Wiatrogon aeronauty - Jim Butcher - ebook
Opis

Od niepamiętnych czasów kasztele, piętrzące się na wiele mil nad spowitą mgłami powierzchnią świata, były schronieniem ludzkości. Arystokratyczne rody, władające nimi od pokoleń, tworzyły cuda nauki, zawierały sojusze handlowe oraz budowały floty sterowców mające utrzymać pokój.

Kapitan Grimm, dowódca statku handlowego "Drapieżca", głęboko wierny Kasztelowi Albion, opowiedział się po jego stronie w zimnej wojnie z Kasztelem Aurora i atakuje frachtowce nieprzyjaciela, by zdezorganizować jego szlaki handlowe. Gdy "Drapieżca" zostaje poważnie uszkodzony w walce, kasztelan Albionu składa Grimmowi propozycję przyłączenia się do ekipy agentów mających wykonać misję o kluczowym znaczeniu. W zamian otrzyma środki potrzebne, by przywrócić "Drapieżcy" pełną sprawność.

Grimm wyrusza, by wykonać to niebezpieczne zadanie, i dowiaduje się, że konflikt między kasztelami jest jedynie zapowiedzią nadchodzących wydarzeń. Pradawny wróg ludzkości, milczący od z górą dziesięciu tysięcy lat, znowu budzi się do życia. A za nim podąża śmierć…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 806

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Cinder Spires: The Aeronaut’s Windlass

Copyright © 2016 by Jim Butcher Copyright for the Polish translation © 2016 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Chris McGarth Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-701-2

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60 e-mail [email protected]

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Dla Primy i

Prolog

Kasztel Albion, Kondygnacja Poranka, Dom Lancasterów

– Gwendolyn Margaret Elizabeth Lancaster – odezwała się matka stanowczym, pełnym irytacji tonem – masz natychmiast skończyć z tym nonsensem.

– Ależ mamo – odparła Gwendolyn z roztargnieniem w głosie. – Dyskutowałyśmy o tym już wiele razy. – Przyjrzała się rękawicy, którą miała na lewej dłoni, i obróciła lekko nadgarstek. – Zacisk numer trzy jest za ciasny, Sarah. Kryształ wpija mi się w skórę dłoni.

– Już się robi, panno Gwen. – Służąca pochyliła się nad paskiem rękawicy, spoglądając na niego nad szkłami okularów, po czym wykonała kilka szybkich, zręcznych ruchów. – Tak lepiej? – zapytała.

Gwendolyn powtórzyła poprzedni ruch.

– Znakomicie – zapewniła z uśmiechem. – Dziękuję, Sarah.

– Nie ma sprawy, panno Gwen.

Już chciała się uśmiechnąć, ale spojrzała na matkę Gwendolyn i przybrała minę wyrażającą należny szacunek.

– Nie było żadnych dyskusji – oznajmiła matka, krzyżując ramiona. – Dyskusja implikuje wymianę poglądów, a ty po prostu udawałaś, że nie ma mnie w pokoju, kiedy poruszałam ten temat.

Gwendolyn odwróciła się ku niej ze słodkim uśmiechem.

– Mamo, jeśli chcesz, możemy o tym porozmawiać znowu, ale ja nie zmienię zdania. Nie pójdę do Pensji dla Panien lady Hadshaw.

– Bardzo bym się ucieszyła, gdybyś rozpoczęła studia w Akademii Inżynierii Eterycznej razem z...

– Och! – zawołała dziewczyna, wznosząc oczy ku niebu. – Pracowałam z tymi systemami w testowni, odkąd nauczyłam się chodzić. Z pewnością oszaleję, jeśli będę musiała znosić jeszcze dwa lata kursów wstępnych.

Matka pokręciła głową.

– Gwendolyn, z pewnością nie wierzysz, że...

– Dość już tego – przerwała jej córka. – Wstąpię do Gwardii Kasztelana. Złożę przysięgę. Spędzę rok w służbie. – Odwróciła się, przejrzała się w długim lustrze, poprawiła nieco spódnice i wygładziła klapy krótkiego bolerka. – No wiesz, córki innych Wielkich Domów też składają przysięgi. Nie potrafię pojąć, co masz przeciwko temu.

– Inne Domy to nie Lancasterowie – odparła matka z nagłym chłodem w głosie. – Inne Domy nie władają najważniejszą kondygnacją w Radzie. Na innych Domach nie spoczywa największa odpowiedzialność w całym Kasztelu Albion.

– Mamo. – Gwendolyn westchnęła. – Mówisz tak, jakby ludzie żyjący na niższych poziomach kasztelu byli mniej warci od nas. Zresztą wszystkie te wielkie kadzie i kryształy właściwie nie potrzebują naszego nadzoru.

– Jesteś młoda – odparowała matka. – Nie uświadamiasz sobie, jak wielu ludzi potrzebuje tych kryształów, i to nie tylko ci z Kondygnacji Poranka czy z Floty, nie wiesz również, jak wiele starannych planów i zdolności przewidywania wymaga wyprodukowanie jednego kryształu. To proces trwający...

– Pokolenia – przerwała jej Gwendolyn. – Widzę, że uważasz mnie za niedostatecznie oświeconą, ale chciałabym ci uświadomić, że powtarzając te pełne pedanterii frazesy, raczej nie poprawisz sytuacji, a w związku z tym najlepiej dla wszystkich będzie, jeśli sobie to darujesz.

– Gwendolyn – odrzekła matka, mrużąc powieki. – Masz za dziesięć sekund wrócić do swoich pokojów. W przeciwnym razie przysięgam na Boga w Niebiosach, że zleję cię na kwaśne jabłko.

Ach. Zatem doszło już do tego. Gwendolyn stłumiła impuls dziecinnego strachu, a potem znacznie bardziej racjonalnego gniewu, i zmusiła się do spokojnego i rozsądnego rozważenia sytuacji.

Ten wybuch gniewu był tak szokujący, że Sarah zamarła w bezruchu. W pełni zdawała sobie sprawę, że podobnej demonstracji emocji u jednej z najważniejszych dam Kondygnacji Poranka raczej nie powinna oglądać służba. Matka zapomniała się w swym gniewie, a Sarah nie mogła się teraz odważyć po prostu wyjść z pokoju. Jak biedna dziewczyna miała zareagować?

– Sarah – odezwała się Gwendolyn. – Mam wrażenie, że kucharka wspominała, iż nadal dokuczają jej bóle pleców. Bardzo bym się ucieszyła, gdybyś jej pomogła dziś rano. Miałabyś coś przeciw temu, żeby zanieść ojcu śniadanie i oszczędzić jej wspinaczki po schodach?

– Z pewnością nie, lady Gwendolyn.

Sarah dygnęła krótko i obdarzyła Gwendolyn uśmiechem wyrażającym wdzięczność zmieszaną z przeprosinami. Potem wyszła, szybko i spokojnie.

Gwendolyn nie przestawała się uśmiechać aż do chwili, gdy służąca opuściła pokój. Potem odwróciła się i spojrzała na matkę z lekko zasępioną miną.

– To nie było zbyt rozsądne zachowanie.

– Nie próbuj zmieniać tematu – obruszyła się matka. – Zdejmij natychmiast tę śmieszną rękawicę albo staw czoło konsekwencjom.

Gwendolyn uniosła jedną brew.

– Zdajesz sobie sprawę, że mam broń, prawda?

W ciemnych oczach matki zapłonął ogień.

– Nie ośmieliłabyś się!

– Myślę, że nie powinnam zostać zmuszona do ostateczności – odparła Gwendolyn – Ale bicie pociąga mnie jeszcze mniej, niż perspektywa spędzenia całego życia w tym nudnym mauzoleum albo w innym, podobnym do niego. Śmiem twierdzić, że w służbie powinnam przynajmniej znaleźć coś interesującego. – Uniosła podbródek i przymrużyła powieki. – Nie prowokuj mnie, mamo.

– Okropne dziecko – poskarżyła się matka. – Bierzcie ją!

Gwendolyn uświadomiła sobie nagle, że zarówno groźba, jak i gniew matki były udawane. Miały tylko odwrócić jej uwagę i pozwolić, by dwóch domowych zbrojnych podeszło do niej niepostrzeżenie od tyłu. Przesunęła się szybko w bok i poczuła, że silne dłonie złapały ją za lewe ramię. Gdyby się nie poruszyła, drugi mężczyzna w tej samej chwili złapałby ją za drugie, co znacznie ograniczyłoby jej opcje.

Chwyciła napastnika za nadgarstek i obróciła się, wspierając ten ruch całym swym ciężarem. W ten sposób zakłóciła równowagę zbrojnego i jednocześnie zmniejszyła siłę uścisku. Nie zatrzymując się, przeszła z gładkiego obrotu w rzut przez biodro. Mężczyzna zwalił się na podłogę, prosto pod nogi towarzysza. Próbując się podnieść, zbił go z nóg. Gdy drugi przeciwnik próbował się podnieść, dziewczyna uniosła nieco spódnice i wykopnęła mu rękę, którą się podpierał. Zbrojny zwalił się na leżącego kompana, stękając z zaskoczenia.

– Bardzo mi przykro. Nie bierzcie tego do siebie – rzekła Gwendolyn i ze spokojem wymierzyła mu mocnego kopniaka w głowę. Zbrojny stęknął raz jeszcze, a potem oklapł bezwładnie.

– Esterbrook! – zawołała nagle matka.

Dziewczyna odwróciła się od dwóch powalonych przeciwników i zobaczyła, że do pokoju wszedł Esterbrook, kapitan zbrojnych Domu Lancasterów – szczupły, groźnie wyglądający mężczyzna o skórze wyschniętej i ogorzałej po latach narażania się na bezlitosne promienie słońca, jak u wszystkich aeronautów i żołnierzy piechoty powietrznej. Miał na sobie czarny garnitur i płaszcz, uszyte w takim samym stylu jak mundur Piechoty Powietrznej Floty. Sam kiedyś służył w tej formacji i nosił u pasa krótki, masywny, powleczony miedzią miecz, używany przez jej żołnierzy. Rękawica, którą miał na lewej dłoni, była uszyta z miękkiej wytartej skóry, ale miedziana siatka na jego przedramieniu i nadgarstku błyszczała tak samo, jak na nowszym modelu noszonym przez Gwendolyn.

Dziewczyna skupiła pośpiesznie myśli, odsunęła się od leżących na podłodze mężczyzn i uniosła lewą rękę, demonstrując Esterbrookowi kryształ, który miała na wewnętrznej powierzchni lewej dłoni. Namierzyła cel, posiwiałą głowę kapitana, umieszczając go pośrodku kształtu litery V, utworzonego przez jej pierwszy i drugi palec. W tej samej chwili jej koncentracja obudziła kryształ. Trysnęło z niego zimne białe światło, które zmieniło charakter wszystkich cieni w pokoju. Jej matka zamrugała i przymrużyła powieki, oślepiona nagłym blaskiem.

– Dzień dobry, kapitanie Esterbrook – przywitała go Gwendolyn ze spokojem w głosie. – Świetnie zdaję sobie sprawę, że strój, który nosisz, jest obszyty eterycznym jedwabiem. Uważam za swój obowiązek ostrzec cię, że celuję w głowę. Proszę, nie rób nic, co zmusiłoby mnie do wykorzystania zdobytych przeze mnie umiejętności w tak tragiczny i marnotrawny sposób.

Esterbrook popatrzył na nią zza przyciemnionych szkieł. Potem uniósł bardzo powoli prawą rękę, zdjął okulary i zamrugał kilkakrotnie, oślepiony eterycznym blaskiem broni, z której celowała do niego Gwendolyn. Jego oczy miały niesamowity, złotozielony odcień, a kocie źrenice zmieniły się w pionowe kreski.

– To było szybkie – zauważył.

Dziewczyna poczuła, że uśmiecha się półgębkiem.

– Miałam znakomitego nauczyciela, kapitanie.

Na twarzy Esterbrooka pojawił się blady cień ironicznego uśmieszku. Kapitan pochylił lekko głowę.

– Kto w kasztelu zgodził się nauczyć cię Drogi?

– Kuzyn Benedict, oczywiście – odparła.

– Ha! – zawołał Esterbrook. – Ciągle czułem od niego zapach perfum. Myślałem, że znalazł sobie kobietę.

W gardle matki zrodziło się nieartykułowane mruknięcie niesmaku, ledwie słyszalne przez zaciśnięte wargi.

– Wyraźnie zabroniłam ci utrzymywania z nim bliższych kontaktów, Gwendolyn.

– To prawda, mamo – zgodziła się dziewczyna. – Kapitanie, proszę, bądź tak uprzejmy i odłóż broń.

Esterbrook gapił się na nią jeszcze przez chwilę. Bruzdy okalające jego oczy pogłębiły się nagle. Pokłonił się płytko Gwendolyn, opuścił prawą rękę i rozpiął pas. Miecz upadł na podłogę.

– Co ty wyprawiasz? – obruszyła się matka.

– Pani – odparł uprzejmym tonem Esterbrook. – Panna Gwen ma śmiercionośną broń i świetnie potrafi się nią posługiwać.

– Nie zrobi tego – zapewniła matka. – Nie skrzywdzi ciebie. Ani własnej rodziny.

Gwendolyn poczuła nagłą frustrację. Matka oczywiście miała rację. To byłoby niewyobrażalne. Niemniej nie miała zamiaru przez całe życie być zamknięta w Rezydencji Lancasterów i opuszczać ją jedynie na nieustanne, bezsensowne, regularne i śmiertelnie nudne bale, kolacje, koncerty albo lekcje. Nie pozwoli, by matka sprawdziła jej blef.

Przesunęła bardzo lekko rękę i uwolniła promienną energię eteru z kryształu dotykającego wewnętrznej powierzchni jej dłoni.

Nastąpił gwałtowny rozbłysk. Impuls przeszył powietrze z głośnym świstem. Zaraz po nim rozległ się ogłuszający huk, przypominający uderzenie gromu. Marmurowy posąg stojący na stoliku tuż za Esterbrookiem eksplodował, sypiąc na wszystkie strony odłamkami. Stukot odbijających się fragmentów dało się słyszeć jeszcze kilka sekund po wybuchu.

Matka gapiła się na to z rozdziawionymi ustami. Jej twarz pobladła, a połowę ciała pokrył drobny marmurowy pył. Taki sam pył osypał również Esterbrooka, ale mężczyzna nie ruszył się z miejsca, a jego twarz nie zmieniła wyrazu.

– A teraz reszta, kapitanie – odezwała się Gwendolyn.

– Panno Gwen – odparł Esterbrook i ponownie pochylił głowę. Poruszając się bardzo powoli i trzymając lewą rękę sztywno u boku, rozpiął pasy rękawicy, która upadła na podłogę.

– Dziękuję, kapitanie. A teraz odsuń się, proszę.

Esterbrook spojrzał na matkę Gwen, rozpostarł ramiona w bezgłośnym, bezradnym geście i cofnął się o kilka kroków, oddalając się od broni.

– Nie – warknęła matka. – Nie. – Postąpiła trzy kroki ku nieprawdopodobnie kosztownym drzwiom, wykonanym z drewna pochodzącego ze śmiercionośnej, spowitej mgłą powierzchni i wyposażonym w mosiężne okucia. Obróciła klucz, by je zamknąć, a potem wyciągnęła go z dziurki i wróciła na miejsce, unosząc podbródek z oburzenia. – Masz mnie słuchać, dziecko.

– Doprawdy, mamo – odparła Gwendolyn. – Jak tak dalej pójdzie, zrujnują nas wydatki na nowe dekoracje.

Rękawica zawyła po raz drugi i część drzwi zamieniła się w drzazgi oraz powykręcany metal. Reszta wypadła z mosiężnych zawiasów i poleciała w głąb korytarza, odbijając się od podłogi, zanim na nią spadła.

Gwendolyn uniosła rękę w ten sposób, że kryształ znalazł się na wysokości jej twarzy, i ruszyła spokojnie w stronę wyjścia. Zbrojni leżący na podłodze za jej plecami zaczęli się podnosić z jękiem. Poczuła nagłą ulgę. Nie chciała zrobić im poważnej krzywdy, a Benedict ostrzegał ją, że w przypadku ciosów w głowę nigdy nic nie wiadomo.

– Nie – wydyszała matka, gdy dziewczyna przechodziła obok niej. – Gwendolyn, nie. Nie możesz. Nie zdajesz sobie sprawy, jakie okropności mogą cię spotkać.

Oddychała bardzo szybko i...

Miłosierni Budowniczowie!

Matka płakała.

Dziewczyna się zawahała. Stanęła.

– Gwendolyn – wyszeptała matka. – Proszę. Jesteś moim jedynym dzieckiem.

– Zatem któż inny mógłby bronić w służbie honoru Lancasterów?

Dziewczyna przyjrzała się twarzy matki. Łzy zostawiły wyraźne ślady w cienkiej warstwie pyłu.

– Proszę, nie odchodź.

Gwendolyn się zawahała. Rzecz jasna miała ambicje i rezerwę, jak przystało Lancasterom, ale – podobnie jak matka – miała też serce. Łzy były czymś bezprecedensowym. Do tej pory tylko raz widziała, by jej matka się rozpłakała, a i to ze śmiechu.

Może powinna była... lepiej się zastanowić nad tym, jak podejść do decyzji o zaciągnięciu się. Nie było już jednak czasu na dyskusje. Dziś rano miała złożyć przysięgę.

Spojrzała matce w oczy, starając się, by jej głos zabrzmiał jak najłagodniej. Nie będzie płakała. Po prostu nie będzie. Nawet jeśli zbierało się jej na płacz.

– Bardzo cię kocham – rzekła cicho.

* * *

Lady Lancaster śledziła wzrokiem oddalającą się córkę. Oczy miała pełne łez. Zaczekała, aż wielkie frontowe drzwi rezydencji zamkną się głośno, nim wreszcie spojrzała na Esterbrooka.

– Dobrze się czujesz, kapitanie?

– Dobrze, choć przyznaję, że jestem nieco zaskoczony – odparł. – Chłopaki?

Jeden ze strażników dotknął policzka i skrzywił się mocno.

– Lady Gwen jest bolesna – mruknął.

– Nie okazaliście przeciwnikowi należnego szacunku – skwitował Esterbrook z rozbawieniem w głosie. – Idźcie na śniadanie. Potem poćwiczymy rzuty na matę.

Obaj mężczyźni oddalili się z zawstydzonymi minami. Kapitan przyglądał się im z wyraźnym zadowoleniem. Nagle mrugnął znacząco do lady Lancaster.

– Pani... ty płaczesz?

– Pewnie, że tak – odparła z dumą w głosie. – Widziałeś to? Skutecznie przeciwstawiła się waszej trójce.

– A nawet czwórce – poprawił ją delikatnie kapitan.

– Gwendolyn nigdy nie miała problemu ze sprzeciwianiem się mnie – odparła z przekąsem lady Lancaster.

Esterbrook chrząknął.

– Nadal nie rozumiem, po co ci była potrzebna ta dramatyczna scena.

– Znam własną córkę i wiem doskonale, że jeśli chcę mieć absolutną pewność, że coś zrobi, muszę jej tego zabronić.

– To mi przypomina kogoś innego, kto również uparł się, że wstąpi do służby, pani – rzekł Esterbrook. – Kto to mógł...

– Byłam wtedy bardzo młoda i krnąbrna, o czym dobrze wiesz. Ale z pewnością nie opuściłam domu w ten sposób.

– W rzeczy samej – zgodził się kapitan. – O ile dobrze sobie przypominam, zniszczyłaś po drodze troje drzwi, nie tylko jedne.

Lady Lancaster spojrzała na niego, pociągając nosem.

– Doprawdy, Esterbrook. Jestem prawie pewna, że przesadzasz.

– I chyba z sześć posągów.

– To były tylko niegustowne kopie.

– I dziesięć stóp kamiennego muru.

– Matka stała w drzwiach. Jak inaczej mogłabym wyjść?

– Tak, pani – odparł z powagą Esterbrook. – Dziękuję, że wyprowadziłaś mnie z błędu. Teraz widzę, że nie ma porównania.

– Byłam pewna, że się ze mną zgodzisz. Jesteś rozsądnym człowiekiem.

– Tak, pani. Ale... – Kapitan zmarszczył brwi. – Rozumiem, że chciałaś ją skłonić do wstąpienia do służby, ale chyba nie bardzo wiem dlaczego.

Lady Lancaster przez chwilę przyglądała się mu w zamyśleniu. Esterbrook był lojalnym żołnierzem i bezcennym domownikiem. Przez całe życie pozostawał jej sojusznikiem i przyjacielem... ale kocie oczy genetycznych wojowników z reguły skupiały się na najbliższym otoczeniu. Nie wątpiła, że gdyby wydała taki rozkaz, kapitan mógłby zamknąć oczy i podać jej dokładne położenie wszystkich znajdujących się w pokoju przedmiotów. Nie miałby jednak pojęcia, gdzie stały przed ostatnią zmianą dekoracji, ani gdzie powinno się je umieścić teraz, gdy centralny posąg został zniszczony. Genetyczni wojownicy najlepiej radzili sobie z teraźniejszością, podczas gdy ona – podobnie jak inni Lancasterowie przed nią – musiała zaprzątać sobie głowę daleką przeszłością oraz bliską przyszłością.

– W kasztelach zaczyna się poruszenie – odparła cicho. – Pojawiają się znaki i omeny. Co najmniej czterech aeronautów Floty melduje, że widziało Archanioła. Wszyscy przysięgają, że to nie był sen ani pijackie zwidy. Kasztel Aurora wycofał ambasadora z Kasztelu Albion, a między naszymi flotami doszło już do pierwszych potyczek. Na dolnych kondygnacjach narastają niepokoje i...

Esterbrook przechylił głowę.

– Pani?

– Kryształy zachowują się... dziwnie.

Kapitan uniósł brwi z niedowierzaniem.

Lady Lancaster pokręciła głową.

– Nie umiem inaczej tego ująć. Pracowałam przy nich od wczesnego dzieciństwa i... coś jest nie w porządku. – Zwróciła się z westchnieniem ku zniszczonym drzwiom. – Idą mroczne czasy, stary przyjacielu. Walka, jakiej nie widziano od strzaskania świata. Moje dziecko musi zobaczyć to na własne oczy, poznać tych, którzy przeciwstawią się katastrofie, uświadomić sobie, jaka jest stawka. Ten cel osiągnie tylko w służbie.

– Walka – mruknął Esterbrook. – Ona już jest nieodłączną towarzyszką lady Gwen.

Lady Lancaster zerknęła na zniszczone drzwi i na nadal unoszący się w powietrzu pył.

– Tak – przyznała cicho. – Boże w Niebiosach, Archaniołowie, Miłosierni Budowniczowie, błagam, zaopiekujcie się moim dzieckiem.

Rozdział 1

Statek Handlowy Albionu Drapieżca

Kapitan Grimm zdjął teleskop z prawego okularu masywnych gogli. Aurorański sterowiec był maleńką plamką, ledwie widoczną na tle gęstych chmur na dole. Unoszącemu się wysoko w aerosferze Drapieżcy osłonę zapewniał intensywny blask słońca. W mezosferze, warstwie gęstych chmur i mgły leżącej między nimi a nieprzyjacielem, szalał sztorm, ale mieli jeszcze szanse doścignąć wrogą jednostkę, zanim burza zakłóci działanie systemów statku.

Grimm skinął stanowczo głową.

– Damy się ponieść prądom. Na stanowiska. Wysunąć działa. Rozwinąć sieć, z góry, z dołu i po obu burtach. Tarcza na pełnej mocy. Kurs na aurorańską jednostkę.

– Sygnał „na stanowiska”! – ryknął porucznik Creedy. Rozległy się trzy szybkie uderzenia w dzwon pokładowy, powtarzane raz po raz z narastającą głośnością. – Przygotować działa! – Rozkaz poniósł się echem po całym Drapieżcy. Artylerzyści popędzili do swoich wieżyczek. – Sieć ze wszystkich stron! – Noszący gogle, ogorzali od słońca mężczyźni odziani w skórzane stroje aeronautów, skoczyli na maszty i reje, potwierdzając krzykiem, że zrozumieli rozkaz. Creedy złapał za koniec tuby głosowej i zawołał:

– Maszynownia!

– Maszynownia, tak jest! – odpowiedział mu głos o blaszanym brzmieniu.

– Pełna moc do tarczy, panie Journeyman.

– Pełna moc do tarczy, tak jest! Ale powiedz kapitanowi, żeby ich załatwił, zanim zdążą jej dotknąć. Burza jest za blisko. Jeśli źle wyliczy czas, zostaniemy nadzy.

– Pamiętaj o dyscyplinie, panie Journeyman – odparł ostro Creedy.

– Pamiętam, ty idioto – warknął mechanik. – Nie ucz mnie mojej roboty, ty zarozumiały marynarzyku.

– Daj spokój, pierwszy – rzekł bardzo cicho Grimm. Uśmiechnął się, usłyszawszy odpowiedź tamtego, ale tylko lekko. Eteryczny mechanik był po prostu zbyt wartościowy, by można go było zastąpić, i Journeyman świetnie o tym wiedział.

Wyższy, młodszy mężczyzna skrzywił się i skrzyżował ramiona na piersi.

– Powinien być przykładem dla innych ludzi w maszynowni, kapitanie.

Grimm wzruszył ramionami.

– Ale nie będzie, poruczniku. Nie da się wycisnąć krwi z kamienia. – Spokojnie splótł dłonie za plecami. – A poza tym może mieć rację.

Creedy przeszył go ostrym spojrzeniem.

– Kapitanie?

– To będzie bardzo ryzykowne – odparł Grimm.

Creedy przyjrzał się z uwagą aurorańskiemu sterowcowi i przełknął ślinę. To była jednostka klasy „Cortez”, wielki kupiecki statek, znacznie masywniejszy od Drapieżcy. Miał potężniejsze działa i grubszą tarczę. Choć budowane przez konkurencyjny kasztel sterowce klasy „Cortez” oficjalnie były statkami handlowymi, a nie okrętami wojennymi, to były dobrze uzbrojone i zdarzało się, że miały na pokładzie całą kompanię aurorańskiej piechoty powietrznej. Grimm był przekonany, że właśnie ten sterowiec odpowiada za niedawne straty zadane handlowej flocie Albionu.

– Przygotować się do abordażu, sir? – zapytał Creedy.

Grimm uniósł brwi.

– Nie brak nam śmiałości i odwagi, poruczniku, ale nie jesteśmy szaleńcami. Zostawimy to komandorowi Rookowi i jego przyjaciołom z Floty. Drapieżca to prywatna jednostka.

– Tak jest. Chyba lepiej będzie, jeśli zwiejemy stąd jak najszybciej.

– Przeoramy ich sieć, zepchniemy ich w dół, rzucimy boję i pozwolimy Rookowi zadbać o resztę – potwierdził Grimm. – Jeśli wdamy się w artyleryjski pojedynek, burza może nas dogonić i uszkodzić naszą tarczę.

– Ich tarczę również – zauważył Creedy. We Flocie oczekiwano, że dobry pierwszy oficer będzie grał rolę adwokata diabła, krytykującego plany kapitana. Grimm uważał ten zwyczaj za nieco irytujący. Gdyby nie to, że był winien przysługę siostrze Creedy’ego...

– Mają więcej dział od nas i do tego potężniejszych – odparł. – A także większą wyporność. Jeśli zawiśniemy nieosłonięci naprzeciwko „Corteza”, nawet najgorszy z aurorańskich kapitanów bardzo szybko strąci nas na powierzchnię.

Creedy zadrżał.

– Tak jest, sir.

Grimm poklepał młodszego mężczyznę po ramieniu i uśmiechnął się do niego przelotnie.

– Spokojnie. Gdy Flota karze młodych oficerów tak surowo, robi to po to, by się upewnić, że po powrocie do służby nie popełnią już podobnego błędu. Przywrócą ci pozycję. Gdyby nie zamierzali tego zrobić, po prostu by cię zwolnili. Wkrótce zamienisz Drapieżcę na porządnie opancerzony okręt.

– Drapieżca to dobry statek, kapitanie – zapewnił Creedy. – Po prostu trochę zbyt... delikatny, jak na mój gust.

Stanowczo mniej delikatny, niż ci się zdaje, pomyślał Grimm.

– Bez obaw, pierwszy. Nawet jeśli nie wrócimy do domu z pryzem, nagroda za uszkodzenie nieprzyjacielskiego statku i zostawienie go na pastwę Rooka będzie miłym dodatkiem do naszych zarobków. Co najmniej sto koron na głowę.

Creedy skrzywił się z niezadowoleniem.

– A Rook zgarnie setki tysięcy koron za pryz. I zapewni swojemu Domowi kilka nowych miejsc w Radzie.

Grimm zamknął oczy i uniósł lekko podbródek, gdy jego ludzie rozwijali niemal przezroczystą sieć z eterycznego jedwabiu. Nie musiał patrzeć, by wiedzieć, w jaki sposób sieć się zmieni, gdy przekaźniki mocy wypełnią ją elektrycznością. Poruszy się wtedy i uniesie, jakby nic nie ważyła. Sieć wychwytywała niewidzialne prądy energii eterycznej płynące przez aerosferę. Półprzezroczyste pasma jedwabiu otaczały statek ze wszystkich stron w odległości około dwustu stóp na podobieństwo wielkiej pajęczyny, przechwytywały moc niewidocznych eterycznych prądów płynących po niebie. Drapieżca ruszył naprzód. Smukły statek szybko nabierał prędkości. Wiatr się wzmagał, zimny i suchy. Rzadkim powietrzem wstrząsnął odległy huk gromu.

Myśl, że komandor Hamilton Rook może zdobyć w kasztelu jeszcze większe wpływy, nie niepokoiła zbytnio Grimma. Nieszczególnie przejmował się polityką. Prostacy z różnych kaszteli mogli gryźć się między sobą, jeśli to im odpowiadało. Dopóki miał Drapieżcę, nie potrzebował niczego więcej.

Kettle, mężczyzna stojący za drążkami sterowymi kilka stóp wyżej za Grimmem i Creedy’m, zagwizdał krótko. Kapitan odwrócił się, unosząc brwi.

– Panie Kettle?

Posiwiały aeronauta wskazał podbródkiem w dół, na nadchodzącą burzę.

– Kapitanie, może powinieneś zejść bardziej stromo niż zwykle. Przyciąganie szybciej doprowadzi nas do celu, a jeśli starcie nie pójdzie po naszej myśli, będziemy mogli przemknąć obok nich i zniknąć w chmurach.

– Nie zapominaj się, aeronauto – warknął Creedy. – Jeśli masz jakąś sugestię, możesz ją przekazać kapitanowi za moim pośrednictwem. Tak mówi regulamin Floty.

– Pierwszy, to nie jest okręt Floty – rzekł mu cicho Grimm. – To jest mój statek. Daj mi się zastanowić.

Propozycja pana Kettle’a miała sens. Zwiększona prędkość ułatwiłaby zadanie artylerzystom, ale ich statek był w dobrym stanie i nie powinien potrzebować cudownej celności, by wyłączyć z akcji nieprzyjacielską jednostkę przy ataku z zaskoczenia. Co więcej, rozpoczną walkę kilka chwil wcześniej, przed nadejściem burzy. Jeśli tarcza Drapieżcy pozostanie nietknięta, ich szanse będą wyglądały znacznie lepiej.

Creedy, który nie bladł nawet podczas najgwałtowniejszej burzy, zrobił się lekko zielony, usłyszawszy, co jego kapitan sądzi o regulaminie Floty. Obejrzał się jednak przez ramię na Kettle’a i dzielnie ponowił próbę wykonania tego, co uważał za swój obowiązek.

– Strome nurkowanie wydaje się niepotrzebne, sir. Najprawdopodobniej nawet nas nie zauważą, dopóki nie otworzymy ognia.

– Jesteśmy daleko od domu, pierwszy. Wolałbym nie polegać na prawdopodobieństwie. – Grimm skinął głową do pilota. – Zrobimy to po twojemu, panie Kettle. Przekaż artylerzystom, że mają przestawić działa.

– Tak jest.

Grimm przechylił głowę, zastanawiając się nad nasilającym się wiatrem.

– Panie Creedy, każ ludziom stawiać żagle.

Pierwszy oficer zamrugał ze zdziwienia.

– Kapitanie?

Grimm nie miał mu za złe tej reakcji. W dzisiejszych czasach niewiele sterowców posługiwało się żaglami. Gdy statek wypadł z aerosfery albo znalazł się w obszarze ciszy, gdzie prądy eteryczne były za słabe, chętniej korzystano z napędzanych parą śmigieł albo nowoczesnych, podobnych do śrub turbin. Żagle miały jednak pewne zalety. Nie potrzebowały ciężkich, zajmujących wiele miejsca maszyn parowych i w porównaniu z nimi były też prawie bezgłośne.

To dziwne, jak często w życiu rozsądniej jest być cicho, pomyślał Grimm.

– Na razie niech będą zrefowane, ale chcę, żeby były gotowe.

– Tak jest – odparł Creedy z entuzjazmem jeszcze mniejszym niż przed chwilą. Przekazał jednak wiernie rozkazy.

Potem nie pozostało im właściwie już nic poza czekaniem, aż Drapieżca zajmie pozycję przed zejściem w dół. W skład standardowego wyposażenia bojowego wchodziła uprząż z licznymi punktami mocującymi. Lina bezpieczeństwa miała sześć do dziewięciu stóp długości, była spleciona z rzemieni, i na obu końcach miała zaciski. Gdy zabrzmiał sygnał „na stanowiska”, każdy był zobowiązany mieć przy sobie trzy takie liny. Grimm i Creedy przypięli po dwie do poprzeczek albo pierścieni, które w tym właśnie celu rozmieszczono na całym pokładzie sterowca.

Gdy już zaciągnęli mocno liny, kapitan zatrzymał się na chwilę, by poprawić mundur. Jako dowódca statku handlowego właściwie nie musiał go nosić, ale załoga zamówiła dla niego uniform po ich pierwszym, bardzo udanym ataku korsarskim. Wyglądał tak samo jak mundur Floty, tyle że skóra nie była granatowa ze złotą obwódką, lecz czarna z krwawoczerwoną. Końce rękawów długiego płaszcza zdobiły dwa szerokie pasy symbolizujące rangę kapitana sterowca. Srebrne guziki w kształcie czaszek były, zdaniem Grimma, lekką przesadą, musiał jednak przyznać, że nadają płaszczowi odpowiednio piracki wygląd.

Na koniec, jak zwykle, zaciągnął rzemień kapelusza, by umocować go bezpiecznie. Aeronauci uważali, że jeśli podczas nurkowania przed walką kapitanowi spadnie nakrycie głowy, przynosi to pecha, a on widział w swoim czasie zbyt wiele dziwnych rzeczy, by mógł być całkowicie wolny od przesądów.

Potrzebowali trochę czasu, by pokonać wielomilowy dystans dzielący Drapieżcę od aurorańskiego statku. Napięcie rosło z każdą chwilą, unosiło się w zimnym powietrzu, uwidaczniało się w sztywności pleców artylerzystów i aeronautów. Pojedynki sterowców były najbardziej niszczycielską postacią przemocy znaną człowiekowi i wszyscy na pokładzie o tym wiedzieli.

Grimm jak zawsze grał przypisaną mu rolę. Niepokój i strach można było tolerować. W końcu w tej sytuacji były one jedyną rozsądną reakcją. Strach był jednak chorobą, która często się szerzyła, paraliżując załogi i prowadząc do zniszczenia, którego wizja była jego źródłem. Kapitan nie mógł sobie pozwolić na takie luksusy. Ludzie musieli mieć pewność – nie tylko nadzieję, lecz absolutną pewność – że ich dowódca wie, co robi. Musieli wiedzieć, że kapitan jest niezwyciężony, nieomylny i klęska się go nie ima. Ta pewna, niezachwiana wiedza miała dla załogi kluczowe znaczenie. Pozwalała ludziom lekceważyć strach i skupiać się na obowiązkach, jak ich nauczono.

Ludzie zachowujący się tak, jak nauczono ich podczas szkolenia, nawet pośród piekielnej furii bitwy powietrznej, byli niezbędnym warunkiem zwycięstwa. Taka załoga ponosiła znacznie mniej strat w zabitych i rannych. Grimm wolałby rzucić się w dół z brzusznych masztów Drapieżcy, niż stracić na próżno choć jedną kroplę krwi załogi. Dlatego robił, co tylko mógł, by walczyli jak najdzielniej i jak najskuteczniej.

Czyli nie robił nic.

Stał spokojnie na pokładzie. Jego liny bezpieczeństwa były napięte, a dłonie splótł za plecami. Wpatrywał się przed siebie, absolutnie niczego po sobie nie okazując. Od czasu do czasu czuł omiatające go spojrzenia, ale stał bez ruchu, emanując spokojem i pewnością siebie.

Creedy próbował naśladować kapitana, lecz tylko z ograniczonym powodzeniem. Ściskał jedną z poręczy tak mocno, że knykcie mu zbielały, i zbyt mocno wydychał powietrze przez rozwarte nozdrza.

– Pierwszy, może włożyłbyś rękawiczki? – zasugerował cicho Grimm. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.

Creedy spojrzał na swe dłonie i natychmiast puścił poręcz. Pogrzebał w kieszeniach, szukając rękawiczek, i włożył je pośpiesznie.

Grimm nie mógł mieć pretensji do młodego oficera. To będzie dla niego pierwsza bitwa na pokładzie Drapieżcy, który był cywilnym statkiem. Zbudowano go prawie wyłącznie z drewna, nie miał stalowych płyt powleczonych mosiądzem i miedzią, jakimi mogły się pochwalić okręty wojenne. Jeśli nieprzyjacielskie impulsy przebiją tarczę, każdy z nich spowoduje straszliwe uszkodzenia statku i straty w ludziach. Szczęśliwy strzał mógł nawet zniszczyć kryształ rdzenia, powodując eksplozję, która rozrzuci sterowiec i jego załogę na przestrzeni wielu mil.

Obawy Creedy’ego miały swe korzenie w wieloletniej służbie na okrętach Floty Kasztelu Albion. Wszystko, co wiedział, mówiło mu, że zmierza ku bitwie mogącej się skończyć zagładą obu przeciwników, a Grimm podejmuje straszliwe ryzyko.

Nie było jego winą, że nigdy dotąd nie walczył na Drapieżcy.

Nadszedł czas. Statek znalazł się w odpowiedniej pozycji, nieco więcej niż milę nad aurorańską jednostką.

– Sygnał do manewrów! – zawołał Grimm.

Pokładowy dzwon zaczął wybijać szybkie staccato, ostrzegając wszystkich, by zapięli liny bezpieczeństwa, nim zacznie się bitwa.

Kapitan poczuł, że jego usta rozciągają się w uśmiechu godnym wilka. Zacisnął jeszcze mocniej rzemyk kapelusza przed rozpoczęciem nurkowania, a potem spojrzał w bok i skinął lekko głową.

– Panie Kettle, schodzimy w dół.

Rozdział 2

SHA Drapieżca

Grimm stanął pewniej na nogach w chwili, gdy Journeyman odciął dopływ mocy do układu amortyzacji kryształu wznoszącego i Drapieżca runął z nieba niczym kamień.

Atak nurkujący był manewrem stosowanym przez małe jednostki. Sam upadek nie powodował poważnych szkód bez względu na rozmiary statku, ale nagła utrata prędkości pod jego koniec mogła przeciążyć drewniane elementy. Większe jednostki, wyposażone w znacznie cięższy pancerz, były bardziej narażone na tego typu naprężenia. Duży sterowiec musiał wytracać prędkość znacznie wolniej i w rezultacie często opadał tak nisko, że potem nie był w stanie szybko wrócić na wysokość przeciwnika. Naprawdę skuteczny atak nurkujący wymagał szybkiego, gwałtownego wytracenia prędkości i Grimm słyszał opowieści o pancernikach i drednotach, które próbowały tego manewru, a gdy starały się zbyt szybko wyhamować, ich kryształy wznoszące wyrywały się gwałtownie i spadały na powierzchnię. Rozsądni kapitanowie nigdy nie próbowali tego manewru na niczym większym od lekkiego krążownika, jednakże dla stosunkowo małego sterowca o rozmiarach niszczyciela, takiego jak Drapieżca, atak nurkujący pozostawał zasadniczym elementem doktryny.

Kettle mocno zaciskał dłonie na drążkach sterowych, zachowując stabilność statku dzięki płatom manewrowym zamontowanym na kadłubie i ogonie. Sieć eteryczna nadal ciągnęła Drapieżcę naprzód, ale teraz kierowała go również w dół, ku aurorańskiemu sterowcowi położonemu niemal dokładnie naprzeciwko stojącego wysoko na niebie słońca.

Wraz ze wzrostem prędkości pokład coraz gwałtowniej podskakiwał. Belki skrzypiały pod wpływem naprężeń. Sterowiec pochylał się coraz bardziej. Tylko liny bezpieczeństwa przytwierdzone do uprzęży chroniły Grimma przed upadkiem. Po raz kolejny ucieszył się, że jest człowiekiem tylko średniego wzrostu. Biedny drągal Creedy próbował imitować stoicką postawę kapitana, ale nagłe wstrząsy pokładu miotały jego głową na wszystkie strony.

Auroranin rósł z każdą chwilą. Dźwięki produkowane przez przeciążone belki Drapieżcy stawały się coraz głośniejsze i przybierały wyższą tonację. Każdy sterowiec brzmiał inaczej podczas nurkowania, choć nikt nie wiedział, dlaczego tak jest. Gdy Grimm był midszypmenem, służył na niszczycielu o nazwie Cętka, który opadając na ofiarę, zawodził niczym potępiona dusza. Inne statki piszczały jak gigantyczne gwizdki parowe, jeszcze inne wydawały z siebie rytmiczny łoskot, jakby ktoś bił w ogromny bęben. Grimm służył kiedyś na lekkim krążowniku Wściekły, który dosłownie warczał ogłuszająco, opadając na przeciwnika.

Żaden z nich nie dorównywał jednak jego statkowi.

Drapieżca śpiewał, ruszając do boju.

Świst szybkiego wiatru i nasilające się skrzypienie zlały się nagle w jedną, harmonijną melodię. Liny, reje i maszty drżały w tym samym rytmie, produkując własne nuty, pozostające w harmonii z pozostałymi. Tonacja wznosiła się wraz ze wzrostem prędkości, a muzyka z każdą chwilą stawała się coraz głośniejsza, aż wreszcie osiągała crescendo czystej, niesamowitej, nieludzkiej furii. Grimm czuł potężniejącą wokół muzykę, czuł, że sterowiec wytęża siły, pragnąc wykonać zadanie. Jego umysł z najdrobniejszymi szczegółami wyczuwał wszystkie liny, wszystkie plamy na pokładzie statku czy na skórzanych kombinezonach aeronautów. Czuł ruch mknącego naprzód i w dół sterowca, podmuch towarzyszący jego pędowi oraz narastające przerażenie załogi. Jeden z ludzi krzyknął – ktoś zawsze musiał być pierwszy – i po chwili wszyscy przyłączyli się do pieśni Drapieżcy, mieszając swe bojowe okrzyki z głosem sterowca. Statek ich nie zawiedzie. Grimm był tego pewien, czuł to, tak samo jak blask słońca na twarzy czy wiatr targający jego włosami.

Wyczuwał też, że ich prędkość, kurs oraz pozycja są absolutnie bezbłędne.

– Teraz! – ryknął, unosząc ręce w szybkim, nagłym geście.

Kettle przesunął przepustnicę wysokości od zera do normalnej pozycji neutralnej wyporności i pociągnął mocno za drążki sterowe. Grimm tego nie widział, ale wiedział, co się dzieje. W maszynowni zobaczono wskaźnik przepustnicy i Journeyman oraz jego pomocnicy przekazywali już moc z kryształu rdzeniowego z powrotem do kryształu wznoszenia. Sterowiec zaczął zwalniać z gwałtownym jękiem.

W tej samej chwili Drapieżca obrócił się wokół długiej osi i przechylił na lewą burtę, kierując działa po tej stronie na aurorański statek. Nawet widziany przez ciemne szkła gogli rozbłysk siedmiu eterycznych dział był tak jasny, że Grimm skrzywił się boleśnie i odwrócił wzrok. Impulsy pomknęły z hukiem ku Auroranom.

Każde działo było szkieletem z miedzi i mosiądzu otaczającym lufę z powleczonej miedzią stali. Dokładnie w połowie długości lufy na miedzianych drutach zawieszono zestaw kryształów bojowych. Uaktywniona broń działała w taki sam sposób jak zwyczajna rękawica, tyle że na znacznie większą skalę. Potem impuls wzmacniano energią kryształu artyleryjskiego, co razem składało się na czyste zniszczenie.

Impuls wystrzelony z działa uwalniał po uderzeniu w cel wielką ilość energii. Tylko jeden wystrzał z któregoś z dział Drapieżcy mógłby spalić większą część nieopancerzonego statku, jeśli tylko trafi w odpowiedni punkt. Przeciwko aurorańskiemu sterowcowi zwróciło teraz swą furię siedem takich dział. Wszystkie były wymierzone w szczyty masztów, na których wspierała się sieć eteryczna otaczająca nieprzyjacielski statek. Grimm przyglądał się uważnie, czekając na rezultaty pierwszej salwy.

Teoretycznie impulsy lekkich dział Drapieżcy mogły mieć skuteczny zasięg do prawie dwóch mil. W praktyce jednak potrzeba było nieruchomego pokładu, nieruchomego celu, dobrze wyszkolonych artylerzystów oraz sporej dawki szczęścia, by trafić coś z odległości przekraczającej pół mili, być może trochę większej, jeśli użyli cięższego działa pościgowego – jedynego działa średniego kalibru, w jakie był wyposażony Drapieżca. Obrona lekkiego sterowca opierała się na jego szybkości i zwrotności. Takie jednostki rzadko posuwały się naprzód stałym kursem podczas bitwy. Tego typu wykalkulowana wymiana ognia była odpowiednia dla cięższych okrętów, zdolnych wytrzymać wiele trafień i wyposażonych w działa dziesięć razy potężniejsze od dział Drapieżcy.

Wszyscy artylerzyści Grimma byli doświadczonymi aeronautami służącymi niegdyś we Flocie i w niczym nie ustępowali załogom okrętów pozostających w czynnej służbie. Choć Drapieżca był szybki, cel dzieliło od niego zaledwie dwieście jardów, a artylerzyści dokładne wiedzieli, pod jakim kątem Kettle pochyli sterowiec.

Żadna jednostka nie zdołałaby się uchylić przed salwą burtową z takiej odległości. Ledwie można było zobaczyć rozbłysk dział napastnika. Wszystko po prostu działo się zbyt szybko. Błysk, ślad gorejącej komety ciągnącej za sobą ogon z iskier, a potem uderzenie w cel i wszystko to niemal w tej samej chwili.

Ani jedno działo nie chybiło.

I ani jeden strzał nie dotarł do celu.

Jakieś dwadzieścia jardów od nieprzyjacielskiego sterowca rozjarzyła się ściana szmaragdowego blasku. Impulsy uderzyły w aurorańską tarczę.

Tarcza była polem energetycznym generowanym przez rdzeń mocy pokładowego kryształu. Gdy uderzał w nią impuls wystrzelony z działa, zaczynała świecić niby mglista sferyczna chmura poprzeszywana błyskawicami. Pochłaniała nadchodzące impulsy i rozpraszała je bezpiecznie, zanim zdążyły uderzyć w statek. Tarcze były wielkim obciążeniem dla rdzenia, szybko wyczerpywały jego zasoby energii. Nie sposób było latać z cały czas włączoną tarczą.

Grimm otworzył szeroko oczy. Czas się nagle dla niego zatrzymał.

Impulsy z dział Drapieżcy wdarły się głęboko w nieprzyjacielską tarczę, docierając niemal do kadłuba Auroranina, ale nie wyrządziły żadnych szkód.

Nieprzyjaciel miał włączoną tarczę.

To znaczyło, że widział nadlatującego Drapieżcę.

A to znaczyło, że ich obserwował.

To z kolei znaczyło, że chciał, by go zauważono. Unosił się leniwie na powolnym prądzie tuż nad mezosferą jak idealny cel i był gotowy odpowiedzieć ogniem na ogień.

W tej samej chwili, gdy przez jego głowę przemknęły te myśli, Grimm zauważył, że Auroranin wypuścił sygnalne flary – jakby ogłuszający huk dział nie zdążył już ostrzec jego sojuszników.

Creedy krzyknął z wściekłości. Najwyraźniej doszedł do takich samych wniosków jak Grimm. Zapewne sądził też, że to będzie jego śmiertelny okrzyk. W końcu nieopancerzony sterowiec wielkości Drapieżcy z pewnością nie oprze się pełnej salwie Auroranina.

Po chwili nieprzyjaciel otworzył ogień.

Pokład niemal zniknął w rozbłysku tarczy Drapieżcy. Auroranin miał na jednej burcie dwanaście dział, a nawet jeśli pojedynczo były nieco mniej potężne od siedmiu dział albiońskiego sterowca, różnica była ledwie zauważalna. Nieprzyjacielskie impulsy rozświetliły tarczę Drapieżcy, upodabniając ją do gęstej mgły. Blask zniknął tak szybko, że ledwie można było go zauważyć.

Ale tarcza nie pękła. Powstrzymała atak zaledwie kilkanaście stóp od kadłuba. Nad pokładem uniósł się intensywny zapach ozonu.

Krzyk Creedy’ego ucichł, przechodząc w zdławiony, wyrażający szok charkot.

Grimm będzie mógł śmiać się z tego później – pod warunkiem, że przeżyje kilka następnych chwil. Na razie musiał wykonać manewr, a potem umknąć z pułapki.

– Kettle! – ryknął kapitan, wykonując jednocześnie gesty obiema rękami – zejdź niżej i schowaj nas we mgle!

– Tak jest, sir! – odpowiedział doświadczony pilot. Stanął pewniej na nogach i pociągnął mocno za drążki sterowe. Zaciskał zęby, a mięśnie szyi uwydatniły mu się z wysiłku.

Drapieżca opadł na Auroranina z prawej strony. Teraz, gdy znaleźli się poniżej nieprzyjaciela, Kettle ponownie obrócił statek, kierując działa prawej burty ku dolnej części kadłuba oraz brzusznemu olinowaniu aurorańskiego sterowca.

Działa Drapieżcy raz jeszcze głośno wyraziły swą furię. Tym razem jednak wyglądało to inaczej. Podporucznik Hammond, dowodzący artylerią na prawej burcie, zauważył nieprzyjacielską tarczę i w ciągu kilku sekund między tym zdumiewającym odkryciem a otworzeniem ognia zdążył zmienić rozkazy. Działa Drapieżcy wystrzeliły kolejno, jedno po drugim – a wszystkie celowały dokładnie w śródokręcie.

Ostrzał sekwencyjny był od dawna stosowaną metodą przebijania nieprzyjacielskiej tarczy, wymagał jednak wielkich umiejętności. Pierwszy strzał rozbijał zewnętrzną warstwę, tworząc w niej zagłębienie. Drugi wbijał się głębiej. Potem przychodziła kolej na trzeci, czwarty i tak dalej.

Szósty impuls przypalił kadłub nieprzyjacielskiego sterowca, zostawiając na nim czarne ślady.

Siódmy eksplodował w samym środku jego dolnej powierzchni.

Rozległ się huk uwolnionej energii. Towarzyszył mu piekielnie jasny rozbłysk. Fragment kadłuba o średnicy dobrych trzydziestu stóp po prostu zniknął, zmieniając się w chmurę sadzy i śmiercionośnych odłamków. Odpryski pomknęły niczym włócznie do wnętrza sterowca, niesione podmuchem. Pożar ogarnął fragmenty kadłuba otaczające otwór i szalał w odsłoniętych wnętrznościach aurorańskiego statku. Połamane maszty brzuszne odpadły od kadłuba i zaplątały się w olinowanie, a także w migotliwe, ledwie widoczne nici brzusznej sieci. Nagły wstrząs oraz zniknięcie sieci zakłóciły równowagę sterowca, przesuwając jego środek ciężkości. Statek przechylił się mocno na lewą burtę. Wybuch rozbił też jeden z dwóch brzusznych stabilizatorów, i gdy statek się zakołysał, zaczął też myszkować.

Creedy, Kettle i wszyscy obecni na pokładzie członkowie załogi zakrzyknęli głośno i triumfalnie. Choć z pewnością nie zadali nieprzyjacielowi śmiertelnego ciosu, na pewien czas okaleczyli go poważnie. Aurorański sterowiec nadal jednak pozostawał groźny. Miał więcej dział od nich, krwawił, ale krył się za nietkniętą w przeważającej części tarczą. Niemniej w pojedynku między dwoma statkami przewaga należała teraz do Drapieżcy.

Grimm nie patrzył już na nieprzyjacielski statek. Auroraninem wstrząsały kolejne eksplozje. Migotliwe rozbłyski eterycznej energii odnalazły gdzieś czynne kryształy – zapewne w rękawicach przechowywanych w zbrojowni. Kapitan skierował jednak teleskop w drugą stronę. Jego wzmocniony soczewkami wzrok wypatrywał na otaczającym niebie wezwanej przez nieprzyjaciela odsieczy.

Z mgieł mezosfery wyłonił się drugi sterowiec. Z jego drzewc i olinowania spływały mroczne obłoki, zsuwające się też z opancerzonych burt, które zalśniły nagle w jasnych promieniach słońca. Na grzbietowych i brzusznych masztach dumnie powiewały bandery Armady Kasztelu Aurora – dwa niebieskie pasy na białym polu i pięć szkarłatnych gwiazd rozsianych między nimi. Na dziobie napisano złotymi literami OAA Itasca.

Na ten widok w kości Grimma wniknął chłód. Itasca była legendarnym okrętem. Pozostawała w służbie od z górą pięciuset lat. Auroranie uważali ją za nagrodę przyznawaną doświadczonym kapitanom zbliżającym się do stopnia admiralskiego. Grimm nie przypominał sobie w tej chwili nazwiska jej aktualnego dowódcy, z pewnością jednak zaliczał się on do najlepszych w Armadzie.

Co gorsza, Itasca była krążownikiem liniowym, okrętem skonstruowanym z myślą o polowaniu na jednostki takie jak Drapieżca i rozbijaniu ich na chmury lśniących odłamków. Mogła z łatwością wytrzymać ostrzał mniejszego statku, a jej działa – mniej więcej czterokrotnie potężniejsze od dział Drapieżcy i niemalże dorównujące uzbrojeniu pancernika – potrzebowały tylko jednej salwy, by przebić ich tarczę i zniszczyć cały sterowiec razem z załogą. Co więcej, pancerz i tarcza Itaski pozwalały jej prowadzić ostrzał z odległości, jakiej Drapieżca nigdy nie mógłby dorównać. Jeszcze gorszy był fakt, że pancerny okręt miał wiele rdzeni mocy i był w stanie transportować, rozwijać oraz zaopatrywać w energię sieć znacznie dłuższą od sieci Drapieżcy. Mimo większej masy nieprzyjaciela, Grimm może nie zdołać mu umknąć, nim potężne działa krążownika liniowego położą przedwczesny kres wyścigowi.

Jedynym, co im sprzyjało, był ślepy fart – aurorański okręt wyłonił się z mgły prawie dwa tysiące jardów od nich. Grimm zauważył jednak, że gdyby Drapieżca zaatakował pod standardowym kątem zamiast spróbować śmielszego manewru zaproponowanego przez Kettle’a, od dział Itaski dzieliłoby ich zaledwie sto jardów. Nieprzyjacielski kapitan – kimkolwiek mógł być – trafnie wybrał pozycję. W końcu albioński korsarz mógł opaść na kupiecki statek pod dowolnym kątem, a on nie mógł wiedzieć, z której strony nadejdzie atak. Mimo to zdołał przewidzieć zachowanie Grimma. Na tego typu uśmiech fortuny sprytni kapitanowie potrafili zapracować własnymi siłami.

– Kettle! – warknął Grimm. – Nurkuj!

Pilot posłuchał go natychmiast. Sięgnął ku przepustnicy, mrugając z zaskoczenia, ale potem spojrzał za plecy kapitana i zobaczył Itaskę. Okręt obracał się już, kierując ku nim swe potężne działa.

Drapieżca opadł gwałtownie. Nie było czasu na ostrzeżenie przed manewrem i wielu członków załogi dało się zaskoczyć. Grimm zauważył, że podporucznik Hammond uniósł się nagle nad pokład, połączony z nim tylko jedną liną bezpieczeństwa. Oficer z pewnością biegał wzdłuż linii swych artylerzystów, pośpiesznie wydając im instrukcje mające umożliwić powtórzenie manewru z ogniem sekwencyjnym. Kapitan podziękował Bogu w Niebiosach, że Hammond pomimo pośpiechu pamiętał o zapięciu choć jednej liny.

Przez moment Grimm sądził, że udało się umknąć przed starciem z Itascą, ale w tej samej chwili, gdy Drapieżca dotarł do najwyższej warstwy chmur, Auroranin otworzył ogień.

Statek Grimma stanowił stosunkowo mały cel. Masą ledwie przerastał niszczyciela. Do tego poruszał się szybko i oddalał od przeciwnika pod kątem. Przy tak dużej odległości artylerzyści musieliby się wykazać piekielną biegłością, żeby trafić w cel, zwłaszcza że ich oczy przywykły do półmroku mgły, a przed chwilą wyłonili się nagle w rozświetloną blaskiem słońca aerosferę.

Ktoś na Itasce umiał naprawdę dużo. Albo miał szczęście.

Impuls z ciężkiego działa aurorańskiego okrętu wybił dziurę w tarczy Drapieżcy równie łatwo jak kamień ciśnięty w pajęczynę, a potem eksplodował na szczycie tylnego masztu grzbietowego. Tylko ostry kąt, pod którym nurkował albioński sterowiec, uratował go przed zniszczeniem. Wybuch całkowicie oderwał grzbietowe maszty i chciwie pochłonął sieć po tej stronie, tworząc pajęczynę ognia. Odłamki drewna posypały się na wszystkie strony. Grimm słyszał krzyki ludzi, gdy chmura śmiercionośnych pocisków posypała się na załogi dział po prawej burcie. Jeden z odłamków uderzył w główny kryształ działa numer trzy. Rozbłysło białozielone światło. Eksplozja zabiła załogę działa i zostawiła w burcie statku dziurę szeroką na dobre dwanaście stóp. Przy sąsiednim dziale artylerzysta nazwiskiem Aricson krzyknął rozpaczliwie, gdy fragment kadłuba, do którego były przytwierdzone jego liny bezpieczeństwa, odpadł od statku i poleciał w dół, pociągając go za sobą. Jeszcze przez chwilę było słychać jego przeraźliwy wrzask. Potem aeronautę i jego głos pochłonęła mgła. Po chwili skłębione morze chmur w całości połknęło Drapieżcę.

– Manewry unikania! – rozkazał Grimm. Odległy huk dział Itaski nie milknął. Kapitan słyszał też gniewny syk przeszywających mgłę impulsów. Tylko dzięki fartowi udało im się przeżyć jedno trafienie w maszt, a teraz trzydzieści dział ostrzeliwało mgłę, wypełniając ją upiornym blaskiem. Grimm wiedział, że nieprzyjacielski okręt przechyli się na prawą burtę, by dać swym artylerzystom szansę ostrzeliwania ich przewidywanej trasy. Jeśli któremuś z nich znowu się poszczęści, Drapieżca nie wróci do Kasztelu Albion.

Kettle gwałtownie poruszał dźwigniami sterowymi. Ze wszystkich stron otaczała ich zimna mgła. Statek mknął slalomem w dół mezosfery, podczas gdy Grimm, nie pozwalając sobie na wstrzymanie oddechu, czekał na impuls, który zniszczy Drapieżcę z całą załogą. Sterowiec cały czas wypełniał mgłę nieustępliwym śpiewem o tonacji zmieniającej się przy każdej korekcie kursu. Ów dźwięk ciągnął się za nimi niczym drwiący śmiech.

Grimm zaciskał pięści i zgrzytał zębami. W zasadzie nie miał nic przeciwko takiemu zachowaniu swego statku, lecz czasami wolałby, by Drapieżca umiał myśleć, a nie tylko drwić z nieprzyjaciela. Nic jednak nie mógł na to poradzić. Musiał po prostu wierzyć w to, że mgły mezosfery stłumią dźwięk i utrudnią lokalizację jego źródła, co uniemożliwi artylerzystom Itaski namierzenie celu.

Czekał tak długo, jak tylko się odważył, prawie minutę.

– W górę! – zawołał wreszcie.

Kettle przekazał sygnał do maszynowni i mknący szaleńczo w dół statek zaczął zwalniać. Po kilku uderzeniach serca wyrównał lot. Wszyscy na pokładzie czekali bezgłośnie, podczas gdy Kettle próbował nadać stateczność uszkodzonemu sterowcowi.

Po chwili Grimm wypuścił powoli powietrze z płuc i pochylił głowę. Potem uniósł ze znużeniem rękę i zdjął gogle. Zimne wilgotne powietrze lepiło mu się do skóry wokół oczu.

– Nie ścigają nas – wydyszał z ulgą Creedy i również zdjął gogle.

– Pewnie, że nie. Itasca jest na to zdecydowanie za duża – odparł kapitan. Jego głos zabrzmiał słabo i ochryple. Czuł się tak, jakby zamiast szyi i barków miał sztaby mosiądzu. – Taki potwór nie może nurkować z szybkością Drapieżcy. Zresztą żaden aurorański kapitan nie próbowałby nas szukać w tej mgle. Bałby się ośmieszenia. Wyścig dwóch ślepców ma w sobie mało godności.

Pierwszy oficer prychnął przez nos.

– Kontrola obrażeń – rozkazał cicho Grimm, odpinając liny ratunkowe. – Dopilnuj, żeby doktor Bagen miał wszystko, czego potrzebuje, żeby pomóc rannym. Sprawdź stan. Będę w swojej kajucie.

Creedy skinął głową i rozejrzał się powoli.

– Sir?

Grimm się zatrzymał.

– Tarcza Drapieżcy... jest bardzo potężna, jak na tak mały statek.

Młody oficer właściwie nie zadał pytania, ale i tak zawisło ono w powietrzu. Grimm nie lubił wykręcania się od odpowiedzi. To utrudniało życie. Choć porucznik sprawiał wrażenie porządnego człowieka, nie był gotowy zaufać mu aż tak bardzo. Jeszcze nie.

– Proszę zająć się statkiem, panie Creedy – odparł, obrzucając pierwszego oficera pozbawionym wyrazu spojrzeniem.

Creedy stanął na baczność i oddał mu honory z godną Akademii precyzją.

– Tak jest, kapitanie.

Grimm odwrócił się i ruszył do swej kajuty. Zamknął za sobą drzwi i usiadł na koi. Bitwa się skończyła.

Dłonie zaczęły mu się trząść. Wkrótce dołączyły do nich ramiona, a potem brzuch. Mężczyzna podciągnął kolana do piersi i siedział przez chwilę bezgłośnie, drżąc z przerażenia i ekscytacji, których nie pozwolił sobie odczuwać podczas bitwy.

W jego głowie niosły się echem krzyki Aricsona. Zamknął oczy. Fioletowa plama eksplozji działa numer trzy wypalona na jego siatkówce unosiła się w ciemności.

Głupota. Był głupi. Wydzierał Auroranom wielkie zyski i było nieuniknione, że prędzej czy później postanowią coś w tej sprawie zrobić. Jakiś idiota mógłby powiedzieć, że fakt, iż wysłali przeciwko niemu Itaskę, był prawdziwym komplementem. Tenże idiota nie musiałby jednak przekazywać rodzinom zabitych kondolencji oraz wypłacać pośmiertnych odpraw. Grimm wiedział, że jego decyzje były słuszne, biorąc pod uwagę to, co wiedział w danej chwili. Niemniej niektórzy z jego ludzi zginęli z tego powodu.

Stracili życie dlatego, że on wydał rozkazy, a oni je wykonali. Wszyscy zdawali sobie sprawę z ryzyka. Każdy z nich służył kiedyś we Flocie. Wszystko mogło się zakończyć znacznie gorzej, ale to zbytnio nie pocieszy świeżo upieczonych wdów czekających w kasztelu.

Drżał, pełen żalu, i obiecywał cieniom poległych, że nie popełni drugi raz tego samego błędu.

Był kapitanem.

* * *

Gdy przyszedł Creedy z meldunkiem o stratach. Grimm wziął się już w garść.

– Kapitanie – odezwał się z szacunkiem młody oficer. – Uważam, że twoje osiągnięcia nie spotkały się w domu z należytym uznaniem.

– Doprawdy?

– Tak, kapitanie – zapewnił Creedy. W jego głosie zabrzmiał kontrolowany podziw. – No wie pan, Auroranie wysłali Itascę, żeby złapać w pułapkę jeden korsarski sterowiec... jeśli się nad tym zastanowić, to prawdziwy komplement, kapitanie.

Grimm westchnął.

– Kapitan Castillo to jeden z ich najlepszych dowódców – ciągnął Creedy. – Jego atak był prawie bezbłędny, ale wymknąłeś mu się z garści między palcami. Gdybyś był kapitanem Floty, zasłużyłbyś na nagrodę za...

Twarz Creedy’ego poczerwieniała. Młody oficer umilkł.

– Człowieka mogą spotkać gorsze rzeczy niż wywalenie z Floty, pierwszy – rzekł cicho Grimm. – Najpierw straty, a potem raport o uszkodzeniach. Czy jest bardzo źle?

– Nie najlepiej – przyznał Creedy. – Pięciu zabitych i sześciu rannych. Głównie odłamki i wstrząśnienie mózgu u jednego aeronauty z maszynowni, który zbyt szybko odłączył drugą linę.

Grimm skinął głową.

– A statek?

– Z grzbietowych masztów zostały tylko kikuty. Musielibyśmy dotrzeć do statkowni, żeby zastąpić je nowymi. Byliśmy też zmuszeni zrzucić olinowanie, co znaczy, że straciliśmy większą część grzbietowej sieci. W pokładzie działowym jest dziura po dziale numer trzy. To również da się naprawić tylko w statkowni. Straciliśmy też dwie liny w układzie amortyzacji kryształu wznoszącego.

Grimm wciągnął powoli powietrze w płuca. Układ amortyzacji był centralną strukturą statku, zbudowaną wokół głównego kryształu wznoszącego. Wspierał się na nim cały ciężar sterowca, rozkładający się między linami układu. Było ich osiem, a do utrzymania ciężaru całego statku powinny wystarczyć dwie... ale im więcej ich pękało, tym bardziej prawdopodobne było, że z pozostałymi stanie się to samo, zwłaszcza podczas manewrów na wysokiej prędkości. Strata liny czasami się zdarzała, ale nie wolno było traktować jej lekko.

– Mam wrażenie, że najlepsze zachowałeś na koniec, pierwszy – stwierdził Grimm.

Creedy skrzywił się boleśnie.

– Pierwszy mechanik Journeyman mówi, że w głównym krysztale wznoszącym pojawiły się pęknięcia.

Grimm ledwie zdołał się powstrzymać przed siarczystym przekleństwem. Zamknął oczy.

– To drugie nurkowanie, tak szybko po pierwszym.

– Tak brzmi jego teoria, sir. Odciął dopływ mocy do kryształu wznoszącego i skierował ją do kryształów stabilizujących, żebyśmy mogli zachować wyporność.

Grimm uśmiechnął się blado i otworzył oczy. Nie zdobyli nagrody za pryz ani żadnych łupów. Kryształy stabilizujące, pomagające poprawiać położenie sterowca, były drogie, a wykorzystywanie ich do unoszenia statku szybko je zużywało. Niemniej zakup nowych wchodził w skład standardowych kosztów operacji. Z dużymi kryształami, wystarczająco potężnymi, by utrzymać statek w powietrzu, sprawy miały się inaczej. Były znacznie rzadsze i piekielnie drogie. Tylko rdzeń statku kosztował więcej, zakładając, że zdołałby go dostać. Skąd weźmie na to pieniądze?

– Rozumiem – rzekł Grimm. – Pewnie będziemy musieli je zastąpić. Może Flota szepnie słówko Lancasterom.

– Tak, sir – odparł Creedy z uśmiechem, w którym wyczuwało się raczej fałsz niż zgodę.

– No cóż, wygląda na to, że musimy wracać do domu – stwierdził Grimm. – Trochę wcześniej niż planowaliśmy, ale nic nie szkodzi.

– Czy mam wyznaczyć kurs na Kasztel Albion sir?

– Jesteśmy we mgle, pierwszy – przypomniał mu Grimm. – Nie możemy ustalić położenia, dopóki nie wrócimy na otwarte niebo. Gdzie z pewnością nadal szuka nas Itasca.

Przez portal do kabiny dotarł niski, jękliwy dźwięk. Po kilku sekundach jego tonacja zaczęła się wznosić, aż wreszcie przeszedł w coś w rodzaju wypaczonego gwizdu, po czym ucichł.

Creedy wlepił wzrok w portal, oblizując wargi.

– Kapitanie, czy to...?

– Paszcza mgieł – potwierdził cicho Grimm.

– Hmm, czy ona nie jest groźna dla statku, sir?

– Może nas połknąć w całości – zgodził się kapitan. – Ale o tej porze roku zwykle nie są agresywne.

– Zwykle?

Grimm wzruszył ramionami.

– Jeśli postanowi nas pożreć, nic na to nie poradzimy, pierwszy. Nasze pukawki mogą ją co najwyżej rozjuszyć.

– Rzeczywiście są aż takie wielkie?

Grim poczuł, że się uśmiecha.

– Tak. Aż takie wielkie. – Wciągnął powietrze w płuca, a potem wypuścił je powoli. – I przyciąga je sieć podłączona do mocy.

Creedy ponownie spojrzał na portal.

– W takim razie może powinniśmy odciąć dopływ mocy i zwinąć sieć, sir.

– Myślę, że to byłoby bardzo rozsądne, pierwszy – odparł Grimm. – Spodziewam się jednak, że Journeyman odłączył moc, gdy tylko wyszliśmy z lotu nurkowego. Rozwińcie żagle. Przez całą noc będziemy lecieli z wiatrem, a jutro wyjdziemy z mgły. Miejmy nadzieję, że Itasca nie będzie tam na nas czekała.

Creedy skinął głową. Kajutę po raz kolejny wypełnił niezwykły, przeciągły zew paszczy mgieł.

– Sir? Co możemy zrobić w sprawie bestii?

– Tylko jedno, pierwszy – odparł Grimm. – Siedzieć naprawdę bardzo cicho. – Skinął głową, każąc Creedy’emu odejść. – Rozwińcie żagle – powiedział mu na pożegnanie. – Im szybciej zaczniemy się ruszać, tym prędzej wrócimy do Kasztelu Albion.

Rozdział 3

Wieża Albion, Kondygnacja Poranka, Kadziownia Tagwynnów

Bridget ukryła się w słabo oświetlonych kryptach kadziowni, schowana w mrocznym kącie, z którego usunięto starą popękaną kadź. Wciskała plecy w ścianę, a kolana podciągnęła do piersi. Rzecz jasna było jej zimno. Tutaj zawsze panował chłód. Jednakże zauważała ów fakt dopiero wtedy, gdy się nad tym zastanowiła. Spędziła w tym pomieszczeniu zbyt wielką część życia, by mogło jej to naprawdę przeszkadzać.

– Bridget? – dobiegł ją od wejścia niski głos ojca. – Bridget, jesteś tu? Już czas.

Wcisnęła się jeszcze głębiej w róg. Głos odbijał się od niezliczonych szeregów kadzi, niosąc się po całej komorze. Dziewczyna wsparła głowę o zimną ścianę z żużlowego kamienia. Uspokoiła ją jej solidność. Zamknęła oczy.

To był jej dom.

Nie chciała go opuszczać.

Znowu rozległ się głos ojca, niski i łagodny.

– Daję ci jeszcze parę chwil, dziecko. Ale potem wyjdź, proszę.

Nie odpowiedziała. Ojciec westchnął cicho. Po chwili drzwi komory się zamknęły i została sam na sam z cichym bulgotem kadzi oraz delikatnym blaskiem kilku kryształów luminowych nabytych z drugiej ręki.

To było niesprawiedliwe. Czuła się szczęśliwa, robiąc to, czym trudziła się od wczesnego dzieciństwa. To było porządne, użyteczne zajęcie. W końcu kadzie ojca produkowały najlepsze mięso w całej Kondygnacji Poranka. Gdyby nikt się nimi nie zajmował, ludzie musieliby głodować. A przynajmniej jeść gorsze mięso. Była dumna ze swoich umiejętności. Osobiście wolałaby głodować – a nawet umrzeć z głodu, gdyby okazało się to konieczne – niż jeść to gumowate paskudztwo, które produkowała Kadziownia Camdenów.

To było śmieszne. Jej rodzina nie zaliczała się do Wielkich Domów, chyba że w nudnym, formalnym sensie. Do licha, Bridget i jej ojciec byli ostatnimi żyjącymi potomkami rodu Tagwynnów i z pewnością nie kupowali sobie co tydzień nowych ubrań z eterycznego jedwabiu. W ogóle ich nie kupowali. Nie żyli lepiej niż przeciętni mieszkańcy Kondygnacji Poranka. Nie prosiła się o to, by mieć za przodka jakiegoś przesadnie ambitnego, krwiożerczego admirała, bez względu na to, jak wielką rolę odegrał w historii kasztelu. Ani jej, ani jej ojcu nie przysługiwały żadne specjalne przywileje.

Czemu więc miałaby się przejmować jakimś obowiązkiem wypływającym z przestarzałej, absurdalnie sztywnej tradycji?

Wyczuła w sobie mały płomień oburzenia i spróbowała go rozniecić, zrobić z niego coś większego i pełnego determinacji, ale on skurczył się i znowu zgasł. Poczuła się... mała z tego powodu.

Mogła sobie wmawiać różne rzeczy, ale znała prawdziwy powód, dla którego nie chciała spędzić roku w służbie kasztelana.

Rozległ się szelest, a potem bardzo cichy stukot. Uniosła wzrok i zobaczyła, że jedna z jej ulubionych istot zeskoczyła ze szczytu sąsiedniej kadzi, wylądowała niemal bezgłośnie kilka stóp od jej nóg i usiadła, kierując na nią wielkie zielone oczy.

– Dzień dobry, Rowl – rzekła dziewczyna głosem, który w jej własnych uszach zabrzmiał piskliwie, zwłaszcza w porównaniu z basem ojca.

Ciemnorudy kot zamruczał na przywitanie i podszedł bliżej. Bez zbędnych wstępów wskoczył na kolana Bridget, zatoczył władczy krąg i usiadł, nie przestając mruczeć gardłowo.

Bridget uśmiechnęła się i zaczęła drapać go delikatnie u nasady uszu. Mruczenie nasiliło się jeszcze, a oczy Rowla zmieniły się w wąskie zielone szparki.

– Nie chcę tego – odezwała się. – To niesprawiedliwe. Zresztą i tak na nic się tam nie przydam. Nie znam niczego poza kadziownią.

Rowl nie przestawał mruczeć.

– Nawet nie mamy rękawicy ani miecza, chyba żeby liczyć noże rzeźnickie. I nie mamy też pieniędzy, żeby je kupić. A nawet gdybyśmy mieli, w ogóle nie umiem się nimi posługiwać. Co miałabym robić w Gwardii Kasztelana?

Kot miał już dość drapania po uszach. Przeciągnął się i położył na grzbiecie. Gdy nie zaczęła go drapać natychmiast, trącił delikatnie jej dłoń miękką łapką. Bridget zajęła się jego piersią i brzuchem. Rozwalił się bezwstydnie, ciesząc się uwagą, jaką mu poświęcano.

– Ale... wiesz, jaki jest ojciec. Bardzo skrupulatnie przestrzega swych zobowiązań. Jeśli da słowo, zawsze go dotrzymuje. A jeśli postawi sobie jakiś cel, nie zadowala się samym jego osiągnięciem. Musi być najlepszy. Albo przynajmniej się starać. Odsłużył swój rok. Mówi, że to ważne, żebym ja również to zrobiła. – Westchnęła. – Ale to cały rok. Nie będę mogła się z nim widywać. Ani... ani z sąsiadami i innymi ludźmi z naszego korytarza.

Pochyliła głowę, czując, że jej twarz wykrzywia się w grymasie czystej rozpaczy. Objęła Rowla, przytuliła go do siebie i zaczęła się lekko kołysać w przód i w tył.

– Małamyszko, gnieciesz mi futro – wyszeptał po paru chwilach kot.

Bridget poderwała się nagle z poczuciem winy. Usiadła prosto i rozluźniła uścisk.

– Och, nie chciałam. Wybacz mi, proszę.

Kot odwrócił się i spojrzał jej w oczy. Wydawało się, że zastanawia się przez chwilę.

– Wybaczam – rzekł wreszcie.

– Dziękuję.

– Nie ma za co. – Kot poruszył kilka razy ogonem. – Wierny Słowu chce, żebyś opuściła jego terytorium?

– Nie chodzi o to, że chce – odparła dziewczyna. – Jest przekonany, że to ważne, bym to zrobiła.

Rowl przechylił głowę.

– Zatem to obowiązek – stwierdził.

– On tak uważa.

– W takim razie nie ma się nad czym zastanawiać – skwitował kot. – Masz obowiązki względem ojca. A on ma obowiązki wobec swego wodza. Jeśli zgodził się wypożyczyć mu jednego ze swych wojowników, wojownik musi go posłuchać.

– Ale ja nie jestem wojowniczką – sprzeciwiła się Bridget.

Rowl przyglądał się jej przez chwilę. Potem przesunął głowę ku przodowi i potarł wąsatym pyszczkiem twarz dziewczyny.

– Jest wiele różnych rodzajów wojny, Małamyszko.

– A co to miało znaczyć? – zapytała Bridget.

– Jesteś młoda – wyjaśnił kot. – I mniej mądra od tych, którzy są starzy. Jestem mądrzejszy od ciebie i mówię ci, że powinnaś to zrobić. To oczywiste. Powinnaś ufać tym, którzy mają głowy mądrzejsze od twojej.

– Wcale nie jesteś ode mnie starszy – sprzeciwiła się.

– Jestem kotem – odparł Rowl pełnym samozadowolenia tonem. – To znaczy, że lepiej wykorzystywałem swój czas.

– Och, jesteś okropny – żachnęła się Bridget.

– Tak. Jestem kotem. – Rowl wstał i zeskoczył na podłogę. Potem odwrócił się i spojrzał na dziewczynę, owijając ogon wokół łap – Dlaczego chcesz zhańbić i upokorzyć Wiernego Słowu? Czy pragniesz zmienić jego imię?

– Nie. Z pewnością nie – zapewniła Bridget. – Po prostu nie jestem taka jak on.

– Nie jesteś – zgodził się Rowl. – Dlatego musisz dorosnąć.

– Nie jestem już dzieckiem.

Kot rozejrzał się wkoło z zamyśloną miną i znowu spojrzał na nią.

– Zamiast spełnić obowiązek, ukrywasz się w najciemniejszym zakamarku najciemniejszego pomieszczenia w swym domu. To bardzo mądre. Bardzo dojrzałe.

Bridget łypnęła na niego ze złością i skrzyżowała ręce na brzuchu... ale nic nie powiedziała. Zachowywała się jak dziecko. Rowl miał rację. Z reguły ją miał, ale dlaczego musiał tak się tym przechwalać?

– Boisz się – stwierdził kot. – Boisz się opuścić terytorium, które znasz.

Dziewczyna poczuła, że oczy znowu wypełniają jej łzy. Skinęła głową.

– Dlaczego? – zapytał Rowl. – Jakie masz powody?

– Nie wiem – wyszeptała.

Kot siedział spokojnie, wlepiając w nią przenikliwe spojrzenie zielonych oczu.

Przygryzła wargę.

– Nie chcę być sama – wyszeptała.

– Ach – mruknął Rowl.

Potem odwrócił się i zniknął w głębokich cieniach wypełniających salę. Bridget poczuła się jeszcze mniejsza, bardziej zmarznięta i samotna niż poprzednio.

Otarła oczy rękawem i przełknęła ślinę, by opanować ucisk w gardle. Potem wstała. Przez długą chwilę wspierała jeszcze dłoń o chłodną ścianę, próbując sobie wyobrazić, że znajome wrażenie wnika w nią i daje jej siłę. Rowl miał rację, na swój irytująco zarozumiały sposób. Jej rodzina miała obowiązki. Być może z Domu Tagwynnów nie zostało zbyt wiele, ale nadal byli dobrym Domem. Po wszystkim, co ojciec dla niej zrobił, po całej miłości, którą jej okazał po śmierci matki, była mu winna coś więcej. Nie przyniesie mu wstydu, nawet gdyby tylko on sam uważał, że ma się czego wstydzić.

To tylko rok. Tylko jeden... długi... niezwykły... samotny... przerażający rok.

Podeszła powoli do drzwi.

Gdy ojciec je otworzył, spojrzała na niego. Franklyn Tagwynn był potężnie zbudowanym człowiekiem o barach niemal dorównujących szerokością drzwiom. Ramiona miał grubsze od ud wielu mężczyzn, a mięśnie przechodzące w grubą kolumnę szyi przypominały kamienne płyty. Miał na sobie biały fartuch oraz pas z narzędziami do krojenia używanymi przez kadziowników. Jego rozczochrane włosy miały barwę nagiego żelaza, a oczy wypełniały znużenie i troska.

Spróbowała się do niego uśmiechnąć. Zasłużył na to.

Uśmiech, którym się jej odwdzięczył, również był znużony. Wiedziała, że nie udało się jej go nabrać. Nic nie powiedział. Uściskał ją tylko delikatnie. Objęła go i przytuliła się do jego ciepłego ciała.

– Moja odważna dziewczynka – rzekł. – Moja Bridget. Matka byłaby z ciebie dumna.

– Nie jestem odważna – sprzeciwiła się. – Bardzo się boję.

– Wiem – zapewnił.

– Nie będę tam nikogo znała.

– Jestem pewien, że szybko znajdziesz przyjaciół. Ja znalazłem.

Westchnęła krótko ze znużeniem.

– No jasne. W końcu znalazłam ich już w Domach bardzo wielu.

– Bridget – powiedział z tonem łagodnego wyrzutu. – Wiem, że nigdy naprawdę nie próbowałaś.

– Pewnie, że nie. Wszystko to zarozumiałe, zepsute, egocentryczne bachory.

Zachichotał, ocierając się ustami o jej policzek. Zabrzmiało to jak cichy basowy łoskot.

– Tak, wiem, że odniosłaś takie wrażenie. Ale rzadko się zdarza, by dzieciom w twoim wieku spadała na głowę tak wielka odpowiedzialność. Zwłaszcza dzieciom z Domów. Musiałaś dorosnąć bardzo szybko... – Dotknął policzkiem jej włosów. – Sam ledwie potrafię w to uwierzyć. Siedemnaście lat minęło w jednej chwili.

– Tato – rzekła cicho.

– Wiem, że nie polubiłaś zbytnio innych dzieci z Domów, ale nie wszystkie są złe. A większość dorośnie. Z czasem. Przekonasz się. – Odsunął się, trzymając ją na odległość wyciągniętego ramienia. – Jest jeszcze coś, o czym muszę z tobą porozmawiać. Jeszcze jeden obowiązek, którym muszę cię obciążyć.

Skinęła głową.

– Oczywiście, ojcze.

Uśmiechnął się i wsparł czułym gestem potężną dłoń na jej głowie.

– Chcę, żebyś się kimś zaopiekowała – rzekł.

Przechyliła głowę i zamrugała.

– Słucham?

Za plecami ojca do pomieszczenia weszły dwa koty. Pierwszy był bardzo dużym burym kocurem, muskularną bestia o futrze gładkim, lecz naznaczonym licznymi bliznami, oraz przyciętych uszach. Drugim był Rowl. Rudy kot usiadł za burym, nieco z boku od niego. Wąsy drżały mu z wesołości.