jakiejś tajemniczej, osobistej misji, pozostawiając swego świeżo zdobytego, pięknego zabójcę. Blue była niczym huragan czyhający niedaleko wybrzeża.

„Och, Mauro! – Calli aż się skręcał żołądek. – Mówiłam ci, żebyś nie szła”.

– Dotknij tego. – Blue wskazała dużą, czarną misę wróżebną.

Misa stała krzywo na dywaniku, nietknięta od chwili, gdy Maura z niej korzystała.

Calla nie miała zbyt dobrego zdania na temat wieszczenia, magii luster ani niczego powiązanego ze szperaniem w tajemniczej substancji czasu i przestrzeni, aby następnie wypełznąć po ich drugiej stronie. Prawdę mówiąc, wieszczenie nie było niebezpieczne, gdyż polegało na medytacji przed lustrzaną powierzchnią. W praktyce jednak często wiązało się z uwolnieniem duszy z ciała. Dusza zaś była wrażliwym podróżnikiem.

Gdy ostatnim razem Calla, Persefona i Maura babrały się w magii luster, przypadkiem doprowadziły do zniknięcia Neeve, przyrodniej siostry Maury.

Calla nie lubiła Neeve.

Blue miała jednak rację. Misa wróżebna zapewne mieś­ciła w sobie najwięcej odpowiedzi.

– Dobrze – zgodziła się Calla na propozycję Blue. – Ale nie dotykaj mnie. Nie chcę, abyś jeszcze bardziej wzmocniła wrażenia.

Blue uniosła dłonie, jakby pokazywała, że nie jest uzbrojona.

Calla z wahaniem dotknęła obrzeża misy i w jej polu widzenia natychmiast zakotłowała się ciemność. Spała, śniła. Opadała przez niekończącą się czarną wodę. Jej lustrzana wersja wznosiła się ku gwiazdom. Metal wbił się w policzek. Włosy przykleiły się do kącika ust.

Gdzie w tym wszystkim była Maura?

W głowie Calli zaśpiewał nieznany głos, melodyjny, lecz piskliwy i nieprzyjemny.

Królowe i królowie

Królowie i królowe

Niebieska lilia, niebieska lilia

Korony i ptaki

Miecze i istoty

Niebieska lilia, niebieska lilia

Nagle się skupiła.

Znów była Callą.

Teraz dostrzegła, kogo widziała Maura. Troje śpiących: jasnego, ciemnego oraz coś pomiędzy nimi. Poczuła jej świadomość, że Artemus znajdował się pod ziemią. Jej pewność, że nikt nie opuszczał tych jaskiń, jeśli nie został wyprowadzony. Jej przekonanie, że Blue i jej przyjaciele są częścią czegoś większego, potężnego, rozwijającego się i powoli budzącego...

– BLUE! – ryknęła Calla, ponieważ uświadomiła sobie, dlaczego jej wysiłki nagle stały się tak owocne.

Nie myliła się. Blue dotykała jej ramienia, wzmacniając wszystko.

– Cześć.

– Mówiłam, żebyś mnie nie dotykała.

Blue nie wyglądała na skruszoną.

– Co widziałaś?

Calla wciąż tkwiła w tamtej świadomości. Nie mogła otrząsnąć się z wrażenia, że szykowała się do walki, którą w jakiś sposób już stoczyła.

Nie pamiętała, czy poprzednim razem zwyciężyła.

W DOLE

Maura Sargent miała nieprzyjemne poczucie, że czas przestał działać. Nie jakby nie płynął, ale już nie biegł naprzód w sposób, który zwykła uważać za „zwyczajny”, kiedy to minuty składały się na godziny, a później na dni i tygodnie.

Zaczynała podejrzewać, że być może tkwi w tej samej minucie.

Mogłoby to być niepokojące dla innych. Niektórzy zaś mogliby w ogóle tego nie zauważyć. Maura nie była jednak niektórymi. Zaczęła śnić o przyszłości w wieku czternastu lat. Gdy miała szesnaście, przemówiła do swego pierwszego ducha. Jako dziewiętnastolatka skorzystała ze zdalnego postrzegania, by spojrzeć na drugą stronę świata. Czas i przestrzeń były basenami, w które wskakiwała.

Wiedziała więc, że na świecie istnieją niemożliwe rzeczy, nie wierzyła jednak, by jedną z nich była jaskinia, w której zatrzymał się czas. Czy przebywała tu od godziny? Dwóch? Od dnia? Czterech dni? Dwudziestu lat? Baterie latarki jeszcze się nie wyczerpały.

„Skoro jednak czas nie biegnie tu naprzód, nigdy się nie wyczerpią, prawda?”.

Skradała się tunelem, omiatając go światłem od podłogi do stropu. Nie chciała rozbić sobie głowy lub też wpaść w bezdenną rozpadlinę. Weszła już w kilka głębokich kałuż i w mokrych butach było jej zimno.

Najgorsza była jednak nuda. Dzieciństwo w Wirginii Zachodniej, przeżyte w biedzie, dało Maurze silne poczucie niezależności, wysoką odporność na niewygody oraz skłonność do czarnego humoru.

Wszystko tylko nie monotonia.

Do tego nie można było opowiedzieć dowcipu samemu sobie.

Jedyną wskazówką, że czas może dokądś biec, był fakt, że czasami zapominała, kogo tu szuka.

„Celem jest Artemus” – przypominała sobie.

Siedemnaście lat temu dała się przekonać Calli, że po prostu uciekł. Może chciała dać się przekonać? W głębi serca wiedziała, że był częścią czegoś większego. Wiedziała, że ona też była częścią czegoś większego.

Być może.

Jak dotąd trafiła w tym tunelu jedynie na wątpli­wości. Uwielbiający słońce Artemus na pewno nie wybrałby z własnej woli takiego miejsca. Miała niejasne przeczucie, że ktoś taki jak on mógłby tu umrzeć. Zaczynała żałować wiadomości, jaką pozostawiła. Brzmiała ona następująco:

Glendower jest pod ziemią. Ja również.

Wówczas była z niej zadowolona. Wiadomość miała rozwścieczać i stanowić zachętę, w zależności od tego, kto by ją przeczytał. Pisząc ją, sądziła oczywiście, że wróci następnego dnia.

Teraz zredagowała ją w myślach:

Idę do pozbawionych czasu jaskiń, by szukać dawnego chłopaka. Jeśli będzie wyglądała na to, że przegapię ukończenie szkoły przez Blue, przyślijcie pomoc.

PS Ciasto to nie posiłek.

Szła dalej. Przed nią było czarno jak w kałamarzu i za nią czarno jak w kałamarzu. Promień latarki podkreślał detale: sterczące stalaktyty na nierównym stropie i wodę połyskującą na ścianach.

Nie zgubiła się jednak, bo przez cały czas miała do wyboru tylko jeden kierunek: w głąb i w głąb.

Nie bała się jeszcze. Trzeba było wiele, by wystraszyć kogoś, kto zabawiał się czasem i przestrzenią.

Wykorzystując śliski od błota stalagmit, by się podeprzeć, Maura przecisnęła się przez wąski otwór. Nie wiedziała, co myśleć o widoku rozpościerającym się po drugiej stronie. Strop i podłoga wyglądały jak naćwiekowane. I były nieskończone. Niemożliwe.

Nagle kropelka wody sprawiła, że obraz zafalował, w jednej chwili rozmywając iluzję. Miała przed sobą podziemne jezioro. Ciemna powierzchnia odbijała złote stalaktyty ze stropu, sprawiając wrażenie, że identyczna liczba stalagmitów wyrasta z podłoża.

Dno jeziora było niewidoczne. Woda mogła być na pięć centymetrów, pół metra lub bez dna.

Ach. Wreszcie dotarła. Śniła o tym. Wciąż nie do końca się bała, lecz serce biło jej niespokojnie.

„Mogłabym po prostu wrócić do domu. Znam drogę”.

Jeśli jednak pan Szary był gotów zaryzykować życiem dla tego, czego pragnął, na pewno mogła być równie odważna. Zastanawiała się, czy żył. Zaskoczyło ją, jak bardzo pragnęła, by tak było.

Ponownie zredagowała w myślach wiadomość:

Idę do pozbawionych czasu jaskiń, by szukać dawnego chłopaka. Jeśli będzie wyglądało na to, że przegapię ukończenie szkoły przez Blue, przyślijcie pomoc.

PS Ciasto to nie posiłek.

PPS Nie zapomnijcie zabrać samochodu na wymianę oleju.

PPPS Szukajcie mnie na dnie lustrzanego jeziora.

W jej uchu odezwał się głos. Ktoś z przyszłości lub przeszłości. Martwy, żywy lub śpiący. Maura uświadomiła sobie, że nie był to szept. Głos brzmiał chrapliwie. Zupełnie jakby ktoś wołał od dawna i nie dostawał odpowiedzi.

Maura potrafiła słuchać.

– Co mówisz? – spytała.

– Odszukaj mnie – rozległo się.

Nie był to Artemus. To ktoś inny, kto się zgubił, właś­nie się gubił albo też dopiero miał się zgubić. W tych jas­ki­niach czas nie biegł liniowo. Był lustrzanym jeziorem.

PPPPS Nie budźcie trzeciego śpiącego.

1

Myślisz, że to jest prawdziwe? – spytała Blue.

Znajdowali się między wielkimi dębami, pod niebem wyglądającym jak w lecie. Wokół nich z wilgotnej ziemi wyłaniały się korzenie i głazy. Mgliste powietrze w niczym nie przypominało wilgotnego jesiennego chłodu, jaki zostawili za sobą. Tęsknili za latem, tak więc Cabes­water dało im lato.

Richard Gansey III leżał na plecach, wpatrzony w zamglony ciepły błękit nad gałęziami. Rozciągnięty, w spodniach khaki i cytrynowożółtym swetrze w serek, z rozleniwieniem chłonął otaczający go las.

– Co jest prawdziwe?

Blue zastanowiła się.

– Może wszyscy tu przychodzimy, zasypiamy i śnimy ten sam sen – odrzekła.

Choć wiedziała, że nie jest to prawda, przyjemnie i ekscytująco było wyobrażać sobie, że łączy ich taka więź, iż Cabeswater odzwierciedla coś, o czym wszyscy myśleli, gdy zamykali oczy.

– Wiem, kiedy jestem przytomny, a kiedy śpię – powiedział Ronan Lynch.

Jeśli wszystko wokół Ganseya było miękkie i organiczne, spłowiałe i harmonijne, Ronan był ostry, ciemny i pełen dysonansu, wyraźnie wyróżniał się na tle lasu.

– Naprawdę? – spytał Adam Parrish, zwinięty w kłębek w podniszczonym i brudnym od smaru kombinezonie roboczym.

Ronan wydał z siebie brzydki odgłos, który mógł oznaczać zarówno pogardę, jak i wesołość. Był niczym Cabes­water, urzeczywistniał sny. Jeśli nie znał różnicy pomiędzy jawą a snem, działo się tak dlatego, że ta różnica nie miała dla niego znaczenia.

– Może wyśniłem ciebie – oznajmił.

– Dzięki zatem za proste zęby – odparł Adam.

Wokół nich Cabeswater brzęczało i mruczało życiem. Ptaki, nieistniejące poza lasem, przelatywały im nad głowami. Gdzieś w pobliżu woda płynęła po głazach. Drzewa były wielkie i stare, otulone mchem i porostami. Być może wynikało to z wiedzy Blue, że las jest świadomy, ale uważała, że wyglądał na mądry. Jeśli pozwalała myślom zawędrować wystarczająco daleko, miała wrażenie, jakby puszcza jej słuchała. Trudno to wyjaśnić, ale przypominało to uczucie, gdy ktoś trzyma dłoń tuż nad twoją skórą, nie dotykając jej.

– Musimy zyskać zaufanie Cabeswater, zanim zejdziemy do tej jaskini – powiedział Adam.

Blue nie rozumiała, co oznacza dla Adama tak silna więź z lasem, złożona Cabeswater obietnica, że będzie dla niego rękoma i oczyma. Podejrzewała, że Adam czasami również tego nie wiedział. Zgodnie z jego radą grupa wracała jednak raz za razem do puszczy, klucząc pomiędzy drzewami, ostrożnie badając teren i nic nie zabierając. Chodzili wokół jaskini, w której mogli znajdować się Glendower... i Maura.

„Mama”.

Wiadomość zostawiona przez nią przed ponad miesią­cem nie wskazywała, kiedy zamierzała wrócić. Nie wska­zywała, czy w ogóle zamierzała wrócić. Nie można więc było stwierdzić, czy wciąż jej nie było, ponieważ wpadła w kłopoty, czy też po prostu nie chciała znaleźć się z powrotem w domu. Czy matki innych osób również znikały w dziurach w ziemi, gdy miały kryzys wieku średniego?

– Ja nie śnię – oznajmił Noah Czerny. Był martwy, a więc zapewne również nie sypiał. – Sądzę więc, że to musi być prawdziwe.

Prawdziwe, ale ich, tylko ich.

Leniuchowali jeszcze przez parę minut, a może godzin lub dni. Czym właściwie był tutaj czas?

Niedaleko nich młodszy brat Ronana, Matthew, gawędził z ich matką, Aurorą, zadowoloną z wizyty. Oboje mieli złote włosy i wyglądali jak anioły, jak istoty powstałe w tym miejscu. Blue pragnęła nienawidzić Aurory z powodu jej pochodzenia – została dosłownie wyśniona przez swego męża – i dlatego że posiadała zdolność koncentracji i intelekt szczeniaka. W istocie była jednak niesłychanie miła i radosna, o równie nieodpartym uroku co jej najmłodszy syn.

Ona nie porzuciłaby córki tuż przed ostatnim rokiem szkoły.

Najbardziej irytujące w zniknięciu Maury było to, że Blue nie wiedziała, czy powinno ją ogarniać zmartwienie, czy złość. Miotała się szaleńczo między jednym a drugim, co jakiś czas wypalając się zupełnie i nic nie odczuwając.

„Jak mogła mi to teraz zrobić?”.

Blue oparła policzek o głaz pokryty ciepłym mchem, starając się utrzymać spokój i zadowolenie. Jej zdolność, którą wzmacniała moce psychiczne u innych, zwiększała również natężenie dziwnej magii Cabeswater, a nie chciała spowodować kolejnego trzęsienia ziemi ani wywołać paniki.

Zamiast tego rozpoczęła rozmowę z drzewami.

Myślała o śpiewających ptakach – myślała, pragnęła ich, tęskniła za nimi lub o nich śniła. Była to myśl skierowana pod nietypowym kątem, uchylone drzwi w jej umyśle. Coraz lepiej wychodziło jej stwierdzanie, czy robi to prawidłowo.

Dziwny ptak zaśpiewał wysoko i fałszywie nad jej głową.

Pomyślała-zapragnęła-zatęskniła-śniła o szeleście liści.

Nad nią drzewa zaszumiały liśćmi, tworząc niewyraźne, szeptane słowa. Avide audimus.

Pomyślała o wiosennym kwiecie. Lilii, niebieskiej niczym jej imię.

Niebieski płatek opadł jej na włosy. Kolejny wylądował na grzbiecie dłoni, zsuwając się z nadgarstka niczym pocałunek.

Gansey otworzył oczy, gdy płatki zaczęły mu osiadać na policzkach. Gdy uchylił ze zdziwienia wargi, jeden wylądował mu prosto w ustach. Adam zadarł głowę, by obserwować, jak kwietny, wonny deszcz opada wokół nich niczym latające w zwolnionym tempie niebieskie motyle.

Serce Blue wybuchło ogromną radością.

„To jest prawdziwe, prawdziwe, prawdziwe...”.

Ronan spojrzał na Blue spod zmrużonych powiek. Nie odwróciła wzroku.

Czasami grała z Ronanem Lynchem w to, kto pierwszy odwróci spojrzenie.

Zawsze był remis.

Ronan zmienił się przez lato i Blue czuła się mniej niedopasowana do grupy. Nie dlatego, że lepiej znała Ronana, lecz uważała, iż być może Gansey i Adam teraz znają go gorzej. Zmusił ich, by na nowo go poznali.

Gansey podparł się na łokciach i płatki zsunęły się z niego, zupełnie jakby przebudził się po długim śnie.

– No dobrze, chyba już czas. Lynch?

Ronan podniósł się i stanął w zdecydowanej pozie obok matki oraz brata. Matthew, który jeszcze przed chwilą wymachiwał rękoma niczym cyrkowy niedźwiedź, znieruchomiał. Aurora pogładziła Ronana po dłoni, on zaś na to pozwolił.

– Wstawaj – powiedział do Matthew. – Pora iść.

Aurora uśmiechnęła się delikatnie do synów. Zostanie tutaj, w Cabeswater, robiąc to wszystko, co robią sny, gdy nikt ich nie widzi. Blue to nie dziwiło, bo gdyby matka chłopców opuściła las, natychmiast usnęłaby, nie dawało się bowiem wyobrazić sobie Aurory istniejącej w rzeczywistym świecie. Jeszcze bardziej niemożliwa wydawała się perspektywa dorastania u boki takiej matki jak ona.

„Moja matka nie odeszłaby tak po prostu na zawsze. Prawda?”.

Ronan przyłożył dłonie do boków głowy Matthew, gniotąc jego blond loki i krzyżując z bratem wzrok.

– Idź zaczekać w samochodzie – rzekł. – Jeśli nie wrócimy do dziewiątej, zadzwoń do domu Blue.

Matthew był zadowolony i pozbawiony lęku. Miał oczy w tym samym odcieniu niebieskiego co Ronan, lecz zdecydowanie bardziej niewinne.

– Skąd wezmę numer?

Ronan wciąż ściskał głowę brata.

– Matthew. Skup się. Rozmawialiśmy o tym. Chcę, żebyś pomyślał. Sam mi powiedz: skąd weźmiesz numer?

Młodszy z braci roześmiał się cicho i poklepał po kieszeni.

– No tak. Jest wpisany do twojego telefonu. Teraz pamiętam.

– Zostanę z nim – zaproponował Noah.

– Tchórz – skomentował to niewdzięcznie Ronan.

– Lynch… – zaczął Gansey. – To dobry pomysł, Noahu, jeśli czujesz się na siłach.

Noah jako duch potrzebował energii z zewnątrz, aby pozostawać widzialnym. Blue oraz linia mocy były potężnymi akumulatorami energii duchowej i powinno wystar­czyć, jeśli zaczeka w zaparkowanym w pobliżu samochodzie. Czasami jednak Noaha zawodziła nie jego energia, lecz odwaga.

– Będzie dzielny – powiedziała Blue, lekko szturchając Noaha w ramię.

– Będę dzielny – zapewnił ją.

Las czekał, nasłuchując i szeleszcząc. Skraj nieba był bardziej szary niż rozciągający się bezpośrednio nad nimi błękit, zupełnie jakby Cabeswater tak mocno się teraz na nich skupiało, że rzeczywisty świat mógł się doń wedrzeć.

– De fumo in flammam – wyrecytował Gansey u wejś­cia do jaskini.

– Z dymu w ogień – przetłumaczył Adam Blue.

Jaskinia. Jaskinia.

Wszystko w Cabeswater było magiczne, lecz jaskinia była wyjątkowa, ponieważ nie istniała, gdy pierwszy raz trafili do lasu. A może istniała, tyle że w innym miejscu.

– Sprawdzenie ekwipunku – oznajmił Gansey.

Blue wysypała zawartość podniszczonego plecaka. Ze środka wypadł kask (rowerowy, używany), ochraniacze na kolana (wrotkarskie, używane) i latarka (miniaturowa, używana), a także różowy nóż techniczny. Gdy zaczęła mocować to wszystko na sobie, stojący obok niej Gansey opróżniał swoją torbę kurierską. Mieściła w sobie kask (jaskiniowy, używany), ochraniacze na kolana (jaskiniowe, używane) oraz latarkę (typu Maglite, używaną), a także kilka kawałków nowej liny, uprząż oraz sporo kotew i metalowych karabińczyków.

Blue i Adam wpatrywali się w używany sprzęt. Wydawało się niemożliwe, że Richard Gansey III zdecydował się na zakup czegoś, co nie jest zupełnie nowe.

Nieświadom ich uwagi Gansey bez wysiłku zamocował karabińczyk na linie, używając starannego węzła.

Blue zrozumiała to tuż przed Adamem. Ekwipunek był używany, ponieważ Gansey już go używał.

Czasami trudno było pamiętać, że miał swoje życie, zanim go poznali.

Gansey zaczął rozplątywać dłuższą linę bezpieczeństwa.

– Rozmawialiśmy o tym. Wiążemy się ze sobą i ciąg­niemy trzy razy, jeśli coś nas choć minimalnie niepokoi. Synchronizacja czasu?

Adam zerknął na swój sfatygowany zegarek.

– Mój nie działa.

Ronan zerknął na swój, drogi i czarny, po czym pokręcił głową.

Choć nie było to niespodziewane, Blue zaniepokoiła się i poczuła jak latawiec zerwany z uwięzi.

Gansey zmarszczył brwi, jakby podzielał jej myśli.

– Mój telefon też nie. Zaczynaj, Ronanie.

Gdy Ronan wykrzykiwał jakieś łacińskie słowa, Adam szeptał Blue ich tłumaczenie:

– Czy możemy wejść bezpiecznie do środka?

„Czy moja matka wciąż tam jest?”.

Odpowiedź nadeszła w postaci syczenia liści i gardłowego skrobania, które wydawały się bardziej dzikie niż głosy słyszane przez Blue wcześniej.

– Greywaren semper est incorruptus.

– Zawsze bezpieczny – przełożył szybko Gansey, chcąc dowieść, że trochę jednak zna łacinę. – Greywaren jest zawsze bezpieczny.

Greywarenem był Ronan. Czymkolwiek byli dla tego lasu, Ronan był kimś więcej.

– Incorruptus – zadumał się Adam. – Nigdy bym nie pomyślał, że ktoś określi tym słowem Lyncha.

Ronan wyglądał jak zadowolony grzechotnik.

„Czego od nas chcesz? – zastanawiała się Blue, gdy wchodzili do środka. – W jaki sposób nas postrzegasz? Jesteśmy zaledwie czwórką nastolatków wkradających się do pradawnego lasu”.

Tuż za wejściem do jaskini był dziwnie cichy przedsionek. Jego ściany stanowiły ziemia, kamienie, korzenie i kreda, a wszystko to koloru włosów i skóry Adama. Blue dotknęła nieśmiało zwiniętej paproci, ostatniej roś­liny leżącej w zasięgu światła słonecznego. Adam obracał głowę, nasłuchując, lecz dochodził do nich jedynie stłumiony, zwykły odgłos ich kroków.

Gansey włączył lampę na kasku. Ledwo przenikała mrok zwężającego się tunelu.

Któryś z chłopców lekko drżał. Blue nie wiedziała, czy to Adam, czy Ronan, ale czuła, że przywiązana do jej paska lina podryguje.

– Szkoda, że jednak nie zabraliśmy Noaha – odezwał się nagle Gansey. – Wchodzimy. Ronanie, nie zapominaj zostawiać po drodze znaczników kierunku. Liczymy na ciebie. Nie patrz tak na mnie. Przytaknij, jeśli rozumiesz. Dobrze. Wiesz co? Daj je Jane.

– Co? – Ronan zadał to pytanie tak, jakby został zdradzony.

Blue przyjęła znaczniki – plastikowe dyski z narysowanymi strzałkami. Nie zdawała sobie sprawy, jak jest zdenerwowana, dopóki nie znalazły się w jej dłoniach. Dobrze było otrzymać jakieś konkretne zadanie.

– Ronanie, chcę, żebyś gwizdał, nucił albo śpiewał. I pilnował upływu czasu – polecił Gansey.

– Chyba sobie jaja robisz – odparł Ronan. – Ze mnie.

Gansey spojrzał w głąb tunelu.

– Wiem, że znasz na pamięć wiele piosenek. I że potrafisz je za każdym razem wykonać z tą samą szybkością oraz w tym samym czasie. Musiałeś zapamiętać wszystkie melodie na konkursy muzyki irlandzkiej.

Blue i Adam popatrzyli na siebie z radością. Przyjemniejsze niż widok Ronana wywołanego do tablicy było wyobrażenie Ronana wywołanego do tablicy oraz zmuszonego do zaśpiewania irlandzkiej piosenki.

– Spadaj na drzewo – fuknął Ronan.

Gansey czekał niezrażony.

Ronan pokręcił głową, ale nagle, uśmiechając się złoś­liwie, zaczął śpiewać.

– I raz, i plask, i dwa, i plask, i...

– Nie ta– zaprotestowali jednocześnie Adam i Gansey.

– Nie zamierzam słuchać tego przez trzy godziny – dodał Adam.

Gansey wskazywał Ronana palcem, dopóki ten nie zaczął gwizdać rytmicznej melodii.

I ruszyli w głąb tunelu.

Głębiej.

Światło słońca zniknęło. Korzenie ustąpiły stalaktytom. Powietrze było wilgotne i znajome. Ściany lśniły niczym coś żywego. Od czasu do czasu Blue i reszta musieli przechodzić przez kałuże i strumyki, ponieważ wąska, nierówna ścieżka została wyżłobiona przez wodę, która kontynuowała swe dzieło.

Gdy Ronan kończył każde dziesiąte wykonanie irlandzkiej melodii, Blue zostawiała znacznik. Zapas w jej dłoni kurczył się i zastanawiała się, jak daleko zajdą i skąd będą wiedzieć, że są blisko. Trudno jej było uwierzyć, że tu na dole mógłby być ukryty król. Jeszcze trudniej było sobie wyobrazić, że była tam jej matka. Nie wyglądało to na miejsce do zamieszkiwania.

Uspokoiła myśli. Żadnych trzęsień ziemi. Nic na nich nie pędziło.

Próbowała nie tęsknić za Maurą ani o niej myśleć, nie żywić fałszywych nadziei ani jej wołać. Ostatnią rzeczą, jaką by chciała, byłoby stworzenie dla niej przez Cabes­water kopii matki. Pragnęła bowiem tylko jej rzeczywis­tej. Pragnęła prawdy.

Robiło się coraz bardziej stromo. Już sam mrok był męczący. Blue tęskniła za światłem, za przestrzenią i niebem. Czuła się jak pogrzebana żywcem.

Adam poślizgnął się i przytrzymał, wystawiając rękę.

– Hej! – zawołała Blue. – Nie dotykaj ścian.

– Jaskiniowe zarazki? – spytał Ronan, przerywając gwizdanie.

– W ten sposób przeszkadza się narastać stalaktytom.

– Och, doprawdy...

– Ronan! – krzyknął Gansey od czoła kolumny, nie odwracając się.

Jego kanarkowy sweter w świetle latarek wydawał się jasnoszary.

Ronan zaczął na powrót gwizdać, ale Gansey zniknął.

– Co? – odezwał się Adam.

I nagle został przewrócony. Uderzył o ziemię i zaczął sunąć na boku, wczepiając się palcami we wszystko, co było po drodze.

Blue nie miała czasu uświadomić sobie, co to oznacza, gdy poczuła, jak Ronan chwycił ją z tyłu. Nagle lina u jej pasa napięła się mocno, grożąc przewróceniem i jej. Lynch zaparł się. Wpił się tak mocno palcami w ramiona Blue, że aż bolało.

Adam wciąż leżał, lecz przestał się zsuwać.

– Gansey?! – zawołał, a jego krzyk rozbrzmiał smętnie w rozciągającej się przed nimi przestrzeni. – Nic ci się nie stało?

Gansey nie tylko zniknął – on wpadł w dziurę.

„Jak to dobrze, że jesteśmy ze sobą związani” – pomyślała Blue.

Ronan wciąż ją ściskał i czuła, jak jego ręce dygoczą. Nie wiedziała, czy to z powodu napiętych mięśni, czy z troski. Nawet przez chwilę się nie zawahał, by ją złapać.

„Nie mogę o tym zapomnieć”.

– Gansey? – powtórzył Adam i do jego głosu zakradło się coś straszliwego.

Tak mocno przykrył niepokój pewnością siebie, że było to aż sztuczne.

Trzy pociągnięcia. Blue poczuła, że docierają do niej poprzez Adama.

Adam z widoczną ulgą zanurzył twarz w błocie.

– Co się dzieje? – zapytał Ronan. – Gdzie on jest?

– Na pewno wisi – odparł Adam. Niepewność sprawiła, że akcent z Henrietty zjadał mu końcówki wyrazów. – Lina ciągnie mnie tak mocno, że niemal przecina na pół. Nie mogę się zbliżyć, by pomóc. Jest ślisko i jego ciężar by przeważył.

Uwolniwszy się z rąk Ronana, Blue ostrożnie zbliżyła się do miejsca, w którym zniknął Gansey. Lina pomiędzy nią a Adamem zwiotczała, jednak chłopak nie zbliżył się do otworu.

– Adamie, sądzę, że jeśli nie będziesz się ruszał, możesz stanowić przeciwwagę – powiedziała. – Ronanie, zostań tutaj. Jeśli coś się stanie i zacznę się zsuwać, możesz się zaprzeć?

Lampa na głowie Ronana oświetliła błotnistą kolumnę. Przytaknął.

– Dobrze – oznajmiła. – Teraz podejdę i zerknę.

Przecisnęła się powoli obok Adama. Palcami wbi­jał się bezużytecznie w miękką ziemię przy swoim po­­­liczku.

Blue niemal wpadła w otwór.

Nic dziwnego, że Gansey go nie zauważył. Zobaczyła półkę skalną, a za nią... nic. Poświeciła tam i z powrotem lampą na kasku, lecz otaczała ją jedynie atramentowa czerń. Rozpadlina była zbyt szeroka, by dostrzec drugą stronę. Zbyt głęboka, by zobaczyć dno.

Widziała jednak linę bezpieczeństwa, ciemną od błota, prowadzącą do jamy. Blue zaświeciła latarką w mrok.

– Gansey?

– Tu jestem. – Głos Ganseya rozbrzmiał bliżej, niż się spodziewała. I ciszej, niż się spodziewała. – Ja tylko... Wydaje mi się, że mam atak paniki.

– Ty masz atak paniki? Nowa zasada: przed nagłym zniknięciem wszyscy powinni cztery razy ciągnąć za linę. Złamałeś sobie coś?

Długa przerwa.

– Nie.

Coś w brzmieniu tej jednej sylaby dało wszystkim do zrozumienia, że rzeczywiście się bał.

Blue nie była pewna, czy pocieszanie jest jej mocną stroną, zwłaszcza gdy to ona go potrzebowała, ale spróbowała.

– Będzie dobrze. Jesteśmy tu porządnie zaparci. Musisz się tylko wspiąć. Nie spadniesz.

– Nie o to chodzi – rzekł niemal niesłyszalnie. – Mam coś na skórze i to mi przypomina...

Ucichł.

– Woda – podsunęła Blue. – Albo błoto. Jest wszędzie. Powiedz coś, żebym mogła wycelować w ciebie latarką.

Nie było słychać nic poza jego oddechem, urywanym i pełnym strachu. Blue znów zamiotła przed sobą światłem.

– Albo komary. Komary są wszędzie – odezwała się pogodnie.

Brak odpowiedzi.

– Istnieją ponad dwa tuziny jaskiniowych żuków – dodała. – Czytałam o tym, zanim tu przyjechaliśmy.

– Szerszenie – wyszeptał Gansey.

Ścisnęło jej się serce.

W przypływie adrenaliny zaczęła się uspokajać: „Owszem, szerszenie mogą zabić Ganseya zaledwie jednym ukąszeniem, ale nie, w tej jaskini ich nie ma. I Gansey nie umrze dziś, ponieważ widziała jego ducha w dzień jego śmierci. Był wówczas w mokrym swetrze Aglionby, a nie w bojówkach i wesołym, żółtym swetrze w serek.

Wreszcie odnalazła Ganseya promieniem latarki. Zwisał bezładnie w uprzęży z pochyloną głową i dłońmi na uszach. Oświetliła jego opadnięte ramiona. Były zabłocone, lecz nie widziała na nich owadów.

Mogła znowu odetchnąć.

– Popatrz na mnie – poleciła. – Nie ma tu żadnych szerszeni.

– Wiem – mruknął. – To dlatego powiedziałem, że wydaje mi się, że mam atak paniki. Wiem, że nie ma tu szerszeni.

Nie mówił natomiast tego, co oboje wiedzieli: że Cabeswater było bardzo uważnym słuchaczem.

Co oznaczało, że musiał przestać myśleć o szerszeniach.

– No dobra, teraz już mnie wkurzasz – przyznała Blue. – Adam specjalnie dla ciebie leży z twarzą w błocie. Ronan wraca do domu.

Gansey roześmiał się bez cienia wesołości.

– Mów dalej, Jane.

– Nie chcę. Chcę tylko, żebyś złapał linę i podciągnął się, bo wiem, że możesz to zrobić. Co przyjdzie z tego, że będę mówić?

Podniósł na nią wzrok. Jego twarz była brudna i obca.

– Po prostu coś pode mną szeleści, a twój głos to zagłusza.

Po plecach Blue przebiegł paskudny dreszcz.

Cabeswater było uważnym słuchaczem.

– Ronanie! – zawołała cicho przez ramię. – Mamy nowy plan: Adam i ja wyciągniemy Ganseya bardzo szybko.

– Co?! To kurewsko kiepski pomysł – odrzekł Ronan. – Dlaczego tak mamy zrobić?

Blue nie chciała wypowiadać tego na głos.

Adam musiał jednak ją słyszeć, ponieważ powiedział cicho i wyraźnie:

– Est aliquid in foramen. Sam nie wiem. Apis? Apibus? Forsitan.

Łacina nie mogła ukryć niczego przed Cabeswater. Chciał jedynie oszczędzić Ganseya.

– Nie – powiedział Ronan. – Nie, nie ma. To nie to jest w dole.

Gansey zamknął oczy.

„Widziałam go – pomyślała Blue. – Widziałam jego ducha, gdy umarł, i miał na sobie coś innego. To nie stanie się w taki sposób. Nie teraz, później, później...”.

– Nie – ciągnął głośniej Ronan. – Słyszysz mnie, Cabes­water? Miałem być bezpieczny. Czym dla ciebie jesteśmy? Niczym? Jeśli pozwolisz mu umrzeć, nie będzie to zapewnianiem bezpieczeństwa. Rozumiesz? Jeśli oni zginą, ja również zginę.

Blue słyszała dobiegające z jamy brzęczenie.

– Zawarłem z tobą pakt, Cabeswater – odezwał się Adam głosem stłumionym przez błoto. – Jestem twoimi rękoma i oczyma. Jak myślisz, co zobaczę, jeśli on umrze?

Szelest przybrał na sile. Pochodził z wielu źródeł.

„To nie szerszenie – pomyślała Blue, bo tego prag­nęła. – Czym dla ciebie jesteśmy, Cabeswater? Czym ja dla ciebie jestem?”.

– Wzmocniliśmy linię mocy – odezwała się. – Wzmocniliśmy ciebie. I będziemy ci dalej pomagać, ale ty musisz pomóc nam...

Mrok, wznosząc się z głębin, pożarł promień jej latarki. Rozbrzmiały dźwięki. Słychać było brzęczenie, słychać było łopot skrzydeł. Wypełniały jamę, zasłaniając Ganseya.

– Gansey! – zawołała Blue, a może był to Adam albo Ronan.

Nagle coś uderzyło ją w twarz, a później jeszcze raz. Jakieś ciało odbiło się od ściany i od stropu. Promienie latarek na kaskach były pocięte na setki migoczących fragmentów.

Dźwięk skrzydeł. Dźwięk.

To nie szerszenie.

Nietoperze?

Nie.

Kruki.

Nie było to miejsce, w którym zwykle żyły kruki. I nie było to zwyczajne zachowanie kruków. Wylatywały jednak z rozpadliny pod Ganseyem. Wydawało się, jakby to stado nie miało końca. Blue miała niepokojące wrażenie, że zawsze tak było, że kruki krążyły wokół nich, muskając piórami jej policzki, drapiąc szponami kask. Nagle ptaki zaczęły krzyczeć. Ich wołania stawały się coraz bardziej melodyjne i wreszcie przekształciły się w słowa.

Rex Corvus, parate Regis Corvi.

Król Kruków, zróbcie drogę dla Króla Kruków.

W deszczu spadających piór ptaki skierowały się ku wylotowi jaskini. Blue wezbrało serce, tak wielka była ta chwila, tak niepodobna do innych.

Zaległa cisza, a przynajmniej żaden dźwięk nie przebijał się przez dudnienie serca Blue. W błocie obok Adama drżały pióra.

– Zaprzyjcie się – powiedział Gansey. – Wychodzę.

2

Adam Parrish był osamotniony.

Nie istnieje dobre przeciwieństwo osamotnienia. Można zaproponować więź albo zadowolenie, ale te dwa słowa da się również definiować tak, że zupełnie nie będą do siebie przystawać, widać więc, iż idealne odzwierciedlenie osamotnienia nie jest możliwe. Nie znaczy ono tego samego co samotność, sam lub samotny, choć osamotnienie może zawierać w sobie wszystkie te słowa.

Osamotnienie oznacza stan, w którym jest się oddzielnie. Jest się innym.

Adam nie zawsze był sam, lecz zawsze był osamotniony. Nawet w grupie powoli doskonalił umiejętność trzymania się na uboczu. Było to prostsze, niż można się spodziewać, ponieważ reszta mu na to pozwalała. Wiedział, że stał się inny, odkąd w lecie dostroił się bardziej do linii mocy. Był sobą, lecz potężniejszym. Sobą, lecz mniej człowiekiem.

Na ich miejscu również w milczeniu by obserwował, jak się od nich odsuwa.

Tak było lepiej. Od dawna z nikim się nie kłócił. Od tygodni nie czuł złości.

Teraz, dzień po wyprawie do jaskini kruków, Adam wyjeżdżał swym małym, gównianym samochodem z Henrietty, aby wykonać zadanie dla Cabeswater. Przez podeszwy butów czuł powolny puls linii mocy. Jeśli się na nim nie skupiał, rytm jego serca podświadomie się do niego dostrajał. Było coś uspokajającego i jednocześnie niepokojącego w sposobie, w jaki linia się teraz z nim splatała. Nie potrafił już stwierdzić, czy moc jest jedynie potężnym przyjacielem, czy też stała się teraz nim.

Adam zerknął ostrożnie na wskaźnik paliwa. Uznał, że samochód zdoła wrócić, jeśli nie będzie musiał zapuścić się zbyt daleko w jesienne góry. Nie był jeszcze pewien, co miał zrobić dla Cabeswater. Potrzeby lasu docierały do niego w niespokojne noce i bolesne dnie, wyłaniając się powoli niczym coś wypływającego na powierzchnię jeziora. Obecne wrażenie – dręczące poczucie niepełności – nie było jeszcze w pełni jasne, lecz niedługo zaczynała się szkoła i Adam miał nadzieję uporać się z zadaniem przed pierwszym dniem zajęć. Tego ranka wyłożył umywalkę folią aluminiową, napełnił ją wodą i wieszczył w poszukiwaniu wyjaśnień. Zdołał jedynie dostrzec niewyraźnie miejsce.

„Reszta pojawi się, gdy znajdę się bliżej. Być może”.

Gdy jednak dojechał bliżej, myślami wciąż wracał do brzmienia głosu Ganseya w jaskini podczas wczorajszej wyprawy. Do słyszanego w nim drżenia. Strachu tak silnego, że Gansey nie mógł się zmusić do wyjścia z jamy, choć nie przeszkadzała mu w tym żadna fizyczna przeszkoda.

Nie wiedział, że Richard Gansey III był zdolny do tchórzostwa.

Adam przypomniał sobie, jak klęczał na podłodze kuchni w przyczepie swoich rodziców i przekonywał się, że powinien skorzystać z często powtarzanej przez Ganseya porady, by uciekł. „Adamie, włóż po prostu do samochodu wszystko, co ci potrzebne”.

Został jednak. Wisiał w jamie gniewu swego ojca. Również był tchórzem.

Adam czuł, że w świetle tej nowo zdobytej wiedzy musiał na nowo przeanalizować każdą rozmowę, jaką kiedykolwiek odbył z Ganseyem.

Gdy w polu widzenia pojawił się wjazd na drogę Skyline Drive, myśli chłopaka przeskoczyły na Cabeswater. Adam nie był dotąd w parku narodowym, ale spędził całe życie w Henrietcie, wiedział zatem, że rozciągał się on wzdłuż Pasma Błękitnego, z niemal nienaturalną precyzją podążając wedle linii mocy. Przed nim trzy pasy prowadziły do przysadzistych brązowych budek. Czekała przed nimi krótka kolejka samochodów.

Odnalazł wzrokiem tablicę z opłatami. Nie zdawał sobie sprawy, że aby wjechać, musi zapłacić. Piętnaście dolarów.

Choć nie potrafił wskazać precyzyjnego położenia zadania dla Cabeswater, był pewien, że leżało po drugiej stronie tych budek. Nie dało się wjechać inaczej.

Znał również zawartość swych kieszeni i nie mieściły one piętnastu dolarów.

„Mogę wrócić innego dnia”.

Był już zmęczony wybieraniem innej, tańszej drogi, przekładaniem rzeczy na kolejny dzień. Na dzień, gdy Gansey będzie mógł po nim posprzątać. To miało być coś, co zrobi sam, posługując się własną energią maga wpiętego w linię mocy.

Jednak linia nie mogła go przeprowadzić przez punkt poboru opłat.

Gdyby Gansey tu był, beztrosko wysypałby banknoty z wnętrza camaro. Nawet by się nad nimi nie zastanawiał.

„Pewnego dnia – pomyślał Adam. – Pewnego dnia”.

Stanął w kolejce i wyciągnął portfel. Gdy nie znalazł dość pieniędzy, zaczął szukać drobnych pod siedzeniami. W takiej chwili byłoby jednocześnie łatwiej i trudniej, gdyby towarzyszyli mu Gansey, Ronan oraz Blue. Powstałyby bowiem wówczas zobowiązania: oni zapewnialiby, że nie musi im oddawać, on zaś nalegałby, że owszem, musi.

Ponieważ jednak był tam tylko Adam, osamotniony Adam, spojrzał jedynie w ciszy na mizerną sumę, jaką udało mu się uzbierać.

12 dolarów i 38 centów.

Nie rozzłościł się. Nie było na kogo się złościć. Oparł jedynie na chwilę skroń o szybę od strony kierowcy, po czym wyjechał z kolejki i cofnął na pobocze, by zawrócić.

W tym momencie jego uwagę zwróciły inne czekające samochody. Dwa z nich niczym go nie zaskoczyły, ich obecność w tym miejscu była wręcz oczywista: minivan z młodą rodziną oraz sedan z roześmianą parą w wieku studenckim. Z trzecim autem było jednak inaczej. Pochodziło z wypożyczalni – chłopak widział naklejkę z kodem kreskowym w rogu przedniej szyby. Nie musiało to być nic dziwnego i w środku mógł po prostu siedzieć turysta chcący odwiedzić park narodowy. Na desce rozdzielczej Adam dostrzegł jednak urządzenie, które dobrze znał: czytnik częstotliwości elektromagnetycznej. Obok niego leżał inny sprzęt, ale Parrish nie był pewien jego przeznaczenia. Mógł to być geofon.

Z takich urządzeń Gansey i reszta korzystali podczas poszukiwań linii mocy. Dzięki nim odnaleźli Cabeswater.