Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Więcej gazu, Kameraden - Krystian Piwowarski

 

Przedstawiciel IBM negocjuje warunki umowy na system ewidencyjny dla obozu w Auschwitz. Cieśla odkrywa oszustwa w kosztorysie szubienicy. Pijani chłopi kłócą się o dobytek z żydowskich domów. Zwłoki z pociągu jadącego do obozu śmierci zostają użyte jako paliwo dla parowozu. „Więcej gazu, Kameraden” to proza wpisująca się w nurt wyznaczony przez takie książki, jak „Sąsiedzi” czy „Strach” Jana Tomasza Grossa. Zagładę oglądamy tu oczami jej szeregowych uczestników, zwykle oprawców, beneficjentów i biernych świadków. Życie egzekwuje swoje prawa nawet w obliczu Apokalipsy, bohaterami Piwowarskiego kierują ambicja, zawiść i banalna głupota, ale także miłość i troska o bliskich. Apokryfy Piwowarskiego wyrastają z przeczucia niepełności wiedzy, jaką posiadamy o Zagładzie. Sięgając do świadectw z epoki i własnej wyobraźni, autor tworzy obraz codziennej ludzkiej krzątaniny. Obraz ten, pozbawiony jakiegokolwiek komentarza, wydaje się zaskakująco swojski. Raz jest smutny, raz wesoły. Ktoś nas irytuje, komuś gotowi jesteśmy współczuć. Jak w życiu...

 

Przyjąłem, że powinienem opisać Zagładę z zewnątrz. Uznałem za właściwe i dopuszczalne przyjąć punkt widzenia tych, którzy stali po drugiej stronie, a był to punkt, z którego pojmowało się uśmiercanie Żydów jako obowiązek, wyznanie wiary, ideał, biurokrację, wskazanie nauki, postęp cywilizacyjny, okazję do zarobku, wreszcie rzecz naturalną i powszednią.

Krystian Piwowarski

 

Stypka i Rataj wlekli w kopnym śniegu po dwa, a jeśli mniejsze, to i po cztery ciała do parowozu. Z początku próbowali miotać je w pojedynkę do tendra, ale tender był wysoko, a oni w dole, po pas w czerwonym śniegu, i nawet lekkie dziewczynki z mysimi ogonkami odbijały się od czarnej, tłustej blachy i spadały im na karki. Kapral się niecierpliwił, konwojenci robili uwagi.

(fragment)

 

Z recenzji Homo Polonicusa:

„Homo Polonicus” zawiera być może największą krytykę szlachty w polskiej literaturze od czasów Stanisława Brzozowskiego, który w Legendzie Młodej Polski pisał o zdziecinniałych szlachcicach, żyjących w izolacji od Europy na „tłustym połciu ziemi". [...] Gdyby Mikołaj Gogol jakimś trafem urodził się i tworzył w XIX-wiecznej Polsce, zapewne tak wyglądałyby polskie „Martwe dusze”.

Roman Pawłowski, „Gazeta Wyborcza"

 

Opinie o ebooku Więcej gazu, Kameraden - Krystian Piwowarski

Fragment ebooka Więcej gazu, Kameraden - Krystian Piwowarski

Kry­stian Pi­wo­war­ski

Wię­cej gazu, Ka­me­ra­den!

Do­fi­nan­so­wa­no ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­we­go

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2012

Kobiety na łące i ja

Na­gie ko­bie­ty. Wie­le na­gich, od­da­nych mi ko­biet. Świe­ci słoń­ce i jest go­rą­co, pot spły­wa mi po twa­rzy; czu­ję jego sło­no-gorz­ki smak. Bóg roz­piął błę­kit­ne nie­bo, rzu­cił garść chmur i ka­zał im pęcz­nieć jak brzu­chom ko­biet, któ­re zgro­ma­dził w dole, by były mi po­słusz­ne, co­kol­wiek z nimi uczy­nię. To nie jest sen, choć śni­łem już ta­kie ob­ra­zy; wi­dzia­łem w nich moje ciot­ki, ku­zyn­ki, ko­le­żan­ki ze szko­ły, obce dziew­czy­ny. Bu­dzi­łem się oszo­ło­mio­ny, bo­lał na­prę­żo­ny czło­nek. Przy­glą­dam się uważ­nie i kry­tycz­nie. Me­to­da po­stę­po­wa­nia jest nie­zmien­na od dnia, kie­dy sta­ną­łem na­prze­ciw­ko mo­ich pierw­szych na­gich ko­biet: naj­pierw pa­trzę w oczy, to spoj­rze­nie jest szyb­kie, po­tem pod brzu­chy, bo tam są kę­dzie­rza­we wło­sy. Wło­sy czar­ne, ja­sne, brą­zo­we, a cza­sem rude, pra­wie czer­wo­ne. Ko­bie­ty za­sła­nia­ją je dło­nią, dru­gą ręką za­sła­nia­ją pier­si. Wsty­dzą się nas, ob­cych. Męż­czyzn przy żół­tym na­sy­pie, cze­ka­ją­cych na swo­ją ko­lej, też się wsty­dzą. Mę­żów, oj­ców, sy­nów, bra­ci, na­rze­czo­nych. Męż­czyź­ni są spo­koj­ni. Sta­rych ko­biet nie ka­dru­ję; prze­klę­te wiedź­my z krzy­czą­cy­mi ocza­mi. Wy­da­je się dziw­ne, żeby oczy krzy­cza­ły, ale tak jest; krzyk oczu jest nie do wy­trzy­ma­nia, dla­te­go od­wra­cam gło­wę. Wy­obra­żam so­bie, że tak mu­sie­li krzy­czeć ob­dzie­ra­ni ze skó­ry, ła­ma­ni ko­łem albo roz­ry­wa­ni koń­mi. Nie chciał­bym żyć w tam­tych bar­ba­rzyń­skich cza­sach.

Dziew­czy­nom nie ro­sną pod brzu­chem ta­kie gę­ste wło­sy, jak ko­bie­tom doj­rza­łym, pod trzy­dziest­kę i da­lej. Małe dziew­czyn­ki w ogó­le nic tam nie mają. Jak lal­ki mo­jej sio­stry. Na cip­kach pio­no­we kre­secz­ki. Wia­do­mo, co ozna­cza­ją, co tam się kry­je. Kie­dyś wsa­dzi­łem pa­lec; nie chciał wejść głę­biej, dziu­ra była zim­na i za­mknię­ta. Dla­te­go. Gdy­bym się zde­cy­do­wał wie­czo­rem, na świe­żo, nie by­ło­by pro­ble­mu, ale po­sze­dłem nad ra­nem, a noc była chłod­na i na brzu­chu dziew­czyn­ki le­ża­ła rosa.

Po­mi­jam tak­że męż­czyzn; tym ele­men­tem kra­jo­bra­zu w ogó­le się nie in­te­re­su­ję. Nikt z na­szych nie po­świę­ca im uwa­gi. Tra­fia­ją się przy­stoj­ni fa­ce­ci w ty­pie fil­mo­wym. Sau­lis się wście­ka, że z taką uro­dą te świ­nie kra­dły nam naj­pięk­niej­sze ko­bie­ty. Albo sta­je przed nami, sę­dzia­mi, taki, co mu wisi po­rząd­ny ka­wał wur­stu. Wte­dy każ­dy po­rów­nu­je w my­ślach swo­ją nędz­ną ku­ta­si­nę z tym oka­zem. Czu­je­my im­pul­sy elek­trycz­ne na cie­le i go­rycz w ustach. Krzy­czą­ca nie­spra­wie­dli­wość do­ma­ga się za­dość­uczy­nie­nia.

Wie­czo­ra­mi my­ślę o wy­bra­nej dziew­czy­nie dnia, wy­obra­żam so­bie, że leżę z nią w łóż­ku. Sta­je mi i mu­szę so­bie ulżyć pod sza­rym ko­cem. Żar­tu­je­my je­den z dru­gie­go, a w du­chu je­ste­śmy po­waż­ni. Noce roz­brzmie­wa­ją na­szym stę­ka­niem i skrzy­pie­niem sprę­żyn, a oczy po­wle­ka­ją się łu­ska­mi drżą­cych po­wiek. Koce kle­ją się i śmier­dzą, tyle do­bre­go na­sie­nia z nas wy­pły­wa, nie­wy­ko­rzy­sta­nych moż­li­wo­ści. Szko­da, że ro­bo­ta idzie tak szyb­ko. Po­win­no się ro­bić prze­rwę na roz­ryw­kę i w taki dzień jak ten pójść z dziew­czę­ta­mi do lasu, na po­lan­kę i tam, w tra­wach, w kwia­tach i zio­łach, na­sy­cić się nimi do utra­ty tchu, mieć je po ty­siąc razy, po­siąść całą ich ko­bie­cość, do sa­mej ko­ści, żeby po­tem móc roz­stać się bez żalu, z prze­świad­cze­niem, że wy­rzu­ca się zu­ży­tą rzecz. Tym­cza­sem mamy trzy­mać fa­son i z tymi dziew­czę­ta­mi się nie za­da­wać. Taka jest ra­cja sta­nu, jak nam wy­ło­ży­li na szko­le­niu po­li­tycz­nym, ale ra­cja sta­nu i każ­da inna ra­cja prze­gry­wa z ład­ny­mi ko­bie­ta­mi w na­szych my­ślach i uczyn­kach nocą. Tra­fia­ją się ślicz­not­ki. Uwa­żam, że na­szym dziew­czę­tom do nich da­le­ko. Do­wód? Dłu­gie nogi. I cy­cu­sie tak zu­chwa­le ster­czą, jak­by się wy­ry­wa­ły i na­pra­sza­ły: Gnieć nas, Rolf, liż nas, bierz w usta bro­daw­kę! Baw się nami, bo my bar­dzo lu­bi­my, kie­dy męż­czyź­ni ba­wią się nami! Kie­dy mło­de bie­gną na miej­sce, to im te cu­dow­no­ści pod­ska­ku­ją, jak­by na sprę­ży­nach. Po­wie­dzia­łem Sau­li­so­wi, że po­win­no się wy­brać mło­de cia­ła, po­wiedz­my same dzie­wi­ce, i dać nam na cały dzień. Sau­lis uwa­ża, że je­stem ma­rzy­cie­lem, a mnie idzie tyl­ko o nie­po­trzeb­ne mar­no­traw­stwo. Ni­ko­mu nie ubę­dzie. Moż­na to ja­koś zor­ga­ni­zo­wać, nie? Odro­bi­na do­brej woli, Sau­lis, świat się od tego nie za­wa­li. Sau­lis na to, że przez ta­kie ga­da­nie skoń­czy się wy­god­na ro­bo­ta na ty­łach i pój­dzie­my na pierw­szą li­nię.

Dziew­czy­na pa­trzy na mnie za­chę­ca­ją­co. Uśmie­cha się i do­ty­ka pier­si, lecz nie po to, żeby je ukryć. Pięk­na. Ja­sne wło­sy i nie­bie­skie oczy. I za­dar­ty no­sek. My­ślę, że to może ja­kaś po­mył­ka. Py­tam Sau­li­sa, bo ona wy­glą­da mi na Bia­ło­ru­sin­kę.

– Nie pod­pa­laj się. Tra­fia się ta­kich kil­ka­dzie­siąt dzien­nie – od­po­wia­da Sau­lis, sta­ry wy­ja­dacz. – Gdy­by było coś nie tak, ja­kieś pro­ble­my z iden­ty­fi­ka­cją, to­by­śmy wie­dzie­li. Nie myśl jak urzęd­nik, Rol­fi. Oni są róż­ni. Czę­sto ro­bią nas w ko­nia. Zwłasz­cza ko­bie­ty.

Mówi, że na ty­siąc bru­ne­tek wy­pa­da na­wet set­ka blon­dy­nek. Tego nikt nie li­czy, waż­na jest suma ogól­na, któ­ra świad­czy o na­szej wy­daj­no­ści.

– Sze­fie! – krzy­czy Sau­lis. – Ile już dzi­siaj?!

Śmie­je się na boku, że blon­di na mnie leci. Fak­tycz­nie, dziew­czy­na gła­dzi się po udzie i bła­ga nie­bie­ski­mi ocza­mi, że­bym ją wy­brał, a już tam jej cia­ło od­pła­ci mi ule­gło­ścią i piesz­czo­tą. Chciał­bym, ale nie mogę. Prę­dzej słoń­ce zga­śnie, zie­mia się za­pad­nie, spad­ną mar­twe pta­ki. Nie dzi­wi mnie, że wpa­dłem jej w oko. Je­stem wy­so­ki i sil­ny, oczy sza­re, mę­ska twarz o zde­cy­do­wa­nym wy­ra­zie. Rę­ka­wy blu­zy mam pod­wi­nię­te i moje opa­lo­ne mu­sku­lar­ne przed­ra­mio­na nie­źle się pre­zen­tu­ją. Nie od­po­wia­dam na za­czep­ki nie­bie­sko­okiej, więc ona pró­bu­je z Sau­li­sem. Sau­lis jest moim prze­ci­wień­stwem: ni­ski, tęgi i już ły­sie­je. Nie po­do­ba się dziew­czy­nom. Tym­cza­sem ona bez­wstyd­nie uśmie­cha się do Sau­li­sa i to mnie moc­no gnie­wa. Zdraj­czy­ni, my­ślę. Ob­łud­ni­ca.

W moje wą­skie pole wi­dze­nia – wi­dzę, jak­bym fo­to­gra­fo­wał, sku­piam się na obiek­cie – wcho­dzi dzie­ciak i ła­pie rękę blon­di. Za­wsze, jak przy­kła­dam oko, przy­po­mi­nam so­bie, że le­d­wie mie­siąc temu by­łem w Al­pach i ro­bi­łem ko­zi­com zdję­cia. Le­icą ojca. Za­raz też przy­cho­dzi mę­czą­ca myśl, że oj­ciec był­by zgor­szo­ny, gdy­by wie­dział, że oglą­dam na­gie ko­bie­ty. Twier­dzi, że mam czas na „draż­li­we spra­wy płci”, jak je na­zy­wa. Naj­pierw po­wi­nie­nem dać coś oj­czyź­nie, a po­tem ko­bie­cie. Daję li­try sper­my i co? Co oj­czyź­nie po mo­jej sper­mie? Nic, tyl­ko na tym tra­ci, bo wa­le­nie ko­nia osła­bia za­pał bi­tew­ny, wpra­wia w stan roz­ma­rze­nia, a prze­cież mamy de­mon­stro­wać kły i pa­zu­ry. Więk­szy był­by po­ży­tek z tych ty­się­cy ob­cych, przez nas za­płod­nio­nych ko­biet. Ro­bię zdję­cia chło­pa­kom, któ­re oni wy­sy­ła­ją do ro­dzi­ców, na­rze­czo­nym i żo­nom; mam dużo za­mó­wień, bo na mo­ich fo­to­gra­fiach każ­dy wy­cho­dzi bo­ha­ter­sko, na­wet po­kra­ka Sau­lis z kró­li­czy­mi zę­ba­mi. Ja nie mam dziew­czy­ny. Nie za­ko­cha­łem się jesz­cze i nie mam komu wy­sy­łać zdjęć.

Przy­pa­tru­ję się dziec­ku ci­sną­ce­mu się do nóg blon­dyn­ki. Brat? Może. Dziec­ko? Ona le­d­wo roz­kwi­tła, nie może być mat­ką; bla­dy brzu­szek pła­ski, tro­chę na­wet jak­by za­pad­nię­ty, i te ró­żo­we pącz­ki, twar­de, mię­si­ste, z czer­wo­ny­mi bro­daw­ka­mi. Jezu, na­praw­dę cudo z niej! Sau­lis pyta, w co po­ca­łu­ję blon­di.

– W cy­cek – od­po­wia­dam.

– W któ­ry?

– W pra­wy.

– Jej pra­wy czy twój?

– Jej lewy. A ty swo­ją? – py­tam Sau­li­sa.

– W cip­kas.

Ja na to, że za ni­sko.

– Ale – mówi Sau­lis – w cip­kas to jak­bym ją na­praw­dę ze­rżnął.

Uśmie­cham się z po­li­to­wa­niem: masz po­my­sły, dro­gi Sau­li­sie.

– Ty­siąc dwie­ście sie­dem­na­ście!

To mówi Zyg­fryd, nasz szef, co po­wo­du­je, że zno­wu czu­ję w po­wie­trzu za­pach że­la­za, jak przed chwi­lą czu­łem woń każ­dej z ty­sią­ca dwu­stu sie­dem­na­stu na­gich ko­biet. Zyg­fryd ude­rza mnie w ra­mię, pyta:

– Idziesz na za­ba­wę?

– Będą dziew­czy­ny?

– Będą, ośle. Tych ci nie wy­star­czy? – Zyg­fryd pusz­cza oko do Sau­li­sa.

Sau­lis chi­cho­cze. Zyg­fryd spo­glą­da w nie­bo.

– Bę­dzie bu­rza – mówi – i cho­ler­ne bło­to. Upie­przy­my się po ko­la­na, a buty trze­ba czy­ścić sa­dzą i ło­jem, bo w ma­ga­zy­nie brak pa­sty.

– Ktoś krad­nie – za­uwa­ża Sau­lis.

– Moż­li­we – go­dzi się Zyg­fryd. – Tyl­ko po co komu tyle pa­sty?

– Czar­ny ry­nek.

Zer­kam na blon­di. Chu­dy Zyg­fryd też musi być pod wra­że­niem, bo mówi, że szko­da. Ja i Sau­lis ki­wa­my gło­wa­mi. Zyg­fryd prze­cho­dzi da­lej, za­mie­nia sło­wa z chło­pa­ka­mi, po­cie­sza, do­da­je sił: jesz­cze tyl­ko osiem­dzie­siąt trzy sztu­ki i za­my­ka­my ra­chu­nek. Po­wie­dział mi na sa­mym po­cząt­ku, że przy­po­mi­nam mu jego młod­sze­go bra­ta Alo­isa. Ale może to wy­my­ślił, żeby się do mnie zbli­żyć. Po co? Cze­go bę­dzie chciał ode mnie? Tak czy owak, mogę li­czyć na jego po­par­cie. A Sau­lis przy oka­zji.

Ja so­bie nie wy­bra­łem tej dziew­czy­ny; przy­pa­dek, że sta­nę­ła aku­rat na­prze­ciw­ko mnie. Wie­le razy sta­wa­łem na­prze­ciw dziew­cząt; na świa­tłach, pod­czas prze­cho­dze­nia przez uli­cę, w skle­pie, na chod­ni­ku, kie­dy wy­cho­dzi­łem zza rogu, w dro­dze do szko­ły, kie­dy na przy­stan­ku wy­ska­ki­wa­łem z ja­dą­ce­go tram­wa­ju wprost na pier­si dziew­cząt i mło­dych ko­biet, z za­mknię­ty­mi ocza­mi, jak­bym ska­kał w ła­god­ną prze­paść. Mam­ro­ta­łem prze­pro­si­ny i czer­wie­ni­łem się, a w domu usi­ło­wa­łem przy­po­mnieć so­bie, jak pach­nia­ły i co czu­łem, kie­dy do­ty­ka­łem ich pier­si.

Blon­di nie prze­su­nie się ani w lewo, ani w pra­wo, bo inne sto­ją cia­sno, bio­dro w bio­dro. Ten dzie­ciak to jest nad­pro­gram. Nie chciał cze­kać i sam się we­pchnął. Jak to dzie­ciak. Blon­di wska­zu­je na mal­ca, po­ru­sza usta­mi. Może coś mówi, ale ja nie sły­szę. Na­wet gdy­bym usły­szał, to nic nie zro­zu­miem. A na­wet jak­bym zro­zu­miał, to co z tego? Naj­le­piej bez słów. Bez krzy­ków. Bez pła­czu.

Po­ka­zu­ję, żeby wzię­ła ma­łe­go na ręce. Ple­cy dziec­ka za­sła­nia­ją pięk­ne pier­si z bro­daw­ka­mi ża­rzą­cy­mi się jak wę­giel­ki. Trud­no, nie moż­na mieć wszyst­kie­go. Le­piej nie bę­dzie. Ona ro­zu­mie i dzię­ku­je mi ocza­mi. Mały od­wra­ca się, a dziew­czy­na przy­ci­ska jego bu­zię do smu­kłej szyi, nie po­zwa­la mu się od­wró­cić ani nie po­zwa­la mu pa­trzeć na to, co jest za nią.

– Wi­dzia­łeś? – Sau­lis po­ka­zu­je tęgą dziew­czy­nę obok mo­jej.

– Co?

– Ze­sra­ła się!

Sau­lis marsz­czy nos, pa­trzy z od­ra­zą.

– By­dło – mówi.

Te­raz wi­dzę, że brzy­du­la stoi ty­łem do nas, pa­trzy w dół, a po no­gach ciek­nie jej rzad­ki kał; wy­pły­wa spo­mię­dzy bia­łych po­ślad­ków. Tego mo­gła nam oszczę­dzić! Do koń­ca dnia będę miał przed ocza­mi wstręt­ny wi­dok usma­ro­wa­nej gów­nem ko­bie­ty, a to się nie go­dzi, to jak­by... sam nie wiem... to jest ja­koś sprzecz­ne z na­tu­rą, ze słoń­cem, z żół­ty­mi, nie­bie­ski­mi i bia­ły­mi kwiat­ka­mi, któ­re ro­sną wo­kół nas.

– Po co się od­wra­ca­ła? – rzu­ca Sau­lis, rów­nie za­wie­dzio­ny.

– Ona jest ty­siąc dwie­ście trzy­dzie­sta trze­cia – li­czę wy­cią­gnię­tym pal­cem.

– Co? – pyta Sau­lis złym gło­sem. – Dla­cze­go to mó­wisz?

– Pod­su­mo­wu­ję.

– Po co?

– Tak so­bie. Po nic.

– Świ­nia. – Sau­lis za­ci­ska szczę­ki. – Nie umie się za­cho­wać. Wi­dzisz? Nie umie się za­cho­wać!

Blon­di jed­ną ręką przy­ci­ska dziec­ko, dru­gą ła­pie po­sra­ną za kark i siłą od­wra­ca, mówi coś do niej. Pod­brzu­sze tłu­ściosz­ki za­ro­śnię­te aż po pę­pek czar­ny­mi kła­ka­mi, nogi krót­kie. Brzy­du­la za­czy­na wrzesz­czeć, wła­ści­wie to wyje, uno­si twarz i wyje, pod­no­si ręce i po­trzą­sa nimi. Gro­zi. Nie nam, bo na nas nie pa­trzy, na dwu­dzie­stu zmę­czo­nych, spo­co­nych chło­pa­ków. Zyg­fryd do­kądś bie­gnie.

Na ze­gar­ku za sie­dem pią­ta. Je­ste­śmy tu od szó­stej rano. Sto­py pa­rzą, w ra­mio­na i ple­cy wszedł rwą­cy ból. Oj­ciec mówi, że pra­ca na po­wie­trzu jest zdro­wa, po­bu­dza ape­tyt. Pod wa­run­kiem że sto­isz z wia­trem. Czy­li nie tu­taj i nie te­raz. Na obiad do­sta­li­śmy po pół kury i ćwiart­ce wód­ki. Na­żar­łem się do roz­pu­ku, a te­raz zno­wu czu­ję głód.

– Sau­lis – py­tam – co na ko­la­cję?

– Ja­jecz­ka.

– Zno­wu?

– Ale praw­dzi­we.

– Skąd?

– Baby z wio­ski przy­nio­sły. Od­wdzię­czy­ły się. Po­rząd­ne baby.

Kie­dy roz­ma­wiam z Sau­li­sem, twarz mam od­wró­co­ną, a kie­dy zno­wu pa­trzę przed sie­bie, wi­dzę w sze­re­gu ko­biet wy­rwę po gru­ba­sce; stoi w niej Zyg­fryd, wy­chy­lo­ny w tył. A te­raz bie­gnie sko­sem na po­czą­tek sze­re­gu chło­pa­ków, spo­glą­da na ze­ga­rek, ocie­ra pot z czo­ła. A moja blon­di robi coś ta­kie­go, że wsu­wa rękę w tę wą­ską pust­kę w kra­jo­bra­zie let­niej łąki z ko­bie­ta­mi i mną i chwy­ta dłoń, któ­rej tam już nie ma. Żad­na nie krzy­czy. Do­brze, że po­go­dzi­ła się z lo­sem. Jest mą­dra. Te ko­bie­ty, jak za­uwa­ży­łem, nie sprze­ci­wia­ją się woli Boga. Cza­sem w ostat­niej chwi­li wa­riu­ją, ale nie uwa­żam, żeby mu bluź­ni­ły. Po pro­stu ogar­nia je sza­leń­stwo.

Sły­szę za sobą sil­nik opla blit­za peł­zną­ce­go cięż­ko przez pia­ski z nową do­sta­wą.

– Tu­taj za nad­go­dzi­ny nie pła­cą – mru­czy Sau­lis. – Or­ga­ni­za­cja do du­pas. Ty­dzień ha­ru­jesz jak wo­łas, a na­stęp­ny gni­jesz bez­czyn­nie albo cię wożą na głu­pie ak­cje.

Szu­kam wzro­kiem Zyg­fry­da, spo­glą­dam z wy­rzu­tem. Zyg­fryd uśmie­cha się prze­pra­sza­ją­co, roz­kła­da ręce.

– Kur­was, po za­ba­wie i dziew­czyn­kach! – klnie Sau­lis, a ja mu od­po­wia­dam, że ta­kie jest ży­cie.

– Ciesz się chwi­lą, Sau­li­sie – do­da­ję. – Ciesz się, że nie pada.

Z po­cząt­ku to, co się dzie­je, ja­koś do mnie nie tra­fia; wbrew wła­snym sło­wom je­stem znie­chę­co­ny, przy­my­kam oczy, my­śli mam za­ję­te łóż­kiem i mięk­ko­ścią jej cia­ła.

– Rol­fas! – Sau­lis się śmie­je. – Rol­fas! Dziew­czy­na ci ucie­ka!

Sto­ję jak ko­łek, wi­dzę wą­skie ple­cy, roz­wia­ne wło­sy i mlecz­ną pupę. Piesz­czę ją w my­ślach; pach­nie słod­ko i jest gła­dziut­ka jak ak­sa­mit. I za­miast wy­ka­dro­wać syl­wet­kę bie­gną­cej, wy­dzie­lić ostrym kon­tu­rem z kra­jo­bra­zu, za­cho­wać się jak fo­to­graf, po­zwa­lam opaść po­wie­kom, te­raz przed ocza­mi in­nych chro­ni nas cień lasu i nikt nie wi­dzi, że bie­gnę za nią, ra­do­sny, szczę­śli­wy, i śmie­je­my się obo­je.

– Rolf, co ty ro­bisz! – sły­szę od­le­gły krzyk Zyg­fry­da.

Zyg­fryd mie­rzy z pi­sto­le­tu.

– Nic, nic – od­po­wia­dam. Jesz­cze mam usta roz­cią­gnię­te w uśmie­chu, kadr z ko­bie­ta­mi jest pu­sty, one już są w dole, za­wi­nię­te w czer­wo­ną bło­nę, tyl­ko moja blon­di oży­wia kra­jo­braz, wdra­pu­je się na skar­pę, wy­pi­na na nas wszyst­kich pupę, wszyst­kich nas rów­no nią ob­dzie­la, wy­rzu­ca w przód rękę, prze­bie­ra no­ga­mi, za­pa­da się w pia­sek, zsu­wa, opa­da na ko­la­na i zno­wu się pod­ry­wa i wy­pi­na pupę, po­ru­sza się z wiel­kim tru­dem, bo przy­ci­ska do pier­si dziec­ko, a ono obej­mu­je ją rę­ka­mi i no­ga­mi jak małp­ka.

– Rol­fas! Opa­mię­taj się! – Sau­lis ude­rza mnie w twarz. – Ona uciek­nie!

– Nie – od­po­wia­dam. – Nie uciek­nie.

Nie­śpiesz­nie uno­szę ka­ra­bin, da­jąc Zyg­fry­do­wi i chło­pa­kom – a może i tam­tym oj­com i mę­żom, sy­nom i bra­ciom – znać, że to tyl­ko za­ba­wa, pew­ne drob­ne od­stęp­stwo od pro­ce­du­ry, po­zwól­my dziew­czy­nie jesz­cze chwi­lę ucie­kać.

Brzuch, który się trząsł

– Jak się trzę­sie wiel­ki brzuch, to z nim cały świat – po­wie­dział An­dre­as.

An­dre­as śmie­ją­cy się. An­dre­as na da­chu.

– Dziw, dziw – mó­wił My­ko­ła i drep­tał w kół­ko. Po­chy­lał się nad ko­mi­nem, za­glą­dał do środ­ka przez za­po­co­ne szkieł­ka, mó­wił gło­śno: – Tuk­tuk! Tuk­tuk! – przy­kła­dał ucho, na­słu­chi­wał i zno­wu: – Tuk­tuk! Tuk­tuk!

Do uszu My­ko­ły wpa­dło dud­nie­nie. A wy­do­sta­ło się ono nie z dołu, jak się spo­dzie­wał, ale z boku, spod gumy na twa­rzy An­dre­asa.

– Co być? – My­ko­ła uniósł brwi.

An­dre­as po­krę­cił gło­wą, że nic. Wes­tchnął de­mon­stra­cyj­nie. Po­ka­zał na ko­min i na My­ko­łę, po­tem na ze­ga­rek na sze­ro­kim, wło­cha­tym prze­gu­bie. Pięk­ny ze­ga­rek!

– Tak, szef – za­bu­czał My­ko­ła pod swo­ją gumą. – Aj­mo­men­bi­te.

Szur­nął bu­tem krysz­ta­ły, któ­re roz­sy­pał. An­dre­as naj­pierw po­gro­ził pal­cem, co mia­ło zna­czyć: Nie przy­kła­dasz się do na­uki, po­tem stuk­nął się w czo­ło: Nie wy­cią­gasz wnio­sków, a na ko­niec wska­zał dwo­ma pal­ca­mi na swo­je oczy, co mia­ło zna­czyć: Nie rób ze mnie dur­nia, wszyst­ko wi­dzia­łem.

My­ko­ła ze­sko­czył pierw­szy. Pod­sta­wił drew­nia­ne schod­ki, któ­re sam zro­bił, a to dla­te­go, że kie­dy An­dre­as ze­ska­ki­wał, to ska­kał rów­nież jego brzuch, a to już było nie­przy­jem­ne i głu­pio wy­glą­da­ło. My­ko­ła nie lu­bił, kie­dy An­dre­as tra­cił do­stoj­ny wy­gląd.

– Masz, po­nie­siesz. – An­dre­as od­dał chło­pa­ko­wi sprzęt, otarł twarz z potu kra­cia­stą chust­ką, wy­tarł dło­nie. – Mu­sisz stać z wia­trem, syn­ku, ka­pu­jesz?

– Ty mó­wić – po­pro­sił My­ko­ła.

Po­czę­sto­wał An­dre­asa pa­pie­ro­sem. Trzy­mał je w tom­ba­ko­wej pa­pie­ro­śni­cy z mo­no­gra­mem. Sam też za­pa­lił.

– By­łem w ki­nie – po­wie­dział An­dre­as.

– Po co?

– Głu­pi je­steś.

– Co?

An­dre­as przy­glą­dał się kry­tycz­nie My­ko­le: ja­sne, we­so­łe oczy, nos jak gu­zik, czasz­ka wy­go­lo­na do skó­ry, uszy jak pie­ro­gi; My­ko­ła wy­glą­dał nie­po­waż­nie.

– Ale z cie­bie szcze­niak. Otwie­rasz i wsy­pu­jesz. Ko­niec.

– Co?

– Sły­szysz?

– Co?

– Psz­czo­ły.

My­ko­ła spoj­rzał w górę.

– Tu. – An­dre­as po­ka­zał na dach.

– Cze­mu pczo­ły?

– Nie wiem. Bzzzz! Sły­szysz?

– Nie.

An­dre­as prze­wró­cił ocza­mi; on sły­szał. Ale to nie wszyst­ko – rój brzę­czał od­mien­nie, upar­cie, rój był nie­spo­koj­ny.

– Pusz­ka być pu­sta?

– Pu­sta. Wszyt­ko. – My­ko­ła ude­rzył się pię­ścią w pierś. – Być. Na Chry­sta Zba­wi­cie­la. – Prze­że­gnał się.

An­dre­as po­ło­żył dłoń na pa­pie, po­tem do­tknął ucha.

– Ul – po­wie­dział. – Po­słu­chaj.

– Aha – rzekł My­ko­ła z wdzięcz­no­ścią i przy­tknął ucho do papy.

Ro­bił, co mu ka­zał An­dre­as. Szef prze­kro­czył czter­dziest­kę, a My­ko­ła nie miał dwu­dzie­stu; szef był wy­so­ki i tęgi, a My­ko­ła ni­ski i chu­dy; szef sta­wiał piwo, a My­ko­ła pił. I upi­jał się. Pi­ja­ny śpie­wał, pła­kał i mó­wił po swo­je­mu, pod­czas gdy szef dłu­bał w szpa­rach wy­ka­łacz­ką i za­chę­cał: Da­waj, mo­ło­diec!

– Oni krzy­czeć.

– Brzę­czeć – po­wie­dział An­dre­as.

– Nie krzy­czeć? – zdzi­wił się My­ko­ła.

– Nie, syn­ku.

– Oni brzen­czeć – zgo­dził się My­ko­ła.

Po­ka­zał kil­ka zę­bów, mię­dzy nimi dziu­ry.

– Miód do­bry. – Mla­snął. – Ach, jaki do­bry! U nas pczo­ły ka­put.

– U nas też.

My­ko­ła zno­wu przy­tknął ucho do papy.

– Dziw, dziw – po­wie­dział.

– Wi­dzisz? Sam kom­bi­nu­ję, cze­mu oni brzę­czą.

– Za­gad­ka – po­wie­dział My­ko­ła.

– Że­byś wie­dział – zgo­dził się An­dre­as.

My­ko­ła za­py­tał:

– Co być na dach, ty się śmiać?

– Być w ki­nie.

– Na dach?

– Aleś ty głu­pi. Być głod­ny? – Szturch­nął My­ko­łę w brzuch.

– Ja być, szef. O, jak bar­dzo ja być! Furt głod­ny! Aj­mo­men­bi­te!

– Na pew­no sprząt­nę­li lep­sze ką­ski – gde­rał An­dre­as w dro­dze do sto­łów­ki. – Kam­ra­ci. O in­nych nie po­my­ślą. Wszyst­ko ma być dla nich: żar­cie, zło­to, let­nie ko­szu­le, ze­gar­ki i tak da­lej. Że­byś się nie grze­bał, to za­osz­czę­dzi­li­by­śmy z dzie­sięć mi­nut. Wiesz, co to dzie­sięć mi­nut? W je­dze­niu to jest wiecz­ność. Kie­dyś zja­dłem w kwa­drans trzy­dzie­ści wie­przo­wych ser­del­ków. Ta­kie gru­be. – Po­ka­zał pa­lec wska­zu­ją­cy ob­wią­za­ny ban­da­żem, bo się gdzieś, na­wet nie wie­dział gdzie, ska­le­czył. A My­ko­ła po­biegł do la­za­re­tu po opa­tru­nek, bo co to bę­dzie, jak szef za­ra­zi się ja­dem i umrze! – Musz­tar­da. Tak, syn­ku. Musz­tar­da. Bez musz­tar­dy mowy nie ma. Lu­bić musz­tar­dę?

– Lu­bić. Ja być też pu­sto – My­ko­ła kle­pał się po brzu­chu – i nie pła­kać. Ja ro­zu­mieć sy­tu­acja. Ona być chu­da.

– Komu to mó­wisz? Mnie? A wi­dzisz wil­ka? – An­dre­as po­kle­pał się po brzu­chu. – On się do­ma­ga, jak mu nie dam, to na mnie war­czy.

My­ko­ła par­sk­nął śmie­chem.

– U nas to być wil­ki! Jak ko­nie! – po­chwa­lił się. – Oni żreć tru­py. Żreć i żreć, i oni się zro­bić ta­kie gru­be jak twój brzuch, szef.

Usie­dli przy oknie, w stru­mie­niu won­ne­go wia­tru. Byli sami, sto­łów­ka opu­sto­sza­ła. Po­zo­stał za­pach je­dze­nia.

– Reszt­ka zupy, sama woda, mię­sa oczy­wi­ście brak. – An­dre­as prze­szu­ki­wał ta­le­rze. – Co do dru­gie­go, to mia­ła być ryba, tak sta­ło w menu, a co jest? Okru­chy, na wi­de­lec nie na­bie­rzesz. Ni­ko­las, na­bie­rzesz na wi­de­lec po­wie­trze albo wodę?

– Nie – od­parł My­ko­ła. – Na łyż­ke wode umieć, ale po­wie­cze na nic. Nie zła­pać. Po­wie­cze być jak­by... jego nie wi­dać, to jak zła­pać? Wi­dać, jak być wia­ter i w po­wie­czu być ta­kie coś jak su­che. O, wte­dy lu­dzie się du­sić i oni zdy­chać.

– To się na­zy­wa bu­rza pia­sko­wa – ob­ja­śnił An­dre­as. – Tu nie ma. Tyl­ko smród i dym. Od smro­du nikt jesz­cze nie umarł.

Ku­charz słu­chał z cierp­ką miną, dra­pał się w pod­bró­dek.

– Patrz! – An­dre­as po­ka­zał ku­cha­rza My­ko­le. – Na­żar­ty kot. Za­raz pój­dzie le­żeć na słoń­cu. Rzuć! – Wy­trą­cił wi­de­lec z dło­ni My­ko­ły. – Po­my­je i reszt­ki moż­na żreć łyż­ką – oznaj­mił. – To jemy: po­my­je i reszt­ki. Że­byś pa­mię­tał. Tak się tu­taj trak­tu­je cięż­ko pra­cu­ją­cych. My­ślisz, że mo­żesz li­czyć na ko­le­gów? Uwa­żaj, bo się po­my­lisz. Ego­iści i zło­dzie­je. Pierw­si do ko­ry­ta, ostat­ni do ro­bo­ty.

– Uuuu! Do­bre! – My­ko­ła ma­chał łyż­ką. – Do­bre! Szmacz­ne!

– Głu­pio ci? – za­py­tał ku­charz An­dre­asa. – Z fran­cu­skim prze­ły­kiem to do re­stau­ra­cji.

– Ni­ko­las wszyst­ko ze­żre. – An­dre­as wzru­szył ra­mio­na­mi. – Ża­den do­wód, że two­je wy­po­ci­ny są ja­dal­ne. – Pchnął ta­lerz po sto­le.

– Wszyt­ko! Tak, ja wszyt­ko! Aj­mo­men­bi­te! – za­pew­nił My­ko­ła. – Daj! Da­waj! Wszyt­ko! Ja być wilk!

– Klaus, daj mu jesz­cze – po­le­cił An­dre­as.

– Musi coś zo­stać dla świ­nia­ków – sprze­ci­wił się ku­charz. – To jest, bra­cie, świń­ska szar­ża. Może do­stać kom­pot. Ukra­iniec, chcesz kom­pot?

– Mnie też daj – po­pro­sił An­dre­as.

Wy­wi­nął dol­ną war­gę w gry­ma­sie za­du­my.

– Na­wet kom­pot do dupy – rzekł do sie­bie. – Kom­plet­na ka­ta­stro­fa.

– Kom­pot? – zdzi­wił się ku­charz.

– No, ale jak się krad­nie cu­kier...

– Po­han­dlu­je­my? – za­gad­nął ku­charz.

– Zły ad­res, ko­le­go.

– Mam kup­ca na ze­gar­ki.

– My też mamy.

– Mieć ze­ga­rek! O! – My­ko­ła wy­cią­gnął rękę nad sto­łem. – Sza­now­ny ze­ga­rek od szef. O! I ja mieć tyż por­cy­gar od szef! – Po­ka­zał pa­pie­ro­śni­cę.

Ku­charz obej­rzał.

– Tan­de­ta. Ja mam ze­gar­ki z Wied­nia.

– Pa­trz­cie go, jak łże! – zdu­miał się An­dre­as. – Wie­deń­skie trans­por­ty przy­cho­dzi­ły rok temu. Wte­dy była ka­na­da. Owszem, wte­dy mo­głeś mieć.

– Co być ka­na­da? – za­in­te­re­so­wał się My­ko­ła.

– Ze­gar­ki – wy­ja­śnił ku­charz.

– Aha. Ty mieć ka­na­da ze­gar­ki?

– Ni­ko­las! – An­dre­as trzep­nął My­ko­łę w ucho. – Nie ga­daj z nim, bo się bę­dziesz mu­siał dzie­lić for­są. To jest lep­szy cwa­niak.

– Nie na­sta­wiaj go prze­ciw­ko mnie! – za­pro­te­sto­wał.

– Nie na­sta­wiam.

– Ro­bisz ze mnie ło­bu­za.

– Idź po ten kom­pot – po­wie­dział An­dre­as. – Nie ba­ła­muć chło­pa­ka.

Ku­charz przy­niósł dwa garncz­ki kom­po­tu agre­sto­we­go. My­ko­ła z wy­ra­zem bło­go­ści na twa­rzy po­chła­niał gę­stą pap­kę. An­dre­as pod­su­nął mu swój garn­czek.

– Ni­ko­las – spy­tał – ile ty zjesz? Na je­den raz?

My­ko­ła wzniósł oczy ku su­fi­to­wi.

– Ilu was... – An­dre­as prze­je­chał dło­nią po gar­dle.

– Do­bry, uuuu! Do­bry, szef, szmacz­ne! – stę­kał My­ko­ła znad garncz­ka.

– Dużo was wy­zdy­cha­ło?

– Dużo. Du­uużo!

– Ile?

– Wszyt­ko. Ociec, mać, bra­ty, sio­stra. I dziad­ko. Bab­ka nie. Bab­ka zni­kła. Leży, leży i buch! – My­ko­ła kla­snął – nie ma! Cza­ry! I tyż żony bra­tów i dzie­ci bra­tów, ojce i ma­cie żo­nów bra­tów tyż. Wszyt­ko zde­chło. Bra­ty żo­nów bra­tów i sio­stry żo­nów bra­tów, i dzie­ci sio­strów.

Wró­cił do kom­po­tu.

– Je­dli­ście lu­dzi?

– Aha.

– Ty ja­dłeś?

– Aha.

– Wpie­przaj, dzi­ku­sie. – An­dre­as po­kle­pał chło­pa­ka po ple­cach. – Sły­sza­łeś, Klaus?

– Taa... Ty, Ni­ko­las, a lu­dzie sma­ku­ją? – Ku­charz przy­su­nął krze­sło.

– Nie.

– Ani go­to­wa­ne, ani pie­czo­ne?

– Nic szmacz­ne. Gów­no. Tfu! – My­ko­ła splu­nął.

– A co­ście je­dli?

– Wszyt­ko.

– Nogi?

– Aha.

– Mię­so z dupy?

– Z moja sio­stra. O, pięk­na sio­stra!

– No i po­wiedz­cie, gdzie był Bóg? – za­sta­no­wił się An­dre­as.

– W psim za­dku – od­rzekł ku­charz.

– Źle mó­wić, Klaus. – My­ko­ła stuk­nął łyż­ką w stół. Ku­charz pod­su­nął tłu­stą pięść pod nos My­ko­ły.

– Żar­łeś sio­strę? – spy­tał.

– Sama zdech­nonć! Mó­wić: Ja zdech­nonć, wy żreć.

– Ale żar­łeś! Nie wy­pie­raj się!

– Prze­cież się nie wy­pie­ra – rzekł An­dre­as. Za­py­tał: – A jak two­ja sio­stra mia­ła na imię?

– Oksa­na. O! – My­ko­ła cmok­nął.

– Sta­ra?

– Mło­da.

– Ile lat?

– Nie wiem. Mieć cyc­ki.

– Duże?

My­ko­ła po­ka­zał.

– Dzie­wi­ca?

– Nie wiem.

– Pier­do­li­łeś ją?

– Nie.

– Ja­dłeś jej cyc­ka? – za­in­te­re­so­wał się ku­charz.

– Nie.

– Cze­mu?

– Głu­pie py­ta­nie! – zde­ner­wo­wał się An­dre­as. – Ze­żresz kro­wie wy­mię?

Ku­charz po­ma­cał cof­nię­tą bro­dę.

– Bo co?

– Ku­charz nie wie?

– Wiem. Wy­mio­na – ku­charz zła­pał swo­je ob­fi­te pier­si i ści­snął – prze­ra­bia się na przy­kład na pa­rów­ki.

– Two­im zda­niem – An­dre­as z po­li­to­wa­niem ki­wał gło­wą – mie­li zro­bić z cyc­ków jego sio­stry pa­rów­ki?

– Jak­by nie byli dzi­ku­sa­mi, toby zro­bi­li.

– A za­sta­no­wi­łeś się czym? Ni­ko­las, mie­li­ście ma­szyn­kę do mie­le­nia?

– A co to?

– Sły­szysz, Klaus? A gdzie ja­kieś inne skład­ni­ki? A do­dat­ki sma­ko­we? Oni na­wet soli nie mie­li. Ni­ko­las, mie­li­ście sól?

– Nie, szef, Ru­ski wszyt­ko za­brać.

Ku­charz po­wie­dział, że za­raz wra­ca, i znik­nął.

– Dur­ny buc – mruk­nął An­dre­as. – Pa­mię­taj, że­byś z nim nie han­dlo­wał, bo zdzier­ca. Ni­ko­las, a jaka Oksa­na była w sma­ku? Smacz­na?

– Ta­kie coś słod­ki – od­parł My­ko­ła. – Nie­do­bre.

– Mar­ność nad mar­no­ścia­mi – skwi­to­wał An­dre­as. – Tym jest czło­wiek: wstręt­na du­sza i nie­ja­dal­ne cia­ło. Jaki po­ży­tek? Nie ma cze­go ża­ło­wać, syn­ku.

Ku­charz przy­niósł sznap­sa; po ko­lei łyk­nę­li z por­ce­li­to­we­go kub­ka.

– Co to? – za­py­tał My­ko­ła, krę­cąc ję­zy­kiem w ustach i mla­ska­jąc.

– Ko­niak, za­co­fa­ny chłop­cze – wy­ja­śnił An­dre­as.

– Nie ka­pu­ję, Ni­ko­las – rzekł ku­charz – cze­mu twoi krew­ni nie je­dli tru­pów?

My­ko­ła wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie sma­ko­wa­li im?

– To się ro­zu­mie samo przez się – wtrą­cił An­dre­as. – Jemu sma­ko­wa­li i prze­żył, a im nie. Rzecz gu­stu. Są rze­czy, któ­rych za nic nie we­zmę do ust. Na przy­kład ostry­gi.

– Szef, dziś kino? – za­gad­nął My­ko­ła.

– Za­le­ży, syn­ku.

– Co?

– Jaki film.

– Jaki?

– Nie wiem. Jak we­so­ły, to może.

– A co szef śmiać się na dach?

– Bo przy­po­mnieć, co wi­dzieć.

– Co wi­dzieć? Ja pa­trzeć i nie wi­dzieć.

– Gdzie?

– Co?

– Gdzie się ga­pić i nie wi­dzieć?

– Na dach. Co my ich... – My­ko­ła za­char­czał, wy­wa­lił ję­zyk.

– Przy­po­mnieć film, syn­ku – rzekł An­dre­as. – Puk­nij ty się.

– Wy głu­pio ga­dać – za­kpił ku­charz, po­ka­zał obu pal­cem. Na An­dre­asie nie zro­bi­ło to wra­że­nia.

– Kop, kró­li­ku, norę – rzekł.

– Cze­mu?

– A po co ko­pie się norę?

– Żeby się scho­wać?

– Zga­dza się.

– Ja mam się cho­wać?

– Boś kró­lik.

– Ja? Niby jak?

– Cze­go tu moż­na nie ro­zu­mieć? – An­dre­as spoj­rzał przez otwar­te okno na krzew ja­śmi­nu. Nad pę­ka­mi odu­rza­ją­cych wo­nią kwia­tów uno­si­ły się psz­czo­ły. – Cze­go tu moż­na nie ro­zu­mieć? – po­wtó­rzył, pa­trząc po­nad krze­wem, przed sie­bie. – Prze­cież kie­dyś się to skoń­czy. Za­czną spraw­dzać prze­pły­wy, grze­bać w księ­gach...

– Co? – spy­tał ku­charz. – Co się skoń­czy?

– Co wte­dy?

An­dre­as pro­sił wzro­kiem o od­po­wiedź.

– Za­ka­po­wa­li mnie? – za­nie­po­ko­ił się ku­charz.

– Kto?

– Ja mam wie­dzieć? Ty wiesz, mą­dra­lo.

– Skąd? Ja też nie wiem. Coś taki ner­wo­wy?