Wydawca: Ridero Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wiedma - Monika Maciewicz

Czy wiedźmy latają na miotłach? Jak wygląda sabat? Których ziół użyć w razie choroby? Poznaj świat rytuałów i zaklęć. Świat, w którym czci się lasy, rzeki, słońce i księżyc. Świat, który oprócz ludzi zamieszkują: domowiki, kikimory, rusałki, mamuny, strzygi, południce i wiele innych dobrych lub złych demonów z mitologii słowiańskiej. Poznawaj go wraz z główną bohaterką Wiedmą. Wszak Wiedma, czyli wiedźma, to niewiasta, która wie…

Opinie o ebooku Wiedma - Monika Maciewicz

Fragment ebooka Wiedma - Monika Maciewicz

Monika Maciewicz

Wiedma

Projektant okładkiKarolina Maciewicz

KorektorMonika Maziarz

KorektorRobert Świdnicki

KonsultacjeWaldemar Marek

KonsultacjeTomasz Maciewicz

© Monika Maciewicz, 2018

© Karolina Maciewicz, projekt okładki, 2018

Czy wiedźmy latają na miotłach? Jak wygląda sabat? Których ziół użyć w razie choroby? Poznaj świat rytuałów i zaklęć. Świat, w którym czci się lasy, rzeki, słońce i księżyc. Świat, który oprócz ludzi zamieszkują: domowiki, kikimory, rusałki, mamuny, strzygi, południce i wiele innych dobrych lub złych demonów z mitologii słowiańskiej. Poznawaj go wraz z główną bohaterką Wiedmą. Wszak wiedma, czyli wiedźma, to niewiasta, która wie…

ISBN 978-83-8155-090-1

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Ręce boga

Las wokół Jeziora Lędo jeszcze się nie przebudził do nocnego życia. Trwał w bezruchu i ciszy, jakby nasłuchując z niepokojem, czy nie powróci burza, która niczym despotyczny władca panoszyła się, przygniatając do ziemi niepokorne drzewa i roztrzaskując w pył każdego, kto ośmielił się unieść czoło w jej obliczu. Ręce boga Peruna[1] raz po raz miotały błyskawicami i nie sposób było przewidzieć, z której strony uderzą. Przyroda zamarła więc w trwodze, czekając, aż gniew boga bogów minie. Ptaki pochowały się między konarami drzew, w dziuplach, inne zwierzęta w norach i gęstych zaroślach.

Złowrogą ciszę przerywał tylko cichy, rytmiczny plusk wody. To ludzie. Tylko oni bywają najmniej pokorni wobec potęgi Natury. Niewielkie czółno przemykało po spokojnej już tafli ciemnej wody. W jego wnętrzu siedziało dwoje ludzi. Szeroki w ramionach mężczyzna, z wprawą przecinający wiosłem czarną wodę, i młodziutka dziewczyna, odwrócona od przewoźnika, spoglądająca w kierunku, w którym podążała łódź.

Dziewica była odświętnie ubrana w beżową, lnianą, długą suknię, spod której wystawał płowy fragment spodniej części odzieży. Na stopach miała ciżmy z cielęcej skórki z rzemykiem owiniętym wokół kostki. Buty były nowe, jeszcze trochę uciskały nieprzyzwyczajone nogi. Włosy, rozpuszczone na znak żałoby, ujarzmiała kolorowa krajka. Podobna opasywała jej biodra. Tuż przy nogach leżał skrupulatnie związany worek, wypełniony niewielkim dobytkiem.

Dwoje ludzi płynących czółnem nie zamieniło ze sobą ani słowa. Mężczyzna nie chciał rozmawiać z młodą kobietą, która nocą TAM się udaje. To miejsce zawsze budziło jego lęk. Często przybijał do tej wyspy, bo mieszkał w pobliżu jeziora, więc wynajmowano go jako przewoźnika. Nigdy jednak nie wysiadał z czółna i z ulgą oddalał się, wypełniwszy swoje zadanie.

Ona też nie próbowała nawiązać rozmowy. Zamyślona trzymała w dłoni przewieszony na szyi święty kamyk. Zastanawiała się, jaki los ją czeka. Przypominała sobie pierwsze spotkanie z wiedźmą, panią Ostrowia. Już kilka wiosen temu właścicielka wyspy wydawała jej się bardzo stara. Pamiętała, że energia i siła staruchy nie pasowały do jej pochylonej sylwetki. Czarownica budziła powszechny strach i respekt. Ludzie bali się jej, a jednocześnie mieli świadomość, jak bardzo jest im potrzebna. Nazywano ją Wiedmą, bo dużo wiedziała: jak leczyć zwierzęta, ludzi, przyjmować porody, zapewnić ziemi urodzaj. Mówiono, że ma magiczną moc. Pamiętała jej przenikliwe, siwe oczy. Nigdy wcześniej ani później takich nie widziała. Było w nich życie i była w nich śmierć.

Młoda kobieta zanurzyła dłoń w zimnej toni. Chłód jeziora przeniknął do jej serca. „Może wskoczyć do wody?” — pomyślała. „Gdybym zrobiła to szybko i niespodziewanie, nie zdążyłby mnie wyłowić” — rozważała. Mocniejszy plusk wody, uderzonej przez wiosło, otrzeźwił ją i szybko wyjęła rękę z toni. „O czym ja myślę?” — uzmysłowiła sobie z przerażeniem.

Łódź mknęła dalej. Księżyc powoli przegrywał w walce z ciemnością. Mgły, unoszące się nad wodą i lasem, pochłaniały jego blask. „Za chwilę nic nie będzie widać” — pomyślała ze smutkiem. Zauważyła jednak, że łódź zaczyna kierować się w stronę brzegu. Ostrowie — rozpoznała to miejsce, choć nigdy tu nie była. Słyszała jednak opowieści tych, którzy je odwiedzali. Ojciec też opowiadał matce, gdy myśleli, że ona już śpi.

Wyspa nie miała łagodnie schodzących ku wodzie brzegów, ale ostre, kamieniste skarpy. Rosnące na klifach drzewa pochylały się, rozpościerając rozczapierzone konary i sprawiając wrażenie, jakby chciały pochwycić w swe szponiaste ramiona śmiałków, którzy odważyli się zbliżyć.

Przewoźnik wiedział, że jest jedno miejsce, do którego można podpłynąć łodzią. Dziewczyna wkrótce też je ujrzała. Był to niewielki cypel, wcinający się w wodę. Stała tam słusznej postury, ciemna postać. „Jestem oczekiwana” — uzmysłowiła sobie młoda niewiasta i poczuła lekki zawrót głowy.

Mężczyzna, którego rysów dobrze nie widziała, pomógł jej wysiąść z łodzi, gestem ręki pokazał, że ma iść za nim, i od tej pory ani się nie odwrócił, ani nie przemówił. Kolejna wędrówka, tym razem piesza, również odbywała się w milczeniu. Człowiek szedł powoli, pewnie, jakby znał drogę na pamięć. Dziewczyna starała się dorównać mu kroku i choć czuła, że idą po wydeptanej ścieżce, co chwila o coś się potykała.

Wokół rosły drzewa. Miała wrażenie, jakby zagajnik był pełen żywych istot. Nie widziała ich, ale wydawało jej się, że je słyszy. „To tylko krople deszczu spadają z drzew” — przekonywała się w duchu. Po chwili ujrzała małe światełko, unoszące się między drzewami. Potem drugie, trzecie. Było ich coraz więcej. „Świetliki” — uśmiechnęła się w duchu. „Skąd tu one? Przecież jeszcze chłodne noce” — zdziwiła się. Świetliste robaczki wyraźnie były nią zainteresowane. Otaczały ją wokół, kłębiły się, towarzysząc przez chwilę. Nagle zawirowały koliście i tłumnie odleciały w kierunku, w którym podążali.

Szli blisko stromych brzegów, gdyż dziewczyna słyszała od czasu do czasu plusk wody, dochodzący gdzieś z dołu. Po chwili ujrzała drewnianą chatę, z której wydobywała się smużka dymu. Gdy zbliżali się, wokół domostwa wszczął się niewielki ruch, jakiś ptak poderwał się z zarośli z głuchym krzykiem, po nim usłyszała tupot kopyt, szum w zaroślach, jakby coś się pospiesznie w nich chowało.

Mężczyzna pchnął uchylone drzwi, za którymi pełgało światło. Nie wszedł jednak, tylko przytrzymał je, przepuszczając gościa. Dziewczyna drżąc nieco ze strachu i zimna, wsunęła się do środka. W pomieszczeniu unosiła się woń wrotycza[2]. Na legowisku pod miękkim, futrzanym nakryciem leżała właścicielka chaty oraz całej wyspy.

„Zmieniła się” — pomyślała dziewczyna, przyglądając się kobiecie, która budziła we wszystkich taki strach. Leżała z przymkniętymi oczami, włosy niegdyś srebrzyste stały się białe, twarz i nos wyostrzyły się, przybyło zmarszczek, oddech miała ciężki, świszczący, głowa jej lekko drżała.

— Jestem — powiedziała cicho, niepewna, czy staruszka śpi, czy tylko odpoczywa. Wiedźma otworzyła oczy. Dziewczynę przeszedł dreszcz. Prawie przezroczyste tęczówki przypominały niebo po burzy.

— Dotrzymałaś obietnicy — powiedziała zachrypniętym głosem. Dziewczyna nic nie odrzekła.

W izbie zrobiło się jaśniej, ogień w palenisku zachłannie obejmował świeże drewno, które przed chwilą dołożył mężczyzna. Dwa koty — jeden o srebrzystej sierści, drugi złocistej leniwie odsunęły się od zbyt gorącego żaru. Staruszka z trudem usiadła.

— Wyrosłaś na piękną niewiastę Biwio — stwierdziła, mierząc wzrokiem gościa. — Usiądź — wskazała drżącą ręką swoje posłanie.

Dziewczyna posłusznie usiadła. Staruszka chwyciła jej gładką dłoń i zajrzała w oczy.

— Przeliczyłam się. Mój czas się zbliża. Nie zdążę cię nauczyć — mówiła z trudem.

„Nauczyć?” — dziewczyna nie bardzo rozumiała, o czym mówi ta stara kobieta.

— Tak. Nauczyć — powiedziała wiedźma, jakby czytała w jej myślach. — Nie potrzebowałam niewiasty do posług. Chciałam ci przekazać wiedzę.

Staruszka zmęczona opadła na posłanie. Mówienie męczyło ją. Oddech stawał się przyspieszony i coraz bardziej świszczący.

— Moje ciało staje się nieposłuszne — powiedziała, przymykając oczy. Odwróciła głowę do ściany.

— Aczli[3] zostaniesz, wyrzekniesz się stadła[4], będziesz budzić strach, bo ludzie nie lubią inszości. Nauczę cię, ile zdołam, ale nie zdążę przekazać wszytkiego[5]. Przeto masz prawo odejść. Miłosz cię jutro o świcie odwiezie.

Zapadło milczenie. Biwia rozejrzała się, nie wiedząc, co robić, jak się zachować. Koty podniosły się z podłogi i wskoczyły na posłanie swojej pani. Mężczyzna siedział przy palenisku, z napięciem spoglądając w jej stronę.

Pomyślała o rodzinnym domu, ojcu, matce, siostrach oraz ukochanym bracie, który nigdy nie pogodził się z jej decyzją. Przypomniała sobie jego prośby, błagania, nawet łzy. Odgrażał się, pragnął płynąć zamiast niej. Nie chciał słuchać żadnych argumentów. Biwia obiecała mu, że wróci.

— Zostanę z tobą — zwróciła się do wiedźmy.

Wiedziała, że postępuje słusznie. „To dla ciebie bracie” — pomyślała.

[1] Perun — bóg nieba, piorunów.

[2] Wrotycz — roślina lecznicza, stosowana w zielarstwie, między innymi zwalcza pasożyty i odstrasza owady.

[3] Aczli — jeśli.

[4] Stadło — rodzina.

[5] Wszytko — wszystko.

Bliźni brat

Ogień w palenisku powoli skrywał się w drobinach żaru. W izbie zrobiło się ciemno. Mężczyzna zniknął na stryszku i słychać było, jak układa się do snu. Biwia, leżąc na włochatym, szorstkim posłaniu, wsłuchiwała się w świszczący, nierówny oddech wiedźmy. Nie mogła zasnąć. Przymknęła oczy, znów powracając do wspomnień, do ostatniego z nią spotkania. Zaczęła sobie przypominać zrozpaczonych, bezradnych rodziców: zapłakaną matkę i trzęsące się ręce ojca. Nikt nie zwracał zbytniej uwagi na krzyczące w kołysce niemowlę. Rodzice z niepokojem spoglądali na posłanie, gdzie leżał Bartus. Dusza jej duszy, powiernik wszystkich myśli, uczuć, pragnień, lustrzane odbicie — bliźni brat. Chłopiec miał przymknięte oczy, na twarzy zlanej potem, pokrytej czerwonymi plamami, widoczne były rezygnacja i ból. Ciałem, upstrzonym wybroczynami, wstrząsały dziwne dreszcze.

— Wyruszam jeszcze dziś — Biwia usłyszała stłumioną rozmowę rodziców.

— Pamiętasz? Wtedy nam pomogła — indagował ojciec, a matka tylko nerwowo usiłowała stłumić drżenie własnych ramion.

Biwia domyślała się, o kim rozmawiali. Poprzedniej nocy słyszała podobną, prowadzoną szeptem, gorączkową dyskusję. Zrozumiała, że ojciec wybiera się na Ostrowie, wyspę Wiedmy.

O świcie już go nie było. Biwia na zmianę z matką nosiły ciężkie cebry wody, zanurzały w nich lniane prześcieradła, chusty i okrywały nimi rozpalone ciało Bartusa. W kołysce pod ścianą kwiliła niedawno urodzona siostrzyczka, dla której nikt teraz nie miał czasu.

Nagle w drzwiach stanęła… ona. Nozdrza mieszkańców podrażniła kamforowa woń wrotycza. Kobieta miała na sobie szarą suknię i długą wełnianą narzutkę w tym samym kolorze. Głowę skrywał głęboki kaptur. Wydawało się, że staruszka ma garb, dopiero, gdy rozsupłała pleciony sznurek na piersi i zdjęła pelerynę oraz kaptur, Biwia odkryła, że był to duży worek przewieszony na plecach. Talię wiedźmy opasywał jasnobeżowy sznur, na którym było zawieszonych mnóstwo mniejszych woreczków. Kobieta nie nosiła czepca. Dziewczynka przyglądała się jej długim, srebrzystym włosom, zaplecionym w koronę. Największe jednak wrażenie wywarły na niej oczy Wiedmy. Półprzezroczyste, przenikliwe spoczęły na Biwii, kołysce i w końcu na Bartusie. Staruszka podeszła do niego i dotknęła twarzy chłopca, z uwagą przyglądając się czerwonym plamom.

— Cały gorze — powiedziała wreszcie. — Przynieście jajec — zażądała.

Matka właśnie przystawiła do piersi płaczące całą siłą swych płucek niemowlę, więc Biwia prędko pobiegła do komory. Gdy wróciła z koszykiem jaj, zobaczyła, że wiedźma masuje stopy brata. Potem starucha sięgnęła do kobiałki, wyjęła dwa jajka, rozbiła je i rozlała na piersiach oraz brzuchu chorego.

— Zimnej wody przynieś. I dołóż do ognia, bo musi zawrzeć — wydawała kolejne polecenia.

Jeszcze nie skończyła mówić, a Biwia stała już z cebrzykiem u progu. Wracając do izby, zobaczyła Wiedmę pochyloną nad bratem. Stara dotykała jego czoła, szyi, piersi, szepcząc półgłosem zaklęcia. Kobieta, widząc zainteresowanie dziewczyny, zaczęła mówić głośniej:

— Idź precz, dziki gościu, tam, gdzie człek nie mieszka, gdzie wiatr nie wieje, gdzie kur nie pieje.

Potem splunęła. Najpierw na wschód, potem na południe i zachód.

Dziewczynka dołożyła do ognia i nastawiła w glinianym garncu wodę, przypatrując się bacznie czynnościom wiedźmy. Stara kobieta wysupłała z woreczka wosk.

— Włóż to do miski i postaw na kamieniu przy ogniu — zwróciła się do dziewczyny. — Trza odczynić uroki.

Biwia pilnowała roztapiającego się w naczyniu wosku. Zastanawiała się, jak wygląda odczynianie uroków. Tymczasem Wiedma znów uciskała stopy Bartusa. Musiała bardzo mocno je ugniatać, gdyż chłopiec chwilami aż się kurczył z bólu. Siostra zaniepokojona stanęła tuż obok brata, obawiając się, że wiedźma zamiast mu pomóc, tylko wzmaga jego ból.

Kobieta obejrzała się. Dziewczyna twardo wytrzymała jej przenikliwe spojrzenie.

— Zetrzyj to z niego — powiedziała, wskazując ręką na mokrą chustę w cebrzyku i na pół ścięte białko z jajek na ciele chłopca.

Wiedźma uważnie obserwowała Biwię.

— Teraz zrób ze świeżymi jajcami to samo co ja — staruszka wydawała polecenia, nie przestając wpijać pazurów w stopy Bartusa. Dziewczyna bez słowa wykonywała wszystko, co nakazywała jej ta niezwykła kobieta.

Skrzypnęły drzwi. Ojciec wniósł gałęzie tarniny i zaczął układać przy palenisku.

— Czy będą dobre? — zapytał nieśmiało.

— Tak, Dagonie — wiedźma chwyciła przez zapaskę gorącą miskę z woskiem. –Wrzuć tarninę do ognia, niech złe przepędzi. A ty — zwróciła się do Biwii — weź czerpak i nabierz zimnej wody. Teraz podłóż, bo wosk lać będziem.

Biwia przytrzymała czerpak nad głową Bartusa, a wiedźma, lejąc do nabieraka wosk, zaczęła inkantację[1]:

— Mocny, północny, wschodni i zachodni, gnębiący, życie odbierający, polewam cię wodą i odsyłam do suchego gaju, w złoty piach. Tam hulaj, dokazuj, ale jego zostaw. Czerwonej krwi nie spijaj, sinych żył nie wyciągaj. Mocny, północny, wschodni i zachodni, gnębiący, życie odbierający, polewam cię wodą…

Po trzykrotnym powtórzeniu zaklęcia Wiedma odstawiła misę. Wzięła czerpak i przyjrzała się plamie pływającego wosku.

— Dagonie, zabierz czerpak z woskiem i jajca odczyniające. Wynieś je het na rozstaje dróg poza sioło[2] i tam zakop w piachu.

Biwia sprawnie zaczęła zbierać rozlane jajko z piersi i brzucha Bartusa, potem przemyła jego ciało szmatką. Podała to wszystko ojcu, który szybko wyszedł z chaty z nieczystym, by pozbyć się go jak najprędzej.

Gdy dziewczyna posprzątała wokół łóżka brata, wiedźma wyciągnęła jeden z woreczków.

— Zdejmij garniec z ognia. Wrzuć trzy garści ziela i przykryj.

— Może ja pomogę — podeszła usłużnie matka Biwii, której udało się wreszcie uśpić niemowlę.

— Nie — odezwała się oschle wiedźma. — Ona mi pomaga.

— Nastaw znowu wodę. Potrzebny jest drugi napar — rzuciła w stronę zwinnej pomocnicy.

Sama natomiast schłodziła mokrą chustą czoło i skronie chłopca, który otworzył już całkiem przytomnie oczy. Biwia zauważyła, że jego ciało już nie podrywało się w dziwnych wstrząsach. Leżał spokojnie, patrząc to na wiedźmę, to znów na Biwię.

Starucha wyjęła z worka niewielkie gliniane naczynie i nasmarowała chorego lepką, żółtawą mazią.

— Dajcie co ciepłego do okrycia.

Matka zdjęła z belki chustę. Gdy Bartus już leżał szczelnie owinięty, wiedźma poczęła z kolejnych woreczków wysupływać suche ziele, mrucząc coś pod nosem. Zdjęła garniec z ognia i powtarzając zaklęcia śpiewnym głosem, przyrządzała kolejny napar. Pierwszy, przygotowany przez Biwię, nie był już wrzący. Staruszka uniosła nieco ciało chłopca i podała mu miksturę. Chory pił chętnie, nawet łapczywie. Jednak po paru łykach wiedźma odsunęła od jego ust naczynie.

— Podawajcie mu ten napar o jutrzni, w południe, wieczorem i dwa razy w ciągu nocy. Jeśli dożyje rana, będzie zdrów — powiedziała, kładąc go ostrożnie na posłaniu.

— Ten drugi napar jest dla was. Pijcie go aż do nowiu, zanim zaczniecie śniadać i wieczerzać, to może was niemoc nie weźmie. Przyjdę, gdy Dadźbóg[3] zacznie nowy dzień.

Pozbierała swoje worki, zarzuciła pelerynę, kaptur i ruszyła ku wyjściu. Przy drzwiach zatrzymała się na chwilę. Wzięła opartą o ścianę wiklinową miotłę. Biwia była przekonana, że zaraz zdarzy się coś niezwykłego, że zobaczy, jak czarownica poleci na niej. Ta jednak tylko odwróciła drapakę i postawiła wiechciem ku górze.

— I niech tak stoi, by złe odstraszało.

Zniknęła za drzwiami, a w chacie jeszcze długo unosiła się woń wrotycza.

Córka Dagona na zmianę z matką czuwały przy Bartusie całą noc. Słońce było już wysoko, gdy wiedźma po raz kolejny stanęła u progu, a za nią ojciec. Mężczyzna wyglądał, jakby minęło już parę lat, a nie godzin. Włosy stały się bielsze, oczy zapadły gdzieś głęboko za żółtawą opuchlizną twarzy. Nie przywitał się, o nic nie zapytał, tylko podszedł do śpiącego i chwycił go za rękę. Bartus drgnął, otworzył oczy i uśmiechnął się. Twarz ojca natychmiast się wypogodziła. Chłopiec wyglądał o wiele lepiej. Starucha zebrała z jego ciała lepką maź i nałożyła świeżą.

— Będzie żył — powiedziała krótko. — Dawajcie mu ten napar tak samo przez trzy dni i noce. A ten drugi pijcie świtaniem i przed nocą.

Starucha stanęła gotowa do wyjścia, ale nie wychodziła. Wyraźnie nad czymś się zastanawiała, na coś czekała.

— Jak możemy ci się odwdzięczyć? — spytał ojciec.

— Dobrze wiecie, czego chcę. Ale czy mi to dacie?

Rodzice spojrzeli na siebie zdziwieni. Matka nerwowo zaczęła kołysać na rękach niemowlę. Ojciec rozejrzał się po izbie, jakby zastanawiając się, czym mógłby obdarować wybawicielkę.

— Nie wiemy, Wiedmo — odparł cicho. — Czego od nas żądasz?

— Chcę… ją — odparła starucha, wskazując kosturem na Biwię.

— Co takiego?! — krzyknęła matka, kładąc szybko niemowlę do kołyski i osłaniając swoim ciałem starszą córkę.

— To, to niemożliwe — powiedział cicho ojciec.

— Życie jest dużo warte — powiedziała wiedźma i oparłszy się o kostur, czekała. — Macie bliźnie dziatki. A sami wiecie, że jedno dla ludzi, a drugie dla bogów przeznaczone. Syn was na starość będzie wspierał, drugiej córki też się doczekaliście — dodała, wskazując na kołyskę. — Pewnie jeszcze się i następne narodzi. A ja potrzebuję niewiasty do pomocy.

— Nie mogę ci jej oddać — zaszlochała matka, przytulając pierworodną.

— Ja pójdę do niej — powiedziała Biwia, wysuwając się delikatnie z roztrzęsionych ramion matki. Podeszła do wiedźmy i patrząc jej prosto w oczy, powiedziała krótko:

— Możesz mnie zabrać, Wiedmo. — Biwia mogłaby przysiąc, że na twarzy staruchy przemknął uśmiech.

— Wrychle[4] przyjdziesz. Jeszcześ nie źrzała[5]. Będę na ciebie czekać — powiedziała. Uniosła dłonie za głowę, rozsupłała rzemyk. Biwia ujrzała okrągły kamyk z wydrążonym przez wodę otworem. Nawęza[6], należąca do Wiedmy, spoczęła na jej piersiach.

— To święty kamień. Niechaj ci służy, zapewni dobry los i nie pozwoli zapomnieć o obietnicy.

Po chwili już jej nie było.

[1] Inkantacja — obrzędowe zaklinanie.

[2] Sioło — wieś.

[3] Dadźbóg (Dażbóg, Daćbóg) — słowiańskie bóstwo solarne, utożsamiane bezpośrednio ze słońcem; syn Swaroga.

[4] Wrychle — wkrótce.

[5] Źrzała — dojrzała.

[6] Nawęza — amulet słowiański.

Święty Dąb

Obudziło ją ciepło i mruczenie. Bursztynowy kot leżał rozciągnięty tuż przy jej twarzy. Gdy się ruszyła, zabłysły mu złociste ślepia, miauknął krótko, jakby na przywitanie, i z powrotem położył głowę, wydobywając gdzieś ze swojego wnętrza przyjazne mruczenie. Biwia dotknęła delikatnie jego puszystego futra, potęgując hipnotyczne brzuchomówstwo towarzysza. Rozejrzała się. Nikogo w izbie nie było. Słońce przez szpary dostawało się do wnętrza chaty. Ogień znów wesoło tańczył żółtym płomieniem, obejmując duży garniec. Przy ścianie, obok przepierzenia, stał kamienny piec, a przy nim sążnista ława zastawiona glinianymi i drewnianymi naczyniami. Po drugiej stronie izby stała druga, nieco niższa, na której rozłożone było legowisko Wiedmy, a przy nim rzeźbiona, drewniana skrzynia. Drzwi, otwarte na oścież, skrzypiały, poruszane wiatrem.

Dziewczyna, zawstydzona swoim lenistwem, pospiesznie złożyła posłanie, układając pled i skóry pod ścianą. Gdy się odwróciła, zobaczyła u wejścia chaty mężczyznę. To był ten sam, który przyprowadził ją poprzedniego wieczoru. Poznała go po barczystych, choć już nieco pochylonych ramionach. Był stary. Miał siwe włosy, opadające bezładnie na plecy, twarz ogorzałą od słońca. Niby spoglądał na nią, uśmiechając się przyjaźnie, ale jednocześnie jego wzrok sięgał gdzieś dalej, jakby dostrzegał ją w innym miejscu niż stała. Przytrzymywał dwa jesionowe kloce. Musiały być dość ciężkie, bo żyły na jego rękach nabrzmiały od wysiłku.

— Może w czymś pomóc? — zapytała pospiesznie. Mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy, wtaczając się do wnętrza izby i zrzucając drewno przy palenisku.

Wyszła z chaty. Przed przestronną komorą siedziała Wiedma i przesypywała jakieś zioła, mrucząc śpiewnie pod nosem. Rzuciła szybkie spojrzenie na dziewczynę i nie przerywając monotonnego śpiewu, powróciła do swojego zajęcia. Biwia, czując wyrzuty sumienia, rozejrzała się i dojrzawszy wiklinową miotłę, chwyciła ją pospiesznie.

— To ja może pozamiatam — ofiarowała się, chcąc jak najszybciej zatrzeć złe wrażenie, i wzniosła brudnoszary pył zamaszystymi pociągnięciami drapaki.

— Ostaw to — Wiedma nawet nie podniosła wzroku. — Ty masz się uczyć, a nie tracić czas.

Młoda adeptka pokornie odstawiła miotłę wiechciem do góry. Chciała wytrzeć ręce w siebie, ale przypomniała sobie, że ma nowo uszyty strój, więc strąciła dłonią z dłoni niewidoczny pył.

— Jestem gotowa — oświadczyła z zapałem.

— Do czego? — starucha uniosła brwi i uważnie spojrzała na dziewczynę.

— Do nauki — odparła zdziwiona pytaniem.

— Pierwej musisz przebyć[1] próbę, bych[2] mogła cię wprowadzić — Wiedma perfekcyjnie maskowała wszelkie emocje na twarzy.

— Próbę? — Biwia spojrzała z lękiem na susz rozłożony na wyciosanym z drewna stole.

— Tako[3]. Próbę — powtórzyła beznamiętnie czarownica. — Inicjację. Jeśli ją przebędziesz, odczytasz znaki i nimi się pokierujesz, staniesz się wiedźmą. Wtedy dopiero pojmiesz, czym jest magia.

— A jeśli nie zdołam?

— To już niczego nie pojmiesz. I nie polatasz na miotle — zaśmiała się, jak z dobrego żartu. — Nawet nią nie pozamiatasz.

— Jak ona będzie wyglądać? Ta inicjacja — Biwii humor staruchy jednak nie bardzo się udzielał.

— To, dziecino, wie tylko ten, kto ją przebył. Jutro ostatnia noc pełni. Musimy się spieszyć. A teraz chodźmy śniadać. Miłosz uwarzył[4] nam kaszę.

Stara z trudem podniosła się. Dziewczyna usłużnie pochwyciła ją pod ramię, pomagając wstać.

— Miłosz to twój mąż?

Intrygowała ją ta milcząca postać. Nigdy nie spotkała mężczyzny, który wbrew tradycji wykonuje tyle kobiecych prac.

— Brat — sapnęła wiedźma. — Pomaga mi. Prowadzi gospodarstwo, uprawia ziemię przy chacie, warzy jadło.

— Ani razu nic nie rzekł.

— Bo on nie mówi.

Dzień upłynął Biwii na poznawaniu wyspy. Starucha pokazała jej zbiory ziela, nasion, korzeni i kory złożone w specjalnie na nie przeznaczonej szopie, zwanej owinem. Weszły również do wkopanej głęboko ziemianki, w której przechowywali żywność. Biwia zauważyła, że tego mieszkańcom wyspy nie brakowało, bo ludzie odwdzięczali się, jak mogli, za pomoc w chorobach, odczynianiu uroków, zamawianiu Pogody[5] i urodzaju Matki Ziemi Mokoszy[6]. Oglądała też zioła przy chacie, które kwitły rozbujałe wiosennym słońcem, wykluwające się z ziemi jarzyny, zboża. Odwiedziła zwierzęta w zagrodzie, nakarmiła kozy. Życie z pozoru przebiegało tu zwyczajnie. Niepokoiło jednak Biwię zachowanie wiedźmy, która co pewien czas zwracała się do jakichś wyimaginowanych postaci, to pokrzykiwała na kogoś, kogo nie było, to znów uśmiechała się, potakiwała albo zaprzeczała. Dziewczyna słyszała, że ludzie przed śmiercią widzą jakieś osoby, rozmawiają z nimi, jednak ci, w których życie jeszcze mocno siedzi, nie dostrzegają ich. Bała się, czy aby Wiedma nie jest właśnie w takim stanie. Jednak z drugiej strony staruszka była bardzo ożywiona. Wyglądała znacznie lepiej niż poprzedniego wieczoru.

Potem udały się do Świętego Gaju. Położony był w zachodniej części wyspy. Ogrodzony żerdziami, składający się głównie z dębów, wśród których najważniejszą rolę odgrywał najstarszy, rozłożysty, częściowo zwęglony od uderzenia pioruna. Kobiety weszły na świętą ziemię w nabożnym skupieniu. Złożyły pod Perunowym drzewem ofiarę z koziego mleka i kurzych jaj. Dąb, osmolony ręką boga, przyjął łaskawie żertwę[7]. Kobiety trzykrotnie obeszły go, Wiedma rozpoczęła inkantację, prosząc o siłę i wytrzymałość dla młodej adeptki czarownictwa, o pomyślną inicjację i cierpliwość w zdobywaniu wiedzy. Kazała dziewczynie dotknąć dębowego pnia i czekać, aż spłynie na nią energia, która drzemie w sokach drzewa.

— To moc płynąca z jego korzeni, z Matki Ziemi, ale i z niebios, od Pana Nieba, który objawił swą siłę piorunem, przeorał korę pnia świętego drzewa, by złączyć się z Mokoszą — wyjaśniła Wiedma.

Biwia czuła tę energię, którą dąb się z nią dzielił. Część drzewa była uschnięta i zwęglona, ale reszta żyła, tworząc swoistą dychotomię. Drzewo scalało w sobie witalność i obumieranie. Dziewczyna wzruszona osunęła się na kolana i dotknęła czołem kory pnia.

— Dziękuję ci, Święty Dębie, łączniku Nieba i Ziemi, życia i śmierci. Panie, którego korona sięga chmur, a druga wrasta głęboko w ziemię. Dziękuję za moc, której mi udzieliłeś.

Modlitwa w ustach dziewczyny układała się sama. Stara Wiedma z zadowoleniem patrzyła, jak Wybrana jednoczy się z Naturą. Była dobrej myśli.

[1] Przebyć — przetrwać.

[2] Bych — bym.

[3] Tako — tak.

[4] Warzyć — gotować.

[5] Pogoda (Podaga) — bogini wymieniona przez kronikarza Jana Długosza.

[6] Mokosz — bogini płodności i urodzaju, utożsamiana z Matką Ziemią oraz traktowana jako partnerka Peruna.

[7] Żertwa — ofiara.

Domowik i mandragora

Delikatne drapnięcie w szyję przeraziło Biwię. Odruchowo sięgnęła dłonią, natrafiając na miękkie futro bursztynowego kota. Przeciągał się, plącząc pazury w jej włosach. W chacie panował jeszcze półmrok, ale śpiew ptaków na zewnątrz ogłaszał nowy dzień.

Biwia poderwała się, rozglądając pospiesznie. Włosy, splecione wieczorem w warkocz, teraz rozpuszczone i skołtunione plątały się po twarzy, ramionach. Wyglądały jak konopne pakuły. Dziewczyna nie znosiła, gdy ktoś dotykał jej włosów, nigdy nie pozwalała się nikomu uczesać, ani nawet pogłaskać. Spojrzała gniewnie na kocura jak na winowajcę.

— A uczciłaś po wieczerzy domowika[1]? — spytała Wiedma, wyraźnie rozbawiona widokiem niecodziennej fryzury przyszłej adeptki czarownictwa.

— Zapomniałam — westchnęła dziewczyna.

— Nasz domowik jest bardzo usłużny, ale gniew go bierze, gdy się go zaniedba. Dobrze, że cię nie pocałował, bobyś miała krosty przez kilka zachodów Dadźboga.

Biwia energicznie wzięła się za składanie pledu. Co chwila jednak chwytała włosy i spoglądała na nie z nieszczęśliwą miną.

— Legnij jeszcze. Przed tobą ciężki dzień. Potrzeba ci dużo sił.

— Wyspałam się, Wiedmo. Pójdę do studni zmoczyć włosy.

— Weź ługu i ciepłej wody z garnca. Umyj się cała, bo tak się godzi. Wszak dziś twoje przejście. Na przepierzeniu wisi płótno, wytrzesz się nim. I weź to — staruszka trzymała w ręku rogowy, zdobiony reliefami grzebień.

Kiedy Biwia wróciła, Wiedma wciąż siedziała na posłaniu i zbierając kosmki siwych włosów, które wyślizgnęły się z niezgrabnie splecionej kosy, nuciła śpiewne zaklęcia na rozpoczęcie dnia. Zaśpiewki jakby dodawały staruszce sił. Z większą werwą zarzuciła suknię, ale paski po bokach, które się rozplątały, wymykały się ze zgrabiałych rąk.

— Pomogę ci — zaofiarowała się Biwia.

Starucha pokornie pozwoliła na to. Odziana jak należy, wzięła oparty o ścianę kostur i wspierając się na nim, sięgnęła po leżący na klepisku wór. Bez słowa wyszła na zewnątrz. Biwia prędko otuliła się ciepłą, wełnianą peleryną i ruszyła za nią.

— Ty zostań — osadziła ją Wiedma. — Wysusz włosy przy ogniu, posil się teraz, bo wieczerzać dzisiaj nie będziemy. Odpoczywaj.

— A! — odwróciła się jeszcze na odchodnym — Zawrzyj przyjaźń z domowikiem! I zadbaj o kota, bo on już sobie ciebie wybrał na panią. Okaż mu, że się zgadzasz.

Gdy Biwia umyta grzała się przy ogniu, wszedł Miłosz. Spojrzał na nią życzliwie, choć był wyraźnie zatroskany. Szukał czegoś długo w skrzyni, potem wyszedł. Powrócił ze skopkiem mleka i kozim serem. Dziewczyna wzięła ułożone na ławie miski i cztery spośród nich napełniła mlekiem. Podniosła ostrożnie pierwszą i zaniosła w kąt chaty.

— Domowiku, dobry demonie, opiekunie tego domu, przyjmij tę skromną żertwę i przyjmij mnie w tych progach.

Postawiła miskę na klepisku i ruszyła po drugą. Tę położyła przed bursztynowym kotem.

— Kocie, wybrałeś mnie na swą panią, więc teraz jako twoja pani nadaję ci imię Jantar. Od dzisiaj będę cię karmić i strzec. Ciebie też proszę o opiekę, gdy zajdzie potrzeba.

Trzecią podała Miłoszowi.

— Dziękuję ci za posiłek. Będzie to dla mnie zaszczyt śniadać z tobą.

Miłosz wypił jednym haustem mleko. Urwał kawał sera i włożył do ust. Położył dłoń na ramieniu Biwii, zmuszając ją delikatnie, by usiadła. Gestem ręki pokazał, by zaczekała. Zniknął na stryszku. Po chwili wrócił i z zadowoleniem wręczył dziewczynie zawiniątko. Odwinęła burą szmatkę. Aż jęknęła na widok odsłoniętej zawartości. Trzymała w ręku korzeń, będący ludzką karykaturą. Wyglądał jak rozłożona wygodnie na posłaniu postać. Wydawało się, że miała przymknięte oczy i szelmowski uśmiech. Na bocznym korzeniu, podobnym do ręki, widniała okrągła narośl.

— Mandragora — wyszeptała z nabożną czcią. — Ponoć strach ją zbierać bez magicznych obrzędów, bo potrafi zabić krzykiem. Mówili w siole, że otwiera dźwirze, zdradza miejsca, które bogacą, uśmierza ból i przynosi szczęście. I że rodzi się z nasienia wisielca.

Miłosz z powagą pokiwał głową. Potem sięgnął do paska i wyciągnął nóż. Był to kozik z żelaznym ostrzem i rogową rękojeścią, na której widniała lunula — symbol Księżyca w pierwszej kwadrze. Mężczyzna pokazał na migi, że chce uciąć fragment korzenia. Biwia przyklęknęła i z namaszczeniem położyła zawiniątko na ziemi. Gdy Miłosz zbliżył ostrze noża do mandragory, dziewczyna zatrzymała jego rękę.

— Chyba nie powinniśmy jej kaleczyć.

Miłosz zaprzeczył ruchem głowy i znów zbliżył żelazo do humanoidalnego korzenia.

— Poczekaj — Biwia chwyciła jego rękę. — Zapytajmy ją, czy możemy. Ponoć potrafi mówić.

— Mandragoro, magiczny alurniku, azali pozwolisz nam użyć twej mocy? Oddaszli[2] część siebie na nasz użytek?

Zaczęli z napięciem przyglądać się rozespanej postaci. Mandragora milczała. Jednak po chwili dostrzegli delikatne poruszenie. Głowa magicznej istoty pochyliła się w lekkim ukłonie, jakby na powitanie albo na znak przyzwolenia. Miłosz zdecydowanym ruchem odciął narośl w miejscu przypominającym dłoń. Biwia obmyła mandragorę w mleku, potem w wodzie i delikatnie osuszyła. Na powrót otuliła płócienną szmatką i ostrożnie ułożyła na pieńku przy ścianie, obok swoich rzeczy. Potem wzięła od brata Wiedmy odcięty kawałek korzenia.

— Nada się dziś w nocy, nieprawdaż? — spytała niemego.

Miłosz przytaknął z powagą.

Dziewczyna wyciągnęła z podróżnego worka płócienny mieszek i umieściła w nim fragment magicznej rośliny. Potem przytroczyła go do krajki opasującej suknię.

— Niech mi sprzyja — szepnęła.

[1] Domowik — opiekuńczy demon domowy.

[2] Oddaszli — „czy oddasz”; „li” jest archaiczną formą partykuły „czy”.

Inicjacja

Swaróg[1] właśnie posyłał swego syna Dadźboga na odpoczynek. Ostatnie blaski zachodzącego Słońca czerwieniły niebo. Nadchodziła noc.

Biwia siedziała przed chatą i czekała. Wiedmy nie było cały dzień. Dziewczyna z niepokojem wypatrywała jej. Wreszcie zobaczyła, jak staruszka z przewiązaną na plecach płachtą, wspierając się na zakrzywionym kosturze, zmierzała z werwą w stronę chaty. Aż trudno było uwierzyć, że to ta sama niewiasta, która dwa dni temu zapowiadała swoją rychłą śmierć. Pod nogami starej wiedźmy plątał się srebrzysty kocur, który nie odstępował jej podobnie jak Jantar swej nowej pani.

— Już czas — mruknęła Wiedma. Pochyliła się jeszcze nad stojącym pod chatą cebrem i wyjęła zeń coś, co wydawało się skrzydłem dziwnego ptaka. Wrzuciła je do zawieszonej na plecach płachty. Dziewczyna nie śmiała zapytać, co dalej. W milczeniu obserwowała krzątaninę. Bursztynowy kot był niespokojny, patrzył podejrzliwie na przygotowania, od czasu do czasu przeciągle miaucząc.

Wyruszyły przed zapadnięciem zmroku, tylko we dwie. Siwowłosy mężczyzna został w chacie.

— Nie może iść z nami, to zbyt niebezpieczne — wyjaśniła Wiedma, widząc nieme pytanie malujące się na twarzy Biwii.

Przeprawiły się przez jezioro i skierowały na pobliskie wzniesienie, porośnięte gęstym lasem. Starucha, pomimo zapadającego zmroku i podeszłego wieku, poruszała się tym razem nad wyraz sprawnie, z łatwością odnajdując w ciemności pozostałości czegoś, co kiedyś było ścieżką. Na nieboskłon pomału wspinał się Miesiąc — drugi syn Pana Nieba. Rozświetlał im dzisiaj drogę. Choć był w pełni, wydawał się jakby inny, zimny i wyblakły. Świetliki tym razem się nie pojawiły, ich miejsce zajęły nietoperze, co chwila przemykające nad głowami. Weszły do lasu. Piskliwe pohukiwania sów zaczęły górować nad gwarem leśnej braci, zagłuszając nawet hałaśliwe granie świerszczy.

Niewiasty szły w milczeniu. Potężne głazy pomiędzy drzewami wyznaczały im drogę. Skał było coraz więcej. Wiedma nagle skręciła koło jednej z nich, podeszła do naprzeciwległej ściany i zniknęła. Biwia krzyknęła ze strachu. To miejsce nie wyglądało przyjaźnie, czuła wręcz bijącą od niego dziwną moc.

— Cicho, tu jestem.

Zobaczyła rękę wysuwającą się zza skały, podeszła bliżej i wtedy w świetle Księżyca ujrzała ciasną szczelinę, w której stała Wiedma.

— Chodź za mną, pomału — wyszeptała. Jej głos brzmiał przyjaźnie, uspokajająco.

Szły wąskim przesmykiem pomiędzy skałami. Droga dłużyła się. Wilgotne głazy sączyły krople, padające na twarz i włosy niewiast. Biwia kurczowo trzymała się dłoni Wiedmy, która zdawała się widzieć w ciemności. Zatrzymały się na chwilę.

— Masz przy sobie korzeń mandragory? — zapytała czarownica.

— Mam — odpowiedziała cicho.

— To weź go teraz i żuj. Wyostrzy ci wzrok i uśmierzy ból.

— Ból?! — Biwia była przerażona. Rozdygotanymi rękami zaczęła rozsupływać przytroczony do krajki woreczek. Wyjęty fragment korzenia zdawał się lekko opalizować. Biwia posłusznie włożyła go do ust, prosząc w myślach, by jej pomógł przejść tę budzącą strach próbę.

Po chwili jej wzrok się wyostrzył. Bez trudu dostrzegała wszelkie załomy skalne, szczeliny, drobne gryzonie przemykające chyłkiem pod ścianami przesmyku. Jej źrenice rozszerzyły się, wzrok stał się koci.

W końcu weszły do niewielkiej jaskini, oświetlonej gdzieś od góry blaskiem Księżyca, przenikającym przez szczelinę. Biwia w półmroku dostrzegła duży kamienny blok, na którym wyryte były nieznane jej symbole. Zwęglone kawałki drewna obok monolitu pozwalały przypuszczać, że było tu palenisko.

— Rozdziej się — krótko rozkazała Wiedma, sama biorąc się za rozpalanie ognia.

— Jak to? — próbowała protestować Biwia. — No już! — warknęła starucha. Nie była przyzwyczajona do jakiegokolwiek sprzeciwu.

Dziewczyna niezdarnie zaczęła ściągać z siebie przyodziewek, pozostając w lnianej koszuli.

— To też. I kładź się na kamieniu! — rozkazała stara kobieta.

Biwia bała się. Zimno monolitu przenikało przez skórę, wywołując dreszcze. Wiedma podniosła się znad paleniska, wydobyła zza pazuchy błyszczący nóż i podtrzymując się na kosturze, zaczęła od wschodniej strony zakreślać krąg[2]. Mamrocząc pod nosem zaklęcia zamykające i wzmacniające, wyryła rytualnym ostrzem trzy kręgi, oddzielone od siebie odległością około jednej stopy.

— Mocy nie można rozpraszać — wyjaśniła, widząc nieme pytanie na twarzy przerażonej dziewczyny. Przykuśtykała do kamiennego stołu i z namaszczeniem odłożyła nóż. Po chwili Biwia ujrzała w jej ręku glinianą miseczkę.

— Maść czarownic — wskazała na zawartość naczynia. — Zawiera wilczą jagodę, mandragorę, bieluń, lulek i borsucze sadło. Przeniesie cię tam, gdzie twój cel. To ona pozwoli ci się unieść wysoko. Czarownice nie latają na miotłach. Czarownice wznoszą się dzięki tej maści i przeżywają chwile, jakie innym się nawet nie śnią.

Zaczęła rozcierać specyfik na ciele dziewczyny. Zatrzymała się na chwilę przy niewielkiej brodawce pod lewą piersią.

— Nosisz znamię wiedźmy — stwierdziła.

— Co takiego? — Biwia nie zrozumiała, ale Wiedma już jej nie słuchała. Wzywała imiona różnych czarownic. Wznosiła modły do Księżyca, pana, który sprzyja wszystkim wiedźmom. Zwracała się do mandragory, bielunia, lulka i wilczej jagody, prosząc, by zaprowadziły młodą adeptkę czarodziejstwa daleko, ale nie na tyle, by nie mogła powrócić[3]. Potem wrzuciła do ogniska przygotowane wcześniej suche zioła.

Jej zaklęcia były coraz cichsze, Biwia przestała rozróżniać słowa. Słyszała już tylko monotonną melodię. Jaskinię zaczęły wypełniać kłęby pachnącego tajemniczymi ziołami dymu. Opary nie unosiły się, lecz rozpływały, zasłaniając dno pieczary. Wyglądały jak tafla jeziora pokrytego mgłą. Dziewczyna z niepokojem patrzyła, jak sięgają coraz wyżej i wyżej, muskają jej skórę, wgryzają się w oczy i nozdrza. Nie mogła się poruszyć, czuła jakby dym przylepił jej ciało do kamienia. Suchość w ustach stawała się coraz bardziej nieznośna. Wiedma, jak zjawa płynąca we mgle, podeszła do niej z parującym naczyniem, jej twarz była dziwnie blada i pokryta kropelkami potu, błyszczącymi w księżycowej poświacie. Biwia ze zdziwieniem skonstatowała, że starucha jest naga.

— Pij — powiedziała chrapliwie, przytykając naczynie do jej ust. Odurzona dziewczyna posłusznie połknęła cierpki płyn, który parzył usta i gardło.

— Jeszcze — usłyszała.

Piła krótkimi łykami, bojąc się poparzyć.

— Jeszcze…

Przenikliwe gorąco zaczęło się w niej rozrastać. Ból wydawał się rozgałęziać niczym konar drzewa i rozdzierać wewnątrz ciało. Płyn nagle stał się wrzątkiem, wlewającym się w żyły. Czuła, że płonie, że pali się od środka. Chciała krzyknąć, ale głos uwiązł jej w gardle, chciała się zerwać,zeskoczyć z kamienia, ale okowy tajemniczego dymu nadal trzymały ją jak w kajdanach. Coś błysnęło, Biwia nie widziała wyraźnie. Jej oczy okrywała mgła. Zacisnęła na chwilę powieki i otworzyła, by się lepiej przyjrzeć. W oparach dymu znowu coś mignęło. Dziewczyna z przerażeniem stwierdziła, że to nóż. Chciała krzyknąć. Rozpaczliwe „Nie!” rozległo się tylko w jej głowie. Nie potrafiła wyartykułować żadnego dźwięku. Wiedma prostym, mocnym ruchem skaleczyła sobie dłoń i zbliżyła do jej twarzy. Krople krwi spłynęły w rozchylone w niemym cierpieniu usta. Zachłysnęła się. Kamienny stół zniknął nagle, a Biwia poczuła, jak spowija ją czarna, lepka otchłań.

„Ciemność. To już koniec? Dlaczego tak boli? Azali śmierć boli? Czuję bicie serca, każde uderzenie jest jak uderzenie młota. Wali w moje żebra, w głowę. Rozsadza mi ją. Niedobrze mi. Muszę coś zrobić. Muszę się wyswobodzić”.

Biwia poderwała się. Zapragnęła unieść się wysoko ponad opary dymu. Nagle zorientowała się, że znajduje się nad nimi. Ból zelżał. Światło Księżyca, przenikające przez szparę w jaskini, przyciągało swym magicznym blaskiem. Uniosła ręce jak do nurkowania i przemknęła przez skalną szczelinę. Rozejrzała się. Lewitowała nad skałami ukrytymi pośród lasu. Widziała zwierzęta, różne dziwne postacie przemykające między drzewami. Przechyliła się i skierowała swój lot w stronę jeziora Lędo. Na wyspie, przed wejściem do chaty, stała jakaś postać. Podleciała bliżej. Tę potężną posturę, szerokie, lekko pochylone plecy rozpoznała bez trudu. Miłosz.

— Biwio.

Zaskoczona zniżyła lot i stanęła przed nim. Spoglądał gdzieś poza nią, jakby dobrze nie widział.

— Biwio — jego głos był niski, głęboki.

— Miłoszu? Ty mówisz?

Uśmiechnął się nieznacznie. To miała być odpowiedź.

— Chodź ze mną — Miłosz odwrócił się i ruszył w stronę łąki.

W tym momencie po przeciwnej stronie zabłysło światło. Emanowało ciepłem. Biwia czuła, że coś z jego głębi bezgłośnie ją przywołuje. Poczuła chłód wiatru na skórze i chęć ogrzania się w ciepłym blasku wzmogła się. Dziewczyna zatrzymała się niezdecydowana. Kusiło ją łagodne światło w oddali. Jednak zmierzający w przeciwnym kierunku mężczyzna też miał w sobie ciepło. Najbardziej intrygował ją jego głos. Brat Wiedmy, niemowa, przemówił! Biwia odwróciła się i ruszyła za nim, jak pierwszej nocy, gdy przybyła na wyspę. W pewnym momencie Miłosz zatrzymał się i podał jej rękę.

— Zamknij oczy — poprosił.

Posłusznie przymknęła powieki. Gdy je otworzyła, zobaczyła kamienie podobne do żaren. Jej ręce były brązowe, spalone od słońca. Rozcierała suchą, pokrytą drobnymi włoskami roślinę. Wsypała proszek do parującej wody, po czym podała do picia kobiecie leżącej obok. Bacznie przyglądała się, czekając na reakcję. Niewiasta zasnęła.

Znów zamknęła oczy.

Silny, punktowy ból sprawił, że z przerażeniem uniosła powieki. Znów zabolało i dostrzegła spadający na ziemię kamień. Wokół rozszalały tłum krzyczał coś w szaleńczym zapamiętaniu. Spoglądały na nią twarze wykrzywione w grymasie nienawiści. Ludzie, gestykulując, wskazywali na coś poza jej plecami. Obejrzała się — zobaczyła stos ułożonych drewien. Ktoś brutalnie zaczął wyłamywać jej ręce i szarpać, pociągając w kierunku pala wbitego pośrodku stosu. Potknęła się, ale silne, brutalne ręce podniosły ją, wywołując jeszcze większy ból wywichniętych ramion. Przywiązali ją. Rozjadły tłum nagle zaczął radośnie pokrzykiwać. To ogień, podłożony pod stos, wywołał taki entuzjazm. Pełgał powoli w jej kierunku. Języki ognia robiły się coraz większe, czuła ich gorąco. Tłum zaczął wiwatować. Po chwili była już tylko parzącym, niemiłosiernym bólem. Zaczęła szlochać, zaciskając z całych sił powieki.

Zapłakana otworzyła oczy i ze zdziwieniem rozejrzała się. Krajobraz zmienił się nie do poznania. Wokół sterczały kikuty wysokich budowli. Nigdy takich nie widziała. Zorientowała się, że klęczy przy młodym mężczyźnie, pokrytym błotem i pyłem. Młodzieniec był podobny do Bartusa, miał dziwny ubiór i biało-czerwoną szmatkę na ramieniu. Pochylała się nad nim i delikatnie obmywała mu twarz pokrwawionym gałgankiem. Jej ręce były umazane krwią i błotem. Wokół rozlegał się nieustanny huk. Podniosła brudną dłoń, by otrzeć łzy.

Znów coś się zmieniło. Wokół zapanowała cisza. Zdziwiona otworzyła oczy. Siedziała przy niespotykanie gładkim i połyskliwym stole. Na nim leżała dziwna skrzynka ze świecącym oknem. Jej palce dotykały małych kwadracików, pokrytych runami, a w oknie pojawiały się takie same runiczne znaki. Tuż obok skrzynki spał spokojnie czarny kot. Z okienka emitowało światło, które bardzo męczyło oczy. Przymknęła je.

Gdy je otworzyła, znów była w jaskini na kamieniu. Wokół krążyły w ekstatycznym tańcu kobiety. Były różne: stare, młode, w sile wieku, rude, czarnowłose, jasnowłose. Jedyne, co je łączyło, to nagość. Trzymały się za ręce i podrygiwały w rytm śpiewanej pieśni. Kręciły się wokół ołtarza coraz szybciej. Biwia czuła, jak wszystko wokół zaczyna wirować. Zasłoniła twarz jak dziecko, które wierzy, że gdy zamknie oczy, inni też przestaną je widzieć. Jej krzyk zagłuszył śpiew zebranych.

Słyszała już tylko własny głos, odbijający się echem. Odsłoniła twarz. Siedziała na rozstaju dróg. Na jednej z nich w oddali majaczyła jakaś barczysta postać. Miłosz czekał na nią. Podniosła się i znów ruszyła za nim. Podążali w stronę gór. Znad wzniesień zbliżał się ku nim ptak. Wydawało się, że dojrzał ofiarę, bo nagle zaczął schodzić w dół szybkim, pikującym lotem. W ostatniej chwili, tuż przy ziemi rozłożył skrzydła i przysiadł. Biwia ze zdziwieniem odkryła, że to kobieta. Piękna, czarnowłosa, w długim płaszczu z sokolich piór. Niewiasta wyglądała na rozgniewaną, jej ciemne oczy aż iskrzyły złością.

— Ona dokończy, co zaczęte — powiedział Miłosz.

Czarnowłosa rozpostarła ręce i płaszcz na powrót zamienił się w skrzydła. Uniosła się w górę.

— Leć za nią — zachęcił Miłosz.

Biwia usłuchała go. Jednak nie miała takiej zwinności i szybkości jak kobieta-sokół. Na próżno próbowała ją dogonić. Zatrzymała się na szczycie góry, otoczonej kamiennym wałem. Księżyc oświetlał pozbawione roślinności stoki, pokryte skalnymi rumowiskami. Osuwające się głazy nie dawały przystępu drzewom. Rozejrzała się. Była tam sama. Ogarnęło ją poczucie bezradności. Nagle usłyszała poszum skrzydeł. Sokół niespodziewanie pochwycił ją w swe szpony i zaczął unosić coraz wyżej w stronę rzucającego magiczny blask nocnego syna Swaroga. Dziewczyna, przerażona wysokością, zamknęła oczy.

Gdy je otworzyła, ujrzała bladą poświatę Księżyca, przenikającą przez skalną szczelinę. Siedziała skulona na kamiennym ołtarzu. Bolało ją całe ciało, ale ból był już znośny. Dym gdzieś zniknął. Po tańczących kobietach nie było śladu. Pod skalną ścianą siedziała w szarej sukni skulona Wiedma. Twarz miała ukrytą w dłoniach.

— Wiedmo — zachrypiała cicho. Suchość w ustach nie pozwalała powiedzieć nic więcej.

Staruszka podniosła głowę i uśmiechnęła się. Chwyciła oparty o ścianę kostur i wsparła się na nim. Niezgrabnie kuśtykając, podeszła do ogniska i podniosła z trudem czarę z jakimś płynem. Kiedy zbliżała się z nią, Biwia na wspomnienie ostatniego napoju zasłoniła dłonią usta, a drugą wysunęła przed siebie z gestem odmowy.

— Nie bój się — uspokoiła ją Wiedma. — To na rześkość. Doda ci sił.

Przystawiła czarę do ust dziewczyny. Biwia z ociąganiem wypiła łyk. Nic się nie zdarzyło. Wzięła więc naczynie do rąk i zaczęła pić łapczywie aż do ugaszenia pragnienia.

Wiedma znów się pochyliła, podnosząc coś z ziemi, tuż przy ołtarzu. Srebrna misa uderzyła z echem o blat kamiennego stołu. Dziewczyna ze zdziwieniem spojrzała na jej zawartość.

— Pazur rysia, kręgi węża, zęby konia, skóra łasicy, zwęglone drzewo osiki, gałąź jarzębiny, suszona ruta, wrzos, korzeń gołębiej żegotki i krzesiwo z krzemienia pasiastego — staruszka wymieniała składniki, wygarniając je po kolei z misy i wrzucając do płóciennego woreczka. — Do tego święty kamień — dodała, zdejmując amulet zawieszony na piersiach dziewczyny. Jedyna rzecz, z którą Biwia nigdy się nie rozstawała, nawęza, podarowana przez Wiedmę parę lat temu, gdy ratowały życie Bartusa. Gdy otoczak zniknął w głębi mieszka, staruszka sprawnie zacisnęła tasiemką woreczek i zawiesiła na szyi Biwii.

— Twoja kaptorga[4]. Twoje narzędzie i ochrona.

Ucałowała adeptkę magii w usta, po czym uroczyście pokłoniła się, wypowiadając słowa:

— Młoda Wiedmo, witam cię w imieniu wszystkich wiedźm.

Biwia zrozumiała, że stało się. Inicjacja skończona. Z niedowierzaniem dotknęła magicznej kaptorgi.

Stara tymczasem otworzyła znajdującą się przy ołtarzu pokaźną skrzynię. Biwia mogłaby przysiąc, że gdy wchodziła na płaski monolit, nie było w jaskini tego przedmiotu. Staruszka niezdarnie wydobyła grubą, wełnianą narzutkę. Uniosła ją, przyglądając się z zainteresowaniem spiralnym wzorom i ozdobom do niej przyczepionym. Były tam ptasie pióra, wysuszone kwiaty i kolorowe kamienie. Z przodu połyskiwała żelazna fibula do spinania szaty.

— Dostałaś krasny[5] podarek, Biwio, Młoda Wiedmo.

— Podarek? — spytała zdziwiona, zsuwając się z kamiennego stołu.

— Wiedźmy się postarały — mruknęła starucha. Otuliła nagie ciało dziewczyny ciepłą narzutką.

Biwia usiadła na ziemi i oparła się o monolit.

— To znaczy, że one tu były naprawdę?

Stara przycupnęła obok. Przytuliła głowę dziewczyny do piersi i pogłaskała ją po włosach.

— Potrzebowałaś dużo siły. Przybyły, żeby podzielić się z tobą swą mocą.

Biwia, choć nie znosiła głaskania, była tak zmęczona i przejęta, że już nawet nie zwróciła uwagi na pieszczotliwy gest nestorki. Zaczęła sobie przypominać wizje.

— Wiedmo, tam był ze mną Miłosz, on mnie prowadził.

— Miłosz? — zdziwiła się stara.

— Tako[6]. I jeszcze niewiasta-sokół. On mnie do niej zaprowadził. Znalazłam się na górze. Jej szczyt był łysy, bez drzew, a wokół roztaczał się kamienny wał i rumowiska kamieni.

— Łysiec — szepnęła wiedźma.

— Znasz to miejsce? — zapytała Biwia.

Wiedma uśmiechnęła się lekko, wspomnienia ożywiły jej rysy, wesoły błysk w oczach przykryła powiekami.

— Tako. Bywałam tam. Twoja droga widać też tam prowadzi.

— Widziałam też dziwne miejsca i rzeczy, niepodobne do żadnych innych. Jakby nie z tego świata.

— Krąg ujawnił twój dar. Pewnikiem obaczyłaś przyszłość. Nowe wcielenia. Wiesz już, jaką moc winnaś w sobie rozwijać.

— Wiedmo, czy twoje przejście też tak wyglądało?

— Rytuał jest zawsze taki sam, ale droga całkiem inna. Nie wolno nikomu o tym opowiadać. Każda przechodzi drogę inaczej, bo każdej co innego pisane — odpowiedziała wykrętnie.

— Już świta. Pora na nas — stara zaczęła się z trudem podnosić, rozprostowując ścierpnięte nogi. — Chodźmy do domu.

Biwia zdjęła na chwilę narzutkę, wdziała spodnią i wierzchnią suknię. Przepasała krajką. Znów osłoniła się wełnianym płaszczem przed chłodem poranka. Myślami krążyła wciąż wokół tego, co zobaczyła podczas inicjacji. Było jeszcze coś, co nie dawało jej spokoju.

— Wiedmo — zagaiła znowu. — W moich wizjach Miłosz potrafił mówić.

Starucha, która właśnie chowała do worka srebrną misę, zatrzymała się w połowie gestu. Misa znów uderzyła o monolit, a staruszka jakby skurczyła się w sobie, pochyliła głowę i oparła ręce o kamień.

— Bo Miłosz ongiś[7] mówił — wydusiła przez ściśnięte gardło. — To przeze mnie… na złość… z rozpaczy… — mówiła niezbyt składnie. — Kiedyś ci opowiem. Na dzisiaj za dużo tego.

Staruszka zebrała się w sobie, poprawiła wiązanie u peleryny, wzięła misę i energicznie zapakowała do worka. Ruszyła w stronę wyjścia.

— Idziemy — obejrzała się na Biwię.

Wychodziły w milczeniu, zasłuchane w świergot budzących się ptaków. Nagle młoda wiedźma przystanęła. Staruszka odwróciła się zaniepokojona.

— Obacz! — dziewczyna wskazała ręką w górę.

Na nieboskłonie w świetle porannej zorzy unosił się potężny, ognistoczerwony ptak. Rozpostarł skrzydła, jakby chciał na chwilę zatrzymać się w locie. Poszybował tak przez chwilę i zaskrzeczał głośno. Jego głos przypominał rozdzierający wrzask pawia. Niewiasty w tym momencie uświadomiły sobie, że wszystkie zwierzęta wokół zamilkły. Ognisty ptak załopotał trzykrotnie skrzydłami, uderzając gorącą falą powietrza, i pomknął w stronę wschodzącego Słońca. Zniknął, jakby rozpływając się w jego promieniach.

— Raróg[8] — wyszeptała z przejęciem Wiedma. — Niewielu śmiertelnikom się objawia. To dobry znak, Młoda Wiedmo. Swaróg ci błogosławi.

Kiedy szły przez las, Biwia rozglądała się z niekłamanym zdziwieniem. Pod sosną zobaczyła starca z długą, zmierzwioną brodą, przetykaną runem leśnym, i z równie zmierzwionymi włosami, przystrojonymi kwitnącym wilczym łykiem. Stał z założonymi na krzyż rękami, dumnie spoglądając na przechodzące kobiety. Biwia przestraszona oglądała się co chwila, nie wiedząc, co zrobi ów dziwny mężczyzna. W pewnym momencie z miejsca, gdzie stał leśny starzec, poderwał się ogromny puchacz i wzleciał, sadowiąc się na grubym konarze. Nagle gdzieś z boku zaczął narastać głośny, wibrujący dźwięk. Dziewczyna spojrzała w tym kierunku, krzyknęła i upadła na ziemię, zasłaniając głowę. Dziwny stwór przeleciał tuż nad nią. Wyglądał jak karłowaty człowiek z nieproporcjonalnie małą głową i skrzydłami bąka.

— Uważaj, jak latasz, błotniku! — krzyknęła za nim Wiedma.

Biwia podniosła głowę. Zobaczyła nędznie ubraną kobietę w podartym odzieniu, z chustką na głowie, zawiązaną pod szyją. Niewiasta spojrzała na nią ze smutkiem i weszła w pień drzewa, zlewając się z nim. Dziewczyna, przestraszona, poderwała się na równe nogi.

— To bieda — oznajmiła Wiedma, widząc przerażenie uczennicy. Słyszałaś ją często. Płacze, gdy pali się mokre polana.

— A tamten człek z brodą, który zamienił się w puchacza?

— Leszy. Pan tego lasu. Nie wchodzimy sobie w drogę — wyjaśniła staruszka. Wzięła Biwię za rękę w obawie, że znów się potknie lub przewróci.

— Skąd oni wszyscy nagle się tu wzięli? — spytała dziewczyna.

— Zawsze tu byli — odparła Wiedma. — Teraz ich widzisz. Witaj, Biwio. Witaj w naszym świecie.

[1] Swaróg — bóg nieba, najbardziej pierwotny w słowiańskich wierzeniach; z Perunem stanowią transformację tego samego bóstwa.

[2] Sposób zakreślania kręgu został zaczerpnięty z książki Geralda Gardnera Współczesne czarownictwo.

[3] Wymienione składniki roślinne mają działanie halucynogenne, w większych dawkach trujące.

[4] Kaptorga — schowek na amulety (nawęzy).

[5] Krasny — piękny.

[6] Tako — tak.

[7] Ongiś — kiedyś.

[8] Raróg — w mitologii słowiańskiej ognisty ptak, wcielenie samego Swaroga lub jego towarzysz.

Uroczne oczy

Obudził ją gwar. W izbie domowik z Jantarem bawili się w chowanego. Opiekuńczy demon domowy był niewielkiego wzrostu i nie różnił się zbytnio od ludzi. Miał rude włosy i równie rude wąsy, brodę oraz krzaczaste brwi. Kiedy śmiał się, jego oczy przypominały kabłączki[1], zawieszane na krajkach wystrojonych niewiast. Nosił szarobury strój gospodarski, przypominający barwą klepisko w chacie. Łatwo mu więc było ukryć się w izbie, choć jego rude włosy były niewidoczne tylko na tle ognia.

Domowik z kotem dokazywali, ale nie oni byli sprawcami hałasu. Dochodził z zewnątrz. Biwia szybko się przyodziała i wyjrzała przez uchylone drzwi. Na ławie przed chatą siedziały trzy niewiasty. Na drugiej naprzeciw rozsiadła się Wiedma, drżące ręce wspierając na kosturze. Jedna z przybyłych skarżyła się na coś, popłakiwała, wycierając co rusz oczy i nos w zapaskę. Nerwowo poprawiała co chwila chustkę na głowie, wciskając pod nią siwe włosy. Druga słuchała narzekań pierwszej, kiwała głową ze współczuciem, aż jej się czepiec przekrzywił. Trzecia była o wiele młodsza od pozostałych. Miała dziecięcą twarz i wielkie, zielone oczy. Siedziała na samym brzeżku ławy, zapatrzona gdzieś w dal, zdawała się nieobecna myślami.

Pierwsza opowiadała o chorobie męża. Nie mogła go przyprowadzić, bo stary nie mógł chodzić.

— Taka puchlina — żywo gestykulowała, pokazując na swoje kolano. — Kraśna[2] cała. I grudowata.

Wiedźma przywołała ruchem głowy Biwię.

— Młoda Wiedma — przedstawiła kobietom. — Przyucza się.

— Słyszeliśmy. Ludzie w siole gadali — pospiesznie przytaknęła kobieta w czepcu.

Dziewczyna przycupnęła nieśmiało obok swej nauczycielki.

— Mąż jej zaniemógł — staruszka wyjaśniła uczennicy. — Nie może chodać[3]. Kolano mu spuchło, pokraśniało. Mówi, że grudowate.

— Jakby kto mu tam ostrych kamieni nasypał — płaczliwie dodała kobieta w chustce.

— Widzi mi się, że podagra[4] go złapała — zawyrokowała Wiedma. — Co byś radziła na takową niemoc? — zwróciła się do Biwii.

Młoda czarownica skuliła się, miętosząc w dłoniach zapaskę. Miesiąc ostatniej nocy już zdążył powrócić na niebo w całej swej okazałości od pamiętnej chwili, gdy był świadkiem jej przejścia. Do tego czasu poznała już wiele ziół, dowiedziała się, jak i kiedy je zbierać, przechowywać, podawać i na jakie są przypadłości. Uczyła się też zaklęć. Lecz cóż znaczy jeden powrót nocnego syna Swaroga? Jej wiedza była jak kropla w jeziorze Lędo.

— Zdaje się, że podagrycznik[5] trza podać i korzeń łopianu[6] — zaczęła wymieniać. — Sok z żegawki[7] pomoże pozbyć się grudek.

— Żegawkę macie pewno pod chatą — Wiedma zwróciła się do kobiety. — Zbierać codziennie po rosie, zalewać wrzącą wodą i trzymać chwilę pod przykryciem, aż ciepłe się zrobi. Niech wasz dużo pije. Do żegawki dodacie podagrycznik. A z korzenia łopianu zrobicie odwar[8].

— Przynieś z owinu podagrycznik i łopian — nakazała Biwii. Dziewczyna z ulgą ruszyła w stronę szopy. Dopiero co wczoraj skończyła oczyszczać korzenie młodego, wiosennego łopianu. Drugie ziele też już znała.

— Jutro będziem na przysiółku, to do was zajrzym. Zaklęcia trza odprawić — usłyszała, jak stara mówi do kobiety w chustce.

Gdy wracała z owinu, Wiedma właśnie kończyła wypytywać kobietę, co jadają na co dzień.

— Szczawiu ani grochu mu nie podawajcie. A jak wisznie będą, niech ich dużo je. Zasuszcie mu, to potem kompot wiszniowy będziecie warzyć.

— A ja wam mówię, że to przez sąsiadkę. Ona ma takie uroczne oczy, że jak pojrzy, to aże przeszywa. Ać była u was kilka dzionków temu — perorowała druga kobieta, zwracając się do tej w chustce.

— Ta ciągle swoje. Blekotu[9] się najedliście? Soli chciała nabyć — odparowała pierwsza. — Sól odstrasza złe moce, chroni od uroków. Uciekałaby przed słonym, a nie prosiłaby, iżby jej dać.

— Ja wam mówię. Jak pojrzała na moją krowę, Mućka mleka przez tydzień nie dawała.

— Bo jakby wasz nie zgonił biduli, toby i mleko miała — kobieta w chustce twardo broniła sąsiadki.

— Do Peruna! Urok waszemu mężowi zadała, a wy jej jeszcze bronicie? — oburzyła się ta w czepcu.

— Sól odstrasza złe, a u nas soli pod dostatkiem — odparła małżonka chorego na podagrę. — Bo mój w żupach solnych robi — wyjaśniła wiedźmom. — Dlatego ja tu wam za poradę dwa garnce soli przyniesłam.

Druga, nie chcąc w niczym ustąpić sąsiadce, też się zwróciła bezpośrednio do starej wiedźmy:

— Ja się wolę od uroków ustrzec. Widać sól nie ma takiej mocy. Nie będę czekała aż mnie jaki paralusz[10] chwyci i dlatego się tu do was, Wiedmo, wybrałam. Bo tu samo plucie nie wystarczy.

— Młoda Wiedma wam podpowie, jak się przed urocznymi oczami a i złymi zaklęciami ustrzec — odparła staruszka.

— Urwijcie ruty[11] i noście w kaptordze dzień i noc. Ona nawet przed bazyliszkowymi[12] oczami uchroni — Biwia musiała pokonać nieśmiałość, służąc potrzebującej radą.

— Tylko tyle? — zapytała zawiedziona kobieta.

— Możecie też wziąć trzy pazury kreta, oko borsuka i wnętrzności żaby. To wszystko polać krwią z czarnego kura[13], zarżniętego na rozstaju dróg, gdy Miesiąc jest w nowiu. Potem zmieszać z niedźwiedzim sadłem i posypać popiołem ze spalonej osiki. Po trzech dniach pomazać tym ciało, a uroczne oczy odwrócą się — przedstawiła alternatywną recepturę Wiedma.

— Do Peruna! Żabę to ja jeszcze najdę, ale oko borsuka? I kreta upolować! Hm. Do nowiu jeszcze daleko. A kur nie może być taki nakrapiany? Albo biały z czarnymi piórami na szyi?

— Czarny — ucięła krótko Wiedma.

— Oj, tyle fatygi — rzekła zafrasowana kobieta w czepcu. — Kobiałkę jajek wam tu przyniesłam za poradę — postawiła koszyk z darami pod stopami wiedźm. — To mnie już mus iść, iżby za dnia czarnego kura po domach poszukać. Może gdzie dostanę? — dodała.

Kobieta poprawiła czepiec, z desperacją szarpnęła suknią i na odchodnym zwróciła się do sąsiadki:

— Mój czeka w łodzi, to was też przewiezie, jak i nas przywiózł.

— A podwika[14]? — spytała kobieta w chustce, pokazując na młodą dziewczynę, siedzącą na samym brzeżku ławy. Dziewczątko rzeczywiście do tej pory ani razu się nie odezwało.

— Ja wrócę z przewoźnikiem albo wpław popłynę — odparła cichutko, przestraszona nagłym zainteresowaniem.

— Wpław? Przed świętowaniem Stada[15]? Chceszli, żeby cię utopiec[16] pochwycił? — zbulwersowała się kobieta w czepcu. — Jak tam sobie chcesz. Może cię za żenę[17] weźmie. Teraz na pewno szuka jakiej podwiki do swaćby[18].

Machnęła ręką na dziewczynę. Kobiety ruszyły w drogę. Ta w czepcu żywo gestykulowała, co chwila chwytając się za głowę. Druga szła, milcząc. Przyciskała do piersi zawinięte w zapasce zioła, mające uleczyć jej męża.

— Przecie taka maść zmieszana z krwią po trzech dniach będzie wydawać paskudną woń — rozmyślała na głos Biwia.

— Acz jak się taką omaści, każdy ją ominie z daleka. I ten z urocznymi i ten z nieurocznymi oczami — uśmiechnęła się Wiedma.

— Dlaczego nie wolała ruty? Rośnie jej pod dostatkiem.

— Niektórym się zdaje, aczli więcej w co trudu włożą, to pewniejszy będzie skutek — odparła staruszka z westchnieniem. — No i będzie miała o czym opowiadać.

— A ty czego chcesz, dziecino? — stara zwróciła się do nieśmiałej zielonookiej dziewczyny. — Sercowe strapienia?

Dziewczę pokiwało głową i spuściło wzrok.

— Wy wszytko wiecie, Wiedmo.

— Do tego nie trza jasnowidzieć. Miętosisz ten lubczyk[19] w garści, aż ci ręce zzieleniały.

— Bo ja go podaję memu oblubieńcowi już wiele dzionków, a on nic, ani myśli o swaćbie. Może lubczyk nie taki? — wyciągnęła w stronę starej wiedźmy dłoń ze zmiętym zielskiem.

— A ty chcesz, żeby cię za żenę wziął i stadło z tobą założył?

— No tak. Jak każda — odparła zawstydzona dziewczyna.

— Lubczyk dziecino — zaczęła wyjaśniać Wiedma — to pomaga w afekcie[20], ale nie zmusi młokosa do ustatkowania. Wrzuć do ognia zdechłego nietoperza. Potem weź jego gnatki. Tylko uważaj — te w kształcie wideł odpędzają miłość, a te jak grabie — przyciągają.

— Drwicie ze mnie jak z tamtej w czepcu? — spytało nieufnie dziewczę.

— Ja z niej nie drwiłam. Każdy wybiera taki lek, jaki mu odpowiada — odparła poważnie starucha. — Jest też inna rada na twe troski. Trza nosić w kaptordze kawałek sznura wisielca. Oderwij z takowego powrozu jedno włókno i wrzuć lubemu do piwa. Obaczysz, że uchwyci kawalera. Młodzian będzie jak pies na niewidzialnym sznurze.

— Skąd ja wezmę nietoperza, a tym bardziej sznur wisielca? — zmartwiło się dziewczę. — Jeden sąsiad to się powiesił na jabłoni dwie wiosny temu i nikt go nie chciał tknąć, bo mówili, że nieczysty. Już taki smród się rozchodził, że trzeba było z daleka omijać. Wreszcie dali wędrownemu cały wór słoniny, żeby wisielca zdjął i zakopał za siołem. To go wziął razem ze sznurem.

— Wędrowny go ze sznurem na pewno nie zakopał. Kto by tam się takiej nawęzy pozbył — Wiedma uśmiechnęła się cierpko. — Idźcie obie — zwróciła się do Biwii i zatroskanej dziewczyny. — W owinie do belki na górze jest przytroczony sznur. Weźcie kozik od Miłosza i odetnijcie powróz tak na pół paznokcia.

Po chwili obydwie panny z przejęciem majstrowały przy narzędziu, które kiedyś przyniosło komuś śmierć.

— Jak cię wołają? — spytała Młoda Wiedma.

— Libusza — odparło zielonookie dziewczę.

— Gdzie będziesz świętować Sobótki[21]?

— Na Bukowym Grabie. Przyjdziesz?

— Nie wiem. Obaczę, co Wiedma powie — oparła. — A jaki jest ten twój luby? — spytała z ciekawością.

— Rosły i silny jak dąb. A jak się uśmiechnie, aże jaśniej się robi. I tak na mnie patrzy, że czuję, jakby sama Łado[22] na mnie zstępowała.

— Oj, miły ci jest — westchnęła Biwia.

— A ty nie masz jeszcze oblubieńca? — spytała Libusza.

— Nie. Tu tylko starzy albo chorzy bywają. A i czasu na miłowanie nie ma — westchnęła Młoda Wiedma. — Ty nie musisz nawet czarów używać na tego swojego. Masz oczy jak młode listki brzozy, możesz zauroczyć każdego.

— Ja tam wolę mu do piwa wrzucić włókno powrozu. To pewniejsze. Nawet jak oczy zamknę, to się mi nie urwie — stwierdziła rozsądnie.

Po chwili Libusza oddalała się z Miłoszem w stronę łodzi. Wiedma trzymała w ręku dwa kabłączki z brązu — dar za pomoc w swaćbie. Odwróciła się w stronę Biwii i zawiesiła je na krajce opasującej czoło dziewczyny, tuż przy skroniach.

— Na Sobótki jak znalazł — stwierdziła, z satysfakcją przyglądając się Młodej Wiedmie. — Pasują do twych żywicznych oczu.

[1] Kabłączek — wczesnośredniowieczna ozdoba słowiańska w kształcie otwartego krążka; noszona przez niewiasty; kabłączek skroniowy.

[2] Kraśny — czerwony.

[3] Chodać — chodzić.

[4] Podagra — artretyzm, dna moczanowa, objawiająca się ostrym zapaleniem stawów, bolesnym obrzękiem.

[5] Podagrycznik — podagrycznik pospolity, roślina lecznicza o właściwościach moczopędnych i przeciwzapalnych; obecnie bardzo popularna na terenie Polski jako trudny do usunięcia chwast.

[6] Łopian — jako roślina lecznicza wspomaga trawienie, łagodzi bóle reumatyczne, usuwa toksyny, ma działanie przeciwgorączkowe.

[7] Żegawka — pokrzywa. Pokrzywa zwyczajna jest bardzo przydatna w ziołolecznictwie. Uzupełnia niedobory żelaza, ma właściwości moczopędne, ściągające, przeciwzapalne i wiele innych.

[8] Odwar — uzyskuje się w wyniku gotowania, w przeciwieństwie do naparu powstającego poprzez zalanie wrzącą wodą (bez gotowania).

[9] Blekot — blekot pospolity to roślina trująca, o liściach podobnych do pietruszki.

[10] Paralusz — paraliż.

[11] Ruta — ruta zwyczajna jest rośliną leczniczą o właściwościach rozkurczowych i moczopędnych, ma też właściwości poronne; w kulturze Słowian roślina magiczna, chroniąca przed złymi czarami.

[12] Bazyliszek — mityczne stworzenie będące kompilacją koguta, węża i żaby; niebezpieczne, gdyż zabijało wzrokiem.

[13] Kur — kogut.

[14] Podwika — młoda kobieta.

[15] Stado — słowiańskie święto wiosny, płodności. Wspomina o nim w kronice Jan Długosz.

[16] Utopiec — demon wodny, stawał się nim zazwyczaj człowiek, który się utopił.

[17] Żena — żona.

[18] Swaćba (swadźba) — małżeństwo, słowiańska ceremonia zawarcia ślubu.

[19] Lubczyk — roślina lecznicza, ale też przypisywano jej właściwości magiczne, miała przynosić szczęście w miłości; uważana za afrodyzjak.

[20] Afekt — miłość, uczucie.

[21] Sobótki — palenie ognisk połączone z obrzędami i tańcami; poprzedzały święta Stada lub Noc Kupały.

[22] Łado — według Borysa Rybakowa bóstwo związane z miłością i wegetacją; używano też tego słowa na określenie oblubieńca (wg Aleksandra Brücknera).

Pójdźka

Kończyły już obchód drugiej wsi. Wstępowały tu i ówdzie do chorych, ciężarnych czy uskarżających się na uroki, rzucone przez nieprzychylnych ludzi. Nie wchodziły nigdy do chat nieproszone, bo było też wielu takich, którzy na ich widok pluli i chowali się w obawie przed czarami. Wieść o ich pobycie szybko się rozchodziła. Przychodzili do nich z różnymi problemami. To prosili o okadzenie nowej chaty. To znów pytali, co zrobić z ropiejącą raną. Zasięgali rady, jak uspokoić wciąż płaczące niemowlę. Albo chcieli, żeby sprawdzić, czy dziecko w łonie dobrze ułożone do porodu. Tacy chętnie u siebie gościli wiedźmy, częstowali je, czym mogli. Zapraszali na świętowanie w najbliższych dniach i modlitwy o plony. Pojawiali się też tacy, którzy dopytywali, jak dokuczyć złośliwej sąsiadce.