Widmopis - David Mitchell - ebook
Opis

Sprawca zamachu w tokijskim metrze czeka na sygnał od swojego guru. Transmigrująca dusza poszukuje przypisanego jej ciała. Geniusz nauki włamuje się do światowego systemu satelitarnego. Bóstwo wyczerpane ciągłym powstrzymywaniem cywilizacji przed samozagładą szuka rady u radiowego didżeja...

Doskonała powieść autora "Atlasu chmur".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 601

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: GHOSTWRITTEN
Redakcja: JOANNA FIGLEWSKA
Korekta: URSZULA OKRZEJA
Ilustracja na okładce: IREK KONIOR
Opracowanie graficzne okładki: PIOTR CHYLIŃSKI
Projekt typograficzny, skład i łamanie: TOMEK LAISAR FRUŃ
Copyright © 1999 by David Mitchell Copyright for the Polish translation © 2014 by Wydawnictwo MAG
Wydanie II
ISBN 978-83-7480-516-2
Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04‑082 Warszawa tel./fax 22  813 47 43 e‑mail: kurz@mag.com.plwww.mag.com.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Okinawa

Kto dmuchnął mi w kark?

Odwróciłem się. Drzwi z barwionego szkła zamknęły się z sykiem. Jaskrawe światło. Sztuczne paprocie kołysały się lekko, leciutko, w pustym hallu. Na sprażonym przez słońce parkingu nic się nie poruszało. Dalej pas palm, a nad nim głębokie niebo.

– Proszę pana?

Odwróciłem się. Recepcjonistka czekała, podsuwając mi swoje pióro z uśmiechem równie wykrochmalonym jak jej mundurek. Pod makijażem dostrzegłem pory, pod muzyką z puszki usłyszałem ciszę, a pod pokładem ciszy wykryłem wrażenie pośpiechu.

– Kobayashi. Jakiś czas temu dzwoniłem z lotniska, żeby zarezerwować pokój.

Czułem ukłucia w dłoniach. Maleńkie ciernie.

– A tak, pan Kobayashi...

A jeśli mi nie uwierzy? Nieczyści zawsze meldują się w hotelach pod fałszywymi nazwiskami. Żeby cudzołożyć z nieznajomymi.

– Proszę wpisać nazwisko i adres, tutaj... i zawód.

Pokazałem obandażowaną rękę.

– Z przykrością muszę panią prosić o wypełnienie za mnie formularza.

– Oczywiście... Ojej, jak to się stało?

– Przytrzasnąłem dłoń drzwiami.

Zrobiła współczującą minę i odwróciła formularz do siebie.

– Pański zawód, panie Kobayashi?

– Programista. Pracuję dla różnych firm, na umowę‑zlecenie.

Ściągnęła brwi. Nie pasowałem do jej formularza.

– Rozumiem, nie ma firmy jako takiej, w takim razie...

– Proszę wpisać nazwę tej, dla której aktualnie pracuję. – Proste. Wydział technologiczny Bractwa załatwi potwierdzenie.

– Dobrze, panie Kobayashi... witamy w hotelu Ogród Okinawy.

– Dziękuję.

– Przyjechał pan w interesach czy w celach turystycznych, panie Kobayashi?

Czy jej uśmiech wyrażał lekkie zdziwienie? Czy na jej twarzy widniała podejrzliwość?

– Pół na pół. – Zrobiłem użytek z potencjału alfa, kontrolując brzmienie głosu.

– Mamy nadzieję, że pobyt u nas będzie przyjemny. Proszę, pański klucz. Pokój numer trzysta siedem. Gdyby potrzebował pan pomocy, proszę się nie krępować.

Wy mielibyście mi pomóc?

– Dziękuję.

Nieczyści. Nieczyści. Mieszkańcy Okinawy nigdy nie byli Japończykami czystej krwi. Pochodzą od innych, słabszych przodków. Gdy się odwróciłem i szedłem do windy, mój szósty zmysł mi powiedział, że recepcjonistka uśmiecha się z wyższością. Darowałaby sobie ten uśmieszek, gdyby wiedziała, z jakiego kalibru umysłem ma do czynienia. Nadejdzie jej czas, jak wszystkich innych.

W ogromnym hotelu ani żywego ducha. Milczące korytarze ciągnęły się wraz z popołudniem, puste jak katakumby.

***

W moim pokoju brakowało powietrza. W Sanktuarium nie wolno korzystać z klimatyzacji, gdyż wpływa negatywnie na fale alfa. Na znak solidarności z moimi braćmi i siostrami wyłączyłem urządzenie i otworzyłem okna. Zaciągnąłem zasłony. Nigdy nie wiadomo, czyj teleobiektyw może zaglądać do pokoju.

Spojrzałem w oko słońca. Naha jest brzydkim, nijakim miastem. Ale oglądana na tle akwamarynowego pasa Pacyfiku mogłoby stanowić dzielnicę Tokio. Zwyczajny czerwono‑biały nadajnik telewizyjny, nadający rozkazy na rządowych częstotliwościach podprogowych. Zwyczajne domy towarowe, wznoszące się jak świątynie bez okien, oszałamiające nieczystych i zmuszające ich do uległości. Dzielnice mieszkaniowe, fabryki zatruwające powietrze i zasoby wody. Lodówki wyrzucane na ziemię niczyją zasłaną drobniejszym śmieciem. Ich miasta są sztucznie zaszczepionymi okazami brzydoty! Wyobrażam sobie, jak Nowa Ziemia niczym ogromna miotła zmiata to ropiejące ohydztwo, przywracając nasz glob do pierwotnego stanu. Wtedy Bractwo stworzy coś, na co zasługujemy i co ocaleni będą pielęgnować po wieczne czasy.

Oczyściłem się i przejrzałem w łazienkowym lustrze. Należysz do tych, którzy ocaleją, Kwazarze. Silne rysy podkreślają moje samurajskie pochodzenie. Wyraźnie zarysowane brwi. Jastrzębi nos. Kwazar, zwiastun. Jego Serendipity proroczo wybrał moje imię. Moja rola polega na pulsowaniu na skraju wszechświata wiernych, samotnie i w ciemności. Jestem heroldem. Należę do forpoczty.

Wentylator buczał. Skądś zza tego pomruku płynął szloch małej dziewczynki. Jakże wiele smutku na tym pokręconym świecie. Zacząłem się golić.

***

Zbudziłem się wcześnie, przez chwilę nie pamiętając, gdzie jestem. Wokół mnie leżały elementy układanki mojego snu. Był tam pan Ikeda, mój wychowawca z liceum, i dwóch czy trzech najgorszych łobuzów. Pojawił się także mój ojciec biologiczny. Przypomniałem sobie ten dzień, kiedy ci dranie zmusili wszystkich w klasie do udawania, że nie żyję. Po popołudniu wieść rozeszła się po całej szkole. Wszyscy udawali, że mnie nie widzą. Kiedy się odzywałem, udawali, że mnie nie słyszą. Pan Ikeda, wyznaczony przez społeczność stróż młodych umysłów, też się o tym dowiedział, i co postanowił zrobić? Drań na ostatniej godzinie odprawił nabożeństwo żałobne. Nawet zapalił kadzidło, intonował pieśni i tak dalej.

Zanim Jego Serendipity rozświetlił moje życie, czułem się bezbronny. Szlochałem i krzyczałem, żeby przestali, ale nikt mnie nie widział. Byłem martwy.

Po przebudzeniu stwierdziłem, że dręczy mnie erekcja. Zbyt wielkie zakłócenia fal gamma. Medytowałem pod zdjęciem Jego Serendipity, dopóki mi nie przeszło.

Jeśli nieczyści chcą pogrzebów, będą ich mieli pod dostatkiem w czasie Białych Nocy, zanim Jego Serendipity powstanie, żeby objąć władzę nad swoim królestwem. Pogrzeby bez żałobników.

***

Szedłem Kokusai Dori, główną ulicą miasta, klucząc i zawracając, żeby zgubić tych, którzy mnie śledzili. Niestety, mój potencjał alfa jest ciągle zbyt niski i nie pozwala mi na osiągnięcie niewidzialności, dlatego muszę gubić ogony w tradycyjny sposób. Kiedy zyskałem pewność, że nikt mnie nie śledzi, skręciłem do salonu gier i zadzwoniłem z automatu. Prawdopodobieństwo podsłuchu w budce telefonicznej jest mniejsze.

– Bracie, tu Kwazar. Połącz mnie, proszę, z ministrem obrony.

– Oczywiście, bracie. Minister czeka na rozmowę. Pozwól, że pogratuluję ci sukcesu, jakim okazała się nasza ostatnia misja.

Czekałem dłuższą chwilę na połączenie. Minister obrony, absolwent Uniwersytetu Cesarskiego, jest ulubieńcem Jego Serendipity. Był sędzią, zanim usłyszał Jego wezwanie. Jest urodzonym przywódcą.

– A, Kwazar. Wybornie. Zdrowie ci dopisuje?

– Na służbie u Jego Serendipity, panie ministrze, zawsze cieszę się dobrym zdrowiem. Pozbyłem się alergii i od dziewięciu miesięcy nie cierpię na...

– Jesteśmy z ciebie zadowoleni. Jego Serendipity jest pod wielkim wrażeniem głębi twojej wiary. Pod wielkim wrażeniem. Obecnie w swoim ustroniu medytuje nad twoją animą. Poświęca swój czas wyłącznie tobie, dla wzmocnienia i wzbogacenia.

– Panie ministrze! Błagam o przekazanie Mu moich najszczerszych podziękowań.

– Uczynię to z przyjemnością. Zasłużyłeś. Prowadzimy wojnę przeciwko rzeszom nieczystych i w wojnie tej akty odwagi muszą się spotkać z uznaniem i nagrodą. A teraz przejdźmy do rzeczy. Z pewnością się zastanawiasz, jak długo masz pozostawać z dala od swojej rodziny. Gabinet uważa, że siedem dni w zupełności wystarczy.

Zgiąłem się w głębokim ukłonie.

– Rozumiem, panie ministrze.

– Widziałeś doniesienia telewizyjne?

– Unikam kłamstw nieczystego państwa, panie ministrze. Bo jaki wąż chętnie słucha głosu zaklinacza? Mimo że jestem daleko od Sanktuarium, noszę w sercu wskazówki Jego Serendipity. Domyślam się, że wetknęliśmy kij w mrowisko.

– W istocie. Mówią o terroryzmie, dostają piany na nieczystych pyskach. Te biedne bydlęta są niemal godne litości... niemal. Jak przepowiedział Jego Serendipity, nie są w stanie pojąć, że ponoszą karę za własne grzechy. Bądź dumny, Kwazarze, że jesteś jednym z wybranych narzędzi sprawiedliwości! Trzydzieste Dziewiąte Święte Objawienie mówi: Duma z poniesionej ofiary nie jest grzechem, ale wyrazem szacunku dla samego siebie. Mimo wszystko staraj się nie rzucać w oczy. Wtop się w tło. Pozwiedzaj trochę. Mam nadzieję, że wystarczy ci suma przyznana na wydatki?

– Skarbnik okazał się nadzwyczaj hojny, a moje potrzeby są skromne.

– Bardzo dobrze. Skontaktuj się z nami za siedem dni. Bractwo z utęsknieniem czeka na powrót naszego umiłowanego brata.

***

Wróciłem do pokoju na południowy rytuał oczyszczenia i medytacje. Zjadłem kilka krakersów, przekąsek z wodorostów i orzechów nerkowca, popijając zieloną herbatą z automatu w korytarzu. Kiedy wychodziłem po lunchu, nieczysta recepcjonistka dała mi plan miasta. Wybrałem się na zwiedzanie tutejszych atrakcji turystycznych.

W nędznym zarośniętym parku na szczycie wzgórza na północ od Naha znajdowała się kwatera główna dowództwa japońskiej floty. Podczas wojny była tak dobrze ukryta, że amerykańscy najeźdźcy natknęli się na nią dopiero trzy tygodnie po zajęciu Okinawy. Amerykanie nie są zbyt rozgarnięci. Nie widzą tego, co oczywiste. Dziesięć lat temu ich ambasada miała czelność odmówić Jego Serendipity przyznania wizy pobytowej. Teraz oczywiście Jego Serendipity udaje się dokąd tylko zechce, używając technik konwersji podprzestrzennej. Kilka razy odwiedził Biały Dom, nie napotykając żadnych przeszkód.

Zapłaciłem za bilet i zszedłem na dół. Powitał mnie mroczny chłód. Z jakiejś rury ciekła woda. Jeszcze jedna niespodzianka czekała na amerykańskich najeźdźców. Tamtejszy kontyngent wybrał honorową śmierć. Cztery tysiące ludzi odebrało sobie życie. Dwadzieścia dni wcześniej.

Honor. Co ten czczy, bałwochwalczy świat nieczystych wie o honorze? Chodząc tunelami, czubkami palców gładziłem ściany. Gładziłem blizny zostawione przez wybuchające granaty i oskardy, którymi żołnierze wykuwali swoją warownię, i czułem łączącą mnie z nimi prawdziwą więź pokrewieństwa. To samo pokrewieństwo czuję w Sanktuarium. Dzięki mojemu podwyższonemu ilorazowi alfa wychwytywałem pozostałości ich animy. Wędrowałem tunelami, aż straciłem poczucie czasu.

Gdy opuściłem ten pomnik godności, podjechał autokar pełen turystów. Rzuciłem na nich okiem, świadom ich aparatów fotograficznych, paczek chipsów, głupich min zarozumialców i ograniczonych umysłów z potencjałem alfa mniejszym niż u muchy. Żałowałem, że nie została mi ani jedna fiolka płynu czyszczącego, bo mógłbym rzucić ją za nimi po schodach i zamknąć ich pod ziemią. Zostaliby oczyszczeni w taki sam sposób, jak ci w Tokio, zaślepieni przez pieniądze. Akt ten uspokoiłby dusze tych młodych żołnierzy, którzy dziesiątki lat temu oddali życie za swoje przekonania, jak ja gotów byłem uczynić zaledwie siedemdziesiąt dwie godziny temu. Zostali zdradzeni przez marionetkowe rządy, które po wojnie zbrukały naszą ziemię. Jak my wszyscy zostaliśmy zdradzeni przez społeczeństwo otwierające rynki dla Disneya i sieci McDonald’s. Czemu miała służyć cała ta ofiara? Zbudowaniu niezatapialnego lotniskowca dla Stanów Zjednoczonych.

Ale nie została mi ani jedna fiolka, musiałam więc ścierpieć obecność tych nieczystych, rozgadanych, wypróżniających się i rozmnażających, kalających wszystko kretynów. Ich smród dosłownie mnie dławił.

Zszedłem ze wzgórza pod palmy.

***

We wnętrzu lewej dłoni znajduje się punkt, receptor alfa. Kiedy Jego Serendipity po raz pierwszy zaszczycił mnie prywatną audiencją, otworzył moją dłoń i delikatnie nacisnął palcem wskazującym. Przebiegł mnie osobliwy dreszcz, jakby przyjemne porażenie prądem, a później stwierdziłem, że moja moc koncentracji zwiększyła się czterokrotnie.

Padało tego nadzwyczajnego dnia trzy i pół roku temu. Chmury spływały z góry Fudżi, wschodni wiatr dął nad falistymi terenami rolniczymi wokół Sanktuarium. Dwanaście tygodni wcześniej zgłosiłem się do Programu Powitalnego i tego ranka zakończyłem załatwianie spraw z jednym z podsekretarzy Ministerstwa Skarbu. Podpisałem dokumenty uwalniające mnie z więzienia materializmu. Obecnie mój dom i jego zawartość należą do Bractwa, podobnie jak moje oszczędności, fundusz emerytalny, członkostwo w klubie golfa i samochód. Nigdy dotąd nie czułem się taki wolny. Czuję się bardziej wolny niż kiedykolwiek uważałem to za możliwe. Członkowie mojej rodziny – mojej nieczystej, biologicznej rodziny, mojej rodziny cielesnej – jak było do przewidzenia, niczego nie zrozumieli. Przez całe życie przykładali miarę do każdego sukcesu i każdej porażki, mierząc co do milimetra, a tu nagle ich linijkę połamałem na kolanie. W swoim ostatnim liście moja matka poinformowała, że ojciec wykreślił mnie z testamentu. Ale jak Jego Serendipity pisze w 71 Świętym Objawieniu, Furia przeklętego jest bezsilna niczym szczur, który podgryza świętą górę.

Zresztą, oni nigdy mnie nie kochali. Nie wiedzieliby o istnieniu świata, gdyby nie telewizja.

Jego Serendipity zszedł po schodach w towarzystwie ministra bezpieczeństwa. Światło jaśniało, gdy zbliżał się do gabinetu. Najpierw ujrzałem jego stopy w sandałach i rąbek fioletowej szaty, a potem ukazała się cała reszta Jego umiłowanej postaci. Uśmiechnął się do mnie, dzięki telepatii wiedząc, kim jestem i czego dokonałem.

– Jestem Guru – oznajmił i pozwolił mi ucałować swój święty pierścień z rubinem, gdy ukląkłem. Czułem Jego emanacje alfa jak igła kompasu, która bezbłędnie wykrywa magnetyczną północ.

– Mistrzu – szepnąłem. – Przybyłem do domu.

Jego Serendipity wysławiał się wyraźnie i pięknie, a słowa spływały z samych Jego oczu.

– Uwolniłeś się z zakładu dla obłąkanych, jakim jest świat nieczystych, mały bracie. Dzisiaj dołączyłeś do nowej rodziny. Wyzwolony od swojej dawnej rodziny cielesnej, wstąpiłeś do nowej rodziny ducha. Od tego dnia masz dziesięć tysięcy braci i sióstr. Nasza rodzina przed końcem świata rozrośnie się w miliony. I będzie wzrastać, zapuszczając korzenie we wszystkich narodach. Znajdujemy żyzną glebę w obcych krajach. Nasza rodzina będzie rosnąć, dopóki świat zewnętrzny nie stanie się światem wewnętrznym. To nie jest proroctwo. To nieuchronna przyszła rzeczywistość. Jak się czujesz, najmłodsze dziecko naszego państwa bez granic, bez cierpienia?

– Jestem szczęśliwy, Wasza Serendipity. Jakże szczęśliwy, że mogę pić z krynicy prawdy, choć mam dopiero dwadzieścia parę lat.

– Mój mały bracie, obaj wiemy, że nie szczęście cię tutaj sprowadziło. Przywiodła cię do nas miłość. – Potem mnie pocałował, a ja ucałowałem usta wiecznego życia. – Kto wie – rzekł mój Mistrz – jeśli będziesz kontynuował wzmacnianie alfa tak szybko, jak donosi minister edukacji, być może w przyszłości zostanie ci powierzona wyjątkowa misja...

Moje serce wprost wyrywało się z piersi. Rozmawiali o mnie! Jestem tylko nowicjuszem, a oni już o mnie rozmawiali!

***
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki