Wydawca: Akurat Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 218 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wieczerza - Tatiana Jachyra

[color=black]To niezwykle śmiały thriller psychologiczny, w którym chorobliwa namiętność i niezdrowa seksualna fascynacja mieszają się z religijnym fanatyzmem.[/color]

[color=black]Joanna przeprowadza się z Krakowa do Warszawy. W nowym miejscu nie czuje się szczęśliwa, tym bardziej, że jej mąż często wyjeżdża. Samotność popycha ją w ramiona Dawida, młodego przystojnego ginekologa. Burzliwy romans staje się początkiem tragedii. Kiedy Joanna zachodzi w ciążę lekarz porywa ją i więzi w ukryciu. Uważa, że to jedyny sposób, aby ją chronić. Wkrótce do ich świata wkracza Yasmine, tancerka w nocnym klubie oraz Tomasz, ksiądz, który nie ukrywa zauroczenia kobietą. Między bohaterami zaczyna się intrygująca psychologiczna gra. Nie wiadomo kto jest katem a kto ofiarą?[/color]

[color=black]Tatiana Jachyra kreuje wyraziste postacie, zanurzone w obłędnej namiętności, których usilne dążenie do szczęścia z góry skazane są na tragiczny koniec. Autorka umiejętnie krzyżuje drogi bohaterów powieści w dusznym, nieprzyjaznym mieście, które potęguje ich poczucie samotności i wyobcowania. Jachyra z wyjątkową wprawą buduje kryminalną zagadkę i tworzy gęstą atmosferę zbrodni, pożądania i skandalu.[/color]

[color=black]Książka jest skierowana do szerokiego kręgu odbiorców; zainteresują się nią zarówno czytelnicy szeroko rozumianej literatury współczesnej, jak i miłośnicy kryminałów, powieści obyczajowych, a nawet literatury erotycznej. "Wieczerza" jest powieścią niezwykle odważną, podejmującą tematy tabu, która może stać literackim skandalem wiosny. Problemy tylko naskórkowo poruszane w polskiej publicystyce, w książce Jachyry podjęte są w sposób zdecydowany i brawurowy. Autorka nie boi się śmiałych pytań i nie szuka prostych odpowiedzi.[/color]

Opinie o ebooku Wieczerza - Tatiana Jachyra

Fragment ebooka Wieczerza - Tatiana Jachyra

TATIANA JACHYRA

WIECZERZA

Redakcja: Arkadiusz Nakoniecznik

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Stefania Krassowska, Elżbieta Steglińska

Zdjęcie na okładce: Tatiana Jachyra

Na zdjęciu: Philippe Tłokiński

© for the text by Tatiana Jachyra

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

ISBN 978-83-7758-668-6

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I

PROLOG DAWIDA

1

Szminka. Karmazynowa słodycz na twoich ustach. Chciałbym zlizać z nich całą namiętność i pasję. Ale jeszcze nie teraz. Stoję w oknie i patrzę, jak szykujesz się do wyjścia. Katuję się wyobrażeniami, co mógłbym z tobą robić dziś w nocy.

Tusz. Nakładasz na rzęsy zasłonę czerni. Cień do powiek podkreśla kolor twoich oczu, ich głębię i siłę rażenia. Wiesz, że wyglądasz obłędnie. Patrzysz na swoje odbicie w lustrze.

Bielizna. Koronkowa, czarno-czerwona dodaje ci seksapilu. Stanik delikatnie unosi piersi, które z każdym oddechem zachęcają do zagubienia się w ich dolinie. Majteczki tylko pozornie bronią dostępu do źródła słodyczy. Uśmiechasz się. Bawisz się włosami. Długie, rozpuszczone, spływają od niechcenia na szyję i głaszczą obojczyki. Kosmyki ślizgają się po policzkach.

Sukienka. Wkładasz ją z wdziękiem. Materiał czule otula twoje ciało. Krój podkreśla idealną figurę.

Chętnie zdarłbym te szmatki i zanurzył się w tobie. Ale jeszcze poczekam… Jestem wyjątkowo cierpliwy.

Za chwilę się zobaczymy. Dopijam whisky i wkładam marynarkę. Nasze pierwsze spotkanie. Już nie mogę się doczekać. Dawno nie byłem tak podniecony.

Widzę cię po drugiej stronie ulicy. Idziesz szybko, rozmawiając przez komórkę. Nie przestajesz się uśmiechać. Boże, jaki to cudowny uśmiech. Kawiarnia jest zaraz za rogiem, ale ty skręcasz w drugą stronę. Nie powinienem chyba poczuć się zaniepokojony, prawda? Pewnie masz coś jeszcze do załatwienia.

Twoje biodra kołyszą się w rytmie kroków. Jestem zazdrosny o wszystkich innych mężczyzn, którzy patrzą na ciebie.

Biorę głęboki oddech i zaczesuję włosy ręką.

Nie dostrzegasz mnie… jeszcze…

Dotarłem na miejsce przed czasem. Nie lubię się spóźniać. Bawię się serwetką. Kelnerka przyniosła menu, ale zamówię, dopiero gdy przyjdziesz. Czekam. Poprawiam marynarkę – trochę się pogniotła. I włosy. Chyba powinienem pójść do fryzjera. To takie małe natręctwa. Lubię, kiedy wszystko jest idealne… Jak ty.

Wchodzisz dziesięć minut po czasie. Nie szkodzi. Najważniejsze, że jesteś. Rozpromieniona, szczęśliwa. Twoje oczy błyszczą z radości. Ja też nie potrafię ukryć, że się cieszę. Idąc w moją stronę, pokonujesz labirynt stolików. Sukienka bawi się z twoim ciałem. Pojawia się i znika między udami. Chyba jest trochę za krótka. Zwracasz na siebie uwagę.

Unosisz rękę na powitanie…

…i mijasz mnie. To nie do mnie się uśmiechałaś. To nie do mnie machałaś.

Podchodzisz do niego. On wstaje, całuje cię w usta na przywitanie i obejmuje czule.

Kim on jest?

Zdradziłaś mnie.

Nie mogę patrzeć, w jaki sposób cię dotyka. Jest obleśny i wyuzdany. Typowy samiec. Szepcze świństwa prosto do twych uszu, a ty mrużysz oczy, zagryzasz wargi. Jak dziwka. Jestem rozczarowany, oburzony – nie znałem cię od tej strony.

Nie zwracasz na mnie uwagi.

Koniec. Nie mogę dłużej przyglądać się waszym igraszkom. To jest miejsce publiczne, a nie burdel.

Wstaję i wychodzę.

Na zewnątrz policzkuje mnie deszcz.

Włóczę się nocą po mieście. Szukam wytłumaczenia. Deszcz zmył ze mnie nadzieję na ciebie. Jest zimno… Nie, to mnie jest zimno od przeszywającego ciało gniewu.

To nie tak miało być.

2

Zaciemnione okna. Już dawno zegar wybił północ. Jeszcze nie wróciłaś. Niepokoję się, nerwowo popijam whisky. Kolejna szklanka. Chcę się upić, choć, zamiast alkoholem, najchętniej upijałbym się twoim potem, zlizując go ze skóry.

Wymykasz mi się.

Waruję przy oknie jak pies czekający na powrót właściciela. Co chwilę zerkam na zegarek. Dlaczego wskazówki tak wolno się poruszają? Czas stanął w miejscu?

Firanki rozbłyskują ciepłą poświatą. A więc wreszcie jesteś! Rozpromieniona wchodzisz do salonu. Z nim. Śmiejesz się. Wieszasz mu się na szyi. Droczycie się. Przytula cię mocno. Obejmujesz udami jego biodra. Niesie cię, lekką jak piórko, w stronę sypialni. Jest spragniony twojego ciała. Po drodze zdejmujesz mu marynarkę i rozpinasz koszulę. Bawisz się krawatem. Kładzie cię na łóżko. Jego pocałunki są pełne wulgarnego pożądania. Zagryzam wargi. Ja całowałbym cię namiętnie, ale delikatnie. Niemal czuję smak twoich ust.

Rozpina zamek sukienki. Zsuwa ją z ciebie. Zostajesz w bieliźnie – tej kuszącej czarno-czerwonej. To ostatnia brama do pokonania strzegąca dostępu do źródła. Mrużysz oczy. Koszula i spodnie mężczyzny lądują na podłodze. Delektujecie się sobą. Jesteś deserem. Ukoronowaniem wieczoru. Rozchylasz uda i zapraszasz go do nocnej wizyty w pałacu rozkoszy. Uśmiecha się. Na to czekał. Powoli, bardzo wolno zanurza się w tobie. Jęczysz. Niemal słyszę krzyk ekstazy. Wijesz się na łóżku. Podniecona i oszołomiona. Poddajesz mu się bez sprzeciwu. Podoba ci się bycie jego niewolnicą.

Brzydzę się. Czuję wstręt.

Zaciskam dłonie na szklance. Szkło pęka. Alkohol rozbryzguje się na mojej skórze niemal w tej samej chwili, kiedy on wypełnia cię sobą. Naznacza cię.

3

Sen nie może nadejść. Kolejna godzina wsłuchana w tykanie zegara. Oczy tępo wpatrzone w cienie poruszające się na suficie. Dwie sylwetki w tańcu życia i śmierci. Orgazm to taka mała śmierć, kiedy wszystko wokół przestaje istnieć, a dusza i ciało zatracają się w obezwładniającym wybuchu narastającego napięcia seksualnego i fali rozkoszy. To rodzaj transu. Dotyk. Pieszczota. Odurzenie. Namiętność chwili, która zaraz umrze. Kiedy noc minie, nie zostanie po nich żaden ślad. Wciąż myślę o was. O waszych igraszkach w pościeli przesiąkniętej potem i spermą. O nędznych kilku chwilach krzyków, jęków. Czy nie widzisz, że on traktuje cię jak rzecz? Jak pojemnik na nasienie. Jak lalkę, która bez sprzeciwu spełnia perwersyjne zachcianki i jest posłuszna kaprysom. Kiedy bierze cię od tyłu, nawet nie widzi twojej twarzy. Mogłabyś być którąkolwiek kobietą z ulicy. Liczą się tylko zaspokojenie i przyjemność. Niektóre teorie mówią, że orgazm to „nagroda” dla kobiety za seks z partnerem, która sprawi, iż będzie ona miała ochotę na powtórkę niezależnie od cyklu płodności. Czy dzisiejszej nocy czułaś się dostatecznie wynagrodzona za swój zapał, z jakim starałaś się spełnić jego oczekiwania, by jeszcze bardziej przywiązać go do siebie w nadziei, że przestanie oglądać się za innymi spódniczkami?

Gdybym to ja kochał się z tobą, z rozkoszą napawałbym się widokiem przymkniętych oczu i leciutkiego uśmiechu, które pojawiają się w momencie, kiedy doprowadzam cię do ekstazy oraz sprawiam, że przestajesz nad sobą panować. Każdą komórką czułabyś mnie, moje ruchy wewnątrz twojego ciała.

Jestem nagi. Moje ciało drży pod prześcieradłem jak w gorączce. Chcę je rozdrapać, by poczuć, że żyje we mnie mężczyzna.

Żałosny! Idiota! Szydzę sam z siebie.

Chwila słabości. Chwila ulgi.

Wszystko przez nią. Odebrała mi siłę.

I

Rozdział 1

1

To był jej pierwszy raz. Joanna starała się sobie wytłumaczyć, że to całkiem normalny stan, a nie żadna choroba. Przecież większość kobiet na Ziemi zachodzi w ciążę, rodzi dzieci i żyje dalej. Mimo to czuła się skrępowana. Tak jakoś dziwnie rozkładać nogi przed nieznajomym.

Nigdy wcześniej nie miała do czynienia z mężczyzną. To znaczy z mężczyzną ginekologiem. Była pewna, że z każdą chwilą robi się coraz bardziej czerwona. Ta świadomość pogłębiała poczucie dyskomfortu. Co za żenada! A na dodatek on był tak cholernie przystojny. W jej typie. Wysoki brunet, twarz jak wyrzeźbiona w kamieniu, regularne rysy, obłędne ciemnobrązowe, prawie czarne oczy. Półdługie włosy zaczesane do tyłu delikatnie opadały na ramiona. I to imię: Dawid. Lekarz przyglądał się jej spod okularów, unosząc przy tym nieznacznie prawą brew. Boże! Gorzej trafić nie mogła. Gdyby Mateusz się dowiedział, że ma takiego lekarza prowadzącego, w życiu by nie pozwolił jej przyjść samej do kliniki. Jak nic siedziałby teraz obok niej i bronił terytorium.

Zabawne. Jak bardzo jesteś zawstydzona. Kobiety pojawiające się w gabinecie często mnie kokietują i prowokują. Dekolt odsłaniający piersi i krótka spódniczka mają kusić i podgrzewać atmosferę. Myślą, że przychodząc do ginekologa, który jest mężczyzną, mogą sobie bezkarnie pozwolić na spoufalanie i flirt. Gra? Test atrakcyjności? Możliwe, że na Poznańskiej jakiś niezaspokojony frajer da się na to nabrać. Ale nie ja. I nie tu. Nie wiem, czy zdają sobie sprawę, jak są żałosne. A ty siedzisz przede mną, czerwienisz się i nie bardzo wiesz, jak się zachować. Mówisz, że będziesz mamą. Że chyba będziesz, bo testy ciążowe czasem oszukują – to twoje słowa. I że to chyba drugi miesiąc. Kiedy z moich ust pada zdanie: „Sprawdzimy, zaraz sprawdzimy”, robisz się jeszcze bardziej zakłopotana. Wzrusza mnie to. Żadna kobieta nie okazywała zawstydzenia z taką nieświadomą szczerością.

Kiedy weszłaś, poczułem się tak, jakby trafił we mnie piorun. Po okresie trzymającej w napięciu, podejrzanej ciszy w mojej głowie rozpętał się huragan. Twój uśmiech, twoje spojrzenie były tak znajome. Zabrakło mi tchu. Takie rzeczy nie zdarzają się codziennie. A jednak. Zaskoczenie próbuję ukryć pod maską profesjonalizmu.

– Pani test ciążowy „nie odstawił żadnego numeru” i potwierdzam jego wynik. Jest pani w drugim miesiącu ciąży.

Lekarz przerywa ciszę, która stawała się coraz bardziej nie do zniesienia. Odwraca w stronę Joanny monitor ultrasonografu i pokazuje palcem coś małego, co zadomowiło się w ściance macicy. To „coś” ma być z nią przez najbliższych siedem miesięcy. Kobieta próbuje ukryć przerażenie, obserwując ruchy istoty na zamazanym czarno-białym ekranie. Chyba jednak nie była do końca przygotowana na tę wiadomość.

– Założymy pani kartę i zaczniemy monitorować rozwój płodu. Wydrukuję zdjęcie maleństwa… Pierwsza fotografia do rodzinnego albumu.

– Nie spodziewałam się tego. Nie planowaliśmy dziecka, ale często rozmawialiśmy z narzeczonym o tym, jak to będzie, kiedy zostaniemy rodzicami… – Joanna ma łzy w oczach. Nie wie sama, czy to łzy radości. – Ale czad! – Śmieje się, próbując zapanować nad drżeniem głosu.

– To dobrze, że się pani cieszy. – Zawodowe opanowanie mężczyzny uspokaja ją trochę. – Proszę się ubrać.

W pośpiechu wkładała ubranie. Lekarz zaczął wypisywać receptę. Był zamyślony.

– Jest pani zameldowana w Krakowie – zauważył. – Piękne miasto, mieszkałem tam kiedyś.

– Tak, jesteśmy w Warszawie od trzech miesięcy. Mój narzeczony… To znaczy w zasadzie jeszcze nie jest moim narzeczonym, ale lubię tak o nim mówić… No więc dostał wymarzoną pracę i musieliśmy się przeprowadzić.

Zerknął na nią badawczo.

– A pani?

– Ja? Przyjechałam z nim. Oboje jesteśmy fotografami. Chciałabym znaleźć pracę w zawodzie: w gazecie albo w agencji fotograficznej. W Krakowie byłam fotoreporterem. Wie pan… praca w terenie, dla regionalnego dziennika. Dużo się działo… Zdarzały się naprawdę interesujące materiały reporterskie. Nie jakieś tam paparazzi. Ale skoro jestem w ciąży, to nie wiem, czy nadal powinnam czegoś szukać.

– Zrobimy badania i wtedy zdecydujemy. Wydaje się pani zdrowa i pełna sił, więc myślę, że nie musimy się obawiać żadnych komplikacji. – Uśmiechnął się. Chyba pierwszy raz. – Lubi pani swoją pracę, prawda?

– Jest całym moim życiem… To znaczy do tej pory tak było.

– Hm… Jeszcze nic straconego. Tu są recepty. Wyniki badań powinny być w ciągu dwóch tygodni, ale już teraz proszę zapisać się na wizytę.

– Super. Dziękuję. Czy mogę o coś zapytać?

Dawid spojrzał na nią zaciekawiony.

– Słucham.

– Narzeczony wraca w przyszłym tygodniu. Chciałabym zrobić mu niespodziankę: zabrać go w jakieś fajne miejsce i poinformować, że zostanie tatą. Nie znam tutaj zbyt wielu ludzi, więc nie bardzo mam kogo poprosić o radę. Czy zna pan jakąś ciekawą i kameralną knajpkę? Taką w krakowskim stylu.

– Tak, jest jedno takie miejsce. Moje ulubione. Zapytam o rezerwację i dam pani znać. Proszę mi podać numer telefonu. Zadzwonię.

– Nie chcę panu sprawiać kłopotu…

– Żaden kłopot. Jest pani moją pacjentką i muszę o panią dbać. Rozumiem, że chodzi o piątkowy wieczór?

– Tak, tak. Byłoby super!

– Dobrze. Jesteśmy umówieni.

Joanna się zaczerwieniła. Znowu. To niedorzeczne.

Pożegnali się.

Wzięła recepty i wyszła z gabinetu.

– Tak, Mateo byłby zazdrosny… – szepnęła do siebie, lekko się uśmiechając.

Został sam.

Odeszła.

Zostawiła go.

Tak po prostu. Jakby nigdy nic.

Przecież jej nie zna.

Joanna… Tak, ma na imię Joanna.

Wziął głęboki oddech.

Siedział na krześle w całkowitym bezruchu. Jeśli choć jeden mięsień drgnie, legnie w gruzach jego tu i teraz. Świat się zmieni.

Wpatrywał się tępo w drzwi.

Wyszła.

Jeszcze czuł jej zapach, brzmienie głosu.

Ulotność chwili była nie do zniesienia. Zaraz to wszystko się skończy. Zmysły stracą punkt zaczepienia.

Czy tego właśnie chcę?

Muszę się skupić. Pozbierać myśli pędzące teraz z zawrotną prędkością. Jest mi słabo. Pocą mi się ręce. Serce wali w piersi jak oszalałe. Krew zaraz rozsadzi żyły. Uspokajam oddech. To jakiś obłęd. Zaraz oszaleję. Kręci mi się w głowie. Powietrza. Potrzebuję powietrza! Jeśli kolejna pacjentka zacznie raczyć mnie historiami o porannych nudnościach, sam zwymiotuję!

Wyszedł z gabinetu blady jak ściana, o którą się opierał, aby nie upaść. Kazał odwołać wszystkie wizyty, po czym w pośpiechu opuścił klinikę. Wydawał się rozkojarzony. Zdawkowo machnął ręką na do widzenia zdezorientowanej rejestratorce i drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem. Zbiegł po schodach. Na ulicy uderzyła go fala gorąca i miejskiego gwaru. Za dużo, za dużo ludzi…

Za dużo, za dużo ludzi… Są jak robaki drążące ciało miasta. Rozprzestrzeniają się. Wszędzie ich pełno. Zostawiają po sobie ślady w postaci lepkiego śluzu.

Czuję się oblepiony cudzym potem. Duszę się skażonym powietrzem, które wydychają ci ludzie. Toksyny z ich płuc osiadają wszędzie. To przez nich jestem teraz brudny.

Przyglądają mi się. Oceniają. Wiedzą, że różnię się od nich. Wyczuwają obcego. Ale nie jestem jeszcze martwy. Nie pożywią się mną tak prędko. Tak, wiem, że czekają tylko, aby moje serce przestało bić. Nie dam im jeszcze tej satysfakcji.

A ona? Ona jest inna. Musi być inna. Jest moją szansą.

Miałem nadzieję, że uda mi się ją dogonić. Rozmyła się w szarym, brudnym tłumie, zostawiając za sobą powiew świeżości.

Brak mi tchu. Pulsowanie w głowie jest nieznośne. Spokojnie, tylko spokojnie. Masz adres. Znajdziesz ją. Będzie twoja, Dawidzie.

Jazgot klaksonów, rozmawiający ludzie, uliczni grajkowie, przejeżdżająca na sygnale karetka – kakofonia dźwięków miasta, niczym przyspieszone tętno krwi w żyłach, podnosiła mu ciśnienie i doprowadzała bębenki uszu do granicy wytrzymałości. Dźwięki ocierały się o niego, dotykały perwersyjnie, pragnąc go zniewolić i uczynić sobie poddanym. Były wszędzie! Osaczały go! Cisza! Potrzebował ciszy! Czterech ścian mieszkania, by skupić się i wyłączyć emocje.

Pozwolił sobie dziś na to, by coś poczuć i czegoś zapragnąć. Ta kobieta…

Mimo to zdecydował się wrócić do domu na piechotę. W godzinach szczytu stałby wieczność w korku. Nie wytrzymałby w klaustrofobicznej przestrzeni auta. Nie dziś.

Było mu niedobrze.

Założył okulary przeciwsłoneczne. Teraz przechodnie mogą przyglądać mu się do woli. Nic nie wyczytają z jego oczu. Nie poznają tajemnic i planów kłębiących mu się w głowie.

Wyprostował się. Schował ręce do kieszeni.

Przyspieszył kroku i ruszył ulicą. W tym momencie wydawał się jednym z wielu. Wessany w szary, nijaki miejski krajobraz. Wyssany z osobowości. Pozornie…

Jakoś przez to przebrnie.

2

Obserwacja. Obserwować, nie obserwując. Robię to tak, żeby nie dać się złapać na podglądaniu. Jestem jak kameleon. Dopasowuję się. Do sytuacji, do ludzi. Jestem sobą i jednocześnie własnym alibi.

Ludzie są jak mrówki, wtłoczone w struktury hierarchiczne wykonują swoje obowiązki, odgrywają przypisane im role, są robotnicami, które pracują, zbierają pożywienie, opiekują się potomstwem – wszystko dla wyższego celu, dla zapewnienia właściwego funkcjonowania mrowiska i dostatku tym, którzy stoją najwyżej w piramidzie.

To takie banalnie proste: zakładać maskę człowieka bez twarzy. W zależności od tego, jaką akurat przywdziało się osobowość, dysponować wachlarzem manipulacji, wprowadzać podprogowe kody i szyfry. Jakże łatwo ludzie dają się nabrać. Widzą to, co chcą zobaczyć. Interpretują słowa według własnego uznania.

Lubię patrzeć na ciebie. Masz w sobie tyle radości życia i tak wiele uroku. Autentyczna i świeża. Jak żywy płomień, w którym bez zastanowienia doszczętnie bym się spalił. Nie pasujesz do świata, gdzie szczerość nie jest w cenie. Jesteś zbyt normalna i chyba nikt tego nie docenia. Twój narzeczony musi być idiotą, skoro nie nosi cię na rękach i nie rzuca ci gwiazd z nieba pod stopy.

Czasem zastanawiam się, ile ukrytych prawd nosisz w sobie. Do jakich rzeczy nigdy nikomu się nie przyznasz? Może w swoim uwielbieniu dla świata skrywasz samotność? Może czujesz się zagubiona, mimo że otacza cię mnóstwo osób? A los chyba trochę zadrwił z ciebie, prawda? Próbujesz ogarnąć swoje życie w czterech obcych kątach nowego mieszkania – tylko ty, kot i walające się wszędzie pudła, w których spakowałaś przeszłość. Może nie otwierasz ich w obawie, że kiedy to zrobisz, poczujesz nieodpartą chęć, by zamknąć je znowu i uciec.

Nie pozwoliłbym ci na to, skoro właśnie cię odnalazłem.

Mieszkam naprzeciwko ciebie. Tak, też byłem zaskoczony, kiedy spojrzałem na adres w twojej karcie. Przypadki się zdarzają, choć ja nie wierzę w zbiegi okoliczności.

Siedzisz w fotelu. Kot łasi się do ciebie. Czytasz książkę, skupiona i zamyślona.

Niedawno wziąłem gorący prysznic. Ogarnia mnie fala ciepła. Mokra skóra oddycha. Ciało paruje. Opieram się o zimną szybę. Mam na sobie tylko ręcznik, po co więcej. Przecież jesteśmy tylko my dwoje. Ja, ty… i twój kot. Jestem zrelaksowany jak nigdy dotąd. Twoja obecność dobrze na mnie działa. Popijam whisky i uśmiecham się. Gdybym był teraz tuż przy tobie, nie pozwoliłbym, żebyś była smutna. Jestem podniecony. Czy właśnie tak czuje się mężczyzna, kiedy pożąda kobiety, która mu się podoba?

Wybieram cyfry w telefonie.

Patrzę, jak podnosisz słuchawkę.

Joanna nie może się skupić; jej myśli błądzą. Po raz kolejny gapi się na tę samą stronę w książce i wciąż nie ma bladego pojęcia, o czym czyta. Jakiś bełkot. A może to jej myśli mieszają się bez sensu?

Ukryła twarz w dłoniach. Czuła się obco i tak samotnie! Nie była już w stanie udawać przed sobą, że wszystko jest w porządku, bo, do cholery – nie było! Ta przeprowadzka, na wariata, nie była do końca przemyślana… A co tam! W ogóle nie była przemyślana. Uwielbiała spontaniczność Mateusza, jego szalone pomysły, nagłe wyjazdy, niespodzianki. Kochała jego poczucie humoru. Ale teraz wszystko się zmieniło. Czuła, że nie ogarnia tych zmian, że zachodzą bez jej wiedzy. A ona jest tylko milczącym świadkiem.

Coś ściskało ją w żołądku.

Powinna wreszcie zrobić porządek z kartonami, rozpakować się i zacząć normalnie mieszkać. Normalnie mieszkać. Dobre sobie. Co tak naprawdę znaczy „normalnie mieszkać”? Mieć ładnie urządzone mieszkanie przez dekoratora wnętrz. Każdy pokój przemyślany. Farby na ścianach, tapety, które pasują do zasłon albo dywanów. Duża kuchnia ze zmywarką i piekarnikiem, aby pochwalić się gościom, że choć nie umie gotować, to wypasiony sprzęt jest. W łazience wanna z hydromasażem.

Normalnie mieszkać… Nie nadawała się na perfekcyjną panią domu. Jakoś nie było jej po drodze z testem białej rękawiczki.

Kartony. Wszędzie te cholerne pudła. Setki uwięzionych wspomnień.

Mateusz miał do niej pretensje, że jest jak sentymentalny chomik. Te jego porównania… „Mój mały gryzoń znowu robi zapasy przeszłości na czarną godzinę. Po co ci to, dziewczyno? Ciesz się życiem. Patrz w przyszłość. Tylko ona ma znaczenie. Z przeszłości możemy czerpać wiedzę i doświadczenie, ale nie możemy nią żyć”.

A ona zbierała bilety, rachunki z knajp, stare zdjęcia, książki z antykwariatów. Teraz skarby spakowane w kartonach działały jej na nerwy.

Beznadzieja.

Spojrzała na torbę fotograficzną, statywy, blendy. Już wkrótce też staną się częścią przeszłości. Kto by pomyślał. Była przekonana, że nawet jako pięćdziesięcioletnia pani będzie biegała z aparatem fotograficznym po mieście i nie da się wygryźć małolatom.

„Urodziłam się z obiektywem zamiast oka. Co ja na to poradzę” – żartowała ze swojej pasji i powtarzała często: „Kiedy pasja staje się twoją pracą, wtedy życie ma sens. Inaczej wegetujesz z dnia na dzień. Mąż? Dzieci? To nie dla mnie. Małżeństwo to podcinanie skrzydeł własnym pragnieniom. Poza tym ja już mam faceta. To aparat fotograficzny. I uwierzcie – bohaterem będzie ten, kto stanie między nami i nie dostanie lufą między oczy”.

I wtedy, nie wiadomo skąd, pojawił się Mateusz.

Czy oni, mężczyźni czyjegoś życia, zawsze muszą się pojawiać nie wiadomo skąd i w najmniej oczekiwanym momencie?

Kartony. Wszędzie te cholerne pudła. Z rozpakowywaniem ich chciała zaczekać do powrotu Mateusza, przynajmniej tak sobie wmawiała. Ale tak naprawdę bała się, że kiedy to zrobi, nieodwracalnie zamknie za sobą przeszłość i pogodzi się z tym, że właśnie wywróciła swoje życie do góry nogami dla faceta, nie myśląc o sobie. Obawiała się, że ten fikołek odbije się jej megaczkawką. Dotknęła dłonią brzucha. I jeszcze na dodatek zaliczyli wpadkę. Super… I pomyśleć, że zawsze przedstawiała się jako zdeklarowana singielka! Skandal.

Sygnał telefonu ściągnął ją na ziemię. Sięgnęła po słuchawkę.

– Z tej strony doktor Dawid Czester – usłyszała miły i ciepły głos. – Mam nadzieję, że nie dzwonię za późno?

– Witam, doktorze. Nie, nie, skąd… Właśnie próbowałam czytać. Co się stało? Coś nie tak z wynikami?

Odłożyła książkę i usiadła wygodniej w fotelu.

– Skądże znowu. Dzwonię w sprawie rezerwacji. Pytała pani…

– Tak. Nie spodziewałam się, że będzie pan coś wiedział tak szybko.

– Hm… Przecież obiecałem. Załatwiłem dla państwa miły stolik w klimatycznym miejscu na Starówce. Dokładny adres wyślę esemesem. Piątkowy wieczór należy do was. Mam nadzieję, że godzina dwudziesta będzie w porządku?

– Tak, jasne. – Joanna była zaskoczona. Nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć. – Dziękuję.

– To żaden problem. Obiecałem jako lekarz dbać o panią, więc to robię.

– To jednak wykracza poza pańskie obowiązki, prawda?

– Tylko troszkę.

Joanna wstała i podeszła do okna. Widział, jak się uśmiecha. Mimowolnie się cofnął. „Przecież mnie nie zobaczy” – zreflektował się.

– Będę kończył. Życzę spokojnej nocy.

– Dobranoc. I jeszcze raz bardzo dziękuję!

Rozłączył się.

Był już pewien. Czuł to całym sobą.

W jego żyłach alkohol tańczył z krwią szaleńczy taniec.

Już dawno zapadł zmrok i pokój pogrążył się w ciemności. Czarne zasłony w oknach wsysały resztki światła. Dawid siedział na krześle z zamkniętymi oczami. Kontemplował wszechogarniający bezgłos. Wyrównał oddech. Miarowe bicie serca odmierzało czas. Wprowadzał się w stan głębokiego relaksu, gdzie uczucia strachu i lęku redukowały się do minimum, a nawet do zera. Izolował się od tego, co na zewnątrz, dzięki czemu głęboko czuł swoje wnętrze.

Jego azyl. Oaza samodoskonalenia. Miejsce medytacji. Z duchowości Wschodu zapożyczył elementy, które pozwalały mu oczyścić umysł z nadaktywnych myśli i mglistych obrazów fałszujących rzeczywistość. Wizualizował. Tworzył i budował. Zagłębiał się i penetrował. Scalał elementy osobowości i wzmacniał ich jedność. Wyciszał negatywne emocje, które ściągały chaos. Znajdował odpowiedzi. Najważniejsze było pozbyć się „niewiedzy”, wszelkich „splamień umysłu”, które powodowały cierpienie. Zjednoczyć się z harmonią własnego ja; odnaleźć ją i poczuć radość.

W dłoni trzymał malę. Przesuwał między palcami kuleczki buddyjskiego różańca. Zazwyczaj powtarzał słowa potężnej mantry Padmasambhawy, mantry mistrzów „Om Ah Hum Wadżra Guru Padma Siddhi Hum”, która niosła w swych słowach pokój i uzdrowienie, oczyszczała Ciało, Umysł i Ducha. Chroniła w dobie chaosu, który opanowywał świat. Tym razem sięgnął jednak po najbardziej uniwersalną, aczkolwiek mającą ogromną moc przekształcania składników kształtujących osobowość „Om Mani Padme Hum”.

Zgłębiając tajniki religii Wschodu, trafił na jej opis, który sprawił, że w godzinach próby sięgał po recytację sześciu specyficznych sylab: „Sześć sylab oczyszcza sześć szkodliwych uczuć – wyraz nieświadomości – które popychają nas do popełniania negatywnych czynów ciałem, mową i umysłem, tworząc tym samym samsarę i nasze w niej cierpienia. Mantra ta przekształca dumę, zazdrość, pożądanie, głupotę, chciwość i gniew w ich prawdziwą naturę – w mądrości sześciu rodzin buddy, obecne w oświeconym umyśle. (…) Oczyszcza również «zbiór ego» – skandhy, i spełnia sześć paramit, czyli «przekraczających działań serca oświeconego umysłu»: szczodrość, etyczne postępowanie, cierpliwość, entuzjazm, koncentrację i wgląd”.

Dźwięki przenikały go, stawały się jednością z jego wnętrzem.

Za szybą istniała przestrzeń, w której, jako człowiek, musiał egzystować. Niestety. Udawać jednego z wielu. Było to irytujące, lecz utwierdzało go w przekonaniu o wyjątkowości istoty jego człowieczeństwa.

Minęła godzina, może dwie, w ciszy skąpanej w mroku nocy.

W kącie majaczył cień o kobiecym kształcie, milczący i nieruchomy. Cichy świadek jego rozgrywki z nocą. Przyglądał się. Czekał. Nie oceniał. Zawsze był blisko.

Dawid uśmiechnął się jakby przez sen.

– Jesteś. Jak dobrze, że jesteś. Tyle się wydarzyło. Muszę ci o wszystkim opowiedzieć, moja kochana. A teraz chodź do mnie. Chcę cię przytulić. Potrzebuję cię dzisiejszej nocy…

Smyczek delikatnie ocierał się o struny wiolonczeli. Spowiedź grzesznika spod palców płynąca. Głęboko w nim grała muzyka. Wyrażała go. Była nim.

Instrument przyjmował z pokorą każdym fragmentem siebie drżące, pełne jęku ciało mężczyzny. Poddawał się dłoniom, rozkoszował się czułym dotykiem. Nie pierwszy i nie ostatni raz prowadzili nocną rozmowę.

Wpisani w siebie. Doskonali.

3

– Kiedy wracasz?

– Jeszcze jesteśmy w Kambodży! Mamy taki materiał, że w redakcji padną! Sam jestem w szoku. Podłączyliśmy się z Krzyśkiem pod ekipę telewizyjną z Londynu. Mieszkają w tym samym hotelu co my! – Mężczyzna prawie krzyczał do słuchawki, starając się przebić przez gwar miejsca, w którym się znajdował.

– To znaczy, że nie pracujecie już nad materiałem o poszkodowanych w ostatnim tajfunie na Filipinach?

– Nie, mamy coś znacznie bardziej wstrząsającego.

– Ale to nie jest nic niebezpiecznego? Nie pakujesz się chyba znowu w jakieś kłopoty?

– Nie, nie… Po Bejrucie mam dość wystrzałowych akcji ze mną w roli głównej. Tym razem chcemy zająć się handlem żywym towarem. Sprzedawanie dzieci do domów publicznych i takie tam…

– Aha. Jasne. I to ma nie być niebezpieczne? – Joanna zaczęła chodzić nerwowo po salonie. – Nie ściemniaj mi tu.

– Trzymamy się chłopaków z TV. Oni mają wszystkie niezbędne pozwolenia. Znają teren. Spoko!

– Na piątek zarezerwowałam nam knajpkę na kolację. Będziesz już, prawda?

– Na piątek? A który to? Bo do mnie to datami trzeba…

– Dwudziesty pierwszy.

– Luz. Właśnie wtedy przylatuję.

– Przecież miałeś być wcześniej. Tak się umawialiśmy!

Z trudem ukrywała irytację.

– Wiem, kochanie, ale ten reportaż… – Zawahał się. Zdał sobie sprawę, że znowu wyszedł na skończonego dupka. – Musieliśmy przebukować bilety. Zapomniałem cię uprzedzić, sorry… Ale spokojnie. W piątek przylatuję około trzynastej. Zahaczę jeszcze po drodze o firmę, bo chcą się z nami spotkać. A potem jestem cały twój. Nawet jet lag nie będzie w stanie zepsuć upojnej nocy z tobą! – Roześmiał się. – Na którą zrobiłaś rezerwację?

– Na dwudziestą.

Jeszcze chwila, a rzuci telefonem.

– Ekstra. Przyjadę od razu z redakcji. Wyślij mi tylko adres, OK?

– Tęsknię za tobą!

– Ja też. Po tym materiale będziemy mieli więcej czasu dla siebie, obiecuję. Wyobrażasz sobie, co tu wyprawiają z dziećmi? Sprzedają nawet siedmioletnie dziewczynki. Masakra. Byliśmy dziś w slumsach niedaleko stolicy. Rodzina, która tam mieszka, pozbyła się córeczki. Ośmioro dzieci i totalny brak kasy, żeby je wyżywić. Więc zdecydowali się na transakcję. Najgorsze, że kiedy ich zapytaliśmy, za ile sprzedali małą, to okazało się, że wcale dużo nie zarobili. Szkoda gadać… – Umilkł na chwilę. Słyszała, jak zaciąga się papierosem. – Wiesz, przykleiła się do mnie jedna dziewczynka, może z dziewięć lat miała, śliczna. Ciągle pakowała się przed obiektyw. Biegała półnaga, tylko w niebieskich majteczkach i wisiorku z kolorowych paciorków. Pomyślałem sobie, że za kilka lat prawdopodobnie spotkam ją na ulicy rozkoszy, obłapianą przez jakiegoś obleśnego Angola. To cholernie smutne jest…

Słowa Mateusza prawie do niej nie docierały. Joanna miała łzy w oczach. Znowu, po raz kolejny, musiała słuchać o jego pracy; o tym, co sfotografował, w jakie szambo się wpakował, że omal nie dostał kulki w łeb, bo odważył się zrobić o jedno zdjęcie za dużo. Był typowym fotoreporterem, który za „to” ujęcie byłby w stanie oddać życie. „Aparat jest moją tarczą. Chroni mnie. Nic nie może mi się stać” – zawsze powtarzał, starając się oszukać siebie i wszystkich wokół. A przecież oboje dobrze wiedzieli, że ich zawód należy do najniebezpieczniejszych na świecie.

Mateusz reprezentował typ pracoholika egocentryka. Od zawsze związany z fotografią. Nastawiony na siebie i skupiony na swojej karierze laureat wielu prestiżowych nagród. Z jednej strony fascynujące i podniecające było życie obok tak silnej osobowości, ale na dłuższą metę dla jego partnerki bardzo męczące. Właśnie za to „obok”, za istnienie w cieniu.

Z czasem Joanna zaczęła dostrzegać, że narzeczony wcale jej nie potrzebuje. Zapominał o ważnych datach, umówionych spotkaniach. To ona zawsze musiała się dostosowywać do jego grafiku zajęć. Mateusz istniał jako wolny elektron – mimowolnie wszystkich od siebie odpychał.

Gdyby zdecydowała się odejść bez słowa, jej nieobecność zauważyłby zapewne po tygodniu lub dwóch, kiedy w lodówce byłoby jedynie światło. Przeprowadzka miała odświeżyć ich uczucie. Nowy etap w związku. Jak to ładnie brzmi. Piękne zdanie nie zastąpi jednak obecności Mateusza w ich świeżo wyremontowanym mieszkaniu w stolicy.

Znowu ona ustępowała. Znowu musiała dać się przekonać. A przecież była kobietą niezależną, z silnym charakterem – kiedyś. A dziś? Aspirowała do miana Pierwszej Słomianej Wdowy IV RP.

– Kochanie, muszę kończyć! Widzimy się wkrótce! Kocham cię!

Zgrzyt i połączenie zostało przerwane.

Jak zawsze.

Rozdział 2

1

Nocne życie bywa fascynujące. Można na kilka godzin zupełnie się zapomnieć; wykasować pliki z imieniem, nazwiskiem i życiem prowadzonym za dnia – zazwyczaj nudnym i bezsensownym. Ustawić taki profil, na jaki akurat ma się ochotę. Toczyć grę na granicy, której naprawdę, w „realu”, nigdy by się nie przekroczyło. Przecież jako ktoś inny można wszystko. I nikt nikogo z tego nie rozliczy.

Alkohol. Narkotyki. Zabawa. Łatwe dziewczyny. Napaleni kolesie. Wprowadzanie się w trans przez muzykę i drinki. Świadoma prowokacja. Feromony i testosteron wymieszane z perfumami i potem. Seks.

Czasami robię sobie rundkę po knajpach. I patrzę.

Tak, zwracam na siebie uwagę. Wiem, jak wyglądam i wiem, że one też to wiedzą. Niemal wszystkie zdziry wodzą za mną wzrokiem. Bo jestem przystojny. I – nie ukrywajmy – widać, że nadziany.

Pewnie od razu robią się wilgotne i drżą w środku.

Najebane laski, które rozkładają nogi w śmierdzących kiblach dla świeżo poznanych facetów. Są odrażające. Robią z siebie darmowe kurwy. Bo kurwić się za pieniądze – to jestem w stanie zrozumieć. Najstarszy zawód świata rządzi się swoimi zasadami. Ale te tutaj – naćpane, pijane, półnagie suki z cieczką. Rzygać mi się chce.

Dziwię się mężczyznom, że decydują się na seks z takimi szmatami. Najwyraźniej kręci ich fetor wydobywający się z czeluści między udami, zmieszany z wonią podrabianych perfum, smrodem potu i spermy pozostawionym przez poprzedniego gościa oraz zapachem chusteczek odświeżających. Ten dreszczyk emocji, kiedy nie znają nawet imienia tej, która pozwoliła im w siebie wejść, kusi. Ponosi ich na rollercoasterze perwersyjnych pragnień. Mogą wszystko! Chcą wszystkiego! Ciśnienie rośnie. Wagina jest narzędziem, które daje możliwość zrzucenia ciasnej skóry szanowanego obywatela, które pozwala przeżyć zwierzęcą rozkosz. Bo tu, w czterech ścianach męskiej toalety, są królami. Szczytują i czerpią z tego satysfakcję.

Nie przychodzę do imprezowni, aby się dowartościować. Nie podniecają mnie takie miejsca. Szczerze mówiąc, mało co mnie podnieca. Traktuję te wizyty jako czyste doświadczenie psychoanalityczne. Ot, taka fantazja. Czasem trzeba mieć fantazję, żeby do końca nie oszaleć.

Najbardziej interesujące są nocne kluby ze striptizem, gdzie za konkretną kasę możesz pooglądać jędrne ciała, a jak będziesz miał odrobinę szczęścia, może któraś panienka zaprosi cię do siebie. Kobiety są tam jak towar wyłożony na wystawie sklepowej. Każdy może podejść, popatrzeć, nawet dotknąć. Termin ważności nie jest priorytetem, ale wiadomo, że popyt na młode mięso jest większy. Nie nazwałbym tego miejsca sklepem rzeźnickim, ale nazwa „delikatesy mięsne” jest już jak najbardziej na miejscu.

Jeden z gości od jakiegoś czasu przykuwa moją uwagę. Nie zachowuje się jak typowy klient. Jest inny. Taki jak ja? Nie… To niemożliwe, to coś innego. Intryguje mnie ten facet. I trochę niepokoi.

2

Przychodził do klubu od jakiegoś czasu. Zamawiał whisky i zajmował stolik w głębi. Podobnie jak Dawid był typem obserwatora. Starał się nie zwracać na siebie uwagi. Starał się – trafne słowo. Przystojny, wysoki, dobrze ubrany, koło czterdziestki, przyciągał spojrzenia dziewczyn, które szukały sponsora. Nadawał się idealnie. Wytwarzał wokół siebie zniewalającą aurę tajemnicy i niedostępności. Izolował się. Panienki kręciły się wokół niego jak kotki czekające na przyzwolenie, by wskoczyć na kolana i dać się głaskać, zagadywały. Jednak nigdy nie zdarzyło się, aby zamówił indywidualny taniec lub postawił drinka zainteresowanej nim kobiecie.

Zimne spojrzenie zielonych oczu mężczyzny nabierało blasku, kiedy pojawiała się na scenie. Cały wieczór czekał tylko na nią i jej taniec. Nie był w stanie ukryć ekscytacji. Powoli wędrował wzrokiem po sprężystym, idealnie wyrzeźbionym ciele. Pokryte oliwką z drobinkami złota połyskiwało w półświatłach. Widok jędrnych piersi, jeszcze przez chwilę ukrytych pod koronkowym stanikiem, i miejsca poniżej wzgórka łonowego, które kusiło delikatnym tatuażem kwiatu wysuwającym się spod skąpych stringów, podnosił ciśnienie krwi. Rozszerzone źrenice płonęły, zieleń tęczówek stawała się coraz bardziej intensywna.

Pragnął zapamiętać, wryć w pamięć każdy ruch. Później będzie odtwarzał te obrazy w samotności, jako niemożliwą do spełnienia fantazję…

Na razie niemożliwą.

Ręce i nogi tancerki zwinnie oplatały rurę. Wiła się. Przyrząd był partnerem w igraszkach. Pożądali się i odpychali w rytmie muzyki. Droczyli się. Kochankowie i wrogowie. Historia zawarta w kilku minutach.

Najbardziej podniecał go moment, kiedy rura znajdowała się między jej silnymi udami. Zaciskał wtedy dłoń na szklance z alkoholem. Zagryzał wargi. Był wściekły, że nie tańczy tylko dla niego. Kusiło go, by obnażyć to z pozoru nietykalne ciało, tak bardzo spragnione pieszczot.

W świetle jupiterów grała jednocześnie mniszkę i grzesznicę. Przymknęła powieki. Poruszała się od niechcenia. Zasłuchana w dźwięki muzyki. „Until We Bleed” Lykke Li często wybierała na pierwszy występ. Mogła wtedy odpłynąć w tańcu. Zanurzyć się w swoim świecie marzeń. Odciąć się od rzeczywistości. Odnosiła czasem wrażenie, że piosenka jest o niej. Ogarniała ją wtedy dziwna melancholia, tęsknota za niespełnieniem. W życiu pojawiają się chwile, które w jednej sekundzie potrafią zweryfikować plany na przyszłość. To, co traktuje się jako pewne i trwałe, wali się niczym domek z kart, bo okazuje się, że nie było zbudowane na skale, lecz grząskim gruncie. Słowa utworu brzmiały jak przepisane z pamiętnika od dawna pokrytego kurzem.

Mężczyzna widział w niej królową podziemia grzesznych uciech. Dominę, która rozdawała karty i decydowała o grze, nagradzała i sprawiała ból. Pragnął być tym mężczyzną, który zdoła ją ujarzmić. Zniewolić taką kobietę jak ona byłoby nie lada wyzwaniem. A on lubił wyzwania i kochał ryzyko. I zamierzał tego dokonać dzisiejszej nocy.

Przygotowywała się do następnego numeru. Jednej nocy wykonywała trzy do czterech tańców. Przynajmniej nie musiała jak jej koleżanki żebrać o drinka, łasząc się z miną idiotki. Nie miała ochoty udawać, że obmacywanie przez jakichś dupków sprawia jej przyjemność. Wpuszczanie jak leci każdego obcego kutasa między nogi było według niej jakąś kurewską pomyłką. Kto jak kto, ale to ona decyduje, z kim pójdzie do łóżka. Przyglądała się ze współczuciem dziewczynom, które dodawały sobie odwagi „kreską” albo alkoholem. Miały mężów w więzieniach, dzieci na utrzymaniu i żadnych perspektyw na przyszłość. Owszem, zdarzały się laski, które po prostu lubiły „ten sport”, a pracę w klubie traktowały jak teren sprzyjający „wyhaczaniu” klientów. Spoko. Każdy orze, jak może.

Dostała pracę w klubie dzięki znajomościom. Szybko stała się ulubienicą szefa, z którym „zaprzyjaźniła się” na tyle, że dał jej klucze do jednego z mieszkań. Swoją bliską relację starali się utrzymywać w tajemnicy, bo miał żonę, dwójkę dzieci i co niedziela dawał na tacę. Michał, tak miał na imię, był atrakcyjnym mężczyzną przed pięćdziesiątką, traktował ją z szacunkiem i wymagał tylko jednego: pełnej dyspozycyjności. I jak na razie nie stanowiło to żadnego problemu. Mówił, że nie wymaga wierności; że może spać z kim chce, bo jest wolna. Ale w jego oczach zdarzało jej się wyczytać irytację i syndrom „psa ogrodnika”. Oczywiście nie dało się uniknąć plotek na ich temat i podejrzliwych spojrzeń. Ale miała to w dupie.

Wiedziała, że koleżanki „po fachu” traktują ją z dystansem. Sama też nie wykazywała inicjatywy, by nawiązywać nowe przyjaźnie; jakiekolwiek przyjaźnie. Przyjaźń w tej branży? No fucking way. Nazywała siebie outsiderem. Nie kręciły ją imprezy, na których uprawiano zbiorowe orgie z nadzianymi i obleśnymi typami, żeby zarobić na kolejną kieckę lub szpileczki. A bieganie do kibla, żeby co chwila „przypudrować nosek”, by facet, który leży na tobie, stał się bardziej atrakcyjny, nie wydawało się szczytem marzeń ani tym bardziej rozkoszy. Wiedziała, że istnieją „agencje modelek” werbujące młode mięso do pornobiznesu; że dziewczyny wyjeżdżają na sesje zdjęciowe sponsorowane przez obcokrajowców i wracają z powiększonym kontem i bogatsze o doświadczenia seksualne. Proponowano jej wiele razy karierę fotomodelki, zachwycając się nienagannym ciałem, inteligencją i znajomością języków. „Zrobię z ciebie gwiazdę. Nie zabraknie ci niczego. Tylko musisz być dla mnie miła…” – szeptali, kusząc. O nie! Ona nic nie „musi”.

Siedziała w branży od kilku dobrych lat. Wyrobiła sobie markę. Sama, bez niczyjej pomocy. Była jedną z najlepszych tancerek go-go w kraju. I nie narzekała. Kasa była. Względna przyjemność także. To najważniejsze. Gówno prawda, że pieniądze szczęścia nie dają.

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, na młodą i piękną kobietę o smutnych oczach. Zamyśliła się. Ile czasu jeszcze dam radę to ciągnąć. Mam dwadzieścia pięć lat, a czasem czuję się jak staruszka, która wlecze za sobą ogromny ciężar.

Wkrótce nawet tona makijażu, którą ma teraz na twarzy, nie będzie w stanie ukryć zmęczenia życiem. I co wtedy? Czy Michał ją zostawi i znajdzie sobie młodszą i ładniejszą panienkę? Jak długo będzie chciał prowadzić podwójne życie i dzielić noce między sypialnię małżeńską a podwójne łóżko, w którym prowadzili swoje „gry wojenne”? Zależało jej na kochanku bardziej, niż przypuszczała. Słabość nie do zaakceptowania. Miłość? To słowo dawno wykreśliła ze słownika. Podobnie jak przywiązanie, tęsknota, rodzina. Była tą drugą, co pozbawiało ją jakichkolwiek praw. Koniec. Kropka.

– Yasmine, masz klienta. Facet chce, żebyś dla niego zatańczyła. – Sylwia stała w drzwiach do małej, zagraconej stertą kostiumów garderoby. – Halo, księżniczko, mówi się! Gdzie znowu zawędrowałaś?

Wróciła do tu i teraz. Spojrzała na koleżankę i uśmiechnęła się lekko.

– Dobrze, że to facet…

Ostatnio tańczyła dla pary lesbijek i czuła się dziwnie, kiedy jej dotykały i patrzyły pożądliwie. Odmówiła, gdy zaproponowały trójkąt.

– Nie wygłupiaj się. Od razu widać, że koleś ma na ciebie ochotę. Widuję go w klubie od kilku tygodni. Nawet namawiałam go na drinka, ale nigdy nie był zainteresowany.

– Może nie jesteś w jego typie?

– Za to ty jesteś i wszystkie ci zazdrościmy, bo zajebisty jest. Farciara… Zauważyłam, że za każdym razem, kiedy wychodzisz na scenę, on nie spuszcza z ciebie wzroku. Ech, nie chcę nawet sobie wyobrażać, jaki musi być w łóżku…

– Nie kojarzę go. Nie patrzę na nich, jak tańczę.

– Tia, jasne… Czeka na antresoli. Pospiesz się.

Włożyła nowy komplet bielizny. Turkusowo-czarny, satynowy doskonale pasował do rudych włosów i ciemnych niebieskich oczu. Czarne pończochy podkreślały zgrabne i długie nogi. Jeszcze szpilki. Poprawiła makijaż. Delikatny cień na powiekach i czerwona szminka.

Nie spieszyła się. To on ją wybrał. Niech czeka.

Ona ma czas.

Kolejny napalony idiota. Po występie będzie chciał się umówić; będzie czekał przed klubem z bukietem kwiatów. A w nagrodę dostanie fałszywy numer telefonu. Standard.

Mężczyźni to żałosne stworzenia. Tak łatwo owinąć ich sobie wokół palca i uzależnić.

Chociaż, jeśli mi się spodoba, może pozwolę mu na chwilę uniesienia i dam zgodę na wejście do mojej krainy czarów…

Mężczyzna stał oparty o balustradę i przyglądał się gościom w klubie. Popijał drinka. Wydawał się zrelaksowany. Dziwne, że nie zauważyła go wcześniej. Może dlatego, że nauczyła się postrzegać klientów jako szarą masę niemal identycznych twarzy. Gapili się na nią nagą i fantazjowali.

Zatrzymała się za jego plecami. Wyczuł jej obecność, ale się nie odwrócił.

– Yasmine, prawda?

Jego głos przyprawiał o dreszcz.

– Tak. A ty masz jakieś imię?

– Tomasz.

– Ładnie… Chciałeś mnie, więc oto jestem.

– Mam nadzieję, że przygotowałaś coś wyjątkowego.

Odwrócił się, twarz miał częściowo ukrytą w cieniu. Była ciekawa tej twarzy i oczu. Czuła, że mierzy ją wzrokiem. Czy już wystawił ocenę?

– Każdy mój taniec jest niepowtarzalny, bo ja jestem jedyna w swoim rodzaju. W końcu dlatego mnie wybrałeś.

– Napijesz się?

– Nie potrzebuję dodawać sobie odwagi.

Włączyła muzykę. Zmysłowe i pełne pasji „Stranger in A Strange Land” 30 Seconds to Mars. Ostre wejście. A potem uspokojenie… cisza… oczekiwanie.

Enemy of mine… I fuck you like the Devil… Powoli… Dźwięki wypełniały ją i przenikały. Głos wokalisty podniecał. Ocierał się o drżące ciało. Powodował dreszcz. Wargi słów wpijały się w skórę na karku, jakby pragnęły przebić się do tętnicy szyjnej i wyssać całą krew, którą następnie nakarmiłyby muzykę. Wtedy nuty ożyją i zrywając zewnętrzną, śmiertelną powłokę, utorują sobie drogę do jądra nieokiełznanej rozkoszy. Opętają zmysły i zrobią z niej swoją niewolnicę. Ona – anioł i demon jednocześnie. Lost in a daydream…

Podchodzę do niego – mojego nieznajomego. Zaczynam grę. Sama ze sobą; sam na sam z nim.

Staję z tyłu. Rozpalonym ciałem przywieram do muskularnych pleców. Moje usta są milimetr od szyi. Delikatnie muskam ją wargami. Droczę się. To najważniejsza część przedstawienia, zabawa w ruletkę, kiedy nie wiedząc, jak dużą pulą dysponuje przeciwnik, nie wiesz, jak wysoko możesz obstawiać, jak daleko się posunąć. Chwila, w której ustanawiane są reguły. Czy klient zachowa się pasywnie i pozwoli działać, nie wchodząc w interakcję, czy wręcz przeciwnie: podejmie wyzwanie i rozpocznie dialog z moim ciałem. Ta niepewność bywa ekscytująca.

Ręce instynktownie wędrują w stronę torsu. Powoli, bardzo powoli. Materiał koszuli nie jest w stanie ukryć gęsiej skórki i stwardniałych sutków. Serce bije coraz szybciej. Gdyby nie klatka z żeber, wyrwałoby się na zewnątrz z krzykiem.

Byłam pewna, że nie wytrzyma napięcia. Chwyta moją dłoń i przyciąga do siebie. To zabolało. Czuję na karku gorący oddech. Alkohol i pragnienie, by mnie posiąść, tworzą mieszankę wybuchową w jego żyłach. Wygłodniałe palce wędrują wzdłuż kręgosłupa i zatrzymują się na zapięciach gorsetu. Powoli rozpina haftki. Ma nadzieję, że uda mu się kontrolować sytuację. Typowe. Odchylam głowę. Delikatny pocałunek nad obojczykiem. Zaczynamy tańczyć. Ocieram się udem o jego biodro. Jest podniecony i gdyby nie spodnie, wbiłby się we mnie i rozerwał na strzępy. Nasze ciała blisko siebie. Bielizna zsuwa się i spada na parkiet. Odwraca mnie tyłem i przygarnia jeszcze mocniej. Jego język łaskocze mnie w płatki uszu. Drżącą, zimną ręką dotyka piersi i przez chwilę bawi się naprężonymi sutkami. Potem wędruje niżej w stronę łona, niżej… To całkiem przyjemne. Ale… Tam nie mogę pozwolić wejść jego dłoni. Przytrzymuję ją. Siłujemy się. Wstęp wzbroniony.

If you’re looking for a Jesus then get on your knees…

– Za to chętnie dopłaciłbym ekstra! – szepcze.

Milczę. Zastanawiam się.

Zapach jego wody toaletowej, delikatnej i wyrafinowanej, ze zmysłową nutą kardamonu, cedru i kumaryny z bergamotką w tle, zniewala mnie.

Znam ten zapach… Znam ten dotyk…

Jestem oszołomiona.

Dostrzegam nasze odbicie w lustrze. Widzę, jak zamyka mnie w ramionach. Jestem bezwolna w uścisku tego obcego mężczyzny.

Chociaż…

Znam ten uścisk.

Blade światło pada na jego twarz. Tętno przyspiesza. Szumi mi w głowie. Prawie mdleję.

Przytrzymuje mnie.

– Aż tak cię podniecam? Aż tak ci dobrze?

– Tak… Doprowadzasz mnie na granice szaleństwa… – słyszę, jakby z oddali, własny głos.

– To może mam szansę na coś więcej?

Odwraca mnie ku sobie. Patrzy mi prosto w oczy. Jego wzrok płonie ogniem.

– O tak… Ale nie dziś. Dziś nie dostaniesz nic więcej. Żebyś chciał wrócić.

– Wrócę po całą ciebie.

Całuje mnie w usta.

Odchodzi.

Kręci mi się w głowie. Osuwam się na podłogę. Zwijam się w kłębek.

Muzyka dudni mi w uszach.

The end is coming, everybody run…

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

1

Myśli o Joannie nie dają mi spokoju. Nie nazwałbym tego obsesją. Jeszcze nie. Chyba nie… Nie mam pewności. Nie mogę się skupić na najprostszych czynnościach. Wszystko mnie irytuje i męczy. Najchętniej stałbym się częścią jej jaźni, by móc wiedzieć o wszystkim wcześniej, niż ona to pomyśli. Chciałbym stać się jej cieniem – natrętnym demonem, który ją opęta i zniewoli.

Nie, nie nazwałbym tego obsesją. Nazwałbym to…

Nieważne.

Najważniejsze jest to, że zaraz przyjdzie. Umówiona wizyta, na którą czekałem całe dwa tygodnie. Nie mogłem spać w nocy. Czuję się jak nastolatek. Kompletny wariat. Cieszę się jak dzieciak, który wie, że za chwilę dostanie prezent urodzinowy – najpiękniejsze spełnienie marzeń.

On, ten Mateusz…Wyjechał. Po raz kolejny została zupełnie sama. Jej samotność jest dla mnie furtką do świata, który sobie stworzyła. Furtka otwiera się coraz szerzej, wiem o tym.

Otulę ciepłym kocem drżące ramiona jej smutku.

Ostatniej nocy stałem się powiernikiem sekretów, które ukrywa. Czy rzekomy narzeczony wie o przyszłej żonie tyle, co ja? To, że dostała od niego pierścionek zaręczynowy, jeszcze o niczym nie świadczy.

Nie traktuję go jak konkurenta. To by było śmieszne. Nie ta epoka. Jak to się mówi: Nie ma takiego wagonika przy lokomotywie, którego nie da się odczepić.

Uśmiechnął się na tę myśl.

Był coraz bliżej.

Joanna wpadła do kliniki lekko spóźniona. Poranne mdłości zaczęły doprowadzać ją do szału.

– Doktor czeka na panią. Jest w podejrzanie dobrym humorze, więc nie sądzę, żeby się gniewał za te piętnaście minut…

Recepcjonistka mrugnęła porozumiewawczo.

– Mam nadzieję

Zapukała i weszła do gabinetu.

Siedzieli w milczeniu. Zastanawiali się, czy powinni wspominać o nocnej rozmowie, która trwała prawie trzy godziny.

Zadzwoniła do niego zapłakana. Bo do kogo mogła się zwrócić? Znajomi z Krakowa i rodzice byli pewni, że jest szczęśliwa i świetnie sobie radzi w stolicy. Zaczęła histerycznie wykrzykiwać, że już nie daje rady, że nie jest w stanie ogarnąć życia, że ciąża ją przeraża.

– Może to zabrzmi głupio, ale mam tylko pana. Nikogo więcej. Mateusz znowu wyjechał. Robi to, co kocha, nie mam do niego pretensji. Po prostu nie wiem, jak ułożyć sobie tu życie. Jak funkcjonować w mieście, którego nienawidzę. Warszawa jest odpychająca, hałaśliwa i za szybka. Wszystko, co najlepsze, zostało w Krakowie. Brakuje mi Alchemii na Kazimierzu i Mleczarni, gdzie mogłam się zaszyć po ciężkim dniu. Tam czułam się naprawdę szczęśliwa. Warszawa mnie przytłacza.

– Ale daje większe możliwości rozwoju.

– Mówi pan jak mój narzeczony. On uwielbia to miasto. Jednak w moim obecnym stanie jedyną perspektywą, jaką przed sobą widzę, jest zmiana zawodu fotografa na zawód mamy.

– Nie wierzę, że nie ma tu pani nikogo, kto mógłby pomóc w znalezieniu choć tymczasowego zajęcia.

– Iza to moja stara znajoma z redakcji w Krakowie. Pracuje przy sesjach zdjęciowych dla czasopism. Zaproponowała mi ostatnio zlecenie. Wczoraj po raz pierwszy od dłuższego czasu wzięłam aparat do ręki.

– I jak było?

– Ten rodzaj fotografii jest dla mnie czymś zupełnie nowym. Nie przywykłam do pracy z aktorami, ale sądzę, że jakoś sobie poradziłam. W każdym razie chwalono mnie potem za profesjonalne podejście i wrodzony luz, a Iza dzwoniła dziś z kolejnym zleceniem.

– No to wspaniale! Uwaga, stawiam diagnozę: kiepski nastrój i wszelkie jego wahania to wpływy szalejących hormonów. Depresja pani nie grozi. Słowo honoru.

– Pan to potrafi kobietę doprowadzić do łez ze śmiechu…

Najważniejsze, że był. Po prostu był. I o to chodziło. Żeby być…

– Wyniki są OK – przerwał niezręczną ciszę.

– A te poranne mdłości? Wariuję już od nich. Żeby tylko poranne: potrafią mnie obudzić w środku nocy…

– No cóż, do dwunastego tygodnia raczej się ich nie pozbędziemy. Trzeba się trochę pomęczyć.

– Nie wiem, czy mój żołądek to zniesie.

– Będzie dobrze. A teraz proszę się rozebrać i zobaczymy, jak nasz mały człowieczek poczyna sobie w brzuchu mamusi.

2

Kolejny pretekst, żeby do niej zadzwonić. Joanna nie spała, choć było po 23.

Siedziała na kanapie i oglądała jakiś film. Kiepska komedia bardziej irytowała niż bawiła. Ostatnio łatwo można było wyprowadzić ją z równowagi. Zapewne to z powodu ciąży. Hormony i tak dalej. A to dopiero początek. Nie wyobrażała sobie, jak zniesie kolejne miesiące. Kiedy na ekranie komórki zobaczyła jego nazwisko, uśmiechnęła się.

– Są trzy bardzo dobre sposoby na mdłości – zaczął. – Lubi pani imbir?

– Uwielbiam zimowe herbaty na bazie imbiru.

– No to świetnie. Polecam zatem napary imbirowe. Świeży korzeń imbiru zaleje pani sobie wrzątkiem na dziesięć minut. Można dodać ciemny cukier lub miód. Moja babcia zawsze robiła mi takie napoje i mawiała, że imbir powinno się dodawać do wszystkiego: do sałatek, potraw na ciepło…

– Nie umiem gotować.

– Ale chyba z wodą na herbatę nie ma pani problemu?

– No pewnie, bez przesady.

– Cola w małych ilościach też jest niezła na żołądkowe sensacje. Banany i produkty zbożowe również.

– Babcia to panu mówiła?

– Owszem, ale o tym wyczytałem także w medycznych książkach. Banany zawierają witaminę B6, a jej niedobór może sprzyjać mdłościom. Jak minął pani dzień?

Obserwując ją przez okno, czuł, jak po jego ciele rozlewa się ciepło, niebezpiecznie zbliżające się do podbrzusza. Na czoło wystąpiły mu krople potu. Pociągnął łyk szkockiej, bo zaschło mu w gardle. Oblizał delikatnie wargi. Oparł czoło o zimną szybę. Jak przyjemnie.

Zaczęło się.

Lubił czuć swoje ciało. Analizował je. Każde drgnienie mięśnia, każdy dreszcz. Ta kobieta stała się dla niego fetyszem, który pobudzał do życia mieszkającą w nim istotę. Wszystkie doznania wydawały się bardzo pierwotne. Jakby ukryte głęboko w pamięci komórek, nagle wyrwały się na wolność i pochwyciły go w szpony nieokiełznania. Niezwykle silne podniecenie. Kiedy była obok, albo kiedy słyszał jej głos, wszystko w nim wrzało. Nie umiał opanować fizjologicznych reakcji; typowe dla normalnych mężczyzn, dla niego były czymś nowym. Fascynujące doświadczenie.

Zapomniał, na kiedy kazał Joannie umówić kolejną wizytę. Za tydzień, dwa? Ekscytujące było to czekanie. Pełne napięcia chwile, kiedy każde pukanie do drzwi gabinetu sprawiało, że serce biło szybciej w jego piersi. Za każdym razem miał nadzieję ją zobaczyć. I czuł rozczarowanie, gdy to nie ona się pojawiała w progu.

Powinien zająć się teraz tematem prelekcji na jutrzejszy zjazd ginekologów, a nie rozmawiać z nią kolejną godzinę przez telefon. Tekst się sam nie napisze. Ale nie potrafił się rozłączyć. Jeszcze chwila, jeszcze dwie… Ma przecież całą noc, żeby nadrobić zaległości.

3

– Wyłącz wibrację telefonu. Doprowadza mnie do szału, nie mogę się odprężyć.

Mężczyzna leżał na wznak obok Yasmine i palił papierosa. Patrzyła na niego, na jego twarz pokrytą bliznami po ospie, na nagie muskularne ciało.

Michał leciał na nią od samego początku. Przyjaciółka, z którą mieszkała, pracowała w klubie go-go, gdzie był szefem. Mówiła, że jest uczciwym facetem i dba o swoje dziewczyny. Nieraz na zbity pysk wyrzucał sprawiających kłopoty agresywnych i pijanych klientów. Poleciła ją, kiedy straciła pracę w jednym ze sklepów odzieżowych. Już podczas rozmowy kwalifikacyjnej Yasmine wiedziała, że koleś nie odpuści i wcześniej czy później wylądują w łóżku. Nie miała ochoty żebrać o zasiłek w urzędzie i figurować jako bezrobotna. Potrzebowała sponsora. Poszła na układ.

To on nauczył ją wszystkiego, co powinna wiedzieć o seksie i zaspokajaniu męskich fantazji. Był profesorem i kochankiem. Jego pieniądze pozwalały na niezależność finansową. Dzięki niemu zaczęła kształcić się na zawodową tancerkę.

Zadzwonił wieczorem i oznajmił, że będzie czekał na tyłach klubu, aż skończy występ.

– Mam ochotę na perwersyjną noc z twoim ciałem w roli głównej – powiedział niskim głosem, kiedy odebrała telefon.

Leżeli teraz w mokrej od potu pościeli. Przytulił ją. Dzisiejszej nocy tylko ciało kochanki należało do niego, jej myśli bowiem błądziły w całkiem innych rejonach. Zauważył to.

– Co się z tobą dzieje, dziewczyno? – zapytał poirytowany, gasząc kolejnego papierosa. – Nie płacę ci za to, żebyś leżała jak kłoda drewna! Zabaw mnie. Czekam. I wyłącz ten cholerny telefon albo odbierz i powiedz temu upierdliwemu dupkowi, żeby dał ci spokój! Znowu komuś zawróciłaś w głowie? Albo nie… Dawaj komórkę, sam się z nim rozmówię!

Nie zdążyła zareagować. Mężczyzna jednym ruchem sięgnął po telefon leżący na stoliku nocnym i odebrał.

– Halo?

Odpowiedziała mu cisza.

– Słuchaj, gnojku! Jeśli nie masz odwagi się odezwać, to spierdalaj! – krzyknął do słuchawki. – Słyszysz? Spierdalaj! – Rozłączył się.

– Kto to był?

– Nie wiem.

– Jasne, oboje wiemy, że byle komu nie dajesz numeru komórki. – Po czym dodał: – Jestem ostatnio bardzo spięty i potrzebuję relaksu, który mi zapewniasz. A teraz z łaski swojej zrób mi masaż. Wiesz jaki.

Wyprężył się na łóżku.

Yasmine zagryzła wargi.

Tomasz nie spodziewał się usłyszeć męskiego głosu. Zaniemówił. Ogarnęła go wściekłość. Nic nie mógł zrobić. Przecież nie miał prawa do tej kobiety, do jej życia, do ciała, którego teraz dotykał ktoś obcy. Nie był jedynym. Nigdy nim nie będzie.

Wziął zamach i z całej siły rzucił komórką o ścianę. Musiał wyładować złość. Przeklinał samego siebie za słabość i głupotę.

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

1

Klinika od dwóch godzin jest pusta. Recepcjonistkę odesłałem wcześniej do domu. Wyjaśniłem, że muszę nadrobić zaległości w papierach, bo zbliża się koniec miesiąca. Obiecałem zamknąć wszystko i zostawić klucze w schowku. Jestem tu sam.

Ja i moje myśli.

Ja i mój plan.

Cisza minęła. Za oknem rozpętała się burza. Chłonę jej siłę i moc. Błyskawice z hukiem przeszywają niebo. Krople deszczu miarowo uderzają w okno. Niemal czuję na twarzy podmuch wiatru, który wygina gałęzie i łamie parasole przechodniom na ulicy. Nikt nie uratuje się przed wszechogarniającym gniewem żywiołu. Patrzę na ludzi, którzy starają się uciec przed wichurą.

Nawet pogoda jest po mojej stronie.

Za chwilę skończysz mierzenie sukni ślubnej.

Za chwilę wyjdę z kliniki.

Już za chwilę.

2

Yasmine lubiła te wieczorne spacery do klubu. Robiła reset pamięci, kasując zbędne pliki, które zaśmiecały głowę. Na próżno jednak starała się wyłączyć ekran z migoczącym obrazem twarzy Tomasza. Wrył się w pamięć i nie chciał zniknąć.

Defragmentacja myślenia – też dobre.

Kogo chciała oszukać?

Cisza. Cisza ulic. Tak bardzo potrzebowała tej cholernej ciszy, a zarazem bała się dać się jej ponieść.

Muzyka dudniła z słuchawkach. W uszy wtulał się boski głos Jareda Leto, a jego „Hurricane” budził w niej dzikość: Crash, crash, burn – let it all burn. This hurricane’s chasing us all under ground…

Fuck, yes! I let it all burn!

Zaczęło padać. Jakby na życzenie rozległy się grzmoty.

Mijając salon sukien ślubnych, dostrzegła przez szybę przyszłą pannę młodą przymierzającą sukienkę. Przystanęła przed witryną, przyglądając się scenie, która, mimo że miała w sobie urok sielsko-anielski, wzbudzała w niej niezdrowe emocje. Filigranowa brunetka z pierścionkiem zaręczynowym na palcu miała nadzieję, że z Kopciuszka stanie się królową. Przynajmniej w tę jedną, wyjątkową noc. Jakimś cudem księciu udało się złowić ją na przynętę w postaci pantofelka, w związku z tym teraz dziewczyna pokona w niewygodnych szpilkach kilkanaście metrów ostatniej prostej, by przed metą ołtarza powiedzieć sakramentalne „tak”. Złe siostry będą się silić na życzenia wszelkiej pomyślności, a ona z przyklejonym do twarzy uśmiechem weźmie za dobrą monetę te nasączone jadem słowa.

I żyli długo i szczęśliwie… a tak naprawdę to komedii romantycznej koniec – pomyślała.

Miłość i takie tam inne głupstwa. Za chwilę mężulek, ze świeżo założonym chipem na palcu prawej ręki, wyląduje w łóżku z jakąś przypadkową kurwą. Zaśmiała się. Ups, chyba mnie trochę poniosło… – pomyślała.

Dziewczyna dostrzegła w lustrze odbicie twarzy Yasmine i odwróciła się. Przez chwilę patrzyły sobie w oczy. Yasmine poczuła się tak, jakby przyłapano ją na kradzieży. Stała jak sparaliżowana, prawie przestała oddychać. Ocknęła się dopiero wtedy, kiedy opuszczane przez sprzedawcę rolety zasłoniły wnętrze sklepu.

Nasunęła kaptur na twarz i powoli ruszyła ulicą w strugach deszczu.

Too many bad notes playing in our symphony… – szepnął Leto.

3

Joanna pożegnała się z krawcową. Poprawki zostały naniesione i suknia, z rodzaju tych, które mają tylko zdobić pannę młodą, a nie grać pierwsze skrzypce, powinna być gotowa do odbioru za tydzień. Delikatna, koronkowa, w kolorze écru. Nie mogła sobie wymarzyć piękniejszej. Wybrała ją razem z przyjaciółką. Pozostało tylko dokupić kilka drobiazgów, a potem już spokojnie czekać na wielki dzień. Trzy tygodnie szybko zlecą. Nie mogła się doczekać.

Za czternaście dni Mateo wracał z podróży i może tym razem wreszcie uda im się zacząć urządzać mieszkanie. Tęskniła za nim.

Nawet pogoda nie zepsuje jej dziś dobrego humoru.

Rozłożyła parasol i ruszyła w stronę parkingu. Liczyła, że mini morris, który ostatnio permanentnie się psuł, tym razem odpali i bez problemu dojedzie do domu. Oby tylko nie skończyło się znowu holowaniem do mechanika. Ale nie miała serca pozbyć się samochodu, który kojarzył się jej z najlepszymi chwilami w życiu. Tak, była sentymentalna i przywiązywała się do przedmiotów.

Śledził ją od chwili, kiedy wyszła z salonu sukien. Szedł za nią krok w krok. Miał na sobie czarny długi płaszcz przeciwdeszczowy, kaptur nasunął na oczy. Ręce schowane w kieszeniach drżały. Nie wyróżniał się z tłumu przechodniów, którzy w pośpiechu przemierzali skąpane w deszczu ulice. Pogrążona w myślach nie zauważyła go.

Wsiadła do auta. Włożyła kluczyk do stacyjki i przekręciła. Silnik zabulgotał i zakrztusił się. Spróbowała drugi raz. Samochód ponownie odmówił współpracy.

– Tego jeszcze brakowało. Stary, nie rób mi tego… nooo… Mam dzwonić po taksówkę? Znowu. Zbankrutuję przez ciebie! – jęknęła.

Wyciągnęła z torebki komórkę i zaczęła wybierać numer korporacji. W chwili gdy usłyszała sygnał łączenia rozmowy, ktoś zastukał w szybę od strony kierowcy. Wystraszyła się. Telefon wypadł jej z ręki. Zaklęła.

Przetarła zaparowaną szybę.

Poznała go od razu. Odetchnęła z ulgą i otworzyła drzwi.

– Wystraszył mnie pan prawie na śmierć, doktorze Czester! – Roześmiała się. – Co pan tu robi? Zaproponowałabym podwózkę, ale obawiam się, że mój samochód nie lubi deszczowej pogody.

– Byłem u pacjentki. Zauważyłem panią idącą w stronę parkingu. Zaparkowałem niedaleko. Jakiś problem z autem?

– Tak, ostatnio zbyt często mam z nim kłopoty. Właśnie dzwoniłam po taksówkę.

Zaczęła szukać telefonu pod siedzeniem.

– Może podrzucę panią do domu? Jesteśmy prawie sąsiadami.

– Poważnie? Byłoby bosko… – Zawahała się. – Może jednak pojadę taksówką. Nie chcę sprawiać kłopotu. I tak już dużo pan dla mnie zrobił.

– To żaden kłopot. Naprawdę.

Joanna skinęła głową i uśmiechnęła się. Wyjęła kluczyki ze stacyjki. Wzięła torebkę. Wysiadła z auta.

– No to chodźmy. Jutro zadzwonię po holowanie. Chyba nic mu się nie stanie przez noc?

– Bez obawy, to spokojna dzielnica.

Czarna terenówka stała po drugiej stronie ulicy. Skórzana czarna tapicerka, przyciemniane szyby. Joanna była pod wrażeniem. Wsiadła. Zapięła pasy. Dawid uczynił to samo. Nie odzywał się.

– Piękny samochód – zauważyła nieśmiało.

– Kupiłem go w ubiegłym roku. Jeśli będzie pani zmieniała auto, to tylko na tę markę. Polecam.

Roześmiała się.

– Chyba bardziej przyda mi się jakiś bardziej rodzinny model. Poza tym ten, jak dla mnie, jest zbyt ekskluzywny.

To było bardzo proste. Aż za proste. Tak łatwo jest wzbudzić twoje zaufanie. Omamić uśmiechem i przejawem sympatii. Nie napracowałem się. Wcale. Czuję niedosyt. Ale to nic.

Siedzisz w moim aucie. Zrelaksowana, radosna, rozgadana. Opowiadasz o dziecku, ślubie, swoim mężczyźnie. Zaczyna ci chyba odpowiadać życie w nowym mieście. Ludzie, których poznajesz, fascynują, prawda? Tak, zauważyłem to. Stanowczo wolałem, kiedy zwierzałaś się ze smutków i rozterek. Czułem się wtedy potrzebny. A teraz? Gadasz i gadasz, i gadasz… Jak katarynka wyrzucasz z siebie słowa, których moja pamięć nawet nie ma ochoty rejestrować. Jednym uchem wchodzą, drugim wychodzą. Nie zaśmiecam mózgu niepotrzebnymi treściami. Poza tym wszystkie informacje, którymi mnie raczysz, dobrze znam. No, ale skąd możesz o tym wiedzieć…

Jestem trochę poirytowany. Nie tak sobie to wszystko wyobrażałem. Ale nie szkodzi.

Zaciskam dłonie na kierownicy. Wpatruję się w wycieraczki walczące z uporczywym deszczem.

Decyzja przychodzi wcześniej, niż planowałem. Ot, drobna zmiana w misternie utkanym planie.

Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Ha, zabawne!

Jeden ruch kierownicą. Zjeżdżam na pobocze. Patrzysz zaskoczona. Pytasz, co się stało. Nie odzywam się. Czuję dotyk twojej dłoni na ramieniu. Moje spojrzenie paraliżuje cię na chwilę. Odruchowo chwytasz za klamkę. Zaczynasz szarpać. Centralny zamek, drzwi się nie otworzą. Wspaniały jest zapach strachu, który wydziela przerażone ludzkie ciało!

– Za dużo gadasz – słyszę swój głos.

Nie wolno mi stracić kontroli nad sytuacją! Szybko sięgam do schowka po szmatkę nasączoną barbituranem i jednym ruchem przykładam ci ją do ust. Nawet nie zdążyłaś krzyknąć. Już osuwasz się w moje ramiona.

Ciiii… Moja kochana, tylko moja… Wreszcie moja.

Odpalam silnik. Auto rusza. Mijam kilka ulic. Wjeżdżam na parking podziemny.

Zaraz będziemy na miejscu. W domu.

Wyglądasz tak niewinnie i słodko, kiedy śpisz.

Milczysz.

Wreszcie cisza. Chłonę i wypełniam się nią.

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

II

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

1

Zaciągnął się dymem z papierosa. Zmrużył oczy. Oparł głowę o brzeg wanny wypełnionej gorącą wodą. W tle sączyła się chilloutowa muzyka. Uśmiechnął się do swoich myśli, które zmaterializowane wtulały się w jego ciało.

– Przyzwyczajam się do tych wieczorów wykradzionych codzienności… – wyszeptał Tomasz, całując włosy Yasmine. – Dobrze mi z tobą.

– Zastanawiałeś się, jak długo to jeszcze potrwa? Te wakacje od życia, co weekend w innym hotelu…

Odkąd zgodziła się na regularne spotkania, relacje między nimi stawały się coraz bardziej skomplikowane. Do tego dochodziły jeszcze awantury, które robił jej Michał. Czuł się zagrożony nowym, młodszym adoratorem kochanki.

– Nie wiąż z tym kolesiem żadnych nadziei na przyszłość. Jemu chodzi tylko o miłe chwile, nic poza tym. Zostawi cię dla jakiejś zwyczajnej dziewczyny. Takie kobiety jak ty nie potrafią zatrzymać faceta na stałe. Pamiętaj o tym – powtarzał jej do znudzenia.

– Tak długo, jak pozwolisz mi się sobą cieszyć…

– Będziemy mogli niedługo otworzyć biuro informacji turystycznej.

– Sugerujesz, że powinienem zaprosić cię do siebie?

– Nie odważyłbyś się. A żona? Narzeczona? Dziewczyna? Kot?

– Pies? Chomik? Papużka? Jeśli pytasz, czy jestem w związku z kobietą…

– Nie potrzebuję takich informacji. Nie są dla mnie istotne.

– Nie traktuję cię jak…

– Tak, wiem. Widzę to. Czuję nawet.

– I boisz się tego?

– Nie, nie boję się, ale… Nie jestem przyzwyczajona do tego, żeby coś czuć. Nie należę do tych kobiet, które mają prawo do mężczyzny, z którym sypiają.

– Nigdy nikogo nie kochałaś?