Wydawca: Wydawnictwo Ender Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 389 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wiatr - Marcin Ciszewski

Sylwestrowa noc. Schronisko na szczycie Kasprowego Wierchu. Grupa ludzi postanawia powitać Nowy Rok w nietypowym miejscu. Wśród nich Jakub Tyszkiewicz, jego żona Helena oraz najbliższy przyjaciel Staszek Krzeptowski, góral urodzony u stóp Giewontu.
Jedna z uczestniczek imprezy spada ze schodów. Tyszkiewicz i Krzeptowski, na co dzień gliniarze Komendy Stołecznej, są przekonani, że mają do czynienia z próbą zabójstwa. Dziewczyna ma uraz głowy wymagający natychmiastowej pomocy neurochirurga, dlatego choć jest środek nocy, wieje huraganowy Wiatr, a chmury ograniczają widzialność niemal do zera, jedynym wyjściem okazuje się zwiezienie rannej na dół toboganem.
W schronisku gaśnie światło, a w stronę szczytu Kasprowego zmierza targany wiatrem wagonik kolejki linowej z oficerami jednej ze służb specjalnych…  

Opinie o ebooku Wiatr - Marcin Ciszewski

Fragment ebooka Wiatr - Marcin Ciszewski

MARCIN CISZEWSKI

Wiatr

 

 

© 2017 Marcin Ciszewski

© 2017 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

 

Projekt graficzny, skład, eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Okładka: Paweł Gierula

 

 

ISBN 978-83-65904-04-1

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Wczoraj

Po po­łu­dniu

Cóż moż­na po­wie­dzieć, gdy ży­cie wła­śnie się koń­czy?

Pro­te­sto­wać, bła­gać o li­tość, zło­rze­czyć Panu Bogu, obie­cy­wać po­wrót ze ścież­ki grze­chu na ja­sną, sło­necz­ną dro­gę cno­ty?

Moż­li­we. Jed­nak le­żą­ce­mu na łóż­ku męż­czyź­nie nie przy­cho­dzi do gło­wy żad­na myśl, któ­ra mia­ła­by głęb­sze zna­cze­nie, inny sens niż po pro­stu wy­ra­że­nie stra­chu czy pro­te­stu.

Ma czter­dzie­ści pięć lat i że­gna się ze świa­tem. Na czo­le czu­je chłod­ny wy­lot rury tłu­mi­ka, wi­dzi ma­ja­czą­ce w pół­mro­ku bez­oso­bo­we, czar­ne oczy na­past­ni­ka.

Do­my­śla się, po co tam­ten przy­szedł. W grun­cie rze­czy spo­dzie­wał się go. Wręcz dłu­ży­ło mu się ocze­ki­wa­nie. Ja­sne – mógł da­lej ucie­kać. Jed­nak jest na tyle do­świad­czo­ny, by wie­dzieć, że jego tro­pem po­szła­by sfo­ra psów o mor­der­czych in­stynk­tach i ab­so­lut­nym, czu­łym jak naj­czul­szy de­tek­tor wę­chu. Nie miał już szans.

A więc tak wy­glą­da śmierć: ma zmę­czo­ną twarz, nie­ru­cho­me spoj­rze­nie i rysy jak wy­ku­te ze sta­li. Jest ubra­na w ciem­no­sza­ry płaszcz, po­kry­ty drob­ny­mi płat­ka­mi śnie­gu, któ­re jesz­cze nie zdą­ży­ły się roz­to­pić od pa­nu­ją­ce­go w po­ko­ju cie­pła.

Tak wła­śnie wy­glą­da ko­niec złu­dzeń.

– Mu­sisz być ci­cho – mówi na­past­nik. – I ro­bić do­kład­nie to, co po­wiem. Zro­zu­mia­łeś?

Męż­czy­zna kiwa gło­wą.

– Do­brze. Ucie­kłeś. Scho­wa­łeś się. Od­na­leź­li­śmy cię. Gdzie to masz?

Mil­cze­nie.

Na­past­nik wzdy­cha. Ileż razy był w ta­kiej sy­tu­acji? Na­wet nie pa­mię­ta. A ko­niec i tak za­wsze jest taki sam. Tym ra­zem chciał­by mieć już wszyst­ko za sobą.

– Mu­sisz mi po­wie­dzieć. Im szyb­ciej, tym le­piej.

– Le­piej od razu strzel.

Za­bój­ca pa­trzy nie­ru­cho­mym wzro­kiem. Pro­test go nie dzi­wi. Ta­kie akty de­spe­rac­kiej od­wa­gi rów­nież się zda­rza­ją, a jak­że. Ama­to­rzy bar­dzo czę­sto mają pro­ble­my z wła­ści­wą oce­ną sy­tu­acji.

– Nie. Po pro­stu mi po­wiedz.

Le­żą­cy na łóż­ku mru­ga ocza­mi. Na­gle pa­ra­li­żu­ją­cy strach nie­co od­pusz­cza. Na twa­rzy po­ja­wia się złość. I upór. W nie­da­le­kiej prze­szło­ści wie­le osią­gnął, bar­dzo wie­le. I bun­tu­je się prze­ciw pró­bom ode­bra­nia mu dzie­ła, któ­re nie­mal wszy­scy uzna­li­by za suk­ces ży­cia. On sam uzna­je je za suk­ces ży­cia bez żad­nych wąt­pli­wo­ści.

– Przez czte­ry lata pra­co­wa­łem po dwa­na­ście go­dzin na dobę – mówi. – Bez wol­nych so­bót, czę­sto też w nie­dzie­le. Parę razy chcia­no ode­brać mi pro­jekt. Przez więk­szość cza­su nikt nie wie­rzył, że mi się uda… Nikt, ro­zu­miesz? Na­wet moja żona…

– Wiem. Zo­sta­wi­ła cię.

– Na­wet ona…

– Je­steś sa­mot­ny. A ja przy­sze­dłem, by ci po­móc. Trak­tuj mnie jako je­dy­ną re­al­ną szan­sę, jaką masz na wi­do­ku.

Męż­czy­zna uśmie­cha się sa­my­mi ką­ci­ka­mi ust, choć czu­je na ję­zy­ku smak pio­łu­nu.

– Oczy­wi­ście. Wie­rzę ci na sło­wo.

Za­bój­ca waha się przez chwi­lę. A po­tem cofa broń. Czar­ny kształt nik­nie pod płasz­czem.

– Szu­ka­łem cię, bo ucie­kłeś. Zła­ma­łeś umo­wę.

Męż­czy­zna wzru­sza ra­mio­na­mi. Znik­nię­cie pi­sto­le­tu nie po­pra­wia mu na­stro­ju. Okrąg zo­sta­wio­ny przez tłu­mik na­dal mro­zi mu czo­ło.

– Nie za­wie­ra­łem żad­nej umo­wy.

– Wszy­scy uwa­ża­ją, że to zro­bi­łeś. A mnie się wy­da­je, że do­trzy­my­wa­nie zo­bo­wią­zań to je­den z fun­da­men­tów co­dzien­ne­go ży­cia.

– Ow­szem. Ale są rów­nież za­sa­dy wyż­sze­go rzę­du. Jak po­czu­cie po­win­no­ści, na przy­kład.

– Po­czu­cie po­win­no­ści? – Męż­czy­zna nie dał­by gło­wy, ale wy­da­je mu się, że na­past­nik uśmie­cha się iro­nicz­nie. Choć może to fi­gle pa­nu­ją­ce­go w po­ko­ju pół­mro­ku. – Cen­na rzecz, ale bar­dzo nie­prak­tycz­na. Moim zda­niem naj­czę­ściej prze­szka­dza w nor­mal­nym funk­cjo­no­wa­niu.

– Nie będę o tym dys­ku­to­wał. Na pew­no nie z tobą.

– Może po­wi­nie­neś. Może je­stem je­dy­ną oso­bą, z któ­rą mógł­byś po­dy­sku­to­wać o za­sa­dach.

Męż­czy­zna za­my­ka oczy. Czu­je się znu­żo­ny. Zbyt dłu­go już wal­czy. I zbyt wiel­ką po­no­si klę­skę.

– Cze­go chcesz? – szep­cze.

Za­bój­ca cofa się o krok. Po uśmie­chu nie zo­stał na­wet ślad. Jest po­waż­ny. Nie­mal uro­czy­sty.

– Za­grać o całą pulę. Z two­ją po­mo­cą. Albo bez niej.

Dziś

Przed po­łu­dniem

Po­czuł, że jest sza­leń­czo głod­ny, ma zgo­ła wil­czy ape­tyt i musi go za­spo­ko­ić te­raz, na­tych­miast! Może to za­słu­ga ostre­go za­ko­piań­skie­go po­wie­trza, a może po pro­stu na­strój chwi­li. Ja­kub nie za­sta­na­wiał się nad tym; wie­dzio­ny pra­gnie­niem się­gnął do su­wa­ka po­la­ro­wej blu­zy i gwał­tow­nie za­czął go roz­pi­nać. Był w po­ło­wie dro­gi do celu, kie­dy żona od­su­nę­ła się. Jej oczy lśni­ły, a na ustach błą­kał się za­gad­ko­wy uśmie­szek.

– Ko­cha­ny, jest czas sie­wu i czas zbio­rów. Za­sia­łeś. Po­cze­kaj, aż wzej­dzie – po­wie­dzia­ła lek­ko schryp­nię­tym al­tem.

– Wszyst­ko, co mia­ło wzejść, już wze­szło – jęk­nął Tysz­kie­wicz. Zro­bił krok do przo­du. Ona zro­bi­ła krok w tył.

Ja­kub za­trzy­mał się. Znał He­le­nę na tyle do­brze, by wie­dzieć, że na ra­zie ni­cze­go wię­cej nie uzy­ska. Do­tar­ło to do nie­go chwi­lę wcze­śniej; mi­łość jego ży­cia od­da­ła co praw­da po­ca­łu­nek, ale nie odło­ży­ła trzy­ma­ne­go w le­wej dło­ni szki­cow­ni­ka.

Wy­so­ka, smu­kła, czar­no­wło­sa. Choć ubra­na tyl­ko w ciem­no­sza­ry dres, wy­glą­da­ła osza­ła­mia­ją­co. Pięk­nie opra­wio­ne nie­mal czar­ne oczy nie wy­ma­ga­ły pod­kre­śla­nia ma­ki­ja­żem. He­le­na poza srebr­nym, odzie­dzi­czo­nym po bab­ce pier­ścion­kiem nie no­si­ła żad­nej bi­żu­te­rii. „Zło­to przy­no­si pe­cha”, ma­wia­ła. „Nie­jed­no im­pe­rium przez nie upa­dło”.

Ja­kub, od kil­ku lat szczę­śli­wy mąż jed­nej z naj­bar­dziej zna­nych, a na pew­no naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych (Ja­kub na swój pry­wat­ny uży­tek od­rzu­cał okre­śle­nie „jed­na z”; po pro­stu: naj­bar­dziej uta­len­to­wa­na) ma­la­rek w kra­ju, oczy­wi­ście znał przy­czy­nę jej chwi­lo­wej ozię­bło­ści.

He­le­na two­rzy­ła. Znaj­do­wa­ła się w sta­nie, któ­ry w przy­pły­wach do­bre­go hu­mo­ru na­zy­wa­ła fazą wstęp­ną. Ja­kub znał re­gu­ły: ar­tyst­ka nad naj­lep­szy­mi dzie­ła­mi pra­co­wa­ła w sa­mot­no­ści, sta­ran­nie re­du­ku­jąc czyn­ni­ki, któ­re mo­gły­by ją roz­pra­szać.

He­le­na była ma­lar­ką, któ­rej na­zwi­sko od­bi­ja­ło się gło­śnym echem wśród ko­ne­se­rów ma­lar­stwa na ca­łym świe­cie. Jej ob­ra­zy osią­ga­ły za­wrot­ne ceny, wie­le pre­sti­żo­wych za­chod­nich ga­le­rii po­czy­ty­wa­ło so­bie za za­szczyt, gdy mo­gły wy­sta­wić dzie­ła He­le­ny Be­re­zo­wiec. Mia­ła nie­zwy­kły dar mi­strzow­skie­go ope­ro­wa­nia bar­wą, świa­tłem i per­spek­ty­wą. Ma­lu­ją­ca w lek­ko od­re­al­nio­nym, jak­by sen­nym sty­lu, z bie­giem lat do­ro­bi­ła się rze­czy naj­bar­dziej po­żą­da­nej przez każ­de­go twór­cę na świe­cie: wy­raź­ne­go, od­ręb­ne­go, ory­gi­nal­ne­go cha­rak­te­ru pi­sma.

Te­raz z uwa­gą przy­pa­try­wa­ła się wid­nie­ją­ce­mu za oknem Gie­won­to­wi.

Przez gru­bą za­sło­nę mgły i chmur na se­kun­dę prze­bi­ło się sła­be, ane­micz­ne słoń­ce, jego pro­mie­nie aku­rat pa­dły na pół­noc­ną ścia­nę góry; ma­syw­ny, ośnie­żo­ny, dwu­garb­ny szczyt z cha­rak­te­ry­stycz­nym sta­lo­wym krzy­żem eks­cy­to­wał spo­koj­nym, nie­mal zło­wiesz­czym ma­je­sta­tem. Zna­ny każ­de­mu Po­la­ko­wi wi­dok Gie­won­tu zo­stał po­wie­lo­ny w mi­lio­nach mniej lub bar­dziej ki­czo­wa­tych land­sza­ftów, pocz­tó­wek i fo­to­gra­fii two­rzą­cych całą gamę pa­mią­tek z po­by­tu w sto­li­cy pol­skich Tatr. Na ogół skła­nia lu­dzi do za­du­my, po­dzi­wu, chę­ci wier­ne­go od­two­rze­nia mo­nu­men­tal­ne­go wi­do­ku, albo cho­ciaż od­da­nia na­stro­ju chwi­li. Wi­dząc górę, ma­lu­ją górę. Albo słoń­ce za górą.

Na He­le­nę po­dzia­łał zu­peł­nie ina­czej. Gdy Ja­kub zaj­rzał do szki­cow­ni­ka, uj­rzał drze­wo. Cał­ko­wi­cie re­ali­stycz­nie na­ry­so­wa­ne, z do­brze wi­docz­ną fak­tu­rą kory po­kry­wa­ją­cej gru­by pień, sze­ro­kie w ba­rach, nie­mal przy­sa­dzi­ste. Od nor­mal­ne­go drze­wa róż­ni­ło się jed­nak tym, że z ga­łę­zi za­miast li­ści wy­ra­sta­ły ludz­kie dło­nie. Z dłu­gich, naj­praw­do­po­dob­niej dam­skich pal­ców ka­pa­ła na zie­mię krew, błysz­czą­ca ostrą czer­wie­nią w świe­tle pa­da­ją­cych z pra­wej stro­ny pro­mie­ni sło­necz­nych. Świa­tło było do­kład­nie ta­kie jak za oknem. Resz­ta róż­ni­ła się jak noc od dnia.

Drze­wo z krwa­wią­cy­mi dłoń­mi jako me­ta­fo­ra Gie­won­tu. Cie­ka­we.

– Cie­ka­we – mruk­nął.

– Praw­da? – He­le­na przy­pa­try­wa­ła się gó­rze. Róż­no­barw­ne kred­ki wy­ko­ny­wa­ły na pa­pie­rze szyb­kie, nie­mal nie­zau­wa­żal­ne ru­chy. Dło­ni przy­by­wa­ło. Krwi tak­że.

Ja­kub po raz ko­lej­ny zła­pał się na tym, że sztu­ka jego żony fa­scy­nu­je go w rów­nym stop­niu, co prze­ra­ża. Nie ro­zu­miał jej, to z pew­no­ścią, ale przy tym bał się. Nie me­ta­for, ukry­tych zna­czeń, prze­sła­nia: na te za­szy­te głę­bo­ko sen­sy re­ago­wał z wraż­li­wo­ścią głu­cho­nie­me­go za­pro­wa­dzo­ne­go do fil­har­mo­nii. Bał się na­stro­ju. Ob­ra­zy ma­lo­wa­ne przez He­le­nę do­ty­ka­ły ta­kich za­ka­mar­ków du­szy, o któ­rych Tysz­kie­wicz nie chciał­by ni­cze­go wie­dzieć. Po­ka­zy­wa­ły, do cze­go na­praw­dę był­by zdol­ny, gdy­by oko­licz­no­ści zmu­si­ły go do zrzu­ce­nia gar­ni­tu­ru uszy­te­go przez wy­cho­wa­nie, nor­my cy­wi­li­za­cyj­ne i pra­wo. I prze­cież nie tyl­ko on; au­tor­ka tych wi­zji rów­nież od­da­wa­ła w ja­kiś spo­sób to, co sie­dzia­ło w jej wła­snej pod­świa­do­mo­ści. Kim tak na­praw­dę jest czło­wiek, któ­ry wy­do­by­wa na świat ta­kie rze­czy?

Z dru­giej stro­ny: co on tu w ogó­le ro­bił? Ja­kim cu­dem wszech­stron­nie uta­len­to­wa­na ar­tyst­ka, wol­ny duch o nie­kieł­zna­nej oso­bo­wo­ści, za­pie­ra­ją­cej dech uro­dzie i po­nad­prze­cięt­nej in­te­li­gen­cji zwią­za­ła się z fa­ce­tem, któ­ry ow­szem, może ma kil­ka za­let, po­tra­fi być miły, a na­wet dow­cip­ny, ale w grun­cie rze­czy jest czło­wie­kiem pro­stym, po­wierz­chow­nie wy­kształ­co­nym i z tru­dem re­agu­ją­cym na spra­wy du­cha?

Praw­dzi­wa za­gad­ka. Ja­kub pró­bo­wał kil­ka­krot­nie spro­wo­ko­wać roz­mo­wę na ten te­mat, He­le­na nie­zmien­nie ob­ra­ca­ła każ­dą taką pró­bę w żart. Nie uzy­skał ni­cze­go, choć nie usta­wał w wy­sił­kach. Ko­chał ją jak ni­ko­go na świe­cie, a ona była tego w peł­ni świa­do­ma. Spra­wia­ła wra­że­nie oso­by usa­tys­fak­cjo­no­wa­nej.

To na ra­zie mu­sia­ło wy­star­czyć.

Ja­kub ob­ser­wo­wał szkic z ro­sną­cą fa­scy­na­cją. He­le­na zda­wa­ła się go nie do­strze­gać. Naj­pew­niej nie pa­mię­ta­ła już o po­ca­łun­ku. Sku­pio­na, in­ten­syw­nie przy­pa­try­wa­ła się ka­mien­ne­mu ko­lo­so­wi.

– Wyj­dę – po­wie­dział, choć nade wszyst­ko chciał zo­stać. – Wró­cę za go­dzi­nę. Lub dwie. I wte­dy zbio­rę plon, choć­byś mia­ła mnie za­strze­lić.

He­le­na kiw­nę­ła z roz­tar­gnie­niem gło­wą.

– Wte­dy zbie­rzesz – mruk­nę­ła. – I to nie ja będę z cze­go­kol­wiek strze­la­ła.

Ja­kub cof­nął się, za­ło­żył kurt­kę i wy­szedł z po­ko­ju, sta­ra­jąc się jak naj­ci­szej za­mknąć drzwi za sobą.

Dziś

Po po­łu­dniu

Pre­sja cza­su nie­ubła­ga­nie wzra­sta­ła.

Go­spo­darz ga­bi­ne­tu miał naj­wy­żej kil­ka mi­nut, by pod­jąć de­cy­zję. Naj­gor­szą z moż­li­wych.

– Zre­ka­pi­tu­luj­my – po­wie­dział.

– Oczy­wi­ście. Nasz czło­wiek nie za­mel­do­wał o wy­ko­na­niu za­da­nia. Nie sta­wił się w punk­cie alar­mo­wym. Po­zo­sta­łe kon­tak­ty po­zo­sta­ły nie­ak­tyw­ne. Ko­mór­ki mil­czą. Znik­nął. Znik­nął tak­że Ba­giń­ski, jego cel.

– Miał znik­nąć – zri­po­sto­wał go­spo­darz. Taki był po­wód gry: wy­naj­dy­wa­nie sła­bych punk­tów ro­zu­mo­wa­nia. Nim roz­pocz­ną po­lo­wa­nie, mu­szą się upew­nić, że po­stę­pu­ją wła­ści­wie.

– Nie­zu­peł­nie. Miał zgi­nąć w wy­pad­ku. A tym­cza­sem nie ma cia­ła ani do­wo­du, że cel nie żyje.

– Nie ma rów­nież do­wo­du, że po­zo­sta­je przy ży­ciu.

– Zga­dza się.

– Co dały po­szu­ki­wa­nia na­sze­go czło­wie­ka?

– Nic. Roz­pły­nął się w po­wie­trzu.

– Da­lej. Czy coś zna­le­zio­no w la­bo­ra­to­rium?

– Pew­ne jest, że bra­ku­je jed­ne­go z klu­czo­wych ele­men­tów do­ku­men­ta­cji Pe­ga­za, za­rów­no ory­gi­na­łu, jak i ko­pii. Rów­nież pro­to­typ jest nie­kom­plet­ny. Ba­giń­ski wy­mon­to­wał z nie­go mo­duł za­si­la­nia, co po­wo­du­je, że war­tość pro­jek­tu spa­dła wła­ści­wie do zera. Trwa­ją prze­słu­cha­nia per­so­ne­lu, choć mu­si­my ro­bić to bar­dzo dys­kret­nie i wpro­wa­dzać tych lu­dzi w błąd co do po­wo­du prze­słu­chań.

– Co mówi pro­ce­du­ra?

– Nie prze­wi­dy­wa­ła in­ne­go miej­sca skła­do­wa­nia do­ku­men­ta­cji niż la­bo­ra­to­rium.

– Kom­pu­ter?

– Dys­ki zo­sta­ły pro­fe­sjo­nal­nie sfor­ma­to­wa­ne.

– Dane ze sfor­ma­to­wa­ne­go dys­ku moż­na od­zy­skać.

– Pra­ce trwa­ją. Na pew­no nie skoń­czą się wcze­śniej niż za ty­dzień. Dla na­szych ce­lów o ty­dzień za póź­no.

– Nie mamy żad­ne­go śla­du?

– In­for­ma­tor z kon­ku­ren­cji twier­dzi, że nasz czło­wiek zgło­sił się do nich i za­pro­po­no­wał spo­tka­nie w Za­ko­pa­nem. Chce prze­ka­zać in­for­ma­cje i do­wo­dy.

– Dla­cze­go tam?

– Ba­giń­ski prze­by­wał w Za­ko­pa­nem, to wie­my na pew­no. Nasz czło­wiek tam wła­śnie go zna­lazł. I znik­nę­li obaj.

– Po­szu­ki­wa­nia Ba­giń­skie­go?

– Trwa­ją. Uru­cho­mi­li­śmy wszyst­kie do­stęp­ne źró­dła in­for­ma­cji. Na­dal nie mamy pew­no­ści, czy on żyje. Ale za­kła­da­my, że tak.

– Wspo­mnia­łeś, że nasz czło­wiek ma prze­ka­zać do­wo­dy. Do­wo­dy na co?

– Tego in­for­ma­tor nie okre­ślił. Przyj­mu­je­my naj­gor­szy wa­riant.

– Że prze­ka­że do­ku­men­ta­cję Pe­ga­za i mo­duł?

– I być może wska­że ad­res, gdzie ukrył Ba­giń­skie­go.

– A za­tem nasz czło­wiek jest zdraj­cą.

Te sło­wa w koń­cu pa­dły. Mu­sia­ły paść.

Go­spo­darz ga­bi­ne­tu, nie­mło­dy, po­si­wia­ły męż­czy­zna, na­dal stał twa­rzą do okna.

Rok koń­czył się zim­nym, po­chmur­nym dniem. Wspie­ra­ny przez so­lid­ny mróz wiatr miótł wzdłuż uli­cy zlo­do­wa­cia­łe dro­bin­ki śnie­gu, nie­mal do zera re­du­ku­jąc ak­tyw­ność prze­chod­niów i znacz­nie ogra­ni­cza­jąc ruch sa­mo­cho­do­wy. O słoń­cu nikt nie sły­szał od dwóch ty­go­dni. Po­go­da znie­chę­ca­ła do ży­cia na­wet naj­bar­dziej za­twar­dzia­łych opty­mi­stów.

Go­spo­darz nie do­strze­gał wi­do­ku za oknem, choć ten do­sko­na­le współ­grał z jego na­stro­jem. Przed oczy­ma prze­my­kał mu ciąg wy­da­rzeń, któ­ry do­pro­wa­dził do punk­tu, w ja­kim się wła­śnie zna­lazł. Za­sta­na­wiał się, ko­lej­ny już raz, w któ­rym miej­scu po­peł­nił błąd.

Może nie po­peł­nił żad­ne­go.

Od­wró­cił się wol­no. Na twa­rzy swo­je­go mło­de­go za­stęp­cy zo­ba­czył nie­zde­cy­do­wa­nie. W od­róż­nie­niu od nie­go go­spo­darz do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, że nie­zde­cy­do­wa­nie to ostat­nie, na co w tej chwi­li moż­na so­bie po­zwo­lić. Zdra­da jest zdra­dą i ni­cze­go nie zmie­ni uży­wa­nie se­man­tycz­nych sztu­czek.

– O od­bior­cach uda­ło się do­wie­dzieć cze­goś wię­cej?

– Nic po­nad to, co już pan wie.

– Na­dal nie mamy na nich chwy­tu?

– Nie w przy­pad­ku tej ko­mór­ki. Są bar­dzo her­me­tycz­ni. Przy­kro mi. Nasz in­for­ma­tor stoi za ni­sko w hie­rar­chii.

– Pró­ba blo­ka­dy od góry?

– Ana­li­zo­wa­łem ten wa­riant. Ry­zy­ko po­raż­ki jest nie­mal stu­pro­cen­to­we. Mimo wszyst­ko uwa­żam, że naj­pro­ściej bę­dzie od­na­leźć na­sze­go czło­wie­ka przed spo­tka­niem i unie­moż­li­wić mu prze­ka­za­nie do­wo­dów.

– Jest jesz­cze Ba­giń­ski.

– Oczy­wi­ście. Ba­giń­skie­go mu­si­my od­na­leźć rów­nież. O ile żyje.

W gło­sie za­stęp­cy nie było prze­ko­na­nia. Brał ten wa­riant pod uwa­gę, choć oso­bi­ście uwa­żał go za mało praw­do­po­dob­ny.

Go­spo­darz od­wrot­nie. Uwa­żał go za do­brze pa­su­ją­cy do fak­tów.

Chwi­la wy­peł­nio­nej na­my­słem ci­szy. Cie­niut­kie brzę­cze­nie szy­by pod na­po­rem wia­tru. Da­le­ki stu­kot ob­ca­sów na ko­ry­ta­rzu. Go­spo­darz wes­tchnął.

– Kie­dy na­stą­pi spo­tka­nie?

– Tego aku­rat in­for­ma­tor zdo­łał się do­wie­dzieć. Ju­tro o dzie­wią­tej.

– Ide­al­na pora.

Współ­pra­cow­nik uśmiech­nął się. Rze­czy­wi­ście ide­al­na. W no­wo­rocz­ny po­ra­nek moż­na się do­sko­na­le ukryć przed nie­po­żą­da­ny­mi spoj­rze­nia­mi. Ale po chwi­li uśmiech przy­gasł, za­nim na­wet na­po­tkał peł­ne dez­apro­ba­ty spoj­rze­nie prze­ło­żo­ne­go. Zbyt wie­le było do stra­ce­nia.

– Miej­sce na­dal nie­zna­ne? Za­ko­pa­ne to dość duże mia­sto.

– Gru­pa po­szu­ki­waw­cza dzia­ła od wczo­raj. Uru­cho­mi­ła swo­je kon­tak­ty. Szu­ka­my bar­dziej kon­kret­nej lo­ka­li­za­cji.

Go­spo­darz ga­bi­ne­tu za­my­ślił się.

Nie miał żad­ne­go pro­ble­mu ze zmie­rze­niem się z kon­se­kwen­cja­mi de­cy­zji, któ­ra mu­sia­ła zo­stać pod­ję­ta. Nie czuł żalu ani wy­rzu­tów su­mie­nia. Tkwił na swo­im sta­no­wi­sku tyle lat, prze­pro­wa­dził tyle ope­ra­cji, za­po­biegł tylu kry­zy­som…

Jed­nak tym ra­zem pro­ble­mem były skut­ki. Je­że­li zo­sta­nie po­peł­nio­ny choć mi­ni­mal­ny błąd, je­że­li za­wie­dzie wspar­cie lub roz­po­zna­nie, je­że­li ow­szem, za­sad­ni­czą część ope­ra­cji uda się wy­ko­nać zgod­nie z pla­nem, ale obiekt przed­się­weź­mie po­nad­stan­dar­do­we środ­ki za­rad­cze albo za­bez­pie­cze­nia…

Obiekt…

Cóż za pie­przo­ne okre­śle­nie.

Przez wie­le lat zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szy pra­cow­nik go­spo­da­rza. Ma­ją­cy na swo­im kon­cie suk­ce­sy, o któ­rych inni mo­gli­by tyl­ko śnić. Po­tra­fią­cy do­trzeć do lu­dzi, któ­rzy zda­wa­li się nie­ty­kal­ni. Umie­ją­cy sta­ran­nie za­ma­sko­wać cel ope­ra­cji oraz swo­je dzia­ła­nia, do tego stop­nia, że za­in­te­re­so­wa­ne służ­by bez­pie­czeń­stwa szu­ka­ły, o ile w ogó­le, w zu­peł­nie in­nych miej­scach, niż po­win­ny.

Dwa­na­ście wspól­nych lat. Nie­mal przy­jaźń. I po­czu­cie sen­su po­dej­mo­wa­nych dzia­łań.

– Ze­spół po­szu­ki­waw­czy jest? – za­py­tał go­spo­darz. Zmia­na tonu była tak wy­raź­na, że pod­wład­ny aż drgnął.

– Cze­ka. Tak jak pan ka­zał.

– Po­proś.

Za­stęp­ca szyb­kim kro­kiem pod­szedł do drzwi, uchy­lił je i ski­nął gło­wą. Drzwi bez­sze­lest­nie otwo­rzy­ły się na całą sze­ro­kość i gę­sie­go we­szło do po­ko­ju sze­ściu męż­czyzn. O żad­nym z nich na pierw­szy rzut oka nie dało się po­wie­dzieć ni­cze­go kon­kret­ne­go.

Wszy­scy cha­rak­te­ry­zo­wa­li się cał­ko­wi­tym bra­kiem cech cha­rak­te­ry­stycz­nych. Prze­cięt­ny wzrost, wy­gląd, wy­raz twa­rzy, ubra­nie, chód, ge­sty­ku­la­cja: gdy­by wy­pu­ścić tych lu­dzi na ru­chli­wą uli­cę, sta­li­by się cał­ko­wi­cie nie­wi­docz­ni. To, mię­dzy in­ny­mi, świad­czy­ło o ich kwa­li­fi­ka­cjach. Ich umie­jęt­no­ści były bar­dzo róż­no­rod­ne: o nie­któ­rych z nich na­wet go­spo­darz ga­bi­ne­tu miał je­dy­nie mgli­ste po­ję­cie.

Go­ście bez sło­wa za­ję­li miej­sca przy ni­skim sto­li­ku. Za­stęp­ca, na­wet nie pa­trząc na sze­fa, usiadł u szczy­tu i przy­su­nął do sie­bie otwar­te­go lap­to­pa. Bez sło­wa dwu­krot­nie klik­nął mysz­ką. Wi­szą­cy na jed­nej ze ścian ekran roz­bły­snął. Uka­za­ła się na nim fo­to­gra­fia czło­wie­ka, któ­ry był rów­nie ni­ja­ki na twa­rzy jak przy­by­ła przed chwi­lą gru­pa. Mógł mieć za­rów­no trzy­dzie­ści pięć, jak i pięć­dzie­siąt lat. Głę­bo­ko osa­dzo­ne oczy bez­na­mięt­nie pa­trzy­ły wprost w obiek­tyw. Je­dy­nie wą­skie, za­ci­śnię­te usta świad­czy­ły o sil­nej woli i zde­cy­do­wa­niu.

– Otrzy­ma­łeś pod­sta­wo­we in­for­ma­cje?

Męż­czy­zna, do któ­re­go zwró­cił się go­spo­darz, ski­nął gło­wą. Uży­wał pseu­do­ni­mu Sza­ry. Był do­wód­cą gru­py. Sam wy­brał i wy­szko­lił jej człon­ków. Po­no­sił za nich peł­ną od­po­wie­dzial­ność. Mógł na nich po­le­gać.

– To wasz cel.

Sza­ry nie wy­ko­nał naj­mniej­sze­go ge­stu czy gry­ma­su, ale go­spo­darz wie­dział, że wy­po­wie­dzia­ne przed chwi­lą trzy zda­nia zro­bi­ły na nim ko­lo­sal­ne wra­że­nie. W każ­dej za­kon­spi­ro­wa­nej or­ga­ni­za­cji, naj­czę­ściej po­ru­sza­ją­cej się poza gra­ni­ca­mi pra­wa, naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo sta­no­wi nie­lo­jal­ność jej człon­ków. Re­gu­ły są ja­sne i po­wszech­nie ak­cep­to­wa­ne: zdra­da jest nie­do­pusz­czal­na, ka­ra­na bły­ska­wicz­nie i bez­względ­nie. Jed­nak wszy­scy, o czym nikt gło­śno nie mówi, mo­dlą się co­dzien­nie, by nie na­stą­pi­ło to w ich or­ga­ni­za­cji, pio­nie, sek­cji; przy­naj­mniej nie wte­dy, gdy mają dy­żur. Lub w cza­sie pro­wa­dzo­nej przez nich ope­ra­cji.

Nie­mniej ta­kie rze­czy się zda­rza­ją.

– Wy­je­dzie­cie na­tych­miast. Na lot­ni­sku cze­ka śmi­gło­wiec. W Za­ko­pa­nem spo­tka­cie się z gru­pą wspar­cia. Jej do­wód­ca uru­cho­mił wszyst­kie do­stęp­ne kon­tak­ty. Moż­li­we, że do wa­sze­go przy­by­cia bę­dzie miał in­for­ma­cję o praw­do­po­dob­nym miej­scu po­by­tu obiek­tu.

– Moż­li­we? Praw­do­po­dob­nym? – za­py­tał Sza­ry, ci­chym, cał­ko­wi­cie bez­barw­nym gło­sem. Ide­al­nie pa­su­ją­cym do syl­wet­ki. Nie do za­pa­mię­ta­nia. Jego wła­ści­ciel był ar­cy­mi­strzem ni­ja­ko­ści.

– Prze­pra­szam za tak nie­pre­cy­zyj­ne okre­śle­nie. Ko­mu­ni­ka­ty o swo­ich ak­tu­al­nych pla­nach i miej­scach po­by­tu cel ogła­sza z iry­tu­ją­cym opóź­nie­niem. – Go­spo­darz spo­tka­nia i szef wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych w po­ko­ju osób uśmiech­nął się sa­my­mi usta­mi, pod­czas gdy jego oczy po­zo­sta­ły nie­po­ko­ją­co zim­ne.

– To ja prze­pra­szam.

– Gru­pa wspar­cia zro­bi wszyst­ko, żeby wam po­móc. Być może jej sze­fo­wi uda się do­trzeć do lu­dzi, wśród któ­rych ostat­nio cel się ob­ra­cał. Bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że bę­dzie­cie wie­dzie­li, gdzie spę­dzi dzi­siej­szy wie­czór.

– Za­pew­ne ni­g­dzie na wi­do­ku – po­now­nie za­brał głos Sza­ry. – Nie bę­dzie chciał ry­zy­ko­wać.

Go­spo­darz wes­tchnął.

– Na­mie­rzy­cie go i zli­kwi­du­je­cie. Ma­cie czas do ju­tra do dzie­wią­tej.

Sza­ry spoj­rzał na ekran; nie po to, by utrwa­lić so­bie twarz męż­czy­zny, któ­re­go miał ści­gać. Znał nie tyl­ko twarz, ale i czło­wie­ka. Wie­dział o nim wszyst­ko. Te­raz jed­nak chciał po pro­stu mieć chwi­lę na za­sta­no­wie­nie, by pre­cy­zyj­nie wy­ra­zić upo­rczy­wie krą­żą­cą po gło­wie myśl. Prze­niósł wzrok na go­spo­da­rza ga­bi­ne­tu.

– Nie moż­na wy­klu­czyć, że będą świad­ko­wie.

Go­spo­darz ski­nął gło­wą.

– Na­wet wię­cej – po­wie­dział. – Obiekt jest uzbro­jo­ny. Świad­ko­wie ła­two mogą się prze­kształ­cić w za­kład­ni­ków.

– Co wte­dy?

Zna­li ka­li­ber spra­wy. Od­po­wiedź mo­gła być tyl­ko jed­na. Mimo to chcie­li ją usły­szeć.

Głos go­spo­da­rza brzmiał ci­cho, co w ża­den spo­sób nie od­bie­ra­ło mu sta­now­czo­ści.

I jak­by pew­ne­go ro­dza­ju smut­ku.

– Obiekt to do­brze wy­szko­lo­ny i bar­dzo uta­len­to­wa­ny za­bój­ca. Sie­dzi w bran­ży dwa­na­ście lat. Jest bez­względ­ny i zde­ter­mi­no­wa­ny. Dla­te­go ma­cie zie­lo­ne świa­tło dla wszel­kich dzia­łań. Są tyl­ko dwa wa­run­ki: mają być sku­tecz­ne i dys­kret­ne. Stu­pro­cen­to­wo sku­tecz­ne i stu­pro­cen­to­wo dys­kret­ne. To tyle.

Wszy­scy wsta­li.

– Sza­ry, zo­stań, pro­szę – po­wie­dział go­spo­darz ga­bi­ne­tu.

Obaj cze­ka­li w mil­cze­niu, aż za człon­ka­mi gru­py po­szu­ki­waw­czej za­mkną się drzwi.

– Przyj­mu­je­my, że obiekt albo już zdo­był, albo w cią­gu naj­bliż­szych go­dzin zdo­bę­dzie do­ku­men­ta­cję Pe­ga­za. Ma­cie ją od­zy­skać, a obiekt zli­kwi­do­wać. Ale jest coś wię­cej. – Szef omiótł wzro­kiem po­kój, jak­by chcąc się upew­nić, że nikt prócz Sza­re­go nie usły­szy tego, co ma do po­wie­dze­nia. – Pe­gaz nie jest ce­lem sa­mym w so­bie. To klucz do glo­bal­nej ope­ra­cji o dłu­go­fa­lo­wych, stra­te­gicz­nych skut­kach. Być może na­dej­dą mo­men­ty, że to­bie czy two­im lu­dziom bę­dzie wy­da­wa­ło się ina­czej. Pa­mię­taj: cel jest znacz­nie waż­niej­szy niż Pe­gaz jako taki, ży­cie Ba­giń­skie­go, obiek­tu, two­je, two­ich lu­dzi czy na­wet moje. Ja­sne?

– Tak jest.

– Ro­zu­miesz za­da­nie?

– Pe­gaz musi zo­stać po­now­nie skom­ple­to­wa­ny.

– Bez wzglę­du na wszyst­ko.

Spo­tka­nie za­koń­czy­ło się do­kład­nie trzy­dzie­ści se­kund póź­niej.

* * *

Za­ko­pa­ne sta­no­wi­ło dla Ja­ku­ba Tysz­kie­wi­cza nie­mal dru­gi dom: spę­dził tu wię­cej cza­su, niż zdo­łał­by spa­mię­tać. Jako na­sto­la­tek był za­wod­ni­kiem War­szaw­skie­go Klu­bu Nar­ciar­skie­go. Zda­rza­ły się lata, gdy spę­dzał pod Gie­won­tem więk­szą część se­zo­nu. Znał na pa­mięć wszyst­kie oko­licz­ne sto­ki, każ­dy za­kręt, fał­dę te­re­no­wą, nie­mal każ­dy ka­mień. Bę­dąc dziec­kiem, za­ko­chał się w Ta­trach i ta mi­łość po­zo­sta­ła mu do dziś. Gdy po­znał He­le­nę, szyb­ko oka­za­ło się, że po­dzie­la ona jego gór­skie fa­scy­na­cje. Od­tąd jeź­dzi­li ra­zem.

Za­wsze było na swój spo­sób wy­jąt­ko­wo, ale Ja­kub nie pa­mię­tał tak sil­nych do­znań jak dziś: każ­dą swą cząst­ką czuł, sma­ko­wał, chło­nął. Jej skó­ra pach­nia­ła mi­ło­ścią, mię­śnie prę­ży­ły się pod skó­rą, a smu­kłe, dłu­go­no­gie cia­ło wy­zwa­la­ło w nim po­kła­dy ener­gii i na­mięt­no­ści, o ja­kie by sie­bie ni­g­dy nie po­dej­rze­wał.

Stra­cił po­czu­cie cza­su. Nie wi­dział, czy za oknem zdą­żył za­paść zmrok, czy w po­ko­ju pali się świa­tło; naj­praw­do­po­dob­niej miał­by na­wet trud­no­ści z od­po­wie­dzią na py­ta­nie, jaka jest obec­nie pora roku. Gdy mniej wię­cej wró­cił do świa­do­mo­ści, naj­pierw za­re­je­stro­wał ci­chut­ki chi­cho­cik He­le­ny. Po­tem fakt, że nie­mal cał­ko­wi­cie przy­kry­ła się koł­drą. Do­pie­ro po chwi­li usły­szał, po­wtór­ne za­pew­ne, pu­ka­nie.

– Tak? – Ja­kub nie zdo­łał po­zbyć się chry­py. Może na­wet nie pró­bo­wał; za­pew­ne zresz­tą nie było to moż­li­we w tak krót­kim cza­sie.

W drzwiach sta­nął fa­cet, któ­ry, by zmie­ścić się we fra­mu­dze, mu­siał się schy­lić. Bary wy­peł­nia­ły ją na całą sze­ro­kość. Miał ostro cio­sa­ną, osma­ga­ną wia­trem twarz, na któ­rą sta­rał się przy­wo­łać wy­raz życz­li­wej tro­ski. Mógł­by bez żad­nej cha­rak­te­ry­za­cji grać naj­bar­dziej krwio­żer­czych an­ta­go­ni­stów w ame­ry­kań­skich wy­so­ko­bu­dże­to­wych thril­le­rach.

– Mat­ko Bo­sko, Ku­buś, za pół go­dzi­ny od­jez­dzo­my, a to­bie ino fi­gle w gło­wie?

Tu­bal­ny głos jak ulał pa­so­wał do syl­wet­ki i wy­glą­du wła­ści­cie­la. Sta­ni­sław Krzep­tow­ski miał wszel­kie wa­run­ki po temu, by pro­wa­dzić kon­fe­ran­sjer­kę ple­ne­ro­we­go kon­cer­tu roc­ko­we­go bez ucie­ka­nia się do po­mo­cy sprzę­tu na­gła­śnia­ją­ce­go.

He­le­na za­chi­cho­ta­ła po­now­nie, nie­co gło­śniej i bar­dziej ner­wo­wo, po czym pod­cią­gnę­ła koł­drę jesz­cze wy­żej, po­zo­sta­wia­jąc na ze­wnątrz tyl­ko oczy i ka­wa­łek czo­ła. Wy­le­wa­ją­ce się spod ma­te­ria­łu kru­czo­czar­ne wło­sy ostro kon­tra­sto­wa­ły z bie­lą po­ście­li.

– Sta­siu, dał­byś nam jesz­cze kwa­drans? – za­py­tał Ja­kub. Chry­pa zmniej­szy­ła się nie­co.

– Ku­buś, przed piyń­ci go­dzi­na­mi do­łek wom trzi go­dzi­ny. Ce­pry sa­kra­menc­kie, ino by­ście se w po­ście­li le­ga­li i fi­glo­wa­li. Mu­sy­me iś za­roz. Syl­we­stra prze­fi­glu­je­cie.

Ja­kub prze­cią­gnął się. Nie miał ocho­ty ni­g­dzie się ru­szać. Swo­ją dro­gą, to za­baw­ne – od ślu­bu z He­le­ną mi­nę­ły czte­ry lata, a na­dal miał ocho­tę na ta­kie nu­me­ry. Na­wet co­raz więk­szą, szcze­rze mó­wiąc.

– Pięt­na­ście mi­nut.

– Ale nie wię­cej. Bo po­ja­dą bez nas.

Ja­kub mach­nął ręką. Tak wła­śnie są­dził: naj­le­piej by­ło­by, gdy­by po­je­cha­li bez nich.

Z dru­giej stro­ny – prze­cież wła­śnie po to dali się na­mó­wić na wy­pad w ro­dzin­ne stro­ny Krzep­tow­skie­go, by spę­dzić syl­we­stra po bo­że­mu – na tań­cach i za­ba­wie do bla­de­go świ­tu.

Krzep­tow­ski trzy­krot­nie roz­ca­pie­rzył dłoń, wy­raź­nie po­ka­zu­jąc pięć pal­ców, pu­ścił oko do przy­pa­tru­ją­cej mu się He­le­ny i wy­szedł.

He­le­na ener­gicz­nie wy­sko­czy­ła spod koł­dry i po­ma­sze­ro­wa­ła do ła­zien­ki. Tysz­kie­wicz za­ga­pił się: nim zdo­łał skon­cen­tro­wać wzrok na naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­cych z jego punk­tu wi­dze­nia frag­men­tach jej fi­gu­ry, frag­men­ty owe (wraz z resz­tą cia­ła) szyb­ko znik­nę­ły za drzwia­mi. Po chwi­li do­biegł go szum prysz­ni­ca.

Ja­kub wes­tchnął. Cia­ło bo­la­ło go w naj­bar­dziej przy­jem­ny spo­sób – choć na kon­dy­cję, wy­trzy­ma­łość i siłę nie na­rze­kał, wy­raź­nie czuł każ­dy mię­sień i ścię­gno: go­dzi­ny nie­mal nie­prze­rwa­nych ćwi­czeń gim­na­stycz­nych zo­sta­wi­ły od­czu­wal­ny, słod­ki ślad. Chciał, by ów ślad ni­g­dy nie znik­nął.

Wstał nie­spiesz­nie i za­czął się ubie­rać. Na im­pre­zie miał obo­wią­zy­wać strój ca­su­al. Cał­kiem słusz­nie – wie­czo­ro­we suk­nie i gar­ni­tu­ry w oko­licz­no­ściach, w ja­kich miał od­być się syl­we­stro­wy bal, wy­glą­da­ły­by idio­tycz­nie. A więc: T-shirt, mięk­ki weł­nia­ny pu­lo­wer, spor­to­wa ma­ry­nar­ka, ba­weł­nia­ne spodnie. Tyl­ko cięż­kie gór­skie buty były od­stęp­stwem od resz­ty stro­ju – Ja­kub do­szedł do wnio­sku, że póź­niej zmie­ni je na bar­dziej sto­sow­ne.

Pod­niósł po­dusz­kę i w za­my­śle­niu spoj­rzał na pi­sto­let. Służ­bo­wy Glock od­bi­jał się ma­to­wą czer­nią od bie­li prze­ście­ra­dła. Ja­kub wzru­szył ra­mio­na­mi i wło­żył ka­bu­rę, broń oraz trzy za­pa­so­we ma­ga­zyn­ki do tor­by z nar­ciar­skim ekwi­pun­kiem. Jesz­cze w War­sza­wie po­wziął szcze­re po­sta­no­wie­nie, że pod­czas kil­ku dni urlo­pu za­po­mni o pra­cy; ow­szem, w dal­szym cią­gu jest gli­nia­rzem Wy­dzia­łu Ter­ro­ru Kry­mi­nal­ne­go i Za­bójstw Ko­men­dy Sto­łecz­nej, ale ani broń, ani od­zna­ka nie będą mu do ni­cze­go po­trzeb­ne. Dziś w nocy za­ba­wa do upa­dłe­go, a przez kil­ka na­stęp­nych dni jaz­da na nar­tach: oto wła­ści­wy plan na naj­bliż­szą przy­szłość.

Szum prysz­ni­ca ucichł. He­le­na we­szła do po­ko­ju w czar­nej ko­ron­ko­wej bie­liź­nie, któ­rą nie­daw­no do­sta­ła od Ja­ku­ba w pre­zen­cie uro­dzi­no­wym. Uśmiech­nę­ła się lek­ko, wi­dząc spoj­rze­nie męża, po­krę­ci­ła nie­znacz­nie gło­wą, po czym za­czę­ła się ubie­rać.

* * *

Pod­ko­mi­sarz An­to­ni Smo­trycz znaj­do­wał się w sta­nie, któ­ry moż­na okre­ślić jako pro­por­cjo­nal­nie do­bra­ną mie­szan­kę oszo­ło­mie­nia prze­cho­dzą­ce­go w eu­fo­rię z oba­wą prze­ra­dza­ją­cą się w na­pa­dy nie­kon­tro­lo­wa­ne­go, dzi­kie­go stra­chu.

Dwu­dnio­wy urlop za­re­zer­wo­wał kil­ka ty­go­dni temu, ale zna­jąc re­alia in­sty­tu­cji, w któ­rej za­ra­biał na ży­cie, do ostat­niej chwi­li drżał, czy się uda. Ku jego nie­kła­ma­nej uldze tym ra­zem oby­ło się bez nie­spo­dzia­nek i awa­ryj­nych sy­tu­acji, któ­re mogą zni­we­czyć naj­bar­dziej na­wet wy­ra­fi­no­wa­ne pla­ny spę­dze­nia pry­wat­ne­go cza­su. Tego Dnia wstał rano, przed ósmą, co, zwa­żyw­szy na jego przy­zwy­cza­je­nia i wol­ny dzień, było zgo­ła nie­ty­po­we. Na wy­le­gi­wa­nie się do po­łu­dnia nie miał jed­nak zwy­czaj­nie cza­su.

Nie w Tym Dniu.

Kie­dy po dłu­go­trwa­łym ob­lę­że­niu Ha­nia zde­cy­do­wa­ła się przy­jąć jego za­pro­sze­nie, po cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­łym na­pa­dzie trium­fal­ne­go upo­je­nia bły­ska­wicz­nie zro­zu­miał, że osią­gnął tyl­ko czę­ścio­wy suk­ces: ko­niecz­ny, ale z punk­tu wi­dze­nia Celu bę­dą­cy za­le­d­wie fun­da­men­tem osta­tecz­ne­go trium­fu.

Pod­ko­mi­sarz, z cha­rak­te­ry­stycz­ną dla ści­słych umy­słów dro­bia­zgo­wo­ścią, przy­stą­pił więc do opra­co­wa­nia szcze­gó­ło­we­go pla­nu ata­ku.

Po pierw­sze: grun­tow­ne sprzą­ta­nie przy­szłe­go pola – oby – bi­tew­nej chwa­ły. Po kil­ku po­po­łu­dniach spę­dzo­nych ze szczot­ką w ręku osią­gnął efekt wię­cej niż za­do­wa­la­ją­cy: skrom­na ka­wa­ler­ka lśni­ła czy­sto­ścią i wy­dzie­la­ła dys­kret­ny za­pach wa­ni­lii, do­by­wa­ją­cy się z aro­ma­te­ra­peu­tycz­ne­go ko­min­ka.

Po dru­gie: menu. Tu było go­rzej. Smo­trycz za­li­czał się do lu­dzi, któ­rzy, poza jed­nym wy­jąt­kiem, po­tra­fią przy­pa­lić na­wet wodę na her­ba­tę. Co wię­cej, rzecz wy­ma­ga­ła sta­ran­ne­go pla­no­wa­nia ja­dło­spi­su, by już na po­cząt­ku ko­la­cji nie oka­za­ło się, że z wiel­kim na­kła­dem tru­du przy­rzą­dzo­ne po­tra­wy nie leżą w gu­ście go­ścia. W tej kwe­stii przy­da­ło się ana­li­tycz­ne i wy­wia­dow­cze do­świad­cze­nie pod­ko­mi­sa­rza. Za­się­gnął ję­zy­ka w śro­do­wi­sku zna­jo­mych, a tak­że przy­ja­ciół Hani i po kil­ku dniach dys­kret­ne­go zbie­ra­nia in­for­ma­cji do­wie­dział się, cze­go Ha­nia nie zno­si, a co wpra­wia ją w do­bry na­strój. Miał szczę­ście: uwiel­bia­ła aku­rat je­dy­ną po­tra­wę, któ­rej umie­jęt­ność przy­rzą­dza­nia wy­niósł z domu ro­dzin­ne­go, i to na­praw­dę na wy­so­kim po­zio­mie: kacz­kę z jabł­ka­mi. Nikt nie umiał wy­tłu­ma­czyć, a naj­mniej sam za­in­te­re­so­wa­ny, dla­cze­go po­tra­fił przy­go­to­wać i upiec to da­nie, a nie po­tra­fił ni­cze­go in­ne­go; było jed­nak bez­spor­nym fak­tem, że wszel­kie pró­by przy­rzą­dza­nia po­traw nie­bę­dą­cych kacz­ką koń­czy­ły się mniej­szy­mi czy więk­szy­mi ka­ta­stro­fa­mi; a z fak­ta­mi, jak wia­do­mo, cięż­ko prze­cież dys­ku­to­wać.

Za­tem kacz­ka mia­ła sta­no­wić pod­sta­wę: w syl­we­stro­wy po­ra­nek po miesz­ka­niu roz­cho­dził się sma­ko­wi­ty aro­mat pie­czo­ne­go dro­biu. Jed­nak już przy punk­cie dru­gim Smo­trycz po­niósł cał­ko­wi­tą po­raż­kę: bez­owy blat, baza dla de­se­ru, oka­zał się mieć kon­sy­sten­cję gumy do żu­cia. Ta po­zy­cja menu mu­sia­ła zo­stać zre­ali­zo­wa­na za po­mo­cą tak zwa­nych za­so­bów ze­wnętrz­nych, bo­wiem w ża­den spo­sób nie kwa­li­fi­ko­wa­ła się do speł­nie­nia roli ta­ra­nu bu­rzą­ce­go ostat­nie ba­stio­ny obro­ny Hani przed wiel­ką Syl­we­stro­wą Na­gro­dą, do któ­rej Smo­trycz spo­dzie­wał się do­trzeć nie póź­niej niż po no­wo­rocz­nym to­a­ście. Tak mia­ła wy­glą­dać ostat­nia pro­sta: szam­pan, bezy z tru­skaw­ka­mi i bitą śmie­ta­ną, a po­tem Gran­de Fi­na­le.

Po trze­cie: na­pit­ki. Smo­trycz na­wet w naj­bar­dziej życz­li­wej in­ter­pre­ta­cji wła­snych za­in­te­re­so­wań i umie­jęt­no­ści nie mógł­by na­zwać się ko­ne­se­rem szla­chet­nych al­ko­ho­li, ale dzię­ki kon­fe­ren­cji od­by­tej z do­świad­czo­nym zna­jo­mym, za­wo­do­wym im­por­te­rem win hisz­pań­skich i wło­skich oraz wy­asy­gno­wa­niu po­waż­nej sumy po­nad dwu­stu zło­tych stał się wła­ści­cie­lem trzech bu­te­lek wy­traw­ne­go trun­ku, któ­ry we­dle wszel­kich za­pew­nień fa­chow­ca miał gwa­ran­to­wać ja­kość, smak, na­strój i szyb­ką dro­gę do uprag­nio­ne­go suk­ce­su.

Po czwar­te w koń­cu: od­po­wied­nia opra­wa mu­zycz­na. Smo­trycz, sa­mot­nik nie­mal do­sko­na­ły, nie przy­kła­dał spe­cjal­nej wagi do ja­ko­ści do­mo­we­go sprzę­tu ste­reo. Nie był mi­ło­śni­kiem mu­zy­ki, trak­to­wał ją ra­czej jako wy­peł­niacz tła pod­czas pro­wa­dze­nia sa­mo­cho­du. Z po­mo­cą przy­szedł przy­pa­dek. Ko­lej­ny zna­jo­my, ko­le­ga z ław­ki szkol­nej, au­dio­fil, szczy­cił się do­sko­na­łym sprzę­tem au­dio, a tak­że im­po­nu­ją­cą ko­lek­cją mu­zy­ki. Jego syl­we­stro­we pla­ny za­kła­da­ły ty­go­dnio­wy wy­jazd na nar­ty w Alpy, więc, nie bez pew­nych opo­rów, zgo­dził się wy­po­ży­czyć sprzęt wraz ze spo­rą par­tią płyt za­wie­ra­ją­cych wy­łącz­nie Wpra­wia­cze W Od­po­wied­ni Na­strój. Smo­trycz do­ko­nał sta­ran­nej se­lek­cji re­per­tu­aru; jako do­bry tak­tyk miał opra­co­wa­nych kil­ka wa­rian­tów sce­na­riu­sza prze­bie­gu tego wie­czo­ru.

Ogól­nie: sta­rał się prze­wi­dzieć wszyst­ko. Być przy­go­to­wa­nym. Uni­kać nie­spo­dzia­nek.

Te­raz trzy­mał słu­chaw­kę w ręku i usi­ło­wał być jed­no­cze­śnie miły i sta­now­czy.

– Tak, mamo. Bar­dzo waż­ne. Nie pro­sił­bym o po­moc…

– Zwy­kle przy­po­mi­nasz so­bie o mnie, kie­dy cze­goś po­trze­bu­jesz.

Smo­trycz wes­tchnął. Na usta ci­snę­ło mu się kil­ka róż­nych od­po­wie­dzi, ale wy­brał tę, któ­rej sto­sun­ko­wo naj­mniej chciał udzie­lić.

– Wiem. Prze­pra­szam.

Chwi­la ci­szy. Wes­tchnie­nie. Dłu­gie, zna­czą­ce, alu­zyj­ne.

– Do­brze. Cze­go chcesz?

Na­wet nie mu­siał się­gać do kart­ki.

– Tort bez­owy z tru­skaw­ka­mi i bitą śmie­ta­ną. Nie za duży. Taki na dwie oso­by.

Po­now­ne wes­tchnie­nie. Tym ra­zem nie­co krót­sze.

– Przy­jedź o szó­stej.

– Dzię­ku­ję.

Odło­żył słu­chaw­kę. Roz­mo­wa z mamą zwy­kle prze­bie­ga­ła we­dług tego sa­me­go sche­ma­tu. Cie­szył się, że ma ją za sobą.

Kry­tycz­nym okiem obej­rzał miesz­ka­nie. Kacz­ka cze­ka­ła w pie­kar­ni­ku; bu­tel­ki wina krót­kim sze­re­giem prę­ży­ły się na ku­chen­nym bla­cie. Stół w po­ko­ju przy­kry­ty bia­łym ob­ru­sem pre­zen­to­wał się oka­za­le. Wy­smu­kłe kie­lisz­ki cier­pli­wie wy­cze­ki­wa­ły na start.

Gry­plan na naj­bliż­szy czas:

przy­staw­ka: sa­ła­ta z orze­cha­mi, gor­gon­zo­lą, grusz­ka­mi i so­sem vi­ne­gret (jako że po­tra­wa nie wy­ma­ga­ła go­to­wa­nia, Smo­trycz za­ło­żył, że po­ra­dzi so­bie z nią sam),

wy­pad do mat­ki po tort,

ką­piel, go­le­nie, gar­de­ro­ba.

A po­tem już tyl­ko ocze­ki­wa­nie.

* * *

Szef gru­py na­zy­wał się Bi­nie­wicz, ale wszy­scy, poza jego bez­po­śred­nim zwierzch­ni­kiem, zna­li go pod pseu­do­ni­mem Sza­ry. Praw­dzi­we­go na­zwi­ska nie uży­wał tak daw­no, że nie­mal o nim za­po­mniał; na­wet w kon­tak­tach urzę­do­wych, na­der rzad­kich, po­słu­gi­wał się przy­bra­ny­mi toż­sa­mo­ścia­mi. W pań­stwo­wym sys­te­mie ubez­pie­czeń spo­łecz­nych ni­g­dy go nie umiesz­czo­no, jego praw­dzi­wy nu­mer PE­SEL daw­no wy­ma­za­no, a Urząd Skar­bo­wy na­wet o nim nie sły­szał.

Przez lata pra­cy udo­sko­na­lił w so­bie do per­fek­cji umie­jęt­ność pa­mię­ta­nia, któ­re­go ze swo­ich ży­cio­ry­sów uży­wa tym ra­zem. Dla pań­stwa, któ­re­go był oby­wa­te­lem, for­mal­nie nie ist­niał.

Pię­ciu jego współ­pra­cow­ni­ków mia­ło iden­tycz­ny sta­tus. Wszy­scy byli he­te­ro­sek­su­al­ny­mi ka­wa­le­ra­mi w wie­ku od dwu­dzie­stu sied­miu do trzy­dzie­stu pię­ciu lat, miesz­ka­li w ano­ni­mo­wych, wy­naj­mo­wa­nych miesz­ka­niach w wiel­kich blo­ko­wi­skach sto­li­cy. Nie mie­li żad­nych zo­bo­wią­zań ro­dzin­nych ani to­wa­rzy­skich. Nie­zbyt czę­ste kon­tak­ty z ko­bie­ta­mi ogra­ni­cza­li do jed­no­ra­zo­wych in­cy­den­tów. Każ­dy z nich był ra­por­to­wa­ny Sza­re­mu (bez szcze­gó­łów ero­tycz­nych, ale z uwzględ­nie­niem do­kład­nych per­so­na­liów ko­bie­ty) jesz­cze przed fak­tem. W swo­ich praw­dzi­wych ży­cio­ry­sach nie po­sia­da­li ni­cze­go, co mo­gło­by sta­no­wić przed­miot szan­ta­żu czy na­ci­sku. Sta­no­wi­li swe­go ro­dza­ju za­kon; w ten spo­sób zresz­tą o so­bie my­śle­li.

Re­gu­ły były ja­sne i ża­den z człon­ków ze­spo­łu ni­g­dy ich nie kwe­stio­no­wał.

Te­raz przy­szło im się zmie­rzyć z jed­nym z naj­trud­niej­szych za­dań w ob­fi­tu­ją­cej w ry­zy­kow­ne ak­cje i nie­bez­pie­czeń­stwa ka­rie­rze. Od po­cząt­ku szko­le­nia wpa­ja­no im, że zdraj­cy za­wsze sta­no­wią naj­więk­sze za­gro­że­nie. Wpły­wa­ją na za­kłó­ce­nie har­mo­nii pro­ce­dur, rów­no­wa­gi sił, po­rząd­ku. Mu­szą być eli­mi­no­wa­ni bez chwi­li wa­ha­nia.

Lot śmi­głow­cem, choć ma­szy­ną tar­ga­ły po­dmu­chy po­ry­wi­ste­go wia­tru, prze­biegł bez za­kłó­ceń. Więk­szość człon­ków gru­py spa­ła. Sza­ry nie mógł so­bie na to po­zwo­lić: sen w po­wie­trzu za­wsze przy­pła­cał mi­gre­ną, a ból gło­wy był ostat­nią rze­czą, ja­kiej te­raz chciał. Wie­dział, że dziś wie­czór (i być może przez część nocy) musi być mak­sy­mal­nie skon­cen­tro­wa­ny. Każ­dy błąd w oce­nie sy­tu­acji lub dzia­ła­niu mógł być błę­dem ostat­nim. Dla­te­go z za­mknię­ty­mi ocza­mi roz­pa­try­wał licz­ne wa­rian­ty roz­wo­ju sy­tu­acji. Da­nych miał mało. Jed­no­cze­śnie wie­dział, że prze­ciw­nik, choć sa­mot­ny, jest czło­wie­kiem skraj­nie nie­bez­piecz­nym. Nie tyle na­wet przez swo­je wy­szko­le­nie czy do­świad­cze­nie: Sza­ry są­dził, że jego wła­sne wy­szko­le­nie i do­świad­cze­nie nie ustę­pu­ją po­zio­mem umie­jęt­no­ściom zdraj­cy. Jed­nak tam­ten czło­wiek miał coś, co w bran­ży czy­ni­ło go wy­jąt­ko­wym: zdol­ność do bły­ska­wicz­nej oce­ny po­ło­że­nia i na­głej zmia­ny pla­nów, im­pro­wi­za­cji opar­tej na ge­nial­nej in­tu­icji oraz wy­czu­ciu cza­su i prze­strze­ni. Sza­ry kil­ka go­dzin po­świę­cił na czy­ta­nie akt zdraj­cy. Wie­le prze­pro­wa­dzo­nych przez nie­go ak­cji wła­śnie na tym się opie­ra­ło: na­głe prze­szko­dy wy­stę­po­wa­ły nie­spo­dzie­wa­nie i wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że za­da­nie nie zo­sta­nie wy­ko­na­ne, a czło­wiek ten za­koń­czy mi­sję wię­zie­niem lub śmier­cią. Jed­nak wzmian­ko­wa­na wy­żej umie­jęt­ność po­zwa­la­ła mu ob­ró­cić prze­szko­dy na swo­ją ko­rzyść i wy­ko­nać za­da­nie.

Co wię­cej, zdraj­ca, wbrew utar­tym pro­ce­du­rom, zwykł dzia­łać w po­je­dyn­kę. Był wil­kiem, któ­ry kąsa sa­mot­nie. Sze­fo­stwo fir­my, zwa­żyw­szy na nie­kwe­stio­no­wa­ne suk­ce­sy swe­go naj­lep­sze­go wy­ko­naw­cy, uczy­ni­ło wy­ją­tek i za­ak­cep­to­wa­ło taki spo­sób dzia­ła­nia.

Choć wiatr wzma­gał się, co­raz moc­niej szar­piąc ma­szy­ną, pi­lot wy­lą­do­wał gład­ko.

Bia­ły van na kra­kow­skich nu­me­rach już…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Podziękowania

Tej książ­ki z pew­no­ścią nie uda­ło­by się skoń­czyć bez wy­dat­nej po­mo­cy kil­ku osób:

mo­jej żony Kasi, któ­ra na­ci­ska­ła, by gó­ra­le mó­wi­li mię­dzy sobą gwa­rą, a nie war­szaw­ską pol­sz­czy­zną, oraz wło­ży­ła ogrom­ny wy­si­łek, by tekst przy­brał po­żą­da­ny kształt,

Kuby Hor­now­skie­go, ra­tow­ni­ka Ta­trzań­skie­go Ochot­ni­cze­go Po­go­to­wia Ra­tun­ko­we­go, któ­ry po­świę­cił masę cza­su na wy­jaś­nie­nie mi szcze­gó­łów do­ty­czą­cych sprzę­tu wy­so­ko­gór­skie­go oraz tech­nik wspi­nacz­ko­wych i ra­tow­ni­czych,

dok­to­ra Paw­ła An­drusz­kie­wi­cza, z któ­rym od­by­łem kil­ka se­sji po­świę­co­nych ura­zom gło­wy oraz po­stę­po­wa­niu me­dycz­ne­mu do­ty­czą­ce­mu ta­kich przy­pad­ków,

oraz dok­to­ra Krzysz­to­fa Lie­de­la, ob­ja­śnia­ją­ce­go mi z (jak zwy­kle) ogrom­ną cier­pli­wo­ścią za­wi­ło­ści re­guł kie­ru­ją­cych pra­cą roz­ma­itych służb spe­cjal­nych.

Dzię­ku­ję jesz­cze raz.

Mar­cin Ci­szew­ski