Opis

Wichrowe Wzgórza to arcydzieło światowej literatury i bez wątpienia jedna z najpiękniejszych książek o miłości, jakie kiedykolwiek powstały

Właścicielem dwóch sąsiadujących posiadłości w Yorkshire, Wichrowych Wzgórz i Drozdowej Ostoi, jest niejaki Heathcliff. Niebawem przybywa tam pan Lockwood, który został nowym najemcą Ostoi. Już po pierwszym spotkaniu lokator uświadamia sobie, jaką zimną, nieprzystępną i posępną postacią jest tajemniczy właściciel. Zafascynowany przedziwną naturą Heathcliffa i reszty mieszkańców Lockwood postanawia wszystkiego się o nich dowiedzieć. Z pomocą przychodzi gospodyni, Ellen Dean, która przybliża mu burzliwe dzieje domowników. Tak zaczyna się niezwykła historia trzech pokoleń rodzin Earnshawów i Lintonów, pełna miłości, pożądania, żalu, tęsknoty i okrutnej zemsty.

Wichrowe Wzgórza to jedyna powieść Emily Brontë, jednak tak znakomita i niepowtarzalna, że od lat cieszy się niesłabnącym uwielbieniem i fascynacją kolejnych pokoleń czytelników. Zajmuje wysokie miejsce we wszystkich zestawieniach najważniejszych dzieł literatury światowej. Nowe tłumaczenie pozwoli na nowo zatracić się w świecie mrocznej namiętności i tragicznej miłości Catherine i Heathcliffa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 497

lub

Emily Brontë Wichrowe Wzgórza ISBN: 978-83-65676-14-6 TYTUŁ ORYGINAŁU: Wuthering Heights Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016 Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016 All rights reserved Redakcja: Paulina Wierzbicka Opracowanie graficzne i techniczne: Dymitr Miłowanow Projekt okładki: Paulina Radomska-Skierkowska Zdjęcie na okładce: © Susan Fox / Trevillion Images Wydanie 1 w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Rozdział I

1801

Właśnie wróciłem z wizyty u mego gospodarza, samotnego sąsiada, z którym będę miał teraz do czynienia. To bez wątpienia piękna okolica! Nie sądzę, bym w całej Anglii mógł znaleźć miejsce tak bardzo odległe od zamętu towarzyskiego. Dla mizantropa to prawdziwe niebiosa, a ja i pan Heathcliff tworzymy parę niezwykle się nadającą do tego, aby podzielić to odosobnienie między siebie. Znakomity jegomość! Nie mógł nawet podejrzewać, jak ciepłe żywiłem do niego uczucia, kiedy zajechawszy doń, wytrzymałem spojrzenie oczu czarnych i skrytych pod osłoną brwi, a jego palce – w reakcji na moje nazwisko – z jeszcze bardziej stanowczą zawiścią wpiły się w kamizelkę.

– Pan Heathcliff? – spytałem, a jedyną odpowiedzią było skinienie głowy. – Lockwood, pański nowy lokator, sir. Pozwalam sobie zjawić się jak najrychlej po przyjeździe, gdyż chciałbym się upewnić, że nie zadręczyłem pana tak uporczywym nastawaniem, aby zezwolił mi pan zatrzymać się w Drozdowej Ostoi. Doszły mnie wczoraj słuchy, że zaczął pan mieć…

– Drozdowa Ostoja należy do mnie, sir – przerwał mi, krzywiąc się – i gdyby to tylko ode mnie zależało, nikomu nie pozwoliłbym się zadręczać. Proszę do środka!

Nie tylko owo „Proszę do środka” rzucone było przez tak zaciśnięte zęby, że bardziej znaczyło: „Proszę iść do diabła”, ale także brama, o którą się opierał, nie wsparła słów zachęcającym ruchem. Jeśli skorzystałem z tego zaproszenia, to z tej tylko racji, iż zainteresował mnie człowiek z jeszcze bardziej, zdało się, przesadną rezerwą odnoszący się do innych niż ja.

Kiedy Heathcliff dostrzegł, że pierś mego konia stanowczo napiera na przeszkodę, zwolnił ją, po czym chmurny poprowadził mnie podjazdem, by pod samym domem zawołać:

– Joseph, zabierzcie konia pana Lockwooda i przynieście jakieś wino.

„Chyba to i cała służba – pomyślałem, słysząc tak skonstruowane polecenie – trudno się więc dziwić, że brama jest zarośnięta trawą, a przystrzyganiem żywopłotów zajmuje się bydło”.

Joseph był wiekowym, nie, co tu dużo mówić, starym, a może nawet bardzo starym człowiekiem, aczkolwiek krzepkim i żylastym. „Panie, miej nas w swojej opiece”, mruknął pod nosem, oswobadzając mnie od wierzchowca, przy czym zerknął mi w twarz tak kwaśno, że wielkodusznie przyjąłem, iż musiał potrzebować najwyższej pomocy, aby strawić obiad, a pobożny okrzyk nie miał związku z moim nieoczekiwanym przybyciem.

Posiadłość pana Heathcliffa zwała się Wichrowe Wzgórza, ten zaś nadany przez miejscowych przymiotnik wyraźnie opisywał, na pastwę jakich atmosferycznych tumultów wydana jest budowla w burzliwą pogodę. Na samej górze dąć musiało solidnie właściwie zawsze, a siłę wichru nacierającego na szczyt wzgórza z północy dało się wymiarkować z pochylenia kilku karłowatych jodeł, które przycupnęły przy końcu domostwa, oraz z ułożenia kępy wychudłych ciernistych krzaków, których wszystkie gałęzie zwracały się w jedną stronę, jakby błagając niebiosa o jałmużnę. Na szczęście architekt zadbał o mocną konstrukcję, wąskie okna były więc głęboko osadzone w ścianach, a narożniki zostały wzniesione z solidnych, szorstkich kamiennych bloków.

Przed progiem zatrzymałem się na chwilę, aby podziwiać bogato rzeźbiony fronton, zwłaszcza nad głównym wejściem, gdzie między nadkruszonymi gryfami i bezwstydnymi chłopiętami dostrzegłem datę „1500” oraz nazwisko „Hareton Earnshaw”. Nie omieszkałbym rzucić komentarza i poprosić posępnego właściciela o krótką historię miejsca, ale jego postawa w drzwiach sugerowała, iż domaga się, bym albo natychmiast wchodził, albo bezzwłocznie się oddalił, ja zaś nie chciałem drażnić jego cierpliwości, zanim nie obejrzę intymnego wnętrza.

Jeden krok i zamiast w holu czy korytarzu od razu znaleźliśmy się w rodzinnym salonie, który w tych stronach najczęściej nazywają izbą, a który zazwyczaj służy i celom towarzyskim, i kuchennym. Mniemam jednak, że w Wichrowych Wzgórzach kuchnia musiała się wycofać w zupełnie inną część budynku, gdzieś bowiem z głębi doleciały mnie odgłosy rozmowy i szczęk kulinarnych narzędzi, wokół zaś pokaźnego kominka nie dostrzegłem najmniejszego śladu smażenia, gotowania czy pieczenia ani też miedzianych rondli czy blaszanych cedzaków na ścianach. Pysznił się natomiast świetlnymi refleksami róg jednej ze ścian, gdzie rzędy wielkich mosiężnych naczyń, przedzielonych srebrnymi kubkami i dzbankami, piętrzyły się w wielkim dębowym kredensie aż po sam strop. Ten zaś ani myślał skrywać swej anatomii przed ciekawskim spojrzeniem z wyjątkiem miejsc, gdzie drewniana konstrukcja kryła się za owsianymi bochnami oraz udźcami i szynkami wołowymi czy baranimi. Nad kominkiem zawisły najróżniejsze zbójeckie pukawki, a także para jeździeckich pistoletów, na jego zaś obramowaniu jako ozdoba stanęły trzy jaskrawo pomalowane szkatułki. Podłoga wyłożona była gładkim białym kamieniem, surowe krzesła z wysokimi oparciami pomalowano na zielono, a jedno czy dwa, ciężkie i czarne, majaczyły w mroku. W łukowatym zagłębieniu pod kredensem zległa suka pointera w otoczeniu popiskujących szczeniąt, reszta psów wyglądała z innych zakątków.

I przybytek, i jego umeblowanie niczym by się nie wyróżniały, gdyby należały do któregoś z prostych gospodarzy z północy, mających uparte oblicza i mocne kończyny, dla wygody chronione bryczesami i kamaszami. Pośród tych wzgórz, jeśli tylko wypuścić się na nie o właściwej poobiedniej porze, co pięć, sześć mil można się było natknąć na takiego jegomościa, przed którym pienił się na okrągłym stoliku kufel ale1. Tyle że pan Heathcliff osobliwie kontrastował ze swym domostwem i stylem życia. Miał ciemną cygańską cerę, odziewał się i zachowywał jak dżentelmen – na tyle, na ile może być ponury i niezbyt elegancki posiadacz ziemski, którego niedbałość nie razi jednak w połączeniu z prostą i kształtną posturą. Niektórzy podejrzewaliby go może o jakąś prostacką pychę, ale mi coś podszeptuje, iż nic podobnego; instynktownie wyczuwam, że u źródeł jego rezerwy leży niechęć, by dawać swym uczuciom jawny wyraz, by manifestować wzajemną sympatię. Owszem, może kochać albo nienawidzić, ale w ukryciu, gdyby zaś w zamian kochano go lub nienawidzono, uznałby to za swego rodzaju impertynencję. Nie. To nadmierny pośpiech z mojej strony; nazbyt hojnie obdarzam go własnymi atrybutami. Jeśli nie spieszy się pan Heathcliff z podawaniem dłoni, gdy napotyka kogoś głodnego znajomości, może mieć po temu zupełnie inne powody niż te, które powodują mną. Pozwalam sobie mniemać, że jest moja konstytucja nader szczególna; moja kochana matka zwykła była powtarzać, że nigdy nie znajdę spokojnego domu. Raptem zeszłego lata dowiodłem, że istotnie nie jestem jego wart.

Rozkoszując się miesiącem wspaniałej pogody na morskim wybrzeżu, znalazłem się w towarzystwie niezwykle fascynującej istoty, która była w mych oczach prawdziwą boginką, ale tylko dopóty, dopóki nie zwracała na mnie uwagi. Nigdy na głos nie wyznałem miłości, jeśli jednak mają spojrzenia swój język, skończony idiota natychmiast by zgadł, że jestem zadurzony po uszy. W końcu i ona to zauważała i odpłaciła najsłodszym ze wszystkich możliwych spojrzeń. I jakże postąpiłem? Wyznaję ze wstydem: zmrożony wycofałem się w siebie niczym ślimak w skorupę, a przy każdym kolejnym zerknięciu stawałem się jeszcze bardziej zimny i daleki, aż wreszcie biedne to i niewinne stworzenie zaczęło wątpić w swoje zmysły, a skonfundowane domniemaną pomyłką nakłoniło mateczkę, aby czym prędzej wyjechały. Z racji tak raptownej zmiany nastawienia zyskałem sobie sławę osoby wyrachowanej i pozbawionej serca, a tylko ja mogę ocenić, jak bardzo jest ona niezasłużona.

Zająłem miejsce przy rogu kominka przeciwnym do tego, ku któremu skierował się mój gospodarz. Aby wypełnić czymś zapadłe na chwilę milczenie, spróbowałem pogłaskać sukę, która, porzuciwszy swe opiekuńcze zajęcia, ukradkiem podpełzła do mych nóg, szczerząc oślinione białe kły do ukąszenia. Pieszczota moja wywołała długie, gardłowe warknięcie.

– Psa niech pan lepiej zostawi w spokoju – burknął do wtóru pan Heathcliff, a dla silniejszego podkreślenia stanowczości tupnął stopą. – Nie nawykła do tego, by ją ktoś rozpieszczał; nie dla zabawy trzymam ją tutaj. – Odwróciwszy się do bocznych drzwi, krzyknął: – Joseph!

Joseph w odpowiedzi burknął coś z głębin piwnicy, ale ponieważ nic nie wskazywało na to, aby z nich zamierzał wyjść, ruszył pan domu w dół ku niemu, mnie zostawiając vis-à-vis zbójeckiej suki i pary ponurych, obszarpanych owczarków, które wraz z nią zawzięcie śledziły każdy mój ruch. Nie paliłem się do kontaktu z ich kłami, więc siedziałem sztywno, ponieważ jednak ubzdurałem sobie, że nie zrozumieją niemych zniewag, zacząłem wykrzywiać się i robić miny do całej trójki, aż wreszcie któryś z moich grymasów tak zirytował psią madame, że w nagłym ataku wściekłości wskoczyła mi na kolana. Poderwałem się i usiłowałem odgrodzić od niej stołem, to jednak tylko ujawniło całą zgraję: dobre pół tuzina czworonogich nieprzyjaciół różnej wielkości i wieku wychynęło ze swych kryjówek na środek pokoju. Obiektem ataków stały się zwłaszcza moje obcasy i poły surduta, i chociaż oganiałem się jak mogłem pogrzebaczem od największych napastników, to musiałem w głos wzywać na pomoc kogoś z domowników, aby przywrócił dawny spokój.

Pan Heathcliff i jego kamerdyner wspinali się z piwnicy z irytującą flegmatycznością. Nie sądzę, aby przybyli o sekundę wcześniej niż zwykle, chociaż w pokoju rozpętała się już burza ujadań i szczeknięć. Na szczęście bardziej zdecydowana okazała się pewna lokatorka kuchni: zażywna dama w zakasanej sukni, z nagimi ramionami i rozpalonymi policzkami wtargnęła w środek tego zamętu zbrojna w patelnię, którego to oręża oraz języka użyła tak sprawnie, iż nawałnica magicznie wygasła i tylko dzielna niewiasta z piersią falującą jak morze po huraganie pozostała na scenie, gdy wkraczał na nią pan domu.

– Co tu się dzieje, u czarta? – spytał, spoglądając na mnie w sposób, którego nie mogłem już tolerować po tak nieżyczliwym przyjęciu.

– Pytanie o czarta wydaje się tu bardzo na miejscu! – mruknąłem. – Stado opętanych wieprzy nie miałoby w sobie więcej złego ducha niż te pańskie zwierzaki, sir. Równie dobrze mógłby pan zostawić gościa na łaskę stada tygrysów.

– Nic nie zrobią temu, który nic nie rusza – zauważył pan Heathcliff, stawiając przede mną butelkę i przywracając stołowi poprzednie ustawienie. – Dobre psy, bo czujne. Kieliszek wina?

– Nie, dziękuję.

– Żaden pana nie ugryzł?

– Gdyby ugryzł, zostawiłbym na nim swoją pieczęć.

Twarz Heathcliffa odrobinę się rozpogodziła.

– No dobrze już, dobrze, niech się pan nie zaperza, panie Lockwood. Trochę wina? Proszę nie odmawiać. Goście tak niezwykle rzadko zdarzają się w tym domu, że ani ja, ani moje psy, przyznaję, nie bardzo wiemy, jak ich witać. Pańskie zdrowie, sir!

Skłoniłem się i odwzajemniłem toast, zdając sobie powoli sprawę z tego, że idiotyzmem byłoby siedzieć naburmuszonym z powodu wybryków stada kundli, zwłaszcza że wcale nie chciałem, by gospodarz dalej się bawił moim kosztem, a zdało się, iż w tym kierunku zmierzał jego nastrój. On z kolei, najpewniej poszedłszy po rozum do głowy, że nie jest rozsądnie zrażać do siebie lokatora, odrobinę się rozprężył i w lakonicznym stylu, w miarę możliwości obywającym się bez zaimków i czasowników posiłkowych, przedstawił to, co, jak mniemał, najbardziej mnie interesuje, a więc wyliczył zalety i wady miejsca, które miałem wynająć. Kwestie te przedstawił nader inteligentnie i ośmieliłem się zaproponować, iż odwiedzę go nazajutrz. Widać było wyraźnie, że nie jest rad memu ponownemu najazdowi, ja jednak przybędę. To zaskakujące, jak bardzo towarzyskim człowiekiem czuję się w porównaniu z nim.

Mocne ciemne piwo angielskie (przypisy tłumacza). [wróć]

Rozdział II

Wczorajsze popołudnie było mgliste i chłodne, na poły więc byłem przekonany, czy lepiej spędzić je przy kominku w gabinecie, czy brnąć przez wrzosowiska i błoto do Wichrowych Wzgórz. Kiedy jednak wracałem do siebie z obiadu (notabene obiaduję między dwunastą a pierwszą, gdyż gospodyni – prawdziwa matrona, którą, jak inne elementy wyposażenia, wynająłem wraz z domem – albo nie mogła, albo nie chciała pojąć, że mogłaby mi podawać posiłek o piątej) i pokonawszy schody z tym leniwym postanowieniem w głowie, otworzyłem drzwi do swego pokoju, zobaczyłem, jak klęcząca w otoczeniu szczotek i węglowych wiader służąca wznieca piekielny pył, gasząc płomienie szuflami popiołu. Widok ten sprawił, że – nie zwlekając – chwyciłem kapelusz i po czteromilowym marszu znalazłem się u wejścia do ogrodu pana Heathcliffa w samą porę, aby umknąć przed pierwszymi płatkami śnieżycy.

Na gołej grani wzgórza ziemia była czarna i ścięta lodem; powietrze zaś tak zimne, że cały dygotałem. Nie mogąc rozpiąć łańcucha, przeskoczyłem ogrodzenie i pobiegłem kamienną dróżką między kolczastymi krzewami agrestu, by potem tak długo na próżno stukać do drzwi, że knykcie mi zdrętwiały, a psy zaczęły wyć.

„Niegodziwi domownicy – zakrzyknąłem w duchu – zasłużyliście na wieczystą izolację od całego gatunku za swą grubiańską niegościnność. Ja przynajmniej nigdy za dnia nie trzymam drzwi zawartych. Niech się dzieje, co chce – wchodzę!”. To postanowiwszy, chwyciłem za klamkę i gwałtownie szarpnąłem nią kilkakroć.

Z okienka w stodole wynurzyła się kwaśna jak ocet twarz Josepha.

– A to z czem znowu? – krzyknął. – Pan jestże ci w kurniku. Trza obejść aż do końca, jak chcecie z nim porozmawiać.

– A nie ma w środku nikogo, żeby mi drzwi otworzył? – zawołałem w odpowiedzi.

– Nikoguchno, jest tylko pani, ale ta za nic nie otworzy, choćbyście i do nocy łoskot robili.

– Ale dlaczego? Nie możesz jej, Josephie, powiedzieć, że to ja?

– Co to, to nie. Ja tam się do tego nie mieszam – mruknęła głowa i znikła.

Śnieg ustawicznie gęstniał. Gdy znowu sięgnąłem do klamki, aby ponowić próbę, pojawił się za mną młodzieniec bez płaszcza z widłami na ramieniu i krzyknął, bym za nim podążył. Minęliśmy pralnię, zagracone pomieszczenie ze składzikiem węgla, pompą i gołębnikiem, by nareszcie dotrzeć do obszernego, ciepłego i radosnego miejsca, gdzie poprzedniego dnia zostałem przyjęty. Błogo się rozprężyłem w cieple bijącym od wielkiego ognia z węgla, torfu i drewna, a z jakąż przyjemnością przy stole nakrytym już do sutej kolacji dojrzałem panią domu, istotę, której istnienia wczoraj nie przeczuwałem. Ukłoniłem się i czekałem, mniemając, że zaprosi mnie, bym usiadł, ona tymczasem spojrzała na mnie i wyprostowała się w fotelu, ale poza tym pozostała nieporuszona i milcząca.

– Podła pogoda – oznajmiłem. – Lękam się, pani Heathcliff, że drzwi może będą wymagały troski z racji niedbałości służby, sporo bowiem musiałem się namęczyć, zanim mnie usłyszeli.

Nawet nie rozchyliła ust. Ja patrzyłem – patrzyła i ona; mierzyła mnie spojrzeniem zimnym i obojętnym, które było nader konsternujące i nieprzyjemne.

– Niech pan siada – burknął młodzian. – On zaraz będzie.

Posłuchałem. Chrząknąłem i zawołałem podstępną Juno, która przy tym drugim spotkaniu raczyła poruszyć samym koniuszkiem ogona, jakby w ten sposób odpowiadała na moje powitanie.

– Piękne zwierzę – spróbowałem raz jeszcze. – Czy zamierza się pani pozbyć małych, madame?

– Nie moje – odparła przemiła gospodyni i nie wiem, czy sam pan Heathcliff byłby w stanie zrobić to w sposób bardziej zniechęcający.

– A więc to są pani ulubieńcy? – nie dawałem za wygraną, zwracając się ku burej poduszce, na której spoczywało coś jakby koty.

– Osobliwi ulubieńcy! – zauważyła z przekąsem, okazało się bowiem, że to zdechłe króliki.

Zakaszlałem ponownie i przysunąłem się do kominka, powtarzając uwagę o brzydocie wieczoru.

– Lepiej było nie wychodzić z domu – odparła, wstała i zdjęła z kominka dwie pomalowane szkatułki.

Uprzednio nie padało na nią światło, dopiero teraz mogłem wyraźnie dostrzec jej postać i oblicze. Szczupła, ledwie zostawiła za sobą czas dziewczęcy, figurę miała wyborną i twarzyczkę tak śliczną, że nie wiem, czy miałem kiedyś przyjemność widzieć bardziej urodziwą. Rysy delikatne i subtelne, lniane czy może raczej złote loki spływające na wdzięczną szyję, oczy, których spojrzeniu, gdyby chciało być przyjazne, nie dałoby się oprzeć – prawdziwe więc to szczęście dla mego wrażliwego serca, iż uczucie, któremu dawały wyraz, wahało się między pogardą a desperacją, w tej sytuacji osobliwie zaskakującą.

Ledwie mogła dosięgnąć szkatułek, zrobiłem więc ruch, aby służyć swym ramieniem, ale zareagowała jak skąpiec, któremu ktoś próbował pomóc liczyć złoto.

– Nie potrzebuję pana pomocy – prychnęła. – Sama dam sobie radę.

– Najmocniej przepraszam! – spiesznie zapewniłem.

– Zaproszono pana na herbatę? – rzekła surowo i obwiązawszy się w biodrach fartuchem, z liśćmi herbaty na łyżce nachyliła się nad garnkiem.

– Z przyjemnością wypiję filiżankę – oznajmiłem.

– Zaproszono? – powtórzyła.

– Nie – przyznałem z lekkim uśmiechem. – Niemniej pani jest znakomitą osobą, by to zrobić.

Odłożyła na miejsce herbatę z łyżką i całą resztą, by ponuro znowu wrócić na dawne miejsce. Czoło miała zmarszczone, a czerwoną dolną wargę wydęła niczym dziecko zaraz gotowe się rozpłakać.

Młodzieniec tymczasem naciągnął jakiś naprawdę byle jaki kaftan i oparłszy się o kominek, popatrywał na mnie kątem oka dokładnie tak, jakby istniała między nami jakaś śmiertelna, a niezałatwiona ansa. Nie mogłem się zdecydować: należy do służby czy nie? Język i odzienie miał prostackie, nie było w nim ani odrobiny tej godności, którą natychmiast widziało się u pana i pani Heathcliff. Gęste brązowe kędziory nie były pielęgnowane, bokobrody panoszyły się na policzkach, ręce miał ogorzałe jak najzwyklejszy parobek, nosił się jednak swobodnie i jakby nawet pysznie, nie pokazywał też nic z uniżoności, jaką służba demonstruje wobec pani domu. Nie znajdując poszlak, które określałyby jego status, uznałem, że najlepiej będzie nie zwracać uwagi na jego zachowanie; minęło pięć minut i przybycie Heathcliffa do pewnego stopnia oswobodziło mnie z niezręcznej sytuacji.

– Jak pan widzi, zjawiam się zgodnie z obietnicą – zawołałem w sposób, zakładam, radosny – a na dodatek obawiam się, że przez najbliższe pół godziny będę uwięziony przez pogodę, jeśli zechce mi pan na ten czas udzielić schronienia.

– Pół godziny? – powtórzył, strzepując z ubrania białe płatki. – Dziwne, doprawdy, że wybrał pan sobie śnieżycę, żeby się tu przybłąkać. Wie pan, że mógł się pan zgubić na mokradłach? Przy takiej pogodzie nawet ludzie znający okolicę często mylą drogę, a ja panu powiem, że nie widać żadnych szans na zmianę.

– Może wziąłbym sobie na przewodnika któregoś z pańskich ludzi, który do rana mógłby zostać w Drozdowej Ostoi. Mógłby mi pan jakiegoś przydzielić?

– Nie mógłbym.

– Hm, doprawdy? Cóż, będę się musiał zdać na własny pomyślunek.

– Też coś!

– To jak, będzie w końcu ta herbata? – spytał natarczywie „byle jaki kaftan”, wzrok przeniósłszy ze mnie na młodą damę.

– Czy on także ma dostać? – dama zwróciła się z pytaniem do Heathcliffa.

– Podasz ją wreszcie czy nie? – brzmiała odpowiedź tak grubiańska, że aż się wzdrygnąłem.

Słowa te odsłoniły charakter naprawdę niemiły i teraz za nic nie nazwałbym Heathcliffa znakomitym jegomościem. Kiedy wszystkie przygotowania były już zrobione, burknął pod moim adresem: „A teraz niech pan sobie przysunie krzesło, sir”, po czym wszyscy włącznie z rustykalnym młodzianem zasiedliśmy wokół stołu, a gdy zajęliśmy się jedzeniem, zapadła surowa cisza.

W mniemaniu, że to ja spowodowałem chmurny nastrój, czułem się w obowiązku spróbować go rozproszyć. Niepodobna przecież, żeby codziennie siedzieli tacy naburmuszeni i milczący, a jakkolwiek ponure mieli usposobienie, nie mogli przecież przez cały dzień utrzymywać takiej posępności na obliczach.

– Osobliwa to rzecz – zacząłem w przerwie między opróżnieniem jednej filiżanki herbaty a otrzymaniem drugiej – doprawdy, jak bardzo zwyczaj może modelować nasze gusta i idee. Niejeden znalazłby się osobnik, panie Heathcliff, który nie potrafiłby sobie wyobrazić, iż można żyć szczęśliwie na takim odludziu, ja jednak ośmielę się rzec, że gdy ma się taką jak pan rodzinę, a nad spokojem domowego ogniska czuwa tak przemiła dama, jak pańska…

– Przemiła moja dama! – przerwał mi z diabolicznym niemal szyderstwem na twarzy. – A gdzie też ona?

– Mam oczywiście na myśli panią Heathcliff, pańską małżonkę.

– Aha, pojmuję, sugeruje pan, że jej duch stał się aniołem stróżem i baczy na pomyślność Wichrowych Wzgórz nawet wtedy, gdy ciało odeszło. Czy tak?

Zrozumiawszy, że palnąłem gafę, usiłowałem ją naprawić. Powinienem przecież był zauważyć, iż różnica wieku jest zbyt wielka jak na małżeństwo. On miał około czterdziestki, był więc w wieku, kiedy mężczyźni rzadko karmią się iluzją, iż dziewczyna wyjdzie za nich z miłości; to marzenie jest zarezerwowane dla lat prawdziwie schyłkowych. Ona nie miała nawet siedemnastu lat.

Wtedy mnie olśniło. „Jej mężem może być ten klaun u mego boku, który chłepcze herbatę prosto z rondla, a po chleb sięga niemytymi rękami, rzecz jasna, Heathcliff junior. Oto i konsekwencja pogrzebania się żywcem: rzuciła się w ramiona tego gbura z prostej niewiedzy, że istnieją lepsze indywidua! Smutna nader sytuacja; muszę baczyć, aby jak najmniej dawać jej powodu, by żałowała swego wyboru”. Ta ostatnia refleksja zdać się może zarozumiała, chociaż taka nie była. Osobnik siedzący obok mnie robił wrażenie, że ujmę to delikatnie, raczej odrażające. Co do mnie, to z doświadczenia wiedziałem, iż jestem dość znośny.

– Pani Heathcliff jest moją synową – rzekł gospodarz, potwierdzając moje przypuszczenie, a mówiąc te słowa, rzucił jej spojrzenie osobliwe, pełne nienawiści, chyba że jego wyraz twarzy w przeciwieństwie do większości ludzi, nie pozwalał interpretować języka duszy.

– Ach, oczywiście, rozumiem, to pan jest szczęśliwym posiadaczem tej dobroczynnej wróżki – powiedziałem z ożywieniem, zwracając się do sąsiada.

Teraz było jeszcze gorzej; młodzieniec spurpurowiał, a pięść zacisnęła mu się w niewątpliwie morderczym zamiarze, ostatecznie jednak zapanował nad sobą i burzę wyładował w nieprzystojnym przekleństwie, które wymamrotał pod moim adresem, a na które ja rozważnie nie zwróciłem uwagi.

– Nader pan niefortunnyś w swych przypuszczeniach, sir – zauważył pan domu. – Żaden z nas nie ma przywileju posiadania pańskiej dobroczynnej wróżki. Jej małżonek nie żyje. Skoro zaś powiedziałem, iż jest moją synową, wynika z tego, że wyszła za mojego syna.

– A zatem ten młody człowiek…

– Z całą pewnością nie jest moim synem.

I uśmiechnął się Heathcliff w sposób, który sugerował, iż niesmacznym doprawdy żartem było przypuszczenie, że to on mógł ojcować podobnemu niedźwiedziowi.

– Nazywam się Hareton Earnshaw – oznajmił ponuro tamten – i radzę odnosić się do tego z respektem.

– Nie może być wszak mowy o despekcie z mojej strony – odrzekłem, w duchu zaśmiewając się z napuszenia, z jakim została dokonana owa prezentacja.

Wpatrzył się we mnie dłużej, niż gotów byłem utrzymać spojrzenie, lękałem się bowiem, że wtedy będę miał ochotę albo zdzielić go po głowie, albo dać wyraz swemu rozbawieniu. Wyraźnie poczułem, że nie ma dla mnie miejsca w tym miłym rodzinnym kręgu. Górę wziął posępny nastrój, który bardziej niż zneutralizował miłe fizyczne aspekty otoczenia. Postanowiłem, że mieć się będę na baczności, zanim po raz trzeci znajdę się pod tym dachem.

Kiedy dojedliśmy do końca specjały, a w trakcie nie padło żadne słowo towarzyskiej pogawędki, podszedłem do okna, aby zbadać, jak się ma rzecz z pogodą. Widok był przygnębiający, przedwcześnie nastał mrok nocy, a niebo i wzgórza zlały się w jeden nieprzyjazny wir wiatru i dławiącego śniegu.

– Nie sądzę, bym mógł teraz wrócić do domu bez przewodnika – wyrwał mi się okrzyk. – Droga będzie zasypana, a i tak nie widziałbym nic przed sobą ani na krok!

– Hareton, zagoń owce do stodoły, zasypie je dokumentnie, jak zostaną za ogrodzeniem. I zastaw im wyjście deską.

– A co ja mam czynić? – obstawałem przy swoim z rosnącą irytacją.

Nikt nie odpowiedział na moje pytanie, a kiedy odwróciłem się od okna, zobaczyłem tylko Josepha, który wnosił wiadro kaszy dla psów, i panią Heathcliff, która pochylona nad ogniem, bawiła się wrzucaniem weń zapałek, które spadły z kominka, gdy umieszczała na nim puszkę herbacianą. Joseph, pozbywszy się swego brzemienia, krytycznym wzrokiem ogarnął pokój, a potem wychrypiał:

– Dziwno mi tylko, co to tera za moda nastała, żeby sobie próżniaczyć, kiedy wszystkie inne do roboty ido! Ale dla was to żadna nowina i nie ma co tu strzępić jęzora po próżnicy. Nigdy sobie nie zboczycie z tych przeklętych dróżek, aż was tak jak waszo matke wprost zaprowadzo na łono Belzebuba!

Przez chwilę pomyślałem, że cała ta przemowa skierowana jest do mnie, prawdziwie więc wzburzony postąpiłem w kierunku szubrawca z zamiarem wyrzucenia go kopniakami za drzwi, ale powstrzymała mnie odpowiedź pani Heathcliff.

– Obrzydliwy stary hipokryto! – zawołała. – Nie boicie się, że ilekroć wymówicie imię diabła, ten się zjawi, aby za życia porwać was ze sobą?! Ostrzegam, nie prowokujcie mnie, bo go poproszę, aby zechciał mi wyświadczyć tę przysługę i przygarnął was do siebie! Nie, zaraz, zerknijcie no tu, Josephie – ciągnęła, zdejmując z półki ciężką księgę – a zaraz wam pokażę, ile już sobie przyswoiłam z czarnej magii. Jeszcze tylko odrobinkę, a będę się w niej wyznawała jak w domu. Nie zdechła krasula z przypadku, a wasz reumatyzm nie jest dopustem Bożym!

– Ach, wy niegodziwa, wy grzesznico – sapnął stary. – Panie, chroń nas ode Złego! Amen.

– Was chronić? Jesteście zatwardzialcem i wyrzutkiem, precz stąd, bo pożałujecie! Mam was wszystkich ulepionych w wosku i glinie, a pierwszy, który przekroczy wyznaczone przeze mnie granice, zaraz… Nie, nie powiem, co się z nim stanie, ale sami zobaczycie! No już, wynoście się i pamiętajcie, że mam na was oko!

Mała wiedźma nasyciła spojrzenie pięknych oczu taką szyderczą złośliwością, że Joseph, trzęsąc się z najprawdziwszego przerażenia, wypadł na zewnątrz, mamrocząc pod nosem modły i powtarzając: „Niegodziwa, niegodziwa”. Uznawszy, że zachowanie podyktowała jej ponura jakaś uciecha, spróbowałem teraz, gdy zostaliśmy już tylko we dwoje, zainteresować ją moim strapieniem.

– Pani Heathcliff – odezwałem się z powagą – musi mi pani wybaczyć, że panią kłopoczę, co ośmielam się zrobić z tej racji, iż osoba z taką twarzą nie jest w stanie poskromić dobroci swego serca. Proszę mi wskazać jakieś znaki orientacyjne, które pozwolą mi rozpoznać drogę do domu. Prędzej pani wiedziałaby, jak się dostać do Londynu, niż ja do siebie.

– Najlepiej wrócić tędy, którędy pan przyszedł – odrzekła, zagłębiając się w fotelu ze świecą w ręce i grubą książką, którą otworzyła przed sobą. – Rada krótka, ale najlepsza, jakiej mogę udzielić.

– Kiedy zatem usłyszy pani, iż znaleziono mnie martwego w bagnie czy w jakimś wykrocie pełnym śniegu, sumienie nie podszepnie pani, że to po części pani wina?

– A czemu to? Nie mogę pana eskortować, gdyż nie dadzą mi wypuścić się dalej niż do ogrodowego muru.

– Pani! Nie wybaczyłbym sobie, gdybym panią poprosił, aby zechciała pani w moim interesie przestąpić próg w tak nikczemną pogodę. Nie, wszak proszę, by mi pani powiedziała, nie zaś pokazała, jak mam wracać. Albo nakłoniła pana Heathcliffa, aby mi dał przewodnika.

– A kogo to? Jest tylko on, Earnshaw, Zillah i Joseph. Kogóż z nas by pan wolał?

– Nie ma tu żadnych parobków?

– Nie, to już wszyscy.

– Z tego wynika, że muszę tutaj zostać.

– A to niech już pan sobie uzgadnia z gospodarzem. Ja nie mam z tym nic wspólnego.

– Mam nadzieję, że dobra będzie to dla pana nauczka, żeby się nie wypuszczać na nieprzemyślane eskapady po tych wzgórzach – dobiegł od strony kuchni surowy głos Heathcliffa. – Co się zaś tyczy noclegu, nie mam ja żadnych udogodnień dla gości; musiałby pan wtedy dzielić łóżko z Haretonem lub Josephem.

– Mogę się przespać na fotelu w tym pokoju.

– O nie, nie, nie! Obcy to obcy, bogaty czy biedny. Ani myślę zostawiać tutaj kogoś, jeśli nie mogę mieć go na oku – odparł nieokrzesany gbur.

Ta zniewaga wyczerpała resztki mojej cierpliwości. Prychnąłem z obrzydzeniem i przepchnąłem się obok niego na podwórze tak spiesznie, iż niemal zderzyłem się tam z Earnshawem. Było tak ciemno, że nie wiedziałem, którędy mam się oddalić, a gdy tak kręciłem się w kółko, otrzymałem kolejną próbkę dwornych obyczajów, jakie między nimi panowały. Na początek młodzieniec gotów był mi chyba pomóc.

– Odprowadzę go do parku – odezwał się.

– Diabła tam odprowadzisz! – krzyknął jego pan, jakiekolwiek relacje między nimi istniały. – A kto niby doglądnie koni, hę?

– Więcej znaczy ludzkie życie niż jeden wieczór zaniedbania koni, ktoś iść musi – mruknęła pani Heathcliff bardziej życzliwie, niż mogłem się spodziewać.

– Nie na twój rozkaz! – prychnął Hareton. – Jak ci wpadł w oko, lepiej się nie odzywaj.

– W takim razie mam nadzieję, że jego duch będzie cię prześladował, a prędzej Drozdowa Ostoja obróci się w ruinę, niż pan Heathcliff znajdzie następnego dzierżawcę! – odrzekła ostro.

– Jako żywo, miota ci na nich urokami – mruczał pod nosem Joseph, na którego wziąłem kurs.

Siedział tak, iż wszystko mógł słyszeć, i doił krowy przy świetle latarni, którą bezceremonialnie złapałem i krzycząc, że jutro ją odeślę, skoczyłem ku jakiemuś, zdaje się, wyjściu.

– Panie, panie, złupił mi latarnię! – wrzasnął staruch, biegnąc za mną. – Ej, Gnasher! I ty, Wolf! Bierzcie go, pieski!

Zza małych drzwiczek wypadły dwa kudłate potwory i rzuciły mi się do gardła, powalając na ziemię oraz gasząc światło, podczas gdy szyderczy chichot Heathcliffa i Haretona ukoronował moją wściekłość i upokorzenie. Na szczęście bestiom bardziej zależało na eksponowaniu pazurów, ujadaniu oraz wywijaniu ogonami niż na pożarciu mnie żywcem, niemniej nie zniosłyby najmniejszego oporu, musiałem więc posłusznie leżeć, zanim ich podli władcy zechcieli mnie oswobodzić. Wtedy, bez kapelusza, rozdygotany z gniewu, kazałem nikczemnikom, by mnie wypuścili – gdyż tylko na swoją zgubę mogą mnie przetrzymywać choćby chwilę dłużej – okraszając to niezbyt składnymi groźbami odwetu, których bezdenna złowrogość przywodziła na myśl króla Leara.

Z powodu silnego wzburzenia puściła mi się z nosa krew; Heathcliff dalej się śmiał, ja wciąż się wściekałem. Sam nie wiem, czym by się to wszystko skończyło, gdyby nie znalazła się na podorędziu osoba bardziej rozsądna ode mnie i bardziej życzliwa od mego gospodarza. Była to zarządzająca domem, krępa Zillah, która w końcu wyszła na zewnątrz, aby zobaczyć, co jest przyczyną zgiełku. Pomyślała, iż któryś z mężczyzn podniósł na mnie rękę, a że nie miała odwagi zaatakować pracodawcy, całą swą wokalną artylerię skierowała przeciw młodemu nicponiowi.

– Panie Earnshaw! – krzyknęła. – Ciekawe, co jeszcze pan wymyślisz? Będziemy tu sobie ludzi mordować na samym progu domu? Do tego z pewnością ja nie dopuszczę; przecież ten biedak mało się nie udusi. Gdzie tam, mowy nie ma, żebyś pan w takim stanie gdzieś szedł. Tutaj, tutaj, opatrzę ja pana, tylko trzymaj się pan.

Mówiąc to, znienacka wylała mi na kark kwartę lodowatej wody i pociągnęła do kuchni. Pan Heathcliff podążył za nami, a chwilową wesołość zaraz zastąpiła jego normalna posępność.

Czułem się z każdą chwilą coraz gorzej: kręciło mi się w głowie, sił mi nie dostawało; chcąc nie chcąc zatem, musiałem zaakceptować schronienie pod jego dachem. Polecił Zillah, żeby dała mi szklaneczkę brandy, a potem oddalił się gdzieś do wnętrza domu. Zillah usiłowała jakoś mnie pocieszyć w moim smutnym położeniu, a gdy nieco odżyłem, zgodnie z poleceniem zaprowadziła mnie do łóżka.

Rozdział III

Prowadząc mnie po schodach, Zillah zalecała, abym osłonił świecę i nie robił hałasu, gdyż pan miał bardzo dziwne podejście do pokoju, w którym miała mnie umieścić, i że dobrowolnie nigdy by tam nikogo nie ulokował. Spytałem o przyczynę, ale odrzekła, że nie wie, pracuje tu dopiero rok czy dwa, a tyle się tu zaskakujących rzeczy dzieje, że lepiej niczemu się nie dziwić.

Jako że sam byłem zbyt oszołomiony, by się dziwić, zawarłem drzwi i rozejrzałem się po pokoju. Całe umeblowanie stanowiły: fotel, komoda na ubrania oraz dębowa skrzynia z górnymi narożnikami ściętymi tak, że przypominała okna jakiejś karety. Kiedy podszedłem bliżej i zajrzałem do środka, zobaczyłem całkiem osobliwy rodzaj sofy, która w razie potrzeby mogłaby dać w miarę przytulne miejsce każdemu członkowi rodziny. Był to w istocie niewielki gabinecik, w którym parapet okna służył za stolik. Odemknąłem ruchome skrzydła, wszedłem do środka ze świecą, a gdy zasunąłem je za sobą, poczułem się zabezpieczony przed wścibstwem Heathcliffa i każdego innego intruza.

W rogu parapetu, na którym ustawiłem świecę, leżał stosik nadpleśniałych książek, a na jego powierzchni były wyskrobane w farbie napisy. Różnej wielkości i kształtu literami wypisane było imię „Catherine Earnshaw”, które zamieniało się w „Catherine Heathcliff”, a wreszcie w „Catherine Linton”.

W bezmyślnym roztargnieniu oparłem głowę o szybę i powtarzałem: Catherine Earnshaw – Heathcliff – Linton, aż wreszcie powieki mi opadły, ale nie minęło pięć minut, gdy z ciemności wynurzyła się jak widmo jarząca biel liter i w powietrzu zaroiło się od imienia Catherine. Gdy się poderwałem, aby odegnać natrętne imię, zobaczyłem, że świeca opiera się o jeden ze starych woluminów i napełnia pomieszczenie swądem podpiekanej cielęcej skóry. Zdmuchnąłem płomień i czując się niesporo z racji zimna i mdłości, otrząsnąłem się i nadpalony tom rozłożyłem na kolanach. Było to Pismo Święte, wydrukowane małą czcionką i straszliwie zbutwiałe. Na stronie przedtytułowej dostrzegłem napis „To książka Catherine Earnshaw” i datę sprzed mniej więcej ćwierci wieku. Sięgnąłem po następny tomik i następny, aż wreszcie przejrzałem je wszystkie. Biblioteczka Catherine była starannie dobrana, a stopień jej zużycia wyraźnie sugerował, iż często z niej korzystano, aczkolwiek nie całkiem zgodnie z przeznaczeniem, skoro żaden niemal rozdział nie uniknął atramentowych komentarzy – tak to przynajmniej wyglądało – które nierzadko zajmowały całe wolne miejsce zostawione przez drukarza. Czasami były to pojedyncze zdania, niekiedy notatki nabierały kształtu regularnego dziennika prowadzonego niewyrobioną, dziecięcą ręką. Na szczycie wolnej kartki (która najpewniej została odkryta jako prawdziwy skarb) ze szczerym rozbawieniem dostrzegłem znakomitą karykaturę mego przyjaciela Josepha, szkicową, ale znakomicie uchwyconą. Natychmiast rozgorzało we mnie zainteresowanie nieznaną Catherine, zacząłem więc odcyfrowywać jej zapiski.

Okropna niedziela, zaczynał się wpis. Chciałabym, żeby ojciec wrócił. Hindley okropny jako zastępca, jego stosunek do Heathcliffa – wstrętny. H. i ja chcemy się zbuntować; dzisiaj wieczór pierwszy krok. Cały dzień lało, nie mogliśmy iść do kościoła, więc Joseph musiał nas zebrać na modlitwę na strychu. Podczas gdy Hindley i jego żona siedzieli sobie wygodnie przed ogniem – i nawet nie sięgnęli do Biblii, mogę przysiąc – Heathcliff, ja i nieszczęsny parobek musieliśmy wziąć swoje modlitewniki i wspiąć się na górę; siedliśmy w rządku na workach ziarna, pojękując, dygocząc i mając nadzieję, że także Joseph będzie miał dreszcze i wszystko się skończy na jego krótkim kazaniu, ale gdzie tam! Trwało wszystko dobre trzy godziny, a przecież kiedy schodziliśmy, mój brat miał czelność zawołać: „Co, już koniec?”. W niedzielne wieczory pozwalano nam dawniej się bawić, jeśli nie robiliśmy przy tym zbytniego hałasu; teraz wystarczy mały chichot, żeby nas stawiano do kąta. „Zapominacie, że macie tu pana”, powtarza tyran. „Rozszarpię pierwszego, kto mnie rozdrażni. Domagam się zupełnej powagi i ciszy. Zaraz, to ty? Frances, kochanie, przechodząc koło tego nicponia, wytargaj go za włosy, bo strzelił z palców”. Frances z wielkim zapałem wzięła się do targania, żeby potem wrócić na kolana męża. Jak dwójka dzieci potrafili tak całymi godzinami całować się i wygadywać bzdury: durna paplanina, której wszyscy powinniśmy się wstydzić. Najwygodniej jak mogliśmy, ulokowaliśmy się w niszy pod kredensem; ledwie powiązałam nasze fartuszki, żeby zrobić z nich zasłonę, kiedy wraca ze stajni Joseph, zrywa moją robotę, wykręca mi uszy i drze się: „Pana ledwie co pochowali, jeszcze ci sobota nie minęła, jeszcze macie w uszach Ewangelie, a wy nic, tylko się bawić i bawić! Wstyd za was, bachory! Siedźta no spokojnie, dość tu jest pobożnych książek, żebyśta sie zatroszczyli o swoje dusze!”. Wykrzykując to, tak nas pousadzał, żebyśmy w marnym blasku płomienia z kominka widzieli te szpargały, które nam wcisnął. Dla mnie było to nie do zniesienia, chwyciłam więc swoje opasłe tomiszcze za grzbiet i cisnęłam do psiej budy, krzycząc, że nienawidzę pobożnych książek. Heathcliff jednym kopniakiem swoją umieścił w tym samym miejscu. I dopiero się zaczęła awantura. „Panie Hindley!”, wydarł się nasz duchowy opiekun. „Panie, panie, szybko tutaj, szybciuchno! Panna Cathy urwała okładkę Przyłbicy Zbawienia, a Heathcliff szatańsko swojo złość wyżył na Drodze do piekła. Nie do pomyślenia, że im pan na to pozwolenie daje! A był człek, który ich w ryzach trzymać umiał, ale co począć, jak już go nie ma!”.

Hindley natychmiast opuścił swój raj na ziemi i przybiegł do nas, by jedno ułapiwszy za kołnierz, a drugie za ramię, powlec nas do tylnej kuchni, gdzie też – Joseph nie omieszkał zapewnić – jeszcze za życia Czort nas porwie, więc każde z nas poszukało jakiegoś kącika, który pozwoli w miarę wygodnie czekać na spełnienie się przepowiedni. Wyszukałam na półce tę książkę i kałamarz, uchyliłam drzwi od domu, żeby mieć odrobinę światła, i już dwadzieścia minut piszę. Mój towarzysz jednak zaczął się niecierpliwić i zaproponował, żebyśmy wzięli pelerynę dojarki i w takim okryciu wymknęli się na wrzosowiska. Miła to sugestia – a gdyby wredny staruch zajrzał, może to uznać za spełnienie jego proroctw – bo nie będzie nam na deszczu zimniej i bardziej mokro niż tutaj.

Musiała Catherine spełnić swój zamiar, gdyż następny wpis jest już bardziej płaczliwy.

Nigdy bym nie przypuściła, że będzie mógł Hindley wprawić mnie w taką żałość. Głowa tak mnie boli, że nie mogę jej utrzymać na poduszce, a przecież nie jestem w stanie powstrzymać łez. Biedny Heathcliff! Hindley wyzywa go od włóczykijów i nie tylko nie pozwala mu z nami ani siedzieć, ani jeść, ale także zakazał nam wspólnych zabaw, grożąc, iż wyrzuci go z domu, jeśli będziemy nieposłuszni. Pomstuje na naszego ojca (jak w ogóle śmie?!), że zbyt łaskawie traktował H., i odgraża się, że on go już nauczy moresu…

Głowa zaczęła mi się sennie kiwać nad mętniejącą stroną, oczy wędrowały między pismem. Zobaczyłem czerwony ozdobny tytuł: Siedemdziesiąt i siedem razy i pierwszy raz z siedemdziesiątego pierwszego. Pobożne kazanie wygłoszone przez wielebnego Jabeza Branderhama w kaplicy Gimmerden Sough. I na pół tylko świadomie zastanawiając się, jak też mógł Jabez Branderham rozwinąć swój temat, powędrowałem do łóżka, gdzie pogrążyłem się we śnie. Oto jakie skutki mają marna herbata i marne samopoczucie! Cóż bowiem innego mogło mnie skazać na tak okropną noc? Od czasów, gdy już potrafiłem cierpieć, nie mogła się z nią równać żadna inna.

Ledwie straciłem poczucie miejsca, a już nadszedł sen. Zdało mi się, iż jest ranek, a ja ruszyłem w drogę do domu, mając za przewodnika Josepha. Śnieg leżał na jardy głęboki, a gdyśmy przezeń brnęli, towarzysz nieustannie dręczył mnie wyrzutami, iż nie mam ze sobą kija wędrownego. Bez takiego nie ma mowy, bym wyszedł z domu, co mówiąc, sam chełpliwie wymachiwał lagą z ciężką rękojeścią, tę bowiem, jak pojmowałem, zwał swoim kijem wędrownym. Przez chwilę zdało mi się jawnym absurdem, iż miałbym potrzebować takiego oręża, aby mieć wstęp do mego nowego domostwa, potem jednak błysnęła mi w głowie nowa myśl. Otóż wędrowaliśmy, aby wysłuchać sławetnego Jabeza Branderhama, jak wykłada swe Siedemdziesiąt i siedem razy, i albo Joseph, albo kaznodzieja, albo ja zawiniliśmy raz „pierwszy z siedemdziesiątego pierwszego”, czego efektem po publicznym napiętnowaniu miała być ekskomunika.

Dotarliśmy do kaplicy. Podczas spacerów dwakroć czy trzykroć już ją mijałem: leży między dwoma wzgórzami w zagłębieniu opodal bagniska, którego mokry torf ma, jak powiadają, wszelkie dane po temu, aby zabalsamować owych kilka złożonych tam zwłok. Dach jak dotąd zachował się cały, ale ponieważ płaca duchownego wynosi ledwie dwadzieścia funtów per annum, żaden nie chce podjąć się zadań pastora, zwłaszcza że wedle ostatnich wieści wierni prędzej dadzą mu zemrzeć z głodu, niżby z własnej kieszeni mieli choćby pensa dołożyć do jego wynagrodzenia. We śnie jednak miał Jabez licznych i uważnych słuchaczy, a jego kazanie – na miły Bóg! – składało się z czterystu dziewięćdziesięciu części, każda długości normalnego kazania, każda też innemu poświęcona grzechowi! Nie mam pojęcia, skąd też on wszystkie je wydobył. Miał bardzo osobliwy sposób ich opisu, a nieodzowne się zdało, aby przy każdej nadarzającej się okazji bliźni popełniał nowy grzech. Były też one nader dziwaczne: występki, których nigdy dotąd nawet sobie nie wyobrażałem!

Z jakimż znużeniem przyszło mi walczyć! Jakże się wiłem, ziewałem, głowę w drzemkę opuszczałem i znowu podrywałem! Jakże się szczypałem i szturchałem samego siebie, przecierałem oczy, podrywałem się, siadałem, szturchałem Josepha, nagabując, czy skończy się to kiedyś. Skazany byłem na wysłuchanie wszystkich grzechów, aż wreszcie dotarł kaznodzieja do „pierwszego z siedemdziesiątego pierwszego razu”. W tym przełomowym momencie doznałem nagłego olśnienia: muszę powstać i wskazać Jabeza Branderhama jako tego, którego grzechów żaden chrześcijanin wybaczyć nie może.

– Sir! – wykrzyknąłem – siedząc tu ciurkiem w tych czterech ścianach, ścierpieć musiałem i wybaczyć czterysta dziewięćdziesiąt części pańskiego kazania. Siedemdziesiąt razy siedem razy chwytałem za kapelusz, aby się oddalić, i siedemdziesiąt razy siedem razy niedorzecznie zmuszałeś mnie, bym na powrót usiadł. Ale raz czterysta dziewięćdziesiąty pierwszy to już za wiele. Bracia w męczeństwie, ruszcież no na niego. Ściągnijcie go na dół i rozszarpcie na atomy, aby nie widziało go już więcej miejsce, które go zaznało!

– Tyś jest tym mężem!1 – zakrzyknął Jabez i po odczekaniu należnej chwili oparł się o poduszkę kazalnicy. – Siedemdziesiąt siedem razy wykrzywiałeś w ziewaniu swe lico i siedemdziesiąt siedem razy upominałem swą duszę: „Ach, słabość to ludzka, trzeba i tę wybaczyć”. Aż nadszedł raz pierwszy z siedemdziesiątego pierwszego. Bracia, wypełnijcie wyrok mu przepisany! Uradujcie wszystkich świętych Najwyższego!

Na te finalne słowa całe zgromadzenie z podniesionymi pielgrzymimi kijami zgodnie mnie otoczyło, a ponieważ nie miałem zupełnie czym się bronić, spróbowałem Josephowi, który najsrożej na mnie nacierał, wyrwać jego lagę. W tym wielkim harmidrze mnogie się kije skrzyżowały, a chociaż mierzyły we mnie, kogo innego trafiały. Nie trzeba było długo czekać, by cała kaplica rozbrzmiała ciosami i kontrciosami, każdy z obecnych rzucił się na swego sąsiada. Branderham zaś, aby nie zostać bezczynnym, pasję swą wyładował w lawinie soczystych grzmotnięć, którymi obdzielał pulpit, ten zaś odpowiadał tak dziarsko, że ku swojej niewymownej uldze wyrwałem się ze snu. I cóż takiego zasugerowało ów zgiełkliwy tumult? Cóż odegrało rolę Jabeza w całej tej awanturze? Zwykła jodłowa gałąź dotykająca framugi i pod nagłymi podmuchami uderzająca suchymi szyszkami w szybę! Podejrzliwie nasłuchiwałem jakąś chwilę, ale zmiarkowawszy, kto był owym intruzem, odwróciłem się na drugi bok i znowu zasnąłem, tyle że sen, jeśli to możliwe, był jeszcze bardziej nieprzyjemny od poprzedniego.

Tym razem, pamiętam, spoczywałem w dębowej skrzyni, wyraźnie słysząc porywisty wiatr i poszum gnanego przezeń śniegu. Co więcej, słyszałem też jodłową gałąź powtarzającą swój irytujący dźwięk, a chociaż nie miałem kłopotu z rozpoznaniem jego źródła, tak mnie denerwował, iż postanowiłem go w miarę możliwości uciszyć. Zdało mi się więc, że wstaję, żeby otworzyć okno, tyle że haczyk był przyspawany do oczka, co zauważyłem przed położeniem się spać, potem jednak zapomniałem. „Tak czy siak muszę zrobić z tym porządek”, mruknąłem, wybiłem kostkami dłoni szybę i wyciągnąłem rękę, żeby chwycić hałaśliwą gałąź, tymczasem palce zamiast na niej zamknęły się na małej, zimnej jak lód rączce! Ogarnęła mnie upiorna trwoga; rozpaczliwie szarpnąłem ramię, aby je wyrwać, ale dłoń mnie nie puszczała i usłyszałem żałobne kwilenie: „Wpuść mnie do środka, wpuść!”. „A ty kto zacz?”, spytałem, nie rezygnując z prób uwolnienia się. „Catherine Linton”, odrzekł drżący głos. (Czemu pomyślałem „Linton”, skoro dwadzieścia razy częściej czytałem „Earnshaw”?). „Chcę do domu, bo się zgubiłam na mokradłach!”. Słysząc to, niewyraźnie zobaczyłem też zaglądającą przez okno dziecięcą twarz. Ogarnęło mnie przerażenie i czując, że sam nie wyrwę się uściskowi, przyciągnąłem przegub ręki do zbitej szyby i tak zacząłem pocierać o jej krawędź, aż krew skapywała na pościel. Zjawa nie przestawała kwilić: „Wpuść mnie, wpuść mnie!”, przy czym coraz mocniejszy chwyt omal nie przyprawił o szaleństwo. „A jak mam to zrobić? – sapnąłem na koniec. – Musisz mnie najpierw puścić, żebym mógł cię wciągnąć!”. Palce się rozluźniły, pospiesznie więc wciągnąłem rękę przez otwór w szybie i natychmiast zastawiłem go piramidą książek, po czym zatkałem uszy, aby nie słyszeć żałosnego lamentu. Trwałem tak może przez kwadrans, wystarczyło jednak, że opuściłem dłonie, by zaatakowała mnie płaczliwa skarga! „Precz! Odejdź! – krzyknąłem. – Nie wpuszczę cię, nawet gdybyś błagała przez dwadzieścia lat”. „Bo też trwa to już dwadzieścia lat – poskarżył się głos. – Dwadzieścia lat już się błąkam!”. Na zewnątrz rozległ się jakiś chrobot i stos książek zachwiał się, jakby od tyłu pchnięty. Chciałem odskoczyć, nie mogłem jednak ruszyć żadnym członkiem, więc ogarnięty grozą wrzasnąłem w głos.

Ku memu stropieniu okazało się, że nie był to krzyk tylko wyśniony, gdyż do mych drzwi pospieszyły jakieś kroki, czyjaś ręka zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi, a na szczyt łóżka padło światło poprzez górne otwory mego buduaru. Usiadłem rozdygotany i otarłem pot z czoła, podczas gdy stojący w progu chyba się zawahał i mruknął coś pod nosem, by na koniec, bardziej do siebie niż w oczekiwaniu jakiejś odpowiedzi, rzucić:

– Jest tu kto?

Uznałem, że najlepiej będzie się ujawnić, po głosie bowiem poznałem Heathcliffa, a bałem się, że jeśli będę milczał, on zacznie badać sprawę dalej. W tej intencji odwróciłem się i pchnąłem ścianki, a nigdy nie zapomnę efektu, jaki wywołałem.

W wejściu pokoju, odziany w koszulę i spodnie, stał Heathcliff ze świecą skapującą mu na palce, a w jej blasku twarz jego była blada niczym widniejąca za nim ściana. Skrzyp dębowych odrzwi podziałał na niego jak wstrząs elektryczny. Świeca wypadła mu z ręki i legła, kołysząc się o kilka stóp od niego, a tak był zdetonowany, że nawet się po nią nie schylił.

– To tylko ja, pański gość, sir – zawołałem, aby mu oszczędzić upokorzenia, jakim jest zdradzenie się przed kimś ze strachem. – Nękany we śnie marą krzyknąłem niestety. Bardzo pana przepraszam za kłopot.

– Skaranie boskie, panie Lockwood! Żeby tak pana… – gospodarz nie dokończył zdania i tylko postawił świecę na krześle, widząc, iż nie może jej prosto utrzymać w dłoni. – Któż to pana tu przyprowadził? – ciągnął, wbijając paznokcie w dłonie i zaciskając zęby, aby o siebie nie dzwoniły. – Kto to był? Bo z największą ochotą osobę tę bym precz wygnał z domu.

– Pańska służąca, Zillah – odparłem, ześliznąwszy się na podłogę i w pośpiechu porządkując ubranie. – Nic nie mam przeciwko temu, by ją pan wygnał, panie Heathcliff, bo też całkiem sobie na to zasłużyła. Domniemam, że moim kosztem chciała zdobyć kolejny dowód, iż jest to miejsce nawiedzone. Zaiste też pełne jest ono duchów i zjaw, a ja mogę pana upewnić w tym, iż najlepiej trzymać je zamknięte. Nikt nie będzie panu wdzięczny za chwilę drzemki w tej jaskini!

– Co też pan wygadujesz i co tam wyrabiasz z odzieniem? – spytał Heathcliff. – Kładźżesz się na powrót, sir, i dokończ nocy, skoro już się tu znalazłeś. Obyś tylko nie powtarzał swoich przeraźliwych wrzasków, bo jak mi Bóg miły, głową możesz za to zapłacić!

– Gdyby ta mała czarownica dostała się do mnie przez okno, z pewnością by mnie zadusiła! – odciąłem się. – Ani myślę wystawiać się na dalsze prześladowania ze strony pańskich gościnnych przodków! Nie był aby wielebny Jabez Branderham pańskim krewnym? A ta diablica, Catherine Linton czy Earnshaw, jakkolwiek się zwała, to przecież jakiś wyklęty przez Boga podrzutek! Wyznała mi, że się wałęsa już dwadzieścia lat, co, nie wątpię, karą jest za jej doczesne grzechy! – Ledwie wypowiedziałem te słowa, kiedy przypomniałem sobie, że w książce była mowa o związku Catherine z Heathcliffem, co jakoś aż do tego momentu kompletnie mi umknęło z pamięci. Zarumieniłem się z powodu swojej nieuwagi, ale niczym więcej nie zdradzając, że świadom jestem swego lapsusu, szybko dodałem: – Chodzi o to, sir, że najpierw sporą część wieczoru spędziłem na… – Tutaj znowu urwałem, gdybym bowiem kontynuował, jak zamierzałem, „na przeglądaniu tych starych tomiszcz”, ujawniłbym swoją znajomość ich treści nie tylko wypisanej, ale i wydrukowanej, w mig się więc skorygowałem i zakończyłem: – na powtarzaniu miana wmalowanego tu na parapecie. Ot, takie sobie monotonne zajęcie, które podobnie jak liczenie ułatwić ma zaś…

Heathcliff nie dał mi mówić dalej, ogarnięty dzikim gniewem.

– Jak śmie ktoś mówić tak do mnie! – zagrzmiał. – I to… i to pod moim własnym dachem?! Na Boga, to chyba szalony jakiś człowiek! – krzyknął i wściekle uderzył się w czoło.

Nie wiedziałem, czy mam się oburzyć na ten język, czy też snuć swoje wyjaśnienia, ponieważ jednak zdał się Heathcliff silnie poruszony, pożałowawszy go, dalej trzymałem się swego snu i tłumaczyłem, że nigdy wcześniej nie słyszałem o żadnej Catherine Linton, kiedy więc teraz pamięć zaprzątnąłem tymi słowami, ucieleśniły się one w tworze wyobraźni, nad którym żadnej już nie miałem władzy. Heathcliff, spychając mnie, cofał się w cień, gdzie wreszcie przysiadł tak, iż niemal w ogóle go nie widziałem, aczkolwiek urywany i nieregularny oddech mówił o walce z jakąś gwałtowną emocją. Nie chcąc mu okazywać, iż dostrzegam jego konflikt, z hałasem zacząłem się ubierać, a potem spojrzałem na zegarek i dałem wyraz zdumieniu, iż noc tak się dłuży.

– Dopiero trzecia! Przysiągłbym, że musi już być szósta. Czas tu zastyga; przecież musieliśmy się położyć o ósmej.

– W zimie zawsze o dziewiątej, a wstajemy o czwartej – odparł gospodarz, tłumiąc jęk, przy czym wykonał taki ruch ręką, jakby ocierał łzy z oczu. – Panie Lockwood – dorzucił – może pan iść do mojego pokoju; jak pan zejdzie na dół tak wcześnie, będzie pan tylko zawadzał, a po tych pańskich dziecinnych okrzykach mój sen diabli wzięli.

– Z moim też nie jest lepiej – odrzekłem. – Podrepczę sobie na podwórzu aż do świtu, a potem ruszę w drogę. Zupełnie się wyleczyłem z chęci, by szukać uciechy w towarzystwie, czy to na wsi, czy w mieście. Rozumnemu człowiekowi powinno wystarczyć własne towarzystwo.

– Wyborna kompania! – mruknął Heathcliff. – Bierz pan sobie świecę i idź, gdzie chcesz, a ja zaraz do pana dołączę. Tylko od podwórka trzymaj się pan z daleka, bo psy spuszczone z łańcucha, a na dole w domu straż trzyma Juno… Nie, nie, trzymaj się pan schodów i korytarzy. Ale teraz dość już, niech pan idzie, ja się zjawię za dwie minuty.

Posłuchałem, owszem, co się tyczy opuszczania pokoju; kiedy jednak zastygłem na zewnątrz w bezruchu, niepewien, w które z wąskich przejść się skierować, stałem się mimo woli świadkiem zabobonnego zachowania, które w dziwnej stało sprzeczności z niewzruszonym, zdało się, zdrowym rozsądkiem gospodarza, ten bowiem wpełzł na łóżko i otworzył okiennicę, wybuchając niepohamowanym łkaniem, gdy się ku niej wychylił.

– Wejdź! Wejdź! – szlochał. – Cathy, proszę, wejdź. Tak, zrób to raz jeszcze! Ukochana moja Catherine, wysłuchaj mnie wreszcie!

Widmo okazało się tak kapryśne, jak to mają w zwyczaju widma, to znaczy nie dało znaku życia; przez otwór wdzierały się tylko śnieg i wicher, który dotarł aż do mnie i zdmuchnął światło.

Tyle było udręczonego bólu w tym nagłym wybuchu, że współczucie nie pozwoliło mi zważać na jego furiackość i wycofałem się, na wpół gniewny, że w ogóle to słyszałem, a na wpół zawstydzony, iż podzieliłem się moim nocnym zwidem, co stało się przyczyną takiego cierpienia. Dlaczego jednak, tego już nie pojmowałem. Ostrożnie podążyłem w dolne rejony i wylądowałam ostatecznie w kuchni na zapleczu, gdzie od kilku ledwie tlących się węgielków udało mi się przypalić świeczkę. Nic się nie poruszyło z wyjątkiem moręgowatej kotki, która wypełzła spomiędzy popiołów, aby mnie powitać kłótliwym miauknięciem.

Dwie przystawione do siebie ławy niemal szczelnie okalały palenisko; na jednej ułożyłem się ja, na drugiej kocica Grimalkin2. Oboje, zdaje się, przysnęliśmy, zanim ktoś zakłócił nam spokój, a tym kimś był Joseph, który odemknął klapę i spuścił z góry drabinę, pozwalającą wdrapać się na poddasze. Rzucił złowrogie spojrzenie na malutki płomyk, który udało mi się wyzwolić z żaru, zmiótł kocicę z jej podwyższenia i zająwszy zwolnione miejsce, rozpoczął mozolną operację nabijania tytoniem trzycalowej fajki. Moja obecność w jego sanktuarium została najwyraźniej odebrana jako bezczelność zbyt haniebna, aby o niej wspominać. W milczeniu umieścił cybuch w ustach, założył ręce na piersi i smacznie sobie pykał. Pozwoliłem mu oddawać się bez przeszkód tej przyjemności, a kiedy wyrzucił z fajki ostatni kłąb dymu, westchnął głęboko, powstał i oddalił się równie posępnie, jak przybył.

Po nim nadeszły kroki bardzie żwawe i już otwierałem usta do „dzień dobry”, gdy wnet je zamknąłem, gdyż oto Hareton Earnshaw sotto voce3 odmawiał poranną modlitwę, wyklinając każdy obiekt, który stanął mu na drodze, gdy usiłował znaleźć jakiś szpadel czy łopatę, aby odgarnąć śnieg sprzed domu. Z gniewnie poruszającymi się nozdrzami spojrzał chmurnie nad oparciem mojej ławki, gotów na taką samą wymianę uprzejmości ze mną, jak z kotem. Ponieważ z jego przygotowań zmiarkowałem, że będzie już można wyjść, porzuciłem swoje twarde łoże, chcąc podążyć za Earnshawem. Ledwie to zauważył, końcem szpadla machnął w kierunku drzwi wewnętrznych i nieartykułowanym dźwiękiem dał mi do zrozumienia, że jeśli chciałem zmienić miejsce, to udać miałem się tam.

Niewiasty już wstały i zabrały się do swoich zajęć: Zillah potężnymi dmuchnięciami wzbijała płomienie ku kanałowi komina, a pani Heathcliff klęczała przed paleniskiem i przy jego świetle czytała książkę. Oczy osłaniała ręką od żaru i wydawała się bez reszty oddana lekturze, odrywając się od niej tylko na moment potrzebny, by ofuknąć służącą, iż miota na nią iskry, czy odgonić psa, który uparcie pyskiem sięgał do jej twarzy. Zaskoczony ujrzałem również Heathcliffa, który zwrócony do mnie plecami stał przy ogniu, kończąc burzliwą scenę, którą urządził biednej Zillah. Ta co chwila odrywała się od swej pracy, aby rąbkiem fartucha otrzeć oko i wyrzucić z siebie oburzone stęknięcie.

– A ty, ty nędzna… – wybuchł Heathcliff, w chwili mojego wejścia, zwracając się do swojej synowej i używając określenia równie niewinnego jak „kura” czy „gęś”, niemniej zamarkowanego tu wielokropkiem. – Znowu się chwytasz tych swoich marnych sztuczek! Reszta z nich zarabia na swój chleb i tylko ty jesteś na mojej łasce! Precz z tymi śmieciami, znajdź sobie jakąś robotę. Zapłacisz mi jeszcze za ten dopust, iż muszę cię ciągle mieć na widoku. Słyszysz, ty przeklęta diablico?

– Owszem, odłożę swoje śmieci – odrzekła, przy czym zamknęła książkę i cisnęła ją na fotel – bo jeśli tego nie zrobię, możecie mnie do tego zmusić, ale poza tym będę czynić tylko to, co mi się spodoba, choćbyście nie wiem ile strzępili sobie język!

Heathcliff zamierzył się, a mówiąca odskoczyła na bezpieczny dystans, najwyraźniej znając już ciężar jego ręki. Ani myśląc być świadkiem konfrontacji kota z psem, szybko postąpiłem do przodu, jakbym najniewinniej w świecie chciał się ogrzać przy ogniu, zupełnie nieświadom, iż przerwałem jakąś scysję. Oboje dość mieli godności, aby poniechać dalszych wrogości. Heathcliff ze złością wcisnął kułaki do kieszeni, pani Heathcliff z wydętymi wargami usiadła w najbardziej oddalonym miejscu, gdzie dotrzymała słowa, gdyż przez cały czas mego pobytu odgrywała rolę posągu. Nie potrwało to długo. Nie zgodziłem się przyłączyć do śniadania i korzystając z pierwszego brzasku, uciekłem na powietrze świeże już i czyste, ale lodowato zimne.

Zanim dotarłem na skraj ogrodu, usłyszałem okrzyk gospodarza, który zaoferował się, że przeprowadzi mnie przez mokradła. Szczęście, że tak zrobił, gdyż rychło się okazało, że całe zbocze wzgórza pokrywa skłębiony, biały ocean, którego wybrzuszenia i wklęśnięcia nie odpowiadały nierównościom gruntu. Były takie jamy, które opar wypełnił bez reszty, a z kolei niemal zupełnie znikły kamienne sterczyny, w trakcie wczorajszej wędrówki utrwalone na mapie mojego umysłu. Po jednej stronie drogi na całej jej długości co sześć, siedem jardów ustawiono kamienie pobielone wapnem, aby były przewodnikami w mroku czy też wtedy, gdy jak teraz śnieg czynił trzęsawisko nieodróżnialnym od ścieżki. Tymczasem jeśli nie liczyć pojedynczych ciemnych punktów pojawiających się tu i tam, nie zostało po nich nawet śladu, a mój towarzysz wielokrotnie musiał mnie ostrzegać, bym zboczył w lewo czy prawo, kiedy mnie się wydawało, że podążam za zawijasami drogi.

Niewiele rozmawialiśmy; Heathcliff zatrzymał się przy parku Drozdowej Ostoi, powiadając, że dalej już nie zabłądzę. Pożegnanie ograniczyło się do krótkich ukłonów. Puściłem się dalej, ufając własnemu poczuciu, gdyż po dziś dzień stanowisko stróża przy bramie jest nieobsadzone. Odległość od niej do domu wynosi jakieś dwie mile, które ja zamieniłem na dobre cztery, błądząc między drzewami i zapadając się w śniegu po szyję, które to rozkosze ten tylko może docenić, kto ich zaznał. W każdym razie się błąkałem, zegar wybił dwunastą, gdy stanąłem w progu, w sumie więc na każdą milę normalnej drogi z Wichrowych Wzgórz straciłem godzinę.

Gospodyni domu i jej satelici wybiegli mi na powitanie, wznosząc rozgłośne okrzyki, nie mieli już bowiem nadziei mnie zobaczyć, pewni, iż musiałem przepaść ubiegłej nocy. Deliberowali właśnie, jak tu się wyprawić na poszukiwanie moich szczątków. Poprosiłem, aby się uspokoili, skoro widzą, że wróciłem, i przemarznięty aż do szpiku kości zacząłem się wspinać po schodach. Na górze, nałożywszy suche ubranie i poprzechadzawszy się jakieś trzydzieści czy czterdzieści minut, aby przywrócić ciału jego właściwe ciepło, zaszyłem się w gabinecie tak ciągle słaby, że niemal niezdolny radować się kojącym trzaskiem ognia i zapachem kawy, którą służba przygotowała, abym się orzeźwił.

2 Sm 12,7, Biblia Gdańska. [wróć]

Jej imię oznacza: diablica. [wróć]

Sotto voce (wł.) – półgłosem, stłumionym głosem. [wróć]

Rozdział IV

Jakimiż to jesteśmy zmiennymi kurkami na dachu! Ja, który sobie mocno postanowiłem trzymać się z dala od wszelkich towarzyskich kontaktów, a dzięki szczęśliwym gwiazdom znalazłem się w miejscu, gdzie ich utrzymywanie było niemal nie do wykonania – ja zatem, słabeusz, aż do zmierzchu zmagając się z marnym nastrojem i samotnością, zmuszony byłem skapitulować. Pod pretekstem zbierania informacji na temat mej nowej siedziby poprosiłem panią Dean, kiedy podała kolację, aby usiadła przy mnie, gdy będę wieczerzał, mając szczerą nadzieję, że okaże się istną plotkarką i albo roznieci moje zainteresowanie, albo też ukołysze mnie do snu.

– Mieszka już tu pani, zda się, szmat czasu – zacząłem – dobrze pamiętam, że powiedziała pani: szesnaście lat?

– Osiemnaście, sir. Nastałam tutaj, kiedy panienka za mąż wychodziła, aby jej usługiwać, a kiedy nas opuściła, pan mnie tu zachował jako gospodynię.

– No proszę.

Teraz nastała cisza. Chyba nie była plotkarką albo co najwyżej była nią w swoich własnych sprawach, których nie chciałem zgłębiać. Niemniej przez czas jakiś trwała z pięściami zapartymi o kolana, z chmurą namysłu na rumianej twarzy, aż w końcu wybuchła:

– Ile też to się pozmieniało od tamtych czasów.

– Cóż – rzekłem – mniemam, iż niejedną widziała tu pani odmianę.

– A jakże, i odmianę, i kłopoty – zgodziła się z naddatkiem.

„Ha, zmienię temat rozmowy na rodzinę mego gospodarza – pomyślałem sobie. – Dobry to początek! Rad bym poznać historię tej urodziwej młodej wdówki: pochodzi gdzieś z tej okolicy czy, co bardziej prawdopodobne, obca jest tutaj i posępni indigenae ani myślą uznać ją za swoją?”. Z taką przeto intencją w głowie spytałem panią Dean, czemu Heathcliff opuścił Drozdową Ostoję, decydując się na sytuację i rezydencję o wiele gorsze.

– Czyż nie jest dość majętny, aby trzymać tę posiadłość w dobrym stanie? – spytałem.

– Majętny, sir?! – obruszyła się. – Nikt tam nawet i nie wie, ile ma on tych pieniędzy, a co roku ich przybywa. A jakże, dość on jest bogaty, żeby mieszkać w piękniejszym domu, ale po mojemu to ma on, jak to mówią, węża w kieszeni. Nawet jakby zechciał sobie pomieszkać w Drozdowej Ostoi, to przecież starczy, że się nadarza jakiś dobry lokator, a nie przepuści on szansy, żeby zarobić jeszcze kilka setek. Dziw to nad dziwy, że mogą być ludzie tak chciwi, chociaż już sami zostali na świecie!

– Miał chyba syna, czy nie tak?

– Tak, miał jednego, ale jużci on nie żyje.

– A ta młoda dama, pani Heathcliff, to wdowa po nim.

– Nie inaczej.

– I skąd ona pochodzi?

– Jak to skąd, sir, wszak to córka mojej dawniejszej pani, z domu jej było Catherine Linton. Kołysałam ją przecież, biedaczkę! Ależ bym chciała, co by ją zwolnił pan Heathcliff, żebyśmy mogły znowu żyć razem.

– Co takiego? Catherine Linton! – wykrzyknąłem zdumiony, ale chwila namysłu wystarczyła, bym zrozumiał, że nie była to moja widmowa Catherine. – Zatem mój poprzednik nazywał się Linton.

– A jakże.

– Kim zaś jest ten Earnshaw, Hareton Earnshaw, który tam mieszka u pana Heathcliffa? Są spokrewnieni?

– Nie, gdzie tam. To kuzyn nieboszczki pani Linton.

– Krewniak zatem młodej damy?

– Nie inaczej, a jej mąż był także jej krewniakiem, bo jeden jest od matczynej, drugi od ojcowskiej strony. Poślubił był pan Heathcliff siostrę pana Lintona.

– Widziałem, że nad wejściem do Wichrowych Wzgórz widnieje nazwisko „Earnshaw”. Stara to rodzina?

– Och, bardzo stara, sir; Hareton jest ostatni z nich, tak jak panienka Cathy jest od nas, to znaczy od Lintonów. Był pan w Wichrowych Wzgórzach? Proszę wybaczyć, że się tak wypytuję, ale bardzom ciekawa, jak się miewa.

– Pani Heathcliff? Wygląda znakomicie i jest bardzo piękna, ale – ośmielę się przypuścić – nie całkiem szczęśliwa.

– A czy to dziwota? Jakżeż panu się podobał właściciel?

– Powiedziałbym, pani Dean, że całkiem ostry to jegomość. Taki ma już charakter?

– Ostry jak krawędź piły, a twardy jak bazalt! Im mniej się z nim zadawać, tym lepiej!

– Pewnie różne mu się przydarzyły w życiu wzloty i upadki, że taki stał się obcesowy. Wie pani coś może o jego przypadkach?

– To kukułcze jajo, wiem o nim dużo, ale nie to, gdzie się urodził, kim byli rodzice ani jak zdobył pierwsze pieniądze. A Haretona jak pisklaka wywalił z gniazda. W całej parafii tylko on jeden nie ma pojęcia, jak go oszwabiono.

– Bardzo dobry zaskarbi sobie pani uczynek, pani Dean, jeśli opowie mi pani coś o moich sąsiadach. Czuję, że w łóżku będę się tylko z boku przewracał na bok, niechże więc zrobi mi pani tę łaskę i z godzinkę ze mną pogawędzi.

– Ależ oczywiście, sir! Przyniosę tylko swoją robótkę, a potem mogę już siedzieć tyle, ile pan zapragnie. Ale jakoś pan zziąbł, widzę, że pan dygoczesz, gorący kleik najlepiej to przegna.

Złota ta kobieta wybiegła z pokoju, ja zaś skuliłem się jak najbliżej ognia. Głowę miałem rozpaloną, ale resztę ciała wychłodzoną, a na dodatek nerwy i mózg tak się wzburzyły, że przywiodły mnie niemal na skraj szaleństwa i sprawiły, iż czułem nie tyle niewygody, ile strach – który dotąd mnie nie odstępuje – przed poważnymi efektami dzisiejszych i wczorajszych zdarzeń. Szybko wróciła, niosąc dymiącą miskę i koszyk z robótką. Tę pierwszą ustawiwszy na gzymsie kominka, zaraz usiadła na dawnym miejscu, najwyraźniej zadowolona, że taki się okazałem chętny do rozmowy.

– Zanim się tu zatrzymałam – zaczęła, nie czekając na żadne dalsze zachęty – niemal nie opuszczałam Wichrowych Wzgórz, gdyż matka moja piastowała ongiś pana Hindleya Earnshawa, ojca Haretona, zatem i ja nauczyłam się bawić dzieci. Nie tylko bawić, bo załatwiałam różne rzeczy, pomagałam przy sianie i biegałam po obejściu, gotowa zrobić wszystko, co mi ktokolwiek zleci. Był piękny letni poranek – zaczynały się żniwa, pamiętam – kiedy pan Earnshaw, dawny gospodarz, zszedł na dół odziany do podróży, a kiedy już powiedział Josephowi, co ma być zrobione, zwrócił się do Hindleya, Cathy i mnie – bo razem z nimi jadłam owsiankę – i powiedział do syna: „No, mój chłopcze, udaję się dzisiaj do Liverpoolu. Co ci stamtąd przywieźć? Możesz sobie wybrać, co zechcesz, byle nie było to wielkie, bo w obie strony mam kawał drogi do przebycia; sześćdziesiąt mil w każdą, to nie byle co!”. Hindley chciał skrzypce, więc teraz pan spytał panienkę Cathy. Miała dopiero sześć lat, ale że mogła już dosiąść każdego konia ze stajni, to wybrała szpicrutę. Mnie obiecał przywieźć pakunek z jabłkami i gruszkami, potem ucałował swoje dzieci, powiedział „Do widzenia” i ruszył w drogę.

Wydawało się nam, że długo go nie ma – trzy dni to trwało – i mała Cathy często się dopytywała, kiedy wróci do domu. Pani Earnshaw oczekiwała, że będzie to w kolacyjnej porze trzeciego dnia i godzina po godzinie odraczała wieczerzę, nic jednak nie zapowiadało przyjazdu gospodarza, a dzieci w końcu się zmęczyły ciągłym wybieganiem do bramy i wyglądaniem na drogę. Było już całkiem ciemno i dawno już powinna była wyprawić je do łóżka, ale błagały ją, aby pozwoliła im jeszcze zostać. Koło jedenastej cichcem uniosła się zasuwa i wkroczył do domu pan. Śmiejąc się i postękując, padł na fotel i prosił wszystkich, żeby się nie pchali i dali mu święty spokój, gdyż ledwie żyje: nawet gdyby mu oferowano trzy królestwa, nie wypuściłby się drugi raz w taki marsz.

– I żeby jeszcze na koniec być tak umordowanym – powiedział, rozkładając swój płaszcz, który zwinięty w tłumok trzymał w ramionach. – Spójrz no tylko tutaj, żono! Nic mnie jeszcze w życiu tak nie utrudziło! Ty przyjmij to jako dar Boży, chociaż tak ciemny jest, jakby od diabła pochodził.

Wszyscy skupiliśmy się wokół niego, a ja nad główką panienki Cathy dojrzałam brudnego, obszarpanego, czarnowłosego dzieciaka, dość już dużego, żeby chodzić i mówić, bo też z twarzy wyglądał na starszego od Catherine, kiedy go jednak pan postawił na nogach, tylko gapił się dokoła i w kółko powtarzał jakieś banialuki, których nikt nie potrafił zrozumieć. Ja się przestraszyłam, a pani Earnshaw gotowa była wyrzucić toto za drzwi; cała podskoczyła i zaczęła pytać pana, jak może przynosić do domu takiego cygana, kiedy mają swoje dzieciaki do nakarmienia i opieki. On usiłował coś tłumaczyć, ale rzeczywiście był ledwie żywy ze zmęczenia, więc tyle tylko między jej utyskiwaniami udało mi się wychwycić, że zobaczył pan Earnshaw tę biedotę głodną, bezdomną i na wpół głuchą na ulicy w Liverpoolu, przytrzymał więc i zaczął wypytywać, do kogo należy. Nikt tego nie wiedział, a że nie miał w nadmiarze pieniędzy ani czasu, uznał, że lepiej weźmie to do domu, niż by miał się na próżno wokół dowiadywać, bo i tak sobie postanowił, że znajdy nie zostawi. Nagadała się więc pani Earnshaw, aż się uspokoiła, a wtedy pan kazał mi to umyć, odziać w coś czystego i położyć z dziećmi.

Zanim nastał pokój, Hindley i Cathy patrzyli tylko i słuchali, potem jednak zaczęli szukać w ojcowskich kieszeniach obiecanych prezentów. Hindley miał już czternaście lat, kiedy jednak ojciec dobył z płaszcza to, co kiedyś było skrzypcami, ale potrzaskało się na kawałki, buchnął płaczem. Gdy zaś Cathy dowiedziała się, że gospodarz, pilnując ciężaru, zgubił gdzieś szpicrutę, złość swą zaczęła okazywać, wykrzywiając się do głuptaka i spluwając na niego, ale w ten sposób zaskarbiła sobie solidny raz od ojca, aby się nauczyła lepszych manier. Za nic nie chcieli z nim dzielić nie tylko łóżka, ale nawet pokoju, a ja nie miałam innego pomysłu, jak ułożyć to stworzenie na podeście schodów, w nadziei, że do rana się wyniesie. Czy to przypadkiem, czy przyciągane głosem pana Earnshawa podczołgało się toto do jego drzwi i tam je znalazł, wychodząc z pokoju. Wnet zaczęło się wypytywanie, jak do tego doszło, musiałam się przyznać, a za swoje tchórzostwo i nieczułość zostałam wygnana z domu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki