Wieczna wiosna - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak - ebook
Opis

Łucja, pozornie już pogodzona z brakiem miłości w swoim małżeństwie, żyje w odrętwieniu u boku Marka, znanego lekarza. Jej dzieci są dorosłe, czas studiów na Akademii Sztuk Pięknych to tylko niewyraźne, zabarwione nostalgią wspomnienie. Ten poukładany świat, w którym nie ma miejsca ani na wielki ból, ani na wielką namiętność, pewnego dnia rozsypuje się niczym domek z kart. Łucja dowiaduje się, że ma raka. Czy to możliwe, aby ta wiadomość mogła jej zwrócić dawno utraconą radość życia?   

Autorka o sobie:

Choć z wykształcenia jestem dziennikarką, z trudem trzymam się  rzeczywistości, a od suchych faktów wolę fikcję literacką. Moje główne role  życiowe to: matka wyrodna, żona niedoskonała, nieperfekcyjna pani domu, pisarka poszukująca – w kolejności przypadkowej. Gdy nie piszę, żegluję, wędruję po górach lub jeżdżę na rowerze. W przyszłości zamieszkam w domu nad jeziorem, ale obecnie do snu kołysze mnie szum warszawskich tramwajów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 340

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


KatarzynaZyskowska-Ignaciak
Wieczna wiosna Fragment
Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony:

www.wnk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Sięgnij po inne nasze powieści dla kobiet

www.nk.com.pl/literatura-dla-kobiet/9/kategoria.html

W serii

Agnieszka Gil Układ nerwowy

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak Nie lubię kotów

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak Wieczna wiosna

Jedynym bólem, jaki przeraża w śmierci, jest to, że można umrzeć nie z miłości.

GABRIEL GARCIA MARQUEZ,

Miłość w czasach zarazy

Tutaj wszystko się zaczyna.

Tutaj wszystko się kończy.

Ponad poszarpaną kreską grani, ponad szczytami.

W błękicie – wszystko zamyka się w jego bezkresie i ciszy.

CZĘŚĆ I Późna jesień, nieskończenie długa zima

Przyszła punktualnie, tak jak się umówili, jeszcze przed porannym obchodem Leona. Przywitali się w drzwiach gabinetu, jak zwykle serdecznie, ale w wyczuwalnym napięciu – to nie było ich kolejne towarzyskie spotkanie przy winie. Wymienili kilka błahych uwag na temat pogody i wszechobecnych korków na ulicach Warszawy. Leon pomógł Łucji rozebrać się z płaszcza i wskazał miejsce przy biurku naprzeciw siebie.

Na jej jasnych włosach połyskiwały krople deszczu – od rana lało – a na twarzy gościł typowy dla niej, ciepły, choć teraz może trochę zbyt niepewny uśmiech. Szalona zieleń sukienki, za lekkiej, zbyt zwiewnej jak na tę porę roku, odcinała się jaskrawą plamą od chłodu oszczędnie urządzonego lekarskiego pokoju, a sama Łucja w jego szarym, ascetycznym wnętrzu wyglądała trochę nierealnie, nienaturalnie, niczym egzotyczny ptak zamknięty w klatce. Leon pomyślał, że może celowo na dzisiejsze spotkanie wybrała kolor nadziei, i poczuł nagły przypływ goryczy. Nadzieja...? To słowo przepełniało go w tej chwili jedynie frustracją.

Zatrzymał spojrzenie na imponującym naszyjniku z wielobarwnych paciorków, oplatającym szyję Łucji, który spływał zwężającą się kaskadą w zagłębienie dekoltu. Kilkanaście dni temu widział te piersi obnażone, widział zażenowanie stojącej przed nim przyjaciółki i pamiętał, że i on – chociaż jako lekarz starał się zachować profesjonalizm – czuł się wtedy równie niezręcznie. Miał nadzieję, że jej obawy są nieuzasadnione, ale podczas badania bez problemu TO wyczuł. Było tam, gdzie powiedziała. Niemal od razu naszły go złe przeczucia, a teraz... Teraz Leon miał już pewność i nie wiedział, jak zacząć tę rozmowę. Ale czy forma wstępu ma w takich przypadkach jakiekolwiek znaczenie? Czy plaster lepiej odklejać długo czy jednym szarpnięciem?

– Łucjo – zaczął – nie mam dobrych wiadomości. Ta zmiana w lewej piersi to jednak nowotwór.

Powiedział to na jednym oddechu, starając się opanować drżenie głosu, ale niespecjalnie mu się to udało. Ciekaw był jej reakcji, lecz nie potrafił spojrzeć przyjaciółce w oczy. W idiotycznym skupieniu wbił wzrok w wyniki badań – jakby mógł wyczytać w nich coś, czego jeszcze nie wiedział. W pokoju zapadła cisza, Leon poczuł, jak wzruszenie boleśnie ściska go za gardło, a gdzieś w środku narasta uczucie niezgody na wyrzucone w przestrzeń słowa. TE słowa... One nie powinny były paść. Nie z jego ust i nie w stosunku do tej kobiety.

A przecież tyle razy już je wypowiadał w czasie swojej praktyki i tak często zmuszony był ferować podobne wyroki, że wydawało mu się, iż nabrał dystansu i nie istnieją takie okoliczności, które wywołałyby w nim wzburzenie równie silne jak to obecne. Dawno temu ukrył się pod pancerzem powierzchownej obojętności, tak typowym dla jego zawodu. Tylko dzięki temu nie oszalał jeszcze w pracy. Podczas rozmów z pacjentami emocje ukrywał pod prostymi, jednoznacznymi zdaniami, bo tak było najłatwiej. Bo według Leona chorzy oczekiwali nie słodkich słówek, tylko profesjonalizmu i poczucia, że znaleźli się we właściwych rękach, że on, lekarz, nad wszystkim panuje. Więc panował. Starał się panować. Nigdy nie tracił zimnej krwi i nigdy nie puszczały mu nerwy. Człowiek ze stali, człowiek z żelaza. Nie pozwalał, by kiedykolwiek w jego głosie zabrzmiała nuta strachu. Aż do dziś, do chwili kiedy w gabinecie zasiadła właśnie ona.

Wiele lat temu profesor, u którego Leon odbywał specjalizację z onkologii, przestrzegał, aby nigdy, w żadnym wypadku nie angażował się w leczenie rodziny lub bliskich. Łatwo powiedzieć... I tak wyjątkowo długo trzymał się tej dewizy, ale jak mógłby nie pomóc teraz Łucji? Jej, która sama nigdy nie odmawiała mu pomocy...

Dlatego teraz siedzieli tu oboje. Ona – co zauważał kątem oka – spokojna, ale chyba nieco bledsza niż na początku ich spotkania, z nadzieją wypisaną już wyłącznie w zieleni delikatnego materiału sukienki. I on – z trudem panujący nad wzruszeniem.

Ludzie różnie przyjmują diagnozę. Jedni płaczem, inni krzykiem, jeszcze inni bezwiednie poddają się mechanizmom wyparcia. Ściany tego gabinetu widziały chyba wszelkie możliwe reakcje pacjentów: od niedowierzania, rozpaczy, poprzez złość, aż do rezygnacji. Ale zawsze były to uczucia bardzo silne, skrajne, a w głosie Łucji, gdy zapytała: „Jest złośliwy?”, Leon nie wychwycił żadnej emocji.

Tak bardzo chciał się teraz mylić, znaleźć w trzymanych przed sobą wynikach badań chociaż drobną niezgodność, punkt zaczepienia, który by pozwolił podważyć diagnozę. Ale wyniki były jednoznaczne.

– Naprawdę bardzo mi przykro, Łucjo. – To jedyne, co zdołał z siebie wydusić, i w gabinecie znowu zapadła cisza.

„O ile prościej by było – myślał – gdyby zachowała się jak inni. Gdyby teraz wybuchła, rozpłakała się albo zaczęła lamentować, gdyby nie była taka cicha i nieobecna”. Tymczasem wymowne milczenie Łucji i jej nienaturalna apatia z każdą upływającą sekundą coraz boleśniej wypełniały przestrzeń gęstniejącym napięciem. W głowie Leona panował coraz większy zamęt.

Wreszcie znalazł odwagę, by na Łucję popatrzeć, ale teraz ona unikała jego wzroku. Utkwiła spojrzenie w przygnębiającym miejskim pejzażu ursynowskiego blokowiska, który rozciągał się za oknem, i milczała. Milczała, bo mogła milczeć, jemu nie dany był ten komfort, musiał skończyć to, co zaczął. Mleko już się wylało, nie było odwrotu, dlatego zaczął wszystko jej objaśniać. Prostymi słowami, ale precyzyjnie. Szybko, mechanicznie, by zagłuszyć myśli i odwlec w czasie chwilę, kiedy Łucja znowu zechce zabrać głos i zada mu jedno z tych niewygodnych pytań, które na pewno jej się teraz nasuwały. Stopień zaawansowania choroby, procedury medyczne, działanie chemioterapii, radioterapii, powikłania pooperacyjne, tkanki, węzły chłonne, węzły wartownicze, przerzuty, nacieki, statystyki, rokowania... Leon starał się ukryć za zasłoną profesjonalizmu, zagłuszając w sobie – i w Łucji – strach. Tak, bo w głębi duszy czuł ogromny strach i wiedział, że mimo wysiłków zawsze istnieje pewne ryzyko, że... Zawsze coś może pójść nie tak, chemia może nie przynieść spodziewanych rezultatów.

Starał się na razie o tym nie myśleć, ale czuł, że ona – przyglądając się marznącym na szybach kroplom – także o tym myślała. I było jej dziwnie pięknie z zadumą na twarzy.

Leon czuł, że to spostrzeżenie jest zupełnie nie na miejscu, lecz nie mógł oderwać oczu od starej przyjaciółki. A przecież nigdy nie patrzył na nią w ten sposób. Owszem, zawsze mu się podobała – była dosyć atrakcyjna jak na osobę niezbyt dbającą o pozory, o wygląd – jednak dotąd widywał ją wesołą i uśmiechniętą, beztroską, a to nadawało rysom Łucji wyraz małej psotnicy. I taka jawiła się Leonowi. Trochę szalona, czasami przesadnie bezpośrednia, serdeczna i pełna empatii, co obcy mogli opacznie brać za nadmierną prostolinijność. Ale Łucja tylko z pozoru była nieskomplikowana. Leon wiedział to doskonale i po cichu trochę zazdrościł Markowi, swojemu wieloletniemu przyjacielowi, takiej żony. Uważał, że dzisiaj kobiety jej pokroju to rzadkość.

Łucja stworzyła bowiem wyjątkowy dom, w którym panowało niezwykłe ciepło i harmonia. Dzieci otoczone troskliwą matczyną opieką wyrosły na ciekawych młodych ludzi. W jej domu pachniało spokojem i świeżo upieczonym ciastem, w drzwiach witał gościa mokry psi nos i ciepłe słowo gospodyni. Marek zawsze miał uprasowane koszule, a gdy zmęczony wracał z pracy, na stole stały talerze z parującym obiadem – obrazek niemal jak z reklamy jogurtu czy proszku do prania. To wszystko zapewne wymagało od Łucji ogromnego zaangażowania, a jednak Leon nigdy nie słyszał, żeby kiedykolwiek narzekała. Pochłonięta ogromem domowych obowiązków mogła stanowić antytezę współczesnego modelu kobiety wyzwolonej, a jednak przy całym jej oddaniu sprawom rodziny wcale nie odnosiło się takiego wrażenia. Łucja nie wydawała się stłamszona czy zniewolona. Może tylko czasami wyglądała na przemęczoną, lecz to w żaden sposób nie odbierało jej pogody ducha.

Tak, Marek był szczęściarzem. Ale jak wielu podobnych mu mężczyzn prawdopodobnie i on nie do końca doceniał poświęcenie żony. Uważał je może za coś zupełnie naturalnego, przynależnego słabszej płci, albo po prostu go nie dostrzegał, bo rzadko bywał w domu? A sama Łucja... Żona przy mężu – mogła odchować dzieci i zająć się sobą, a jednak postanowiła porzucić osobiste ambicje na rzecz kariery Marka. Odgradzając go od prozy życia, sprawiła, że sprawy codzienne, przyziemne nigdy nie zaprzątały jego głowy.

Leon przyjaźnił się z Markiem Kornatowskim od czasu studiów. Uważał go za świetnego lekarza, cenił jako fachowca. Jednak od pewnego czasu patrzył na starego kumpla bardziej krytycznie. Marek od zawsze był wymagający i nieco apodyktyczny, lecz te pejoratywne cechy Leon przypisywał specyfice ich wspólnego zawodu. Sądził, że Kornatowski swoją pryncypialność ujawnia tylko w pracy. Dopiero niedawno zrozumiał, że ciemna strona charakteru Marka czasami dochodzi do głosu także na gruncie rodzinnym. Zauważył to wówczas, gdy stał się częstym gościem w domu Kornatowskich – podczas tych długich popołudni i wieczorów, kiedy to Łucja pomagała Leonowi podźwignąć się z depresji po odejściu żony.

Oczywiście sama Łucja nigdy się na swego męża nie skarżyła i nawet kiedy przechodzili kryzys, nie przestawała być uśmiechnięta i serdeczna. Taka właśnie była.

Trudno powiedzieć, kiedy przywiązanie do Marka osłabło na rzecz jego żony, dość, że któregoś dnia Leon zrozumiał, że ta niepozorna kobieta jest mu bardzo bliska, o niebo bliższa niż stary kolega. Choć powszechnie kwestionuje się szczerość przyjaźni damsko-męskiej, to jednak tę dwójkę połączyło jedynie porozumienie dusz. Porozumienie dwojga ludzi, którzy w swoich związkach grali drugie skrzypce i przyjęli postawę pasywną. Z tą różnicą, że małżeństwo Kornatowskich wciąż trwało, a Leona skończyło się definitywnie dwa lata temu.

A teraz także w życiu tej kobiety coś się miało skończyć, coś zmienić nieodwracalnie. Leon zaś miał odegrać niewdzięczną rolę posłańca złej wiadomości.

* * *

Kiedy padły słowa o nowotworze, Łucja starała się zachowywać spokojnie, ale gabinet lekarski, chociaż jasny i wypełniony bielą sprzętów, w depresyjnym świetle listopadowego popołudnia sprawiał wrażenie ponurego i wywoływał w niej dojmujące uczucie strachu. „Miejsce wyśnione dla samobójcy” – myślała, rozglądając się po wnętrzu. Wszystko wokół wydawało się szare, przygnębiające i bezduszne. Wskazówka zegara nad oszkloną szafką z dokumentami, w której prócz sterty porzuconych niedbale papierów stało kilka fiolek z lekami, przesuwała się bezgłośnie po tarczy. Deszcz siekł intensywnie o szyby, wypełniając niewielkie pomieszczenie monotonnym szumem, który zlewał się w jedno z głuchymi dźwiękami nerwowej gamy wystukiwanej przez Leona opuszkami palców o blat biurka. Łucja wpatrywała się w nerwowe ruchy jego dłoni z jedną tylko myślą: „To jednak nowotwór”. Nowotwór? Rak?

Słowa Leona odbiły się od wypłowiałych seledynowych ścian i rozsypały tysiącem małych znaków zapytania. Komputerowy wydruk badania skrywający jednoznaczny wyrok i służbowy biały kitel przyjaciela zdawały się stanowić jedynie scenografię jakiegoś taniego filmu grozy. Nawet Leon wyglądał dziwnie obco na tle bezosobowego szpitalnego otoczenia. Tym bardziej że Łucja wciąż miała pod powiekami obraz jego roześmianych oczu sprzed zaledwie tygodnia, gdy niespodziewanie wpadł na wieczorną lampkę wina.

Marek był tamtej nocy na dyżurze, a oni we dwoje przesiedzieli kilka godzin, niespiesznie pijąc wino i rozmawiając. Już wtedy czekali na wyniki biopsji, ale oboje skrzętnie omijali temat. Nie było mowy o guzie, badaniach, obawach. Leon, chociaż zawsze dużo opowiadał o swojej pracy w szpitalu, tym razem nawet jednym słowem nie zszedł na tematy zawodowe. Łucja wyciągnęła jakieś stare zdjęcia z wakacji i zaśmiewając się w najlepsze, przegadała z przyjacielem pół nocy.

Lubiła go, zawsze traktowała jak członka rodziny, lecz tak naprawdę zbliżyli się do siebie jakieś dwa lata temu, po odejściu żony Leona, Zosi – wpadał wtedy do domu Kornatowskich na Kabaty niemal codziennie. W którymś momencie Łucja dostrzegła, że przestał być wyłącznie przyjacielem Marka, a stał się także jej własnym. Bardzo potrzebował komuś się wygadać, a ona zawsze lubiła i umiała słuchać – jej mąż zwykł mawiać, że stół w ich kuchni jest przesiąknięty ludzkimi opowieściami, dramatami i rozterkami bardziej niż niejedna kozetka w gabinecie psychoanalityka. Rzeczywiście, ludzie potrafili się przed Łucją otworzyć i bez oporów opowiadać o swoich problemach. A ona słuchała z uwagą. Uważała, że dostała od życia los na tyle lekki, iż powinna pomagać innym.

Któregoś dnia przed dwoma laty, kiedy Zosia postanowiła odejść do pewnego Rosjanina poznanego podczas podróży służbowej, to właśnie przyjaciel Marka stał się najczęstszym rezydentem kuchennego taboretu.

– Alosza – żalił się Leon, popijając domową nalewkę Łucji. – Pieprzony Alosza! Bo widzisz, tak się ten jej gach nazywa.

– Nazywa się Pieprzony Alosza? – próbowała rozładować napięcie.

– Jak zwał, tak zwał, jeden pies – zbył ją. Najwyraźniej nie miał nastroju na żarty. Jeszcze nie wtedy. – Ale ja się pytam, no powiedz, Łucjo, ja się pytam, co takiego, u diabła, dał jej ten cały Alosza, czego nie mogła dostać ode mnie? Czego jej brakowało? Że niby przy mnie takich emocji nie doznawała, że się wypaliła? Że jej silnych wzruszeń i poezji brakowało, tak mi powiedziała na odchodnym. A przecież my tyle lat przeżyliśmy razem i chociaż bywało różnie, jak to w małżeństwie, to jednak zawsze dochodziliśmy do porozumienia. A ona teraz tylko te „oczi czornyje”... Parszywy Rusek. Że niby dopiero przy nim zrozumiała, co to prawdziwa miłość, tak powiedziała. Pal licho, myślałem, może to jakiś kryzys wieku średniego, nadchodząca menopauza, hormony, pomroczność jasna... A niech jej nawet ten sobaka kilka razy jakąś ckliwą dumkę zaśpiewa, w oczy głęboko zajrzy, jeśli jej tak tego romantyzmu brakuje. Ale może za jakiś czas jej się to przeje. Pewnie pomyślisz, że to paskudny oportunizm, ale ja bym zaczekał, aż rozum jej wróci, przełknąłbym to poniżenie, przetrwał hormonalną burzę i wybaczył zdradę. Nie patrz tak na mnie, Łucjo. Wiem, uważasz, że to żałosne.

Nie, Łucja wcale nie uważała, że to żałosne.

– ...A tymczasem Zośka życie nam wywraca do góry nogami, walizki spakowane, bilet do Moskwy kupiony, wszystko postawiła na jedną kartę. Nawet się za siebie nie obejrzała, a nasz Romek jeszcze w liceum. Pal sześć, że mnie zostawiła, ale dzieciaka tak przed maturą...

– No właśnie, co na to wasz syn?

– W sumie nic. On ma już swoje sprawy, własne sercowe rozterki. Zakochał się ostatnio, więc co go mogą obchodzić problemy starych. Albo gdzieś lata z tą dziewczyną, albo z nosem przy monitorze siedzi. A jak się od komputera oderwie, to tylko czasem coś tam napomknie, że matce trochę z tą miłością na stare lata odbiło. Jakby to po nim zupełnie spływało. Dziwne teraz te dzieciaki, jakieś takie... niedojrzałe. Zresztą doskonale wiesz, jak jest, twój Mikołaj w podobnym wieku. Niby to dorosłe, a w głowie ciągle trociny. A Zośka ma to wszystko w... No sama powiedz, Łucjo, przecież też masz dzieci, czy tak postępuje kochająca matka?

– Romek jest już prawie dorosły, no i nie został sam. Został z tobą. A wy zawsze byliście blisko. Leon, jesteś dobrym ojcem. Zapracowanym, ale dobrym, Romek sobie poradzi. Obaj sobie poradzicie. – Łucja starała się tłumaczyć decyzję Zofii, choć jej nie rozumiała.

– Że niby miłość? W naszym wieku? Motyle w brzuchu? Jakie, u diabła, motyle? Nie jesteśmy nastolatkami. Po czterdziestce to jednak pewną odpowiedzialność i zdrowy rozsądek każdy już powinien mieć, nie sądzisz? Tymczasem Zośka zupełnie postradała zmysły. Nie potrafię jej zrozumieć...

Takich dyskusji z Leonem Łucja odbyła jeszcze wiele. Zofia oczywiście nie wróciła, a on dość długo dochodził do siebie. Ale te rozmowy zbliżały. Może Leonowi łatwiej było się zwierzać kobiecie, a może czuł, że w tym konflikcie – chociaż były sobie z Zosią bliskie – Łucja stoi po jego stronie?

Bo ona też nie pojmowała zachowania koleżanki. Nawet po ich rozmowie przed ostateczną przeprowadzką Zosi do Moskwy.

Przyszła się pożegnać tuż przed wylotem. Siedziała na tym samym stołku w kuchni Kornatowskich, który co kilka dni okupował jej zdradzony mąż, i z roziskrzonym wzrokiem opowiadała o swoim szczęściu i uczuciu, dla którego zamierzała przekreślić kilkanaście lat małżeństwa. Była odmieniona, kwitła. Łucja starała się jej nie oceniać, w głębi serca jednak nie akceptowała tego postępowania. Podobnie jak Leon uważała, że w pewnym wieku do wszystkiego należy podchodzić racjonalnie. A nagłe porywy, fascynujący seks i miłość? Miłość to przywiązanie, bezpieczeństwo, zobowiązania, wspólny dom i dzieci.

Takie było stanowisko Łucji. Jednak Zosia twierdziła, że na wszystko, co zawiera się w słowie „obowiązek”, poświęciła wystarczająco dużo czasu i teraz nadeszła chwila, by pomyśleć o sobie. Romek nie był już dzieckiem, a z Leonem przez ostatnie lata łączyło ją tylko przyzwyczajenie. Czy trwanie w mirażu małżeńskiego spokoju, kiedy serce wyrywa się do innego mężczyzny, miałoby więcej sensu?

– Przez ostatnie lata żyłam jak ptak uwięziony w klatce, Łucjo, i nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, nie widziałam tych krat. Dopiero przy Aloszy zrozumiałam, jak pustą i jałową wiodłam egzystencję. Po czterdziestce też można się zakochać.

Pokrętna logika zdrowego egoizmu wyznawana przez żonę Leona zupełnie do Łucji nie przemówiła. Zamykając za Zosią drzwi, była pewna, że ta popełnia kardynalne głupstwo i za chwilę, za miesiąc, a może dwa, wróci do męża z podkulonym ogonem. Ale ona nie wróciła. Więc może to wcale nie była przelotna fascynacja, a właśnie miłość? Czy w ich wieku naprawdę można się jeszcze zakochać?

Łucja rozmyślała o tym za każdym razem, gdy widziała Leona przygnębionego, a on, niestety, długo nie mógł odzyskać wewnętrznej równowagi. Dopiero ostatnio, po ponad dwóch latach od wyjazdu żony, coś się zaczęło zmieniać. Odżył. Znowu o siebie zadbał. Zmienił fryzurę, chyba nawet kupił trochę nowych ubrań. Nie był typem przystojniaka – raczej łagodnego, podtatusiałego misia. Rysy twarzy miał dosyć pospolite, niestare jeszcze czoło przecinało kilka bruzd przedwcześnie wyżłobionych troskami, ale oczy wciąż połyskiwały młodzieńczym ogniem, a na ustach zazwyczaj gościł uśmiech. Zapewne mógł się podobać kobietom. W końcu nie wszystkie szukają w mężczyźnie szalonego – a niechby nawet rosyjskiego – kochanka albo przystojnego macho. Niektóre preferują miłych i statecznych facetów pokroju Leona. Łucja była pewna, że za obecną metamorfozą przyjaciela stoi jakaś nowa kobieta, i z radością obserwowała tę przemianę.

Podczas ostatniego wieczornego spotkania w domu Kornatowskich Leon znowu żartował jak niegdyś, a usta mu się nie zamykały. I taki jego obraz stanął Łucji przed oczami w gabinecie, kiedy padły te niezrozumiałe słowa o nowotworze.

– Jest złośliwy? – zapytała, jakby jednoznaczne wyniki badań mogły nagle ulec cudownej transformacji. Leon ze smutkiem przytaknął.

Znowu odpłynęła myślami. Słyszała, jak przyjaciel tłumaczy, co należy teraz zrobić, jakie kroki przedsięwziąć. Słyszała go, ale nie słuchała. Słowa docierały do niej jak przez ścianę, jakby ją ktoś nagle zamknął w wygłuszonym materacami pokoju. W pomieszczeniu bez okien, bez klamek, z którego nie ma ucieczki. Wszak to zupełnie niemożliwe, żeby mówił właśnie o niej. Rak? Jaki znowu rak? To czysty obłęd, przecież Łucja ma dopiero czterdzieści parę lat i nigdy, przenigdy poważnie nie chorowała. Miewała grypę co najwyżej, kaszel bądź katar. Jadła wówczas parę łyżek miodu i na dzień czy dwa wskakiwała do łóżka, żeby porządnie się wygrzać. W całym życiu leżała w szpitalu zaledwie dwa razy. Kiedy rodziła Nelę i cztery lata później, gdy na świat przyszedł Mikołaj.

Choroby to pospolity temat w lekarskim domu, nawet jeśli mąż nie jest takim sobie zwykłym lekarzem, a uznanym transplantologiem. Ale te wszystkie medyczne przypadki, cudze nieszczęścia zawsze są gdzieś obok, daleko, i wcale nie wywołują u reszty domowników przesadnej dbałości o własne zdrowie. Więc i Łucja daleka była od hipochondrii. Kiedy czuła się osłabiona, po prostu robiła analizę krwi, zgodnie z terminarzem poddawała się cytologii, wykonywała standardowe badania okresowe i sprawdzała piersi. No właśnie... O tym akurat zdarzało jej się czasami zapominać. Ale której kobiecie to się nie zdarza? Zawsze tyle innych spraw jest na głowie, a po czterdziestce życie tak pędzi! Łucję też zajmowało zbyt wiele różnych spraw, by miała czas na badanie. Aż dwa tygodnie temu...

Właśnie nad tym rozmyślała w gabinecie Leona, kiedy ten niewzruszenie opisywał, jak będzie przebiegać leczenie, zasypując ją gradem medycznych definicji. Mówił, że cały proces może potrwać wiele miesięcy i że w jej przypadku nie da się przeprowadzić operacji oszczędzającej. W grę wchodziła wyłącznie amputacja. Ale zanim dojdzie do mastektomii, najpierw poddadzą ją chemioterapii, bo zmianami objęte są także węzły chłonne. Nie użył oczywiście słowa przerzuty, ale i bez tego Łucja doskonale wiedziała, co oznacza cecha N1, bo wszystko wyczytała w internecie. Opisywał skutki uboczne wlewów – osłabienie, zaburzenia łaknienia, ból, wymioty, utratę włosów... Powolne zabijanie tkanek chorobowo zmienionych, ale także tych zdrowych. Wszystko skrupulatnie objaśniał, gdy tymczasem ona nie przestawała błądzić myślami poza ścianami gabinetu.

To dziwne, ale w pierwszej chwili przepełniało ją wyłącznie niedowierzanie, wcale nie poczuła strachu. Mózg pracował na jakichś niezrozumiałych obrotach, gdy Łucja robiła szybkie zestawienie ewentualnych strat, jakie będzie niosła ze sobą jej choroba. A może nawet śmierć. „Nawet gdyby do tego doszło, to nie będzie dramatu” – myślała. W końcu wszystko zrobiła, co do niej w życiu należało. Miała dorosłe dzieci. Nela i Mikołaj byli na studiach. Odchowani, samodzielni. Cudowne, mądre dzieciaki, które w razie czego na pewno dadzą sobie bez niej radę. No właśnie, w razie czego...?

A zaraz potem naszła Łucję kolejna refleksja – zupełnie irracjonalna – że w tym momencie ten cały cyrk z chorobą jest jej kompletnie nie na rękę. Może więc poczekaliby z leczeniem do nowego roku? A może guz sam zniknie? Tyle razy się słyszy o różnych cudownych uzdrowieniach, chińskich ziołach, tybetańskich mnichach, bioenergoterapeutach i leczeniu siłą woli albo akupunkturą. Dlaczego na nią nie miałyby zadziałać podobne terapie? Muszą zadziałać, bo Łucja nie może iść teraz do szpitala, nie ma czasu na chemię, tyle trzeba zrobić. Za miesiąc wypadały święta, dom należało dokładnie posprzątać, prezenty kupić – a ona jeszcze nie miała pomysłu, co dać Markowi. Z dziećmi to jakoś łatwiej, ale z mężem zawsze był problem. Ciężko obdarować człowieka, który wszystko ma. Powinna zawieźć do serwisu narty i rozejrzeć się za nowym bagażnikiem dachowym. Stary w tamtym roku okazał się za mały na potrzeby ich czwórki, a wkrótce całą rodziną wybierali się na narty. Nie, nowotwór nijak nie wpasowywał się w jej grafik.

Jak co roku, tak i tym razem Boże Narodzenie Kornatowscy zamierzali spędzić w Tatrach i zaledwie dzień wcześniej Łucja rozmawiała przez telefon ze znajomą gaździną, panią Hanką Marusarzową, żeby ta przygotowała dom na ich przyjazd.

Ową niewielką chatę w Murzasichlu kupili kilka lat temu. Marek uznał, że nie ma sensu wynajmować i płacić co chwila, jeśli stać ich na zakup – traktował ten dom jako inwestycję na starość. Raz, dwa razy do roku jeździli w góry razem – Marek miał za dużo obowiązków w szpitalu, by móc wyrywać się częściej, ale nawet bez niego Łucja lubiła tam wyskoczyć na kilka dni lub tydzień. Z kolei dzieciaki, od czasu gdy poszły na studia, często okupowały dom wraz z przyjaciółmi w czasie ferii czy wakacji. Pewnie rozsądniej byłoby poszukać czegoś bliżej Warszawy, może na Mazurach, żeby korzystać z domu w weekendy, nie tłukąc się ponad czterysta kilometrów, ale oni tak bardzo kochali góry...

Łucja obawiała się, że Marek będzie bardzo niepocieszony zmianą planów. Ostatnio dużo pracował, często wyjeżdżał na kongresy i prawie nie wychodził ze szpitala, więc potrzebował wypoczynku jak nigdy. Żadna choroba nie mogła im przeszkodzić.

Warunki w domu może nie były idealne – drewniana chata z pociemniałych ze starości bali wymagała drobnego remontu – ale Kornatowscy posiadali tam wszystko, czego potrzebowali: na poddaszu trzy małe sypialnie, a na dole dużą jadalnię, do której bez trudu można było wstawić choinkę. I spory zadaszony ganek przed domem, gdzie rano pijali kawę, i obszerną kuchnię, w której stał murowany piec opalany drewnem... Co roku przystrajali razem dom, a Łucja na żeliwnej płycie przygotowywała dwanaście wigilijnych potraw – domowe, rodzinne święta, tyle że poza domem. Bo przecież dom to nie ściany – drewniane czy murowane – ale ludzie.

Uwielbiała tamtejszy przedświąteczny nastrój. W Warszawie o tej porze roku zazwyczaj panowała plucha, a na Podhalu za oknami biało. Łucja puszczała sobie kolędy i w spokoju gotowała, patrząc, jak na dworze sypie śnieg. W tym czasie Marek wraz z dziećmi jeździł na nartach – wcale nie czuła, by coś ją przez to omijało, nie przepadała za tym sportem. Po Tatrach znacznie bardziej lubiła wędrować niż szusować. Dlatego kiedy przygotowała wszystko do świąt, a w górach warunki na to pozwalały, chodziła na krótkie wycieczki. Do Doliny Pięciu Stawów albo do Gąsienicowej. Czasami zabierała ze sobą Nelę, ale samotność podczas takich spacerów zupełnie jej nie przeszkadzała. Lubiła ją. Lubiła w ciszy podziwiać surowe górskie krajobrazy i rozmyślać...

Wieczory jednak zawsze spędzali już wspólnie. Zbierali się przy stole podczas kolacji, rozpalali ogień w kominku. Sancho cicho chrapał na swoim posłaniu, zmęczony całodziennym szaleństwem w śnieżnych zaspach, a oni do późna gadali. Porozsypywane skrawki codzienności scalali znowu w jedno i nadrabiali czas – nawet Marek się wówczas wyciszał, zapominał o pracy. Świat pędzący nie wiadomo dokąd zostawiali za drzwiami górskiej chaty i na powrót stawali się prawdziwą rodziną. Nie myśleli o problemach, o Warszawie, nagłych wezwaniach ze szpitala, studiach czy szkole. Myśleli wyłącznie o sobie.

A tu nagle ta choroba, badania, niewyraźna mina Leona... Jego słowa. Całe morze falujących w głowie słów, niebezpiecznie wciągających Łucję pod swoją powierzchnię. Mnóstwo terminów niezrozumiałych, nieznanych – albo też właśnie znanych i przez to napawających jeszcze głębszym lękiem. Zaskakujące stwierdzenia, że leczenie trzeba zacząć zaraz, że chemia, że szpital, że sprawa jest niezwykle poważna. I że należy się spieszyć. A może tego nie powiedział? Może to akurat Łucja wywnioskowała sama z molowej tonacji jego głosu?

Mijały kolejne minuty, jednak jej wydawało się, że ten monotonny wywód trwa już wiele godzin i dzień wkrótce zacznie się chylić ku końcowi. Spojrzała odruchowo na ścienny zegar – wskazywał za kwadrans dziewiątą. Minęło więc zaledwie pół godziny od jej wejścia do gabinetu. Pół godziny... Jak to możliwe, że w tym krótkim czasie wszystko uległo tak drastycznej przemianie – poczuła, jak jej ciało odczuwa ciężar przeżytych lat, miesięcy, tygodni. Miała wrażenie, że obrazy przeszłości, zbierane w pamięci od dnia narodzin, formują się w stop-klatki na filmowym celuloidzie i pędzą, pędzą na oślep, by wreszcie wyhamować w tej właśnie chwili, tu, w gabinecie Leona. Stop. I taśma, która dotąd zdawała się nie mieć końca, urwała się z bolesnym trzaskiem. Życie Łucji się zatrzymało. Myśl, co przyniesie jutro, napełniła ją lękiem.

– Leoś – zaczęła niepewnie, kiedy wreszcie zamilkł – przecież idą święta. Wiesz, że planujemy wyjazd do Murzasichla. Nie dałoby się jakoś tego wszystkiego trochę... przełożyć?

Popatrzył na nią dziwnie, odłożył wreszcie dokumenty miętoszone w dłoni i zmarszczył czoło. W tej chwili wydał jej się zaskakująco obcy. Niczym nie przypominał starego, dobrego przyjaciela, był wyłącznie poważnym panem doktorem – lekarzem obawiającym się o zdrowie pacjenta. Zrozumiała, że nawet dla niej, nawet przez wzgląd na ich bliską zażyłość, nie zastosuje taryfy ulgowej.

– Łucjo... – Mimo posępnej miny jego głos zabrzmiał łagodnie. – Wiem, że to dla ciebie szok, że nie byłaś przygotowana na tę diagnozę, ale wyniki histopatologii są jednoznaczne. Masz zaatakowane węzły po stronie guza i trzeci stopień nowotworu, odkładanie leczenia jest absolutnie niemożliwe. Wierz mi, kochana, dla mnie to wszystko też jest bardzo trudne. Chciałbym móc ci przekazać zupełnie inne informacje, ale... Niestety, jest jak jest i musisz czym prędzej pojąć powagę sytuacji. Nie ma teraz mowy o żadnym wyjeździe, rozumiesz? Ani teraz, ani przez wiele następnych miesięcy.

– Ale Marek, dzieci, narty... Cholera, Leon, jak ja im to powiem? Wszyscy już się tak nastawili. Marek czekał na urlop od paru miesięcy, jest taki przemęczony. Nie mogę mu tego zrobić. Szpital...? Mam teraz kilka miesięcy spędzić w szpitalu?

Leon pokręcił głową, zdjął z nosa niezbyt twarzowe okulary i z roztargnieniem potarł czoło. Wyglądał na zmęczonego.

– To nie do końca tak. Nie będziesz u nas leżeć cały czas. Jeszcze dziś ustalimy w szerszym zespole dokładny przebieg leczenia, cykl i ilość dawek chemioterapii. Po każdym wlewie będziesz mogła wrócić do domu. Dopiero później do akcji wkroczy chirurg, a po operacji zbadamy dokładnie guz i stwierdzimy, jakie działania podjąć dalej. Po usunięciu węzłów możesz mieć problemy ze sprawnością lewej ręki. Być może będziesz musiała poddać się rehabilitacji i...

– To może ustawcie to wszystko tak, żebyśmy mogli jednak w święta wyjechać? To zaledwie miesiąc – nie dawała za wygraną.

Uśmiechnął się smutno. A może to nie był wcale uśmiech, tylko nerwowy grymas zniecierpliwienia?

– Nie przestajesz mnie zadziwiać... – Zawiesił głos. – Nie przestajesz mnie zadziwiać, Łucjo, chociaż znamy się od tylu lat. Właśnie ci powiedziałem, że MASZ NOWOTWÓR, nie zapalenie gardła albo katar, ale że cierpisz na chorobę obarczoną ogromnym ryzykiem. Tymczasem jedyne, co zaprząta ci głowę, to wypoczynek twojego męża i dzieci? Łucjo... – W jego stanowczym tonie słychać było pewną miękkość. – Całe życie poświęcasz rodzinie, teraz jednak musisz pomyśleć o sobie. Zmęczenie Marka nie ma żadnego znaczenia, twoje dzieci też przeżyją bez szaleństw na stoku, to są dorośli ludzie, zaręczam ci, że zrozumieją. Wszystkie wasze plany muszą teraz poczekać. Liczysz się tylko ty. Rozumiesz, co mówię? TYLKO TY. Podanie chemii to nie wzięcie aspiryny. Chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak to może przebiegać. Po każdym kolejnym wlewie poczujesz się coraz bardziej osłabiona, skrajnie wyczerpana. Może nawet tak bardzo, że nie będziesz na siłach wstać z łóżka, nie mówiąc już o wyjściu z domu. Przykro mi, ale wolę już teraz cię uprzedzić. Te święta na pewno spędzisz w Warszawie. I to jak najbliżej szpitala. – Nabrał powietrza i dodał już spokojniej: – Rak jest chorobą uleczalną, twój przypadek nie jest najgorszy, jednak guz w piersi jest bardzo złośliwy, musimy zahamować namnażanie się jego komórek, bo inaczej...

– Umrę? – zapytała, jakby ją samą dziwiły wyrzucone w przestrzeń słowa.

– Jeśli będziemy zwlekać – powiedział zduszonym głosem – tak właśnie się stanie.

W pokoju znowu zaległa cisza – który to już raz tego poranka? Łucja spuściła głowę i spojrzała na swoje ręce. Nie zauważyła, kiedy zacisnęła je na zielonej łące sukienki, ale widocznie już dawno, ponieważ knykcie miała niemal białe.

Na serdecznym palcu prawej dłoni tkwiła obrączka. Zwykła, dosyć cienka. Kiedy się pobierali z Markiem, nie było ich stać na nic lepszego. On nie nosił swojej od lat, trochę przytył i twierdził, że palce mu w niej puchną, a poza tym i tak musiałby ją zdejmować przed zabiegami, ale Łucja się ze swoją nie rozstawała. W tym kawałku porysowanego, startego złota zawierał się cały sens jej istnienia. Bez męża i dzieci czuła się nikim. Nie potrafiłaby ich zranić. Zawsze tak wszystkim kierowała, by zaoszczędzić bliskim wszelkich zmartwień i kłopotów. A teraz? Co będzie teraz? Choroba to obciążenie dla całej rodziny. Łucja nie bała się cierpienia ani śmierci, prawdziwym strachem napawała ją w tej chwili jedynie myśl, że jej „niedyspozycja”, jej rak, leżenie w łóżku i niemożność samodzielnego wykonania przy sobie prostych czynności odciśnie piętno na życiu najbliższych. Jak ona im to powie...?

– Jak ja im to powiem? – rzuciła na głos, a Leon spojrzał zza biurka zupełnie zbity z tropu. – Przecież nawet nie wiedzą, że dzisiaj u ciebie jestem.

– Jak to nie wiedzą? Marek nie wie czy dzieci nie wiedzą?

Spuściła oczy.

– Nikt nie wie, tylko ty i ja. Pomyślałam, że nie ma sensu ich martwić, że wyniki będą inne, że...

– To, że nie chciałaś niepokoić dzieci, jestem w stanie zrozumieć. – Z niedowierzaniem pokręcił głową. – Ale jak mogłaś nie powiedzieć Markowi? W końcu jest lekarzem, bez przerwy ma do czynienia z chorobami, mógłby cię wesprzeć, uspokoić... Nie byłabyś z tym sama. – Zadumał się na moment. – Jak to możliwe, że nie zauważył śladu po biopsji?

Poczuła się niezręcznie. Straszliwie głupio. Ta rozmowa zaczęła wkraczać w sfery zbyt dla niej intymne, zbyt wstydliwe. W jaki sposób miała wytłumaczyć przyjacielowi powody, dla których Marek nie odkrył opatrunku na jej piersi? Własny mąż. Jak miała Leonowi wyjaśnić, że oni...? Że od dawna...? Wszak nikt się nie domyślał, że na ich idealnym jak monolit małżeństwie też istnieją rysy.

– I co teraz? – Łucja poczuła, że grunt usuwa jej się spod nóg.

– Teraz przyszedł czas, żebyś porozmawiała z rodziną. Załatw, co masz do załatwienia, a jutro rano chcę cię zobaczyć na moim oddziale. Bezdyskusyjnie.

* * *

Przed obchodem doktor Leszek, zwany przez kolegów z bloku Chemikiem, przyszedł do skrzydła, gdzie znajdowała się klinika nowotworów piersi. Po całonocnym dyżurze na jego młodej i dosyć przystojnej twarzy rysował się mocny jednodniowy zarost, a pod oczami ciemniejsze kręgi cieni. Powinien iść do domu, by przespać się choć kilka godzin, ale przed wyjściem chciał jeszcze skonsultować kilka spraw z Leonem. Zajrzał więc do pokoju oddziałowej, mając nadzieję, że tam właśnie zastanie kolegę – ostatnio Leon nad wyraz często tu przesiadywał. Niby nic w tym dziwnego, wszyscy lubili pijać tu kawę, ale Chemik wiedział swoje – między Leonem i oddziałową coś zaiskrzyło.

Niespecjalnie go dziwiło, że kolega zwrócił uwagę na apetyczną Małgosię. W końcu to już chyba ze dwa lata, jak został sam, a z oddziałowej była fajna babka. Co prawda przekroczyła już chyba czterdziestkę, ale świetnie się trzymała. Dorodna blondynka o bujnych kształtach i olśniewającym uśmiechu. Była powszechnie lubiana. Pacjentki za nią przepadały, a męska część personelu szpitala szczerze wielbiła, urozmaicając sobie nudę pracy fantazjami o niegrzecznych zabawach z Małgorzatą w roli głównej. Podobno oddziałowa od jakiegoś czasu była wolna – po korytarzach plotkowano, że miała za sobą paskudne małżeństwo. Po wielu latach udręki uwolniła się od męża alkoholika, współuzależnienia i incydentalnych siniaków wykwitających pod okiem. Kobieta z przeszłością, jak to się mówi, ale za to mocno doświadczona, pozbawiona złudzeń, zahartowana, niewiele wymagająca od życia. A jednak wciąż pogodna – łakomy kąsek na rynku wtórnym. Może dlatego zbliżyli się z Leonem? Dwoje poturbowanych rozbitków wychodzących na prostą. Chemika szczerze cieszył wybór kolegi.

Jednak tym razem w pokoju oddziałowej nie zastał nikogo – po Leonie ani śladu – więc skierował się wprost do jego gabinetu w drugim końcu skrzydła.

Korytarzem, pośród osowiałego personelu, spacerowało zaledwie kilkoro pacjentów. Sunęli noga za nogą, w zwolnionym tempie, wszyscy nie w sosie, skuleni w sobie, jakby dojmujący jesienny wiatr przenikał mury i wypełniał dodatkowo swoją depresyjną wilgocią to i tak smutne miejsce. Nikłe światło wślizgujące się tu przez okna nie było w stanie rozjaśnić półmroku, więc mimo dnia na całej długości przejścia paliły się jarzeniówki – typowy smutny poranek w miejscu, w którym nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby się dobrowolnie znaleźć.

I wtedy ją zobaczył.

Szła z naprzeciwka, szybko, jakby ktoś ją gonił. Kobieta w niecodziennym stroju – niecodziennym jak na szpitalne warunki. Bo tutaj nie było kolorów, wnętrza wydawały się w pewien sposób przezroczyste i wszystkie hole, klatki schodowe i korytarze od lat wyglądały tak samo. Popielatoszare twarze chorych, białe kitle personelu i pastelowy seledyn ścian bywającemu tu dzień w dzień lekarzowi zdawały się mieszać ze sobą i tworzyć spójną, choć nijaką, masę. I nagle ona, która do zwiewnej zielonej sukienki założyła wielobarwny, krzykliwy naszyjnik, a przez ramię przerzuciła jaskrawy płaszcz. Stanowiła jedyny barwny punkt na czarno-białym tle – jak dziewczynka w czerwonym płaszczyku z Listy Schindlera. Zdawała się tu nie na miejscu, jakby wycięta z innego świata, z innej bajki. Absyntowa wróżka, która przybyła, by wyzwolić lekarzy i pacjentów z porannego marazmu. Przemykała między chorymi. Kilka głów obróciło się na ten osobliwy widok, na paru twarzach wykwitło coś, co przypominało uśmiech. Może trochę niedowierzający, pobłażliwie kpiący, w tym miejscu jednak każdy zdawał się na wagę złota.

Minęła Chemika z całą swoją zieloną energią. Szelest sukienki zmieszał się z szelestem szeptów. Lekarz przystanął jak inni i nie mogąc się oprzeć, z dziwnym rozbawieniem popatrzył w ślad za Zieloną, dopóki – równie szybko jak się pojawiła – nie znikła za zakrętem korytarza.

Zostawiła po sobie trudną do uchwycenia pustkę i wesołość u kilku osób. Uśmiech nie schodził także z twarzy Chemika, gdy pukał do ostatniego pokoju na piętrze. Cisza. Zapukał ponownie, a nie doczekawszy się odzewu, delikatnie uchylił drzwi i wsadził głowę do środka.

Leon siedział w obrotowym fotelu tyłem do wejścia i wpatrywał się w dżdżystą zawieruchę spływającą łzawo po szybie. Mimo szarówki nie zapalił górnego oświetlenia i pokój rozjaśniała jedynie wąska poświata padająca z biurowej lampki.

– Szukałem cię u naszej drogiej Małgorzaty, a ty tutaj? Światło byś włączył, ciemno tu u ciebie jak w grobie – powiedział gość lekko, nadal czując na sobie oddech Zielonej.

Na dźwięk głosu Leon odwrócił się w jego stronę. Miał twarz bez wyrazu.

– Nie błaznuj, Chemik. Wchodź i zamknij drzwi. – Wskazał mu miejsce naprzeciw siebie.

W jednej chwili wyparowała z doktora Leszka cała wcześniejsza beztroska. Zamknął za sobą drzwi i rozsiadł się na krześle. Twarda sklejka wydawała się ciepła. Ktoś przed chwilą tu siedział. Ona?

– Okropnie wyglądasz. Jesienna depresja? Coś się stało?

– Daj spokój. – Leon machnął tylko ręką i przesunął w stronę kolegi leżące na blacie dokumenty. – Spójrz.

Wyniki badań. Biopsje, mammografia... Ciągi liter i cyfr – Chemik codziennie widywał wiele podobnych.

– Czyje to?

– Zerknij na nazwisko.

– Kornatowska. Łucja – przeczytał na głos. – Kornatowska? Nic mi to nie mówi. A powinno?

– To moja przyjaciółka.

– Przyjaciółka? Że niby... – Młody lekarz wyszczerzył się w szelmowskim uśmiechu.

Leon popatrzył z dezaprobatą na jego teatralne rozbawienie i rozdrażniony pospieszył z wyjaśnieniem.

– Przyjaciółka, nie kochanka. Łucja to moja stara znajoma, bardzo dobra znajoma. Żona Marka Kornatowskiego.

Przez twarz Chemika przemknął cień zrozumienia.

– Czekaj, czekaj. Tego Kornatowskiego? Profesora Kornatowskiego? Od transplantologii?

– Tak.

– Ostatnio widziałem go parę razy w telewizji. Podobno świetny specjalista. Duże sukcesy w przeszczepach eksperymentalnych. Czytałem gdzieś, że w zeszłym roku dochrapał się profesury, a wydaje się, że nie skończył jeszcze pięćdziesiątki.

Leon przytaknął.

– Owszem, jest jednym z najmłodszych profesorów belwederskich w kraju. A do pięćdziesiątki brakuje mu jeszcze kilku lat.

– Widzę, że dobrze się znacie.

– Od czasów akademii. Studiowaliśmy na jednym roku. Byliśmy nawet w tej samej grupie, stare dzieje.

– I mówisz, że to wyniki jego żony. – Chemik zaczął wnikliwiej przyglądać się dokumentom. – Najlepiej to nie wygląda. T3, N1, M0...? Dobrze przynajmniej, że nie ma przerzutów odległych, ale ciekawe, jak duże zmiany zaszły w węzłach. Typ naciekający przewodowy... – czytał pod nosem. – No i rozmiar. Spory ten guz.

– Trochę ponad pięć centymetrów.

– Aż dziwne, że go wcześniej nie wyczuła.

– Podejrzewam, że musiał szybko się rozwinąć. Zresztą badanie receptorów by to potwierdzało.

– Ujemne?

– Niestety, tak. Dlatego terapia hormonami odpada. Zostaje tylko chemia.

– Trzeba działać na cito.

– No właśnie i dlatego chciałbym cię prosić, żebyś jeszcze dzisiaj przejrzał wszystkie wyniki i zaplanował leczenie.

Młodszy kolega popatrzył na Leona uważnie. Kierownik kliniki nowotworów piersi nie był typem wrażliwca – zresztą w tym zawodzie rzadko się tacy zdarzają – tymczasem było widać gołym okiem, że jest w rozsypce.

– Wiesz, że to niezgodne z procedurami. Mamy kolejkę oczekujących i...

– To dla mnie wyjątkowo ważne – przerwał mu w pół słowa. – Gdyby ktoś się ciebie czepiał, odpowiedzialność wezmę na siebie.

Łamanie zasad też stanowiło pewne novum w postawie Leona. Oczywiście prywatnie był inny, dosyć wyluzowany – bliżsi koledzy z Centrum, tacy jak Chemik, dobrze to wiedzieli – ale w pracy stanowił wzór przykładnego służbisty. Naprawdę musiało mu zależeć na tej całej Łucji.

– Czy to może była ta babka, którą przed chwilą widziałem na korytarzu? – padło nagle pytanie.

– Jaka babka?

– Taka... – Chemik uświadomił sobie, że jej postać pozostawiła w nim tylko garść niejednoznacznych efemerycznych doznań, mglistych wrażeń, ale nie zapamiętał żadnych szczegółów, koloru włosów, rysów twarzy. Zupełnie nic, tylko rozmazany obraz kobiecej sylwetki. – Była ubrana we wściekle zieloną sukienkę.

– Tak, to właśnie Łucja.

* * *

Wyszła przed gmach Centrum Onkologii i mocniej otuliła się płaszczem. Wiatr się wzmógł i uderzyła ją nieprzyjemna fala chłodu. Widocznie temperatura spadła o kilka stopni, bo wszystko dookoła pokryło się lepką warstwą marznącego deszczu, który mieszając się na chodniku z resztkami przegniłych liści, zaczął tworzyć brudną maź. Na schodach minęła ją dziewczyna, może dwudziestoletnia, która wspierając się na ramieniu starszej kobiety, z trudem pokonywała kolejne stopnie. Na głowie miała fikuśną czapkę z wielkim pomponem – nic dziwnego, było tak przejmująco zimno – ale w jej bladej twarzy coś zaintrygowało Łucję, coś innego, nienaturalnego, przykuło uwagę. Czegoś w tej twarzy brakowało, jakiegoś drobnego, choć nieodzownego elementu. Dopiero kiedy dziewczyna ją minęła, Łucja uświadomiła sobie, że tamta nie miała brwi. Brwi i rzęs. Dziwnie wyglądała taka twarz, jak portret niechlujnego malarza bądź nieudolny rysunek dziecka. Wydawała się niedokończona, niepełna, naga. Bezbronna? „A więc taka będę już wkrótce” – przemknęło jej przez głowę i dopiero owa upiorna konkluzja sprawiła, że w pełni dotarły do niej słowa Leona.

„Nie będę miała piersi, włosów, nawet brwi. Nie będę miała swojego dawnego życia. Nie będę taka jak dawniej, ponieważ nic już nie będzie jak dawniej. Choroba wszystko zmieni i pogwałci. Wedrze się w moje ciało, zawładnie każdą czynnością, wyborem, ruchem i zdeterminuje codzienność. Pozostawi mnie bezbronną, bezsilną, bezwłosą...”.

Poczuła, jak w środku dygocze, jak się rozpada pod naporem tych myśli – musiała przed nimi uciec, czym prędzej znaleźć się daleko stąd. Zbiegła więc ze schodów i nie oglądając się za siebie, wpadła na podjazd dla karetek. Jakiś przejeżdżający tamtędy samochód zatrzymał się w ostatniej chwili tuż przed jej nogami – tak, że aż w uszach Łucji zagrał metaliczny gwizd klocków hamulcowych. Kątem oka zobaczyła, jak wkurzony kierowca wymownie puka się w czoło, a jego wykrzywione usta układają się w jedno krótkie słowo: „idiotka”. Powinna się zatrzymać, wygarnąć mu, ale nagle ogarnęła ją kompletna niemoc. Teraz nic nie miało znaczenia.

Dopadła do swojego samochodu porzuconego na obrzeżach szpitalnego parkingu i wsiadła do środka. Przez chwilę ciężko oddychała, patrząc na zimne krople spływające po przedniej szybie – jej tafla w kilka sekund zaparowała, odgradzając Łucję od jesiennej szarugi.

Pewnie powinna się była teraz rozpłakać, ludzie chyba płaczą w takich momentach – bezsilności i strachu – ale wciągnęła jedynie głęboko w płuca powietrze i rozpięła płaszcz na piersi. Z lękiem sięgnęła dłonią za dekolt sukienki – po raz pierwszy od chwili badania. Może to wszystko tylko zły sen, może nic tam już nie znajdzie? Znalazła. Pod koronką stanika na lewej piersi wyczuła szorstkie zgrubienie opatrunku po biopsji. Rana już dawno się zagoiła, nie bolała, i tylko dookoła plastra rozlewały się resztki żółknącego siniaka. Powinna była już dawno odkleić gazik, ale z jakichś irracjonalnych powodów nie potrafiła się przemóc. Wolała zostawić tę dodatkową barierę między nią a tym czymś czającym się wewnątrz piersi. Tym czymś... Bo przecież pod warstwą gazy, pod skórą, w otulinie z tkanki tłuszczowej wciąż drzemał włóknisty intruz – rak, wbijający się szczypcami w resztę zdrowych tkanek. A Łucja nie chciała go rozjuszyć, rozgniewać, obudzić, więc przez ostatnie dni w ogóle przestała dotykać tego miejsca. Przestała na nie patrzeć w lustrze, kiedy się rozbierała, przestała o nim myśleć...

Nigdy nie była specjalnie przywiązana do swojego wyglądu. W ogóle nie należała do kobiet przykładających zbyt wielką wagę do powierzchowności. Jedynym jej dziwactwem było zamiłowanie do kolorowych ubrań – według jej córki zbyt kolorowych i szalonych jak na ukończone czterdzieści pięć lat – których podobno na domiar złego nie potrafiła właściwie zestawić. Ale mylił się ten, kto sądził, że nietypowymi strojami Łucja próbowała przyciągnąć czyjąś uwagę, że był to żałosny przejaw ostentacji przekwitającej kobiety. Przeciwnie, barwa stanowiła zasłonę dymną, kamuflaż, za którym ludzie nie dostrzegali jej samej, a jedynie te niedorzeczne ciuchy. Poznanie prawdziwej twarzy Łucji uniemożliwiała zazwyczaj kolorowa bariera, pod którą czuła się przezroczysta i bezpieczna. Ot i cała tajemnica jej ekstrawagancji.

A poza tym wydawała się sobie nijaka. Mysie blond włosy, w typowo słowiańskim odcieniu, przez całe życie ścinała dość krótko, bo tak jej było najwygodniej, i rzadko się malowała. Długo też na swojej twarzy nie dostrzegała upływu czasu i dopiero niedawno zaczęła używać kremów przeciwzmarszczkowych. A właściwie to Marek – czyniąc tym samym niezbyt delikatną aluzję do jej wieku – podarował Łucji na urodziny jakiś piekielnie drogi zestaw pielęgnacyjny. Zaczęła te mazidła stosować, ale bez zbytniego przekonania.

A reszta ciała...? Ciało to tylko ciało. Nie czuła się seksowna. Zresztą co to za idiotyczne słowo: seksowna? To określenie sprowadza kobietę do roli ładnego przedmiotu, Łucja nie chciała czuć się w ten sposób, nie chciała, by na jej widok wszyscy mężczyźni doznawali nieustającej erekcji, bo uważała, że nie da się zmierzyć życiowego spełnienia liczbą podnieconych facetów. Była więc zwyczajna, przeciętna i dobrze się z tym czuła. Może i miała na brzuchu niewielką oponkę, która lata temu pojawiła się podczas ciąży, a później nijak nie chciała zniknąć, ale Łucja nie przywiązywała do tego specjalnej wagi, nie katowała się dietami.

No i zawsze miała małe piersi, którym jędrność odebrało wykarmienie dwójki dzieci, ale dotąd ich wygląd, kształt i wielkość raczej jej nie zastanawiały. Po prostu miała te piersi i tyle.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

CZĘŚĆ II Wiosna

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ III Wieczna wiosna

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2014

Text © copyright by Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, 2014

Projekt okładki i layoutu serii Katarzyna Borkowska

Zdjęcie na okładce © Sandra Ludewig/Picture Press/Getty Images

Cytat z Miłości w czasach zarazy Gabriela Garcíi Márqueza za przekładem Carlosa Marrodána Casasa

Redaktor prowadzący Joanna Wajs

Opieka redakcyjna Magdalena Korobkiewicz

Redakcja Magdalena Adamska

Korekta Zofia Kozik, Monika Hałucha, Ewa Mościcka

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-12810-2

Plik wyprodukowany na podstawie Wieczna wiosna, Warszawa 2014

www.wnk.com.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: [email protected]

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl