Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 302 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Widzenia mistrza Hieronima - Łukasz Gołębiewski

Powieść magiczna z elementami sensacyjnymi, której akcja dzieje się w późnym średniowieczu w Holandii. Jest 1490 rok. W mieście rodzinnym malarza Hieronima Boscha zamordowana zostaje w bestialski sposób młoda dziewczyna. Podejrzewa się, że udział w zabójstwie mogły mieć demoniczne moce. Śledztwo w sprawie zabójstwa prowadzi Jan de Vries, były papieski bibliotekarz i tajny sługa biskupa de Bourbon, któremu podlega miasto. Wspomaga go mistrz Wenneker, pochodzący z Schiedam alchemik, który podróżuje wraz z kotką Dipterą. A trop wiedzie do ponurego zamczyska Mesen, w którym z czarną magią eksperymentuje książę Orly.

Sensacyjna akcja, osadzona w realiach epoki, przetykana jest wizjami Hieronima Boscha, które są plastyczną, ale też społeczną i religijną interpretacją jego niezwykłego malarstwa. Bosch jest głównym bohaterem tej powieści, nie tylko przez jego obrazy-wizje, ale też bezpośrednio uczestniczy w zdarzeniach. Większość drugoplanowych bohaterów, to postaci historyczne. Narracja odnosi się do miejsc i zdarzeń, a także dzieł literackich i plastycznych z końca XV wieku.

Opinie o ebooku Widzenia mistrza Hieronima - Łukasz Gołębiewski

Fragment ebooka Widzenia mistrza Hieronima - Łukasz Gołębiewski

Przebudzenie zła

‘s-Hertogenbosch, Księstwo Brabancji, 25 maja 1490

Po burzliwej i wietrznej nocy zapowiadał się pierwszy tej wiosny pogodny dzień, a gładka tafla rzeki odbijała ciepłe promienie wschodzącego słońca. Wtedy właśnie po zewnętrznej stronie murów miasta ‘s-Hertogenbosch stary flisak odnalazł ciało martwej dziewczyny. Jej piękna twarz zastygła w grozie, skóra w wielu miejscach była poszarpana głęboko, jakby przez szpony albo wielkie pazury.

Starzec, który odnalazł dziewczynę, cierpiał na bezsenność i wraz z brzaskiem był już na rzece. Zawsze pierwszy zaczynał pracę, a kończył później niż inni. Żył sam i z nikim się nie przyjaźnił. Miał opinię dziwaka, ale patrząc na jego rozdygotane dłonie i pełne przerażenia oczy, nikt nie miał wątpliwości, że z tą zbrodnią nie miał nic wspólnego. Kiedy dobiegł do miejskich straży, był tak roztrzęsiony, że długo nie mogli zrozumieć, co i gdzie się wydarzyło. Początkowo wyrzucał jedynie niezrozumiałe zdania i żegnał się co chwila, wznosząc zalęknione spojrzenie ku niebu. Tymczasem słońce piekło coraz mocniej.

Zaalarmowany medyk szybko przybył na miejsce i orzekł, że dziewczyna prawdopodobnie zmarła, zanim zadano jej rany. To znaczy, że zmarła z lęku, nie z bólu – istota, która ją dopadła musiała być wyjątkowo przerażająca. Czy było to zwierzę jakieś, czy człowiek zadawał rany ostrym, zakrzywionym szpikulcem? Na podstawie oględzin ran trudno było orzec. To dało wolne pole dla ludzkiej wyobraźni. Od razu zaczęto szeptać, że to przywołany demon, siła nieczysta. Może kara za grzechy, a może czyjaś zła wola, zemsta lub magia? Więcej osób skłonnych było uznać złą wolę niźli karę, raczej zemstę niż grzechy, magię, a nie boski wyrok.

Dość powiedzieć, że nim słońce osiągnęło swój najwyższy pułap, zaalarmowane było już całe miasto. Po bardzo krótkiej naradzie, niekompletnie zebrani rajcy miejscy posłali do Liège, by w obliczu społecznego poruszenia, a i z powodu tajemniczych okoliczności zbrodni, jak najszybciej do miasta przyjechał sam książę biskup Louis de Bourbon.

Tymczasem gęsta o świcie mgła zdążyła spłynąć jęzorami do przecinających miasto kanałów. Jedynymi śladami nocnej burzy były gdzieniegdzie połamane gałęzie. W ciepłych promieniach dnia lśniły dachy budynków, pięknie wystrzeliwały w górę wieże kościołów, strażnicze baszty przypominały, że mieszkańcy nie są samotni, że nawet jeśli gdzieś w ciemności pojawiło się zło, to wraz z porankiem musiało ustąpić, rozpłynąć się razem z mgłą.

Biada, gdyby było inaczej.

Kupieckie ‘s-Hertogenbosch to bogate, spokojne i bogobojne miasto. Zdarzały się kradzieże, mniejsze lub większe oszustwa, ale nigdy ciężej kwalifikowane zbrodnie. Ponad murami miejskimi można dostrzec w zarysie niewykończoną jeszcze wieżę katedry Świętego Jana, strzelistą i delikatną niczym koronkowa rzeźba. Wspaniały symbol dostatku i pobożności mieszkańców. Podczas przedpołudniowej mszy nikt nie wątpił, że zło musiało przyjść z zewnątrz, przyprowadzone przez obcych, przez tych wszystkich anonimowych cyrkowców i kuglarzy, przez niezakorzenionych nigdzie Cyganów – nikt nie zapamiętuje ich twarzy, kiedy ich kolorowe wozy przetaczają się od miasta do miasta.

Po południu zaczęto jednak szeptać o udziale sił nieczystych w śmierci dziewczyny. Wspominano, jak nocą niebo rozdzierały pioruny, które nigdy nie zwiastują niczego dobrego, a szalejący wiatr przypominał płacz dusz potępionych albo złowrogi pomruk ukrytej w ciemności bestii. Nikt już niczego nie był pewien, za wyjątkiem własnej, rzecz jasna, niewinności.

Ofiarą okazała się być siedemnastoletnia posługaczka w domu architekta Jana Heynsa, szanowanego obywatela, jednego z budowniczych katedry Świętego Jana. Poproszono go o zidentyfikowanie nieszczęsnej, ale także o bliższe oględziny. Choć Heyns nie jedno w życiu widział, zbladł niczym zjawa, tak straszny był to widok. Zwłoki dziewczyny były częściowo zanurzone w pokrytej kwiatami wodzie, leżała niemal naga, pozostały na niej tylko strzępy sukienki w żółto-niebieskie pasy. Jak zanotowano, rany i ślady zadrapań były właściwie na całym ciele, potwór nie ruszył jedynie twarzy. Martwe ciało w sielankowej scenografii. Tylko wyobraźnia wyjątkowo zwyrodniałego malarza mogłaby wymyślić podobny obraz.

W powietrzu czuło się łagodny zapach kwiatów, unoszące się na wodzie niewinne nenufary, błyszczące liście delikatnie dotykające dziewczyny niczym baldachimy utworzyły cień na nagim udzie. Niektóre liście odwrócone, fioletowa barwa z misterną pajęczyną żyłek sprawiają wrażenie bezwiednie tonących. Nieskazitelna biel płatków, biel taka niewinna. Promienie słońca otwierają powoli kielichy kwiatów, a wraz z nimi bezwzględną ostateczność zbrodni. Rozkwita życie, a przy nim śmierć obojętna. Nieopodal pochylają się na wietrze suche łodygi trzcin, woda niesie pomruki, jakby gdzieś prześlizgiwała się niewidoczna trwoga. Dla niej czas się zatrzymał, było słychać stężałą ciszę i tylko mlaszczące uderzenia wody o ciało dziewczyny potwierdzały, że świat nie zastygł w niemej pozie.

Pan Heyns zadrżał i poprosił by odprowadzono go do domu.

Nie wiadomo, czy sprawca dopadł ją tu, czy gdzie indziej, może zawlókł poza szeroki pas murów miasta nad opływający je zewnętrzny kanał. Rany kłute, ale nie szarpane, żadnych śladów zębów. Jeśli to było zwierzę, to być może atakowało w obłędzie lub strachu, nie z głodu. Śladów krwi wokół nie odnaleziono, choć niektóre rany były głębokie. Być może krew spłynęła z rzeką, lecz wyglądało to tak, jakby została odessana w jakiejś nieludzkiej, piekielnej torturze. Fakt ten był równie niepokojący jak ślady szponów na ciele, nie od dziś bowiem wiadomo, że krew wysysają nocne skrzydlate demony o białej skórze i trupich twarzach, znane powszechnie pod ich łacińskim imieniem strigae.

Jeszcze przed porą obiadu wyznaczony przez miasto śledczy, rajca Jacobus Wokke, zdążył porozmawiać nie tylko z przerażonym flisakiem, od którego niczego nie wydobył, ale także z panem Heynsem i jego żoną. Dziewczyna miała na imię Isa, była ich daleką krewną, przyjechała do miasta osiem miesięcy temu. Pochodziła z niedużego majątku niedaleko Heusden. Jej ojciec był młynarzem, zginął zeszłego lata uderzony łopatą wiatraka. Miała cztery młodsze siostry, jedna z nich była jeszcze bardzo mała – urodziła się już po śmierci ojca. Heynsowie zabrali Isę do siebie, żeby ulżyć trochę krewnej. Byli z niej bardzo zadowoleni, taka staranna we wszystkim i cicha, planowali nawet dać jej w przyszłości niewielki posag. Ładna, delikatna, układna, nieco melancholijna natura. Nie spotykała się z nikim, właściwie nie opuszczała domu. Zachowywała się tak, jakby się bała, przyznawał pan Heyns, miasta, zgiełku, obcych ludzi. Na pewno jeszcze nie oswoiła się z tym miejscem. Czy przeczuwała, że wydarzy się coś złego? Któż to wie. Mało ze sobą rozmawiali, była skryta, a zresztą, kto ma czas na gadanie? Co mogła robić po zewnętrznej stronie murów? Heynsowie nie mają pojęcia, to, co się wydarzyło, wydaje się niemożliwe, ale mało to rzeczy niemożliwych wydarza się każdego dnia? Na pewno nikogo tu nie znała? Nie miała żadnej przyjaciółki, adoratora? Nie, nikogo takiego nie było. Osiem miesięcy to wystarczający czas na zawiązanie znajomości. Może i tak, ale nieśmiała była, poza tym w domu miała wciąż dużo pracy. Oczywiście, zapłacą za jej pochówek, powiadomią matkę i siostry, zobowiązał się pan Heyns. Jego żona nic nie mówiła, szlochała tylko nad losem nieszczęsnej, załamując z chrzęstem stawów długie kościste palce.

Tymczasem zdecydowano wstrzymać się z pogrzebem i złożyć zwłoki w zimnej piwnicy domu De Moriaan, by obejrzeli je jeszcze medycy towarzyszący świcie biskupa z Liège.

Kuszenie świętego Antoniego

Oto znów złe wizje w mojej głowie się lęgną, obrazy piekielne myśli zaprzątają. I tracę zdolność odróżniania, ile zła z fantazji, z kondycji marnej, ile z rzeczywistości się bierze, a w jakiej mierze one mieszają się i przeplatają, czy zjawy mnie nękające w snach włażą do mych obrazów, czy obrazy w sny się wkradają. I jaki rozdział między jawą a snem, a skoro ten jest niejasny, to jak rozdział między dobrem a złem określić? I czy zło uniwersalny ma wymiar, czy raczej indywidualny, czy w nas jest, czy poza nami, czy obojnako, jak to nieraz czuję?

Lęki te raz bardzo osobiste są, raz powszechnymi się zdają. To samo z podejrzeniami, jedną pajęczą nicią z lękami splecionymi. Podejrzenia me graniczą z pewnością, choć prawdy nie mam odwagi odkrywać, że żona ma, Aleyt, w sekretnych a niecnotliwych związkach jest z uczniem mym Quentinem, podwójnie zdradliwym, gdyż – jak mi donoszą – listy na mnie pełne oszczerstw słał do biskupa, o heretyckie poglądy mnie oskarżając, choć każdy w ‘s-Hertogenbosch zaświadczy o czystości mojej wiary.

A może nie każdy? Czyż ja sam za siebie ręczyć mogę, skoro za żonę mą Aleyt nie byłbym w stanie? Gdzie kończy się granica czystości, a zaczyna świat mroku i grzechu? Granica, która jeśli nawet czynem nienaruszona, to myślą wielokrotnie przekraczana. Czy mam prawo żonę moją winić, bez podstaw na razie, a jedynie w domysłach, skoro sam myśli i sny mam przepełnione przekleństwem?

Drogi święty Antoni, do Ciebie kieruję modły i grzechy Tobie wyznaję, bowiem Ty najwięcej i najszczerzej prostotę w człowieku ukochałeś i ku ascezie się skłoniłeś, odrzucając bogactwa i uroki świata tego. Grzechy w snach mnie nawiedzają i opuścić nie chcą, zapełniają tłumnie wyobraźnię obrazami straszliwymi. Rozmawiałem wczoraj wieczorem z druhem mym dobrym i krewniakiem, mistrzem Wennekerem, który gościł u nas, a teraz powrócił do swych nauk w Schiedam, gdzie w mrocznej skrytości pracowni kamienia filozoficznego poszukuje nadaremnie, w pysze swej wierząc, że obliczenia prawdę absolutną mu wyjawią, prawdę nieobjawioną i przed ludźmi śmiertelnymi ukrytą tak starannie, że zaledwie jej skrawki w widziadłach sennych można uchwycić, lecz sensu i tak pojąć się nie da. Mistrz Wenneker miksturę życia z wysokich temperatur uzyskał i z myślą jej udoskonalenia dla celów medycznych mnie do pomocy poprosił. Jagód jałowca poradziłem mu dodać i kolendry, powinny złagodzić ostry smak aqua vitae, mikstury, której spróbowałem i która w istocie wigoru dodaje, sen czyni cięższym, myśl mąci, ale wyobraźnię ku nowym rejestrom kieruje, co dla mnie w mej pobożnej sztuce szczególnie przydatnym się zdaje. Umówiliśmy się eksperymenty owe z zachowaniem należytej ostrożności kontynuować, nie do końca zacną ciekawością podbechtywani.

Modlę się do Ciebie, święty Antoni, także i z tej prostej przyczyny, że Ty mi się nocy ostatniej, po spróbowaniu wody życia, we śnie ukazałeś. A scenografia tego widzenia straszną i bluźnierczą była zarazem. Zacznę od tego, że najpierw Tyś mi się, drogi Antoni, objawił w pokorze swojej i niewzruszonej modlitwie, siedzący skromnie pod drzewem ze świnią u swego boku, coś ją uzdrowił był, a która dzwoneczek przeciw demonom w uchu miała przyczepiony. Wokół Ciebie zaraz wylazły dziwa obmierzłe i lubieżne, tańczące bezczelnie lub skradające się cichcem. Pomyślałem, że wyobraźnia moja skażona jest niedawną lekturą „Legend aurea” biskupa Jakuba de Voragine, zmącona przez medykament mistrza Wennekera oraz mą osobliwą podejrzliwością względem żony nasiąknięta.

Tobie jednemu w modlitwie mojej wyznać mogę, że w korowodzie postaci straszliwych Jego Świątobliwość ojciec Innocenty zdał mi się złym przewodzić, brzuszysko wielkie przed siebie wypychając i nieprzystojne gesty ku gawiedzi czyniąc. Najbardziej mnie jednak, drogi Antoni, oblicze Twoje w wodzie odbite przestraszyło, nie Tyś to bowiem był, a karykatura twa w złym grymasie wykrzywiona, grymasie człeka występnego, łotra pospolitego, a jeden z palców czarnym długim szponem był zakończony. Czy to odbicie to myśli Twe, ojcze? Wybacz, że odważam się pytać, ale zło nas otacza zewsząd, a mi się zdaje, że nikt z nas nie jest na nie całkiem odporny, nawet jeśli w dzień, na jawie, w uczynkach wzbraniamy się przed nim, to dopada nas w nocy, we śnie, kiedy ciało i umysł bezradne, gdy bronić się nie ma jak. Czyż jednak za widziadła te senne nie bierzemy odpowiedzialności, czyż one nie z mroków naszych grzesznych myśli wychodzą, skalane grzechem pierworodnym przypisanym każdemu z nas? Boję się własnych myśli, ojcze, a czy Ty swoich nigdy się nie bałeś? Czy wolność od pokus wszelkich była tak czysta, że i sny Twe uwolniła od zła i niegodziwości? W moim grzesznym widzeniu, drogi Antoni, odbicie Twe grymas chciwości i pożądliwości zdradza, choć twarz prawdziwa w skupionej modlitwie pogrążona i świętość utwierdza jedynie. Ale wiją się bezczelne diabelskie kreatury wokół i skupienie Twoje chcą rozproszyć, a to trąbką, a to młotem kowalskim, a to strzałę zatrutą pożądaniem próbując posłać. A inne monstra dzban z winem niosą, a ciała ich wstrętne ogony wieńczą jak u gadów, jakby z wężowego cielska ich członki wyrastały. Tak wstrętna to wizja, że wzdragam się cały, czy aby sam jako ten gad plugawy nie jestem, i rosną we mnie wątpliwości, czy czystość ledwie złudzeniem nie jest? A jeśli czystość jest złudna, to czy boskość także niepewna? Jeślim ojca Innocentego wśród łotrów ujrzał, to czy jutro i Boga samego w heretyckim krzywym zwierciadle nie znajdę? Modlę się, by umysł mój oczyścił się od tych strasznych obrazów i pytań, które ku zgubieniu wiodą. Strasznych, a przecież moich, ojcze. Wyprzeć się ich nie zamierzam, wstydzić co najwyżej mogę, bo wstyd mi za zazdrość, jaka względem Aleyt od kilku dni mnie dręczy, kiedy to przypadkiem ujrzałem, jak płoni się pod spojrzeniem ucznia mego niegodziwego Quentina, jak ucieka wzrokiem, gdy zastał nas razem w pracowni, a i on się zmieszał, a potem wprost spytany o przyczynę, wymawiał rzekomą gorączką, której wcześniej u niego nie było.

Wszystko to zaledwie intuicja, zaledwie strzępy, które w mojej głowie układają się w zdarzenia, a potem nękają w godzinach poprzedzających sen, w godzinach, w których kręcę się i pocę, kiedy łoże moje zdaje się być z kamienia, a kołdra z żelaza. Nocne me widziadła zawsze poprzedza długa bezsenność, a w niej niepokoje się kłębią. Zamiast spać, analizuję zdarzenia, gesty, słowa… i pytam sam siebie: czy mają podwójny sens? Co kryje się za ich pierwszym znaczeniem, a jakie jest ich drugie, symboliczne, dno? Myślę, gdzie prawda, a gdzie kłamstwo, i próbuję owe myśli rozplątywać z mozołem, ale one tak się zagłębiają, takim węzłem gordyjskim otulają, że trud mój daremnym. Intuicja nigdy mnie dotąd w życiu mym nie zwodziła. Wiem, próżność jest w tych słowach, ale wierzę, że Bóg obdarzył mnie w swej łaskawości darem rozpoznawania ukrytych znaczeń, darem obserwacji tego, co pod spodem, co skryć się chce jak gad w diabelskiej szczelinie pozoru.

Gdy tak myślę o moich własnych sprawach, to wydaje mi się, że może twarz Twa karykaturalna w tafli wody, to zwykłej dwoistości natury człowieka symbol, bo w każdym z nas jest i dobro, i zło, tylko Bóg jest czystym uosobieniem dobra, tak przynajmniej wierzymy. Ty, drogi ojcze, choć wśród Aniołów teraz jesteś, to sprawy ludzkie nie są Ci przecież obce i tę dwoistość znasz. Często sami jesteśmy największymi swoimi wrogami przez świadomość i nieświadomość, żałujemy nieznanego tylko dlatego, że nieznane, nawet jeśli wygląda tak karykaturalnie, jak w moim śnie. Oto magia tajemnicy, sam jej nieraz ulegam. A muszę wyznać, że wśród wielu zjaw tej nocy, które wokół Twojej świętej osoby krążyły i kusić chciały do złego, także rozpustną gadzinę w żółwiej skorupie widziałem, co na pokracznych stąpała odnóżach, z piórem zamiast ogona, z rybią twarzą o otworze gębowym na karminowo umalowanym, a czułki tego potwora jakby wyczuwały lubieżne emocje. Ów twór piekielny w jakiś niepojęty sposób do ucznia mego Quentina zdał mi się podobny, nie z rysów i nie z szaty, ale z tego, co w oczach chyba. Skradał się on w Twoją ojcze stronę, by w odpowiednim momencie wstrzyknąć jad z kolca na grzbiecie. Znam wielu, którzy tak się skradają, choć odstręczający wygląd nie zdradza otwarcie ich podłych intencji. Wokół mnie też niejeden taki się kręci, nawet w małym ‘s-Hertogenbosch nie brakuje podłości, która może lepiej, gdyby twarz odrażającą miała, byśmy poznać ją łatwo i zdemaskować mogli, zanim zło uczyni? Gadzie języki nierzadko w ustach ludzkich są schowane, a jadu w nich nie brak. Tak, przyznam, że znów ucznia mojego Quentina mam tu na myśli, który w skrytości jadem odpłaca za serca mego dobroć. Jakże mam się bronić? We śnie znak T na habicie Ciebie ojcze chronił, a i modlitwa szczera, i pokora wrodzona, lecz co ochroni nas, bezbronnych, bezwiednych, zbyt słabych, by złu się przeciwstawić? Wiele w moim sercu lęku i niepewności. Przyszłość zasnuwa ciemna mgła.

A przecież zło nie tylko w domu mym się czai, świat nim jest przesiąknięty i to coraz bardziej, jak mi się zdaje. Modlę się, by ludzie przykład brali z Ciebie i nie folgowali tak bezwstydnie swym namiętnościom, chciwości i pysze ciekawości, która zagnała ich aż na lądy, które czarne diabelskie istoty do człowieka podobne zamieszkują. Czyż to nie wystarczy znać dobrze krąg własnych sąsiadów, a mądrość z twarzy ich, rozmyślań i ksiąg czerpać? Mówią, że księgi też mogą być plugawe – na pewno tak jest, skoro sny nie są wolne od grzechu, takoż nic od niego wolnym być nie może, wzbronić snu jednak nie można, wzbraniać ksiąg zatem tak samo się nie godzi, bo ograniczyć myśl znaczy na kłamstwo przymknąć oko. I w mojej profesji tak jest: gdybym własnych myśli w obrazach nie przedstawiał, kłamcą bym był. A kłamstwo to choroba naszych czasów, równie groźna jak Typhus exanthematicus[1], o którym słyszałem, że roku poprzedniego straszliwie Kastylię nawiedził i wielkie śmiertelne żniwo zebrał, a ciała zarażonych wyglądały jak stwory diabelskie z moich snów i w konwulsjach gadzich się wiły. Pycha ciekawości sprawia, że świat zamiast prostszym, coraz mniej jasnym się staje, w mroku się pogrąża, mroku kłamstwa, bo ci, co prawdę poznają, boją się ją wyznać. Kościół nasz i jego wysłannicy przy tym wcale ku prawdzie się nie skłaniają, przeciwnie, strach powszechny wzmagają, ksiąg zakazują, o czary oskarżają, herezji się boją, a przecież ileż tej herezji w nich samych jest, jak i w każdym człowieku. Mi się widzi, święty Antoni, że i w Tobie być musiała, skoro twarz Twa w lustrze wody odbita tak inny wyraz zdradziła. Prawda to, czy moje majaczenia? Przez wszechobecność kłamstw już sam się gubię i rozróżnić nie potrafię, choć w uczynkach mych zawsze prostotą i szczerością pragnę się kierować. Gdybym jednak, jak ci Portugalczycy, co do Czarnego Lądu dotarli, miał zwiedzać obce światy, to nie wiem, czy w postanowieniach bym wytrwał. Asceza źle znosi konfrontację z pokusą, Ty, święty Antoni, wiesz o tym najlepiej, choć jesteś dla nas niedoścignionym wzorem w pokorze i wytrwałości. Ja się poza moje ‘s-Hertogenbosch nie ruszam, żonie mojej niezmiennie wierności dotrzymuję, a mimo to z pokusami walczyć wciąż muszę i czasem zdarza mi się ponieść klęskę, zwabiony w pułapkę poznania, jak choćby wczoraj u mistrza Wennekera, gdy poddałem się niejasnym eksperymentom z jego wodą życia. Cóż jednak ja wobec tych wszystkich, którzy granice nie tylko miast, ale krajów, a i kontynentów przekraczają? Czy ciekawość, gorączka bogactw, pożądliwość w wielu sercach, nie sprowadzą na nasz świat zguby? Czyż hiszpańska zaraza to nie znak Sądu Ostatecznego? Mój święty Antoni, mam nadzieję, że to jeszcze nie czas, a jeśli czas, to że grzechy moje, ze skruchą wyznawane, zostaną w obliczu Boga odpuszczone.

Jakiż jest jednak ten nasz świat, w którym tyle gwałtu, wojen, niegodziwości, kradzieży, wiarołomstwa, a przede wszystkim kłamstwa i to w świętym majestacie władzy nieraz czynione jest? Chciwość dotknęła najbardziej tych, którzy mają najwięcej, niewielu podąża Twoją drogą, święty Antoni, miłują Cię tak samo fałszywie, jak fałszywie przedstawiają własne uczynki.

Nie wiem, czy jako twórca mam prawo do wyobraźni, do tych wszystkich obrazów, które wychodzą z moich snów, ale myślę, ojcze, że jako twórca mam obowiązek mówienia prawdy. Florencki mistrz Giovanni Pico della Mirandola, przez niektórych za heretyka uznany, w swym niedawno ogłoszonym „De hominis dignitate” mówi, że jest wiele Aniołów i wiele cnót, nie tylko cnota miłości i pokory, tak przez Ciebie umiłowane. Jest także cnota sprawiedliwości, cnota jakże często pomijana przy wyznaczaniu praw i obowiązków. Jakże często zapomina się, że wobec Boga jesteśmy równi, a w tym zapomnieniu ci, którym dano władzę najczęściej z racji ich urodzenia, nie zasług, chcą sięgać bezkarnie po cudze. W niesprawiedliwości zawiera się brak miłości i brak pokory. Niesprawiedliwość jest siostrą kłamstwa i obie karmią się ludzką niedolą, a nasze czasy upodobały sobie widać szczególnie. Mistrz Mirandola mówi, że człowiekowi nie zostało jasno przydzielone miejsce w łańcuchu życia, więc musi je znaleźć, określić swój los w świetle uczynków i dokonań, a doskonałość jest nieosiągalna bez oczyszczenia i oświecenia. Szkoda, że w dążeniu do władzy i bogactwa cnoty te są dziś deptane, a mistrz, który woła o godność człowieka, okrzyknięty zostaje heretykiem. Ty, święty Antoni, wiesz, że od herezji nikt z nas nie jest wolny, przepełnia ona serca i myśli nasze, ale ci, którzy osądzają, zwykle najmniej są do osądów godni.

Sen ostatni skłonił mnie do tych rozmyślań, i niech moja śmiałość będzie wybaczona. Jestem skromnym człowiekiem, nie śmiałbym jak inni, mądrzejsi ode mnie, wyjść na plac choćby mojego prowincjonalnego miasteczka i głosić to wszystko, o czym w pokornej modlitwie zwierzam się Tobie, ojcze. Nie mówię głośno, bo zbyt niewiele wiem, zbyt niewiele umiem, obserwuję jednak uważnie, czytam i rozmyślam, a w snach widzę rzeczy straszne i oby nie prorocze.

W śnie mym dzwon nieduży nad tobą wisiał do gałęzi suchego drzewa uwieszony. To dzwon, który znam dobrze, taki sam bowiem wisi u drzwi pracowni przyjaciela mego, mistrza Wennekera. Potrząśnij nim dobry ojcze, bo czas jest taki, że trzeba bić w dzwony ku otrzeźwieniu i przypomnieniu, że choć zło jest wokół, to dobra natura człowieka wsparta wolą weźmie górę. W tej wierze pozostaję.

Kończę, mój Antoni, bo oto Aleyt, żona moja kusicielka największa, na posiłek wzywa. Przyjmij w pobożnym skupieniu wyznanie grzesznego i niech mi będą odpuszczone myśli wszelkie, które tak plastyczną formę przyjęły we śnie i tyle niepokoju w sercu mym zrodziły.

A co do Aleyt i Quentina, to poprzestanę na obserwacji, nie odprawię na razie obłudnika, wobec żony udam, żem niczego nieświadom, że nie ma we mnie żadnych podejrzeń, a jedynie miłość i mężowskie zaufanie, które jestem jej winien i którego chętnie bym dochował, choć myśli mam już zarażone podejrzliwością. Najpierw obserwować, potem wyciągać wnioski, dopiero na koniec sięgać po konsekwencje – tego mnie uczono i temu na razie zamierzam pozostać wiernym. A pewnie i łatwowiernym, bo rację miał święty Ambroży, który mówił, że „aby oszukać kobietę, potrzebny był wąż, ale żeby oszukać mężczyznę, wystarczyła kobieta”.

1 Tyfus plamisty.

Plotki i strach

‘s-Hertogenbosch, Księstwo Brabancji, 25 maja 1490

Jak wiele innych miast w bogatej Brabancji, poprzecinane kanałami ‘s-Hertogenbosch przypomina wieczny plac budowy. Koniec jednej inwestycji rozpoczyna następną, wiele odbywa się równocześnie, niektóre trwają latami i nie widać ich końca bynajmniej nie z braku środków czy talentów budowniczych, lecz z powodu… nadmiaru pomysłów i ambicji. Bogaci kupcy, którzy odbudowali majątki po latach kryzysu, mają teraz dość uciułanych guldenów, by uprzyjemnić życie nie tylko sobie i swoim najbliższym, ale także wyłożyć nieco na takie miejskie przedsięwzięcia, które pozwolą, by pamięć o nich przetrwała dłużej niż kruchy ziemski żywot. Ich domy wciąż nie są dość piękne, kramy nie dość wystawne, ale także drogi nie dość wygodne, kanały nie dość głębokie, mury miasta nie dość masywne. Pną się w górę wieże i pomniki, w pracowniach rzeźbiarskich i w warsztatach złotniczych brakuje rąk do pracy – tak wiele napływa zleceń. Malarze i architekci ciągną do miasta, wiedząc, że znajdą tu hojnego mecenasa. Szczodrze płynie złoto do kasy miejskiej, żeby wszystkim lepiej się działo. Jeszcze więcej złota trafia na odpuszczenie grzechów, bo żyć w cnocie i w zgodzie z dziesięciorgiem przykazań nie każdego dnia się udaje, grzechów głównych jest zaś aż siedem. To, jakby nie patrzeć, po jednym na każdy dzień tygodnia.

Oto i powód, dla którego wznoszona w sercu miasta świątynia pod wezwaniem świętego Jana jest wciąż nieukończona, choć prace budowlane trwają dwa i pół wieku z okładem – ile dokładnie, znaleźć można w kronikach. Każdy, kto ma dość złota, chce dołożyć własną cegiełkę, z własnym imieniem, w nadziei, że przechyli ona szalę w dniu Sądu Ostatecznego. Jednooki prezbiter, który zna w mieście każdego, bo mieszka tu od ponad półwiecza, zapewnia odpusty hojnym sponsorom, nawet tym, których pobożność zbyt często i zbyt łatwo przegrywa w konfrontacji ze zwykłą ludzką słabością. Stary ksiądz życie zna, sam niejeden raz zgrzeszył, błądzić to ludzka rzecz, a Bogu w jego mądrości osądzać. Czy odpusty i datki w czymś pomogą? Niezgłębione są wyroki, ale to przecież dobrze, gdy na sumieniu lżej.

Z losami katedry związane są kolejne pokolenia rodziny van Aken. Stary Anthonius van Aken wraz z braćmi odziedziczył warsztat artystyczny po ojcu, a ten po dziadku przybyłym z dalekiego Akwizgranu. Teraz kieruje nim Hieronim, którego mieszkańcy z szacunkiem nazywają po prostu Boschem, dla podkreślenia związków artysty z miastem. Malarz, wcześniej ojciec i dziad, a także stryjowie i dalsi krewni, mają największy udział w pracach nad zdobieniem kościoła. Przez te lata tworzono kolejne rzeźby, kolejne obrazy, wznoszono nowe ołtarze, ale praca ta zdaje się nie mieć końca, bo oczekiwania i apetyty cały czas rosną. Świątynia wciąż nie jest wystarczająco piękna, wielka, bogata, by wyrównać rachunki między człowiekiem a Bogiem.

Pierwsze poczerniałe już mury kościoła parafialnego postawiono tak dawno, że najstarsi mieszkańcy ‘s-Hertogenbosch tego nie pamiętają. Jednak gdy tylko starą nawę zamknięto sklepieniem, okazało się, że świątynia już nie przystaje do nowych czasów, jest zbyt surowa i zbyt ascetyczna. Kapituła zdecydowała więc o budowie kolegiaty, a ta zaczęła wyrastać na katedrę. Niedawno ukończono imponujących rozmiarów transept, długość nawy głównej ambitnie zaplanowano na ponad sto metrów, stanął też chór, z którego miejscy rzeźbiarze, w tym także dwaj stryjowie Hieronima, mogą być szczególnie dumni. Zewnętrzne przypory, pomimo ciężkości, sprawiają wrażenie, że unoszą w powietrze bryłę wielkiej świątyni, która niczym statek z rozpostartymi żaglami wypływa ku niebu, pozostawiając w dole port-ziemię. Piękny zaiste to widok. Wieńczące przypory pinakle nadały całości strzelistą sylwetkę, na wzór katedr francuskich – jest w nich ozdobna lekkość, choć przecież pełnią rolę obciążników. Oto geniusz budowniczych, którzy przybyli z różnych stron świata, wielu przywędrowało z Italii, z Florencji i z samego Rzymu. To ich finezji rzeźby zawdzięczają fantazyjne detale. Na zdobionych plątaniną winorośli kapitelach przysiadły ciężkie maszkarony, piekielne stwory i figury grzeszników, z pracowni kamieniarskich wciąż przywożone są nowe postaci, które z wysiłkiem dźwiga się w górę. Ich kamienne twarze wyrażają lęk, smutek, ból lub jedynie pustkę, być może straszniejszą od piętna fizycznego cierpienia. Symbole kryjącego się, wszechobecnego zła są niezbędne, by przez kontrast uwypuklić boskie piękno prawdy. Krzyczy w niemej wściekłości rozwarta paszcza gargulca, w niej dwa rzędy ostrych zębów, kamienne mięśnie w zastygłym napięciu, straszna, wygląda jakby szykował się do skoku, strzygąc wyrostkami podobnymi do uszu nietoperza. Centralną ozdobą katedry są masywne odrzwia z portalem bogato zdobionym scenami z Biblii i figurami świętych. A wokół drobne, nieco wstydliwie ukryte, upiorne rzygacze, a wszystko utkane z misternej koronki, obsypane roślinnymi i geometrycznymi ornamentami, poprzetykane ażurowymi balustradami. Każdy kamień szepcze do patrzącego: jam jest jedność, ucieleśnienie wieczności, zamknięte w każdej wspaniałej cząstce tej katedry. Budowla ma być tak doskonała, jakby była rzeźbiona ręką Boga.

Ale nie tylko odgłosem młotów i kielni tętni ‘s-Hertogenbosch. To miasto żyje z rzemiosła i handlu, a plac targowy każdego dnia huczy od plotek, wieści ze świata i z podwórka sąsiada, od sensacji, pomówień, drobnych zawiści. Ostatnie wydarzenia mają jednak charakter szczególny, bo oto mieszkańców nieoczekiwanie i niesprawiedliwie nawiedziło zło – nienazwane, ale ucieleśnione, i tak rzeczywiste, jak rzeczywisty jest okrutny mord na niewinnej siedemnastolatce. Nie brakuje ludzi, którzy już widzą źródło owego zła, już gotowi są wskazać winnego. Strach jest dobrym czasem dla brania rewanżu, a odmienność łatwo urasta do rangi zbrodni.

Pośród tych plotek i szeptów, przez środek obstawionego straganami placu sunie Aleyt van Aken, dama wciąż urodziwa, choć może nadto szczupła i blada. Jej i tak cienką talię podkreślają jeszcze zaszewki na zielonej spodniej sukni zrobionej z cienkiej, sprowadzonej aż ze Szkocji wełny. W trójkątnym dekolcie widać biel skóry kształtnych piersi, choć zagłębienie między nimi dyskretnie skrywa delikatna czarna tkanina oraz naszyjnik – prezent od męża, otrzymany w dniu ich ślubu. Włosy zebrane na skroniach w rożki, podług mody, a na głowie lekki czepek z białej tkaniny. Ani nie nadto skromnie, ani nie ekstrawagancko, Aleyt nie lubi zwracać na siebie uwagi, choć to niełatwe, wszak jest żoną najbardziej obgadywanego obywatela, malarza, którego wielkości nikt nie kwestionuje, ale wielu patrzy na nią złym okiem. Musiała przywyknąć do plotek i zawistnych uwag. Bo czy talent męża na pewno dobru służy?

Piekielne sceny z obrazów Hieronima są tak sugestywne, że budzą grozę. Nie każdy ma ochotę na bliski kontakt z okropieństwem. Hieronim Bosch, członek szacownego Bractwa Łabędziego, wzbudza nadto kontrowersji, a to przysparza mu więcej wrogów niż przyjaciół. Owszem, miasto jest dumne z tego, że jego obrazy zdobią papieskie sale w Watykanie, czy jednak nie byłoby lepiej, gdyby malował nie demony, lecz świętych? Kiedyś Aleyt to drażniło, te wszystkie szepty i chichoty, ciekawe spojrzenia obcych, zmieszanie znajomych, ale nauczyła się w końcu zbywać to lekceważeniem. Nie pochyla jak dawniej głowy, nie stara się ukryć w tłumie.

Teraz, gdy skończyła sprawunki, mija szeroką bramę domu wag i wraca do domu z koszem pełnym wiktuałów, bo zakupy robi zawsze sama, lubi przebierać na stołach i negocjować ceny, daje to przyjemne poczucie władzy, kiedy po długich targach skrupulatnie odlicza floreny i miedziaki. Przyjemnie jest zanurzyć się w rozstawione wzdłuż sukiennic stragany, dotykać miękkiej wełny, podziwiać wzory na piętrzących się rzędach bel rodzimego sukna, jedwabiu czy atłasu sprowadzonego z Italii, podziwiać wspaniałe kobierce i arrasy, takie same jak w domu jej rodziców w Oirschot. Jakże już tęskni za tym miejscem, za ukochanym ojcem, za pachnącym różami ogrodem, w którym bawiła się, będąc dziewczynką.

Idzie szybkim krokiem, gdyż nastrój w mieście i jej się udzielił. Wieści o porannym wydarzeniu są tyleż straszne, co niezwykłe w bezpiecznym na co dzień mieście. Aleyt ma dodatkowy powód do niepokoju, bo nie tylko mąkę orkiszową na chleb niesie w koszu, tłustą perliczkę, pachnący ser i warzywa dźwiga. Na samym dnie, pod kamionkową flaszą z jęczmiennym piwem spoczywa obwinięte płótnem sekretne pudełeczko z wywarem czarownicy, jak owo ziele diabelskie nazywają. Doskonale wie, że to nie jest najszczęśliwszy czas na tak niebezpieczne zakupy, które mogą zwrócić uwagę zawistnych oczu, a z których trudno byłoby się wytłumaczyć i uzyskać rozgrzeszenie. Wywar jednak się skończył, a pilna Aleyt każdego dnia ów eliksir z olejem i barwnikami miesza, przygotowując farby zgodnie z zaleceniem mistrza Wennekera, wuja a zarazem mecenasa sztuki jej bogobojnego męża. Nie ma w tym niczego złego, to nie trucizna, mieszanka ma jedynie wzmacniać wyobraźnię, ubarwiać świat, rzeczy zwykłe w nadprzyrodzone przekształcić. Hieronim jak nikt inny potrafi senne wizje w rzeczywiste obrazy zamieniać, pędzel w jego dłoni zawsze porusza się szybko i pewnie w ślad za niezwykłymi widziadłami z jego głowy. Aleyt wierzy, że owe widzenia podsycane są przez magiczne ziele, które zdrowia w żaden sposób nie odbiera, tylko fantazji folguje. Mniej bogobojny osobnik być może pomieszania zmysłów od tego by dostał, wuj Wenneker zapewnia jednak, że dawka jest bezpieczna, a Aleyt mu ufa, bo mądry i dobry z niego człowiek, choć dziwak.

Na co ta wyobraźnia? Wystarczy spojrzeć na obrazy Hieronima, żeby wiedzieć, że takich niesamowitości z samego tylko pilnego studiowania rzeczywistości wyczarować się nie da. Aleyt myśli czasami, że w tych wizjach mąż jej do centrum piekła dociera, ale wydobywa się stamtąd bez szwanku, czysty niczym święty Antoni, ascetyczny jak Antoni – wzdycha w myślach wciąż atrakcyjna kobieta. Z tych najgłębszych mroków piekła umysł Hieronima zawsze wraca ku światłu. Tak, zapewne niewielu potrafi odbyć taką podróż bez popadnięcia w obłęd, choćby jedynie kroczyli w wyobrażeniach.

Tymczasem w mieście strach miesza się z podnieceniem, bo oto z Liège przyjechał bardzo lubiany książę biskup Louis de Bourbon i poprowadzi wieczorne nabożeństwo w kaplicy budowanej katedry, w intencji oczyszczenia ‘s-Hertogenbosch od zła wszelkiego i wykrycia sprawcy okrutnego morderstwa na młodej panience Isie, a także w intencji jej czystej niewinnej duszyczki. Aleyt wie już, że Hieronim został zaproszony na posłuchanie u księdza biskupa w domu Pod Łabędziem, gdzie późnym wieczorem spotykają się członkowie szanowanego bractwa.

Aleyt została żoną mężczyzny nieznacznie od siebie młodszego i pozbawionego majątku, to ona wniosła wraz z posagiem do domu kapitał, w jaki szczodrze ją kochający ojciec wyposażył. Bosch nie miał majątku, bo i o niego nie dbał, podobnie jak jego dziadek i ojciec, którzy byli rzeźbiarzami, można powiedzieć, że zwykłymi rzemieślnikami, ale rodzina jego była powszechnie szanowana, a on sam cieszył się opinią człowiekiem statecznego, roztropnego, o szerokiej wiedzy, choć był samoukiem. Hieronima wszyscy w mieście znają i każdy się z nim liczy, a to jednak coś, nawet jeśli jego obrazy nie każdemu się podobają, a niektórzy za herezję czy nawet maleficia je uznają. Bóg poskąpił mężowi urody, w zamian obdarzając talentem, wyobraźnią i mądrością. Aleyt to nie przeszkadza, że mąż przedkłada swoją pracownię i książki nad domowe obowiązki, choć mogłoby być w nim więcej spontaniczności, a przede wszystkim więcej energii i radości z życia. Podziwia jego umiejętność prowadzenia rozmów w sposób skromny, ale rzeczowy. Najbardziej jednak podziwia jego dzieła, tak odmienne od statecznej, żeby nie powiedzieć nudnej, osobowości męża. Obrazy pełne ognia, mocy, barw, magicznych znaczeń. Niezwykła wyobraźnia rodzi stwory z innych światów, często straszliwe, napawające lękiem. Zło i grzech mają tak przerażające oblicza, przerażające i intrygujące innością, podniecające. W pracowni Hieronima można napatrzeć się na grzech w jego najstraszliwszej formie, te zwykłe codzienne ludzkie grzechy wydają się zaledwie ćmami czy cieniami prawdziwego zła. Fascynuje ją ten magiczny, mistyczny świat wyobraźni.

Wtem jakieś silne ramię pociągnęło Aleyt w wąski zacieniony zaułek, przestraszona omal nie upuściła koszyka. Wysunięte piętro wielkiego drewnianego domu całkowicie zakryło przesmyk i intruza. Nie ma tu bruku i śmierdzi moczem, a stary budynek stoi chyba od dawna opuszczony, przeżarty przez szkodniki i butwiejący, sceneria iście upiorna.

– Pragnę cię – wysapał podniecony głos, jakby nieświadom ohydy miejsca. Młody mężczyzna objął ją mocno, próbując jednocześnie pocałować w usta.

– Oszalałeś! – oburzyła się, ale strach minął. To tylko Quentin, młody uczeń męża, z którym nieopatrznie wdała się w krotochwilny romans. – Odejdź szybko, jeszcze ktoś nas zobaczy. Zabraniałam ci pokazywać się ze mną publicznie.

– Nikt nas tu nie zobaczy, co najwyżej kot jakiś, ten zaułek donikąd nie prowadzi. – Twarz młodzieńca wykrzywił uśmiech, odstające kości policzkowe jakby nie mieściły się w zbyt ciasnej szczupłej twarzy. Dziwnie padające przesmyki światła sprawiały, że chłopak wyglądał teraz jak komiczna postać z teatrzyku kukiełek.

– Puść mnie i idź, nie możemy się spotykać.

– Ależ ja cię pragnę, Aleyt, zrozum, że już nie mogę się doczekać, kiedy znów będziemy sami.

– Quentinie, tłumaczyłam ci przecież, nigdy nie będziemy więcej sami. To, co się między nami wydarzyło, było złe, to była pomyłka, chwila słabości. Mam męża i chcę mu być wierna. Nigdy. Rozumiesz? Nigdy – powtórzyła z naciskiem.

– Wierna? Teraz, po tym wszystkim? Nie za późno na wierność? Twój sklerotyczny mąż niechby zdechł. Całe miasto mówi, że zsyła zło, że to on przywołał potwora, który zabił nad rzeką biedną dziewczynę. Twój mąż to szarlatan i diabeł w ludzkiej skórze, zresztą wygląda bardziej na diabła niż człowieka, to pokręcone ciało… Jak możesz pozwalać, by ten dziad cię dotykał?

– Nie jest dziadem, jest młodszy ode mnie! A ty jesteś szczeniakiem i niczego nie rozumiesz. Powinieneś być mu wdzięczny, masz możliwość pracować u prawdziwego mistrza.

– Mistrza? Chyba obłąkańca. Te jego cudaczne postaci, te kolory, to ma być mistrzostwo? Jego nie interesuje piękno, prawda, ekscytuje się tylko cudactwem. Gdybyś znała obrazy mistrza z Flémalle, prawdziwie święte, czyste. Niby posągowe, ale uchwycone z wyczuciem postaci i charakteru modela. Albo choćby i miniatury braci Limbourg, perfekcyjnie drobiazgowe, a tak emanujące majestatem, rozświetlone jak anielskie iluminacje, czyż to nie kunszt najwyższy? Cóż u nich za wyczucie cienia, naturalnej głębi detalu, z uchwyconym marzeniem, ale osadzonym w realności. A jakże harmonijne jest tak naturalne piękno kompozycji warsztatu Jana van Eycka. Trójwymiarowość form w światłocieniach, intensywność barw. To są rzeczy wielkie, to są dzieła, które chciałbym malować. Przedstawiać wielkość subtelną, której wystarczą drobne, ukryte symbole, a nie demoniczne sceny z apokalipsy, ta czerwień i czerń, te jęzory ognia i poskręcane w konwulsjach ciała. Wolę złoto niż czerwień, srebro niż czerń, wolę błękit, biel, boskie światło niż wieczny mrok piekieł. Jan van Eyck pokazał, że każdy z nas może być świętym, twój mąż zaś chce każdego zrównać do poziomu robactwa. A jeśli już ma być ból, już ma być pożoga i apokalipsa, to niech w tym będzie dostojeństwo końca, jak u niezrównanego Rogiera van der Weydena, a nie ludycznie, chaotycznie, prześmiewczo i plugawie jak na obrazach tego, którego nazwałaś prawdziwym mistrzem. To nie dla mnie, zupełnie nie!

– Nie dla ciebie? A kimże ty jesteś? Tylko uczniem. Skoro gardzisz Hieronimem, to dlaczego terminujesz u niego? Nie wstyd ci?

– Wstyd? Żartujesz. A gdzie mam terminować? Przecież ci, których podziwiam, już nie żyją. A nowe malarstwo mnie nie interesuje, sprzeniewierza się realnemu pięknu, symbolikę gestów chce zamienić perspektywą, tam gdzie centralną postacią był człowiek, teraz wprowadza się krajobrazy, jakby wstydzono się tego, co ludzkie. Zresztą nie mam wyboru. Nie stać mnie, by opuścić ‘s-Hertogenbosch, a chętnie bym to zrobił, pojechałbym do Brugii, do starego mistrza Memlinga. I ucieknę, jeśli tylko zdobędę środki. Porównaj elegancję Memlinga, chwytający za serce liryzm jego scen, z tymi groteskowymi karykaturami człowieka, które maluje twój mąż. Niestety, w tej dziurze pracownia Hieronimusa jest najbardziej znana, a nawet ceniona, co tylko źle świadczy o gustach naszych mieszczan, z których większość to zwykli handlarze, a reszta lichwiarze. Jestem realistą, nie fantastą, mam marzenia, ale znam ograniczenia i jeśli myślę o zleceniach, o zarobieniu na lepsze życie, to jestem na twojego dziada skazany.

– Skazany? Co za ohyda. Odejdź i nie pokazuj mi się więcej! – krzyknęła Aleyt i wyrwała się młodemu mężczyźnie. – Jesteś podły i niewdzięczny! Idź, bo o wszystkim powiem Hieronimowi.

– O czym mu powiesz, głupia kobieto? O tym, jak piszczałaś w moich ramionach, jak wzdychałaś z rozkoszy, błagając o więcej?

– Jesteś obrzydliwy.

– Czyżby? Biedna, stara Aleyt z obrzydzeniem się oddawała, cóż za perwersja, chyba umysł przesiąknął ci patologiami obrazów twojego koślawego męża.

– Precz mi z oczu!

– Nie tak szybko, jeszcze zabawimy się, kochana. Czekam na ciebie wieczorem w tym zaułku. Jeśli nie przyjdziesz, sam zadbam o to, by jakiś anonim poinformował twojego sklerotycznego mistrza o tym, jak zabawia się jego niewierna żona.

– Nie zrobisz tego.

– Chcesz się przekonać?

Aleyt wybiegła z zaułka i zaraz wybuchła płaczem. Nienawidzi tego impertynenckiego szczeniaka, nienawidzi siebie, że uległa pokusie, że popełniła grzech i wpakowała się w kłopoty. Był czuły, tak ładnie mówił, zapewniał o miłości, tymczasem tylko wykorzystał jej słabość, a w głębi duszy gardzi nią. Jakie to wstrętne. Stała się tylko narzędziem w rękach ohydnego kłamcy. A teraz nie wie, co robić. Zapłakana podreptała do domu leżącego w uboższej uliczce, ale blisko centrum. Przy tej ulicy niemal wszystkie budynki są takie same – ich wspólny dom, choć zadbany i wypielęgnowany, z zewnątrz wcale się nie wyróżnia. Parter z wypalanej cegły, piętro z drewna. Kondygnacja powyżej parteru umieszczona jest bezpośrednio nad ulicą. Mieszkają w nim sami, tylko z dochodzącą służką, nie było więc pretekstu, żeby czynić starania o większą przestrzeń.

Przestraszyła się po raz drugi, gdy tuż przed drzwiami złapał ją Jacobus Wokke, stary przyjaciel męża, miejski rajca, przewodniczący Izby Obrachunkowej i skarbnik Bractwa Łabędziego Najświętszej Marii Panny. Ta grupa pobożnych patrycjuszy przyjęła nazwę od pięknej rzeźby łabędzia, zdobiącej kamienicę, miejsce ich stałych spotkań. Choć w sposób nieformalny, praktycznie decydują o najważniejszych sprawach w mieście, gdyż do bractwa należą i burgraf Bergh, i najbogatszy w mieście kupiec a zarazem sekretarz miejski van Hoos. W zebraniach przyjmujących często formę naukowych i teologicznych dysput uczestniczą wielki architekt katedry Świętego Jana Allert de Hamael wraz ze swoim najbliższym współpracownikiem, mistrzem cechowym Janem Heynsem. Stałymi gośćmi domu pod łabędziem są Nycasius de Clibano i jego syn Jheronimus, najwspanialsi śpiewacy, jakich w Brabancji słyszano, kierujący chórem obieżyświat Matthaeus Pipelare oraz brat Joannes van Wintelroy, który opiekuje się kaplicą bractwa i świętym posągiem Marii Dziewicy. W bractwie zasiada też dostojny hrabia Buren, Frederik van Egmont, właściciel jednej z najbogatszych bibliotek w Niderlandach. I oczywiście mąż Aleyt, Hieroniums van Aken, zwany przez wszystkich Boschem. Powołane dla celów dobroczynnych Bractwo Łabędzie już od ponad stu pięćdziesięciu lat skupia dostojników, kupców i patrycjuszy, będąc dyskretną, ale ważną instytucją życia publicznego w ‘s-Hertogenbosch.

– Przestraszyłem cię, droga Aleyt? – spytał, widząc jej minę. – Wyglądasz na wstrząśniętą, czy to w związku z Hieronimem?

– Och, drogi Jakubie, tyle się teraz złych rzeczy wokół dzieje.

– Obserwuję wasz dom. Wiesz, że niektórzy ludzie próbują łączyć nieszczęście młodej Isy z obrazami Hieronima?

– Słyszałam, to niedorzeczne.

– Wiem, wszyscy znamy Hieronima, będę za nim ręczył przed biskupem, ale nie jest to bezpieczny czas. Wyznaczono mnie jako odpowiedzialnego za śledztwo, na razie jednak nie mamy nic, ślady zmyła woda, jest tylko ofiara, ta biedna dziewczyna, a na jej ciele straszne obrażenia.

– Gdzie zabraliście zwłoki?

– Do piwnic domu De Moriaan. Pewnie Hieronim będzie musiał je obejrzeć, na dziś wieczór zwołano posiedzenie bractwa. Wcześniej mamy spotkać się z biskupem de Bourbon, który natychmiast przybył zaalarmowany wypadkiem, a zwłaszcza odrażającym charakterem tej śmierci. Sprawa jest poważna, skoro tak szybko zareagowało biskupstwo. Wiem, że równolegle ma być prowadzone tajne kościelne dochodzenie, ale nie obawiaj się, biskup de Bourbon bardzo ceni talent Hieronima, nie sądzę, by chciał go stracić, jeśli jest niewinny, a w to wszyscy wierzymy i modlimy się o jego bezpieczeństwo. Jak zapewne jednak wiesz, są zawistni ludzie, którzy chętnie pozbyliby się twojego męża i to oni próbują podburzyć tłum przeciwko Hieronimowi. Kazałem więc straży miejskiej, by ochraniała wasz dom.

– Och, co za los – zająknęła się Aleyt, ale zaraz przytomnie spytała. – Co to za źli ludzie?

– Tego jeszcze nie ustaliliśmy, plotka wędruje i urasta z ust do ust. Nie wiem, kto jest jej źródłem, ale postaram się to ustalić, obiecuję.

Quentin, pomyślała przerażona, ale nic nie powiedziała.

– Czy Hieronim jest w domu? – spytał rajca.

– Nie wiem, myślę, że tak. Byłam na targu. – Aleyt znów się rozpłakała, tym razem jednak nie kryła szlochu. Jacobus Wokke przytulił ją czule i pogładził siwiejące włosy.

– Wszystko będzie dobrze, droga Aleyt, nie pozwolę was skrzywdzić.

Wokke delikatnie ujął jej rękę, długie wąskie rękawy sukni sięgały aż do połowy dłoni. Kiedy dotknął jej skóry, pomyślał, że musi mieć gorączkę, jest tak ciepła. Razem weszli do domu, w czystym wnętrzu pachniało suszoną lawendą. W wąskim korytarzu Wokke omal nie wpadł na wielką zieloną skrzynię obitą lśniącym metalem, ale zaraz uśmiechnął się pod nosem, wiedząc, że to duma pani domu, jej skarbnica, jego żona ma prawie identyczną. Od razu zszedł do piwnicy, gdzie malarz ma pracownię. Aleyt zaś usiadła wyczerpana w kuchni, próbując zebrać myśli. Dobrze, że Hieronim jej teraz nie widzi, takiej roztrzęsionej. Nie spotka się już z Quentinem, tego jest pewna. Ale co będzie, jak ten spełni groźbę? Nie spełni, za bardzo ceni sobie pracę tutaj, ponad wszystko kocha sławę i pieniądze, a konflikt nie da mu ani jednego, ani drugiego, może tylko na tym stracić. Nic nie powie. Ale będzie tu przychodził, więc wcześniej czy później spotkają się. Co za okropna historia. I czy to naprawdę Quentin podburza ludzi przeciwko Hieronimowi, czy jest do tego zdolny? To podły człowiek, myśli Aleyt i płacze.

Tymczasem Wokke pokonał kręte i wąskie piwniczne schody, które mogą kojarzyć się bardziej z zejściem do ciemnych lochów niż świątyni sztuki. Mała i dość posępna izba o niskim łukowatym sklepieniu, bielona cegła nieco rozjaśnia przestrzeń, ale surowy wystrój wzmacnia wrażenie celi, może nie więźnia, raczej pustelnika. Stoją tu wyłącznie najpotrzebniejsze sprzęty, jeśli nie liczyć rozwieszonych nad sufitem ziół. Na środku masywny drewniany stół, zastawiony pojemniczkami, butelkami z farbami, miksturami, emulsjami, puzderkami z sypkimi pigmentami w kolorach ceglastym, cielistym, sinym, morskim. Wokke nie umie nazwać wszystkich tych odcieni. Żółte glinki, czerwone ochry, minerały o barwie ultramaryny, błękitu górskiego, zieleni górskiej mienią się w miseczkach ustawionych na praktycznych półkach przymocowanych hakami do ściany z wypalanej cegły. Wystroju dopełniają proste krzesło i zydel. Żadnych wygód, żadnych luksusów. W najjaśniejszym miejscu ustawiono sztalugi.

Przed jednym z obrazów w zadumie, z pochyloną głową, niczym rzeźba zastygł niepozorny człowiek. Choć w izbie panuje zaduch, on ma naciągniętą na uszy czapkę. Ubrany niedbale, na piersiach upięty lniany dublet, upstrzony farbami, wysłużone, pocerowane piaskowe nogawice, stary płaszcz z szerokimi rękawami wyraźnie nadgryziony przez mole. Nie usłyszał dźwięku otwieranych drzwi, dopiero chrząkniecie gościa wyrwało go z zadumy. Odłożył pędzel, zaskoczony, że mu ktoś przeszkadza. Aleyt nigdy tego nie robi.

Rajca Wokke uściskał starego druha i w krótkich słowach zreferował mu zdarzenia, o których malarz już słyszał. Potem przedstawił krążące po mieście plotki i realne zagrożenie ze strony zdjętego grozą tłumu. Zalecił nie wychodzić bez eskorty straży miejskiej, co Hieronimowi bynajmniej się nie spodobało, ale nie zaprotestował. Nie zdziwiły go także plotki, przyzwyczaił się do myśli, że wrogów mu nie brakuje.

– Czy wiesz może, kto jest źródłem tych rewelacji? – spytał rajca.

– Nie wiem, ale będę się modlił w intencji jego duszy.

– Pomyśl, bo to ważne, ta osoba może coś wiedzieć na temat samego morderstwa. Nikogo nie podejrzewasz?

– Drogi przyjacielu, dobrze wiesz, ilu jest zawistników i jak wiele ludzi wrogich nie tylko mi, ale z niechęcią patrzących na całe nasze bractwo. Zazdroszczą nam wpływów, choć przecież nie mamy z tego żadnych korzyści, wszystko, co robimy, jest pro publico bono. Tym bardziej ich to złości, bezinteresowne dobro zawsze jest najbardziej podejrzane, bo ludzie z natury nie są bezinteresowni. Tak się powszechnie uważa, i jest w tym prawda – gdyby dusze nasze były czyste, nie zostalibyśmy wygnani z Królestwa Niebieskiego. Odpowiadając jednak na twoje pytanie, nie umiem wskazać konkretnej osoby, może to być kupiec, który uważa, że jego towar został obłożony nadmiernym cłem, albo murarz, który odszedł z kwitkiem, gdy starał się o zlecenie przy budowie katedry. Ludzi rozgoryczonych czy niesprawiedliwie potraktowanych nie brak.

– Atak jest jednak wymierzony w ciebie, nie we mnie, w burgrabiego czy w inne osoby z naszego bractwa, które są bliżej spraw gospodarczych miasta. Wszyscy wiedzą, że mistrz Hieronim zajmuje się sztuką, nie ekonomią czy polityką, i wszyscy też wiedzą, jaka to sztuka. Nie każdemu się jednak podoba, drogi Hieronimie. I raczej w tym upatrywałbym źródeł niechęci, a nie w porachunkach z miastem.

– Może tak, przyjacielu. Ale czym niewinne obrazy mogły zawinić?

– Nie takie niewinne, drogie Hieronimie, nie takie niewinne. A czasy mamy niespokojne, dodatkowo podsycony strach może mieć straszne konsekwencje.

Wychodząc Jacobus Wokke pożegnał się serdecznie z Aleyt i przestrzegł przed wychodzeniem w najbliższych dniach z domu.

– Wszystko szybko się wyjaśni – obiecał, bez przekonania.

Szarlatan

List do Jego Świątobliwości biskupa Louisa de Bourbon

‘s-Hertogenbosch, Księstwo Brabancji, 25 maja 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Statek głupców

Extremum summumque iudicium

‘s-Hertogenbosch, Księstwo Brabancji, 25 maja 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wóz z sianem

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

W pracowni mistrza Wennekera

Schiedam, Hrabstwo Holandii, 26 maja 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wędrowiec

Drugie uderzenie

Na trakcie, w Heusden i w ‘s-Hertogenbosch, Księstwo Brabancji, 26 maja 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Niesienie krzyża

Zasiany strach

‘s-Hertogenbosch, Księstwo Brabancji, 26 maja 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Błogosławieni w ziemskim raju

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zasadzka

‘s-Hertogenbosch oraz w drodze do Gandawy, Księstwo Brabancji, 26 maja 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wzniesienie błogosławionych do Raju

Sen o apokalipsie

Zamek Mesen, Hrabstwo Flandrii, 27 maja 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Upadek potępionych

Ożywione widma

Między zamkiem Mesen, Gandawą i ‘s-Hertogenbosch, Hrabstwo Flandrii i Księstwo Brabancji, 28 maja 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Piekło

Solve et coagula

Gandawa i zamek Mesen, Hrabstwo Flandrii, 4 czerwca 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Porwanie i upadek świętego Antoniego

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozmowa w kaplicy

Zamek Mesen, Hrabstwo Flandrii, 4 czerwca 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Medytacje świętego Antoniego

Rozstrzygająca bitwa

Zamek Mesen, Hrabstwo Flandrii, 5 czerwca 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Sąd Ostateczny

Cenniejsze niż złoto

‘s-Hertogenbosch, Księstwo Brabancji, 8 czerwca 1490

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ogród rozkoszy ziemskich

Od autora

Powieść ta jest gatunkiem, który można określić mianem historical-fiction, mamy tu bowiem fikcyjną opowieść po części sensacyjną, po części magiczną, ale umieszczoną w prawdziwych historycznych realiach i odwołującą się do rzeczywistych historycznych postaci. Główny bohater, Hieronim Bosch, był genialnym niderlandzkim malarzem, tworzącym na przełomie okresów, które nazywamy średniowieczem i renesansem. I, jak się powszechnie uznaje, był ostatnim wybitnym twórcą, którego korzenie głęboko tkwią w mrocznych okowach wieków średnich. Jego wizje piekła, grzechu, potępienia, Sądu Ostatecznego – odzwierciedlają obawy człowieka tamtych czasów. Moja powieść jest skromnym hołdem złożonym wielkiemu twórcy, ale także przedstawia – w formie wyobrażonych widzeń mistrza Hieronima – autentyczne obawy, dysputy i klimat intelektualny przełomu epok, bo przecież do Boscha docierały zupełnie nowe prądy w sztuce, teologii i filozofii, w których Niderlandy odgrywały w tym okresie istotną rolę.

Zbierając materiały do książki, spędziłem pewien czas w Holandii, w tym w rodzinnym mieście Boscha, w ‘s-Hertogenbosch, którego praktycznie przez całe swoje życie nie opuszczał. Ta książka zapewne by też nie powstała, gdyby nie możliwość korzystania z niezwykłych zasobów Jheronimus Bosch Art Center, gdzie nie tylko zgromadzono masę dokumentów i kopie niemal wszystkich zachowanych do dziś obrazów mistrza, ale także odtworzono wygląd jego pracowni, stworzono trójwymiarowe modele „potworów” z jego obrazów, spróbowano również zrekonstruować wygląd miasta z czasów Boscha, bo dzisiejsze ‘s-Hertogenbosch w niewielkim stopniu zachowało średniowieczny wygląd. Wielokrotnie przebudowywane, wzbogacone o rozwinięty system kanałów, jest miastem zupełnie innym niż to, które znał malarz, choć jego duch unosi się tu na każdym kroku – zaczynając od kawiarni, a kończąc na mrocznych tunelach pod budynkami, które zwiedza się, płynąc barką. Z czasów, w których umieściłem akcję powieści, wciąż możemy podziwiać wspaniałą katedrę św. Jana, przy której zdobieniu pracował nie tylko Hieronim, ale także jego ojciec, stryj i inni krewni. Możemy również zobaczyć ulokowany przy głównym placu masywny dom De Moriaan, w którym urzęduje wizytujący miasto biskup de Bourbon – jedna z postaci w mojej książce.

Malarstwo Hieronima Boscha fascynowało mnie od lat i od dawna myślałem, żeby temu artyście poświęcić książkę. Miałem możliwość oglądania jego prac zarówno w galeriach Holandii, jak i Włoch, Hiszpanii, Niemiec, Francji, Belgii, Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych. Nieodmiennie rozpalały wyobraźnię. Stąd pomysł, by obok fabularnego wątku powieści umieścić „widzenia” będące subiektywnym studium nad wybranymi obrazami, reprezentatywnymi dla całej twórczości Boscha.

Miałem możliwość odwiedzić również inne opisane w tej książce miasta. Alchemik Archibald Wenneker z Schiedam jest wprawdzie postacią fikcyjną, podobnie jak jego towarzysz Jan de Vries, ale w poprzecinanym kanałami mieście Schiedam każdy zna to nazwisko, osławione przez ród wytwarzający tu od stuleci genever, czyli typowo holenderski mocny trunek ze słodu z dodatkiem jałowca. Wprowadzane do książki miejsca, rekwizyty, księgi, jak i postaci drugoplanowe, mają swoje historyczne umiejscowienie, za wyjątkiem księgi „Necronomicon”, zaczerpniętej z wyobraźni zmarłego w 1937 roku amerykańskiego autora powieści grozy Howarda Phillipsa Lovecrafta. Opis pracowni alchemicznej, ingrediencji oraz alchemicznego oprzyrządowania również starają się wiernie odmalowywać tego typu miejsca, powszechne w bogatych miastach w okresie średniowiecza. Poszukiwanie kamienia filozoficznego było zajęciem, które zaprzątało wielu światłych badaczy, a niejeden z ówczesnych książąt nie skąpił grosza, by otrzymać eliksir wiecznego życia czy choćby miłości. Nie trzeba jechać daleko, by poczuć nieco atmosferę tamtych pracowni – wystarczy odwiedzić znakomicie urządzone Muzeum Farmacji Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Natomiast w pełni wyposażoną podziemną pracownię alchemiczną można oglądać na przykład w Pradze, gdzie większość przedmiotów i urządzeń jest oryginalna i ma ponad 500 lat.

Pisanie powieści o średniowiecznych Niderlandach i malarstwie Boscha było wspaniałą podróżą w czasie i przestrzeni. Zresztą pisarstwo to najtańsza i najciekawsza forma podróżowania, przez wiele miesięcy można przebywać w zupełnie innym świecie. Czytelników zachęcam do własnej przygody z Boschem, w księgarniach jest wiele bardzo dobrych albumów z reprodukcjami jego prac. Warto uważnie im się przyjrzeć, dać się wciągnąć szczegółom i spróbować ułożyć własną historię do tego niezwykłego świata, który w równym stopniu intryguje dziwnością, co napawa lękiem.

Copyright © 2015 by Łukasz Gołębiewski

Copyright for the Polish Edition © 2015 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. (48) 22 360 38 42 Sprzedaż wysyłkowa: tel. (48) 22 360 37 77

Redakcja: Elżbieta Bogusławska-Przybysz Korekta: Maria Talar Projekt okładki: Anna Angerman Zdjęcie na okładce: Chorazin, Andrey Kiselev Fotolia.pl Redakcja techniczna: Mariusz Teler Redaktor prowadząca: Zofia Rokita

ISBN: 978-83-8053-008-9

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com