Więcej niż pielęgniarka - Marion Lennox - ebook
Opis

„Ilekroć ją widywał, wydawała mu się całkiem zwyczajna. Do pracy, a pracowała przez cały dzień, wkładała czarne spodnie i białą bluzkę z emblematem służb medycznych. Minimalny makijaż i włosy ściągnięte w koński ogon. Drobna, piegowata... po prostu nijaka. Teraz zdecydowanie nie była nijaka. Ładna? Nie... to coś więcej. Zachwycająca? Zupełnie inna niż reszta jego kobiet...”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 161

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marion Lennox

Więcej niż pielęgniarka

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dla Blake’a Samforda, chirurga ortopedy w jednym z prestiżowych szpitali w Sydney, nocne wezwania do nagłych przypadków nie były niczym nowym.

Teraz jednak wracał do zdrowia na farmie swojego ojca, dwieście mil od Sydney. Nie spodziewał się takich wezwań. Nie spodziewał się dziecka.

Maggie Tilden lubiła leżeć w ciemnościach i wsłuchiwać się w bębnienie deszczu w blaszany dach.

Dobrze mieć takie wielkie łoże tylko dla siebie. Wynajmowała to mieszkanie w siedlisku Corella View od pół roku i upajała się każdą chwilą panującej tam ciszy.

Jakie to szczęście móc się rozkoszować wolnością. Nawet nie przejmowała się powodzią. Tego popołudnia służby zadecydowały, że stary drewniany most trzeszczący pod naporem wezbranej rzeki nie jest bezpieczny. Zagrodzono go taśmą i od tej chwili dolina była odcięta od świata.

Gdy zagrzmiało, Tip, młody owczarek collie, zaskomlał, podczołgując się bliżej łóżka.

– Spokojnie, chłopaki – powiedziała, gdy starszy Blackie poszedł w jego ślady. – Jesteśmy bezpieczni, mamy sucho i duży zapas karmy dla psów. Nic więcej nam nie trzeba.

Nagle przez bębnienie deszczu usłyszała warkot silnika. Ktoś przejeżdża przez most? Objechał blokadę? Chyba oszalał. Ale most wytrzymał, bo chwilę później, już na mniejszych obrotach, auto wjechało na asfaltową nawierzchnię. Spodziewała się, że pojedzie dalej. Ale nie, skręcił na parking pod siedliskiem.

Gdyby nadjechało z przeciwnej strony, natychmiast wyskoczyłaby z łóżka, spodziewając się tragedii. Była jedyną osobą z wykształceniem medycznym na tym brzegu rzeki, ale auto przyjechało z drugiego brzegu, gdzie znajdował się szpital.

Ostatnio sporo zgryzoty przysparzał jej Pete, jej nastoletni zbuntowany brat, który zadawał się z podejrzanymi koleżkami. Ten samochód… strach pomyśleć.

To jednak nie Pete ani nieszczęśliwy wypadek. Mimo to wstała i sięgnęła po szlafrok. Może to ktoś do właściciela siedliska? O północy?

Nie znała Blake’a Samforda, bo wraz z matką opuścił dolinę we wczesnym dzieciństwie i od tej pory praktycznie się nie pokazywał. Tym razem jego pobyt był wyjątkowo długi, bo trwał już trzy dni. Poinformował ją, że dochodzi do siebie po zapaleniu wyrostka oraz że przy tej okazji zbiera dokumenty, by wystawić farmę i dom na sprzedaż. Ostrzegła go, że rzeka wzbiera, ale wzruszył ramionami.

– Jak już gdzieś utknąć, to na dobre.

Jeśli ma teraz gości, to utkną razem z nim.

Może to kobieta, pomyślała, słysząc odgłos kroków zmierzających w stronę drzwi Blake’a. Kobieta zdolna ryzykować życie, by dotrzeć do ukochanego?

Właściwie nikt nic o nim nie wie. Jako mała dziewczynka widziała go tylko kilka razy, ale wiele lat później, gdy stary Samford zachorował, Blake go nie odwiedzał, co nikogo nie dziwiło, bo wśród miejscowych Ben Samford nie cieszył się sympatią.

Spotkała go dopiero na pogrzebie Bena. Poszła na ten pogrzeb, ponieważ jako pielęgniarka przez kilka miesięcy choroby odwiedzała go codziennie. Mimo fatalnej opinii dbał o psy, więc wmawiała sobie, że nie jest złym człowiekiem. Przy okazji pogrzebu chciała z jego synem porozmawiać o psach. Zauważyła, że podczas ceremonii Blake trzymał się z boku, jakby chciał szybko mieć to za sobą. Rozumiała go, bo zważywszy na to, jaki był Bob Samford, wydawało się dziwne, że syn w ogóle przyjechał.

Miała pewien pomysł, który wymagał zgody Blake’a. Przedstawiwszy mu swoje referencje, zaproponowała, że w zamian za wynajem stróżówki na tyłach domu zaopiekuje się farmą, psami oraz bydłem ojca, którym aktualnie zajmował się sąsiad, leciwy Harold Stubbs.

Trzy dni później dostała umowę najmu, a Blake od tamtej pory się nie pokazał. Do dziś, kiedy przyjechał sprzedać farmę. Już rozglądała się za innym lokum, bo za nic w świecie nie chciała wracać do swoich. Teraz jednak zastanawiała się, jaki wariat zdecydował się jechać przez most. Słyszała, że samochód stoi z niewyłączonym silnikiem, potem ktoś zaczął walić w drzwi. Psy oszalały, a moment później kroki się oddaliły.

Trzasnęły drzwi auta, zawył silnik i auto oddaliło się tam, skąd przyjechało. Wstrzymała oddech, czekając, czy pokona most. Udało się. Odetchnęła.

O co chodzi? Młodzieńczy wygłup?

Nie jej sprawa, ale Blake’a. No nie, jej sprawa, dopóki dom nie jest sprzedany. Wróciła do łóżka. Sama.

Niczego więcej nie pragnęła, jak być sama.

Za ścianą Blake też nasłuchiwał. I też uznał za wariata śmiałka, który przejechał mostem. Razem z lokatorką, Maggie Tilden, poprzedniego dnia uważnie obejrzeli most. Zmyte pnie drzew i gałęzie napierały na podpory.

– Jak chcesz stąd wyjechać, to zrób to zaraz – doradziła mu – bo zaraz go zamkną.

Czy to ważne? Dostał zwolnienie na trzy tygodnie. Musi też uporządkować rzeczy ojca.

– Rób jak uważasz – dodała, jakby i jej było wszystko jedno, po czym wróciła z psami do swojej części domu.

Zdystansowana, to dobrze, pomyślał, ale to pukanie o północy? Kierowca, który przejeżdża przez zagrożony most… Jakiś jej narwany kumpel, który coś zostawił pod niewłaściwymi drzwiami?

Słyszał jazgot psów, domyślił się, że je uspokaja. Oczekiwał, że przyjdzie, by sprawdzić, co się stało.

Nie przyszła. Zapomnij, wracaj do łóżka.

Może by jednak otworzyć drzwi i upewnić się, że wszystko w porządku? Dobra. Otworzył drzwi wejściowe i o mało się nie potknął. Różowe i miękkie zawiniątko…

Odsunął róg kocyka. Maleńkie usteczka, perkaty nosek i duże ciemne oczy. Noworodek! Na jego progu!

Bez namysłu wziął dziecko na ręce, spoglądając w mrok, jakby chciał jeszcze dostrzec ten samochód, poznać jakieś wyjaśnienie. Noworodek…

Nigdy nie miał do czynienia z niemowlętami. Po raz ostatni na studiach. Nagle obudziło się w nim wspomnienie sprzed trzydziestu, a może nawet trzydziestu kilku lat. To wydarzyło się w tym samym holu.

Pewna kobieta postawiła przy drzwiach koszyk, a w nim malutkie dziecko. Spojrzała na Blake’a i powiedziała:

– Przyniosłam mu siostrzyczkę.

Niewiele zapamiętał, co było potem. Tyle tylko, że między dorosłymi doszło do awantury. Miał sześć lat, więc przykucnął przy koszyku. Niemowlę płakało, ale dorośli to ignorowali. Siostrzyczka?

Tego wieczoru matka dowiedziała się, że ojciec ma kochankę. Przyrodniej siostry i tamtej kobiety już więcej nie widział.

To dziecko nie ma z nim nic wspólnego, więc dlaczego przypomniało mu się tamto? Powinien zadzwonić na policję, zgłosić podrzucenie noworodka. Nagle przypomniał sobie, że jego lokatorka jest położną. Odetchnął z ulgą. Niewykluczone, że opiekowała się ciążą tej kobiety.

– Hej – zwrócił się do zawiniątka – pomyliłeś drzwi. Zaraz zaniesiemy cię do kogoś, kto zna się na dzieciach. Miejmy nadzieję, że ten ktoś weźmie na siebie odpowiedzialność za twój los.

Maggie już zasypiała, gdy ktoś zapukał, a psy znowu zaczęły ujadać. O co chodzi?!

Miała za sobą wyczerpujący dzień. Od rana przewoziła sprzęt ratunkowy ze szpitala, by się zorganizować przed zamknięciem mostu, a także odwiedziła swoje ciężarne na podtopionych farmach. Była wykończona.

Może to kolejne ostrzeżenie o ewakuacji? Żeby uciekać, zanim most zniknie pod wodą? Corella View stoi na wzgórzu. Najgorsze, co może ją spotkać, to to, że most się zawali, elektryczność zostanie odcięta, a ona będzie przez kilka dni zdana na staroświecką lodówkę na naftę.

Znowu pukanie. Nagle nad irytacją górę wziął strach. Ma ośmioro rodzeństwa, a dwóm najmłodszym braciom różne głupie rzeczy strzelają do głowy. Pete… A jeżeli…?

Jeżeli ten ktoś przyjechał z wiadomością? Wstań i mu otwórz. W holu stał Blake Samford. Z dzieckiem.

– To chyba dla ciebie.

Przygarnęła zawiniątko instynktownie jak wszystkie inne niemowlęta, po czym spojrzała na Blake’a. Wyglądał niemal złowrogo. Miał prawie dwa metry wzrostu, szerokie ramiona, ciemne oczy i czarne włosy. Wysoki, mroczny i groźny. Skojarzył się jej z Heathcliffem. Przeraziła się. Ktoś jej podaje niemowlę w środku nocy, a ona myśli o powieściach!

Psy powarkiwały. Znały go od trzech dni, ale nadal miały za obcego. Poza tym nie wiedziały, co kryje się w zawiniątku w ramionach ich pani.

– Jak mam to rozumieć? – Starała się, by zabrzmiało to naturalnie, jakby wpadł oddać jej szklankę cukru. Nie chciała przestraszyć ani psów, ani dziecka.

– Ktoś się pomylił. Jesteś położną, więc podejrzewam, że chciał je oddać w twoje ręce.

– Kto je podrzucił? – Odchyliła kocyk. Śliczne.

Uwielbiała niemowlęta, chociaż nie powinna, bo ma tyle dzieciaków, że wystarczy jej na całe życie. Ale nareszcie ma porządną pracę. Potrafi kochać dzieci.

– Nie mam pojęcia, kto je podrzucił – odparł cierpliwie. – Nie słyszałaś tego samochodu? Ktoś podjechał pod dom, podrzucił dziecko i odjechał.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem.

Porzucone dziecko.

– Kim jesteś? – szepnęła. W odpowiedzi mały człowieczek zmarszczył nos, otworzył buzię i żałośnie zapłakał.

Małe dziecko tak nie płacze. Był to płacz istoty bezgranicznie zrozpaczonej. Maggie nieraz słyszała płacz głodnych maluchów, ale nie aż tak przejmujący.

Zapadnięte ciemiączko, sucha lekko pomarszczona skóra: klasyczne objawy odwodnienia. Kroplówka?

Jeśli maleństwo ma jeszcze siłę płakać…

– Możesz przynieść moją torbę z samochodu? – Rzuciła mu kluczyki. – Ono ma problemy.

– Jakie problemy?

Podeszła do kominka, który jeszcze nie wygasł. Można malucha odkryć bez ryzyka wychłodzenia.

– Do kosza! – krzyknęła do psów, które potulnie się położyły na swoich miejscach przy kominku.

Blake wyraźnie się wahał, więc warknęła:

– Torba, i to już.

Lekko oszołomiony ruszył po jej torbę.

Ilekroć widywał Maggie Tilden, wydawała mu się całkiem zwyczajna. Do pracy, a pracowała przez cały dzień, wkładała czarne spodnie i białą bluzkę z emblematem służb medycznych. Minimalny makijaż i włosy ściągnięte w koński ogon. Drobna, piegowata… po prostu nijaka. Teraz zdecydowanie nie była nijaka. Ładna?

Nie… to coś więcej. Zachwycająca?

Zupełnie inna niż reszta jego kobiet. Ciepła i serdeczna, a jednocześnie silna. Stanowcze spojrzenie, jakie mu rzuciła, kazało mu natychmiast przynieść torbę.

Nie wie, że jestem lekarzem, pomyślał. Gdy maluch zapłakał, on też wiedział, że jest z nim niedobrze. Mimo mdłego światła na ganku zauważył objawy odwodnienia i niedożywienia.

Maggie zareagowała zgodnie z jego oczekiwaniami. Nawet gdyby potrzebowała jego pomocy, dzieciak nie jest jego problemem. Niech ona weźmie na siebie tę odpowiedzialność. To jej praca.

Przynieś torbę! Spora walizka z blatem do pisania stała w bagażniku poobijanego kombi. Chwycił za rączkę i aż jęknął. Ważyła ze sto kilo. Zapas leków dla całej doliny? Jakim cudem taka drobna istota jak Maggie może ją udźwignąć?

Po operacji wyrostka był osłabiony. Kiedy poczuł, że naciągają się wewnętrzne szwy, przypomniał sobie o konsekwencjach… i ruszył do komórki po taczkę.

Priorytet natury medycznej. Gdyby szwy puściły, byłby bezużyteczny. Gorzej, sam potrzebowałby pomocy.

– Jestem po zapaleniu wyrostka – wyjaśnił, gdy go zobaczyła. – Szwy. Chyba nie chcesz mieć dwóch pacjentów.

O kurczę. Przecież on dochodzi do siebie po operacji.

– Spokojnie – rzekł, widząc jej speszoną minę. – Pod warunkiem że nie masz nic przeciwko śladom na dywanie.

– Jak się ma taką rodzinę jak moja, nie zwraca się uwagi na drobiazgi. Nic ci nie jest?

– Nic a nic.

Omiotła go badawczym spojrzeniem.

– Zrobisz mieszankę, jeśli ci powiem jak? Maluch jest bardzo odwodniony.

– Mogę zobaczyć?

Dziecko nie przestawało głośno płakać. Prawdziwa kupka nieszczęścia. Odsunął kocyk. Najwyraźniej Maggie już je zbadała, ale nie zmieniła pieluszki, a jedynie rozpięła brudne śpioszki, po czym owinęła tym samym kocykiem, przykrywając kaszmirowym szalem, który wcześniej zauważył na oparciu kanapy.

Jego oczom ukazały się wszystkie oznaki zaniedbania. Tak, dziecko jest odwodnione. Trzeba je umyć i przewinąć, ale najpierw należy podać mu płyny, najlepiej doustnie.

– Mów, gdzie i jak.

Pięć minut później wręczył Maggie butelkę z mieszanką, a ona podała ją dziecku, które przyssało się do smoczka. Zapadła głucha cisza. Nawet psy westchnęły z ulgą.

– Udało ci się uniknąć ewakuacji, szpitala i kroplówek. Zobaczmy teraz, co tu mamy – szeptała Maggie, po czym podniosła wzrok na Blake’a. – Czy należysz do tych odważnych mężczyzn, którzy potrafią zmienić pieluchę? Nie przewijam dziecka w trakcie karmienia, ale ta pielucha już prawie sama chodzi. Trzeba ją zdjąć. No i zobaczmy, z kim mamy do czynienia.

Imperatyw medyczny. Wolałby dziecko karmić, ale się spóźnił, więc przypadł mu drugi koniec. Jesteś chirurgiem przywykłym do obrzydliwych widoków.

– Przygotuj sobie miskę z ciepłą wodą z mydłem. Miska jest w szafce po lewej stronie kuchenki. Z łazienki weź dwa czyste ręczniki, a z mojej torby niebieską butelkę z niemowlęcą pupą na etykiecie.

Bez entuzjazmu wyszedł z pokoju. Przewinąć malucha. Pewnie kiedyś i tak musiałby się tego nauczyć. Kiedyś, w odległej przyszłości, być może zdecydują się z Miriam na dziecko. Pracują razem, a na boku romansują. Miriam nie chce się wiązać, on też ma wątpliwości.

Czuł, że po wydarzeniach tej nocy przybiorą na sile.

– Ojej! Woda, pielucha, i to szybko! – zawołała Maggie.

– Już się robi, siostro!

ROZDZIAŁ DRUGI

Gdy zdjął pieluszkę, pod warstwą brudu odkryli, że to dziewczynka.

– Chyba od kilku dni nie była przewijana – przeraziła się Maggie.

Gdy zdjął śpioszki, aż go zatkało. Talipes equinovarus. Stopa końsko-szpotawa. Obydwie stopy skierowane do środka, niemal pod kątem dziewięćdziesięciu stopni.

Zrobiło mu się niedobrze, ale nie z powodu pieluchy. Jak można porzucić takie dziecko? Zostawić je na czyimś progu? Skąd ci ludzie wiedzieli, że Maggie będzie w domu? Skąd mieli pewność, że psy nie zrobią dziewczynce krzywdy?

Ktoś chciał się pozbyć niedoskonałego dziecka, więc podrzucił je położnej, ale czy ona będzie w domu, czy nie, było mu obojętne. W oczach Maggie wyczytał złość, oburzenie oraz przerażenie, i to nie z powodu krzywych stópek, ale tego potwora, tak zdesperowanego, że przejechał przez zagrożony most, by pozbyć się dziecka.

– To na pewno facet prowadził ten samochód – szepnęła Maggie.

Seksizm? W milczeniu obmywał dziecko, które nadal ssało, ale było już o krok od zaśnięcia. Maggie obserwowała, jak badał małą, jej stópki, puls, każdy centymetr ciałka. Zaproponował, by zanurzyli ją w ciepłej wodzie, żeby ją całą umyć.

– Jesteś lekarzem – stwierdziła Maggie.

– Ortopedą.

– To znaczy, że rzadko masz do czynienia z niemowlętami. – Przytaknął. – Ale ze stopami często?

– Tak.

Uśmiechnęła się, lekko ale… ładnie.

Kojąco, uznał. Nagle pojął, że taką kobietę chciałby mieć przy sobie w chwilach kryzysu.

Uśmiech Maggie jest nieważny, najważniejsza jest ta istotka. Ostrożnie przejął ją od Maggie i zanurzył w ciepłej wodzie. Najedzona i umyta sprawiała wrażenie zrelaksowanej. Walczyła o życie i przegrywała tę walkę, ale teraz przed kominkiem Maggie już nic jej nie zagraża. Podniósł wzrok na Maggie. Znowu się uśmiechnęła. Tak, ta kobieta jest gwarancją bezpieczeństwa.

Dobrze, że tę małą porzucono właśnie tutaj. Maggie się nią zaopiekuje. Zerknął na psy. Psy jego ojca. Kiedy po raz ostatni odwiedził go pół roku przed śmiercią, były wychudzone i zaniedbane. Uznał wtedy, że nie może zabrać ich do miasta.

Ojciec nie chciał go widzieć, prawdę mówiąc, wrzeszczał, by się wynosił. I powiedział, że psy to nie jego interes. Mimo protestów ojca zadzwonił do miejscowego szpitala z prośbą o domowe wizyty pielęgniarki.

To Maggie opiekowała się ojcem oraz psami, a gdy ojciec umarł, zaproponowała, że zaopiekuje się też całym gospodarstwem. To rozwiązało dwa problemy: psów oraz domu. Umie rozwiązywać problemy.

Kąpiąc dziecko, Maggie zauważyła siniak na ramieniu. Siniak w tym wieku? Ktoś ją upuścił? Uderzył?

– Na dnie torby są ubranka dla dzieci – oznajmiła, nie odrywając wzroku od małej. – I pieluszki. Możesz je wyjąć?

Gdy Maggie wytarła małą i nałożyła emulsję na odparzenia, Blake jeszcze raz obejrzał jej stopy.

– Leczenie należałoby zacząć już teraz – orzekł – dopóki tkanki są miękkie i plastyczne. Im dłużej będziemy zwlekać, tym dłużej to potrwa.

– Tylko raz widziałam coś takiego – odezwała się Maggie. – I nie tak poważną deformację.

– To bardzo poważna deformacja, ale do naprawienia.

– Mam aparat rentgenowski w gabinecie… na plebanii – rzuciła nieśmiało. – Żebym mogła odróżnić złamania typu „zielona gałązka” od takich, które wymagają ewakuacji.

– Teraz nie będziemy jej prześwietlać. Czeka ją długie leczenie.

– Wolałabym nie wzywać służb ratunkowych, jeśli to nie jest konieczne. – Przygryzła wargę. – Mają pełne ręce roboty przy ewakuacji, poza tym przy takich opadach lądowanie śmigłowca jest ryzykowne.

– Nie ma pośpiechu.

– Wobec tego jutro będziemy się tym martwić. – Ubierała maleństwo tak delikatnie, że Blake’owi skojarzyło się to z pieszczotą. Na koniec owinęła je kaszmirowym szalem i mu podała. Wziął je, po czym usiadł przed kominkiem.

Ta kobieta to uosobienie spokoju, pomyślał. Metodyczna, opanowana. Ile kobiet potrafiłoby ot, tak wziąć dziecko i dać mu to, czego potrzebuje? W ciągu jednej godziny wyprowadzić ze stanu zagrożenia?

Ona jest położną i na tym polega jej praca. Właśnie wkłada butelki, mieszankę, pieluszki do koszyka.

Koszyk? Otrząsnął się. Co jest…?

– Chcesz ją zabrać do szpitala? – zapytał. – Ja przez ten most nie pojadę.

– Ani ja. – Postawiła koszyk obok niego. – Dobrze wygląda, no może nie za bardzo, bo jest zaniedbana i niedożywiona, ale nie dzieje się nic, co by wymagało takiego ryzyka. U ciebie będzie jej dobrze. W koszyku jest wszystko, co może ci się przydać.

– U mnie?

– U ciebie. Tej nocy jest twoja.

– Nie chcę.

– Myślisz, że ja chcę?

– Przynieśli ją tobie.

– Nie. Tobie. Gdybym uważała, że sobie nie poradzisz, włączyłabym się, to jasne. W każdej chwili możesz zapytać mnie o radę. Ale ona jest twoja.

– O czym ty mówisz?! Jesteś położną.

– To nie ma żadnego związku z moim zawodem. Znalazłam to, jak wyszedłeś do kuchni.

List napisany pospiesznie na rozerwanej kopercie. Wręczyła mu go bez słowa.

„Drogi bracie!

Ojciec umarł. Nigdy nic dla mnie nie zrobił. Nigdy! Jesteś ślubnym dzieckiem, tym, które dostało wszystko. Masz farmę, to masz i dziecko. Wnuczkę twojego i mojego ojca. Nie chcę takiego dziecka, popatrz na jej stopy. Sam i ja nie możemy na to patrzeć. Dałam jej na imię Ruby po mamie mojej matki, po mojej babci. Tylko ona się mną opiekowała, ale to było dawno, zanim zobaczyłam te okropne stopy. Nie chcę kalekiego dziecka. Możesz dać jej inne imię, przekazać do adopcji – zrób z nią, co zechcesz. Wybieramy się z Samem do Perth, więc gdybyś potrzebował mojego podpisu na dokumentach adopcyjnych, umieść ogłoszenie w gazecie lokalnej Margaret River. Jak je przeczytam, to się skontaktuję. Być może. Wendy”.

Milczeli bardzo długo.

– Wendy? – odezwała się w końcu Maggie.

– Moja… przyrodnia siostra. – Zbierał myśli. – Owoc któregoś z romansów ojca.

– Jakie ma nazwisko?

– Nie mam pojęcia.

– Uff… – Spoglądała na niego ze spokojem i współczuciem. – Szok.

– Owszem.

– Myślę, że będzie spała bardzo długo. Gdybyś potrzebował pomocy, pamiętaj, że jestem przez ścianę.

– To nie moje dziecko. – Powiedział to z takim naciskiem, że mała Ruby otworzyła oczy i wbiła w niego wzrok. Chwilę później opuściła powieki i ponownie zasnęła. Było jej sucho i ciepło, czuła się bezpiecznie. – To nie moje dziecko – powtórzył, chociaż całkiem niepotrzebnie, bo ktoś musiał zająć się małą.

– Blake, jestem pielęgniarką, nie rodzicem. Ty też nie jesteś rodzicem, ale jesteś jej wujkiem. Siostra powierzyła ją tobie. Jesteś jej rodziną. Daj znać, gdybyś miał problem. – Otworzyła drzwi. – Masz wszystko, co wam w nocy może być potrzebne. Rano do was wpadnę.

– Ja nie mam pojęcia o noworodkach – bronił się.

– Jesteś lekarzem, więc pojęcie masz.

– Ale nie o opiece nad nimi.

– Jeżeli potrafią to piętnastolatki, to i ty potrafisz. To nie operacja mózgu.

– Nie jestem piętnastolatką. I jestem po operacji.

– Piętnastolatki po cesarskim cięciu też sobie radzą. Porównaj wagę noworodka i wyrostka. To cię tylko wzmocni.

Patrząc mu w oczy, uśmiechnęła się. Niby ze współczuciem, ale za nim kryło się zdecydowanie.

Trzymała otwarte drzwi. Nadal się uśmiechała, ale odmawiała mu prawa do wyboru. Po raz ostatni omiótł wzrokiem tę nieugiętą pielęgniarkę, buzujący kominek, śpiące psy, tę nieznaną mu scenkę rodzinną, i z cichym westchnieniem pogodził się z myślą, że nie ma wyboru.

Wyszedł. Ze… swoim dzieckiem?

Nie powinna była tak postąpić. Spoglądała na drzwi niczym na oskarżyciela w sądzie. Jest winna porzucenia bezbronnego dziecka…

Oddała je jego wujowi. Lekarzowi.

Facetowi, który dochodzi do siebie po operacji.

Który mimo to był w stanie przyjechać do doliny aż z Sydney, komuś, kto doskonale poradzi sobie z niemowlęciem.

To jego dziecko, nie jej. I nie jej problem. Ona udziela pomocy dzieciom z problemami, po czym je zwraca opiekunom. Naopiekowała się wystarczająco dużo.

Popatrzyła na żar w kominku. Mój kominek.

Włożyła dużo wysiłku, by w Corella Valley znaleźć dla siebie lokum, tym bardziej że niewiele było tam mieszkań do wynajęcia, a on miała mało pieniędzy. Heroicznym wysiłkiem woli zebrała się na odwagę, by po pogrzebie starego Samforda zaproponować Blake’owi opiekę nad jego nieruchomością. Gdy się zgodził, mało nie pękła z radości.

Reszta jej rodziny nadal mieszka niedaleko, po tej samej stronie rzeki. Pomagała im zawsze, kiedy trzeba, ale nie będzie pomagać wszystkim potrzebującym. Dla Blake’a nie będzie „naszą kochaną Maggie”. Ruby to problem Blake’a, jego krewna. Ma ją pokochać albo zorganizować jej przyszłość gdzie indziej.

Gdyby uległa jego rozpaczliwym spojrzeniom, mała zostałaby z nią, a ona znowu by się skazała na brak wzajemności. Ćwiczyła to od dziecka.

„Dzisiaj zostaniesz w domu, żeby doglądać brata. Tak, jest chory, ale wyjeżdżamy z ojcem na dwa dni do Nimbin na festiwal… Dobra z ciebie dziewczyna”.

Para nierobów szarpidrutów z dziewiątką dzieci, w tym Maggie, która jako najstarsza opiekowała się resztą rodzeństwa. Nie weźmie na siebie dodatkowej odpowiedzialności, nie ma mowy. Ma dwa psy i mieszkanie. Nie weźmie dziecka Blake’a.

Blake zrobił dla śpiącej Ruby łóżeczko w szufladzie wyjętej z biurka i wyłożonej kołdrą.

Przez długą chwilę stał i na nią patrzył. Wystarczyły dwie godziny, by zaszła w niej zmiana. Objawy odwodnienia ustępowały, a policzki już lekko się zaróżowiły. Chyba jest w stresie od samego porodu, pomyślał. Spała tak mocno, jakby nie chciała się budzić, bo na jawie jest strasznie, samotnie i trudno.

Za dużo sobie wyobraża. Przecież nie wie, co ją spotkało. Nie obchodzi go ten maluch. Gdy tylko powódź ustąpi, przekaże go odpowiednim instytucjom. Ale nim to się stanie… Maggie powinna się nią zająć. Przecież na co dzień zajmuje się małymi dziećmi.

Jednak Maggie jest nieugięta. „To nie mój problem”, powiedziała i potwierdziła to swoim zachowaniem.

Odprawiła go wraz z jego siostrzenicą. Jego?

Nie czuł, że ma siostrę. Widział ją tylko raz, kiedy był niewiele starszy od Ruby. Wrzask dwóch kobiet, pogróżki ojca, płacz dziecka. Pamięta, że pomyślał wtedy: „Dlaczego oni jej nie uciszą, nie wezmą na ręce?”. Miał tylko sześć lat i zabrakło mu odwagi, by to zrobić. Sam bardzo chciał, by ktoś go przytulił. Był za mały, żeby zająć się dzieckiem. Czy teraz jest już odpowiednio duży? Nie czuł tego.

Pomyślał o jej stópkach. To może zrobić. Naprawianie zdeformowanych kończyn to jego specjalność.

Gdy zadzwonił telefon, z ulgą sięgnął po słuchawkę. To Maggie, zmieniła zdanie.

Nie była to Maggie, lecz Miriam. Nie zauważyła, że Blake jest myślami gdzie indziej. Zapytała o powódź, więc ja poinformował, że most został zamknięty, ale on jest bezpieczny, więc niech się o niego nie niepokoi. I bez tego by się nie przejęła. Wiedziała, że sam sobie poradzi.

Wiedziała o nim prawie wszystko. Od lat razem pracowali, spotykali się po pracy, być może przemyśliwali o ślubie. Za moment Miriam dozna szoku.

– Mam dziecko – powiedział.

Miriam milczała dłuższą chwilę.

– Szybko. Wyjechałeś z Sydney w piątek. Zdążyłeś poderwać jakąś dziewczynę i już jest dziecko – zachichotała, poważniejąc, gdy nie zareagował. – Chyba nie mówisz serio.

Zrelacjonował jej wydarzenia tej nocy, opowiedział o Maggie oraz liście, o tym, że zdecydowali się nie ewakuować dziecka do szpitala. Zorientował się, że Miriam jest zła na nieznaną jej pielęgniarkę.

– Wcisnęła ci je?

– Chyba tak.

– To ty wciśnij jej tego dzieciaka z powrotem. I to szybko. Musi się nim zająć. Przecież jest pielęgniarką. To tak, jakby przyszedł do ciebie człowiek ze złamaną nogą, a ty byś odmówił mu pomocy.

– Ona pomogła. Wykąpała małą i nakarmiła.

– Małą?

– Tę dziewczynkę. Małą Ruby.

– Ani się waż angażować! – syknęła Miriam. – Ona tylko na to czeka. Że zmiękniesz.

– Nie zmięknę.

– Ja to wiem, ale czy ona wie? Ta pielęgniarka. A ta siostra, o której nigdy mi nie mówiłeś, kto to jest?

– Wiem tylko, że ma na imię Wendy. Nie mogę być miękki dla kogoś, kogo nie znam.

– Więc skontaktuj się z władzami. Zaraz, bo jak zamkną most…

– Już go zamknęli.

– To jak oni się do was dostali?

– Ryzykując życie, przejechali obok zapory.

– Aha. Nie chcę, żebyś tak ryzykował. Musisz poczekać do rana, ale wtedy wezwij śmigłowiec.

– Mim, ona nie jest chora.

– To nie twoja broszka – żachnęła się. – I nie nazywaj mnie Mim. Wezwij policję, powiedz, że ktoś podrzucił ci na progu noworodka i niech policja się nią zajmie.

– To jest wnuczka mojego ojca, moja… siostrzenica.

– Mam rozumieć, że chcesz ją zatrzymać?!

– Nie! – Przez cały czas obserwował Ruby. Wysunęła rączkę spod szala i włożyła ją do buzi. Te paluszki są jej pociechą, pomyślał. Ciekawe, ile razy ich potrzebowała w ciągu tych kilku tygodni. Nie twój problem.

To twoja siostrzenica, wnuczka ojca.

Nienawidził ojca. Opuścił go w wieku sześciu lat i od tamtej pory, jeszcze w dzieciństwie, odwiedził ze dwa razy, zgodnie z wyrokiem sądu. Obydwie wizyty okazały się koszmarne. Ojciec był chamem i despotą.

Maggie poznała go lepiej. Dopatrzyła się w nim czegoś więcej? Trzeba będzie ją o to zapytać.

– Odnieś dzieciaka pielęgniarce – nalegała Miriam – i wytłumacz, że to jej zawodowy obowiązek. Mógłbyś jej zagrozić… że zostanie skreślona z rejestru.

– Za to, że oddała dziecko rodzinie?

– Nie jesteś jej rodziną.

– Ma tylko mnie.

– Ma też rodziców. Jutro policja ich znajdzie, a ty tymczasem naciskaj na pielęgniarkę. Blake, jesteś po operacji. Niepotrzebne ci to zamieszanie. Okej, niedopełnienie obowiązków może nie jest najlepszym pomysłem, ale są inne sposoby. Możesz jej zagrozić, że wyrzucisz ją na bruk.

– Mim…

– Rób, co do ciebie należy – mruknęła. – Kochanie, zadzwoniłam, żeby ci opowiedzieć o swoim referacie. Czy wreszcie mnie wysłuchasz?

– Oczywiście.

To mu pomoże zapomnieć o tej małej nieznajomej, której jutro już tu nie będzie. I o kobiecie, która nie chciała jej wziąć. O Maggie. Dlaczego o niej myśli?

Przypomniała mu się rozmowa na cmentarzu. Lało wtedy jak z cebra. Maggie podeszła i osłoniła go ogromnym parasolem. Dopiero wtedy poczuł się uczestnikiem tego ponurego rytuału. Gdy bez wahania przystał na jej propozycję, uśmiechnęła się radośnie.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

– Nie będziesz żałował, a ja i psy będziemy zachwyceni. – Zawahała się, spojrzawszy na mężczyzn zasypujących grób. – Twój ojciec był wyjątkowo surowym człowiekiem. Współczuję ci.

Ona rozumie, pomyślał. Czy rozumieją to ci ludzie? Że jego i ojca nic nie łączyło? Nie czuli się rodziną.

Rodzina… Matka wiązała się jeszcze kilka razy, ale zawsze kończyło się to katastrofą. Od kogo miał się nauczyć, co to znaczy „rodzina”? Teraz…

Słuchał Miriam, przyglądając się śpiącemu dziecku. Czy kiedyś zdecydują się z Miriam na dziecko? Założą rodzinę? Nie czas o to pytać. Skrzywił się, zdawszy sobie sprawę, że w ogóle jej nie słucha.

Skup się. Zrób, jak ci radzi twoja kobieta. Skup się na medycynie, nie na dziecku. Jutro oddasz je Maggie albo uwolnisz się od niego w inny sposób.

Maggie jest tuż za ścianą. Być może nawet słyszy połowę rozmowy z Miriam. Olej to. Olej Maggie. Dziecko też? Porusz niebo i ziemię.

Gdyby tylko nie ssała rączki, gdyby jej widok nie ściskał go za serce aż tak bardzo… Nagle pojął, że ból, którego doświadczył w wieku sześciu lat, do tej pory nie ustąpił.

Ruby jest wnuczką ojca, dzieckiem przyrodniej siostry. Rodzina? Nachodzą go takie myśli, bo dochodzi do siebie po operacji. Jest zmęczony i słabszy, niż mu się wydaje. I znalazł się w domu, z którego wyniósł tylko złe wspomnienia.

Z zawiścią spoglądał na pogrążoną we śnie Ruby, zazdroszcząc jej niepamięci.

On też się poczuł… straszliwie samotny. Gdyby nie blokada mostu, być może poprosiłby Miriam, by do niego przyjechała. Chyba oszalał. Nigdy by tu nie przyjechała, a nawet gdyby, nie miałaby nic do roboty.

Nie zajęłaby się dzieckiem.

Dziecko, powódź, Maggie. W głowie miał kompletny zamęt. Dziecko, powódź, Maggie.

– Muszę kończyć – przerwał Miriam. – Przepraszam, kochanie, jutro zadzwonię. Mała mnie potrzebuje.

– Ta położna…

– Już śpi. I ja też idę spać. Będę spał do oporu. Jeśli pewna mała Ruby mi pozwoli.

ROZDZIAŁ TRZECI

Kiedy o szóstej rano wyszła nakarmić kury, usłyszała płacz Ruby. Zmieszała paszę z zieleniną, po czym wsypała ją do klatki. W okolicy kręcił się lis, więc nie odważyła się ich wypuścić. Ruby płakała dalej.

Nie twoja sprawa. Pielęgniarki nie odwiedzają pacjentów o tej porze. Zajdzie do nich później. Teraz zje śniadanie, a następnie wybierze się do zorganizowanej w miejscowej świetlicy prowizorycznej przychodni, by porozstawiać sprzęt. Nie, to może poczekać. Most jest zamknięty dopiero od wczoraj, więc potrzebujący mieli dwa dni na załatwienie spraw. Lekarze w szpitalu na drugim brzegu pracowali niestrudzenie, przyjmując pacjentów z drobnymi dolegliwościami i wypisując recepty na cały miesiąc.

Ale przez jakiś czas po tej stronie rzeki nie będzie lekarza. Tylko Blake. Ta myśl podejrzanie ją pokrzepiła.

Podczas powodzi ludzie miewają głupie pomysły, ratują stada, łatają dachy, dźwigają worki z piaskiem. Lekarz, nawet pozbawiony wyrostka, to zbawienie. Jeśli zgodzi się pomagać.

Skoro oczekuje, że Blake jej pomoże, to i ona mogłaby mu pomóc. Odmawiając, wykazała się nietypową dla siebie stanowczością, ale postanowiła być stanowcza.

Stanowcza to nie to samo co okrutna. On naprawdę nie ma pojęcia o dzieciach. W przypadku zagubionej nastolatki od razu przyszłaby jej z pomocą. Uśmiechnęła się na myśl o Blake’u Samfordzie w roli nastoletniej mamy.

Pomoże mu. Nawet o szóstej rano.

Zapukała do jego drzwi. Bez odpowiedzi, za to płacz przybrał na sile. Ostrożnie weszła do salonu.

Blake stał przed kominkiem. W samych bokserkach. Wysoki, opalony, umięśniony. Jako pielęgniarka zdążyła się oswoić z męskimi ciałami. Jednak nie z tym ciałem.

Wysoki, mroczny, niebezpieczny. Wychodź stąd jak najszybciej, pomyślała. Ale on trzymał na rękach dziecko i żałośnie na nią spoglądał.