Wydawca: Marginesy Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 354 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wiadomość ze Sztokholmu - Janusz Grabowski

Ciała młodych kobiet policja znajduje szybciej niż wyjaśnienie hipotez okoliczności ich śmierci. Tropem zbrodni podąża uparta Kaszubka, nadkomisarz Ewa Wichert. Przemierzamy z nią niedostępną dla zwykłych śmiertelników Gdynię, jej najjaśniejsze i najmroczniejsze zakamarki. I nieprzenikniony Sztokholm, z jego chłodnym klimatem, sprzyjającym rozwiązaniu zagadek kryminalnych.

Opinie o ebooku Wiadomość ze Sztokholmu - Janusz Grabowski

Fragment ebooka Wiadomość ze Sztokholmu - Janusz Grabowski

Co­py­ri­ght © by Ja­nusz Gra­bow­ski, War­sza­wa 2012

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PROLOG

Spo­koj­nym, pew­nym kro­kiem pod­szedł do biur­ka i oparł na nim dużą skó­rza­ną tor­bę. W daw­nych cza­sach po­dob­nych uży­wa­li le­ka­rze lub aku­szer­ki. Od­piął mo­sięż­ne skuw­ki. Nie spie­sząc się, otwo­rzył sze­ro­ko tor­bę, wy­jął dwa gru­be pli­ki bank­no­tów i po­ło­żył na bla­cie. Za­pa­lił małą lamp­kę z zie­lo­nym aba­żu­rem, i za­czął się im uważ­nie przy­glą­dać.

Za­wsze był do­kład­ny. W pra­cy i w domu, w pla­no­wa­niu i w re­ali­za­cji. Szcze­gól­nie te­raz nie mógł so­bie po­zwo­lić na naj­mniej­szy błąd. Bank­no­ty w pierw­szym pli­ku były nie­co więk­sze i jak­by bar­dziej no­wo­cze­sne. Ład­ny, błę­kit­ny ko­lor dwu­dzie­stek euro ozdo­bio­nych ry­sun­ka­mi ja­kichś wi­tra­ży nie bu­dził w nim jed­nak za­ufa­nia. Prze­niósł wzrok na ciem­niej­sze dwu­dzie­sto­do­la­rów­ki z Jack­so­nem. Mimo że o wie­le mniej­sze, wy­da­wa­ły się dużo bar­dziej wy­ra­zi­ste. No tak, po­my­ślał, ten wi­dok zna­ny od dziec­ka jesz­cze dłu­go bę­dzie dla nas bliż­szy i bar­dziej roz­po­zna­wal­ny. To prze­cież o nich za­wsze ma­rzy­li­śmy, oglą­da­jąc wy­sta­wy Pe­we­xu.

Wło­żył z po­wro­tem do tor­by plik euro spię­ty czer­wo­ną gum­ką. Ale nie był to ko­niec po­rów­nań. Tym ra­zem wy­jął za­wi­nię­te w na­tłusz­czo­ny pa­pier fir­mo­wy dwa młot­ki fir­my Stan­ley. Je­den, lżej­szy, czte­ry­sta­sześć­dzie­sią­cio­gra­mo­wy był zwy­kłym młot­kiem ślu­sar­skim. Ta­kim ze ścię­tym z jed­nej stro­ny czar­nym obu­chem ze sta­li wę­glo­wej i me­ta­lo­wym trzon­kiem ob­cią­gnię­tym mięk­ką rów­nież czar­ną gumą. Dłu­go wa­żył go w dło­ni, po­trzą­sał nim, sta­ra­jąc się wy­czuć go w ręku. Kil­ku­krot­nie ude­rzył obu­chem w lewą, lek­ko sku­lo­ną dłoń, jak­by chcąc po­czuć siłę ude­rze­nia. Te­raz ostroż­nie wy­jął dru­gi na­by­tek – ty­po­wy mło­tek cie­siel­ski, o bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­nym obu­chu. Z jed­nej stro­ny za­koń­czo­ny dwo­ma nie­rów­ny­mi zę­ba­mi, z któ­rych je­den wy­glą­dał jak zła­ma­ny, z dru­giej zaś – lek­kim wcię­ciem z ma­gne­sem do utrzy­ma­nia wbi­ja­nych gwoź­dzi w po­zy­cji pro­stej. Trzo­nek na­rzę­dzia oto­czo­ny był żół­tym na­ci­na­nym si­li­ko­nem. Mimo nie­co więk­szej wagi, oko­ło sze­ściu­set gra­mów, dużo le­piej le­żał w ręce.

Wy­ko­nał parę ude­rzeń w lewą dłoń i po­ki­wał po­wo­li gło­wą – to ten. Ale jesz­cze nie ko­niec, po­my­ślał. We­tknął obuch za pa­sek spodni, ostroż­nie wy­szu­ku­jąc miej­sce na ple­cach. Po­kie­ro­wał dłoń­mi tak, aby trzo­nek wy­sta­wał i ła­two da­wał się wy­cią­gnąć pra­wą ręką. Po­pra­wił się, sta­nął przed lu­strem i szyb­ko go wy­cią­gnął. Uda­ło się, i to bez żad­nych pro­ble­mów. Z cy­nicz­nym uśmie­chem spró­bo­wał jesz­cze raz. A po­tem już dla za­ba­wy, jak na fil­mie, jesz­cze parę razy. Był prze­cież per­fek­cjo­ni­stą.

Wziął do ręki wcze­śniej przy­go­to­wa­ny zwi­tek do­la­rów i ru­szył po scho­dach w dół. Kro­ki po­win­ny być na­tu­ral­ne: rów­ne i mia­ro­we. Dla­te­go usi­ło­wał iść nie za ci­cho i nie za szyb­ko. Mia­ła go usły­szeć, za­nim zdą­ży otwo­rzyć drzwi do pral­ni.

Po­wo­li prze­krę­cił klucz w zam­ku i na­ci­snął klam­kę. Goła ża­rów­ka oświe­tla­ła małe wy­ka­fel­ko­wa­ne po­miesz­cze­nie. Po le­wej stro­nie znaj­do­wa­ły się pral­ka, su­szar­ka oraz zle­wo­zmy­wak ze sta­li nie­rdzew­nej. Po pra­wej ko­szy­ko­we po­jem­ni­ki na pra­nie. Jej łóż­ko po­lo­we przy­kry­te kra­cia­stym ko­cem sta­ło pod dru­gą ścia­ną. Sie­dzia­ła na nim sku­lo­na. Pod­no­sząc po­wo­li gło­wę, przy­glą­da­ła mu się uważ­nie. Z ład­nej twa­rzy ema­no­wał lęk.

Uśmiech­nął się do niej z przy­mu­sem. Ni­czym w ge­ście prze­pro­sin wy­cią­gnął przy­go­to­wa­ny zwi­tek pie­nię­dzy. Zdu­mio­na i na­gle ośmie­lo­na pa­trzy­ła na zie­lo­ne bank­no­ty jak za­cza­ro­wa­na. Wi­dok pie­nię­dzy zu­peł­nie ją od­mie­nił. Nie od­wra­ca­jąc od nich wzro­ku, wy­cią­gnę­ła przed sie­bie rękę i za­czę­ła wsta­wać. Wi­dzia­ła tyl­ko pie­nią­dze.

Ude­rze­nie w gło­wę było na­głe, moc­ne i śmier­tel­ne. Nie za­uwa­ży­ła zde­cy­do­wa­ne­go ru­chu pra­wej ręki uzbro­jo­nej w mło­tek wy­cią­gnię­ty bez­sze­lest­nie zza pa­ska spodni. Nadal mia­ła w oczach zie­leń wy­ma­rzo­ne­go raju. W ci­szy osu­nę­ła się bez­wład­nie na bia­łe ka­fel­ki.

Zlek­ce­wa­ży­ła mnie, po­my­ślał tro­chę za­wie­dzio­ny. Szmal i tyl­ko szmal, kiw­nął lek­ko gło­wą, a prze­cież taka mia­ła być świę­ta. De­li­kat­nie, ale ryt­micz­nie po­ru­szał młot­kiem w górę i w dół. Po­tem z wy­sił­kiem oswo­bo­dził obuch ze skle­jo­nych masą mó­zgo­wą ko­ści skro­ni. Po­ło­żył go obok gło­wy dziew­czy­ny. Po­pa­trzył na le­żą­ce cia­ło. Tro­chę było mu jej żal, ale tak prze­cież mu­sia­ło się stać.

Wło­żył pie­nią­dze do kie­sze­ni spodni i wy­szedł, za­my­ka­jąc pral­nię na klucz. Te­raz po­trze­bo­wał po­wie­trza i świa­tła, i cho­ciaż krót­kiej chwi­li od­prę­że­nia; miał prze­cież jesz­cze tyle pra­cy.

Wró­cił po pra­wie czte­rech go­dzi­nach, cią­gnąc za sobą duży pla­sti­ko­wy po­jem­nik na kół­kach. Naj­czę­ściej uży­wa­no ich do wy­wo­zu śmie­ci. Słu­ży­ły tak­że bry­ga­dom bu­dow­la­nym do usu­wa­nia od­pad­ków. Spod pa­chy wy­jął ru­lon du­żych nie­bie­skich wor­ków fo­lio­wych. Wło­żył gu­mo­we rę­ka­wicz­ki i zbli­żył się do de­nat­ki.

Gło­wa dziew­czy­ny spo­czy­wa­ła w ka­łu­ży ciem­nej krwi. Blond wło­sy sil­nie kon­tra­sto­wa­ły z krwi­sto­czar­nym pod­ło­żem. Za­czął od sys­te­ma­tycz­ne­go roz­pi­na­nia gu­zi­ków bluz­ki, któ­rą zdo­bił wzo­rek z drob­nych kwiat­ków. Nie szło mu to spraw­nie. Trud­no było chwy­cić małe okrą­głe gu­zi­ki pal­ca­mi w gu­mo­wych rę­ka­wicz­kach. Wresz­cie nie wy­trzy­mał – wy­jął nóż do ta­pet i po­ciął całe ubra­nie.

Te­raz wszyst­ko szło dużo ła­twiej i po paru mi­nu­tach była już cał­ko­wi­cie naga. Prze­su­nął cia­ło i oparł o ścia­nę. Wy­glą­da­ło, jak­by sie­dzia­ła i od­po­czy­wa­ła. Skraw­ka­mi ubrań wy­tarł miej­sce, w któ­rym przed chwi­lą znaj­do­wa­ła się gło­wa. Po­tem za­krwa­wio­ne strzę­py wrzu­cił ra­zem z pa­pie­ra­mi do jed­ne­go z przy­nie­sio­nych wor­ków. Dru­gi za­ło­żył na gło­wę i cia­ło dziew­czy­ny. Po chwi­li tyl­ko zgrab­ne nogi wska­zy­wa­ły, co kry­je się w nie­bie­skim pla­sti­ku.

Przy­kuc­nął, opie­ra­jąc jed­ną rękę na gło­wie, i wy­su­nął da­lej ostrze noża. Mia­ro­wo, bez po­śpie­chu za­czął na­ci­nać fo­lię na głę­bo­kość paru cen­ty­me­trów. Ciął za­rów­no kor­pus, jak i twarz. W nie­któ­rych miej­scach fo­lia przy­le­ga­ła do cia­ła tak ści­śle, że wi­dać było je­dy­nie pla­stik i roz­stę­pu­ją­ce się krwa­we rany.

Ale mi wy­szło, cał­kiem sur­re­ali­stycz­ne dzie­ło, po­my­ślał, zu­peł­nie jak­by to fo­lia krwa­wi­ła. Kie­dy kor­pus był już po­cię­ty, za­czął za­da­wać rany kłu­te, ale nóż po­zo­sta­wiał wą­skie, dwu­cen­ty­me­tro­we na­cię­cia. Prze­rwał już po kil­ku­na­stu pró­bach.

Koń­cząc ten nie­mal ry­tu­al­ny ob­rzą­dek, wstał i z wes­tchnie­niem ulgi roz­pro­sto­wał ko­la­na. Z wy­stu­dio­wa­nym spo­ko­jem roz­mon­to­wał nóż. Pla­sti­ko­wą część wrzu­cił do wor­ka z ubra­nia­mi. Po chwi­li od­po­czyn­ku ścią­gnął po­cię­ty i za­krwa­wio­ny wo­rek, by uważ­nie przyj­rzeć się cia­łu. Tak, to było to, cze­go ocze­ki­wał, wy­nik był na­praw­dę przej­mu­ją­cy. Wy­cią­gnął z kie­sze­ni ko­mór­kę i zro­bił parę zdjęć. Z uwa­gą obej­rzał ob­raz utrwa­lo­ny na wy­świe­tla­czu. No tak, to jest na­praw­dę coś, po­my­ślał, cho­wa­jąc te­le­fon do kie­sze­ni.

Pla­sti­ko­wy po­jem­nik po­ło­żył na boku, a na­stęp­nie wsu­nął do nie­go za­krwa­wio­ne cia­ło. Po­sta­wił go po­now­nie w pio­nie i zamk­nąw­szy kla­pę, usta­wił przy drzwiach. Ro­ze­brał się do naga i za­brał za sprzą­ta­nie. Koc z po­lów­ki i swo­je ubra­nia do­ło­żył do wor­ka z rze­cza­mi, któ­re za­mie­rzał spa­lić.

Zmę­czo­ny, lecz w koń­cu go­to­wy, wziął dłu­gi prysz­nic, uży­wa­jąc du­żej ilo­ści my­dła i szo­ru­jąc cia­ło twar­dą szczot­ką ry­żo­wą. Jak­by się chciał oczy­ścić ze wszyst­kie­go, na­wet z po­peł­nio­nej zbrod­ni. Wy­tarł się i wło­żył czy­ste ubra­nie. Na­stęp­nie za­pa­ko­wał wor­ki i po­jem­nik do pi­ka­pa.

Pla­sti­ko­wy po­jem­nik sta­ran­nie umo­co­wał pa­sa­mi, aby się nie prze­wró­cił w cza­sie jaz­dy. Tak przy­go­to­wa­ny ru­szył w kie­run­ku Do­li­ny Ra­do­ści, wjeż­dża­jąc głę­bo­ko do lasu. Za­trzy­mał się na koń­cu szu­tro­wej dro­gi. Była tam pu­sta po­la­na, na któ­rej har­ce­rze roz­bi­ja­li la­tem bi­wa­ki i obo­zy.

Miej­sce prze­zna­czo­ne na ogni­sko do­strzegł z da­le­ka. Oto­czo­ne ka­mie­nia­mi, peł­ne było po­pio­łu i nie­do­pa­lo­nych ga­łę­zi. To tu­taj chciał spa­lić ubra­nia. Na­zbie­rał ga­łę­zi, chru­stu i do­lał tro­chę ben­zy­ny, aby unik­nąć pro­ble­mów z roz­pał­ką. Kie­dy ogień pa­lił się już na do­bre, ro­zej­rzał się jesz­cze raz do­oko­ła i wy­jął wo­rek z sa­mo­cho­du. Jak przy­pusz­czał, pla­stik za­jął się na­tych­miast, ale już po chwi­li tak­że ubra­nia pa­li­ły się ostrym pło­mie­niem.

Ściem­nia­ło się, ale on miał dużo cza­su. Do­rzu­cił wię­cej ga­łę­zi, aż ogień za­czął trza­skać. Z za­tłusz­czo­ne­go pa­pie­ru śnia­da­nio­we­go wy­jął kieł­ba­sę wy­bor­czą i za­czął ją ostroż­nie gril­lo­wać. Oko­ło dwu­na­stej pło­mień za­czął przy­ga­sać. Wstał, prze­cią­gnął się i grze­biąc z uwa­gą w ża­rzą­cych się reszt­kach świe­żo zła­ma­nym ko­na­rem, szu­kał nie­do­pa­lo­nych resz­tek ubrań. Bez skut­ku, ogień po­chło­nął wszyst­ko.

Wsiadł do sa­mo­cho­du i ru­szył w kie­run­ku Sta­rej Oli­wy. Mi­nął park i pę­tlę tram­wa­jo­wą, po czym skrę­cił w lewo. Je­chał Grun­waldz­ką w kie­run­ku Gdy­ni. Nie za­trzy­mu­jąc się w So­po­cie, do­tarł do Ko­li­bek, gdzie nie było za­bu­do­wy, a i ruch o tej po­rze pa­no­wał nie­wiel­ki. Przy­sta­nął, nie wy­łą­cza­jąc sil­ni­ka, zsu­nął mło­tek i ostrze noża do stu­dzien­ki ka­na­ło­wej. Zo­sta­ło mu jesz­cze po­zby­cie się cia­ła.

Ależ to do­pie­ro bę­dzie zna­le­zi­sko, sen­sa­cja wiel­ka jak praw­dzi­we wo­do­wa­nie, po­my­ślał, uśmie­cha­jąc się z za­do­wo­le­niem. Mu­szę jesz­cze i do­kład­nie wy­czy­ścić pla­sti­ko­wy po­jem­nik, po­sta­no­wił. Od daw­na wie­dział, do­kąd go póź­niej wy­wie­zie.

CZĘŚĆ I

1

Nad­ko­mi­sarz Ewa Wi­chert lu­bi­ła wio­snę, lu­bi­ła też wcze­sne po­ran­ne bie­ga­nie. Bul­war Nad­mor­ski w Gdy­ni był ide­al­nym miej­scem. Bie­gnąc w dół ale­ją Mar­szał­ka Jó­ze­fa Pił­sud­skie­go, mi­nę­ła Dom Ma­ry­na­rza i skrę­ci­ła nad fa­lu­ją­ce mo­rze. Mia­ło me­ta­licz­ny ko­lor rtę­ci i nikt nie od­wa­żył­by się na­zwać wy­brze­ża szma­rag­do­wym. Na­sze mo­rze jest sza­re, po­my­śla­ła, na­wet har­cer­skie pio­sen­ki o tym mó­wi­ły. Jak to szło? „Mo­rze, na­sze sza­re mo­rze…”. Niech so­bie bę­dzie, ja­kie chce, zde­cy­do­wa­ła, i tak je ko­cham.

Przy­spie­szy­ła, pró­bu­jąc biec w rytm słu­cha­nej pio­sen­ki. Don Hen­ley i jego Dir­ty Laun­dry świet­nie się do tego nada­wa­ły. A wła­śnie ten utwór do­bie­gał z bia­łych słu­cha­wek pod­łą­czo­nych do uko­cha­ne­go iPo­da. Za­wie­rał całą zna­ną jej mu­zy­kę i był czymś wię­cej niż sa­mo­gra­jem – sta­no­wił prze­no­śną kro­ni­kę jej ży­cia.

Wdy­cha­jąc peł­ne jodu po­wie­trze, bie­gła bul­wa­rem, kie­ru­jąc się jak zwy­kle w stro­nę Kon­tra­stu. Uwiel­bia­ła to miej­sce. I roz­czu­la­ła ją myśl, że bul­war jest jej ró­wie­śni­kiem. Od­da­ny do użyt­ku w cza­sie ob­cho­dów Dni Mo­rza w 1969 roku, sta­no­wił dzie­ło pra­wie dzie­się­cio­let­nich zma­gań, wy­nik cięż­kiej wal­ki Spo­łecz­ne­go Ko­mi­te­tu Bu­do­wy Bul­wa­ru Nad­mor­skie­go. Nie­wie­le osób wie, że nosi imię Fe­lik­sa No­wo­wiej­skie­go, po­dob­nie jak nie­wie­lu zna dzie­ła zmar­łe­go w 1946 roku w Po­zna­niu twór­cy Le­gen­dy Bał­ty­ku.

Chcia­ła utrzy­mać for­mę i wagę, dla­te­go sta­ra­ła się biec szyb­ko. Choć na­le­ża­ła do ko­biet ma­ją­cych swo­ją war­tość, gdzieś w środ­ku cza­ił się nie­po­kój. Wie­dzia­ła, że po­do­ba się męż­czy­znom, i to w róż­nym wie­ku. Mimo to ja­koś nie mo­gła zna­leźć in­te­re­su­ją­ce­go part­ne­ra. Wie­rzy­ła jed­nak, że wresz­cie się uda i nie bę­dzie to ktoś w ro­dza­ju nad­bie­ga­ją­ce­go wła­śnie pięć­dzie­się­cio­lat­ka, któ­ry na wi­dok jej rów­no fa­lu­ją­cych pier­si po­tknął się i o mało nie prze­wró­cił.

Po­pa­trzy­ła na nie­go z wyż­szo­ścią. Tak, zde­cy­do­wa­nie war­to było wy­dać sie­dem­dzie­siąt euro na ten biu­sto­nosz. Utrzy­my­wał wszyst­ko na wła­ści­wym miej­scu, na­wet przy szyb­kim bie­gu. A nie cho­dzi­ło o ja­kąś mięk­ką czwór­kę, po­wsta­łą w wy­ni­ku otłusz­cze­nia. Biust był cięż­ki, ale pręż­ny, sut­ki małe, ale tward­nie­ją­ce na zim­nie. Taki pięk­ny dar od nie­bios, po­my­śla­ła za­do­wo­lo­na, bie­gnąc da­lej.

Mia­ła na so­bie ja­sno­nie­bie­ski dres Kap­pa i bia­łe buty do bie­ga­nia Nike’a. Jej szczu­pła, ale zde­cy­do­wa­nie ko­bie­ca syl­wet­ka w po­łą­cze­niu z bu­rzą czar­nych wło­sów mo­gła wy­trą­cić z rów­no­wa­gi każ­de­go bie­ga­cza. Mimo wcze­snej pory na bu­dzą­cym się do ży­cia bul­wa­rze było ich już cał­kiem spo­ro. Więk­szość wy­pro­wa­dza­ła czwo­ro­noż­nych przy­ja­ciół, wszyst­kich moż­li­wych ras i ma­ści.

Zna­ła tych lu­dzi, praw­dzi­wych psia­rzy, od daw­na. Dzie­li­li się na dwie gru­py. Jed­ni wy­pro­wa­dza­li swo­je po­cie­chy jak­by z musu. Cho­dzi­ło przede wszyst­kim o po­trze­by fi­zjo­lo­gicz­ne czwo­ro­no­gów, któ­rych trze­ba było przy­pil­no­wać. Dru­gą, zde­cy­do­wa­nie mniej­szą gru­pę sta­no­wi­li psia­rze bie­ga­cze. Chcie­li wy­ko­rzy­stać krót­ką po­ran­ną chwi­lę na po­pra­wę swo­jej kon­dy­cji fi­zycz­nej, bie­ga­jąc lub jeż­dżąc na ro­we­rach obok swo­ich pu­pi­lów.

Wszy­scy sta­no­wi­li ide­al­ną ilu­stra­cję za­sa­dy upo­dab­nia­nia się wła­ści­cie­li i psów. Gdy lu­dzie drep­ta­li po­wo­li, ich czwo­ro­noż­ni przy­ja­cie­le cho­dzi­li po­dob­nie, z tą róż­ni­cą, że od cza­su do cza­su pod­no­si­li łapę za po­trze­bą. Spo­glą­da­li smęt­nie na swo­ich opie­ku­nów, jak żywe wy­rzu­ty su­mie­nia. Gdy lu­dzie bie­ga­li, ich pu­pi­le pod­ska­ki­wa­ły, apor­to­wa­ły, czę­sto przy tym szcze­ka­jąc i we­so­ło ma­cha­jąc ogo­na­mi.

Oprócz ty­po­wych psia­rzy na bul­wa­rze po­ja­wia­li się tak­że tacy jak ona bie­ga­cze. Nie­któ­rzy upra­wia­li ten sport re­gu­lar­nie i tych zna­ła z wi­dze­nia, więc wy­mie­nia­li uśmie­chy, kie­dy się mi­ja­li. Resz­tę sta­no­wi­li ci, któ­rzy z moc­nym po­sta­no­wie­niem bie­ga­nia po­ka­zy­wa­li się przez kil­ka dni i bez­pow­rot­nie zni­ka­li.

Do­bie­ga­ła już do Gdyń­skich Ry­bek, rzeź­by sto­ją­cej na po­cząt­ku pla­ży miej­skiej. Spoj­rza­ła na ze­ga­rek – jej czas się koń­czył. Nie do­trę dzi­siaj do Kon­tra­stu, po­my­śla­ła, za­wra­ca­jąc. Bie­gła te­raz nie­co szyb­ciej. Mu­szę wró­cić do domu, obu­dzić Alek­sa, wziąć prysz­nic, zjeść śnia­da­nie i wy­ru­szyć do ko­men­dy.

Pod do­mem sta­nę­ła o szó­stej czter­dzie­ści pięć. Win­da tym ra­zem dzia­ła­ła, więc Ewa bez na­my­słu we­szła do środ­ka. W ten spo­sób skró­ci­ła dro­gę na dzie­sią­te pię­tro o trzy mi­nu­ty. Była w do­brej for­mie, czę­sto bie­ga­ła po scho­dach, aby spraw­dzić kon­dy­cję, ale te­raz nie mia­ła na to cza­su. Prze­krę­ci­ła klucz w zam­ku.

– Alek­san­der, czy ty już wsta­łeś? – krzyk­nę­ła.

To były pierw­sze sło­wa po wej­ściu do miesz­ka­nia. Za­sta­nów się tro­chę nad sobą, po­my­śla­ła. Roz­wód­ka, któ­ra ma pro­ble­my z wy­cho­wa­niem syna, pięk­ny ob­raz, tyl­ko do ga­blo­ty. Chcia­ła prze­cież jak naj­le­piej, czu­ła jed­nak pod­świa­do­mie, jak bar­dzo chło­pak po­trze­bu­je ojca. Miał na przy­kład ogrom­ne pro­ble­my z po­ran­nym wsta­wa­niem. Bez wzglę­du, o któ­rej się po­ło­żył spać: o ósmej, dwu­na­stej czy szes­na­stej, pro­blem był taki sam. Do­my­śla­ła się, że na im­pre­zach pije, a może na­wet i po­pa­la, ale jak na ra­zie nie uda­ło się jej zła­pać go za rękę. Ład­na z cie­bie po­li­cjant­ka, któ­ra nie wie, co syn robi z ko­le­ga­mi. A mimo to nie po­tra­fi­ła zdo­być się na szpie­go­wa­nie wła­sne­go dziec­ka.

– Mło­dy, wsta­waj! – krzyk­nę­ła gło­śniej, wcho­dząc do po­ko­ju chło­pa­ka.

Trud­ny do zro­zu­mie­nia po­mruk nie­mal nie­przy­tom­ne­go ma­ło­la­ta ozna­czał przy­ję­cie ko­men­dy. Go­rzej było z jej wy­ko­na­niem. Co mogę zro­bić, aby go po­rząd­nie wy­cho­wać? Jego oj­ciec, a jej były mąż Le­szek, czę­sto za­pew­niał ją, że kie­dy Aleks prze­by­wa u nie­go, pro­blem wsta­wa­nia nie ist­nie­je, a je­dy­nym praw­dzi­wym kło­po­tem jest do­wo­że­nie chłop­ca do szko­ły. No, ale jak się ma prak­ty­kę we­te­ry­na­ryj­ną i miesz­ka w Chwasz­czy­nie, to trze­ba się z tym li­czyć, po­my­śla­ła zło­śli­wie.

Roz­wód, mimo bra­ku orze­cze­nia o wi­nie, nadal był dla niej po­wo­dem gorz­kich wy­rzu­tów su­mie­nia, choć skan­dy­naw­ski mo­del wy­cho­wa­nia po roz­sta­niu, opar­ty na rów­nym po­dzia­le obo­wiąz­ków, ja­koś funk­cjo­no­wał. Czas opie­ki uda­wa­ło im się dzie­lić w mia­rę rów­no, głów­nie dzię­ki temu, że nie roz­sta­li się jako wro­go­wie.

Kie­dy z nową żoną i dzieć­mi Lesz­ka spo­ty­ka­li się ra­zem w świę­ta, by­wa­ło na­wet przy­jem­nie. Nie­ste­ty, co­raz czę­ściej czu­ła, że po­trze­bu­je cze­goś wię­cej. Cze­goś lub ra­czej ko­goś, tak po pro­stu dla sie­bie. Sta­now­czo nie była stwo­rzo­na do sa­mot­ne­go ży­cia. Czy ja nig­dy nie znaj­dę fa­ce­ta, któ­ry mi się spodo­ba? Może jed­nak po pro­stu prze­sa­dzam i wca­le nie je­stem taka zła, roz­wa­ża­ła, szu­ka­jąc po­cie­chy. Może ten ślub z Lesz­kiem wzię­li­śmy za szyb­ko i wca­le do sie­bie nie pa­so­wa­li­śmy?

No, ale na pew­no nie je­stem taka jak moja sio­stra Mał­go­sia, po­cie­sza­ła się da­lej, ona nie mo­gła żyć bez męż­czyzn. Za­bie­ra­ła wszyst­kim przy­ja­ciół­kom mę­żów i ko­chan­ków, nie ro­biąc żad­nych wy­jąt­ków. Ni­czym mo­dlisz­ka ścią­ga­ła ich za­in­te­re­so­wa­nie, uza­leż­nia­ła dzię­ki swym wy­jąt­ko­wym ta­len­tom w łóż­ku i po upły­wie paru ty­go­dni cał­ko­wi­cie już prze­żu­tych po­rzu­ca­ła. Przyj­dzie jed­nak i na cie­bie czas, sio­strzycz­ko, stwier­dzi­ła, uważ­nie pa­trząc w lu­stro, po czym we­szła pod prysz­nic.

2

Ka­pi­tan Jus­si Ni­sto­laj­nen od go­dzi­ny ner­wo­wym kro­kiem prze­cha­dzał się po most­ku. Jego prom M / V „Fin­n­sval­la” miał już pra­wie dwa­na­ście go­dzin opóź­nie­nia. Nie­na­wi­dził ta­kich sy­tu­acji, na­wet uspra­wie­dli­wio­nych. To była po­zo­sta­łość dłu­gich lat ka­rie­ry woj­sko­wej. Spę­dził je na ku­trach tor­pe­do­wych pa­tro­lu­ją­cych gra­ni­ce ze Związ­kiem Ra­dziec­kim.

Przez całą noc nie zmru­żył oka. Prze­wra­ca­jąc się z boku na bok, cze­kał na te­le­fon z ma­szy­now­ni. Do­pie­ro o czwar­tej rano chief za­mel­do­wał, że uster­ka ge­ne­ra­to­ra zo­sta­ła na­pra­wio­na. Na­resz­cie mo­gli wy­cho­dzić w mo­rze. Pierw­szy ofi­cer za­dzwo­nił do UNI­PIL-u za­mó­wić pi­lo­ta. Po ko­lej­nej go­dzi­nie usły­szał w krót­ko­fa­lów­ce ocze­ki­wa­ny głos pierw­sze­go ofi­ce­ra: „Pi­lot jest już w win­dzie”.

I rze­czy­wi­ście po paru mi­nu­tach star­szy pi­lot Sta­ni­sław Chu­dzi­kie­wicz był już na most­ku. Moc­no uści­snął rękę ka­pi­ta­na. Wie­dział o jego kło­po­tach i szcze­rze mu współ­czuł. Po­dob­nie jak Fin nie­na­wi­dził spóź­nień.

Ma­szy­na była już włą­czo­na, a pra­cow­ni­cy por­tu rzu­ci­li cumy. Chu­dzi­kie­wicz wy­szedł na skrzy­dło most­ku i wziął w dło­nie ma­net­ki ste­rów stru­mie­nio­wych. Czas za­cząć od­bi­ja­nie. Sta­li przy Na­brze­żu Ru­muń­skim, zwró­ce­ni dzio­bem w kie­run­ku wyj­ścia z por­tu. Pro­sta dro­ga, żad­nych nie­spo­dzia­nek. To wej­ście do por­tu by­wa­ło pro­ble­ma­tycz­ne, je­śli przy du­żym wie­trze mu­sie­li od­wró­cić po­nad­dwu­stu­me­tro­wy ka­dłub.

Ode­szli od kei i prze­łą­czy­li kie­ro­wa­nie na głów­ny ster. Ma­ry­narz wach­to­wy, po­wta­rza­jąc ko­men­dy pi­lo­ta, lek­ki­mi ru­cha­mi koła ste­ro­we­go pro­wa­dził sta­tek. Z le­wej stro­ny wi­dać było Stocz­nię Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej. Po chwi­li zza por­tu wo­jen­ne­go na Oksy­wiu uka­za­ła się sta­ra tor­pe­dow­nia. Zbli­ża­li się do głó­wek fa­lo­chro­nu pół­noc­ne­go, ozna­czo­nych czer­wo­ną i zie­lo­ną la­tar­nią. Jus­si sie­dział za pul­pi­tem ste­row­ni­czym i uważ­nie śle­dził wska­za­nia przy­rzą­dów. Pa­trząc w kie­run­ku Helu, do­strzegł po­ma­rań­czo­wy ka­dłub pi­lo­tów­ki ko­ły­szą­cej się na fa­lach.

Ku­ter „Pi­lot-3” był ostat­nim na­byt­kiem UNI­PIL-u. Bar­dzo no­wo­cze­sny, zbu­do­wa­ny w Fin­lan­dii, miał pra­wie szes­na­ście me­trów dłu­go­ści i kla­sę lo­do­wą. Był jed­nym z dwóch ku­trów na­le­żą­cych do spół­ki za­ło­żo­nej w 1989 roku, kie­dy dwu­dzie­stu sze­ściu pi­lo­tów po­sta­no­wi­ło pra­co­wać na wła­sny ra­chu­nek. Za­ło­żo­ne wów­czas przed­się­bior­stwo ope­ro­wa­ło obec­nie dwo­ma ku­tra­mi.

Chu­dzi­kie­wicz po­wo­li szy­ko­wał się do zej­ścia. Po­że­gnał ka­pi­ta­na i ma­ry­na­rzy na most­ku. Ra­zem z pierw­szym ofi­ce­rem ru­szył do win­dy, aby do­je­chać do po­kła­du sa­mo­cho­do­we­go. Tam znaj­do­wa­ła się fur­ta, z któ­rej spusz­cza­no dra­bin­kę sznu­ro­wą.

Mimo wie­lu lat do­świad­cze­nia i w mia­rę spo­koj­ne­go mo­rza z oba­wą spoj­rzał w dół. Od pi­lo­tów­ki dzie­li­ło go ja­kieś pięć me­trów. Ostroż­nie, sto­pień po stop­niu za­czął scho­dzić, aż do­tarł do dra­bi­ny wan­to­wej ku­tra. Do­sko­na­le pa­mię­tał, że nie­ca­łe dwa lata temu wła­śnie tu­taj w Gdy­ni zgi­nął jego ko­le­ga, pró­bu­jąc do­stać się na mo­stek M / V „Wil­son Hum­ber”.

Wszedł na po­kład pi­lo­tów­ki i przy­wi­tał się z szy­prem. Nie zwle­ka­jąc, ru­szy­li w dro­gę po­wrot­ną, zo­sta­wia­jąc „Fin­n­sval­la” pły­ną­ce­go do Hel­si­nek. Gdy mi­ja­li głów­kę fa­lo­chro­nu wschod­nie­go, wcho­dząc do Ba­se­nu Pre­zy­den­ta, zwol­ni­li. Wte­dy po­czu­li ude­rze­nie w dziób. Nie było gwał­tow­ne, ale po­czu­li je bar­dzo wy­raź­nie. Chu­dzi­kie­wicz wy­sko­czył na po­kład i za lewą bur­tą do­strzegł prze­su­wa­ją­ce się na­gie cia­ło.

– Za­trzy­maj ma­szy­nę! – krzyk­nął do szy­pra.

Za rufą gwał­tow­nie za­bul­go­ta­ło i ku­ter sta­nął w miej­scu. Zwło­ki ko­ły­sa­ły się na po­wierzch­ni pięć me­trów od rufy. Były na­puch­nię­te, więc mu­sia­ły prze­by­wać w wo­dzie dłuż­szy czas. Mimo nie­du­żej pręd­ko­ści ku­tra w boku cia­ła po­zo­sta­ła głę­bo­ka dziu­ra po zde­rze­niu. Żad­nych śla­dów krwi, wi­dać było tyl­ko roz­war­stwia­ją­cą się tkan­kę skór­ną.

Chu­dzi­kie­wicz bez na­my­słu wziął do lek­ko drżą­cej ręki ­UKF-kę i wy­wo­łał cen­tra­lę.

– Dzwoń­cie po po­li­cję i straż po­żar­ną, w Ba­se­nie Pre­zy­den­ta są zwło­ki. Niech stra­ża­cy przy­pły­ną pon­to­nem, bo trze­ba ja­koś wy­jąć je z wody – do­dał. – Bę­dzie­my się tu­taj krę­cić, żeby stat­ki Że­glu­gi Gdań­skiej cał­ko­wi­cie ich nie roz­wa­li­ły.

Już po dzie­się­ciu mi­nu­tach usły­szał sy­re­ny sa­mo­cho­dów po­li­cyj­nych ja­dą­cych ale­ją Jana Paw­ła II. Za­trzy­ma­ły się przy sa­mej kei. Kil­ku po­li­cjan­tów wy­sia­dło i z od­ra­zą za­czę­ło się przy­glą­dać dry­fu­ją­ce­mu cia­łu. Nie­bie­skie mi­ga­ją­ce świa­tła szyb­ko ścią­gnę­ły pierw­szych cie­kaw­skich.

– Już ich tu przy­nio­sło – rzu­cił star­szy po­li­cjant.

Sta­li jed­nak nadal bez ru­chu, ga­piąc się i cze­ka­jąc na stra­ża­ków. Nie mo­gli nic zro­bić. Na szczę­ście już po chwi­li po­ja­wił się czer­wo­ny pon­ton Por­to­wej Stra­ży Po­żar­nej. Stra­ża­cy pod­pły­nę­li do cia­ła i dłu­gi­mi drew­nia­ny­mi żer­dzia­mi za­czę­li je prze­su­wać w kie­run­ku kei. Usi­ło­wa­li do­ho­lo­wać je do ob­ni­żo­nej czę­ści na­brze­ża, żeby stam­tąd ła­twiej było prze­nieść je na no­sze. Aby nie uszko­dzić skó­ry, dzia­ła­li ostroż­nie i po­wo­li. Po pół­go­dzi­nie zwło­ki ko­bie­ty le­ża­ły na no­szach.

– Sa­mo­bój­stwo? – za­py­tał ko­le­gę po­ste­run­ko­wy Grze­lak, pa­trząc na dłu­gie szczu­płe nogi i to, co zo­sta­ło z blond wło­sów ko­bie­ty.

– Coś ty, Ry­chu, osza­lał? Nago? To mu­sia­ła­by być ja­kaś wa­riat­ka – od­parł star­szy sier­żant Edel.

Przy po­mo­cy stra­ża­ków od­wró­ci­li cia­ło na ple­cy. Grze­la­ka aż od­rzu­ci­ło. Wzdę­ty brzuch, opuch­nię­te pier­si, twarz, a na­wet ręce po­kry­te były głę­bo­ki­mi fio­le­to­wy­mi ra­na­mi.

– Dzwoń szyb­ko po do­cho­dze­niów­kę – szep­nął star­szy sier­żant do ko­le­gi. – To musi być ro­bo­ta ja­kie­goś po­je­ba­ne­go zbo­czeń­ca – do­dał z od­ra­zą.

3

Opar­ta o ku­chen­ny stół Ewa sma­ro­wa­ła cie­płe to­sty. Jak zwy­kle dwa dla sie­bie i czte­ry dla Alek­san­dra. Do­pie­ro szklan­ka wy­la­nej wody zmu­si­ła go do wsta­nia z łóż­ka. Leia, ich wy­jąt­ko­wo roz­piesz­czo­na kot­ka, ro­bi­ła ósem­ki mię­dzy jej no­ga­mi. Po­mru­ku­jąc, chcia­ła wy­mu­sić coś do­bre­go do zje­dze­nia. Ewa się­gnę­ła do lo­dów­ki po whi­skas z ka­wał­ka­mi ło­so­sia w ga­la­ret­ce.

– Po­cze­kaj, Le­iciu, mama za­raz da ci coś do­bre­go – mruk­nę­ła. Wte­dy roz­legł się gło­śny dzwo­nek ko­mór­ki. – Cześć, Buła, co się sta­ło? – za­py­ta­ła, na­kła­da­jąc jed­no­cze­śnie je­dze­nie kota do mi­secz­ki.

Pod­ko­mi­sarz Le­szek Chle­bow­ski pra­co­wał z nią jesz­cze we Wrzesz­czu. Zna­li się więc świet­nie, a co naj­waż­niej­sze, lu­bi­li ra­zem pra­co­wać. Był do­brym po­li­cjan­tem. Może tro­chę za bar­dzo wzo­ro­wał się na fil­mo­wych bo­ha­te­rach, ale i tak w peł­ni mu ufa­ła. Ty­po­wy moc­no stą­pa­ją­cy po zie­mi gli­na, któ­ry lu­bił swój za­wód, choć trud­no by­ło­by go na­zwać pra­co­ho­li­kiem. Ra­zem z żoną Iwo­ną i dwo­ma sy­na­mi miesz­ka­li na Oksy­wiu.

– Mamy tru­pa w Ba­se­nie Pre­zy­den­ta – po­wie­dział krót­ko, nie ba­wiąc się w kwie­ci­ste opi­sy.

– No tak, ale prze­cież to mógł być wy­pa­dek… – za­opo­no­wa­ła.

– Nie, to na pew­no nie był wy­pa­dek – syk­nął ci­cho, nie da­jąc jej do­koń­czyć. – To jest mor­der­stwo i to wy­jąt­ko­we wstręt­ne – do­dał już nie­co spo­koj­niej.

– No to nie ma na co cze­kać. – Wło­ży­ła ko­mór­kę do kie­sze­ni.

Wzię­ła do ust to­sta i ru­szy­ła w kie­run­ku drzwi.

– Aleks, wy­cho­dzę! – krzyk­nę­ła do za­spa­ne­go chło­pa­ka. – Tyl­ko, pro­szę, umyj dzi­siaj wło­sy. Są już na­praw­dę za tłu­ste.

Win­dy jak zwy­kle nie było. Jak oni pro­jek­to­wa­li te domy, po­my­śla­ła. Jed­na win­da na dzie­się­cio­pię­tro­wy wie­żo­wiec. Kom­plet­ny brak wy­obraź­ni. Bie­giem ru­szy­ła po scho­dach. Po mi­nu­cie była na dole. Do­pa­dła do swo­je­go uko­cha­ne­go sa­mo­cho­du, bia­łe­go fia­ta 500 z pa­ska­mi wło­skiej fla­gi prze­bie­ga­ją­cy­mi przez całą ka­ro­se­rię.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej była na „skwer­ku” – po­mię­dzy na­brze­ża­mi Po­mor­skim, Wej­ścio­wym i Be­niow­skie­go.

Ruch na Świę­to­jań­skiej już gęst­niał.

Na miej­sce do­je­cha­ła do­pie­ro po na­stęp­nych dzie­się­ciu mi­nu­tach.

Z da­le­ka do­strze­gła tłum lu­dzi przy bia­ło-nie­bie­skiej ta­śmie, przy koń­cu Mola Po­łu­dnio­we­go. Do­kład­nie: po jego le­wej stro­nie, tam gdzie znaj­du­je się ale­ja Stat­ków Pa­sa­żer­skich. Mało kto pa­mię­ta, że dzi­siej­sze żel­be­to­we molo po­wsta­ło do­pie­ro w 1935 roku, wcze­śniej było tu drew­nia­ne, jak w So­po­cie czy Or­ło­wie, uży­wa­ne przez bia­łą flo­tę kur­su­ją­cą po za­to­ce.

Na miej­scu do­strze­gła Bułę, któ­ry roz­ma­wiał z mło­dą ko­bie­tą. Była to Żaba, aspi­rant Al­do­na Ża­biń­ska, od nie­speł­na trzech lat pra­cu­ją­ca w ich ze­spo­le.

– Kto zna­lazł cia­ło? – za­py­ta­ła, pod­cho­dząc do roz­ma­wia­ją­cych ko­le­gów.

– Pi­lot. – Buła ru­chem gło­wy wska­zał męż­czy­znę sto­ją­ce­go na po­kła­dzie za­cu­mo­wa­nej przy kei mo­to­rów­ki.

– Za­nim z nim po­ga­dam, za­sta­nów­my się na spo­koj­nie. Czy jest coś jesz­cze do za­bez­pie­cze­nia? Mamy ja­sność, czy wzy­wa­my tu­taj pa­to­lo­ga? – Spoj­rza­ła z uwa­gą na swój ze­spół.

Buła wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Co tu kom­bi­no­wać? Dla mnie to ja­kiś zbok i w do­dat­ku nie z Wy­brze­ża. Mógł so­bie tu­taj przy­je­chać z ty­dzień temu. Ja­kaś kłót­nia, bój­ka i wy­rzu­cił cia­ło do ba­se­nu. Bo tu­taj mógł pod­je­chać sa­mo­cho­dem bez zo­sta­wia­nia żad­nych śla­dów, jest tyl­ko as­falt i kost­ka.

– A dla­cze­go uwa­żasz, że był przy­jezd­ny? – za­py­ta­ła Al­do­na.

– Bo my­ślał, że cia­ło nie wy­pły­nie. Lo­kal­ny by wie­dział, że wy­pły­nie.

Od­wró­ci­ła się w kie­run­ku Al­do­ny.

– A co ty o tym my­ślisz? – za­py­ta­ła.

Al­do­na za­wsze była pre­cy­zyj­na. Sta­no­wi­ła od­wrot­ność Buły. „Ona jest zro­bio­na w Exce­lu, jak in­ży­nier z po­li­tech­ni­ki”, mó­wił o niej cza­sa­mi zgryź­li­wie pod­ko­mi­sarz. Po­ja­wi­ła się w ich ze­spo­le świe­żo po szko­le, z gło­wą na­bi­tą no­wy­mi teo­ria­mi, za­wsty­dza­jąc ich mło­dzień­czą ener­gią.

– Dużo to my nie wie­my, ale nie jest to wy­pa­dek, a już na pew­no nie sa­mo­bój­stwo – po­wie­dzia­ła. – Nikt sie­bie tak nie uszko­dzi, to ja­sne. Ale czy aku­rat tu zo­sta­ła wrzu­co­na, tego nie wia­do­mo. Może są tu sil­ne prą­dy, któ­re prze­nio­sły cia­ło. Dla­te­go uwa­żam, że nie po­win­ni­śmy z góry ob­wi­niać przy­jezd­nych – do­da­ła, zer­ka­jąc na Bułę. – Może ktoś chciał, aby ona wła­śnie tu­taj wy­pły­nę­ła.

Ewa po­pa­trzy­ła na nich uważ­nie.

– W po­rząd­ku. Ty, Buła, po­roz­ma­wiaj z sier­żan­tem, żeby za­bra­li cia­ło do Piotr­ka. Niech je do­kład­nie zba­da. No wiesz, jaka była przy­czy­na śmier­ci, kie­dy na­stą­pił zgon i tak da­lej. Po­tem pój­dziesz do Akwa­rium Mor­skie­go, Aka­de­mii Mor­skiej i do tego Sea To­wers. Za­py­taj, czy mają ja­kieś ka­me­ry prze­my­sło­we. Może do­pi­sze nam szczę­ście i coś in­te­re­su­ją­ce­go się na­gra­ło. Żaba, a ty jedź do ka­pi­ta­na­tu por­tu i za­py­taj o te prą­dy i pły­wy. Może rze­czy­wi­ście cia­ło zo­sta­ło wrzu­co­ne w ja­kimś in­nym miej­scu? Wi­dzi­my się na ko­men­dzie – do­da­ła i po­szła obej­rzeć zwło­ki.

Ze zgro­zą przy­glą­da­ła się fio­le­to­wym ra­nom na cie­le de­nat­ki. Po­dob­nie głę­bo­kiej owal­nej ra­nie na skro­ni. Ko­bie­ta była zu­peł­nie naga i nie mia­ła żad­nej bi­żu­te­rii. Ewa zwró­ci­ła uwa­gę na ka­wa­łek ma­te­ria­łu na prze­gu­bie. Była to na­mok­nię­ta bia­ło-czer­wo­na ple­cion­ka. Wy­glą­da­ła jak dzie­cię­ca bran­so­let­ka z włócz­ki.

Pew­nym kro­kiem wkro­czy­ła na po­kład ko­ły­szą­cej się pi­lo­tów­ki. Po­de­szła do sto­ją­cych na ru­fie i za­wzię­cie dys­ku­tu­ją­cych męż­czyzn.

– Jak to moż­li­we, że wpa­dli­ście na tego tru­pa? – za­ata­ko­wa­ła z mar­szu.

– Po pro­stu. Nie wi­dzie­li­śmy go – od­po­wie­dział szy­per. – Prak­tycz­nie nic, do­słow­nie nic nie wy­sta­wa­ło po­nad po­wierzch­nię wody.

– A z jaką pręd­ko­ścią pły­nę­li­ście? – za­py­ta­ła pod­chwy­tli­wie.

– Prze­cież kto jak kto, ale my wie­my, że w por­cie jest ogra­ni­cze­nie do pię­ciu wę­złów – od­parł zmę­czo­nym gło­sem Chu­dzi­kie­wicz.

– No tak – przy­zna­ła – wy to na pew­no wie­cie. Dzię­ku­ję, że przy­pil­no­wa­li­ście, żeby nikt inny nie wpadł na to cia­ło.

– To prze­cież nor­mal­ny ludz­ki od­ruch. – Pi­lot wzru­szył ra­mio­na­mi.

Może za rzad­ko spo­ty­kam nor­mal­nych lu­dzi, po­my­śla­ła.

– Mimo wszyst­ko dzię­ku­ję – uśmiech­nę­ła się pew­nie zbyt nie­śmia­ło jak na groź­ną po­li­cjant­kę.

Po­szła tra­pem na na­brze­że. Cia­ło pa­ko­wa­no do sa­mo­cho­du. Przy­god­ni ga­pie, go­rą­co dys­ku­tu­jąc, po­wo­li się roz­cho­dzi­li. ­Wie­dzia­ła, że już wkrót­ce za­czną kur­so­wać stat­ki Że­glu­gi ­Gdań­skiej, wo­żąc pierw­szych wio­sen­nych tu­ry­stów. Nie­ba­wem wszy­scy za­po­mną o dra­ma­cie. Ży­cie po­to­czy się da­lej.

4

Buła cięż­kim kro­kiem wcho­dził po ka­mien­nych scho­dach Akwa­rium Gdyń­skie­go. Do­pie­ro od 1971 roku dzia­ła­ło w daw­nym bu­dyn­ku Sta­cji Mor­skiej. Wy­re­mon­to­wa­ne w 2003, pysz­nią­ce się mo­der­ni­stycz­ną szkla­ną ko­pu­łą, nie­wie­le mia­ło wspól­ne­go z daw­ną skrom­ną pla­ców­ką mu­ze­al­ną, któ­rej zbio­ry skła­da­ły się z oka­zów zbie­ra­nych pry­wat­nie przez pra­cow­ni­ków In­sty­tu­tu Ry­bac­kie­go i po­da­run­ków ka­pi­ta­nów i ma­ry­na­rzy pol­skiej flo­ty. Obec­nie moż­na było tu po­dzi­wiać nie tyl­ko ryby, ale tak­że wiel­kie węże – na przy­kład zie­lo­ne ana­kon­dy za­mknię­te w akwa­ter­ra­riach, i po­gła­skać pły­wa­ją­ce ryby w mo­krej sali, ale Buła nie miał ocho­ty na zwie­dza­nie i gła­ska­nie. Po­chy­lo­ny ni­sko jak sta­ry zmę­czo­ny czło­wiek pod­szedł do kas bi­le­to­wych.

– Nor­mal­ny czy ulgo­wy? – za­py­ta­ła ka­sjer­ka.

Wy­cią­gnął od­zna­kę po­li­cyj­ną i bez sło­wa po­de­tknął ją pod nos ko­bie­ty.

– Ja nie do ryb i do węży – od­parł spo­koj­nie. – Chcę do ko­goś z dy­rek­cji.

Ko­bie­ta się­gnę­ła po słu­chaw­kę i prze­pro­wa­dzi­ła krót­ką ner­wo­wą roz­mo­wę. Już po paru mi­nu­tach uchy­li­ły się drzwi z du­żym na­pi­sem BIU­RA MU­ZEUM i wy­szedł z nich szpa­ko­wa­ty je­go­mość w oku­la­rach z gru­by­mi szkła­mi.

– Ste­fan Ty­miń­ski, ku­stosz akwa­rium – przed­sta­wił się, lek­ko se­ple­niąc. – Pro­szę do mnie, pa­nie pod­ko­mi­sa­rzu – do­dał, pro­wa­dząc go­ścia do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Buła z nie­skry­wa­ną cie­ka­wo­ścią ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Musi być ja­kimś par­szy­wym bio­lo­giem, prze­mknę­ło mu przez gło­wę. Na ścia­nach wi­sia­ły zdję­cia ryb głę­bi­no­wych i in­nych mor­skich stwo­rów. Nie­zli­czo­ne pół­ki wy­peł­nio­ne były zbio­ra­mi musz­li i ko­ść­mi o dzi­wacz­nych kształ­tach. Ty­miń­ski za­uwa­żył jego za­in­te­re­so­wa­nie i uśmiech­nął się prze­pra­sza­ją­co.

– Dla la­ika to pew­nie nie­zbyt cie­ka­we – po­wie­dział ci­cho. – Dla mnie jed­nak bez­cen­ne.

Buła po­ki­wał gło­wą z uda­nym zro­zu­mie­niem.

– To zna­czy, że jest tu ja­kiś alarm lub ja­kaś ochro­na? – od razu prze­szedł do na­praw­dę in­te­re­su­ją­cych te­ma­tów.

– Alarm oczy­wi­ście jest, ale spe­cjal­nych straż­ni­ków nie mamy – wy­ja­śnił Ty­miń­ski.

– A ka­me­ry?

– Są, oczy­wi­ście – po­twier­dził.

Ser­ce Buły na­gle przy­spie­szy­ło.

– A jaki te­ren obej­mu­ją? – za­py­tał z na­dzie­ją.

– No jak to jaki? – za­py­tał zdzi­wio­ny Ty­miń­ski. – Wnę­trze na­sze­go naj­więk­sze­go akwa­rium, tego ze sło­ną wodą, i to non stop – do­dał z dumą.

– To pięk­nie, kur­wa – za­klął Buła. – Na­praw­dę pięk­nie – do­dał, za­my­ka­jąc no­tes. – I to jest wa­sza je­dy­na ka­me­ra? – za­py­tał z ga­sną­cą na­dzie­ją.

– Nie­ste­ty… – od­po­wie­dział wy­raź­nie prze­stra­szo­ny Ty­miń­ski.

– A nie wie pan, czy gdzieś w po­bli­żu jest ka­me­ra ob­ser­wu­ją­ca te­ren przed bu­dyn­kiem?

Do­wie­dział się, że być może Aka­de­mia Mor­ska ma coś ta­kie­go. Po­dzię­ko­wał ski­nie­niem gło­wy i bez sło­wa ru­szył do wyj­ścia. Po chwi­li stał przed bu­dyn­kiem, któ­ry był przy­kła­dem mody na ob­ło­ści, tak cha­rak­te­ry­stycz­nej dla gdyń­skie­go mo­der­ni­zmu. O tym kie­run­ku w sztu­ce Buła wie­dział nie­wie­le, in­te­re­so­wa­ły go przede wszyst­kim ka­me­ry umiesz­czo­ne na daw­nym Domu Że­gla­rza, obec­nie Wy­dzia­le Na­wi­ga­cji Aka­de­mii Mor­skiej.

Oglą­dał bu­dy­nek po­wo­li i do­kład­nie, nie­ste­ty nie mógł do­strzec żad­nej z ka­mer. Przed chwi­lą od­był nie­zbyt przy­jem­ną roz­mo­wę z dzie­ka­nem, któ­ry ode­słał go do ad­mi­ni­stra­to­ra. Od­na­le­zie­nie go nie było ła­twe. Do­pie­ro po­moc pani z re­cep­cji i te­le­fon na pry­wat­ną ko­mór­kę spo­wo­do­wał po­ja­wie­nie się w holu bu­dyn­ku ni­skie­go męż­czy­zny o wy­glą­dzie na­ukow­ca.

– Dzień do­bry, pod­ko­mi­sarz Chle­bow­ski z Ko­men­dy Miej­skiej – przed­sta­wił się Buła, wsta­jąc z drew­nia­nej ław­ki.

– Dzień do­bry panu – od­po­wie­dział ad­mi­ni­stra­tor z wy­raź­nym prze­stra­chem. Ręka lek­ko mu drża­ła, po­dob­nie pra­wie łysa gło­wa.

– Ja w spra­wie ka­mer prze­my­sło­wych.

– To bę­dzie kło­pot – od­rzekł ad­mi­ni­stra­tor. – Mamy tyl­ko we­bka­me­ry pod­łą­czo­ne on-line do in­ter­ne­tu, ale one nie słu­żą do ochro­ny.

– Ale ja­kieś ka­me­ry są – upew­nił się Buła.

– Są, ale nie słu­żą do ochro­ny, bo ich ob­raz nie jest na­gry­wa­ny.

– A czy ja mogę zo­ba­czyć ob­raz z tych ka­mer? – za­py­tał znie­cier­pli­wio­ny Buła.

– Oczy­wi­ście, pro­szę za mną.

Na pierw­szym pię­trze we­szli do za­gra­co­ne­go po­ko­ju ad­mi­ni­stra­to­ra. Jak on może utrzy­mać po­rzą­dek w tym bu­dyn­ku, za­sta­na­wiał się Buła. Na biur­ku pię­trzy­ło się do­słow­nie wszyst­ko. Od zszy­wa­czy, po­przez śru­bo­krę­ty, pa­pie­ry, po nie­do­je­dzo­ne jabł­ko. Ad­mi­ni­stra­tor po­ru­szył mysz­ką włą­czo­ne­go kom­pu­te­ra i na mo­ni­to­rze po­ja­wi­ła się stro­na we­bcam.pl. Już po chwi­li Buła mógł ob­ser­wo­wać ob­raz ba­se­nu jach­to­we­go.

– A nie ma pan wi­do­ku na dru­gą stro­nę bu­dyn­ku? – za­py­tał.

– Już się robi.

Buła pra­wie przy­warł do ekra­nu. Ob­raz w mo­ni­to­rze prze­su­wał się bar­dzo po­wo­li. Ka­me­ra za­czę­ła od „Bły­ska­wi­cy”, mola, mi­nę­ła le­gen­dar­ny „Dar Po­mo­rza” i wresz­cie po­ka­za­ła jego ku­zy­na – ku­ter „Bar Po­mo­rza”. Ta jed­nost­ka, dużo mniej re­pre­zen­ta­cyj­na, za­pra­sza­ła tu­ry­stów na piwo i kieł­ba­ski z rusz­tu. Buła ob­ser­wo­wał mo­ni­tor z ro­sną­cym na­pię­ciem. Nie­ste­ty, ka­me­ra na­gle za­trzy­ma­ła się, po­ka­zu­jąc rufę kło­po­tli­we­go są­sia­da le­gen­dar­ne­go ża­glow­ca. Po chwi­li, ku praw­dzi­wej roz­pa­czy pod­ko­mi­sa­rza, ru­szy­ła w dro­gę po­wrot­ną.

– I co, do cho­le­ry? To wszyst­ko? Czy to ustroj­stwo za­wsze było tak usta­wio­ne? – za­py­tał nie­cier­pli­wie.

Sku­lo­ny ad­mi­ni­stra­tor po­ki­wał je­dy­nie gło­wą.

No tak, nie ma zna­cze­nia, czy ktoś na­gry­wał, czy nie, po­wie­dział w du­chu Buła. Krót­ko mó­wiąc: po­szło się wa­lić.

– Niech pan spraw­dzi w Sea To­wers – po­ra­dził ad­mi­ni­stra­tor. – Oni z pew­no­ścią mają ka­me­ry prze­my­sło­we.

– Dzię­ku­ję, tyle to i ja wiem – od­parł wy­raź­nie po­iry­to­wa­ny funk­cjo­na­riusz.

5

Żaba do­jeż­dża­ła już do bu­dyn­ku daw­ne­go Dwor­ca Mor­skie­go. To tu­taj w la­tach pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych tłu­my lu­dzi ocze­ki­wa­ły na trans­atlan­tyk M / S „Ba­to­ry”.

Mat­ka opo­wia­da­ła jej o pła­czą­cych ze szczę­ścia ro­dzi­nach, gó­ral­skich or­kie­strach, wstąż­kach rzu­ca­nych ze stat­ków na brzeg, jak na ame­ry­kań­skich fil­mach. Żaba za póź­no się uro­dzi­ła, żeby za­pa­mię­tać coś z tych dziw­nych cza­sów, gdy tyl­ko ma­ry­nar­skie ro­dzi­ny i inni szczę­śli­wi po­sia­da­cze twar­dej wa­lu­ty lub bo­nów do Bal­to­ny i Pe­we­xu mo­gli ku­po­wać to, o czym ma­rzy­ła więk­szość gdy­nian: piwo w pusz­kach, cze­ko­la­dę Mil­ka, coca-colę, kawę Ne­sca­fé, cze­ko­la­dę Ne­squ­ick czy gumy do żu­cia Wri­gley. Resz­ta mo­gła ku­pić to samo za zło­tów­ki, ale dużo dro­żej w słyn­nej gdyń­skiej hali tar­go­wej.

Cza­sy się zmie­ni­ły: dzi­siaj wszy­scy mają do­stęp do za­chod­nich de­li­ka­te­sów, ale ża­den ze stat­ków, ogrom­nych, bia­łych pa­sa­że­rów cu­mu­ją­cych przy Na­brze­żu Fran­cu­skim obok ka­pi­ta­na­tu – tam gdzie nie­gdyś „Ba­to­ry”, „Pił­sud­ski”, „Ko­ściusz­ko” – nie miał na ru­fie pol­skiej ban­de­ry.

Mło­dzień­czy wy­gląd Żaby za­wsze wpę­dzał ją w kło­po­ty. Już w li­ceum ko­le­dzy z ma­te­ma­tycz­nej kla­sy prze­zy­wa­li ją Mło­da. Nau­czy­cie­le, jak­by nie do­wie­rza­jąc ofi­cjal­nym do­ku­men­tom, za­zwy­czaj prze­py­ty­wa­li ją dłu­żej niż in­nych ko­le­gów. Szcze­gól­nie za­wzię­ci byli umun­du­ro­wa­ni straż­ni­cy. I tym ra­zem nie oka­za­ło się in­a­czej.

– A ty, cze­go tu­taj szu­kasz, dziec­ko? – za­czął groź­nie ol­brzym przed ka­pi­ta­na­tem, na­stro­szo­ny ni­czym po­draż­nio­ny sznau­cer.

– Ja do ka­pi­ta­na por­tu – od­par­ła. – Służ­bo­wo. Je­stem z po­li­cji – do­da­ła szyb­ko, pod­no­sząc głos i po­ka­zu­jąc od­zna­kę. Chcia­ła uciąć ewen­tu­al­ne dy­wa­ga­cje na te­mat swo­je­go wie­ku. Uda­ło się: od­zna­ka po­li­cyj­na po­dzia­ła­ła rów­nie cza­ro­dziej­sko jak różdż­ka Har­ry’ego Pot­te­ra. Dro­ga do ka­pi­ta­na­tu sta­ła otwo­rem.

Po chwi­li sie­dzia­ła już przed głów­nym hy­dro­gra­fem, Sta­ni­sła­wem Żu­ra­wi­czem. Z uwa­gą przy­glą­da­ła się fla­ne­lo­wej ko­szu­li w kra­tę, oku­la­rom w ro­go­wej opraw­ce oraz sze­ro­kim szel­kom w pe­pit­kę, przy­szy­tym do chiń­skich dżin­sów. Fa­cho­wiec. Za­po­wia­dał się dłu­gi wy­kład.

– Co pa­nią aspi­rant naj­bar­dziej cie­ka­wi? – za­py­tał, lek­ko się za­ci­na­jąc.

– Wła­ści­wo­ści pły­wów i prą­dów mor­skich w por­cie Gdy­nia – od­po­wie­dzia­ła.

– Za­cznij­my od tego, że in­ży­nier Ta­de­usz Wen­da, de­cy­du­jąc się na wy­bór tego miej­sca na port, my­ślał bar­dzo kon­kret­nie. Wklę­sły te­ren opar­ty na tor­fie i pia­sku. Reda osło­nię­ta przez Pół­wy­sep Hel­ski. Woda, któ­ra tu­taj prak­tycz­nie nie za­ma­rza. Brak pły­wów uła­twia­ją­cy eks­plo­ata­cję. To wszyst­ko spra­wi­ło, że port po­wstał wła­śnie tu.

– Je­śli nie ma pły­wów, to zna­czy, że nie ma też prą­dów? – za­py­ta­ła Żaba, pró­bu­jąc nie­mal de­spe­rac­ko prze­rwać ten aka­de­mic­ki wy­kład.

– Spo­koj­nie, pro­szę pani, tyl­ko po ko­lei, po ko­lei, pro­szę – od­parł Żu­ra­wicz. – Mamy ide­al­ne wa­run­ki, bu­du­je­my wspa­nia­ły port. To zna­czy, że za­czy­na­my od dwóch ki­lo­me­trów ze­wnętrz­ne­go fa­lo­chro­nu wschod­nie­go. Wej­ście do por­tu ma sto pięć­dzie­siąt me­trów sze­ro­ko­ści oraz czter­na­ście i sie­dem dzie­sią­tych me­tra głę­bo­ko­ści, po­dob­nie jak pro­wa­dzą­cy do nie­go ka­nał. Wa­run­ki ide­al­ne, praw­da – do­dał, ści­sza­jąc głos do gra­nic sły­szal­no­ści. – Więc jak to, do cho­le­ry, moż­li­we! – na­gle krzyk­nął – że w lu­tym dwa ty­sią­ce dzie­wią­te­go roku wy­ła­do­wa­ny wę­glem ma­so­wiec „Fu min” ugrzązł trzy ki­lo­me­try przed wej­ściem do na­sze­go por­tu?!

Nie od­po­wie­dzia­ła. Po­li­cja po­dob­no wie wszyst­ko, ale kło­po­ty ma­sow­ca „Fu min” jak do­tąd umy­ka­ły jej uwa­dze.

– Miał dwa­na­ście i sie­dem dzie­sią­tych me­trów za­nu­rze­nia i przy­pły­nął z por­tu Mo­bi­le w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, z wę­glem wła­śnie – cią­gnął hy­dro­graf. – Więc ko­lej­ne py­ta­nie: jak to moż­li­we, że my, praw­dzi­wa po­tę­ga wę­glo­wa, mu­si­my ku­po­wać wę­giel?

– A skąd ja mam to wszyst­ko wie­dzieć?! – wy­buch­nę­ła Żaba. – Ja mam swo­je śledz­two, a pan chce mnie tu­taj w po­li­ty­kę wpu­ścić?

– Nie, ależ ab­so­lut­nie nie – wy­co­fał się Żu­ra­wicz. – To tak­że na­le­ży do spra­wy prą­dów. Ofi­cjal­ne wy­ja­śnie­nie in­cy­den­tu brzmi tak: śru­by du­żych jed­no­stek prze­pły­wa­ją­cych to­rem wod­nym spo­wo­do­wa­ły wiry, te zaś wy­wo­ła­ły zmia­ny w sa­mym dnie. Ale praw­da z prą­da­mi jest dużo bar­dziej skom­pli­ko­wa­na, pani aspi­rant. – Po­pa­trzył na nią znad ro­go­wych opra­wek. – Mamy wy­ni­ki punk­to­wych po­mia­rów prą­dów, wy­ko­na­nych na ko­twi­czo­nych sta­cjach po­mia­ro­wych w war­stwie przy­po­wierzch­nio­wej i przy­den­nej. Mamy też wy­ni­ki po­mia­rów pro­fi­lo­wych za­to­ki.

W tej chwi­li Żaba, mimo usil­nych prób za­cho­wa­nia spo­ko­ju, za­czę­ła wy­ka­zy­wać ozna­ki zde­ner­wo­wa­nia. Fa­cet chy­ba osza­lał, że mi to wszyst­ko opo­wia­da. Żu­ra­wicz nie­zra­żo­ny cią­gnął da­lej swój wy­kład.

– Pani aspi­rant, wszyst­ko jed­nak za­le­ży od kie­run­ku wia­tru. W kwiet­niu wia­try pół­noc­ne spy­cha­ły wody po­wierzch­nio­we w głąb za­to­ki. Jest to nie­zwy­kle rzad­kie w tym okre­sie. Prą­dy po­wierzch­nio­we przy wej­ściu do Ka­na­łu Po­łu­dnio­we­go, gdzie zo­sta­ły zna­le­zio­ne zwło­ki, mia­ły pręd­kość rzę­du pięć cen­ty­me­trów na se­kun­dę, den­ne zaś były oko­ło zera me­trów na se­kun­dę. Czy­li – spoj­rzał na nią ni­czym Co­lom­bo – wła­śnie tam, przy wej­ściu do Ka­na­łu Po­łu­dnio­we­go, wrzu­cił ją ten zły czło­wiek, a nie jak my­śli­cie, w So­po­cie lub w Re­dło­wie.

– A skąd pan wie, gdzie zna­le­zio­no zwło­ki? – za­py­ta­ła po­dejrz­li­wie. – Był pan przy tym?

– Usły­sza­łem to dzi­siaj przez tę krót­ko­fa­lów­kę. – Wska­zał sto­ją­cy za sobą od­bior­nik. – Lu­bię wie­dzieć, co się dzie­je w na­szym por­cie i tak w ogó­le – do­dał z uśmie­chem.

Po­pa­trzy­ła na nie­go z nie­chę­cią.

– No to już panu po­dzię­ku­ję. – Ski­nę­ła lek­ko gło­wą, wsta­ła i wy­szła.

6

Ewa skrę­ci­ła w skwer Ko­ściusz­ki i po chwi­li za­trzy­ma­ła się przy re­stau­ra­cji U Tur­ka, w któ­rej zna­li ją od daw­na. W le­żą­cej na sa­mym skwe­rze bez­pre­ten­sjo­nal­nej knajp­ce ro­bio­no naj­lep­szy ke­bab w Trój­mie­ście. Za­mó­wi­ła, jak za­wsze, don­ne­ra z wo­ło­wi­ny z ostrym so­sem w chle­bie pita. Usia­dła na ze­wnątrz i za­czę­ła pa­ła­szo­wać ulu­bio­ne da­nie. Po chwi­li po­pi­ła je colą i po­je­cha­ła do biu­ra.

Ko­men­da Miej­ska po­li­cji w Gdy­ni przy uli­cy Por­to­wej 15 mie­ści­ła się na skra­ju pla­cu Ka­szub­skie­go. Bu­dy­nek nie na­le­żał do naj­bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­nych, był za to w do­brym punk­cie – na gra­ni­cy por­tu i mia­sta. Ewa we­szła do swo­je­go po­ko­ju i za­nim włą­czy­ła kom­pu­ter, za­dzwo­ni­ła na ko­mór­kę Alek­sa, żeby spraw­dzić, czy wy­szedł do szko­ły. Sy­gnał w ko­mór­ce, utwór Thun­der­struck ze­spo­łu AC / DC, prze­dłu­żał się. Aleks nie od­bie­rał. No, chy­ba jest już w szko­le, po­my­śla­ła. Prze­cież był na no­gach, kie­dy wy­cho­dzi­łam z domu.

Cze­ka­jąc na uru­cho­mie­nie kom­pu­te­ra, za­czę­ła się za­sta­na­wiać, dla­cze­go na­gie i po­kie­re­szo­wa­ne cia­ło ko­bie­ty zna­la­zło się w Ba­se­nie Pre­zy­den­ta. Czy mia­ło to ja­kieś zna­cze­nie, czy był to czy­sty przy­pa­dek? Jest prze­cież tyle in­nych od­po­wied­niej­szych miejsc.

Za­zwy­czaj za­bój­ca robi wszyst­ko, aby ukryć swój czyn. Robi wszyst­ko, aby po­zbyć się naj­waż­niej­sze­go do­wo­du, czy­li cia­ła. Dla­te­go wie­lu ofiar nie od­naj­du­je się nig­dy. A tu zu­peł­nie in­a­czej. Dla­cze­go? Czyż­by cho­dzi­ło o sy­gnał dla nas, pró­bę spro­wo­ko­wa­nia po­li­cji? Tyl­ko po co? Wia­do­mo, że aku­rat tego spraw­cy po­li­cja bę­dzie szu­kać, jak dłu­go tyl­ko się da. A może była to wia­do­mość dla in­nych? Ale co ozna­cza­ła?

Za­po­wia­dał się dłu­gi dzień. Cze­ka­jąc na ko­le­gów z ze­spo­łu, prze­glą­da­ła kro­ni­ki po­li­cyj­ne i stro­ny in­ter­ne­to­we do­ty­czą­ce ­se­ryj­nych mor­der­ców. Szu­ka­ła ja­kich­kol­wiek po­do­bieństw. Cze­goś, co mo­gło­by choć tro­chę zbli­żyć ją do wy­kry­cia spraw­cy. Może jed­nak Żaba mia­ła ra­cję i był to tyl­ko ja­kiś sa­dy­sta, zbo­cze­niec , a nie se­ryj­ny mor­der­ca.

7

Na­resz­cie zo­stał sam. Miał cały czas wy­łącz­nie dla sie­bie. Nie lu­bił, gdy mu prze­szka­dza­no. Ner­wo­wo prze­glą­dał za­ku­pio­ne ga­ze­ty. Nig­dzie nie zna­lazł ani sło­wa o na­pięt­no­wa­nej to­pie­li­cy. W in­ter­ne­cie też nie było śla­dów tego wy­da­rze­nia. Za­sta­no­wił się, czy nie war­to ku­pić krót­ko­fa­lów­ki albo CB-ra­dio i pod­słu­chi­wać po­li­cji.

Im mniej sprzę­tu, tym le­piej, zde­cy­do­wał po chwi­li. Mi­nę­ło już osiem dni, od­kąd wrzu­cił cia­ło do Ba­se­nu Pre­zy­den­ta. I nic. Albo po­li­cja ją cho­wa i bada, co się sta­ło, albo mia­ła same amal­ga­ma­to­we plom­by, po­my­ślał zło­śli­wie. No bo Za­to­ka Gdań­ska nie jest mo­rzem po­łu­dnio­wym peł­nym re­ki­nów i in­nych stwo­rów cze­ka­ją­cych na po­czę­stu­nek. Cia­ło po­win­no wy­pły­nąć daw­no temu. Scho­wać jej nie mo­gli, po­my­ślał. Prze­cież cia­ło mu­sie­li za­uwa­żyć choć­by przy­pad­ko­wi świad­ko­wie.

Sy­gnał ko­mór­ki wstrzą­snął nim jak ude­rze­nie prą­du. Spoj­rzał na wy­świe­tlacz apa­ra­tu z in­for­ma­cją „nu­mer za­strze­żo­ny” i po­wie­dział po­wo­li:

– Tak, słu­cham?

– To ja. – Z ra­do­ścią roz­po­znał zna­jo­my dam­ski głos. – Mam dwie nowe klient­ki. Szy­kuj się na od­biór już po­ju­trze, wła­śnie wy­ru­sza­my w dro­gę.

Ucie­szył się. Ostat­nie krwa­we roz­sta­nie nie było w jego pla­nach. Bar­dzo nie lu­bił zmie­niać ob­ra­ne­go sche­ma­tu po­stę­po­wa­nia. De­ner­wo­wa­ło go ro­bie­nie cze­goś, cze­go nie prze­wi­dział na po­cząt­ku. A tym ra­zem musi być zno­wu jak za­wsze, nor­mal­nie i pla­no­wo. Jak w szwaj­car­skim ze­gar­ku, po­my­ślał, z cy­nicz­nym uśmie­chem pa­trząc na swo­je­go ze­ni­tha?

Czas przy­go­to­wać się do ro­bo­ty, mruk­nął do sie­bie. Pod­łą­czył ko­mór­kę ka­blem USB do dru­kar­ki i wy­dru­ko­wał ko­lo­ro­we zdję­cia. Były to fot­ki z jego wła­snej ko­mór­ki, ale w for­ma­cie A4. Rany wy­glą­da­ły jak za­da­ne przed chwi­lą. W po­więk­sze­niu ro­bi­ły kosz­mar­ne wra­że­nie.

Spoj­rzał na ru­lon do­la­rów, któ­ry przy­pad­kiem zna­lazł się obok zdjęć. Jak ona pa­trzy­ła na te pie­nią­dze, przy­po­mniał so­bie. Niby taka świę­ta, a wi­dok wa­lu­ty spra­wił, że w ogó­le prze­sta­ła go do­strze­gać. A tego nie mógł da­ro­wać. Nie cier­piał, kie­dy go lek­ce­wa­żo­no, roz­bu­dza­ło to w nim naj­gor­sze in­stynk­ty. Z co­raz więk­szym za­do­wo­le­niem pa­trzył więc na wy­cho­dzą­ce z dru­kar­ki zdję­cia.

Bar­dzo szyb­ko wró­cił jed­nak do rze­czy­wi­sto­ści. No cóż, naj­wyż­szy czas, aby przy­go­to­wać sy­pial­nię na przy­wi­ta­nie ko­lej­nych księż­ni­czek nocy. Ru­szył na dół do pral­ni, po­gwiz­du­jąc. Będą się tu­taj czu­ły jak u sie­bie w domu. Dwie nowe klient­ki, to świet­nie. Trze­ba przy­go­to­wać dwie po­lów­ki i dwa nowe koce w kra­tę, po­my­ślał, nie kry­jąc ra­do­ści. Yes, biz­nes zno­wu się krę­ci i jak tak da­lej pój­dzie, to nie­dłu­go bę­dzie mógł za­cząć ostat­ni etap swo­je­go pla­nu.

8

Buła z Żabą po­ja­wi­li się w ko­mi­sa­ria­cie już do­brze po pierw­szej.

– No i co, ma­cie coś cie­ka­we­go? – za­py­ta­ła Ewa, gdy we­szli do środ­ka.

– Tro­chę mamy, ale nie­ste­ty nic, co mo­gło­by się przy­dać – od­po­wie­dzia­ła Żaba. Buła tyl­ko jej przy­tak­nął.

– Chodź­cie do mo­je­go po­ko­ju, po­ga­da­my so­bie i prze­wie­trzy­my te­mat.

Wzię­li po kub­ku kawy z au­to­ma­tu i roz­sie­dli się wy­god­nie na­prze­ciw jej biur­ka.

– Mu­si­my ze­brać do kupy wszyst­ko, co wie­my o tej hi­sto­rii. Ju­tro rano je­stem umó­wio­na z Piotr­kiem, po­wi­nien już mieć wy­ni­ki sek­cji. Nie­ste­ty, sta­ry chce się cze­goś do­wie­dzieć, i to jesz­cze dzi­siaj.

– Z dłu­gich opo­wie­ści o prą­dach w por­cie, a ra­czej o ich bra­ku, wy­ni­ka, że cia­ło zo­sta­ło wrzu­co­ne do Ba­se­nu Pre­zy­den­ta – za­czę­ła jak za­wsze sys­te­ma­tycz­na Żaba. – Z po­cząt­ku mu­sia­ło le­żeć na dnie, a tu­taj w za­to­ce prą­dy den­ne są ra­czej zni­ko­me. Po­tem wy­pły­nę­ło.

– Wie­my, że nie było to sa­mo­bój­stwo, bo nikt, na­wet naj­bar­dziej sza­lo­ny ma­so­chi­sta, nie zro­bi so­bie ta­kich ran sam – do­dał Buła. – Nie­ste­ty, ka­me­ry umiesz­czo­ne na bu­dyn­ku Aka­de­mii Mor­skiej nie mo­gły tego za­re­je­stro­wać. Ju­tro spraw­dzę Sea To­wers, ale to chy­ba za da­le­ko, aby dało się zo­ba­czyć coś istot­ne­go.