Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2004

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 121 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Widmokrąg - Wojciech Kuczok

Po Gnoju, a przed Pleśnią – planowanym domknięciem dylogii piekła rodzinnego, Wojciech Kuczok wraca do krótkich form, a także do ulubionego tematu: ludzkiej seksualności. Widmokrąg to zmagania miłosne opowiadane i przeżywane na tak różne sposoby, jak różnią się ich bohaterowie: samotna staruszka nad grobem męża, młody biznesmen odkrywający swój homoerotyzm czy chłopiec zakochany w góralce. Realistyczne historie niepostrzeżenie przeobrażają się w opowieści niesamowite; zaświaty biorą pod rękę świat rzeczywisty. Duchy i niedźwiedziołaki są w zbiorze Kuczoka bytami uprawnionymi na równi ze zwykłymi ludźmi. Powiada się, że człowiek pochłonięty kochaniem traci kontakt z rzeczywistością; Widmokrąg pokazuje, co się dzieje, kiedy to rzeczywistość traci kontakt z człowiekiem. Każde delirium amoroso jest tu osobnym studium psychologicznym, ale i językowym. Jak w swoich pierwszych tomach, autor stawia na polifoniczność prozy. Groteska i pastisz przeplatają się z tekstami pełnymi liryzmu i melancholii.

Opinie o ebooku Widmokrąg - Wojciech Kuczok

Fragment ebooka Widmokrąg - Wojciech Kuczok

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2004

Wy­da­nie I 

War­sza­wa 2004

Dla ♦

Żebry Adama(apokryf)

Ro­zu­miem: grać na czymś tam, to się już przy­ję­to, ża­ło­śnie rzę­po­lą­cy skrzyp­ko­wie, do­mo­ro­śli akor­de­oni­ści, w przej­ściach pod­ziem­nych, na ro­gach ulic, na­wet w tram­wa­jach, wcho­dzą na dwa przy­stan­ki i tak ka­le­czą szla­gie­ry, że robi się z tego nie­mal kon­kurs na roz­po­zna­nie po­kie­re­szo­wa­nych prze­bo­jów, zna­cie tę pio­sen­kę, nie ta to­na­cja, nie ta har­mo­nia, ale oczi tak samo czior­ny­je, aż dla świę­te­go spo­ko­ju człek dal­by im te dwa zło­te, gdy­by nie to, że się le­d­wo trzy­ma lewą ręką za uchwyt, wa­gon szar­pie na za­krę­tach, a port­fel głę­bo­ko w tor­bie, żeby kie­szon­kow­cy nie mie­li ła­two, więc zwy­czaj­nie nie chce się grze­bać, nig­dy się nie chce, tyl­ko dla­te­go nie daję im na to prze­trwa­nie, prze­cież nie dla­te­go, że śmier­dzą. Na­wet tych stu­den­cia­ków ob­dar­tu­sów, któ­rzy na bez­czel­ne­go sie­dzą przy ka­pe­lu­szu z kar­to­nem in­for­mu­ją­cym, że nie są bez­dom­ni, tyl­ko zbie­ra­ją na piwo, przy­ję­to się trak­to­wać po­błaż­li­wie, za to, że że­brzą lek­ką ręką, za to, że przy­najm­niej nie ob­cią­ża­ją wy­rzu­tem su­mie­nia każ­de­go, kto ich mija, ich moż­na mi­jać otwar­cie, jaw­nie, nie uni­kać wzro­ku, na­wet rzu­cić mi­mo­cho­dem „bu­tel­ki by­ście sprze­da­li, za­miast ro­bić szop­kę”, sły­sząc w od­po­wie­dzi „pan dziś za­spon­so­ru­je bro­wa­rek, to ju­tro będą bu­tel­ki do sprze­da­nia”. Nie to co ci ze skar­bon­ka­mi, no ileż razy dzien­nie moż­na po­ma­gać dzie­ciom z po­ra­że­niem mó­zgo­wym, a prze­cież nie będę nad­kła­dał przez nich dro­gi, żeby cho­ciaż za­pa­mię­ty­wa­li, „o tak, pan już nam dzi­siaj po­mógł, panu już dzię­ku­je­my”, gdzie tam, wy­star­czy pięć mi­nut póź­niej wra­cać obok nich i uciec wzro­kiem, i już „może by pan wspo­mógł  d z i e c i  Z PO­RA­ŻE­NIEM…”, tak tak, za­rzu­ca­ją las­so ze słów, tym wy­raź­niej i gło­śniej ak­cen­tu­jąc sło­wa, im da­lej się zdą­ży odejść, żeby cho­ciaż ja­kieś ser­dusz­ka da­wa­li do przy­pię­cia, jak te Owsia­ki…

Tak, już mi­nę­ło pa­rę­na­ście lat oswa­ja­nia się z wsze­la­ką for­mą że­brac­twa ulicz­ne­go, już mi się to zdą­ży­ło opa­trzyć, od­ruch ła­pa­nia za kie­szeń na wi­dok każ­dej kar­mią­cej pier­sią po proś­bie też już od­szedł w za­po­mnie­nie, na­wet so­bie po­my­śla­łem, że lada mo­ment musi nas cze­kać ja­kieś prze­si­le­nie, że­bry trze­ba bę­dzie prze­brać w inne szat­ki, ukryć pod in­nym płasz­czy­kiem; ktoś po­wi­nien się bar­dziej wy­si­lić, żeby na nowo prze­jąć prze­chod­nia swo­ją nę­dzą, albo też musi mieć do sprze­da­nia na po­cze­ka­niu coś wię­cej niż brak słu­chu w pa­rze z nad­wyż­ką upo­ru.

I wła­śnie wte­dy, w zu­peł­nie nie­ty­po­wym miej­scu, nie przed ban­kiem, nie w głów­nej ar­te­rii mia­sta, ale w ci­chym za­uł­ku par­ku Jor­da­na, wła­śnie kie­dy wy­bra­łem ław­kę ide­al­nie od­da­lo­ną od ję­cze­nia tram­wa­jów i po­wrza­ski­wa­nia dzie­cia­ków zmie­rza­ją­cych na zie­lo­ną lek­cję, kie­dy wresz­cie za­sia­dłem na ław­ce z ga­ze­tą i wczy­ta­łem się w na­głó­wek na ostat­niej stro­nie, kwi­tu­ją­cy ka­lam­bu­rem sro­mot­ną po­raż­kę pol­skich fut­bo­li­stów, wła­śnie wte­dy przy­siadł się obok.

Zbyt bli­sko; za­nie­po­ko­iłem się, ką­tem oka wi­dzę, że to bli­skość ce­lo­wa, że z kart­ką ja­kąś sie­dzi. „O nie, jesz­cze je­den”, my­ślę so­bie, bo już wi­dzę, że na kart­ce coś na­pi­sa­ne i że rękę wy­cią­gnął w ge­ście pro­szal­nym, i na­wet mi się czy­tać nie chce, tyl­ko się prze­su­wam, jak naj­da­lej mogę, żeby tak po pro­stu nie odejść, bo cóż by to mia­ło ozna­czać poza uciecz­ką, prze­cież nie bę­dzie mnie ga­moń że­brzą­cy z mo­jej ław­ki prze­ga­niał, com ją so­bie do­pie­ro ob­czy­ścił chu­s­tecz­ką. Ale już na tym krań­cu ław­ki całe moje sku­pie­nie de­fi­ni­tyw­nie w kąt oka się prze­nio­sło, już omia­tam bez­myśl­nie ten sam aka­pit, już wiem, że póki się on nie wy­nie­sie, ja spo­ko­ju nie za­znam. I wi­dzę, ką­tem wciąż, bo do uwa­gi bez­pow­rot­nie mi ode­bra­nej przy­zna­wać się nie chcę, więc że niby jej na nie­go nie zwra­cam, ką­tem tedy za­uwa­żam, że kart­ka zmie­rza w moją stro­nę, że zbli­ża się, bez­czel­nie na mo­jej ga­ze­cie się kła­dzie, pa­no­szy, przez nie­go pod­su­nię­ta mi pod sam nos. Marsz­czę tedy brwi, lewą na obu­rze­nie typu hola, pra­wą na zdu­mie­nie typu no-coś-pan, ale czy­tam:

„Wspo­móż mnie. Je­stem goły i głod­ny. Nie po­tra­fię kła­mać. Nie po­tra­fię kraść”.

No to już nie mo­głem uchy­lić się, prze­mil­czeć, udać, że mnie nie ma, bo tekst ów cał­kiem był nie­że­brac­ki, miał w so­bie nie­spo­dzie­wa­ną dozę, by tak rzec, do­sto­jeń­stwa, spoj­rza­łem więc na nie­go, spoj­rza­łem więc i z wol­na wio­dąc wzro­kiem w tę i w tę, szu­ka­łem punk­tu za­cze­pie­nia, ja­kiejś ska­zy, na któ­rej mógł­bym zbu­do­wać swo­je nie­prze­jed­na­ne sta­no­wi­sko, od któ­rej mógł­bym się ode­pchnąć i odejść kro­kiem sta­now­czym czło­wie­ka po­ży­tecz­ne­go, nie po­ru­szy­łem się jed­nak, bo wszyst­ko w nim było ta­kie pierw­sze, wszyst­ko w nim było ta­kie czy­ste, jak­by go do­pie­ro co Pan Bóg stwo­rzył, al­bo­wiem nagi byt on naj­praw­dzi­wiej, dusz­nie i cie­le­śnie, i aż się mu­sia­łem zmu­sić do wzdry­gnię­cia, no bo prze­cież ja nig­dy nig­dy, gdzież­by, u nas w ro­dzi­nie ta­kich my­śli nikt, męż­czy­zna na męż­czy­znę po ko­bie­ce­mu pa­trzeć nig­dy na­wet we śnie, na­wet we śnie nie mógł, więc prze­mó­wi­łem do sie­bie ba­sem we­wnętrz­nym, roz­sąd­nym, od­wiecz­nym, tym, co to mu­ta­cji nig­dy nie prze­cho­dził: „Wa­riat albo cio­ta ja­kaś za­czep­na, może na­wet uwieść mnie pró­bu­je, w każ­dym ra­zie okrop­ność, brrr, ani mi­nu­ty dłu­żej”, i ode­zwa­łem się pro­tek­cjo­nal­nie, przy­po­mi­na­jąc so­bie cza­sy, w któ­rych oj­ciec za po­mo­cą przed­nio­ję­zy­ko­we­go „ł” sta­wiał moją mło­dość do kąta:

– A co po­tra­fisz, mło­dy czło­wie­ku?

I już był­bym zwi­nął ga­ze­tę, już mia­łem na od­chod­ne przy­go­to­wa­ną do­bit­kę („Za­sta­nów się le­piej, chłop­cze, czy coś po­tra­fisz”) i rzu­cił­bym mu pew­nie zło­tów­kę, bo we mnie wez­bra­ła ocho­ta na oka­za­nie wzgar­dy, ale po­wstrzy­mał mnie, zła­pał za rękę (moja dłoń! ja­kim pra­wem! wy­szarp­nąć!)

– Pro­szę…

(jaki głos, cóż za głos głę­bi­no­wy, czy­ściu­teń­ki, moc­ny, jed­no­rod­ny, słusz­ny, och dość, dość)

– Ale nie do­ty­kaj mnie, co? Mo­żesz mnie, chłop­cze, nie do­ty­kać?

(no i za­po­mnia­łem po­chy­lić „ł” w chłop­cu, a nic gor­sze­go niż taki chło­piec wy­pro­sto­wa­ny, nie­ugię­ty, och, cóż to za uścisk, jak on śmie utrud­niać mi uwol­nie­nie, że też ja­koś tak trzy­ma, no prze­stań mnie trzy­mać, gno­ju, za rękę, nie będę się z tobą sza­mo­tał)

– Pusz­czaj, cho­le­ra, no!

Sto­ję, da­łem za wy­gra­ną, gów­niarz (no, nie taki zno­wu gów­niarz, te oku­lar­ki tak tro­chę my­lą­ce) jest ode mnie sil­niej­szy, no zła­pał mnie ga­moń za rękę, szar­pa­łem, usi­ło­wa­łem strzep­nąć, zdmuch­nąć („ta­kich lu­dzi się zdmu­chu­je”, ma­wiał oj­ciec, mój wiel­ki oj­ciec, kie­dy jesz­cze żył, kie­dy jesz­cze pro­wa­dził fir­mę, obie­cy­wał, że kie­dy będę już wa­żył sie­dem­dzie­siąt kilo, prze­ka­że ją mnie, ale wa­ży­łem wte­dy szes­na­ście, i po kil­ku la­tach pra­wi­dło­we­go roz­wo­ju miał­bym w za­się­gu dwa­dzie­ścia pięć kilo, a za osią­gnię­cie tej wagi mia­łem zo­stać za­bra­ny na lot jum­bo je­tem, „synu, mu­sisz być wiel­ki i sil­ny, bo cię zdmuch­ną, pa­mię­taj, sła­bych lu­dzi się zdmu­chu­je, po­tem cho­dzą tacy zdmuch­nię­ci po dwor­cach i że­brzą, pa­mię­taj, synu”, więc ja­dłem, ro­słem w siłę, a oj­ciec ma­lał, i kie­dy już osią­gną­łem sto­sow­ną wagę do lotu, oka­za­ło się, że nie pa­mię­ta obiet­ni­cy, „coś so­bie wy­my­śli­łeś, nie za­wra­caj gło­wy, nie je­steś już dziec­kiem”, i tego pod­stę­pu da­ro­wać mu nie mo­głem, prze­sta­łem jeść, i tak zo­sta­ło, pięt­na­ście kilo nie­do­wa­gi i ta prze­klę­ta sła­bość), gdy­by nie ta moja sła­bość, pew­nie bym nie stał te­raz obez­wład­nio­ny, wy­trą­co­ny, przy­ła­pa­ny za rękę w ten idio­tycz­ny spo­sób, moc­nym, zde­cy­do­wa­nym i nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu uści­skiem, ale na­wet nie nie­uprzej­mym, po pro­stu bez­czel­nym (o tak, to do­bre sło­wo)

– Słu­chaj no, mło­dzie­niasz­ku…

(mło­dzie­nia­szek nie wy­ma­ga po­chy­la­nia „ł”, sam jest w so­bie sło­wem-klap­sem, na gołą pupę, je­śli je od­po­wied­nio za­ak­cen­to­wać, w sam raz na tego tu… zbu­do­wa­ne­go tak… jak ko­ściół… trze­ba mi było go po­mniej­szyć…)

– …je­steś bez­czel­ny, nie będę się szar­pał z tobą…

(chy­ba jed­nak zbyt ła­two da­łem za wy­gra­ną, chy­ba mi po­mniej­sze­nie nie wy­szło, bo prze­cież sto­ję, a on sie­dzi, trzy­ma mnie i sie­dzi, sto­ję przy nim jak uczniak na eg­za­mi­nie, mu­szę usiąść, ale je­śli mnie nie pu­ści, ta bli­skość bę­dzie już bli­sko­ścią nie­zno­śną, te­raz przy­najm­niej wi­dać, że zo­sta­łem poj­ma­ny, za rękę, poj­ma­ny za rękę, bez proś­by o po­zwo­le­nie, nie pro­sił mnie o rękę, a już mnie po­jął, zna­czy: poj­mał, ach co ja, co ja, bred­nie, plą­cze mi się wszyst­ko, oplótł, zna­czy: oplą­tał mnie mło­dy że­brak, „wstręt­ny” – bas we­wnętrz­ny mi pod­po­wia­dał, a ja pod­ją­łem, o tak, wstręt­ny że­brak, ohyd­ny, ale za­raz go kon­tra­punk­to­wał ja­kiś nie­zna­ny mi do­tąd, nie­uświa­do­mio­ny we­wnętrz­ny fal­se­cik, „ale jaki pięk­ny że­brak”, oj, no cze­muż za­raz ta­kie sło­wa moc­ne, skąd mi się to pięk­no wzię­ło, nie wol­no nie wol­no, i bas: „swo­łocz ulicz­na, my­dłek-re­ne­gat, rynsz­to­ko­wiec”, a fal­set: „me­szek na kar­ku, twar­de pod­brzu­sze, mię­śnie jak ka­lo­ry­fer, ja­kie pięk­ne kon­tra­sty, jaka wie­lość w jed­no­ści”, w każ­dym ra­zie nie wy­ka­za­łem się w na­le­ży­tym stop­niu mę­sko­ścią („mię­sko­ścią, mięk­ko­ścią, mość miej­sce psiej ko­ści”, pod­po­wia­dał fal­se­cik), po­wi­nie­nem był ra­czej jed­nak już na po­cząt­ku na­wet z buta go, prze­cież za nogę mnie nie zła­pał, ale sko­ro chcia­łem ele­ganc­ko, że niby strze­pu­ję tę rękę jak py­łek,  z d m u c h u j ę , chcia­łem ele­ganc­ko, do­stoj­nie, ale nie wy­szło, i te­raz już nie mogę tak po pro­stu go kop­nąć, ode­pchnąć, wy­szarp­nąć, skom­pro­mi­to­wał mnie tym uści­skiem, te­raz to on,  s i e d z ą c  przede mną do­stoj­nie, mnie trzy­mał, a ja nie mia­łem po­my­słu, ubez­wła­sno­wol­nił mnie tym jed­nym ge­stem nie­spo­dzia­nym, och sta­now­czo już za dłu­go mnie trzy­mał, ale co ro­bić co ro­bić, prze­cież nie za­cznę krzy­czeć, cze­mu aku­rat nikt tędy nie idzie, to może jed­nak le­piej go bu­tem, ach nie, może jesz­cze raz tro­chę ła­god­nie, od­bu­do­wu­jąc do­sto­jeń­stwo)

– Chy­ba nie li­czysz na to, że w tej sy­tu­acji co­kol­wiek ci dam…

(za­ata­ko­wać go, po­są­dzić, ośmie­szyć, z sie­bie na nie­go prze­rzu­cić pod­szep­ty ha­nieb­ne!)

– No do­brze, jak wi­dzę, ty so­bie chcesz tak po pro­stu  p o t r z y m a ć  mnie za rękę, je­steś taki ro­man­tycz­ny pe­da­łek, co? Chęt­nie bym cię z moją ręką zo­sta­wił, gdy­bym miał ich wię­cej, ale wy­bacz, ta aku­rat jest mi po­trzeb­na, tak się skła­da, że żyję z pra­cy rąk, nie wy­cią­gam ich po nie swo­je pie­nią­dze, chy­ba­bym się ze wsty­du spa­lił…

A ten mil­czy i mil­czy; ja z każ­dym sło­wem wy­po­wie­dzia­nym po­grą­żam się w nie­wo­li, on moje każ­de sło­wo prze­mil­cza, on  m n i e  prze­mil­cza, i trzy­ma, ma mnie w ręku. Za­czą­łem się po­cić, bo gar­ni­tur, bo ner­wy, bo du­cho­ta, na­tych­miast mi się za­chcia­ło zdjąć ma­ry­nar­kę, ale jak tu zdjąć, sła­błem jesz­cze bar­dziej, sła­bość moja wro­dzo­na, o któ­rej tak dłu­go za­po­mi­na­łem, przez tyle lat uczy­łem się za­po­mnie­nia, ale wciąż da­wa­ła się we zna­ki, po to no­si­łem tar­cze wzo­ro­we­go ucznia na pier­si za­pa­dłej, po to li­ce­al­ne świa­dec­twa z pa­skiem od­bie­ra­łem ręką wiot­ką i drżą­cą z prze­ję­cia (a te­raz na­wet nie mo­gła so­bie pod­rżeć, bo ten mi ją trzy­mał, po­wstrzy­my­wał w swo­im uści­sku nie­zno­śnym), po to dy­plom z wy­róż­nie­niem na za­rzą­dza­niu i od razu sta­no­wi­sko kie­row­ni­cze (mój wiel­ki tata, kie­dy jesz­cze żył), po to, że­bym mu­siał te­raz pro­sić mło­de­go gnoj­ka bez­dom­ne­go (choć kto go tam wie z tą bez­dom­no­ścią, może on bar­dziej do­mny ode mnie, w każ­dym ra­zie na pew­no te­raz bar­dziej dum­ny, dum­ny ze swo­je­go uści­sku; on mnie z dumą przy­ła­pał na sła­bo­ści), że­bym ja jego miał pro­sić o po­zwo­le­nie na zdję­cie ma­ry­nar­ki? Ab­surd, toż to ab­surd.

– To ja­kiś ab­surd!