Wydawca: Ole Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wichrowe łąki - Sarah Harvey

Romantyczna opowieść w scenerii malowniczej Kornwalii.

Natalie jest pogrążona w rozpaczy. Choć od wypadku jej męża, Roba, upłynęły już dwa lata, nadal nie może pogodzić się z jego śmiercią. Jest jednak ktoś jeszcze, kto do bólu tęskni za Robem: jego córka z pierwszego małżeństwa, Cassandra. Podczas gdy Natalie chwyta się wszelkich środków, żeby tchnąć w Cassie nową chęć do życia, na horyzoncie nieoczekiwanie pojawia się przebłysk nadziei. Przebłysk o imieniu Connor…

Opinie o ebooku Wichrowe łąki - Sarah Harvey

Fragment ebooka Wichrowe łąki - Sarah Harvey

Sa­rah Ha­rvey

Wi­chro­we łąki

Tłuma­cze­nie: Agniesz­ka Hof­mann

Tytuł ory­gi­nału: Wie­der­se­hen in Stor­my Me­adows

Tłuma­cze­nie: Agniesz­ka Hof­mann

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Zdjęcia na okładce: © Mar­tin Wahl­borg / Istock­pho­to.com

Re­dak­cja, ko­rek­ta, przy­go­to­wa­nie: Do­li­na Li­te­rek

Co­py­ri­ght © 2003 Sa­rah Ha­rvey

© 2012 by Pi­per Ver­lag GmbH, München.

Po­lish trans­la­tion © 2014 by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

Co­py­ri­ght © Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., 2014

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-416-0

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Ane­ta Więckow­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Owe­no­wi i He­len

12.11.2011

1

Magna, ame­ry­kański kon­cern wy­daw­ni­czy z sie­dzibą w No­wym Jor­ku, oprócz Paryża i Hong­kon­gu miał filię w Lon­dy­nie. Dwu­dzie­sto­dwu­piętro­wy biu­ro­wiec przy Eu­ston Road należał do tego typu bu­dynków, które od­bi­jają na­tu­ral­ne światło oto­cze­nia, przez co, choć zbu­do­wa­ne z so­lid­nej sta­li i szkła, wyglądają nie­zwy­kle fi­li­gra­no­wo. Od śmier­ci Roba ten bu­dy­nek był właści­wie moim do­mem – w każdym ra­zie bar­dziej niż dom jed­no­ro­dzin­ny, w którym ra­zem miesz­ka­liśmy.

Od sześciu lat pra­co­wałam w re­dak­cji cza­so­pi­sma dla ko­biet „Na­ked”, jed­ne­go z naj­większych pe­rio­dyków Ma­gny. Pra­ca za­wsze dużo dla mnie zna­czyła, głównie dla­te­go, że to dzięki niej spo­tkałam dwo­je lu­dzi, którzy wy­war­li naj­większy wpływ na moje życie: naj­pierw Petrę, która od sa­me­go początku wzięła mnie pod swo­je skrzydła, a po­tem Roba.

Roba po­znałam przy oka­zji pi­sa­nia ar­ty­kułu o mężczy­znach w zdo­mi­no­wa­nym przez ko­bie­ty świe­cie ba­le­tu. Był am­bit­nym dy­rek­to­rem te­atru i jed­nym z mo­ich ostat­nich rozmówców, z którymi prze­pro­wa­dziłam wy­wiad do tego ma­te­riału. Nie­wie­le bra­ko­wało, a wca­le byśmy się nie spo­tka­li, po­nie­waż on odwołał na­sze pierw­sze spo­tka­nie, a ja dru­gie. Kie­dy podjęliśmy trze­cią próbę, miałam już właści­wie dość ma­te­riału i mogłam się za­brać za pi­sa­nie, ale coś mnie po­wstrzy­mało od wymówie­nia się od wy­wiadu.

Z per­spek­ty­wy cza­su lubiłam się łudzić, że połączyło nas prze­zna­cze­nie, ale jeśli miałam być całkiem szcze­ra, to wte­dy po pro­stu nie chciałam być nie­uprzej­ma.

Kie­dy się wresz­cie spo­tka­liśmy, Rob przy­szedł z dzie­sięcio­mi­nu­to­wym spóźnie­niem i prze­pro­sił, że kazał mi cze­kać, ale jego uśmiech był tak uj­mujący, że nie po­tra­fiłam o nim za­po­mnieć. Przez całe trzy ty­go­dnie. Do chwi­li, gdy on w końcu ze­brał się na od­wagę, żeby za­dzwo­nić do mnie i za­pro­po­no­wać wspólną ko­lację.

Dzięki pra­cy w „Na­ked” po­znałam za­tem mężczyznę, który na­uczył mnie ko­chać i za to będę wdzięczna po wie­ki. Od ja­kie­goś cza­su cza­so­pi­smo zna­czyło dla mnie więcej niż kie­dy­kol­wiek. Było moim kołem ra­tun­ko­wym.

Przez ostat­nie dwa­dzieścia mie­sięcy prak­tycz­nie nie robiłam nic in­ne­go poza pracą.

Dwa­dzieścia mie­sięcy.

Nie do wia­ry, że upłynęło już tyle cza­su. Czas zda­wał się prze­czyć wszel­kim pra­wom fi­zy­ki, pędził szyb­ciej niż naj­szyb­szy sprin­ter, a jed­no­cześnie stał w miej­scu. Na­sza rocz­ni­ca ślubu, Boże Na­ro­dze­nie, uro­dzi­ny Roba, rocz­ni­ca wy­pad­ku… Wszyst­ko przy­cho­dziło i mijało, jak­by działo się gdzieś poza rze­czy­wi­stością.

Byłam na dnie, po­zbie­rałam się, otrze­pałam spodnie z ku­rzu i od tam­tej chwi­li brnęłam przez życie jak lu­na­tycz­ka. Po­nie­waż nie ra­dziłam so­bie z tym, co się wy­da­rzyło, próbowałam odwrócić jakoś swoją uwagę. Ha­ro­wałam od rana do nocy, ciężej niż kie­dy­kol­wiek w życiu, a po­tem wy­cieńczo­na padłam na łóżko. Ale nie mogłam zasnąć. W mo­jej głowie krążyło tyle myśli, że nie miałam cza­su na uczu­cia. Ani cza­su, żeby pomyśleć o Ro­bie.

Pe­tra również była moim kołem ra­tun­ko­wym.

Pe­tra Ja­mes, łeb­ska dziew­czy­na, eks­pert­ka od wy­ce­ny dzieł sztu­ki. Jej opi­nia była roz­chwy­ty­wa­na jak bi­le­ty na finał Wim­ble­do­nu. Sta­no­wi­sko zastępcy dy­rek­to­ra ar­ty­stycz­ne­go w „Na­ked” było ważniej­sze dla pre­stiżu ma­ga­zy­nu niż dla niej sa­mej. Jej na­zwi­sko re­gu­lar­nie po­ja­wiało się na na­szej okładce i miało za za­da­nie przy­ciągnąć czy­tel­ników jak ma­gnes.

Dla mnie li­czyło się przede wszyst­kim to, że była moją naj­lepszą przy­ja­ciółką.

Pe­tra była Ame­ry­kanką, miała metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i włosy płomien­ne jak liście buku pur­pu­ro­we­go. No i dys­po­no­wała zdro­wym po­czu­ciem własnej war­tości. Może i spra­wiała wrażenie nie­przystępnej, ale pod twardą sko­rupą krył się najżycz­liw­szy, naj­bar­dziej tak­tow­ny człowiek, ja­kie­go znałam. To ona przez cały czas od wy­pad­ku Roba dawała mi siłę.

Pe­tra dzie­liła swój czas między Lon­dyn a Nowy Jork, re­gu­lar­nie la­tając do tych me­tro­po­lii. W Lon­dynie wy­naj­mo­wała ładne miesz­ka­nie w sta­rym, za­byt­ko­wym domu przy Re­gent’s Park. Przez ostat­nie dwa­dzieścia mie­sięcy właści­wie mogła je so­bie da­ro­wać i za­oszczędzić na czyn­szu, po­nie­waż po wy­pad­ku prak­tycz­nie się do mnie wpro­wa­dziła.

Tego wie­czo­ru jak zwy­kle wróciłam późno z pra­cy. Pe­tra cze­kała na mnie z da­niem ku­pio­nym u Chińczy­ka i bu­telką schłod­zo­ne­go białego wina. Przy­wi­tała mnie w drzwiach, ode­brała ode mnie se­gre­ga­to­ry, które wzięłam do domu, a za­miast nich wręczyła mi kie­li­szek char­don­naya. Do­pie­ro po­tem po­zwo­liła mi zdjąć buty i po­wie­sić płaszcz.

– Dziś wie­czo­rem nie pra­cu­je­my, Nat – oznaj­miła i odłożyła moje rze­czy na sto­lik pod te­le­fon. – Wieczór jest po to, żeby od­począć. Znasz w ogóle ta­kie słowo? Od-po-cząć.

Chciałam za­pro­te­sto­wać, bo za­mie­rzałam coś jesz­cze prze­czy­tać, ale Pe­tra prze­rwała mi ge­stem w pół słowa.

– Ela­ine za mało ci płaci, żebyś ha­ro­wała sie­dem dni w ty­go­dniu po dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. Więc nie ma dys­ku­sji. A te­raz sio na górę i załóż coś wy­god­ne­go… Tyl­ko się pośpiesz. Mam dla cie­bie nie­spo­dziankę.

Z wdzięcznością umo­czyłam war­gi w wi­nie, oddałam Pe­trze kie­li­szek i posłusznie po­truch­tałam na górę.

Kie­dy wróciłam, Pe­tra stała w kuch­ni. Cho­wała coś za ple­ca­mi, a na jej twa­rzy ma­lo­wał się uśmiech od ucha do ucha.

– Co tam masz?

Pra­wie wykręciłam so­bie szyję, chcąc zo­ba­czyć, co cho­wa.

– Przy­niosłam ci pre­zent.

Po­wo­li odeszła na bok, odsłaniając stojącą na bla­cie wielką szklaną kulę napełnioną wodą. W środ­ku pływała sa­mot­na złota ryb­ka.

– Ryba – stwier­dziłam z osłupie­niem.

– Nie­ee, pa­pu­ga – iro­ni­zo­wała. – Na­zy­wa się Me­ryl.

I zno­wu posłała mi uśmiech.

– Skąd wiesz, że to dziew­czyn­ka?

– Bo gdy­by to był chłopczyk, to na­zy­wałby się Bob czy jakoś tak, praw­da?

Pe­tra pod­sunęła mi pod nos słój ze złotą rybką, a ja z nie­ja­kim wa­ha­niem wzięłam go w ręce.

– Dziękuję.

– Myślisz, że zwa­rio­wałam, praw­da?

– Tak, ale to nie ma nic wspólne­go z rybką – od­parłam, ob­ser­wując, jak Me­ryl prześli­zgu­je się pod maleńkim nie­bie­skim most­kiem, a po­tem, widząc, że zaglądam do jej słoika, cho­wa pośród ziel­ska.

Ryb­ka na mo­ment wle­piła we mnie ślep­ka i podpłynęła do szkla­nej ścian­ki.

– Wi­dzisz? Lubi cię! – zawołała z wesołością Pe­tra.

Po­czułam, jak uśmiech uno­si do góry kąciki mo­ich ust. Do wie­lu cech, które tak w niej ko­chałam, za­li­czała się zdol­ność do­pro­wa­dza­nia mnie do śmie­chu, nie­za­leżnie od tego, jak fa­tal­nie się czułam. Bez niej nie przeżyłabym tego cza­su. Z nie­mal te­le­pa­tyczną in­tu­icją wy­czu­wała, kie­dy jej po­trze­bo­wałam, a kie­dy wolałam zo­stać sama. Myślała o rze­czach, o których ja za­po­mi­nałam, uzu­pełniała za­pa­sy w lodówce, od­bie­rała ciu­chy z pral­ni, a na­wet wy­cza­ro­wy­wała świeże mle­ko, kie­dy jego ostat­nia kro­pla zni­kała w set­nym kub­ku z kawą. I była za­wsze go­to­wa mnie wysłuchać, na­wet jeśli wszyst­ko opo­wie­działam jej już tysiąc razy.

Po ko­la­cji usa­do­wiłyśmy się wy­god­nie na ka­na­pie w sa­lo­nie. Bu­tel­ka wina stała przed nami na sto­li­ku, a obok w słoju nie­stru­dze­nie krążyła Me­ryl.

Kie­dy tak przy­pa­try­wałam się małej złotej ryb­ce, po­czułam, że łączy mnie z nią jakaś oso­bli­wa więź. Czy ja też tak krążyłam w nie­skończo­ność? Ze stra­chu, że mogłabym za­stygnąć w bezwładzie, gdy­bym za­trzy­mała się choć na chwilę… A wte­dy poszłabym na dno i utonęła. Więc nie usta­wałam w ru­chu i wszyst­ko cho­wałam w so­bie, głęboko, żebym nie mogła tego dosięgnąć i żeby to nie mogło sięgnąć po mnie. Nie­zbyt zdro­wy sposób na moją sy­tu­ację. Wiem. Byłam w ciągłym ru­chu, ale nie po­su­wałam się naprzód, bo tak bar­dzo oba­wiałam się bólu, że nie mogłam go do sie­bie dopuścić, a tym sa­mym uwol­nić się od nie­go.

Pe­tra ro­zu­miała, że so­bie tym szkodzę. Próbowała nakłonić mnie do roz­mo­wy o Ro­bie, do otwar­cia się i ule­cze­nia. Nie chciałam z nią o nim roz­ma­wiać, nie chciałam o nim myśleć, ale wino roz­wiązało mi język i wresz­cie podjęłyśmy roz­mowę, o którą Pe­tra za­bie­gała przez cały wieczór – nie, przez cały rok.

– Tak bar­dzo mi go bra­ku­je.

– Tak, wiem.

– Wiesz, kie­dy od­czu­wam to szczególnie do­tkli­wie?

Pe­tra nie od­po­wie­działa. Mil­cze­niem za­grze­wała mnie do mówie­nia. Po­zwo­liłam so­bie na jesz­cze je­den łyk wina, a po­tem zwróciłam się do niej z nie­wy­raźnym uśmie­chem.

– Kie­dy marzną mi sto­py.

– Marzną ci sto­py?

Po­pa­trzyła na mnie zdu­mio­na.

– Tak. Za­nim po­znałam Roba, za­wsze marzły mi w łóżku sto­py. On mi je roz­grze­wał. Trzy­mając je między swo­imi. Zupełnie jak­bym spała pod elek­trycz­nym ko­cem. Pod żywym ko­cem.

Wspo­mnie­nia.

Tego dnia, kie­dy zmarł, ko­cha­liśmy się w nie­wy­raźnym świe­tle zim­ne­go lu­to­we­go po­ran­ka, w półśnie, po­wo­li i z roz­koszą. Obu­dziły mnie pocałunki w kark, de­li­kat­na dłoń zsunęła się po brzu­chu w dół do miękkich za­ka­marków między uda­mi, ryt­micz­nym pul­sującym do­ty­kiem wy­do­była moje zmysły ze snu, aż zaczęłam dy­szeć z roz­koszy.

Następne­go ran­ka obu­dziłam się o tej sa­mej po­rze. Mu­siałam zapaść w sen, tyl­ko na parę mi­nut, ale to wy­star­czyło, żeby za­po­mnieć o wy­pad­ku – za­po­mnieć o tym, że Rob nie będzie już leżeć przy mnie, kie­dy wyciągnę ku nie­mu rękę. Nig­dy więcej.

Cza­sa­mi wy­da­je mi się, że wte­dy byłam in­nym człowie­kiem. Rze­czy­wiście zmie­niłam się przez ostat­nie dwa­dzieścia mie­sięcy. Siłą rze­czy. Mówi się, że czas le­czy wszyst­kie rany. W pew­nym sen­sie jest to praw­da. Ból ma­le­je, z ciągłego for­tis­si­mo prze­cho­dzi w nie­ustanną huśtawkę uczuć. Cza­sem dane ci jest ode­tchnąć, może na­wet po­tra­fisz się śmiać i cie­szyć się choć trochę, ale po­tem smu­tek do­pa­da cię z całą siłą.

– Bra­ku­je ci sek­su? – Na­gle głos Pe­try wy­rwał mnie z zamyśle­nia.

Za­mru­gałam, otwo­rzyłam oczy i pa­trzyłam na nią przez mo­ment, za­nim od­po­wie­działam.

– Bra­ku­je mi sek­su z Ro­bem. Da­lej na ra­zie w ogóle nie sięgam myślą.

– W ogóle?

– Nie – od­parłam zgod­nie z prawdą. – Wiesz, tak a pro­pos bra­nia się w garść, zupełnie nie­daw­no za­sta­na­wiałam się nad sobą, tak na poważnie. Za­cho­dziłam w głowę, kto lub co mogłoby mi pomóc po­ra­dzić so­bie z tą sy­tu­acją. I uświa­do­miłam so­bie, że je­dy­nym człowie­kiem, który mógłby mi pomóc, jest aku­rat ten, który… – urwałam, nie mogąc zna­leźć właści­wych słów.

– Już do­brze, wiem, co masz na myśli.

– Gdy­by był tu­taj Rob, wyciągnąłby mnie z tego.

– Co by po­wie­dział, gdy­by tu­taj był?

– Weź się w garść, nie załamuj się, za­cznij żyć, ko­rzy­staj w pełni z życia.

– I miałby rację, Nat­tie. Byłby nie­po­cie­szo­ny, widząc, jaka je­steś nieszczęśliwa.

– Ale ja chcę być zno­wu szczęśliwa, Pe­tro, na­prawdę. Na sa­mym początku prze­cho­dziłam fazę, w której nie chciałam od­czu­wać radości, nig­dy więcej. Chciałam się tyl­ko zwinąć w kulkę i zniknąć, po pro­stu prze­stać ist­nieć. Chciałam być z Ro­bem, gdzie­kol­wiek by to miało być. I nadal tego chcę, ale prze­stałam już tak bar­dzo łaknąć za­po­mnie­nia.

Pe­tra de­li­kat­nie wzięła mnie za rękę i trzy­mała chwilę.

– Bra­ku­je mi mu­zy­ki – wy­znałam, żeby zmie­nić te­mat. – Nie mogę już słuchać mu­zy­ki. W każdym ra­zie nie tych sta­rych pio­se­nek, których słucha­liśmy ra­zem. Nowe kawałki jesz­cze tak, ale nie o miłości, co skreśla trzy czwar­te zwykłej mu­zy­ki.

– Mogę ci załatwić parę krążków z he­avy me­ta­lem.

Pe­tra uśmiechnęła się nie­pew­nie.

– Pew­nie nie jest te­raz łatwo być moją przy­ja­ciółką.

– Nig­dy nie było łatwo być twoją przy­ja­ciółką. – Po­ka­zała mi język. – Co właści­wie pla­nu­jesz w Boże Na­ro­dze­nie, Nat? Za­sta­na­wiałaś się już?

– W Boże Na­ro­dze­nie? – powtórzyłam, jak­bym nig­dy przed­tem nie słyszała tego wyrażenia.

Nie do wia­ry, ale całko­wi­cie udało mi się wy­ma­zać z głowy fakt, że już za parę ty­go­dni były święta. Re­kla­my, de­ko­ra­cje w skle­pach i na uli­cach, ob­wie­szo­ne ko­lo­ro­wy­mi lamp­ka­mi cho­in­ki mru­gające ze wszyst­kich okien, kart­ki z życze­nia­mi, które już te­raz piętrzyły się na sto­li­ku przy wejściu – wszyst­ko to le­d­wie do­strze­gałam.

– Do świąt już tyl­ko pięć ty­go­dni.

– Myślę, że w tej chwi­li będzie dla mnie naj­le­piej, jeśli po pro­stu je zi­gno­ruję.

– Nie można igno­ro­wać Bożego Na­ro­dze­nia!

– Dla­cze­go? W zeszłym roku prze­cież też to zro­biłam.

– Wiem. Nadal nie mogę pojąć, że pra­co­wałaś przez całe święta. – Pokręciła głową Pe­tra.

– Wie­le osób pra­cu­je w święta.

– Ja­sne. Bo mają dyżur w szpi­ta­lu albo coś w tym sty­lu, ale prze­cież nie dla głupie­go cza­so­pi­sma.

– No wiesz, ty byłaś w No­wym Jor­ku…

– Ale pytałam cię, czy chcesz je­chać ze mną – prze­rwała mi prędko.

– …a Cas­sie wy­je­chała na nar­ty.

– Two­ja mama za­pro­siła cię do Korn­wa­lii.

Nie od­po­wie­działam.

– A w tym roku? Co z Cas­sie? Chy­ba ma niedługo uro­dzi­ny, praw­da?

– Tak, ale w zeszłym roku też jej nie wi­działam w jej uro­dzi­ny. Wolała spędzić ten dzień z przy­ja­ciółkami.

– Przy­je­dzie na święta do domu?

– Wątpię. Pra­wie tu nie bywa, odkąd… – Z wes­tchnie­niem od­garnęłam włosy z twa­rzy. – Sądzę, że nie trak­tu­je już tego miesz­ka­nia jak swo­je­go domu. Pew­nie po­je­dzie do ja­kiejś przy­ja­ciółki. W każdym ra­zie tak pla­no­wała. Nie wy­obrażam so­bie, żeby na­gle za­pragnęła spędzić Boże Na­ro­dze­nie ze mną. Ty chy­ba też nie? Rok temu wolała po­je­chać na nar­ty, byle nie mu­sieć być tu­taj.

Mil­cze­nie Pe­try wy­star­czyło mi za od­po­wiedź. Obie wie­działyśmy, że Cas robiła, co mogła, żeby scho­dzić mi z dro­gi. A prze­cież byłam jej praw­nym opie­ku­nem.

Tak bar­dzo sta­rałam się trak­to­wać tę rolę po­zy­tyw­nie, być wspar­ciem dla Cas, ale ona mnie nie ak­cep­to­wała. Na­wet kie­dy żył jesz­cze Rob, nie miałam łatwe­go życia jako ma­co­cha. W obec­ności Cas od­no­siłam wrażenie, że dźwi­gam na swo­ich bar­kach cały ciężar pro­blemów związa­nych z ma­cie­rzyństwem, ale nie do­staję w za­mian ty­po­wych małych nagród za te wysiłki: zero sym­pa­tii, żad­ne­go przy­tu­la­nia i całusów, dumy i po­czu­cia, że two­rzy­my ro­dzinę.

Cas robiła wszyst­ko, żeby mi uzmysłowić, że nie je­stem człon­kiem ro­dzi­ny. Umiała po mi­strzow­sku wzno­sić ścia­ny se­pa­rujące mnie od niej i jej ojca, mury nie do prze­by­cia. Z upodo­ba­niem wy­bie­rała spo­so­by spędza­nia wol­ne­go cza­su, które mnie wy­klu­czały – najczęściej wy­ciecz­ki do wesołego mia­stecz­ka albo parków roz­ryw­ki, gdzie na ka­ru­ze­li sie­działo się obok sie­bie we dwójkę, tak że ja tkwiłam sa­mot­nie z boku i cze­kałam, aż ona i jej oj­ciec roześmia­ni, ręka w rękę wylądują z po­wro­tem na zie­mi.

Sta­rałam się nie brać tych nie­taktów do sie­bie i pamiętać, że Cas­sie wcześnie stra­ciła matkę i z tego po­wo­du au­to­ma­tycz­nie ne­go­wała każdego, kogo oj­ciec da­rzył ja­kimś uczu­ciem. Po­wta­rzałam jak mantrę: „To jesz­cze dziec­ko”. Li­czyłam na to, że z cza­sem przy­zwy­czai się do mnie. Prze­cież nie ocze­ki­wałam, że za­ak­cep­tu­je we mnie zastępczą matkę, ale miałam na­dzieję, że pew­ne­go dnia zo­sta­nie­my przy­ja­ciółkami. Te­raz miała już pra­wie szes­naście lat i wciąż trak­to­wała mnie na dy­stans.

Nie­na­wiść Cas­sie była pra­wie na­ma­cal­na. Pod­czas gdy ja rzu­całam się w wir pra­cy, żeby móc żyć da­lej, Cas­sie żywiła się nie­na­wiścią do mnie. Szu­kała kozła ofiar­ne­go i z ja­kie­goś po­wo­du to mnie obar­czała winą za swoją stratę, a nie pi­ja­ne­go kie­rowcę, który je­chał niewłaściwą stroną dro­gi pro­sto na Roba, zmu­szając go do gwałtow­ne­go ma­new­ru, nie gołoledź, przez którą sa­mochód Roba wpadł w poślizg.

Wina leżała po mo­jej stro­nie.

Wyłącznie.

W ciągu dwu­dzie­stu mie­sięcy od śmier­ci Roba wi­działyśmy się dokład­nie pięć razy, z tego raz na po­grze­bie, a ko­lej­ny raz u ad­wo­ka­ta. In­ter­nat Cas­sie re­gu­lar­nie in­for­mo­wał mnie, co się z nią dzie­je, ale ona sama w ogóle się nie od­zy­wała.

Naj­wy­raźniej była prze­ko­na­na, że oj­ciec jesz­cze by żył, gdy­by mnie nie po­znał. Nie­kie­dy mnie samą ogar­niało ta­kie uczu­cie, co tyl­ko po­gar­szało sy­tu­ację.

Czy zro­biłam coś, co do­pro­wa­dziło do jego śmier­ci?

Czy mogłam zro­bić co­kol­wiek, żeby nie dopuścić do tego wy­pad­ku?

Gdy­by tyl­ko Rob…

Gdy­bym tyl­ko…

Gdy­by, gdy­by, gdy­by…

Za­wsze ko­chałam swoją pracę. Namiętnie. Wy­wal­czyłam so­bie każdy szcze­bel do sta­no­wi­ska, które zaj­mo­wałam, i to dawało mi nie­jaką sa­tys­fakcję, której nie od­czu­wałabym, gdy­by wszyst­ko przyszło mi bez tru­du.

„Na­ked” za­li­czało się ra­czej do poważnych ma­ga­zynów. Na na­szych łamach nie roztrząsano, jak dodać pie­przu swo­je­mu życiu ero­tycz­ne­mu albo jak w czte­ry dni wy­tre­so­wać chłopa­ka, a pry­mi­ty­wa prze­ro­bić na boga sek­su. Nie, po­ru­sza­liśmy poważne te­ma­ty – pi­sa­liśmy o po­li­ty­ce, społeczeństwie, bie­dzie, głodzie, cho­ro­bach – a dla uroz­ma­ice­nia zaj­mo­wa­liśmy się sztuką piękną.

Lu­dzie, z którymi współpra­co­wałam, byli dla mnie jak ro­dzi­na. Niektórych lubiłam, in­nych wolałam wi­dy­wać tyl­ko od święta, raz do roku.

Dora należała do tych, z którymi byłam zżyta. Jej owal­na twarz przy­po­mi­nała ma­trioszkę: bla­da cera, różowe po­licz­ki i kru­czo­czar­ne loki. Mała, okrąglut­ka, czer­stwa i ślicz­na. Za­wsze ład­nie pach­niała, rzad­ko po­zwa­lała so­bie zjeść coś in­ne­go niż surówkę, a jej cera miała ten ak­sa­mit­ny połysk osiągany wyłącznie przez ko­bie­ty, które mają na biur­ku dwu­li­trową bu­telkę wody i rze­czy­wiście wy­pi­jają ją każdego dnia. Kie­dy po­dzi­wiało się jej silną wolę, śmiała się tyl­ko i wyjaśniała, że nie trze­ba wiel­kiej siły woli, żeby nie trak­to­wać sie­bie jak kosz na śmie­ci.

Żałowałam, że jeśli cho­dzi o je­dze­nie, nie po­tra­fiłam wy­zna­wać jej fi­lo­zo­fii. To, co ona określała mia­nem śmie­ci, dla mnie było pożywie­niem dla du­szy. Jeśli w ogóle pamiętałam o tym, żeby coś zjeść, to za­wsze było to coś nie­zdro­we­go. W górnej le­wej szu­fla­dzie prze­cho­wy­wałam ak­tu­al­nie dwa pączki z dżemem i opa­ko­wa­nie marsów. Tym bar­dziej zdu­mie­wający był fakt, że wbrew żywie­nio­wym na­wy­kom schudłam po­nad sześć kilo. Sięgnęłam po pączka i od­gryzłam wiel­ki kęs.

– Te­le­fon do cie­bie, Nat­tie.

– Kto? – za­py­tałam bezgłośnie i zli­załam z bro­dy dżem.

– Prze­pra­szam, jakaś ko­bie­ta. Przed­sta­wiła się wpraw­dzie, ale nie zro­zu­miałam na­zwi­ska. Chciała roz­ma­wiać z panią Fo­re­ster.

– Ach tak? – Moje ser­ce zabiło szyb­ciej.

– Tak – po­twier­dziła Dora. – Pew­nie właśnie dla­te­go umknęło mi na­zwi­sko. Ze zdu­mie­nia, że na­zwała cię panią Fo­re­ster.

Kie­dy wyszłam za mąż za Roba, ko­niecz­nie chciałam za­cho­wać pa­nieńskie na­zwi­sko. Dla­cze­go miałabym z nie­go re­zy­gno­wać? Prze­cież nie byłam kimś podrzędnym w sto­sun­ku do mężczy­zny tyl­ko dla­te­go, że pod­pi­sa­liśmy akt małżeński. Rob i ja byliśmy part­ne­ra­mi. Wpraw­dzie myśleliśmy o podwójnym na­zwi­sku, ale prędko do­szliśmy do wnio­sku, że nie chce­my się na­zy­wać ani Dun­ne-Fo­re­ster, ani Fo­re­ster-Dun­ne. Uzna­liśmy, że żadne nie zmie­ni na­zwi­ska. Rob zo­sta­nie Ro­ber­tem Ale­xan­drem Fo­re­sterem, a ja Na­ta­lie Dun­ne. Te­raz żałowałam, że byłam taka wy­eman­cy­po­wa­na.

Dora przełączyła roz­mowę.

– Pani Fo­re­ster? – Usłyszałam nie­zna­jo­my głos.

– Przy te­le­fo­nie.

– Mówi Ele­anor Bri­ce z Che­al.

Upłynęła chwi­la, za­nim sko­ja­rzyłam rozmówczy­nię. Ele­anor Bri­ce była dy­rek­torką in­ter­na­tu Cas­sie. Nig­dy nie po­znałam jej oso­biście, ale często słyszałam jej na­zwi­sko, naj­pierw w roz­mo­wach z Ro­bem, a po­tem z ad­wo­ka­ta­mi. Na­kreślone dys­tyn­go­wa­nym cha­rak­te­rem pi­sma wid­niało na ko­re­spon­den­cji i świa­dec­twach. Mówiła ci­chym, pra­wie mo­no­ton­nym głosem, ale po­brzmie­wała w nim szczególna siła. Sądząc z tego, co o niej wie­działam, ko­bie­ta miała w so­bie mnóstwo ener­gii.

– Przy­kro mi, że muszę pani prze­szko­dzić w pra­cy, ale nie­ste­ty miał miej­sce pe­wien in­cy­dent.

– Czy coś się stało Cas­sie? – wpadłam jej w słowo, czując, jak mnie za­ty­ka.

– Mogę panią za­pew­nić, że Cas­san­drze nic nie do­le­ga pod względem fi­zycz­nym – oznaj­miła po krótkim wa­ha­niu pani Bri­ce. – Ale nie­ste­ty jej za­cho­wa­nie stwa­rza pew­ne pro­ble­my.

– Tak?

– Po­wie­działabym, że znacz­ne pro­ble­my.

„Nie tyl­ko pani”, wes­tchnęłam w du­chu współczująco.

Następne­go dnia po­je­chałam do Che­al. Byłam umówio­na z Ele­anor Bri­ce na je­de­nastą. Przez te­le­fon dy­rek­tor­ka była dość la­ko­nicz­na i po­wie­działa tyl­ko, że wolałaby prze­ka­zać mi szczegóły odnośnie „niewłaści­we­go za­cho­wa­nia” Cas­san­dry oso­biście.

Za­cho­dziłam w głowę, co mogła ta­kie­go zma­lo­wać. Nie wi­działam Cas­sie od lata. Pod­czas wa­ka­cji prze­mogła się i spędziła u mnie w Hamp­ste­ad cały ty­dzień. Praw­dzi­wy re­kord.

Po śmier­ci Roba Cas­sie co­raz bar­dziej opusz­czała się w na­uce. Przy­pa­try­wałam się temu z mie­sza­niną fru­stra­cji, oba­wy i po­czu­cia winy, do­brze wiedząc, że po­win­nam coś z tym zro­bić, ale nie miałam pojęcia co. Z dy­stan­su przyglądałam się, jak dziew­czy­na co­raz bar­dziej się pogrąża.

Nie byłam za­sko­czo­na, że we­zwa­no mnie do szkoły, ra­czej roz­cza­ro­wa­na – roz­cza­ro­wa­na sobą, bo ze stra­chu, że Cas­sie znie­na­wi­dzi mnie jesz­cze bar­dziej, po­wstrzy­my­wałam się przed wszczęciem ja­kichś kroków.

W osiem­na­stym wie­ku Hi­gh­down Ho­use położone w ser­cu hrab­stwa Sus­sex było wiejską po­siadłością pew­ne­go zna­ne­go mi­ni­stra, na­to­miast od dwu­stu lat mieściła się tu San­dra Che­al Scho­ol of Dan­cing. Pry­wat­ny in­ter­nat dla dziewcząt szczy­cił się zna­ko­mitą re­nomą. Oprócz pierw­szorzędnej edu­ka­cji szkol­nej ofe­ro­wa­no tu bez­kon­ku­ren­cyj­ne wy­kształce­nie ta­necz­ne i te­atral­ne. Głównie dla­te­go Cas­sie uczęszczała do tej szkoły.

Cas za­mie­rzała pójść w ślady mat­ki i ob­se­syj­nie dążyła do tego celu. Eve, pierw­sza żona Roba, była tan­cerką, pri­ma­ba­le­riną. Kie­dy się po­zna­liśmy, nad ko­min­kiem w jego sa­lo­nie wi­siał ob­raz z jej wi­ze­run­kiem. Rzu­cił mi się w oczy na­tych­miast, kie­dy prze­kro­czyłam próg po­ko­ju. Eve Fo­re­ster miała ete­ryczną urodę, jak mi­tycz­na isto­ta zaklęta w ra­mach ob­razu.

Eve zmarła, kie­dy Cas­sie miała za­le­d­wie dwa lat­ka. Jej śmierć była równie dra­ma­tycz­na, co jej życie. Ale Eve nie umarła na sce­nie, tyl­ko za ku­li­sa­mi, w ocze­ki­wa­niu na występ. Tętniak mózgu. Wro­dzo­na skłonność w połącze­niu z napiętym gra­fi­kiem do­pro­wa­dziły do śmier­ci tan­cer­ki. Cas­sie da­rzyła uwiel­bie­niem nieżyjącą Eve znacz­nie bar­dziej, niż po­dzi­wiałaby matkę żywą. Z tego, co mówio­no, Eve była trud­na i za­pa­trzo­na w sie­bie. Dla Cas­sie jed­nak za­wsze była piękna i bez ska­zy, ni­czym anioł.

W prze­ci­wieństwie do mnie, złej ma­co­chy.

Ele­anor Bri­ce ema­no­wała taką samą aku­rat­nością i rze­czo­wością, jak jej ga­bi­net. Ubra­na w schludną gar­sonkę od Wind­so­ra ocze­ki­wała mnie za dębo­wym biur­kiem z bla­tem po­kry­tym zie­loną skórą.

Dy­rek­tor­ka od­chy­liła się na opar­cie krzesła i bez słowa mie­rzyła mnie wzro­kiem z taką samą cie­ka­wością, z jaką ja rozglądałam się po po­ko­ju. W końcu ge­stem wska­zała mi miej­sce na­prze­ciw­ko.

– Pani Fo­re­ster? Ele­anor Bri­ce.

Uniosła się lek­ko i wyciągnęła wąską dłoń.

Uścisnęłam ją ner­wo­wo, mając na­dzieję, że moja ręka nie jest zbyt wil­got­na i nie dy­go­cze z przejęcia.

– Dziękuję, że tak prędko za­re­ago­wała pani na mój te­le­fon. Mam na­dzieję, że do­je­chała pani bez przeszkód. Czy mam po­wie­dzieć se­kre­tar­ce, żeby przy­niosła coś dla orzeźwie­nia? Może kawy?

Skinęłam z wdzięcznością głową, bo na samą myśl, że za chwilę zo­baczę Cas­sie, zaschło mi w gar­dle. Pani Bri­ce wydała krótkie po­le­ce­nie.

Dy­rek­tor­ka miała sre­brzy­ste, ja­sne włosy do ra­mion, spływające miękki­mi fa­la­mi. Jej twarz była dość atrak­cyj­na i do­sko­na­le sy­me­trycz­na, jak­by jed­na połowa była od­bi­ciem dru­giej. Mimo drob­nej po­sta­wy pro­mie­nio­wała spo­koj­nym au­to­ry­te­tem. Mogłam so­bie wy­obra­zić, że ko­bie­ta ma niezłomną wolę, ale przy tym jest spra­wie­dli­wa. Wydała mi się dość sym­pa­tycz­na. W każdym ra­zie w ni­czym nie przy­po­mi­nała piły o ciętym języku, która rządziła moją szkołą.

Se­kre­tar­ka przy­niosła kawę, a Ele­anor Bri­ce za­cze­kała, aż za­mkną się za nią drzwi.

– Nie­zmier­nie mi przy­kro, że mu­siała pani po­fa­ty­go­wać się tak na­gle.

– Co się właści­wie stało?

– Myślę, że po­win­nyśmy za­cze­kać na Cas­sandrę, za­nim wy­ja­wię pani szczegóły tego dość… nieszczęśli­we­go zajścia.

– Wolałabym do­wie­dzieć się przed­tem, o co cho­dzi, żeby móc się od­po­wied­nio przy­go­to­wać.

Ele­anor Bri­ce namyśliła się chwilę, sty­kając pal­ce obu dłoni i ściągając usta. Za­nim jed­nak zdążyła od­po­wie­dzieć, roz­legło się pu­ka­nie do drzwi.

Do środ­ka weszła dziew­czy­na. Le­d­wie po­znałam w niej tamtą na­chmu­rzoną piętna­sto­latkę, którą wi­działam pra­wie czte­ry mie­siące temu. Jej długie wówczas włosy ko­lo­ru bla­de­go złota przeszły zdu­mie­wającą me­ta­mor­fozę. Te­raz były ostrzyżone na zapałkę i ufar­bo­wa­ne na pla­ty­no­wy blond. Ra­dy­kal­na fry­zu­ra nada­wała Cas­sie jesz­cze bar­dziej kru­chy i elfi wygląd, a jej nie­bie­skie oczy błysz­czały z obu­rze­nia i wsty­du. Miała ten sam ko­lor oczu, co jej oj­ciec, ale oczy Roba były spo­koj­ne jak je­zio­ra, a jej przy­wo­dziły na myśl roz­sza­lałe mo­rze.

Cas­sie schudła, ale może tyl­ko tak mi się wy­da­wało, bo urosła co naj­mniej ze czte­ry cen­ty­me­try. Obrączka po mat­ce, którą nosiła za­wie­szoną na łańcusz­ku na szyi, pa­so­wała już na pra­wy środ­ko­wy pa­lec. A spoj­rze­nie, ja­kie mi rzu­ciła, było prze­pełnio­ne nie­na­wiścią. Jak zwy­kle.

Pa­trzyła oskarżyciel­sko, a w jej oczach wid­niało nie­me py­ta­nie: cze­go ona tu chce? Naj­wy­raźniej jed­nak od­czu­wała pe­wien re­spekt przed Ele­anor Bri­ce, bo nie po­wie­działa tych słów na głos.

– Usiądź, Cas­san­dro. – Dy­rek­tor­ka rzu­ciła spoj­rze­nie Cas­sie, a dziew­czy­na na­tych­miast ugięła nogi w ko­la­nach i przy­cupnęła na krześle, składając się jak scy­zo­ryk.

Ele­anor Bri­ce zwróciła się do mnie.

– Przejdźmy za­tem do rze­czy, pani Fo­re­ster. Cas­san­dra za­mieściła na pew­nej stro­nie in­ter­ne­to­wej fo­to­gra­fię, ad­res e-mail i nu­mer te­le­fo­nu komórko­we­go swo­jej koleżanki. Na stro­nie, uj­mij­my to w ten sposób, o moc­no nie­przy­zwo­itym cha­rak­te­rze.

Pani Bri­ce sięgnęła do szu­fla­dy i wyjęła teczkę, a z niej ar­kusz pa­pie­ru, który pod­sunęła mi z opa­no­waną miną.

Sięgnęłam po kartkę, próbując po­ha­mo­wać drżenie rąk, i sku­piłam się na treści. Był to wy­druk ja­kiejś stro­ny por­no­gra­ficz­nej. Głowa dziew­czy­ny o ja­snych, krótkich włosach, pie­gach i złośli­wym spoj­rze­niu tkwiła do­cze­pio­na do ciała, które wyraźnie do niej nie należało. Ko­bie­ce ciało miało wy­mia­ry Pa­me­li An­der­son i sze­ro­ko rozłożone nogi, tyl­ko pra­wa ręka w dość su­ge­styw­ny sposób przy­kry­wała kro­cze. Ja­rze­nio­wy nagłówek umiesz­czo­ny nad aro­gancką twarzą głosił: Lib­by La­bia, lu­bieżna la­ska. Pod spodem wid­niała li­sta ofe­ro­wa­nych aktów sek­su­al­nych, od grzecz­nych po obrzy­dli­wie ob­sce­nicz­ne. Wraz z ce­na­mi.

Uświa­do­miłam so­bie, że roz­dzia­wiłam usta z prze­rażenia, ale za­miast się obu­rzyć, po­czułam, jak w gar­dle na­ra­sta mi kom­plet­nie nie­sto­sow­ny chi­chot. Przełknęłam ślinę parę razy, a kie­dy i to nie po­mogło, za­tu­szo­wałam wzbie­rający śmiech kasz­lem. Za­kryłam usta i połowę twa­rzy dłonią, dopóki nie opa­miętałam się na tyle, że mogłam z poważną miną spoj­rzeć na Ele­anor Bri­ce i Cas­sie.

Dy­rek­tor­ka przyglądała mi się. Naj­wy­raźniej ocze­ki­wała, że zga­nię Cas­sie. Cóż, właśnie tak re­ago­wa­li w ta­kiej sy­tu­acji rozsądni ro­dzi­ce.

– Dla­cze­go to zro­biłaś, Cas?

„Co ci do tego?”, za­py­tała spoj­rze­niem Cas­sie, ale po­nie­waż Ele­anor Bri­ce i ja nadal ją ob­ser­wo­wałyśmy i cze­kałyśmy na od­po­wiedź, od­parła w końcu zdaw­ko­wo, nie­mal łamiącym się głosem:

– Bo byłam mak­sy­mal­nie wku­rzo­na.

Obie­całam so­bie, że po­szu­kam w sie­ci fo­to­mon­tażu z moją osobą. Pew­nie gdzieś tam w sie­ci wid­niałam jako Nie­na­sy­co­na Na­ta­lie, która za sześć funtów daje się wy­li­zać psu.

Cała ta sy­tu­acja była tym bar­dziej kłopo­tli­wa, że wciąż z tru­dem po­ha­mo­wy­wałam śmiech. Dla po­szko­do­wa­nej dziew­czy­ny ta spra­wa była przy­kra, bez dwóch zdań, ale ja sama w szkol­nych cza­sach wy­cier­piałam wy­star­czająco dużo ze stro­ny zołzo­wa­tych koleżanek, żeby współczuć Cas­sie – tak, a na­wet więcej niż to. Pra­wie chciałam jej po­gra­tu­lo­wać, że w tak spek­ta­ku­lar­ny sposób dała na­uczkę swo­jej an­ta­go­ni­st­ce. Przy­po­mniały mi się nu­me­ry, ja­kie wy­ci­nałam w wie­ku Cas­sie, ale nig­dy nie miałam na tyle od­wa­gi, żeby ata­ko­wać w tak jaw­ny sposób.

– To na­prawdę nie jest błahost­ka, pani Fo­re­ster.

Dy­rek­tor­ka naj­wy­raźniej wy­wnio­sko­wała z mo­je­go za­cho­wa­nia, że musi przy­po­mnieć mi o po­wa­dze sy­tu­acji. Wzięłam głęboki wdech, po­now­nie usiłując przy­brać poważną minę, i słuchałam jej da­lej.

– Je­steśmy zda­nia, że zo­stało poważnie za­grożone oso­bi­ste bez­pie­czeństwo na­szej uczen­ni­cy. Dla­te­go nie mamy in­ne­go wy­bo­ru, jak za­wie­sić Cas­sandrę w obo­wiązkach ucznia do końca roku.

– Za­wie­sić?! – zawołałam za­sko­czo­na.

Na­prawdę wolałabym, żeby ktoś mnie na to przy­go­to­wał. Choćby dla­te­go, że za­wie­sze­nie w obo­wiązkach ucznia ozna­czało, że Cas­san­dra wróci do domu. Moja pa­sier­bi­ca i ja będzie­my miesz­kać pod jed­nym da­chem po raz pierw­szy, odkąd Rob…

– Ma szczęście, że nie usunęliśmy jej ze szkoły, pani Fo­re­ster. – Dy­rek­tor­ka na­chy­liła się ku mnie. – Ale uwzględni­liśmy trudną sy­tu­acją, w ja­kiej Cas­san­dra zna­lazła się w zeszłym roku…

– Trudną sy­tu­ację? – powtórzyłam osłupiała.

Moje ego­istycz­ne oba­wy przed po­wro­tem Cas­sie do domu ulot­niły się bez śladu. Jak ona mogła określić tra­giczną śmierć ojca „trudną sy­tu­acją”?

Po­czułam, że moja sym­pa­tia do Ele­anor Bri­ce słab­nie. Byłam wściekła na sie­bie, że trak­tuję Cas­sie jak pro­blem, a nie jak człowie­ka. Za­pew­ne na­wet nie umiałam so­bie wy­obra­zić, co dziew­czy­na mu­siała prze­cho­dzić po śmier­ci Roba w szko­le.

W tej sta­rej szko­le – sta­rej w dosłownym tego słowa zna­cze­niu. Tu nie oka­zy­wało się uczuć. Choćby twój cały świat legł w gru­zach, otrzyj łzy, wy­dmu­chaj nos i rób swo­je. Mogło być go­rzej.

Nikt nie umiał so­bie wy­obra­zić, na­wet mgliście, co przeszła Cas­sie. Czułam wpraw­dzie wstyd z tego po­wo­du, ale mu­siałam przy­znać, że na­wet nie chciałam so­bie tego wy­obrażać. Dzielący nas dy­stans był po pro­stu dla mnie wy­god­ny. Za­wiodłam Cas­sie. Za­wiodłam Roba.

Moja nie­od­par­ta chęć chi­cho­ta­nia jak pod­lo­tek ulot­niła się bez­pow­rot­nie. Sie­działam na krześle wy­pro­sto­wa­na jak stru­na i sta­rałam się ema­no­wać ta­kim sa­mym spo­koj­nym au­to­ry­te­tem jak Ele­anor Bri­ce.

– Nie wierzę, żeby Cas­san­dra zro­biła coś tak… dra­stycz­ne­go, jeśli nie zo­stała do tego spro­wo­ko­wa­na – oznaj­miłam, kłamiąc bez zmrużenia oka. Na pod­sta­wie własnych doświad­czeń z Cas­sie byłam prze­ko­na­na, że dziew­czy­na mogłaby zro­bić zupełnie bez po­wo­du znacz­nie dra­stycz­niej­sze rze­czy. – Mam na­dzieję, że uczy­nio­no wszyst­ko, żeby wyjaśnić wszyst­kie aspek­ty tego in­cy­den­tu, a nie tyl­ko rolę, jaką ode­grała w nim Cas­sie.

– Owszem, roz­ma­wia­liśmy z panną Lans­ford na te­mat jej rze­ko­me­go mob­bin­gu.

– A czy pan­na Lans­ford również zo­stała za­wie­szo­na w obo­wiązkach ucznia? – za­py­tałam.

– Nie­ste­ty w tym wy­pad­ku dys­po­nu­je­my je­dy­nie ust­nym ze­zna­niem Cas­san­dry obciążającym pannę Lans­ford, pod­czas gdy prze­ciw­ko Cas­san­drze ist­nie­je wi­docz­ny dla wszyst­kich dowód jej ciężkie­go prze­wi­nie­nia.

Dla pod­kreśle­nia swo­jej dez­apro­ba­ty Ele­anor Bri­ce wy­po­wie­działa słowa ciężkie prze­wi­nie­nie gro­bo­wym to­nem. Mi­mo­wol­nie jesz­cze raz rzu­ciłam okiem na dowód rze­czo­wy, który wciąż miałam w ręku. Spre­pa­ro­wa­ne zdjęcie było tak ko­micz­ne, że tyl­ko z tru­dem i naj­większym wysiłkiem udało mi się po­wstrzy­mać ko­lej­ny atak śmie­chu. Mu­siało to spra­wiać wrażenie, jak­bym do­stała czkaw­ki. Jed­no­cześnie sta­rałam się przy­brać minę pełną potępie­nia.

– Nie mamy in­ne­go wy­bo­ru, jak przejścio­wo odesłać Cas­sandrę do domu. Mamy na­dzieję, że wy­ko­rzy­sta ten czas na prze­myśle­nie swo­je­go występku oraz kon­se­kwen­cji swo­je­go za­cho­wa­nia i ewen­tu­al­ne­go wy­da­le­nia ze szkoły – kon­se­kwen­cjach dla jej przyszłości w Che­al oraz poza szkołą. Żałowa­li­byśmy, gdy­byśmy mu­sie­li pożegnać się z Cas­sandrą, po­nie­waż była dobrą uczen­nicą. Ale nie możemy to­le­ro­wać ta­kie­go za­cho­wa­nia.

Mimo iż dy­rek­tor­ka roz­ma­wiała o Cas­sie ze mną, przez cały czas wpa­try­wała się w dziew­czynę, jak­by upew­niając się, że jej słowa tra­fiają pod właściwy ad­res.

Cas­sie sie­działa obojętna, z ka­mienną twarzą.

Ele­anor Bri­ce prze­niosła wzrok na mnie.

– Mamy na­dzieję, że Cas­sie, na­pra­wiw­szy swoją po­stawę, wróci do nas po fe­riach świątecz­nych. Zwol­nie­nie z obo­wiązków ucznia wcho­dzi w życie od za­raz. Cas­san­dro, idź po swo­je rze­czy, proszę. Pani Fo­re­ster, czy za­cze­ka pani w se­kre­ta­ria­cie? Może pani za­brać pa­sier­bicę od razu.

– A jeśli to ko­li­du­je z mo­imi pla­na­mi? – Prychnęłam z iry­tacją. – Nie uprze­dziła mnie pani. A jeśli nie mogę dziś za­brać Cas­sie?

Spoj­rze­nie dy­rek­tor­ki po­zo­stało nie­ugięte.

– A jest tak, pani Fo­re­ster? – od­po­wie­działa py­ta­niem.

Nie miałam po­wo­du nie za­bie­rać Cas­sie do domu. Ale nie po­do­bało mi się, że tak po pro­stu podjęto za mnie de­cyzję. I dla­te­go, za­nim udałam się do se­kre­ta­ria­tu, żeby za­cze­kać na Cas­sie, jesz­cze raz dałam upust swo­je­mu nie­za­do­wo­le­niu.

Odkąd przy­je­chałam, dziew­czy­na nie ode­zwała się do mnie ani słowem. Nie złamała swo­je­go mil­cze­nia na­wet w dro­dze do sa­mo­cho­du. Łączył nas tyl­ko bagaż, który dźwigałyśmy wspólnie.

– Po­dej­rze­wam, że Lib­by Lans­ford do­stała słuszną karę – po­wie­działam, kie­dy je­chałyśmy z po­wro­tem długą drogą do­jaz­dową do szo­sy. – Jeśli cię to po­cie­szy, to na two­im miej­scu zro­biłabym to samo.

Cas­sie wzro­kiem dała mi do zro­zu­mie­nia, żebym so­bie przy­pad­kiem nie wy­obrażała, że mogę się wku­pić w jej łaski ta­ki­mi od­zyw­ka­mi. Po­tem zno­wu utkwiła po­nu­re spoj­rze­nie w wi­do­ki za szybą. To nie­przy­ja­zne mil­cze­nie utrzy­my­wało się przez całą jazdę i sta­wało co­raz bar­dziej napięte, im bar­dziej zbliżałyśmy się do domu w Hamp­ste­ad. Na myśl o tym, że cze­ka na nas Pe­tra, czułam bez­gra­niczną ulgę. Kie­dy pod­je­chałyśmy pod dom, właśnie wyglądała na zewnątrz w ocze­ki­wa­niu sa­mo­cho­du.

Cas­sie naj­wy­raźniej nie cie­szyła się z obec­ności Pe­try tak bar­dzo jak ja. „A ty tu cze­go”, mówiło jej spoj­rze­nie, to samo, którym przy­wi­tała mnie w biu­rze dy­rek­tor­ki. Moja nowa współmiesz­kan­ka na­tych­miast wbiegła z tu­po­tem na górę, do swo­je­go po­ko­ju, nie zniżając się do tego, żeby ode­zwać się do nas choć słowem. Bagaż zo­sta­wiła u stóp schodów. Nie­porządna ster­ta wa­li­zek i to­reb podróżnych jesz­cze do­bit­niej świad­czyła o jej wściekłości niż trzaśnięcie drzwia­mi.

– Wy­le­ciała ze szkoły. Przejścio­wo, w każdym ra­zie – od­po­wie­działam na nie­me py­ta­nie Pe­try.

– Nie może być. – Moja przy­ja­ciółka zro­biła wiel­kie oczy, wyraźnie pod wrażeniem. – Za co? Patrz, a wygląda tak nie­win­nie. Co ta­kie­go zma­lo­wała, że ją wy­wa­li­li? Przejścio­wo, w każdym ra­zie.

Nie mogłam po­wstrzy­mać uśmie­chu.

– Wy­ko­rzy­stując zdjęcie gołej mo­del­ki, do­pra­wiła głowę koleżanki. Swo­je dzieło umieściła na Pus­sy­pin­bo­ard, łącznie z nu­me­rem te­le­fo­nu i ce­na­mi usług sek­su­al­nych.

Pe­tra par­sknęła śmie­chem.

– Ach, Nat, prze­pra­szam! To właści­wie wca­le nie jest śmiesz­ne.

– Za­re­ago­wałam tak samo. Mu­siałam siłą się po­wstrzy­my­wać, żeby nie wy­buchnąć śmie­chem przy dy­rek­tor­ce. Ład­nym świecę przykładem, co?

– Szko­da, że Cas­sie nie poj­mu­je, jak bar­dzo je­steście do sie­bie po­dob­ne. Może wte­dy le­piej byście się ro­zu­miały.

Wzru­szyłam ra­mio­na­mi. Wie­działam, co ma na myśli Pe­tra, ale oba­wiałam się, że Cas nig­dy nie będzie tego wi­dzieć w ten sposób.

– Chodź, zje­my coś.

Pe­tra wzięła mnie za rękę i zaciągnęła do kuch­ni. Na sto­le stała otwar­ta bu­tel­ka wina, dwa kie­lisz­ki i taca wypełnio­na ka­nap­ka­mi.

– Gdy­bym wie­działa, że przy­wie­ziesz Cas­sie, przy­go­to­wałabym oczy­wiście trzy­da­nio­wy obiad. – Pe­tra wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Prze­cież ty go­tu­jesz tyl­ko wte­dy, gdy już w ogóle nie da się tego uniknąć.

– Głodna je­steś? A co z Cas­sie?

Potrząsnęłam głową.

– Nie, dzięki, i sądzę, że Cas­sie naj­le­piej zo­sta­wi­my na jakiś czas w spo­ko­ju.

– To może lampkę wina?

– Chętnie.

Z roz­tar­gnie­niem wzięłam ka­napkę z szynką i ogórkiem. Ugryzłam kawałek i do­pie­ro te­raz uświa­do­miłam so­bie, że jed­nak byłam głodna jak wilk. Przez cały dzień miałam tak ściśnięty żołądek, że na­wet nie pomyślałam o je­dze­niu.

– Prze­cież mówiłaś, że nie je­steś głodna – prze­ko­ma­rzała się Pe­tra, kie­dy sięgnęłam po drugą ka­napkę, cho­ciaż jesz­cze nie zjadłam do końca pierw­szej.

– Bo nie byłam. – Wes­tchnęłam głęboko.

– Wszyst­ko w porządku?

– Nie wiem, czuję się dziw­nie.

– Bo po tak długim cza­sie zo­ba­czyłaś Cas­sie? Wia­do­mo, to nie błahost­ka.

– Hm. Ale to nie tyl­ko to. Ona jest… jest taka po­dob­na do Roba. Czuję się z tym nie­swo­jo.

– Mam zo­stać na noc?

Po­pa­trzyłam na nią z wdzięcznością.

– A mogłabyś?

– No ja­sne.

Pe­tra objęła mnie, w dru­giej ręce trzy­mając kie­li­szek z wi­nem.

Do środ­ka weszła Cas­sie, trzasnęła drzwia­mi i po­pa­trzyła na nas po­nu­ro. Bez ko­men­ta­rza po­deszła do lodówki i otwo­rzyła ją z ta­kim im­pe­tem, że z półki na drzwiach spadło jaj­ko i roz­biło się na podłodze. Igno­rując to, do­ko­nała in­spek­cji za­war­tości i skrzy­wiła się. Naj­wy­raźniej nie spodo­bało jej się to, co zo­ba­czyła. Ro­zej­rzała się po kuch­ni w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, co bar­dziej od­po­wia­dałoby jej gu­stom.

Jej wzrok spoczął na bu­tel­ce z wi­nem. Wyjęła z szaf­ki kie­li­szek, po­deszła do stołu, sięgnęła po bu­telkę i nalała so­bie wina. Byłam w roz­ter­ce. Upo­mnieć ją czy dla świętego spo­ko­ju przy­mknąć oko? Zwy­ciężyła opcja tchórzli­wa. Nie ode­zwałam się. I gar­dziłam sobą za to.

Pe­tra jed­nak się nie pa­tycz­ko­wała.

– Masz do­pie­ro piętnaście lat. – Wyjęła Cas­sie kie­li­szek z ręki. – Już i bez tego masz nierówno pod su­fi­tem. Jeśli do tego za­czniesz pić, kom­plet­nie ci od­wa­li, jak dorośniesz.

Cas­sie z obu­rze­niem otwo­rzyła usta, ale za­miast za­pro­te­sto­wać, tyl­ko zmiażdżyła Petrę spoj­rze­niem i wściekła wy­padła z kuch­ni.

Z sa­lo­nu do­biegł mnie jęk sprężyn, kie­dy z im­pe­tem usiadła na ka­na­pie. Chwilę po­tem ogłuszyły nas prze­kor­ne dźwięki Avril La­vi­gne.

Wstałam i przy­mknęłam drzwi do kuch­ni, co odro­binę stłumiło dud­nie­nie mu­zy­ki.

– Dzięki za in­ter­wencję.

– Czy słyszę sar­kazm w two­im głosie?

– Nie, prze­cież ktoś mu­siał jej coś po­wie­dzieć.

– Ale nie w taki de­li­kat­ny sposób jak ja, co? Nie bój się po­dej­mo­wać au­to­ry­tar­nych de­cy­zji, Nat. Jeśli Cas­sie ma zo­stać tu­taj przez jakiś czas, to musi trzy­mać się pew­nych reguł. Im więcej jej będzie ucho­dziło na su­cho, tym da­lej będzie próbowała się po­sunąć. Dzie­ci po­trze­bują gra­nic, prze­ciw­ko którym mogą się bun­to­wać.

– Wiem, ale to ta­kie trud­ne. Zupełnie jak­by te­sto­wała swo­je gra­ni­ce wyłącznie na mnie. Cas­sie często spędza fe­rie u swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, Emi­ly. Parę razy roz­ma­wiałam z matką Emi­ly, żeby omówić kwe­stie pie­niężne i prak­tycz­ne i żeby jej po­dziękować. Piała z za­chwy­tu nad Cas­sie, mówiła, że to anioł, nie dziew­czy­na, i że to wiel­ka radość móc ją gościć.

– Ro­bisz, co możesz, Nat, biorąc pod uwagę te trud­ne oko­licz­ności.

– Tak myślisz? Na­prawdę robię, co mogę? Nie je­stem tego wca­le taka pew­na. Prze­cież zo­sta­wiłam ją samą. Wiem, że Cas­sie nie chce ze mną prze­by­wać, więc trzy­małam się na dy­stans, ale to prze­cież nie jest właściwa dro­ga, praw­da? Ach, sama nie wiem… Chy­ba po pro­stu je­stem jesz­cze za młoda na piętna­sto­let­nią córkę.

– Teo­re­tycz­nie nie.

– No do­brze, ale w ta­kim ra­zie rodząc ją, sama byłabym jesz­cze dziec­kiem. Cho­dzi mi o to, że może zbyt wy­god­nie to so­bie urządziłam. Je­stem jej opie­ku­nem praw­nym, może po­win­nam jed­nak ob­sta­wać przy tym, żeby spędzała wa­ka­cje w domu. Jak mamy pogłębić swo­je re­la­cje, sko­ro nig­dy się nie wi­du­je­my? Ona nie chce tu przy­jeżdżać, a ja to ak­cep­tuję, bo łatwiej mi żyć bez niej. A prze­cież to jest jej dom. Wiesz, w tej chwi­li wy­da­je mi się to dziw­ne, że ona tu jest, a prze­cież to był jej dom, za­nim się tu w ogóle wpro­wa­dziłam. A sko­ro dla mnie jest to nie do wy­trzy­ma­nia, to co do­pie­ro ona musi czuć? Czy to bied­ne dziec­ko w ogóle ma jesz­cze grunt pod no­ga­mi? Prze­cież nie mogę zgo­dzić się na to, żeby w fe­rie błąkała się od jed­nej koleżanki do dru­giej.

– Nie bądź dla sie­bie taka su­ro­wa, Nat­tie – uspo­ka­jała mnie Pe­tra. – Miałaś dość własnych pro­blemów, którymi mu­siałaś się zająć.

– Ale właśnie w tym rzecz. Muszę się również zająć Cas­sie. Je­stem za nią od­po­wie­dzial­na. A do tej pory po pro­stu to igno­ro­wałam.

Go­dzinę później Cas­sie zno­wu zja­wiła się w kuch­ni. Nie zwra­cając na nas uwa­gi, obsłużyła się sama, wyj­mując z lodówki grec­ki jo­gurt i bu­telkę soku po­ma­rańczo­we­go. Na ko­niec wzięła jesz­cze z szaf­ki paczkę chipsów z solą i octem, a po­tem zniknęła.

Słyszałam, jak tupiąc no­ga­mi, wcho­dzi po drew­nia­nych scho­dach i z wiel­kim trza­skiem za­my­ka drzwi do swo­je­go po­ko­ju.

Twarz Pe­try stężała.

– Za­cho­wu­je się, jak­by cały dom należał do niej – po­wie­działa z dez­apro­batą.

– Teo­re­tycz­nie tak właśnie jest.

Pe­tra po­pa­trzyła na mnie py­tająco.

– Majątek jest zarządza­ny ko­mi­sa­rycz­nie, dopóki Cas­sie nie ukończy osiem­na­stu lat. Do tego mo­men­tu wol­no mi tu miesz­kać, ale po­tem, jeśli ze­chce, z dnia na dzień będzie mogła wy­rzu­cić mnie na bruk. Pod wa­run­kiem, że wy­trzy­mam do tej pory.

– Pew­nie nie może się tego do­cze­kać.

– Początko­wo chciałam się wy­pro­wa­dzić do swo­je­go sta­re­go miesz­ka­nia, ale jed­nak zde­cy­do­wałam się je wy­nająć.

– Nie wie­działam o tym.

– Wy­trzy­małam tam za­le­d­wie dwa dni. Byłam kom­plet­nie roz­dar­ta, chciałam jed­no­cześnie zo­stać tu i odejść. Nie wie­działam, co lep­sze: że wszyst­ko przy­po­mi­nało mi tu Roba czy że u mnie zupełnie nic mi go nie przy­po­mi­nało. Po­tem uznałam, że ten dom będzie dla mnie właści­wym miej­scem, przy­najm­niej na ra­zie. I że tak będzie prościej, bo Cas­sie będzie mogła wra­cać na fe­rie do domu. Cze­go do tej pory nie ze­chciała zro­bić. Zresztą te­raz też nie jest tu z własnej woli.

– A zo­sta­nie?

– Sądzisz, że zno­wu ulot­ni się do ja­kiejś koleżanki? Nie sądzę. Ro­dzi­na Emi­ly wyjeżdża na święta do krew­nych w Ge­ne­wie, a do końca roku oczy­wiście będzie cho­dziła do szkoły.

– Więc przez święta Cas­sie będzie tu­taj?

– Na to wygląda. Cas­sie jesz­cze się nie wy­po­wie­działa. To trud­ny te­mat, abs­tra­hując od tego, że właści­wie ze sobą nie roz­ma­wia­my.

– A two­ja pra­ca?

– Cas­sie jest już na tyle duża, że w ciągu dnia mogę zo­sta­wić ją samą, choć nie wiem, czy to do­bry po­mysł. Ju­tro jest so­bo­ta. Zo­baczę, jak się za­akli­ma­ty­zu­je przez week­end, a po­tem zde­cy­duję, co da­lej. Może mogłabym wziąć urlop. Myślę, że po­win­nam poświęcić jej trochę cza­su.

– Święta Na­ta­lia – za­kpiła Pe­tra, ale bez złośliwości. – Skąd u cie­bie tyle wy­ro­zu­miałości? Ja myślę, że ta two­ja Cas to chodzący kosz­mar.

– Ach, Pe­tro, nie chciałabym, żeby to za­brzmiało wy­niośle, ale żal mi jej. – Wzru­szyłam ra­mio­na­mi. – Stra­ciła Roba… Na­prawdę wiem, ja­kie to uczu­cie.

Wie­działam też, jak to jest, kie­dy w dzie­ciństwie tra­ci się ojca. Jak­by walił się cały świat. Mój oj­ciec zmarł, kie­dy miałam sześć lat, tak samo nie­spo­dzie­wa­nie jak Rob. Spra­wiał wrażenie zdro­we­go, czer­stwe­go, ale parę dni przed swo­imi trzy­dzie­sty­mi siódmy­mi uro­dzi­na­mi do­stał zawału i zmarł. Nie umiałam so­bie z tym po­ra­dzić, a mama była tak zroz­pa­czo­na, że nie po­tra­fiła mnie po­cie­szyć.

– Pe­tro, Cas­sie stra­ciła obo­je ro­dziców. Mat­ki ra­czej nie pamięta, była jesz­cze za mała, ale po­tra­fisz so­bie wy­obra­zić, co ona czu­je? Ile udręk nosi w so­bie?

Pe­tra po­ki­wała głową z na­mysłem.

– A co ty ro­bisz w święta? – za­py­tałam.

– Psi syn wy­bie­ra się ze swoją se­kut­nicą na urlop – od­po­wie­działa z uda­waną lek­kością Pe­tra. Miała na myśli swo­je­go ko­chan­ka oraz jego małżonkę. – Lecą nad Za­tokę Mek­sy­kańską. Mam na­dzieję, że ta fran­ca tam uto­nie albo śmier­tel­nie po­pa­li ją słońce. – Pe­tra wyjęła z to­reb­ki po­gnie­cioną paczkę marl­bo­ro, po­dej­rza­nie drżącą ręką za­pa­liła pa­pie­ro­sa i zaciągnęła się moc­no. – Chy­ba zażyczę so­bie w cha­rak­te­rze pre­zen­tu pod cho­inkę ja­kie­goś słod­kie­go chłopta­sia i będę ba­rasz­ko­wać z nim przez cały dzień.

Zaciągnęła się po­now­nie i odprężyła wyraźnie.

– W ra­mach re­kom­pen­sa­ty za­ofe­ro­wał mi wy­jazd do ja­kie­goś luk­su­so­we­go i pio­ruńsko dro­gie­go ho­te­lu spa, gdzieś pod prażącym słońcem. Albo chce mnie w ten sposób po­cie­szyć, albo się mnie po­zbyć; jed­no z dwoj­ga.

Pe­tra usil­nie sta­rała się spra­wiać bez­tro­skie i ra­do­sne wrażenie, ale wi­działam, że jest przy­bi­ta.

– A jak ci się w ogóle z nim układa? – za­py­tałam.

Wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Za­sta­na­wiam się, co ty w nim w ogóle wi­dzisz.

Sięgnęłam z wes­tchnie­niem po wino.

– Też się nad tym za­sta­na­wiam, ale na przekór wszyst­kie­mu utrzy­mu­je­my ten związek. W końcu on ma też swo­je do­bre stro­ny.

– Na przykład?

– No wiesz, wpraw­dzie zaj­mu­je dwa miej­sca w sa­mo­lo­cie, ale za to spo­koj­nie może so­bie na nie po­zwo­lić. – Mrugnęła do mnie.

Wie­działam, że to tyl­ko poza. Owszem, pie­niądze były dla niej bar­dzo ważne, ale sama za­ra­biała wy­star­czająco i nie była zda­na na ni­czyją kasę. Miałam własną teo­rię, dla­cze­go ciągnęła ten po­zba­wio­ny per­spek­tyw związek. Tam­ten mężczy­zna dawał jej po­czu­cie, że ktoś za nią tęskni, a jed­no­cześnie po­zo­sta­wiał jej dużo swo­bo­dy. A przede wszyst­kim nie mu­siała ni­ko­mu od­da­wać swo­je­go ser­ca, tyl­ko nadal mogła pil­nie go strzec.

– Wiem, że wca­le tak nie myślisz – po­wie­działam.

– Ach, nie?

– Nie. Masz jesz­cze jed­no po­dejście.

– No do­bra. – Po­wo­li ciągnęła da­lej: – Jest wyższy ode mnie, a ciężko zna­leźć kogoś ta­kie­go. Wiesz, jak to jest, kie­dy w bu­tach na ob­ca­sach ma się metr dzie­więćdzie­siąt? A butów na płaskim nie założę, choćby dla sa­me­go Toma Cru­ise’a.

Za­chi­cho­tałam, a kie­dy już raz zaczęłam, nie po­tra­fiłam prze­stać. Wresz­cie mogłam się uwol­nić od napięcia, które się we mnie spiętrzyło.

Na­gle śmiech uwiązł mi w gar­dle.

W drzwiach stała Cas­sie. Jej twarz i oczy płonęły obu­rze­niem, dziew­czy­na cała się trzęsła.

– Co ty tu w ogóle ro­bisz? – za­py­tała jak mat­ka besz­tająca nie­sfor­ne dziec­ko. – Re­cho­czesz jak głupia i żłopiesz wino z piw­nicz­ki taty jak gdy­by nig­dy nic. Był ci kom­plet­nie obojętny! Mam rację, praw­da?

Od­sta­wiłam kie­li­szek ni­czym obciążający dowód.

– Nie był mi ani trochę obojętny – za­prze­czyłam. – Twój oj­ciec był dla mnie ważniej­szy niż kto­kol­wiek inny na całym świe­cie.

– Jak możesz żyć da­lej tak po pro­stu? Jak możesz uda­wać, że wszyst­ko jest tak jak do tej pory?

Upłynęła chwi­la, za­nim zna­lazłam właści­wie słowa. Kie­dy jej od­po­wie­działam, czułam się, jak­bym słyszała je po raz pierw­szy w życiu.

– Nie ro­zu­miesz? Mogę albo żyć tak jak do tej pory, albo nie żyć wca­le. To całkiem pro­ste. Kie­dy umarł twój oj­ciec, życzyłam so­bie śmier­ci ra­zem z nim.

– No to wi­ta­my w klu­bie – prychnęła Cas­sie i wy­padła na ko­ry­tarz.

Za­trzasnęła za sobą drzwi z ta­kim im­pe­tem, że zabrzęczały kie­lisz­ki na sto­li­ku. Wy­stra­szo­ne wy­mie­niłyśmy z Petrą spoj­rze­nia.

To była praw­da – pragnęłam umrzeć wraz z nim i to na­pa­wało mnie lękiem. To nie były pu­ste słowa, ja rze­czy­wiście chciałam włożyć so­bie w usta lufę pi­sto­le­tu i na­cisnąć spust. Po­wstrzy­my­wało mnie przed tym wyłącznie tchórzo­stwo. Nie wie­działam dokład­nie, cze­go się bałam. Na pew­no nie śmier­ci. Kary bo­skiej? Być może. Bólu? Nie, bólu się nie bałam. Nic nie jest bar­dziej bo­le­sne od udręki rosnącej we mnie jak no­wotwór żywiący się prze­ko­na­niem, że nig­dy więcej nie zo­baczę Roba i nig­dy więcej go nie do­tknę, że już nig­dy nie powącham cu­dow­ne­go za­pa­chu jego skóry.

Ale jak mogłam, tłumiłam te uczu­cia i żyłam da­lej. Mu­siałam żyć da­lej jak za­wsze, nor­mal­nie, choć nic już nie było dla mnie nor­mal­ne.

Cas­sie uni­kała mnie przez całą so­botę. Nie zeszła ani na śnia­da­nie, ani na obiad. Wy­nu­rzyła się ze swo­je­go po­ko­ju do­pie­ro wie­czo­rem, kie­dy ogarnęłam się i wyszłam po parę cza­so­pism. Kie­dy wróciłam, zza za­mkniętych drzwi sa­lo­nu do­bie­gały dźwięki te­le­wi­zo­ra.

Ta­lerz z obia­dem dla Cas, który przed­tem był w lodówce, stał na sto­le wy­je­dzo­ny do połowy, naj­wy­raźniej pod­grza­ny uprzed­nio w mi­kro­falówce. Ta była otwar­ta, błyskając świa­tełkiem. W jej wnętrzu eks­plo­do­wała mar­chew­ka i ziem­nia­ki, bo Cas­sie nie przy­kryła ta­le­rza. Na bla­cie, w od­ległości za­le­d­wie pół me­tra od ko­sza na śmie­ci, leżał pu­sty kar­ton po soku, a obok szklan­ka z resztką na­po­ju. Sprzątnęłam to wszyst­ko i usiadłam przy sto­le zła na sie­bie, że je­stem zbyt wiel­kim tchórzem, żeby otwo­rzyć drzwi sa­lo­nu i usiąść obok Cas­sie.

To były tyl­ko drzwi, ale równie do­brze mogła to być gra­ni­ca między dwo­ma wro­gi­mi państwa­mi, pa­tro­lo­wa­na przez uzbro­jo­nych w ka­ra­bi­ny żołnie­rzy pro­wadzących na smy­czy złe owczar­ki nie­miec­kie.

– Tchórz – złajałam się i sięgnęłam po stertę cza­so­pism.

Po­trze­bo­wałam półto­rej go­dzi­ny, żeby za­spo­koić głód in­for­ma­cji. Po­tem długo jesz­cze sie­działam w kuch­ni, de­lek­tując się lampką wina. Kie­dy ze­gar na ścia­nie po­ka­zał wpół do je­de­na­stej, ze­brałam się wresz­cie na od­wagę i na­cisnęłam klamkę.

Je­dy­nym źródłem światła w po­ko­ju był mi­gający ekran te­le­wi­zo­ra. Dźwięk był ści­szo­ny, pi­lot nadal tkwił w ręku Cas­sie. Dziew­czy­na leżała na ka­na­pie, pogrążona w moc­nym, głębo­kim śnie. Zo­ba­czyłam ślady łez na jej bla­dych po­licz­kach. Obie­ma rękoma, jak­by chciała się po­cie­szyć, przy­ci­skała do sie­bie wielką, ak­sa­mitną po­duchę.

Długo sie­działam i przy­pa­try­wałam się mo­jej śpiącej pa­sier­bi­cy, słuchałam jej ci­che­go od­de­chu, szme­ru te­le­wi­zo­ra i spo­ra­dycz­ne­go war­ko­tu prze­jeżdżającego sa­mo­cho­du. Cas­sie nie po­ru­szała się. W końcu wyłączyłam te­le­wi­zor, przy­niosłam koc z po­ko­ju gościn­ne­go i ją przy­kryłam.

Kie­dy obu­dziłam się następne­go ran­ka, Cas­sie znikła z ka­na­py, a drzwi jej po­ko­ju były za­mknięte.

W po­nie­działek rano za­dzwo­niłam do Ela­ine i oznaj­miłam, że przez parę dni będę pra­co­wać w domu. Po­tem po­je­chałam do naj­bliższe­go su­per­mar­ke­tu.

Ku­pując ar­ty­kuły spożyw­cze, nie udało mi się uciec przed przedświątecz­nym rej­wa­chem. Choć prze­cież nadal był li­sto­pad, kie­dy skręcałam na par­king, rzu­ciła mi się w oczy dzie­sięcio­me­tro­wa cho­in­ka. Jej wi­dok nie­uchron­nie przy­wiódł mi na myśl Roba.

Zno­wu Boże Na­ro­dze­nie bez cie­bie. Mie­liśmy dla sie­bie tyl­ko dwa Boże Na­ro­dze­nia.

Czułam się tak, jak­by mnie okra­dzio­no. Bo­le­sna pust­ka, którą w so­bie nosiłam, nie miała nic wspólne­go z tym, że nie jadłam od wczo­raj­sze­go po­ran­ka.

Po ślu­bie po­sta­no­wi­liśmy urządzić ro­dzin­ne święta. Rob, ja i Cas­sie. Za­pro­siłam na­wet swoją mamę, Laurę. Nie od­wie­dzałam jej w święta już od wie­lu lat i do ostat­ka zwle­kałam z te­le­fo­nem do niej. Na­tu­ral­nie miała już inne pla­ny, ale jej szcze­ry żal, że nie mogła ich już zmie­nić, wywołał we mnie cień skru­chy.

Odkąd sta­rałam się do­trzeć jakoś do Cas­sie, stałam się mniej kry­tycz­na wo­bec Lau­ry. W tam­to pierw­sze Boże Na­ro­dze­nie za­in­we­sto­wałam mnóstwo cza­su i wysiłku w zna­le­zie­nie pre­zentów, które na­prawdę spodo­bałyby się córce Roba. Była to z mo­jej stro­ny próba wku­pie­nia się w łaski Cas­sie. Ale ona wszyst­kie moje po­dar­ki skwi­to­wała po­gar­dli­wym uśmiesz­kiem albo zim­nym, obojętnym spoj­rze­niem.

Pamiętam, że Rob wziął mnie po­tem w ra­mio­na i po­dziękował za sta­ra­nia.

– Za rok będzie le­piej – mruknął i złożył lek­ki pocałunek na mo­jej głowie.

Myślałam o Cas­sie, jaka była kru­cha, myślałam o jej smut­nych oczach. Mu­siała czuć się tak samo za­gu­bio­na i zalęknio­na jak ja. Po­czułam nagłą po­trzebę przy­go­to­wa­nia cze­goś w ro­dza­ju świąt. Wróciłam do po­mi­niętych uprzed­nio regałów i wrzu­ciłam do wózka na za­ku­py paczkę kra­kersów. Kupiłam na­wet małą, sztuczną cho­inkę, której gałązki błyskały ko­lo­ro­wy­mi lamp­ka­mi. Sama nie wiem dlacze­go; była szka­rad­na.

Próbowałam zgadnąć, co spodo­bałoby się Cas. Na­wet nie wie­działam, co lubiła. Większość na­sto­latków pre­fe­ro­wała fryt­ki, chip­sy i mrożoną pizzę, ale czy ona też? Załado­wałam wózek jo­gur­ta­mi i so­ka­mi owo­co­wy­mi, które pa­ko­wała w sie­bie bez opa­mięta­nia, do tego ma­ka­ron, sałatę, cze­ko­ladę. Jeśli Cas­sie nie je ta­kich rze­czy, to przy­najm­niej się nie zmar­nują.

Wra­cając do domu, za­trzy­małam się w McDo­nal­dzie. Nie wie­działam, czy Cas lubi śmie­cio­we je­dze­nie, ale wzięłam dla niej ze­staw Hap­py Meal. Aż się uśmiechnęłam na wi­dok na­zwy ze­stawu, bo na­prawdę pragnęłam, żeby posiłek uczy­nił ją szczęśliwą.

Kie­dy wróciłam do domu, Cas wyłoniła się ze swo­je­go po­ko­ju jak dzi­kie zwierzę zwa­bio­ne za­pa­chem je­dze­nia. Wręczyłam jej to­rebkę z McDo­nal­da. Naj­pierw po­pa­trzyła na mnie, jak­bym była jakąś ter­ro­rystką, która chce wcisnąć jej ty­kającą bombę. Ale w końcu wyciągnęła szczupłą rękę.

– Och, dziękuję.

Za­sko­czo­na pa­trzyłam, jak wzięła to­rebkę i z hałasem poszła na górę. Drzwi do po­ko­ju za­trzasnęły się za nią jak za­zwy­czaj.

Był wieczór, a ja jak zwy­kle sie­działam na ka­na­pie w wy­god­nym sza­rym dre­sie i gru­bych skar­pe­tach. Roz­legł się dźwięk komórki.

Dzwo­niła Pe­tra.

– Co ro­bisz?

– Piję wino i oglądam te­le­wizję.

– A gdzie dia­bel­skie na­sie­nie?

– Nie mów tak na nią, Pe­tro. Jest u sie­bie w po­ko­ju i głośno słucha mu­zy­ki. – Otwo­rzyłam drzwi i nad­sta­wiłam słuchawkę te­le­fo­nu, żeby uświa­do­mić jej, jak głośno Cas­sie rozkręciła Emi­ne­ma.

– Na­prawdę głośno – zgo­dziła się Pe­tra, kie­dy znów przyłożyłam te­le­fon do ucha i kop­nia­kiem za­mknęłam drzwi. – Co oglądasz? – za­py­tała.

– Powtórkę Spraw in­spek­to­ra Mor­se’a.

– A ja­kie wino pi­jesz?

– Wspa­niałe Châte­au­neuf-du-Pape.

– Zo­stało coś jesz­cze?

Pod­niosłam bu­telkę i spraw­dziłam za­war­tość.

– Jakaś jed­na trze­cia.

– W ta­kim ra­zie przy­niosę jesz­cze flaszkę.

Rozłączyła się.

Pół go­dzi­ny później usłyszałam szczęk zam­ka i do domu weszła Pe­tra. Z po­ko­ju Cas­sie wciąż do­bie­gał nie­znośny łomot mu­zy­ki. Drzwi do sa­lo­nu otwo­rzyły się i wpuściły do środ­ka ogłuszającą falę. Po ich za­mknięciu zro­biło się nie­co ci­szej, ale mimo to czułam prze­ni­kające przez su­fit wi­bra­cje basów. Jak­by do­mem wstrząsało małe trzęsie­nie zie­mi.

Pe­tra ob­da­rzyła mnie sze­ro­kim uśmie­chem, zdjęła płaszcz i rzu­ciła go na opar­cie ka­na­py. Ubra­na była w połyskującą złotą nitką su­kienkę z głębo­kim wycięciem na ple­cach od Jo­se­pha, która przy­le­gała do ciała tam, gdzie trze­ba. Wspa­nia­le pod­kreślała jej mu­sku­lar­ne, opa­lo­ne ple­cy, nie­skończe­nie długie nogi i god­ny po­zaz­drosz­cze­nia ob­fi­ty biust.

– Wyglądasz su­per.

– Spędziłam wieczór z Pe­te­rem – od­parła, zrzu­ciła ze stóp szpil­ki na rze­my­kach i usiadła obok mnie.

– I o dzie­siątej je­steś z po­wro­tem?

– Wcześnie zje­dliśmy ko­lację – przy­znała otwar­cie – i chcie­liśmy się gdzieś za­szyć, ale za­dzwo­nił te­le­fon i Pe­ter mu­siał się pożegnać.

– Aha.

Pe­tra wy­krzy­wiła twarz.

– Wiem. Tak to jest, jak się ma ro­mans.

Przez chwilę pa­no­wało zgod­ne mil­cze­nie. Coś w te­le­wi­zji przy­kuło uwagę Pe­try.

– Prze­myślałam to so­bie – po­wie­działam w końcu. – Sprawę Bożego Na­ro­dze­nia.

– I? – za­ha­czyła, nie patrząc na mnie.

– Po­sta­no­wiłam, że zo­sta­nie ze mną.

– Kto, Cas?

– Tak.

– Myślałam, że nie chcesz ob­cho­dzić świąt.

– Zmie­niłam zda­nie.

– Tyl­ko mi nie mów, że na­wie­dził cię duch zmarłego Mar­leya… Och, prze­pra­szam cię. – Pe­tra z prze­rażeniem odwróciła się do mnie. – Tak mi się głupio wy­rwało.

– Nic się nie stało – uspo­koiłam przy­ja­ciółkę. – Wiesz, co szczególnie w to­bie cenię? Że roz­ma­wiasz ze mną jak z kimś nor­mal­nym.

Uśmiechnęła się.

– Słody­czy ty moja, za­pew­niam cię, że jesz­cze nig­dy nie roz­ma­wiałam z tobą jak z kimś nor­mal­nym. – Ścisnęła mnie za rękę. – No to co pla­nu­jesz? Zna­czy w Boże Na­ro­dze­nie?

– Za­mie­rzam do­pil­no­wać, żeby Cas miała miłe święta, i to ro­dzin­ne. Żeby nie czuła się jak bez­pański pies albo dziec­ko bez da­chu nad głową i nie mu­siała sie­dzieć przy ja­kimś ob­cym sto­le.

– To bar­dzo chwa­leb­ne, ale pomyśl: niektóre bez­pańskie kun­dle po­tra­fią nieźle dziabnąć. Już was widzę nad wiel­kim, fa­sze­ro­wa­nym in­dy­kiem.

– Tak, a Cas­sie chwy­ta za nóż i mówi: no to za­czy­na­my. I rzu­ca mi się do gardła. – Spo­ważniałam na­gle. – Odwołaj swój wy­jazd i spędź święta z nami – po­pro­siłam.

Omal zachłysnęła się wi­nem.

– Ach, ty jesz­cze nic wie wiesz – wy­pa­liła. – Mam su­per­no­wi­ny. Nie lecę na Bar­ba­dos.

– Nie?

– Nie. Mam coś o wie­le lep­sze­go. Se­kut­ni­ca Pe­te­ra leci dzie­więtna­ste­go grud­nia do sio­stry, na Flo­rydę. Po­win­naś kie­dyś zo­ba­czyć tę siostrę. Przeszła tyle ope­ra­cji pla­stycz­nych i wchłonęła taką dawkę słońca, że jej cera wygląda jak sta­ra ir­cho­wa szmat­ka do okien. W każdym ra­zie właśnie spra­wia so­bie no­we­go męża, szóste­go z ko­lei, o ile się nie mylę. Jest tak bo­ga­ty, że będzie mogła zno­wu zro­bić so­bie nowe cyc­ki… Biorą ślub w syl­we­stra, dla­te­go cała ro­dzi­na leci na dwa ty­go­dnie do Stanów.

– I to ma być ta do­bra wia­do­mość? – za­py­tałam.

– Ja­sne, bo hun­cwot ze względu na pracę nie da rady się wy­rwać aż do dwu­dzie­ste­go trze­cie­go. Obie­cał, że do­le­ci do nich w Wi­gi­lię, ale – trzy­maj się moc­no – przy­rzekł mi, że coś wymyśli i spędzi ten dzień ze mną. Czy to nie cu­dow­ne? Po­le­ci dzień później i wciśnie gadkę szmatkę, że sa­mo­lot się za­pa­lił czy coś w tym sty­lu. Będzie­my mie­li dla sie­bie całą Wi­gi­lię. Czy to nie cu­dow­ne? – powtórzyła Pe­tra, jak­by sama nie mogła uwie­rzyć we własne szczęście.

– Owszem, cu­dow­ne – po­wie­działam powątpie­wająco, bo do­sko­na­le wie­działam, że obiet­ni­ce Pe­te­ra są bar­dziej kru­che niż skrzydła mo­ty­la.

– Ale poza tym chętnie spędziłabym ten dzień z wami.

Pe­tra po­cie­szającym ge­stem na­kryła dłonią moją rękę, in­ter­pre­tując wy­raz ma­lujący się na mo­jej twa­rzy jako roz­cza­ro­wa­nie.

– Nie przej­muj się tym. Coś wymyślę – uspo­koiłam ją.

Trzy dni później, po nie­spo­koj­nej nocy, kie­dy udało mi się zdrzemnąć do­pie­ro nad ra­nem, obu­dził mnie te­le­fon przy łóżku. Właści­wie nie było w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go, ale od śmier­ci Roba mało kto dzwo­nił do mnie, praw­do­po­dob­nie dla­te­go, że po wy­pad­ku prze­stałam od­bie­rać te­le­fony. Miałam wte­dy okropną fazę: wy­da­wało mi się, że kie­dy od­biorę, usłyszę jego głos. To było dziw­ne. Do­brze wie­działam, że to nie­możliwe, ale za każdym ra­zem, gdy słyszałam w słuchaw­ce obcy głos, byłam roz­go­ry­czo­na do głębi.

Przy­ja­cie­le dzwo­ni­li do mnie prze­ważnie na komórkę, żebym od razu wi­działa, kto dzwo­ni.

Wy­sunęłam rękę spod kołdry i wy­ma­całam słuchawkę na noc­nym sto­li­ku.

– Halo? – wy­chry­piałam.

– Na­ta­lie?

Oprzy­tom­niałam w oka­mgnie­niu i usiadłam wy­pro­sto­wa­na jak stru­na. Mama. Nie wi­działam jej od po­grze­bu. Parę razy roz­ma­wiałyśmy ze sobą sztyw­no, bo żadna z nas nie wie­działa, co po­wie­dzieć. Na­prawdę próbowała mi pomóc, ale jak zwy­kle nie dopuściłam jej do sie­bie, nie­ste­ty. Wie­lo­krot­nie mnie do sie­bie za­pra­szała, ale ja za każdym ra­zem od­ma­wiałam. Nie chciałam też, żeby przy­je­chała do mnie do Lon­dy­nu. Nig­dy jej się nie zwie­rzałam, na­sze re­la­cje nie nada­wały się do tego. Właści­wie od śmier­ci ojca nie utrzy­my­wałyśmy ze sobą kon­tak­tu.

Wte­dy czułam się, jak­bym stra­ciła obo­je ro­dziców na­raz, tak ra­dy­kal­nie zmie­niła się wówczas moja mat­ka. Wpraw­dzie była przy mnie, ale od­no­siłam wrażenie, jak­by jej nie było.

Za­py­tała, co u mnie, a po­tem zaczęła ostrożnie wy­py­ty­wać, igno­rując moje zwykłe, mo­no­sy­la­bo­we od­po­wie­dzi. Jej głos brzmiał tak spo­koj­nie, tak kojąco, że nie­spo­dzie­wa­nie wy­rzu­ciłam z sie­bie wszyst­ko. Opo­wie­działam jej całą hi­sto­rię z Cas­sie. Po­cie­szyło mnie, że roześmiała się, słysząc o zdjęciu por­no.

– Też tak za­re­ago­wałam – po­wie­działam. – Cieszę się, że nie tyl­ko ja uważam, że to śmiesz­ne.

– A za­tem je­steś ska­za­na na rolę złej ma­co­chy – skwi­to­wała Lau­ra. – Pew­nie je­steś za­chwy­co­na, co?

– Założę się, że Cas­sie ob­dzwa­nia właśnie koleżanki, żeby wpro­sić się gdzieś na święta. Po­dej­rze­wam, że wolałaby zjeść in­dy­ka ra­zem z Lib­by Labią niż ze swoją złą ma­cochą.

Lau­ra zaśmiała się zno­wu.

– A ty, cze­go ty byś chciała?

– Chciałabym spędzić święta ra­zem z nią. W końcu je­stem te­raz jej naj­bliższą ro­dziną. – Wes­tchnęłam.

– Nat, chciałabym ci coś za­pro­po­no­wać. Ale bądź całkiem szcze­ra. Jeśli nie będziesz chciała, to po­wiedz, do­brze? Obie­cuję, że się nie obrażę.

– Wal śmiało.

– Przy­jedźcie obie do Korn­wa­lii.

– Do cie­bie? Na święta?

– Tak. Chętnie was u sie­bie ugoszczę. I po co cze­kać? Przy­jedźcie od razu. Za­sta­na­wiałaś się, co z począć z Cas­sie. Po pro­stu przy­wieź ją z sobą. Bar­dzo bym się cie­szyła, gdy­byście obie przy­je­chały.

– Na­prawdę?

– Ależ oczy­wiście – od­po­wie­działa mama. – Przy­jedźcie do Korn­wa­lii – powtórzyła upar­cie. – I tak chciałam was za­pro­sić na święta. Nie byłam tyl­ko pew­na, czy wam się u mnie spodo­ba. Boże Na­ro­dze­nie w Korn­wa­lii pew­nie wy­pa­da nud­no w porówna­niu ze świętami w Lon­dy­nie.

– Nud­no? To brzmi dokład­nie tak jak to, cze­go mi trze­ba – od­po­wie­działam bez na­mysłu.

– To jak? Przy­je­dzie­cie?

– Tak. Tak, dziękuję. – Usłyszałam własny głos. – Myślę, że przy­je­dzie­my.

Przy śnia­da­niu, które w dro­dze wyjątku zjadłyśmy ra­zem, wpraw­dzie w mil­cze­niu, ale siedząc na­prze­ciw­ko sie­bie przy jed­nym sto­le, ob­wieściłam, że je­dzie­my do Korn­wa­lii. Cas­sie z niezmąco­nym spo­ko­jem obie­rała po­ma­rańczę. Zdjąwszy skórkę, sta­ran­nie sku­bała owoc z białych far­foc­li. Następnie po­dzie­liła go na cząstki i ułożyła z nich wzór na ta­le­rzu. Nie zjadła ani jed­nej. Sama też nie miałam ape­ty­tu. Bite dzie­sięć mi­nut mie­szałam w mi­secz­ce łyżkę płatków zbożowych, próbując ze­brać się na od­wagę. Tak trud­no było zna­leźć właściwe słowa.

Uznałam, że najmądrzej będzie uda­wać, iż sama je­stem niechętna temu po­mysłowi. Jeśli Cas­sie uzna, że mam chęć je­chać do Korn­wa­lii, praw­do­po­dob­nie będzie się opie­rać, byle zro­bić mi na złość.

– Moja mat­ka za­pra­sza nas na święta – zaczęłam.

Włożyłam w swo­je słowa tyle niechęci, ile zdołałam.

Cas mnie zi­gno­ro­wała.

– To roz­wiąza­nie jest oczy­wiście da­le­kie od ideału. Próbuję właśnie wy­na­leźć jaką wymówkę. Jak myślisz? Masz jakiś po­mysł, dla­cze­go mogłybyśmy odmówić?

Cas wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Nie?

Zno­wu wzru­sze­nie ra­mion.

– A chciałabyś po­je­chać?

– Bo ja wiem.

– Wolałabyś zo­stać tu­taj?

Tym ra­zem spoj­rzała na mnie przez stół.

– Nie – za­prze­czyła ener­gicz­nie.

– Więc mam przyjąć jej za­pro­sze­nie? Po­je­dzie­my do Korn­wa­lii?

– Niech będzie.

Kie­dy za­dzwo­niłam do mamy, Cas jesz­cze była w kuch­ni. Spo­dzie­wałam się, że może prze­rwać roz­mowę i jed­nak odmówić. Ale za­miast spo­dzie­wa­ne­go opo­ru za­uważyłam tyl­ko zmęczoną re­zy­gnację.

Po skończo­nej roz­mo­wie odwróciłam się do niej.

– No to usta­lo­ne. Wyjeżdżamy w naj­bliższy week­end.

Chcąc sprzątnąć ta­lerz z ze­schniętymi cząstka­mi po­ma­rańczy, roz­po­znałam, co ułożyła: V jak vic­to­ry. Zwy­cięstwo.

Złożyłam wnio­sek o urlop, który Ela­ine, moja sze­fo­wa, przyjęła nad­spo­dzie­wa­nie ocho­czo. Przy­pusz­czal­nie nadal nie mieściło jej się w głowie, że tak prędko po po­grze­bie Roba wróciłam do pra­cy, i uznała, że mądrzej będzie dać mi wol­ne, niż trzy­mać w ze­spo­le po­ten­cjalną pa­cjentkę psy­chia­tryczną. Może też kom­bi­no­wała, że za­trud­ni kogoś na zastępstwo, co w tej chwi­li i tak mało by mnie obeszło.

Byłam wy­cieńczo­na, a per­spek­ty­wa dłuższe­go urlo­pu stała się o wie­le bar­dziej atrak­cyj­na, niż sądziłam. Poza tym mogłam prze­cież pisać i w Korn­wa­lii, może na­wet przyjąć parę do­dat­ko­wych zle­ceń. Z pew­nością byłoby faj­nie, gdy­bym dla od­mia­ny sama mogła de­cy­do­wać o swo­jej pra­cy. Ela­ine była dobrą sze­fową, ale otwar­cie przy­zna­wała się do ob­se­sji na punk­cie kon­tro­li, a tekst do­pie­ro wte­dy zy­ski­wał jej apro­batę, gdy zna­lazło się w nim choć trochę jej ko­rekt – choćby miała to być tyl­ko zmia­na tytułu czy in­ter­punk­cji.

Do świąt po­zo­stało jesz­cze trzy i pół ty­go­dnia, więc miałam pięć ty­go­dni wol­ne­go, za­nim będę mu­siała wrócić do pra­cy w no­wym roku. Po raz pierw­szy w moim za­wo­do­wym życiu za­po­wia­dał się taki długi urlop. Zważyw­szy, że w mi­nio­nym roku pra­ca sta­no­wiła mój życio­wy elik­sir, zdu­mie­wało mnie, jak bar­dzo cie­szyłam się na wy­jazd, z dala od Lon­dy­nu i wszyst­kie­go, co zna­jo­me.

Far­ma, na której miesz­kała moja mama, na­zy­wała się Wi­chro­we Łąki. Była na­szym ostat­nim wspólnym do­mem. Tyl­ko czy „dom” było właści­wym słowem? Sta­ra far­ma była do­mo­stwem, do którego wpro­wa­dziłyśmy się po śmier­ci mo­je­go ojca – po sze­re­gu ko­lej­nych prze­pro­wa­dzek. Tam też nie czułam się jak u sie­bie.

Dziw­ne, ale kie­dy myślałam o domu, za­wsze przy­cho­dził mi na myśl ten, w którym miesz­ka­liśmy przed śmier­cią taty. Całą trójką. W tam­tym domu mama była szczęśliwa, tam się śmiała, tańczyła i śpie­wała. Jej nie­ustan­ny do­bry hu­mor był aż przy­jem­nie męczący.

Nie wiem, jak moi ro­dzi­ce od­na­leźli sie­bie. On był nie­wy­so­ki, skrom­ny, pra­wie nieśmiały – ona wy­so­ka i dwa razy ład­niej­sza od nie­go. Byli w so­bie bar­dzo za­ko­cha­ni i złak­nie­ni piesz­czot; całowa­li się nie­mal bez prze­rwy. Wpra­wiało mnie to w zakłopo­ta­nie, ale mimo to wy­da­wało mi się to sym­pa­tycz­ne. Cała na­sza ro­dzi­na lubiła się przy­tu­lać. Gdy dwo­je trzy­mało się w objęciach, na­tych­miast przyłączało się trze­cie.

Każdej nie­dzie­li wdra­py­wałam się do łóżka ro­dziców. Leżałam między nimi, ciepła, bez­piecz­na, pod­czas gdy tata czy­tał nie­dzielną ga­zetę, a mama przeglądała pi­sem­ka o mo­dzie.

Kie­dy tata zmarł, miałam wrażenie, że stra­ciłam obo­je ro­dziców. Z mo­je­go życia zniknął nie tyl­ko oj­ciec, ale i tam­ta mat­ka, jaką znałam.

Wkrótce po jego śmier­ci prze­pro­wa­dziłyśmy się. Myślę, że mama długo żałowała tego nie­co po­chop­ne­go kro­ku. Uciekła przed wspo­mnie­nia­mi, które przy­woływał dom, ale początko­wa ulga ustąpiła prędko głębo­kie­mu po­czu­ciu stra­ty. Mama była pogrążona w smut­ku nad stratą domu, który stwo­rzy­li ra­zem z tatą.

Między in­ny­mi dla­te­go właśnie wpro­wa­dziłam się z po­wro­tem do domu Roba. Do na­sze­go domu. Wpraw­dzie Rob miesz­kał tu ra­zem ze swoją ro­dziną na długo przed tym, jak mnie po­znał, ale za­wsze dawał mi od­czuć, że to nasz wspólny dom. Prze­by­wa­nie w nim było jed­no­cześnie roz­dzie­rające i kojące, jak­bym miała na so­bie sta­ry swe­ter Roba, pachnący jesz­cze jego wodą po go­le­niu.

Za­wsze sta­rałam się wspo­mi­nać do­bre stro­ny na­sze­go wspólne­go życia. To była jed­na z nie­wie­lu rze­czy dających mi siłę.

W pew­nym sen­sie mama wróciła po śmier­ci taty do swo­ich ko­rze­ni, do czasów wędrow­ne­go te­atru va­rieté. Bez wy­tchnie­nia ciągnęła z miej­sca na miej­sce. Nig­dzie nie za­grzała go dłużej, nig­dzie nie zapuściła ko­rze­ni, nig­dzie nie nawiązała przy­jaźni.

Z bez­oso­bo­we­go miesz­kan­ka w Bri­gh­ton, gdzie za­miesz­kałyśmy naj­pierw – miałam wte­dy sie­dem lat – powędro­wałyśmy na południe, jak wędrow­ne pta­ki w po­szu­ki­wa­niu cie­plej­sze­go kli­ma­tu. Z Bri­gh­ton prze­niosłyśmy się do Por­ts­mouth, z Por­ts­mouth do Bo­ur­ne­mo­uth, z Bo­ur­ne­mo­uth do Exmo­uth, z Exmo­uth do Ply­mo­uth, z Ply­mo­uth do Fal­mo­uth, aż w końcu wylądowałyśmy w Stor­my Me­adows, nie­da­le­ko przylądku Land’s End. Stąd nie można już było wędro­wać da­lej, chy­ba że prze­mie­rzyłybyśmy mo­rze.

W Stor­my Me­adows miesz­kała około roku, za­nim sama prze­pro­wa­dziłam się do Lon­dy­nu.

Pamiętam tyl­ko jed­no je­dy­ne Boże Na­ro­dze­nie na far­mie. Od dru­gie­go dnia świąt do No­we­go Roku byłyśmy kom­plet­nie za­sy­pa­ne śnie­giem.

Właśnie wte­dy, gdy tkwiłam uwięzio­na z matką w domu, po­sta­no­wiłam, że za­raz po eg­za­mi­nach końco­wych ucieknę. Z po­wro­tem do mia­sta, które za­cho­wałam w pamięci jako praw­dzi­wy dom.

Do Lon­dy­nu.

Byłam słodką szes­na­sto­latką z dwu­sto­ma fun­ta­mi na kon­cie, bez pra­cy, bez da­chu nad głową, ale z de­ter­mi­nacją, która przyćmie­wała wszel­kie oba­wy przed nie­zna­nym. Zna­lazłam so­bie ta­nie schro­nie­nie w noc­le­gow­ni i przez trzy ty­go­dnie prze­mie­rzałam pie­szo cały Lon­dyn, za­li­czając wszyst­kie re­dak­cje, od „Gu­ar­dia­na” po „Is­ling­ton Chri­stian Time” w po­szu­ki­wa­niu pra­cy, ja­kie­go­kol­wiek za­cze­pie­nia, żeby wspiąć się na pierw­szy szcze­bel ka­rie­ry w branży wy­daw­ni­czej.

A po­nie­waż nie pod­da­wałam się tak łatwo, dzięki trzem do­ryw­czym zajęciom osta­tecz­nie zdołałam sfi­nan­so­wać so­bie stu­dia dzien­ni­kar­skie. Wsta­wałam co­dzien­nie o szóstej, żeby po­da­wać wygłod­niałym kie­row­com ciężarówek śnia­da­nie w Grep­sy Spo­on w Wat­ford, po­tem od dzie­wiątej do szes­na­stej byłam na zajęciach, a pięć wie­czorów w ty­go­dniu do­ra­białam w knaj­pie na rogu, na czar­no i nie­le­gal­nie, bo prze­cież byłam jesz­cze nie­pełno­let­nia. W so­bo­ty i nie­dzie­le sprzątałam biu­ra.

Tam­te lata należały z pew­nością do naj­bar­dziej wy­czer­pujących w moim życiu, ale i do naj­pełniej­szych. Miałam przed ocza­mi cel, na który pra­co­wałam z ogrom­nym zapałem. Nie mam pojęcia, czy dziś zdol­na byłabym przejść przez to wszyst­ko. Chy­ba jako szes­na­sto­lat­ka byłam sil­niej­sza niż te­raz, w wie­ku trzy­dzie­stu dwóch lat. Byłam twardą smar­kulą, błyszczącym kasz­ta­nem w kol­cza­stej skórce.

Zmiękłam przez te lata.

Zmiękłam też przez Roba.

To za mało, żeby zgry­wać bez­względną dzien­ni­karkę. Tak, kie­dy po­znałam Roba, stępił mi się pa­zur, ale za to zy­skałam szerszą per­spek­tywę, a to wyszło na do­bre mo­jej dzien­ni­kar­skiej pra­cy. Rob na­uczył mnie powściągli­wości i umiejętności słucha­nia. Miałam zna­ko­mi­ty słuch i po­trze­bo­wałam go, żeby wy­ko­ny­wać dobrą ro­botę. Ale często słyszałam jak­by przez filtr. Za­nim po­znałam Roba, za­wsze za­da­wałam rozmówcom py­ta­nia według przy­go­to­wa­ne­go sche­ma­tu, opar­te­go na ze­bra­nych in­for­ma­cjach. Z nie­go sta­rałam się wyłowić kon­kret­ne rze­czy. Rob na­uczył mnie, jak pod­cho­dzić do wy­wia­du z otwar­tością i wi­dzieć pełnię sy­tu­acji. Tak można było do­wie­dzieć się o człowie­ku więcej, niż się wy­da­wało.

Rob po­ka­zał mi mnóstwo rze­czy, a ja na­wet po jego śmier­ci wciąż jesz­cze uczyłam się od nie­go.

Po­wta­rzał mi, że po­win­nam bu­do­wać mo­sty, za­miast je za sobą palić.