Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 465 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wiara - Anna Kańtoch

Lato 1986 roku jest wyjątkowo upalne. Leniwy spokój sennej miejscowości letniskowej zakłóca tylko grupka hippisów protestujących przeciw budowie elektrowni jądrowej. Wszystko się zmienia, kiedy pewnego poranka na torach kolejowych odkryte zostają zwłoki młodej dziewczyny. Nikt nie wie, kim jest i skąd się wzięła.

Młody proboszcz, który znalazł ciało, nie może przestać myśleć o zbrodni. Jego poprzednicy znikali z miasteczka w niejasnych okolicznościach, ale kiedy próbuje się czegoś o nich dowiedzieć, trafia na ścianę milczenia. Czyżby pogłoski o przeklętej parafii miały w sobie ziarno prawdy? Kto postawił przed laty krzyż przy torach i dlaczego zostawia przy nim świeże kwiaty?

Śledztwo, które prowadzi wezwany do Rokitnicy kapitan Witczak, idzie dość opornie. Miejscowi niechętnie dzielą się tajemnicami, nie chcą wywoływać duchów przeszłości.

Wierzą, że zło nadejdzie ze wschodu. Ale to nieprawda – ono już tu jest…

Opinie o ebooku Wiara - Anna Kańtoch

Fragment ebooka Wiara - Anna Kańtoch

Już w księgarniach:

Thomas Enger Letarg

Lars Kepler Kontrakt Paganiniego

Johan Theorin Smuga krwi

Kjell Ola Dahl Czwarty napastnik

Thomas Enger Bóle fantomowe

Lotte i Søren Hammer Wszystko ma swoją cenę

Matti Rönkä Przyjaciele z daleka

Kjell Ola Dahl Wierny przyjaciel

Bernhard Jaumann Godzina szakala

Johan Theorin Święty Psychol

Friedrich Ani Ludzie za ścianą

Lars Kepler Świadek

Thomas Enger Żądza krwi

Kjell Ola Dahl Lodowa kąpiel

Bernhard Jaumann Kamienista ziemia

Jean Luc Bannalec Śmierć w Pont-Aven

Lars Kepler Piaskun

Johan Theorin Duch na wyspie

Johan Theorin Zmierzch (wyd. 2)

Martín Solares Czarne minuty

Jean-Luc Bannalec Sztorm na Glenanach

Johan Theorin Nocna zamieć (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Wampir

Anna Kańtoch Łaska

Lars Kepler Stalker

Wojciech Chmielarz Podpalacz (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Osiedle marzeń

Wojciech Chmielarz Farma lalek (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Przejęcie (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Zombie

Więcej informacji: czarne.com.pl

Anna Kańtoch

Wiara

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Magdalena Palej

Fotografie na okładce © Marc Owen / Arcangel; Reilika Landen / Arcangel

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Anna Kańtoch, 2017

Opieka redakcyjna Konrad Nowacki

Redakcja Justyna Wodzisławska

Korekta Magdalena Mrożek / d2d.pl, Katarzyna Juszyńska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-544-9

Prolog

niedziela, 6 lipca 1986 roku

Ksiądz Jerzy Marczewski mocniej ścisnął kierownicę, gdy rower podskoczył na wiejskich wertepach. Po obu stronach wąskiej ścieżki rosły wybujałe chwasty, szeleszczące cicho w podmuchach tak lekkich, że nie dawały wytchnienia od gorąca. Była dziewiąta rano, ale upał już narastał – w południe osiągnie trzydzieści stopni i nie zelżeje aż do wieczora, kiedy to pewnie przyjdzie burza. Ksiądz Jerzy sięgnął do czoła, by wytrzeć je z potu, i zaraz z powrotem złapał kierownicę. Rower wjechał w kałużę pozostałą po wczorajszym deszczu, błotnista woda trysnęła na boki. Ksiądz z sapnięciem nacisnął pedały. Nie przepadał za wysiłkiem fizycznym nawet jako dziecko, a co dopiero teraz, kiedy zbliżał się do czterdziestki. Myślał o kupnie samochodu, ale to niewiele by mu dało. W parafii istniało mnóstwo miejsc, do których dotrzeć mógł jedynie pieszo albo właśnie na rowerze. Jednym z nich było leżące na stoku Kamionki gospodarstwo Jadwigi Ciołek, od której wracał. Ciołkowa chwaliła się, że ma dziewięćdziesiąt sześć lat. Umierała od trzech, przerzucana między szpitalami niczym poczerniała ze starości piłeczka pingpongowa. Wreszcie powiedziała „dość” i oznajmiła, że zostaje w domu, aby tam czekać na śmierć. Ta jednak z jakiegoś powodu ociągała się i Jadwiga już trzeci raz w tym roku wzywała księdza. Marczewski nie miał do niej pretensji. Podejrzewał, że staruszka czuje się zwyczajnie samotna – wnuczka przy gospodarstwie miała pełne ręce roboty, inne wnuki pouciekały do miasta, prawnuki ledwo babcię znały. Nie został nikt z pokolenia, z którym dorastała, nikt, kto pamiętałby czasy jej dzieciństwa. Była niczym rozbitek z przeszłości, wyrzucony na brzeg świata, którego nie rozumie i który nie rozumie jego. Jej spowiedzi najczęściej przekształcały się w zawiłe i pozbawione pointy opowieści o dawno minionych czasach: o potoku, w którym kąpała się jako nastolatka – zawsze w długiej koszuli, żeby było „przyzwoicie”; o rosnącej przy domu gruszy; o grzesznych dziewczynkach, które godzinami musiały modlić się w kościele; czy o jeżdżącym kolaską przystojnym dziedzicu.

Ksiądz Jerzy słuchał, cierpliwie podążając za błądzącym umysłem staruszki. Lubił ją w jakiś czuły, melancholijny sposób i cieszył się za każdym razem, kiedy wezwanie do umierającej okazywało się fałszywym alarmem. Nawet jeśli oznaczało to dla niego jazdę w upale, a potem jeszcze męczące pchanie roweru pod górkę. Nawet jeśli pośladki bolały go później od wytrząsania na wiejskich wybojach, a przesiąknięta potem sutanna nadawała się tylko do prania.

Przed sobą widział już nasyp kolejowy, po lewej stronie na tle jaskrawobłękitnego nieba rysowały się zbocza, pocięte szachownicą zielonych i złotych pól. Po prawej gór nie było widać – zasłaniał je ciągnący się za zaroślami kompleks betonowych budynków. Ich cień sięgał aż do ścieżki, kładąc się chłodnym mrokiem na wybujałej zieleni chwastów. Ksiądz drgnął lekko, kiedy weń wjechał, i przeżegnał się odruchowo, po czym natychmiast zacisnął usta, zirytowany na samego siebie. Zachowywał się jak przesądna wiejska baba, która pluje pod wiatr, żeby odczynić urok.

Gdy wyjechał z cienia, zwolnił, a potem całkiem się zatrzymał i zeskoczył z roweru. W wiszącej na kierownicy skórzanej torbie zagrzechotały butelki ze świętymi olejami. Odpoczywał, łapiąc oddech i ocierając pot. Czekało go teraz wepchnięcie roweru na nasyp, sprowadzenie go z drugiej strony, a później dziesięć minut jazdy na plebanię. Uwinie się akurat, żeby odmówić spóźniony poranny brewiarz i dopracować dzisiejsze kazanie.

Stałby tak jeszcze chwilę, ale odległy gwizd nadjeżdżającego pociągu zmobilizował go do wysiłku. Sapiąc niczym parowóz, zaczął pchać rower pod górkę. Ścieżka była w tym miejscu mocno zarośnięta, gałęzie jeżyn czepiały się sutanny, a roje bzyczących owadów krążyły nad mokrą od potu twarzą księdza. Odganiał je niecierpliwymi gestami, nasłuchując jednocześnie kolejnych gwizdów. Przyszło mu do głowy, żeby stanąć i poczekać, ale składy osobowe na tej trasie były długie, a on nie chciał tracić czasu. Zresztą powinien bez problemu zdążyć, pociąg był jeszcze daleko – ksiądz Jerzy widział dopiero kłęby czarnego dymu bijące w niebo nad kompleksem betonowych budynków.

Od szczytu nasypu dzieliły go trzy, może cztery kroki, kiedy zobaczył rękę.

Z początku myślał, że to kawałek papieru, jakiś śmieć wyrzucony z wagonu. Ale nie – to była ręka, drobna kobieca dłoń. Marczewski miał ją na wysokości oczu i był pewien, że jeśli wespnie się wyżej, zobaczy leżące na torach całe ciało. Czas zatrzymał się, powietrze wokół zgęstniało, więżąc księdza w pułapce jakiegoś absurdalnego koszmaru. Ostrożnie położył rower na kolczastych gałęziach jeżyn i zrobił jeszcze trzy kroki w przód.

Była tam, tak jak się spodziewał. Duża, pulchna dziewczyna, ubrana w spódniczkę do kolan i bluzkę z wypchanymi ramionami. Materiał kiedyś był różowy, ale teraz pierwotna barwa została jedynie na bufiastych rękawkach i przy kołnierzyku, cała reszta miała czerwono­brązowy kolor zaschniętej krwi. W rajstopach na lewej łydce poszło oczko, jeden but tkwił grzecznie na stopie, drugi zsunął się lekko, ukazując bladą piętę. Dziewczyna miała szeroko otwarte ciemne oczy i ksiądz Jerzy nie musiał nawet pochylać się nad nią, żeby stwierdzić, że nie żyje. Za plecami słyszał cykanie świerszczy, z oddali dobiegał dźwięk pracującej piły tarczowej, a także porykiwanie krowy. Te zwykłe odgłosy wiejskiego letniego dnia kontrastowały z widokiem, jaki miał przed sobą. Jakby znalazł się na granicy dwóch światów: jednego, który dobrze znał, i drugiego, który był dla niego zupełnie nowy i obcy. Wciąż miał wrażenie, że to tylko dziwaczne złudzenie, że wystarczy mrugnąć albo odwrócić się plecami, żeby zwłoki znikły. Jestem w szoku, pomyślał z zaskakującą trzeźwością umysłu, ale niewiele to pomogło. ­Cenne sekundy rozciągały się w nieskończoność w złocistym lipcowym upale, a każdy ruch wymagał nieproporcjonalnie dużego wysiłku, jakby duchowny był muchą próbującą przepłynąć słoik miodu. Oprzytomniał, słysząc kolejny gwizd: tory wibrowały już od ciężaru nadjeżdżającego pociągu. Dopiero wtedy uniósł ręce i zaczął rozpaczliwie machać. Sto dwadzieścia ton metalu pędziło na niego w jaskrawych rozbłyskach słońca odbijającego się w szybie lokomotywy. Powietrze przeszył przeraźliwy zgrzyt, gdy maszynista zauważył go i zaczął hamować. Potwór zwalniał – zbyt późno, za wolno. Księdzu przemknęło przez myśl, czy nie spróbować ściągnąć ciała z torów, ale dziewczyna była chyba zbyt ciężka, żeby ją podnieść. Zresztą i tak nie zdążyłby tego zrobić. Powinien uskoczyć na bok, ale coś, może wpojone w seminarium przekonanie, że należy zachowywać powagę w obliczu majestatu śmierci, zatrzymało go w miejscu. Stał więc z zamkniętymi oczami, aż czoło parowozu niemal dotknęło jego piersi. Chwilę potem, gdy z okien zaczęli wyglądać zaciekawieni podróżni, poczuł, że natychmiast musi usiąść, bo inaczej zemdleje.

Część I: Dziewczyna na torach

sobota, 12 lipca

Pociąg z łoskotem przetoczył się przez most, a potem zaczął wspinać się pod górę. Kapitan Andrzej Witczak od czasu do czasu wyglądał na zewnątrz, chłodząc rozgrzaną twarz. Siedzenie ze sztucznej skóry było tak gorące, że nie dało się go dotknąć gołą ręką, a woda, którą zabrał na podróż, z zimnej zmieniła się już w obrzydliwie ciepłą. Mimo to Witczak cieszył się, że ma choć otwarte okno. Wcześniej musiał jechać przy zamkniętym, bo w jego przedziale – podobnie zresztą jak i we wszystkich sąsiednich – brakowało korbki do opuszczania szyby. Dopiero na maleńkiej leśnej stacyjce wsiadł z rodzicami mniej więcej dwunastoletni chłopiec, który z plecaka wyjął własną korbkę, niewątpliwie ukradzioną jakiś czas temu z innego piętrusa. Witczak jako przedstawiciel władzy powinien stanowczo potępić taką egoistyczną i antyobywatelską postawę, zamiast tego jednak pożyczył korbkę, założył ją na wystający ze ściany bolec i otworzył okno.

Pociąg szerokim łukiem minął zalew i usadowione nad nim kwadratowe budynki, po czym przyśpieszył. Witczak wiedział, że za chwilę przejadą dokładnie przez miejsce, w którym znaleziono zwłoki. Ta myśl nie wywołała w nim żadnych emocji, może oprócz chwilowej refleksji nad niespodziankami, jakie niosło życie. Prawdopodobnie spora część jego towarzyszy podróży nie zdawała sobie sprawy z tego, co mijają. Jechali na wakacje, cieszyć się słońcem i wodą, jak najdalsi od myśli o wykrwawiającej się na torach dziewczynie.

Wrócił do przerwanej lektury, ignorując kobietę, która rozsiadła się naprzeciwko. Współpasażerka była gruba, pot lepił jej do czoła krótko ścięte włosy, a pod pachami rozlewał się w ciemne plamy. Miała ze sobą cztery wypchane siatki, z których bezustannie coś wyjmowała: a to kanapkę, to znów brązową torebkę z landrynkami czy kawałek suszonej kiełbasy.

Stację Rokitnica rozpoznał od razu, bo – dokładnie tak, jak poinformowano go w Bielsku – była największa na tej trasie, z dwoma peronami i dużym, biało otynkowanym budynkiem dworca. Witczak zaczął zbierać się do wyjścia. Zdjął z półki walizkę, po czym schował do niej książkę. Tęga kobieta zerknęła na tytuł, ale nawet jeśli się zdziwiła, to nie dała po sobie tego poznać, kapitan pożegnał ją więc z odrobiną sympatii.

Pociąg odjechał. Witczak przystanął na peronie, paląc papierosa i odprowadzając wzrokiem parę z dwójką dzieci. Młodsza dziewczynka domagała się lodów, starsza pytała, czy w tym roku babcia też pozwoli jej pojeździć na koniku. Przez moment kapitan poczuł ukłucie w sercu – żalu? nostalgii za dzieciństwem? – a potem rzucił na ziemię niedopałek papierosa i przydepnął go. Skoro nikt nie zamierzał po niego wyjść, musiał radzić sobie sam.

W budynku stacji panował przyjemny chłód. Na środku poczekalni wznosił się olbrzymi kaflowy piec, teraz oczywiście zimny, a w okienku kasy tkwiła znudzona kobieta, która popijała kawę zalewajkę. Podszedł bliżej.

– Kapitan Witczak z komendy wojewódzkiej – przedstawił się. – Jak dojdę do posterunku?

Kobieta podskoczyła nerwowo i wytrzeszczyła oczy.

– Wyjdzie pan i od razu w prawo skręci, a potem ciągle wzdłuż drogi.

– Daleko to?

– No, ze dwadzieścia minut pan pójdzie.

Zaklął w myślach. Rokitnica była duża nie tylko pod względem liczby mieszkańców, lecz także terenu, jaki zajmowała. Spore centrum z kościołem, pocztą, szkołą i kilkoma sklepami, a potem rząd domów ciągnących się w obie strony wzdłuż głównej drogi i jeszcze kilkadziesiąt gospodarstw oraz przysiółków rozrzuconych chaotycznie po okolicznych zboczach. Witczak wiedział o tym, podobnie jak zdawał sobie sprawę z tego, że stacja kolejowa położona jest na najdalszym skraju wsi, jednak nie był przygotowany na dwudziestominutowy marsz w takim skwarze.

– Autobus tu nie jeździ? – zapytał bez większych nadziei.

– Trzy razy dziennie tylko. – Kasjerka bardzo starała się być pomocna. – Z Żywca jedzie. Najbliższy będzie za dwie godziny.

– Taksówka?

Spojrzała na niego, jakby zapytał, gdzie może wynająć latający talerz z Marsa. Zniechęcony kapitan odwrócił się i już miał odejść, kiedy kobieta wychyliła się z okienka.

– Mamy powozy, jeśli pan chce.

– Powozy? – Witczak wyobraził sobie kapiącą od złota karetę z filmu Markiza Angelika, który oglądał niedawno z żoną.

– No, takie dla turystów. Jak w Zakopanem. – W głosie kasjerki zabrzmiała wyraźna duma, że mają coś wspólnego z zimową stolicą Polski.

– Powozy, aha.

Podniósł walizkę i wyszedł na zewnątrz. Upał natychmiast uderzył go w twarz i na moment odebrał oddech. Chwilę trwało, zanim kapitan z powrotem przyzwyczaił oczy do jaskrawego światła. Po drugiej stronie drogi stała dwukółka zaprzężona w konia, który oganiał się niecierpliwie od much. Powozik nie wyglądał imponująco, ale Witczak nie miał wyboru. Podszedł do niego, czując, jak gorący asfalt zapada się pod podeszwami jego butów, i z sapnięciem ulgi wdrapał się na siedzisko. Grzało podobnie jak siedzenia w pociągu, a na domiar złego przez dziury w materiale wyłaziły gdzieniegdzie kłęby końskiego włosia.

– Podrzuci mnie pan na posterunek?

Woźnicy zabłysły oczy.

– Pon w sprawie tyj baby, co jom na torak zaciukali?

– W tej sprawie. Wie pan coś może o tym?

– Nye, jo nic nye wyem. To jakosik miastowo panicka była. Panie, łodpuść jij ta grzechy…

– Dużo tu macie takich przyjezdnych?

– No, walnie bydzie. Ze śwagrym ik na pociong wozymy, jo mom swój wóz, a łon swój. Nale byłoby wiencyj miastowyk, kieby tego diabelstwa stawiać nye zacynli.

– Ma pan na myśli elektrownię?

– Ano, elektrownie.

Witczak czekał cierpliwie: na wzmiankę o Czarnobylu, niebezpieczeństwach, które niesie ze sobą energetyka jądrowa – o ile chłop w ogóle takie słowa znał – a także o tuszującym katastrofę rządzie. Jednak woźnica najwyraźniej zrobił się nagle ostrożny, bo od tej pory na wszystkie pytania odpowiadał tylko półsłówkami. W narastającym skwarze mijali kolejne domy, murowane i drewniane, potem przejechali opodal niewielkiego sklepiku i poczty. Zatrzymali się obok kościoła. Wieś wydawała się opustoszała, mieszkańcy najpewniej siedzieli w domach, chroniąc się przed upałem, albo pracowali przy gospodarstwach, letnicy za to odpoczywali nad jeziorem. Witczak rozejrzał się. Na drzwiach kościoła zauważył wypisany kredą, na wpół zatarty napis: …PRZYJDZIE ZE WSCHODU. …MSZĘ. Kapitan przyglądał mu się przez chwilę, potem zeskoczył z wozu, zabierając walizkę, zapłacił i wszedł do wskazanego przez woźnicę niewielkiego budynku, przed którym stał zakurzony polonez.

* * *

– Myśleliśmy, że pan kapitan przyjedzie samochodem – usprawiedliwiał się niezbyt gorliwie starszy sierżant Stefan Waśkowiak. Był to wysoki, kościsty czterdziestokilkulatek o końskiej szczęce i flegmatycznych ruchach. Witczak nie potrafił powiedzieć, czy funkcjonariusz istotnie nie dostał jego telegramu, czy może kłamie, a nieodebranie go z dworca było drobną dywersją i wyrazem niechęci, jaką większość prowincjonalnych milicjantów żywiła do wtrącających się w ich sprawy „ludzi z miasta”. A może zwyczajnie ktoś tu uznał, że to będzie świetny dowcip.

– Nie prowadzę – odpowiedział Witczak, co zostało powitane jak zawsze: przemykającym przez twarz rozmówcy zdumieniem, które zaraz pokrywała mina nieszczerego zrozumienia.

– Jasiek, skocz po piwo dla pana kapitana. Gorąc jest, trzeba się czegoś zimnego napić.

– Dziękuję, nie piję. Wystarczy mi woda albo oranżada.

Tym razem zdziwienie było wyraźniejsze, trwało też dłużej. Waśkowiak opanował się i skinął w stronę barczystego blondyna o dziecięcej twarzy, który wyszedł i wrócił po chwili z butelką oranżady.

– P…pan się napije – powiedział, jąkając się lekko. – D…dobra i zimna.

Waśkowiak zachichotał.

– To jego pierwszy trup i chłopak strasznie się przejmuje – wyjaśnił, przedstawiając przy okazji blondyna jako kaprala Jana Synowca. – A tam – ruchem głowy wskazał dziewczynę siedzącą nieruchomo pod ścianą maleńkiego pokoiku – to starsza szeregowa Hanka Gierasówna. Ona nie od nas jest, tylko z Żywca. Jak chodziliśmy ludzi przepytywać, przysłali ją i jeszcze jednego chłopaka, żeby szybciej poszło. On pojechał, a Hance widać się spodobało, bo została.

– Urlop wzięłam i teraz u ciotki tutaj mieszkam. Pomogę, jeśli pan kapitan nie ma nic przeciwko.

– Dziękuję. I możecie darować sobie tego „kapitana”.

Dziewczyna miała nie więcej niż dwadzieścia kilka lat i była wyjątkowo brzydka: chuda jak wykrzyknik, z wąską, podłużną twarzą i zębami dziwnie stłoczonymi w ustach. Wygląda, jakby ktoś położył ją na boku, a potem próbował sprasować, pomyślał Witczak. Ona również sprawiała wrażenie zdenerwowanej, ale w inny sposób – nie jąkała się jak Jasiek, tylko siedziała napięta niczym struna, w gorliwym oczekiwaniu.

– Chcę przejrzeć wszystkie materiały, które do tej pory zebraliście – oznajmił Witczak Waśkowiakowi. – I będę potrzebował samochodu, a do tego kogoś, kto umie go prowadzić.

– Jasne. – Starszy sierżant dla odmiany wyglądał na całkowicie wyluzowanego. – Teraz to pana śledztwo. Mamy poloneza, stary jest, ale ciągle na chodzie. No i na tutejszych wertepach całkiem nieźle się sprawdza. Jasiek może z panem jeździć…

– Wolałbym dziewczynę, o ile ma prawo jazdy.

Oczy Hanki rozbłysły, twarz lekko poróżowiała.

– Nie ma sprawy. – Usta Waśkowiaka rozciągnęły się w porozumiewawczym uśmiechu. Mało brakowało, a starszy sierżant by do Witczaka mrugnął. – Hanka, zawieź pana kapitana do Stokrotki. Zje pan dobry obiad i odpocznie po podróży.

* * *

Dom Wczasowy Stokrotka mieścił się w przedwojennym pałacyku otoczonym parkiem. Budynek był odrapany, a park wyraźnie zaniedbany, całość miała jednak dla Witczaka pewien dziki urok. Wrażenie psuła tylko grupa dziesięcio–jedenastoletnich dzieciaków goniących się z wrzaskiem między drzewami.

– Kolonie pracownicze z katowickiej huty – wyjaśniła Hanka. – Ale niech się pan nie martwi, oni przez większość dnia i tak są albo w górach, albo nad rzeką.

Jakby na potwierdzenie jej słów z pałacyku wyszła młoda kobieta, która energicznie zaklaskała w dłonie, ustawiła dzieci w pary, a potem wymaszerowała z nimi przez bramę.

– Wiedzą o trupie? – zapytał kapitan.

– Dzieciaki mam nadzieję, że nie. Ale wychowawcy chyba tak.

I niewiele ich to obchodzi, dopowiedział w myślach milicjant. Kobieta była przyjezdna, wszyscy więc pewnie zakładali, że zabił ją też turysta, ktoś z zewnątrz, kto dawno już wyjechał z Rokitnicy. A co, jeśli nie? Jeśli morderca wciąż tu był?

Witczak rozlokował się w pokoju, skromnie umeblowanym, ale całkiem wygodnym, po czym zszedł do nijakiej stołówki na obiad, bo akurat była pora wydawania posiłków. Hanka wykręciła się, mówiąc, że już jadła, przyjęła jednak z wdzięcznością szklankę kompotu truskawkowego. Kapitan dostał schabowego na pół talerza, górę polanych tłuszczem ziemniaków oraz malutką miseczkę z mizerią, czyli kilkoma plasterkami ogórka pływającymi smętnie w nieprzyprawionej śmietanie. Jedzenie, z wyjątkiem mizerii, było smaczne. Jeśli chodzi o mięso, nie ma to jak wieś, pomyślał Witczak, nabijając na widelec kawałek kotleta.

– No dalej, zapytaj mnie – powiedział, kiedy już przełknął.

– O co mam zapytać?

– Dlaczego wybrałem ciebie zamiast kaprala Synowca. Nie masz nic przeciwko, żebym mówił ci po imieniu, prawda? – Nie czekając na pozwolenie, kontynuował: – Waśkowiak myśli, że chcę cię zaciągnąć do łóżka, wiesz o tym?

Zaczerwieniła się – wiedziała, oczywiście, że tak.

– Dlaczego wybrał pan mnie? – zapytała posłusznie.

– Ponieważ zamordowana była kobietą, a ja chcę wysłuchać teorii innej kobiety na temat tego morderstwa.

– Problem w tym, że nic nie wiemy. – Dziewczyna dopiła kompot, po czym zaczęła bawić się szklanką. – Ofiara nie miała przy sobie dokumentów…

– Nie chodzi mi o jej nazwisko, ale o to, kim była. Jaka była.

– Widział pan zdjęcia – bąknęła Hanka.

– Widziałem, tak samo jak ty. Do kostnicy też cię zabrali?

Niepewnie skinęła głową.

– To mów, czego się dowiedziałaś na temat ofiary.

– Była młoda, między dwadzieścia pięć a trzydzieści lat. Zdrowa, bez nałogów. – Starsza szeregowa zawahała się i kiedy Witczak był już pewien, że nie powie mu nic poza tym, co można by wyczytać z raportu patologa, podjęła: – Jej bielizna i rajstopy były tanie, z gatunku takich, które można dostać w każdym domu towarowym. Podobnie bluzka. Spódnica poszerzana, widocznie dziewczyna jakiś czas temu utyła. Buty stare, z wymienionymi flekami.

– Co z tego wynika?

– Nie miała dużo pieniędzy, ale starała się dobrze wyglądać. Nosiła kolczyki i pierścionek, niedawno była u fryzjera. Paznokcie opiłowane i pociągnięte bezbarwnym lakierem, wypastowane buty, lekki makijaż – wymieniała. – Robiła, co mogła.

– Chciała się podobać? Szła na randkę?

Hanka znowu się zawahała.

– Nie wydaje mi się. Nie była ubrana jak na spotkanie z chłopakiem. Za mało seksownie, rozumie pan. – Zaczerwieniła się lekko. – Wyglądała, jakby wybierała się do cioci na imieniny.

– Pochodziła ze wsi czy z miasta?

– Moim zdaniem raczej z miasta. Nie dlatego, że dziewczyny ze wsi nie potrafią się ładnie ubrać – zastrzegła szybko. – Ale ona chyba nigdy nie pracowała fizycznie. Miała takie miękkie, białe dłonie… Może była urzędniczką albo kimś w tym rodzaju. Mogła nawet jeszcze studiować, jeśli bliżej było jej do tych dwudziestu pięciu lat.

– Co urzędniczka ubrana jak na imieniny cioci robiła na nasypie kolejowym?

– Tego właśnie nie rozumiem. Nie miała butów do chodzenia po wiejskich drogach. I te rajstopy…

– Co z nimi?

– Patolog twierdzi, że zginęła jakieś pół godziny przed tym, jak ksiądz ją znalazł, czyli koło ósmej trzydzieści. Wtedy było już ciepło, a miało być jeszcze cieplej. Jest lipiec, wakacje. Jaka kobieta wkłada rajstopy i całe buty, żeby przedzierać się w upale przez jakieś wertepy? Czemu nie poszła w sandałach i krótkich spodenkach?

– Nie wiem, ty mi powiedz.

Dziewczyna obracała w palcach szklankę po kompocie, jakby spodziewała się znaleźć odpowiedź wśród leżących na dnie sflaczałych truskawek. Witczak wyjął paczkę klubowych i zapalił.

– Przychodzi mi do głowy tylko to, że chciała, żeby traktować ją poważnie – odpowiedziała Hanka. – Jeśli rzeczywiście pracowała w urzędzie, mogła iść do któregoś z gospodarstw w jakiejś oficjalnej sprawie i wtedy taki strój miałby sens. Ale co urzędniczka z miasta mogłaby chcieć od kogoś z tutejszych? Poza tym była niedziela, dzień wolny. No i nikt jej nie rozpoznał. Pokazywaliśmy zdjęcie we wszystkich okolicznych domach i nic.

– Nikt niczego nie widział, nikt niczego nie słyszał. – W głosie kapitana zabrzmiała lekka ironia. – Nie wydaje ci się to dziwne? Dziewczyna zginęła na trzymetrowym nasypie kolejowym, w miejscu, które jest doskonale widoczne z dużej odległości. A jednak nikt nie zauważył ani jej, ani napastnika.

– Było wcześnie, niedziela – bąknęła milicjantka. – Poza tym wystarczająco blisko jest tylko jedno gospodarstwo, Chojniaków. Z innych nie byłoby nic widać.

– Nie wciskaj mi kitu, o ósmej na wsi nikt już nie śpi, nawet w niedzielę. A tego Chojniaka nawet porządnie nie przycisnęliście.

Tym razem rumieniec był głębszy, a zaciśnięte na szklance chude palce zbielały wyraźnie.

– Dobra, zostawmy to na razie – zlitował się Witczak. – Jedziemy dalej. Tak ubrana kobieta prawie na pewno miała przy sobie torebkę. Co się z nią stało? Zabrał ją morderca?

– Chyba tak.

– Mord rabunkowy?

– Nie, bo wtedy wziąłby też złote kolczyki i pierścionek. Pewnie chciał nam utrudnić identyfikację.

– A to znaczy?

– Morderca wiedział, że nikt tej dziewczyny tu nie zna, że jeśli zabierze dokumenty, będziemy mieć problem z ustaleniem jej tożsamości. Chciał zyskać na czasie.

Kapitan skinął głową. Starsza szeregowa była całkiem inteligentna.

– Zabił z premedytacją czy bez?

– Chyba bez. Nikt o zdrowych zmysłach nie planowałby zabójstwa w miejscu, które widać z takiej odległości.

– A więc jak to wszystko twoim zdaniem wyglądało?

Zastanawiała się przez chwilę, marszcząc brwi.

– Może dziewczyna umówiła się z kimś? Niekoniecznie miejscowym, to mógł być ktoś z letników. I nie na randkę, raczej na poważną rozmowę. Dlatego tak się ubrała: chciała wyglądać serio. Miała pusty żołądek, co może świadczyć o tym, że była zbyt zdenerwowana, żeby zjeść śniadanie. Może z jakiegoś powodu bała się tej rozmowy? I słusznie, bo w pewnym momencie coś poszło nie tak, facet się wkurzył i wyciągnął nóż.

– Nosił go przy sobie?

– Niektórzy mężczyźni chodzą z nożami, zwłaszcza na urlopach. Może to typ harcerza, wie pan, z tych, co lubią mieszkać w namiocie i dłubać w drewnie. Albo zabrał nóż na wszelki wypadek, nie planował zabić, tylko postraszyć. Ale to nadal nie ma sensu. Jeśli chcieli dyskretnie porozmawiać, czemu umówili się w miejscu, gdzie każdy mógł ich zobaczyć?

– A jeśli nie zależało im na dyskrecji, równie dobrze mogli umówić się w kawiarni albo na ławce przed kościołem – dokończył Witczak.

– Może ten nasyp to był kompromis? On chciał się spotkać w jakimś odludnym miejscu, ona się bała, więc na wszelki wypadek wybrała takie, gdzie byliby widoczni?

– Może. Albo po prostu nie mamy wystarczających danych. Zostawmy to na razie i zastanówmy się, czy ofiara znała mordercę.

Tym razem Hanka myślała znacznie krócej.

– Chyba tak. Wie pan, ona nawet się nie broniła. Nie było śladów szarpaniny, pod paznokciami nie miała obcego naskórka. Pięć ciosów nożem w brzuch i klatkę piersiową, a dziewczyna nawet faceta nie zadrapała. Musiał ją kompletnie zaskoczyć.

– Kompletne zaskoczenie trochę kłóci się z teorią, że bała się tej rozmowy.

Starsza szeregowa z ociąganiem skinęła głową.

– Co jeszcze o niej wiemy?

Czekał na kolejny rumieniec i nie zawiódł się.

– Była dziewicą – wymruczała.

– W jej wieku to dość nietypowe, nie sądzisz?

– Może była religijna i nie chciała iść do łóżka przed ślubem.

– Czekała na tego jedynego? A on okazał się mordercą?

– Czemu nie?

– Jasne, czemu nie. Takie historie się zdarzają. Mamy więc dziewicę, która jednocześnie boi się mordercy i pozwala mu się kompletnie zaskoczyć. Która umawia się w zupełnie idiotycznym miejscu i idzie na spotkanie odstawiona jak stróż w Boże Ciało, choć wie, że na wiejskich wertepach może połamać sobie obcasy, a przy trzydziestu stopniach w rajstopach będzie jej gorąco jak diabli. A facet co prawda zabójstwa nie planuje, ale przychodzi z nożem, a po wszystkim jest na tyle przytomny, żeby zabrać ofierze torebkę, bo wie, że to spowolni śledztwo.

Hanka poruszyła się niespokojnie.

– Chce pan powiedzieć, że wszystkie nasze teorie są bez sensu?

– Chcę powiedzieć, że na razie jesteśmy w sytuacji kogoś, kto próbuje ułożyć układankę z połowy klocków. Poza tym to nie nasze teorie, tylko twoje. Zaczekaj.

Wstał i ruszył w stronę baru, który od stołówki dzieliło przewężenie sali. Część barowa miała już jakiś konkretniejszy wystrój, stoliki były tu zwyczajnie drewniane, bez przykrywającej je kraciastej ceraty, góralskie ciupagi zdobiły ściany, a nad barem wisiała spłowiała mapa górskich szlaków. Witczak miał okazję przyjrzeć się jej, kiedy czekał w kolejce za długowłosym brodatym mężczyzną w dżinsach. Dwóch podobnie zarośniętych typów siedziało przy jednym ze stolików. Na widok kapitana odruchowo zniżyli głosy i konferowali teraz szeptem, rzucając od czasu niespokojne spojrzenia w stronę funkcjonariusza.

Witczak kupił dwie cole i wrócił do stołówki.

– Ja stawiam – powiedział.

Dziewczyna wciąż wyglądała na urażoną, ale umiała się opanować, co uznał za zaletę. Byłaby niezłym materiałem na śledczego, gdyby tylko przestała być tak upiornie sztywna i grzeczna.

– Kim są ci hippisi przy barze? – zapytał.

– Ruch Pokój i Wolność.

– Przyjechali z powodu elektrowni?

Skinęła głową. Na colę najwyraźniej nie miała ochoty, ale zabrakło jej odwagi, żeby otwarcie odmówić, dlatego upiła łyk i odsunęła butelkę.

– Wiosną, no wie pan, po Czarnobylu, wszystko stanęło i wyglądało na to, że jednak nie będą jej budować. A teraz znowu chodzą plotki, że prace niedługo ruszą. Ludziom to się nie podoba.

– Miejscowi bardzo się buntują?

– Trochę – przyznała ostrożnie. – Ale nie robią nic nielegalnego, tylko piszą petycje.

Boją się, pomyślał Witczak. Milicja nie pieściła się z demonstrantami i mało który chłop miał odwagę ryzykować otwarty protest. Ale Pokój i Wolność to inna para kaloszy, oni niejedną pałą już dostali i w niejednej celi siedzieli. Po nich można się było spodziewać wszystkiego.

Kapitan zapalił następnego papierosa.

– Dobra, wróćmy do naszej dziewczyny. Skąd się wzięła?

– Skąd się wzięła? – powtórzyła Hanka niepewnie.

– Przecież nie spadła z nieba. Musiała jakoś się dostać na ten nasyp. Przyjechała pociągiem, a może autobusem? Przyszła pieszo? Jeśli tak, to skąd?

Starsza szeregowa zastanowiła się.

– Mogła nocować gdzieś w okolicy, ale problem w tym, że nie wiemy gdzie. Na pewno nie tutaj ani nie w schronisku, bo wszędzie pytaliśmy. Ale…

– Ale? – ponaglił ją milicjant.

– Niektórzy chłopi wynajmują pokoje letnikom na lewo – powiedziała z lekkim ociąganiem. – Jeśli tak było, to teraz nikt się do tego nie przyzna. Poza tym mogła spać w namiocie…

– Taka elegancka kobitka?

– Może na co dzień chodziła zwyczajnie, w dżinsach, a eleganckie ciuchy miała gdzieś w osobnej torbie i przebrała się, kiedy szła na spotkanie z mordercą?

– Niech będzie – zgodził się Witczak. – A jeśli nie spała tutaj, to skąd się wzięła?

– Pierwszy poranny pociąg przyjeżdża o dziewiątej pięć…

– To ten, który omal nie rozjechał ciała?

– Ten sam. Autobus z Żywca za to jest w Rokitnicy już o ósmej. Czyli jeśli nie spędziła nocy u kogoś w domu albo siedząc w lesie, to przyjechała autobusem. Tyle że…

– Niech zgadnę: kierowca jej nie pamięta, nikt dziewczyny nie widział.

Skinęła głową, wyraźnie zakłopotana.

– Pytaliśmy też na dworcu, na wszelki wypadek, gdyby jednak przyjechała wcześniej. I nic.

– Zupełnie jakby jednak spadła z nieba, co?

Hanka milczała, wpatrując się w butelkę, z której upiła może trzy łyki. Kapitan swoją zdążył już opróżnić.

– Jest jeszcze jedna możliwość – odezwała się po chwili. – Mogła przyjechać z kimś samochodem, a potem szła przez las i łąkę obok domu Chojniaków aż do nasypu. Niedaleko by miała, jakieś półtora kilometra.

– Półtora kilometra to sporo dla kogoś, kto idzie na wysokich obcasach i martwi się, czy krzaczory nie porwą mu rajstop – zwrócił jej uwagę. – Mniejsza z tym. Chcę teraz zobaczyć miejsce zbrodni, potem porozmawiam z księdzem.

– Już go przesłuchiwaliśmy – zaprotestowała niepewnie.

– Nie chcę go przesłuchiwać, tylko poprosić, żeby nam pomógł – Witczak wyjaśnił jej swój plan. Pomysłowość kapitana niewątpliwie zrobiła na Hance wrażenie, ale błysk w oczach dziewczyny szybko zgasł.

– Ksiądz się nie zgodzi – mruknęła zniechęcona.

– Bo milicja i Kościół się nie kochają? Ale przecież wielebnemu powinno zależeć na zidentyfikowaniu ofiary, choćby po to, żeby rodzina mogła ją po chrześcijańsku pochować.

Skinęła głową, nadal nie do końca przekonana.

Witczak wstał.

– Zaraz wracam.

W pokoju zmienił koszulę na świeżą, wysikał się, a potem, stojąc przed lustrem, potarł szczecinę na policzkach. Powinien się ogolić, uznał jednak, że równie dobrze może zrobić to jutro. Wykrzywił się do własnego odbicia. Był bardzo przeciętnym mężczyzną, w średnim wieku, średniego wzrostu i średniej tuszy. Twarz też miał nijaką: może odrobinę zbyt okrągłą, z oczami nieokreślonego koloru i cienkimi blond włosami, które ostatnio niepokojąco często znajdował na poduszce. Czasem martwił go ten brak wyrazistości – gdyby mógł wybierać, chciałby wyglądać jak znani aktorzy z czasów jego młodości: Charlton Heston czy Rock Hudson. W gruncie rzeczy jednak przeciętna powierzchowność miała pewne zalety, ot, choćby takie, że dzięki niej łatwiej było wtopić się w tło. Poza tym nijakość kojarzyła się z dobrodusznością i brakiem zagrożenia, a to również bywało przydatne w jego zawodzie.

* * *

Stanął na nasypie i rozejrzał się. Na podkładach kolejowych widniała wyblakła czerwona plama – krwi musiało być dużo, cała kałuża, a to oznaczało, że dziewczyna zginęła właśnie tutaj. Witczak wyjął z kieszeni chustkę i przetarł spocony kark. Po jednej stronie, prażąc się w słońcu, rosły rdestowce, pokrzywy i inne chwasty, podchodzące aż pod mury elektrowni. Dziką, wybujałą zieleń przecinała wąska ścieżka – właśnie tędy nadjechał ksiądz. Po drugiej stronie nasypu rozciągał się las, a przed nim łąka, na której pasła się samotna krowa, dalej stał otoczony płotem murowany dom. Było to jedyne gospodarstwo w promieniu kilku kilometrów.

– Do kogo należy ta ziemia? – zapytał.

– To tutaj – Hanka machnęła w stronę zarośniętego pola – to własność elektrowni. A łąka jest Chojniaków.

– Ktoś tu jeszcze bywa?

– W jakim sensie? – Dziewczyna zmarszczyła brwi.

– Jakimkolwiek – zirytował się. – Pary spotykające się w lesie na małe bara-bara, dzieci zbierające grzyby…

– Letnicy teraz niczego nie zbierają, wie pan, przez te wszystkie ostrzeżenia w radiu i telewizji…

Wiem, pomyślał Witczak. Znowu Czarnobyl.

– A miejscowi? – zapytał głośno.

– Miejscowych ciężko jest przekonać – przyznała Hanka. – Ale tak czy inaczej, ludzie raczej tu nie przychodzą. Za daleko i trudno dotrzeć.

Witczak skinął głową, myśląc o samochodzie zostawionym na żwirowej wiejskiej drodze i o marszu przez las, a potem przez podmokłą łąkę. Istotnie, trudno tu dotrzeć. Może więc wybór miejsca zbrodni nie był aż tak absurdalny?

Nie, jednak był, uznał kapitan. Bo nawet jeśli ludzie rzadko się tu zapuszczali, zabójca nie mógł mieć pewności, czy ktoś przypadkowy nie zjawi się akurat w chwili morderstwa. Wystarczyłoby przecież, żeby ksiądz jechał tą ścieżką pół godziny wcześniej. Dlaczego, u licha, facet nie schował się w lesie? Samo zejście trzy metry w dół nasypu zapewniłoby mu osłonę przynajmniej z jednej strony.

Kapitan przeszedł kawałek wzdłuż torów. Pomiędzy zaroślami po prawej błysnęło słońce odbite w kawałku metalu. Witczak osłonił oczy. Pod nasypem stał krzyż, ozdobiony wieńcem świeżych kwiatów. Klnąc na czym świat stoi, kapitan zsunął się po zboczu, naciągnął rękaw koszuli na dłoń i ostrożnie rozgarnął pokrzywy. Z początku myślał, że krzyż ustawiono tu po morderstwie, ale nie – pordzewiały metal zdecydowanie wyglądał na stary. A pod wieńcem świeżych kwiatów był drugi, uschnięty. Witczak zawołał Hankę.

– Co to za krzyż? – zapytał, kiedy dziewczyna przedarła się do niego przez zarośla.

– Nie wiem – odparła spłoszona. – Ja nie jestem stąd. Jako dzieciak spędzałam wakacje u cioci i znam sporo ludzi z Rokitnicy, ale o krzyżu nikt mi nic nie mówił. Pewnie jakiś wypadek na kolei albo coś w tym rodzaju.

– A te kwiaty?

– Może ktoś chciał upamiętnić tę dziewczynę?

– Ofiarę morderstwa? Świetnie. A te? – Uniósł świeże kwiaty i pokazał uschnięte, brązowe i tak skurczone, że nie dało się nawet rozpoznać gatunku. – Jak długo twoim zdaniem musiałyby tu wisieć, żeby tak wyglądać?

– Nie wiem… – Hanka odpowiadała coraz bardziej niepewnie.

– Kilka dni? Dłużej?

– Dłużej – uznała. – Może ze dwa tygodnie.

– Czyli ktoś powiesił na tym krzyżu kwiaty na tydzień przed morderstwem. Nie wydaje ci się to dziwne?

– Niespecjalnie – powiedziała, ale kapitan i tak jej nie słuchał.

Puścił wieniec i wdrapał się z powrotem na nasyp. Dziewczyna poszła w jego ślady. Znaleźli się na górze akurat w samą porę, żeby zobaczyć człowieka w gumiakach idącego przez łąkę. Witczak przyjrzał mu się uważnie, rejestrując ciemne włosy, blisko osadzone oczy i haczykowaty nos. Mimo gumiaków, upaćkanych czymś workowatych spodni i brudnej koszuli mężczyzna był przystojny w jakiś niepokojący sposób, który musiał podobać się kobietom.

– Franciszek Chojniak? – kapitan zapytał swoją towarzyszkę.

– Tak.

– Mieszka tu z rodziną?

– Z żoną, dzieci nie mają. Ewa miała wypadek i teraz jest sparaliżowana.

Chojniak odwiązał krowę od kołka, poklepał ją po boku, a potem zaczął prowadzić w stronę domu. Na Hankę i Witczaka nawet nie spojrzał.

– Chcę go widzieć jutro na komisariacie – powiedział kapitan. – Wyślijcie mu wezwanie.

– Jak wyślemy pocztą, to dojdzie za trzy dni.

– No to zawiadomcie go w inny sposób. – Witczak znowu zaczynał się irytować.

Dziewczyna wahała się może pół sekundy, a potem zbieg­ła w dół nasypu, krzycząc: „Franek, czekaj!”.

Kapitan zamknął z rozpaczą oczy.

* * *

Przed kościołem zatrzymali się pół godziny później. Upał już zelżał, w koronach drzew szeleścił lekki wiatr. Witczak wysiadł, Hanka chciała zrobić to samo, ale ją powstrzymał.

– Nie będę cię na razie potrzebował. Możesz jechać.

Dziewczyna ruszyła, rzucając mu pełne żalu spojrzenie, a kapitan skierował się w stronę plebanii. Chciał porozmawiać z księdzem sam na sam. Jak mężczyzna z mężczyzną, pomyślał nie bez ironii, bo nie był pewien, czy facet ubrany w kieckę zasługuje na to miano.

W dodatku tak wyglądający facet, dodał w myślach, kiedy dziesięć minut później, masując obolałą kostkę, siedział w fotelu naprzeciwko proboszcza. Kapitan miał dziś szczęście do spotykania przystojnych mężczyzn. Najpierw Chojniak, a teraz ksiądz Jerzy Marczewski, długorzęsy i niebieskooki, ładny jakąś delikatną, prawie kobiecą urodą, która przywodziła na myśl młodego Alaina Delona. Pełnego poczucia winy Alaina Delona.

– Przepraszam, powinienem coś zrobić z tą gałęzią. – Ksiądz mówił ciepłym barytonem człowieka, który pracuje głosem i nauczył się odpowiednio go modulować. – Jakiś tydzień temu mieliśmy tu burzę, która oberwała z drzewa konar i teraz wszyscy się o niego potykają.

– Nieważne. – Witczak poruszył ostrożnie stopą. Wciąż bolała, ale chyba nic poważnego się nie stało. – Muszę z ojcem porozmawiać.

– Byłem już przesłuchiwany i obawiam się, że nie mam nic nowego do dodania. Znalazłem tę dziewczynę, kiedy już nie żyła, i zatrzymałem pociąg. Nie widziałem nikogo wcześniej.

– Wiem. Nie przyszedłem tu, żeby pytać, jak ojciec znalazł zwłoki. Mam inną prośbę. – Witczak pochylił się w fotelu i wyłuszczył ją spokojnie.

Ksiądz drgnął lekko, a mięśnie wokół jego ust napięły się, ale była to jedyna oznaka zdenerwowania.

– Nie jestem pewien, czy mogę się na to zgodzić. Zdjęcie martwej dziewczyny w kościele to nie jest coś, co ludzie mogliby łatwo zaakceptować.

Kapitan powstrzymał się od repliki, że zwłoki na krzyżu jakoś nikomu nie przeszkadzają, i zamiast tego oznajmił:

– Niech ojciec pomyśli o tej nieszczęsnej dziewczynie i o rodzinie, która gdzieś tam na nią czeka, z każdym dniem martwiąc się coraz bardziej. No i oczywiście na złapaniu mordercy też powinno ojcu zależeć. Zależy, prawda?

– Oczywiście, że tak.

– Świetnie, bo już się bałem, że trzeba będzie ojca uznać za podejrzanego. Zdarza się czasem, że morderca zgłasza się na milicję jako człowiek, który znalazł ciało. To całkiem sprytny ruch. Na przykład gdybyśmy odkryli na dziewczynie jakieś ślady księdza, łatwo byłoby wytłumaczyć je tym, że przecież pochylał się ojciec nad zwłokami, może nawet ich dotykał.

– Nie zabiłem tej dziewczyny – odpowiedział wolno duchowny. Sprawiał wrażenie kogoś, kto aż do przesady panuje nad tonem głosu i stara się pilnować każdego gestu. – Kiedy przyjechałem, już nie żyła.

– Wierzę ojcu, ale mimo wszystko wolałbym, żeby ksiądz spełnił moją prośbę. Wtedy wierzyłbym bardziej.

Ksiądz Jerzy westchnął.

– Zastanowię się. Nie mogę obiecać niczego więcej.

– Doskonale. Mam nadzieję, że się dogadamy.

Duchowny chyba się spodziewał, że kapitan wstanie i wyjdzie, ten jednak rozparł się tylko wygodniej w fotelu.

– Teraz możemy porozmawiać bez stresu. Po pierwsze, widziałem na drzwiach kościoła napis o czymś, co ma nadejść ze wschodu, i o mszy. O co chodzi?

Proboszcz zakłopotał się.

– O elektrownię. Ludzie wierzą, że ściągnie na nas nieszczęście. Wie pan, Czarnobyl to był pierwszy znak, a teraz na nas ma przyjść zagłada. Chcieli, żebym odprawił mszę, ale to tylko zabobony, więc odmówiłem. Taki lokalny folklor. – Uśmiechnął się przepraszająco, jakby przyznawał, że jego parafianie wciąż wierzą w sikające do mleka krasnoludki.

– A ten krzyż przy miejscu, w którym doszło do morderstwa, to też lokalny folklor? Wie ojciec, kto go postawił?

Marczewski zmarszczył brwi.

– Krzyż? A tak, faktycznie. Latem, jak wszystko jest zarośnięte, ze ścieżki go nie widać. Nie mam pojęcia, kto mógł­by go postawić. Był już tam, kiedy zostałem proboszczem.

– Czyli kiedy?

– Zaraz, niech policzę… Wiosną osiemdziesiątego drugiego.

Witczak wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Nie zapalił, tylko zaczął się nią bawić, przekładając między palcami.

– Nie za wcześnie ojciec dostał własną parafię?

– Skończyłem trzydzieści pięć lat, nie byłem już taki młody. A ta parafia miała opinię pechowej.

– Dlaczego?

Ksiądz zawahał się, w końcu jednak odpowiedział:

– Poprzedni proboszcz został odwołany w dość nietypowych okolicznościach. Ten przed nim powiesił się na plebanii, a jeszcze wcześniejszy utonął w jeziorze.

– Po pijaku?

Duchowny krótko skinął głową.

– Cztery lata to szmat czasu. – Kapitan wrócił do wcześniejszego tematu. – Wystarczająco dużo, żeby dobrze poznać swoich parafian. Pewnie wie ojciec o nich wszystko. Kto z kim sypia, kto przestawił płot pół metra na miedzę sąsiada i kto komu obił gębę na ostatnim weselu.

– Sugeruje pan, że ja wiem, kto zabił tę dziewczynę? – Głos księdza nawet nie drgnął, ale mimo to Witczakowi wydało się, że słyszy w nim napięcie.

– A wie ojciec?

– Nie mam pojęcia. Poza tym czemu zakłada pan, że to był ktoś stąd?

– Ja niczego nie zakładam, tylko pytam. – Wyjął wreszcie papierosa, rozejrzał się za popielniczką, a kiedy nie znalazł niczego, co by się nadało, schował go z powrotem. – Gdyby to był film, morderca przyszedłby się wyspowiadać, a ojciec po krótkiej walce z sumieniem opowiedziałby mi wszystko. Wtedy sprawa byłaby prosta, co?

– To nie jest film.

– Niestety. – Witczak wstał. – Pewnie się jeszcze zobaczymy. Z Bogiem.

– Z Bogiem – odparł kapłan, który tym razem nie zdołał się opanować i wyglądał na zdziwionego.

* * *

Ksiądz proboszcz odprowadził Witczaka wzrokiem, patrząc przez okno. Z Bogiem? Czy naprawdę milicjant pożegnał go słowami „z Bogiem?”. A wcześniej nazywał ojcem? Duchowny przypomniał sobie przesłuchanie na posterunku – starszy sierżant Waśkowiak mówił do niego „obywatelu”, podkreślając to słowo aż do przesady, a ten młody, Jan Synowiec, niezręcznie i z wyraźnym poczuciem winy podlizywał się szefowi, żartując głupio z wkręcającej się w pedały roweru sukienki.

Ksiądz Jerzy nie miał pojęcia, co myśleć o kapitanie. Funkcjonariusz niewątpliwie próbował mu grozić, ale robił to bez większego przekonania, trochę jakby z przyzwyczajenia. Jakby wiedział, że i tak nie zdoła mu niczego udowodnić. A on miał czyste sumienie – nie znał tej dziewczyny i nawet nie dotknął zwłok. Zastanowił się, czy mimo to milicja mogłaby go wrobić w morderstwo. Uznał, że tak, ale w tym przypadku byłaby to chyba skórka niewarta wyprawki.

– Poszedł sobie? – Pawliczkowa wsunęła głowę do gabinetu proboszcza.

– Poszedł.

– Dobrze. – Gospodyni z satysfakcją skinęła głową. – To podam księdzu obiad.

Pawliczkowa miała czterdzieści parę lat, regularne rysy i całkiem zgrabną figurę, na co dzień jednak robiła wszystko, żeby wyglądać jak najgorzej: nosiła bezkształtne, workowate suknie, a włosy i czoło chowała pod wyjątkowo nietwarzową chustką, zawiązaną pod brodą jak u staruszki. Ksiądz Jerzy podejrzewał, że próbowała w ten sposób uniknąć plotek o urodziwym proboszczu i jego nie tak jeszcze starej gospodyni, która jakiś czas temu zostawiła w mieście bijającego ją męża. Nie mógł jej mieć za złe takiego zachowania, aczkolwiek czasem wolałby, żeby nie była aż tak oschła. Kilka razy próbował nawiązać z nią bliższy kontakt, na przykład zapraszając na partyjkę warcabów, ale Pawliczkowa zawsze wymawiała się jakimiś bliżej niesprecyzowanymi „obowiązkami domowymi”, choć wszyscy we wsi wiedzieli, że wieczory spędza sama przed telewizorem.

Teraz też zaproponował, bez większej nadziei na sukces, żeby gospodyni zjadła z nim obiad.

– Będzie mi bardzo miło – przekonywał. – Nie lubię sam przy stole siedzieć.

Zazwyczaj jadał z wikarym, ale Bartek rano zabrał suchy prowiant i wyszedł z grupą ministrantów na wycieczkę w góry.

Pawliczkowa energicznie potrząsnęła głową.

– Już jadłam – powiedziała, co prawdopodobnie oznaczało, że w czasie gotowania spróbowała zupy i skubnęła parę listków sałaty.

Proboszcz dał więc spokój i zabrał się do rosołu. Był idealny, nie za tłusty, z lanymi kluskami i pływającą na wierzchu posiekaną natką pietruszki. Pawliczkowa bardzo dobrze gotowała, świetnie sprzątała i nigdy nie mówiła niczego o sobie. Ksiądz Jerzy w gruncie rzeczy jej nie znał, tak samo jak nie znał swoich parafian.

„To szmat czasu”, powiedział kapitan.

Czy zdziwiłby się, gdyby Marczewski przyznał, że przez te wszystkie lata nie udało mu się zbliżyć do mieszkańców Rokitnicy? Nadal był kimś z zewnątrz, szanowanym, owszem, ale obcym. Nawet o młodym wikarym wiedział niewiele więcej ponad to, że chłopak wychował się w którejś z okolicznych wiosek, świetnie grał na gitarze i od czasu do czasu lubił pokopać z ministrantami piłkę. Może proboszcz po prostu za mało się starał. Zawsze wolał trzymać się z boku, nie naciskać, nie włazić z butami w cudze życie, jeśli ktoś sobie tego nie życzył. Jako spowiednik miał opinię bardzo łagodnego, bo nigdy nie wypytywał, nie drążył, co właściwie spowiadający się ma na myśli, kiedy mówi: „Robiłem to, no wie ksiądz, co”. Czasem wydawało mu się to zaletą, a czasem wręcz przeciwnie, wadą, pewnego rodzaju tchórzostwem, ucieczką od problemu.

Zjadł ostatnią łyżkę rosołu. Pawliczkowa zabrała talerz i podsunęła drugi, z udkiem kurczaka pływającym w aromatycznym sosie i ziemniakami. Sobotnie obiady po postnych piątkowych zawsze były smaczne i obfite, prawie jak niedzielne.

Czy dlatego właśnie, z powodu tego tchórzostwa, dostał tak wcześnie swoją własną parafię? To pytanie dręczyło go od dawna i teraz, przypomniane przez Witczaka, zaatakowało z nową siłą. Owszem, Rokitnica miała opinię pechowej, ale mimo to była łakomym kąskiem: nie żadna dziura na końcu świata, gdzie jedyną rozrywką jest picie pędzonego nielegalnie bimbru, tylko duża, letniskowa wieś. W lipcu i sierpniu na msze przychodziło tu tyle ludzi, że część musiała stać przed kościołem, a na tacy co niedziela lądowało ponad tysiąc złotych.

Dlaczego taka parafia dostała się właśnie jemu? Nie był przecież pierwszym wikarym w kolejce do probostwa. Ani nawet drugim czy trzecim.

Jedyna odpowiedź, jaka przychodziła mu do głowy, była jednocześnie odpowiedzią bardzo niepokojącą.

W seminarium należał do najbardziej chwalonych studentów: pilny, pogodny i spokojny. Może nawet odrobinę zbyt spokojny. Ksiądz powinien być towarzyski; mruków i introwertyków szybko się pozbywano. Jerzy Marczewski od dzieciństwa miał zdolność wtapiania się w tło, był konformistą przybierającym ochronne barwy po to, by grupa nie wyczuła w nim obcego. A przełożeni obserwowali go uważnie. Na zajęciach, podczas posiłków i w kościele przyłapywał ich, jak na niego patrzą. Przez sześć lat spędzonych w seminarium nigdy nie czuł się pewnie, zawsze miał wrażenie, że niezależnie od dobrych wyników w nauce w każdej chwili może zostać wyrzucony. W gruncie rzeczy zdziwił się, gdy jednak udało mu się dotrwać do święceń. A potem zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy jako jeden z młodszych księży otrzymał od biskupa własną parafię.

Bo być może to, co w normalnej sytuacji byłoby wadą, w Rokitnicy stawało się zaletą. Kościół nie potrzebował tu charyzmatycznego, dociekliwego księdza. Potrzebował kogoś, kto nie będzie wtykał nosa w nie swoje sprawy.

Proboszcz odsunął talerz. Nagle zupełnie stracił apetyt.

* * *

Kapitan Witczak wrócił do swojego pokoju w domu wczasowym i przez resztę popołudnia, a potem wieczoru – z niewielką przerwą na kolację – przeglądał dostarczone mu materiały. Zaczął od opisu znalezionych zwłok, tak drobiazgowego, że w raporcie wymieniono nawet „granatową plamkę wielkości dwóch milimetrów na spódnicy, pochodzącą prawdopodobnie od atramentu”. Ktoś – Witczak podejrzewał, że Hanka – naprawdę się postarał. Potem kapitan przeszedł do protokołów przesłuchań. I tu nie miał się do czego przyczepić. Rokitniccy milicjanci wezwali techników z Żywca, sfotografowali twarz dziewczyny i pobrali odciski palców, a sprawę zgłosili do komendy wojewódzkiej. Przesłuchali, kogo trzeba, pilnie notując wszystkie „nie wiem”, „nie znam jej” oraz „nic nie widziałem”. Kiedy śledztwo nie ruszyło z miejsca, Waśkowiak oficjalnie poprosił Bielsko o pomoc. Wszystko odbyło się zgodnie z procedurami i wyglądało czysto. Mimo to Witczak nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie gra. Za dobrze znał takich prowincjonalnych gliniarzy. Większość z nich marzyła o tym, żeby wykazać się przy jakimś poważniejszym przestępstwie. To byli uparci ludzie, którzy twierdzili, że sami sobie poradzą, nawet jeśli wszystko waliło im się na głowy. Prośba o pomoc po zaledwie kilku dniach wyglądała… Dziwnie? Niepokojąco? Witczak nie potrafił znaleźć właściwego słowa, tak samo jak nie potrafił rozgryźć Waśkowiaka. Czy jego spokój był spokojem starego milicyjnego wygi, czy może kogoś, komu w gruncie rzeczy jest wszystko jedno? Starszy sierżant nie był jeszcze stary, ale miał już w sobie rys zniechęcenia charakterystyczny dla funkcjonariuszy, których niewiele dzieli od emerytury i którzy chcą tylko przeżyć te kilka ostatnich lat we względnym spokoju. Może dlatego tak szybko i bezproblemowo przekazał śledztwo wyżej. Nie miał wcale ochoty szukać mordercy nieznanej dziewczyny, w zupełności wystarczały mu aresztowania miejscowych złodziei rowerów i drewna na opał. A może przyczyna była zupełnie inna. Starszy sierżant wiedział albo przynajmniej podejrzewał, że ofiara wcale nie była obca, że ktoś ze wsi doskonale ją znał. Dlatego wezwał człowieka z zewnątrz – żeby ten odkrył coś, czego miejscowy glina nie miał odwagi ujawnić.

Witczak włożył papiery z powrotem do teczki, zostawiając jedynie zdjęcie zamordowanej, którego użył jako zakładki do książki. Zszedł z nią na dół, zamówił colę i usiadł na tarasie przed barem. Było już prawie zupełnie ciemno, wielkie miękkie ćmy obijały się o klosze lamp, a w trawie cykały świerszcze. Z piętra przez otwarte okna dobiegały głosy zaganianych do łóżek dzieci, ktoś się śmiał, w łazience szumiała woda. Potem stopniowo wszystko ucichło. Kapitan liczył, że będzie sam, bo hippisi naj­wyraźniej gdzieś wybyli – może planować blokadę dróg albo coś w tym rodzaju – chwilę później jednak na tarasie pojawiła się szczupła kobieta, w której rozpoznał kolonijną wychowawczynię. Podeszła do niego energicznym krokiem.

– Pan jest z milicji? – zapytała. – Przyjechał pan w sprawie tej dziewczyny znalezionej na torach?

Przytaknął, składając książkę, którą trzymał na kolanach. Kobieta zerknęła na tytuł i drgnęła, wyraźnie zdziwiona.

– Chciałabym wiedzieć, czy dzieciom może grozić jakieś niebezpieczeństwo – wyrecytowała prawie jak wyuczoną kwestię. Było w niej coś, co nieodparcie kojarzyło się z harcerką, Witczak łatwo mógł ją sobie wyobrazić w szarym mundurze, salutującą służbiście do rogatywki.

– Nic jak na razie na to nie wskazuje – odparł. – Ale na wszelki wypadek dobrze by było, gdyby w najbliższym czasie nie wychodziły nigdzie same.

– Myśli pan, że morderca może być stąd? To nie jakiś turysta?

– Nawet jeśli turysta, nie jest powiedziane, że już tu nie przebywa – odparł ostrożnie. Chyba wszyscy w Rokitnicy mieli nadzieję, że zabójcą okaże się ktoś z zewnątrz: przyjechał, zabił, wyjechał, jest trup, ale nie ma większego problemu. – Mówiła pani coś dzieciom o tej dziewczynie? – zmienił temat.

– Tylko tyle, że znaleziono zwłoki na torach. Nie kłamałam, raczej zasugerowałam, że to mógł być wypadek kolejowy. Dzieci raczej rzadko kontaktują się z miejscowymi, więc mam nadzieję, że nikt nie powie im prawdy.

– W porządku. – Kapitan zastanowił się, czy dzieci aby już tej prawdy dawno nie znają. Małoletni bywali sprytniejsi, niż się wydawało większości dorosłych.

Wychowawczyni zawahała się, jej wzrok jeszcze raz pobiegł do tytułu książki, którą milicjant trzymał na kolanach.

– Czyta pan Nowe przygody Pana Samochodzika? – zapytała niepewnie.

– Czytam.

Czekała najwyraźniej na jakieś wyjaśnienie, a kiedy niczego takiego nie usłyszała, pożegnała się krótko i odeszła. Witczak wrócił do lektury, ale jego wzrok tylko prześlizgiwał się po perypetiach dzielnego muzealnika, ledwo rejestrując treść. Kapitan myślał o znalezionej na torach dziewczynie. Kim była? Jaka była? Dwadzieścia lat pracy w milicji nauczyło go, że w większości przypadków przyczyna zbrodni tkwi w równej mierze w zabójcy, co w ofierze. Żony ginęły, bo były niewierne, mężowie, bo znęcali się nad żonami, a staruszki, ponieważ trzymały w domu pieniądze i nieostrożnie otwierały drzwi nieznajomym. Coś w charakterze albo przeszłości tej dziewczyny sprawiło, że właśnie ją morderca spotkał na torach i zabił. Była ufna, z gatunku tych, które mężczyzna może wyprowadzić na bezdroża, czy nie? Inteligentna czy głupia, waleczna czy tchórzliwa? Wszystko to miało znaczenie, a on nie wiedział nic.

Podniósł do oczu zdjęcie. O zmarłych mówi się czasem „wygląda, jakby spał” i rzadko jest to prawda, ale tym razem była. Milicyjny fotograf zamknął ofierze oczy, dzięki czemu miała spokojną twarz, jakby odeszła bez bólu we śnie. Poza tym wyglądała zaskakująco zwyczajnie: ani specjalnie ładna, ani brzydka, z pulchnymi policzkami i świeżo zrobioną trwałą. Na pierwszy rzut oka nikt nie wziąłby jej za dziewczynę, której powab skłoniłby mężczyznę do zabójstwa z namiętności, ale Witczak wiedział, że pozory często mylą.

Czy morderca był wściekły? Pięć ciosów mogłoby o tym świadczyć, jednak kapitan wolał niczego nie zakładać. Ciosy były mało precyzyjne, ale nie chaotyczne – tak mógłby zabić ktoś, kto doskonale wie, co chce zrobić, nie wie tylko za bardzo, jak się do tego zabrać. Morderca niedoświadczony, ale zdecydowany. Na ubraniu ofiary brakowało śladów szarpaniny – albo zabójca faktycznie dziewczynę zupełnie zaskoczył, albo wcześniej zastraszył ją tak, że nie broniła się, nawet kiedy wyjął nóż.

Kapitan schował zdjęcie do książki i podszedł do otaczającej taras barierki. W parku umilkły już świerszcze i teraz panowała cisza, przerwana po chwili szelestem krzaków, przez które przedzierało się jakieś zwierzę. Para błyszczących ślepi spojrzała na kapitana, a potem zniknęła w zaroś­lach. Powietrze było przesycone żywicznym zapachem sosen, chłodne i ostre. Witczak wsłuchał się w ciszę – gdzieś niedaleko musiał płynąć strumyk, bo do uszu kapitana dobiegało cichutkie szemranie wody. Zacisnął dłonie na barierce i zamknął oczy. Stał tak przez kilka minut, zanurzony w mrok. Zszedł w głąb siebie, tam gdzie nie było martwej dziewczyny ani śledztwa. Tylko ciemność i pustka. Potem wynurzył się na powierzchnię, westchnął i wrócił do pokoju, żeby położyć się spać.

* * *

Ksiądz Bartłomiej Zięba wrócił z wycieczki ubłocony, ale szczęśliwy.

– Poszliśmy na Wielką Raczę i tam złapał nas deszcz – mówił, podczas gdy proboszcz szykował mu posiłek. Wikary wcześniej trochę protestował, ale ksiądz Jerzy usadził go za stołem i zabrał się do odgrzewania obiadu. – Na szczęście potem się przejaśniło i ze szczytu mieliśmy niesamowity widok. Szkoda, że księdza proboszcza z nami nie było. Jak schodziliśmy, z lasu wyszedł jeleń…

Ksiądz Jerzy zaparzył herbatę i posłodził ją jedną łyżeczką cukru, tak jak wikary lubił. Robienie prostych rzeczy dla drugiej osoby sprawiało proboszczowi przyjemność. Zresztą dla Bartka łatwo było być miłym, bo chłopak, uśmiechnięty, życzliwy i kochający góry, budził odruchową sympatię. W dodatku młody ksiądz świetnie dogadywał się z młodzieżą, a głoszona przez niego wiara nie była posępną religią śmierci i wyrzeczenia, tylko radosnym doświadczeniem braterstwa.

Jednak miał też wadę, dlatego proboszcz wahał się chwilę, zanim powiedział mu o wizycie kapitana.

Oczy chłopaka natychmiast rozbłysły, widelec zawisł nad odgrzanymi ziemniakami.

– O! Mówił coś o tej dziewczynie? Została zgwałcona?

– Nic na to nie wskazuje – odparł Marczewski odrobinę zbyt sztywno.

– Ale przecież mogła zostać – upierał się młody ksiądz. – To, że nie podarł na niej ubrania, jeszcze o niczym nie świadczy. Może zmusił ją, żeby się rozebrała, a potem ubrała, i dopiero później zabił?

Ta seksualna obsesja wikarego krępowała i męczyła proboszcza. Dawno już zdążył pożałować, że tydzień temu po znalezieniu dziewczyny dał mu się namówić na opis stanu jej odzieży.

– Jak myślisz, zgodzić się? – skierował rozmowę na inne tory.

Wikary grzebał przez chwilę w talerzu. Sprawa nie była prosta, obaj o tym wiedzieli. Milicjanci za kontakty z Kościołem, nawet tak niewinne jak ochrzczenie dziecka, mogli mieć kłopoty, ale problemy miewali również księża, na których padł choć cień podejrzenia, że współpracują z władzą. Ksiądz Jerzy przypomniał sobie, jak dawno temu, jeszcze podczas studiów, próbował go zwerbować pewien agent SB. Młody Marczewski odmówił, bo agent nie miał nawet porządnego haka, ale zawsze dręczyła go wątpliwość: co gdyby tamten przyszedł lepiej przygotowany? Gdyby wiedział o rzeczach, o których Jerzy nigdy nikomu nie odważył się powiedzieć?

– Ja bym się zgodził. – Jak większość dwudziestokilkulatków, wikary szybko rozstrzygał dylematy. – Nie zrobimy przecież nic złego. A ta dziewczyna zasługuje na sprawiedliwość.

Proboszcz wolno skinął głową. Przez całe życie chował się za zasłonami konformizmu i moralnego relatywizmu. Może pora podjąć wreszcie jakąś mniej bezpieczną decyzję i ponieść jej konsekwencje.

Z jakiegoś powodu pomyślał o krzyżu stojącym w pobliżu nasypu. Nie o dziewczynie, tylko o krzyżu. Latem, kiedy przesłaniały go zarośla, rzadko o nim pamiętał, ale jesienią i zimą krzyż był doskonale widoczny nad pustym polem. Ksiądz Jerzy przypomniał sobie, jak w lutym wracał od Jadwigi Ciołkowej i zobaczył płonące pod krzyżem znicze. Zatrzymał się wtedy, przeżegnał i przez jakiś czas wpatrywał w rozświetlające zimową ciemność ogniki. Było ich pięć, może sześć. Rozmawiał potem z Pawliczkową, ale ona zaprzeczyła, by cokolwiek o krzyżu wiedziała. I choć już wtedy miał wrażenie, że gospodyni kłamie, swoim zwyczajem nie dopytywał ani nie próbował naciskać.

Do diabła z tym, pomyślał zupełnie nie po chrześcijańsku, zrobię to. Nie dlatego, że facet mi groził, ale dlatego, że Bartek ma rację: dziewczyna zasługuje na sprawied­liwość.

niedziela, 13 lipca

Na mszę o jedenastej przyszedł tłum ludzi. Szczęśliwcy zdążyli zająć miejsca w drewnianych ławkach, mniej szczęśliwi podpierali ściany, a spóźnialscy stali na zewnątrz w słońcu. Dzięki dobremu nagłośnieniu nawet ci ostatni słyszeli każde słowo księdza, dlatego kapitan Witczak nie kłopotał się pchaniem do środka. Stanął tuż obok trójpokoleniowej rodziny i zajął się obserwowaniem dwójki najmłodszych dzieci, które upojone wolnością biegały po kościelnym dziedzińcu. W przeciwieństwie do wielu swoich kolegów z pracy, Witczak był szczerze niewierzący, ale – również w przeciwieństwie do nich – nigdy nie udawał, że nie wie, jak zachować się podczas mszy. Żegnał się we właściwych momentach, odmawiał modlitwy, a kiedy padło polecenie: „Przekażcie sobie znak pokoju”, uścisnął dłoń ojca uroczych maluchów. Nie klękał tylko; stojący na zewnątrz na mocy niepisanego, całkiem rozsądnego prawa z klękania byli zwolnieni, choć co bardziej gorliwi w czasie podniesienia usiłowali kucać na jednej nodze tak, żeby nie pobrudzić sobie kolan. Przez większość czasu kapitan błądził myślami gdzieś daleko, jedynie kazania wysłuchał uważnie. Ksiądz proboszcz, co trzeba mu było przyznać, zręcznie unikał wątków politycznych i skupił się na niebezpieczeństwach, jakie czyhają na dzieci w czasie wakacji. Witczak przymknął oczy. Było gorąco, dobrze, że zrezygnował z założenia marynarki. Niektóre kobiety – prawdopodobnie letniczki – ubrały się w przewiewne sukienki i sandały założone na bose stopy, ale większość pociła się w rajstopach, eleganckich spódnicach do kolan i bluzkach z błyszczących sztucznych materiałów. Serce Witczaka zabiło mocniej, gdy przyglądał się stojącej niedaleko dziewczynie. Jakim cudem wcześniej nie wpadł na tak proste rozwiązanie?

Komunia dobiegła końca, dzieci były coraz bardziej marudne, w kościele dało się słyszeć lekkie poruszenie – to ci bardziej niecierpliwi pomału przesuwali się w stronę wyjścia.

W ogłoszeniach parafialnych ksiądz Jerzy przypomniał, czyja teraz kolej na sprzątanie kościoła, i wymienił msze za ostatnio zmarłych parafian. Witczak już zaczynał się niecierpliwić, kiedy proboszcz wreszcie przeszedł do tego, na co kapitan od początku czekał.

– Jak być może część z was wie, w Rokitnicy doszło ostatnio do tragicznego zdarzenia. Młoda dziewczyna została znaleziona martwa na torach kolejowych. Jak dotąd nie udało się ustalić jej tożsamości, dlatego wszystkich, którzy znali ją albo widzieli przed śmiercią, proszę o kontakt z miejscowym posterunkiem. W gablocie przy wyjściu jest zdjęcie. A teraz odmówmy za duszę zmarłej Wieczne odpoczywanie…

Witczak nie słuchał dalej, tylko wycofał się dyskretnie w stronę ulicy, korzystając z tego, że nikt nie zwracał na niego uwagi.

* * *

Spotkali się w barze Pod Sosną przy dużym drewnianym stole, który stał we wnęce oddzielonej od głównej sali zasłonką z koralików. Bar był pusty; ludzie, którzy po mszy chcieli się napić piwa, wchodzili, kupowali spieniony kufel i natychmiast wychodzili na zewnątrz, a jeśli ktoś, skuszony cieniem, zamierzał zostać, barman szybko przekonywał go do zmiany decyzji. W ten sposób Witczak oraz pozostali milicjanci zapewnili sobie minimum dyskrecji. Kapitan nadal nie był przekonany, czy to najlepszy pomysł, jednak alternatywę stanowiła duszna klitka na posterunku, w której z trudem mieściły się trzy osoby, nie mówiąc już o czterech.

Witczak zaczął od krótkiego zreferowania tego, co już wiedzą, a potem zapytał o krzyż.

– Z…zawsze tam stał. – Kapral Synowiec zająknął się tylko raz. – Odkąd pamiętam.

– Stoi tam od jakichś piętnastu, może dwudziestu lat – sprecyzował Waśkowiak, odrywając się na moment od swojego kufla. – Jak byłem dzieciakiem, to jeszcze go nie było.

– Do kogo należała wtedy ta ziemia?

– Chyba do państwa. Tam zawsze był ugór, nic oprócz chwastów nie chciało rosnąć. To ma jakieś znaczenie?

– Nie wiem jeszcze. – Gdyby nie kwiaty na krzyżu, Witczak uznałby, że nie, ale było w tych wieńcach coś, co go niepokoiło. Jeden zwiędły, zawieszony przed morderstwem, i drugi świeży, który ktoś przyniósł już po śmierci dziewczyny. Kapitan nie wierzył w takie zbiegi okoliczności. – Sprawdźcie to – powiedział. – Chcę wiedzieć, kto postawił ten krzyż i dlaczego. I sprawdźcie też tego księdza, Marczewskiego.

– Myśli p…pan, że on mógł mieć coś wspólnego z m…morderstwem? – W głosie kaprala zabrzmiało naiwne zdziwienie. Najwyraźniej Synowiec w głębi duszy pozostał prostym wiejskim chłopakiem, dla którego proboszcz był autorytetem przez duże A.

– Zastanów się. – Kapral był starszy od Hanki o dobrych kilka lat, ale wyglądał tak młodo, że do niego kapitan również postanowił zwracać się per „ty”. Zawsze zresztą wyznawał zasadę, że jak ktoś nie protestuje, to znaczy, że nie ma nic przeciwko. – Ktoś tę dziewczynę namówił, żeby przyszła na takie bezludzie. A księdzu, w dodatku przystojnemu, na pewno by zaufała. Poza tym jest coś jeszcze. – Tu Witczak pochwalił się pomysłem, który wpadł mu do głowy podczas mszy.

– Nasza ofiara wybierała się do kościoła? – Waśkowiak zmarszczył brwi. – To ma sens. Łebski z pana facet, no, no… Kto by się spodziewał.

– Może się wybierała. – Witczak pominął milczeniem tę idiotyczną uwagę. Nim tu przyszli, Waśkowiak musiał już wypić piwo, albo i dwa. – A może nie. Ale to by przynajmniej wyjaśniało, dlaczego ubrała się tak elegancko i założyła rajstopy. Na wsiach wciąż panuje przekonanie, że do kościoła nie wypada iść z gołymi nogami.

– Czyli to jednak była dziewczyna ze wsi? Myślałem, że przyjechała z miasta.

– Może pochodziła z miasta, ale znała wiejskie zwyczaje. Albo to miastowa, ale z tych, co się jeszcze przejmują, co wypada, a co nie. Dziewictwo może świadczyć o tym, że była bardziej religijna niż większość kobiet w jej wieku.

– Albo o t…tym, że nikt jej nie chciał. – Synowiec wyszczerzył zęby, ale próba żartu wypadła wyjątkowo żałośnie. Pod karcącym wzrokiem Hanki chłopak zakłopotał się i zaraz zanurkował spojrzeniem w głąb kufla.

– Jeśli ubrała się na mszę – kontynuował kapitan, nie zwracając na nich uwagi – to musiała być na tej o siódmej trzydzieści, albo wybierała się na tę o jedenastej. W wakacje w tygodniu mają tu tylko jedną mszę dziennie, ale w niedzielę są trzy: rano, o jedenastej i wieczorem. Sprawdziłem. Jasiek, znajdź ludzi, którzy biegają o świcie do kościoła, to pewnie będą jakieś miejscowe staruszki. Może któraś ją widziała. I zapytaj też wikarego, bo pewnie on odprawiał mszę, skoro proboszcz był u chorej. Starszy sierżant może porozmawiać z ludźmi, którzy mieszkają wzdłuż drogi od kościoła aż do miejsca, gdzie dziewczyna została zabita. Jeśli tamtędy przechodziła, ktoś mógł ją zauważyć.

– N…nadal nie wiemy, d…dlaczego znalazła się na torach – zwrócił mu uwagę Synowiec.

– Hanka? Jakiś pomysł?

Dziewczyna zaczerwieniła się jak zwykle.

– Jeśli była religijna, to pewnie zawsze w niedzielę starała się być na mszy. Teraz wiedziała, że nie zdoła iść do kościoła w swojej parafii, więc na wszelki wypadek ubrała się tak, żeby mogła pójść tutaj. Albo nawet msza była w jakiś sposób związana z jej przyjazdem, wiecie, przyjechała w jakiejś ważnej sprawie i chciała się pomodlić za jej powodzenie.

Witczaka coś tknęło. Przypomniał sobie księdza czytającego monotonnym głosem ogłoszenia duszpasterskie.

– Jasiek, sprawdź też, w jakich intencjach były odprawiane msze w zeszłą niedzielę. – Spojrzał na zegarek. – Muszę się zbierać, Chojniak pewnie już czeka. Proponuję podział taki, że ja i koleżanka go przesłuchamy, a panowie dopijecie piwo i pójdziecie pogadać z ludźmi, którzy mogli widzieć naszą ofiarę.

* * *

Franciszek Chojniak istotnie czekał już przed posterunkiem. Przyszedł w tych samych brudnych spodniach i koszuli, w których Witczak widział go ostatnio, założył tylko inne buty. Albo z natury był abnegatem, albo zamierzał w ten sposób zademonstrować swoje lekceważenie władzy.

– Zapraszam do środka. – Kapitan otworzył drzwi zapasowym kluczem, który dał mu Waśkowiak.

W środku panowała nieznośna duchota. Słońce świeciło prosto w dawno niemyte szyby, w powietrzu unosiła się woń kurzu, starych papierów i pleśni, która, jak podejrzewał kapitan, rosła w stojącym na parapecie kubku. Hanka rzuciła się do okna, ale Witczak powstrzymał ją gestem – gdyby je otworzyła, pół ulicy mogłoby słyszeć szczegóły przesłuchania.

Starsza szeregowa usiadła przy stole i przysunęła do siebie rozklekotaną maszynę do pisania. Kapitan zajął miejsce po drugiej stronie i wskazał Chojniakowi ostatnie wolne krzesło. Pomieszczenie naprawdę było maleńkie, Witczak bezustannie uderzał o coś łokciami.

– Proszę podać imię i nazwisko.

– Franciszek Chojniak. Byłem już przesłuchiwany…

– Teraz będzie pan jeszcze raz. Adres?

– Rokitnica 112B.

– Z kim pan mieszka?

– Z żoną Ewą. Jest sparaliżowana od pasa w dół po wypadku, dzieci nie mamy. Sam zajmuję się gospodarstwem.

Witczak raz jeszcze przyjrzał się przesłuchiwanemu. Mimo zaniedbanego wyglądu facet był naprawdę atrakcyjny. Niejedna kobieta poleciałaby na jego intensywnie zielone oczy, kontrastujące z opaloną skórą i ciemnymi włosami. Nawet nieogolone policzki i semicki nos, tak nielubiany w Polsce, w jakiś przedziwny sposób dodawały mu uroku. Czy nikt z miejscowych gliniarzy tego nie widział? Przystojny mężczyzna mieszkający ze sparaliżowaną żoną, a obok domu trup młodej dziewczyny. Dlaczego nikomu nie złożyło się to w całość?

– Proszę powiedzieć, co pan robił szóstego lipca rano.

– To, co zawsze. Nakarmiłem zwierzęta, wydoiłem krowę i wyprowadziłem ją na pastwisko. Potem rąbałem drewno na opał.

– W niedzielę?

– W niedzielę, tak. Jestem sam, nie stać mnie na robienie sobie wolnego.

– Gdzie pan rąbał to drewno?

– Z tyłu domu, przy drewutni. Nie mogłem widzieć stamtąd ścieżki, jeśli chce pan o to zapytać. Mówiłem już milicji.

– Proszę odpowiadać na pytania, a nie spekulować. O której skończył pan rąbać drewno?

– Po ósmej, nie pamiętam dokładnie.

– Co dalej?

– Poszedłem do domu przygotować śniadanie dla żony. Ewa wstaje zazwyczaj o wpół do dziewiątej i staram się, żeby wtedy było już gotowe. Potem siedzieliśmy trochę przed telewizorem, ale w niedzielę rano i tak nie ma nic ciekawego, więc szybko nam się znudziło. Koło dziesiątej poszedłem do sklepu po kartofle na obiad, bo zabrakło.

– Było otwarte?

– Kościelakowa mieszka nad sklepem, jak się zadzwoni, to otwiera.

Kapitan z roztargnieniem skinął głową. Dziesiąta już go nie interesowała, dziewczyna zginęła wcześniej. Zerknął do zeznań Ewy Chojniak, którą tydzień temu przesłuchiwał Synowiec. Jak na razie wszystko się zgadzało.

– Gdzie się pan urodził?

– Tutaj, w Rokitnicy.

– I tutaj kończył pan szkołę?

– Podstawówkę tak. Potem poszedłem do technikum w Żywcu.

A więc Chojniak miał średnie wykształcenie. To by tłumaczyło, czemu nie mówił jak typowy chłop.

– Nie kusiło pana, żeby zostać w mieście?

– Nie. Lubię wieś.

– Gospodarstwo należy do pana?

– Do żony. W domu, gdzie się urodziłem, teraz mieszka siostra z mężem.

– Ewa jest z Brzozówki – wyjaśniła Hanka, unosząc głowę znad maszyny. – Jak zaczęli budować elektrownię, to wszystkich stamtąd przesiedlili i dali im nowe domy.

– Jak często bywa pan w mieście? – Witczak zignorował uwagę dziewczyny.

– Zależy w jakim, w Warszawie to na przykład tylko raz byłem, na wycieczce z klasą. – W głosie Chojniaka zabrzmiała lekka ironia. – W Żywcu bywam tak co dwa–trzy tygodnie, jak trzeba kupić coś, czego u nas nie ma.

– Spotyka się pan tam z kimś?

– Tak, z ludźmi, od których te rzeczy kupuję.

Hanka pochyliła głowę, tłumiąc śmiech. Witczak zmrużył oczy.

– Radzę panu nie odpowiadać takim tonem – powiedział ostrzegawczo.

– Przepraszam. Nie, nie spotykam się z nikim. Naj­częściej kupuję, co trzeba, i wracam. Czasem tylko wpadam na piwo do knajpy niedaleko dworca. Zmarłej dziewczyny nie znałem ani nie widziałem jej w zeszłą niedzielę. Jeśli przechodziła obok mojego domu, to musiało być wtedy, kiedy byłem z tyłu. Albo kiedy siedziałem z żoną przy telewizorze.

Oczywiście mógł kłamać. Witczak stworzył już sobie w głowie cały scenariusz: uwiązany do sparaliżowanej żony Chojniak poznaje młodą, ładną dziewczynę. Mają romans – no, powiedzmy, że prawie romans. Ona jest przyzwoita i mówi, że do łóżka tylko po ślubie, on obiecuje, że się rozwiedzie. Zwleka z tym jednak, bo całe jego gospodarstwo należy przecież do żony. Dziewczyna jest coraz bardziej zła i w pewnym momencie wpada z niespodziewaną wizytą, żeby wyjaśnić to i owo. On widzi ją na ścieżce, podchodzi. Kłócą się, może dziewczyna zaczyna uciekać w stronę nasypu, a facet dopada ją tam i zabija.

Kapitan nie był zbyt zadowolony z tej teorii. Gdyby ofiara uciekała, zostałaby zaatakowana od tyłu, nie od przodu. Powiedzmy, że odwróciła się w stronę napastnika… Nie, to też bez sensu, wtedy próbowałaby się bronić albo przynajmniej osłonić klatkę piersiową. Na dłoniach dziewczyny nie było tych charakterystycznych nacięć, które powstają, gdy człowiek próbuje odepchnąć od siebie ostrze.

Nie wspominając już o tym, że romans z Chojniakiem w żaden sposób nie wyjaśniał kwiatów na tym cholernym krzyżu.

Mniejsza z tym, pomyślał. Teoria nie była zbyt dobra, ale nie była też zła. Wystarczyłaby, żeby zamknąć Chojniaka na jakiś czas i wykazać się przed górą sukcesem. Zawsze to coś, nawet gdyby musieli potem faceta zwolnić. Byłoby z tym co prawda nieco zachodu, bo najbliższy areszt znajdował się w Żywcu, ale dałoby się zrobić.

Witczak przymknął na chwilę oczy. Umilkło stukanie maszyny do pisania, teraz w ciszy słychać było jedynie bzyczenie otumanionej upałem muchy, która obijała się o szybę. Kapitan wzdrygnął się, kiedy strużka potu, łaskocząc, spłynęła mu między łopatkami.

Kiedy uniósł powieki, Hanka już czekała, gotowa w każdej chwili opuścić palce na klawisze maszyny. Chojniak też czekał, spokojny i cierpliwy – jednak wcześniej, przez ułamek sekundy, Witczak widział w jego oczach lęk. I nie sądził, żeby było to złudzenie.

– Co pan wie o krzyżu? – zapytał.

– O krzyżu? Tym, który stoi przy nasypie?

– Dokładnie tym.

– Nic nie wiem.

– Nie wie pan, kto go postawił?

– Nie. Kiedy wprowadzałem się do Ewy, już tam stał.

– A kwiaty? Kto wiesza na nim kwiaty?

Chojniak wzruszył ramionami.

– Pracuję cały dzień. Nie mam czasu, żeby czaić się po krzakach i obserwować jakieś krzyże.

Witczak patrzył na niego, długo, wyczekująco, wzrokiem, który zazwyczaj sprawiał, że przesłuchiwani zaczynali się pocić. Chojniak drgnął, ale nie zmienił wyrazu twarzy.

– Zacznijmy od początku – powiedział wreszcie kapitan. – Proszę opisać wszystkie czynności, jakie wykonał pan od obudzenia się aż do dziewiątej dnia szóstego lipca. Po kolei.

* * *

Przesłuchanie ciągnęło się przez cztery godziny i pod koniec kapitan Witczak był pewien, że dzisiejszej nocy będą mu się śniły te wszystkie karmione świnie i wyprowadzane w pole krowy. Chojniak powtórzył swoją historię kilkakrotnie i ani razu się nie pomylił. A jednak im dłużej trwało przepytywanie, tym bardziej Witczak dochodził do wniosku, że facet coś ukrywa.

Mimo to puścił go do domu zamiast zatrzymać w areszcie. Chyba na starość robił się miękki.