Wesołe przygody Robin Hooda - Howard Pyle - ebook
Opis

Powieść amerykańskiego pisarza Howarda Pyle’a Wesołe przygody Robin Hooda jest najbardziej znaną i cenioną adaptacją literacką przygód Robin Hooda.
Howard Pyle połączył liczne średniowieczne przekazy o legendarnym bohaterze angielskich podań i ballad, by scalić je w nowoczesnej powieści przygodowej, pisanej w sposób przystępny zarówno dla starszych jak i młodszych czytelników. Powstała pasjonująca opowieść o Robin Hoodzie, szlachcicu walczącym z niesprawiedliwym władcą, szeryfem z Nottingham. Skazany na banicję bohater ukrywa się wraz ze swoimi kompanami w lesie Sherwood, skąd prowadzi coś na kształt prywatnej wojny o praworządność. Robin Hood i jego barwni towarzysze, Mały John, Braciszek Tuck, Szkarłatny Willem i Allan z Doliny, nie stronią ani od bohaterskich czynów, ani od wesołej zabawy. Kiedy król Ryszard Lwie Serce wróci po długiej nieobecności do kraju, ukróci despotyczne rządy szeryfa z Nottingham i ułaskawi Robin Hooda oraz jego zastęp. Powieść Howarda Pyle’a była wielokrotnie filmowana, a sam Robin Hood stał się jedną z najpopularniejszych ikon anglosaskiej kultury masowej.

Lektura dla klasy VI

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 449

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł ‌oryginału:

The Merry Adventures ‌of ‌Robin Hood

Projekt ‌okładki:

Sylwia Malon

Przekład wierszy:

Włodzimierz Lewik

LEKTURA ‌DLA KLASY VI

© Copyright ‌for the ‌Polish translation

by Halina ‌Krzysztoń-Bełdowska, ‌Joanna ‌Krzysztoń

ISBN ‌978-83-7791-991-0

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. ‌Krakowska ‌90, 50-427 Wrocław

Księgarnia ‌wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław ‌2018

Przygotowanie ‌wydania ‌elektronicznego: hachi.media

PROLOG,

który opowiada o zwadzie Robin Hooda z królewskim leśniczym, a także o tym, jak Robin stworzył bandę i w wesołej przygodzie zdobył sobie przyjaciela, sławnego Małego Johna.

Za dawnych czasów, gdy w wesołej Anglii panował dobry król Henryk II, w sherwoodzkich borach, nieopodal miasta Nottingham, żył sławny rozbójnik imieniem Robin Hood. Nie było na świecie tak znakomitego łucznika jak on ani nie było nigdy tak uciesznej kompanii jak jego stu czterdziestu kamratów, którzy wraz z nim buszowali po leśnych ostępach. Żyli sobie wesoło w sherwoodzkich borach, bez trosk i niedostatków, zabawiając się urządzaniem zawodów łuczniczych albo szermierczych pojedynków na kije, żywiąc się królewską dziczyzną, tęgo popijaną październikowym piwem.

Nie tylko sam Robin Hood, ale i wszyscy jego kamraci byli wyjęci spod prawa i trzymali się z dala od ludzi, a jednak prości mieszkańcy okolic kochali ich, gdyż kto tylko w potrzebie zwrócił się do wesołego Robina o pomoc, nie odchodził nigdy z pustymi rękami.

A teraz opowiem wam, jak to się stało, że Robin Hood popełnił przestępstwo, za co ścigany był przez prawo.

Gdy Robin Hood wyrósł na osiemnastoletniego młodzieńca, o krzepkich mięśniach i dzielnym sercu, szeryf Nottinghamu ogłosił zawody łucznicze, wyznaczając w nagrodę antałek piwa za najcelniejszą strzałę w całym hrabstwie Nottingham. „Wybiorę się i ja – rzekł Robin – rad bym spróbował szczęścia dla ślicznych oczu mojej dziewczyny i antałka dobrej październikówki”. Wstał więc, wziął swój tęgi, cisowy łuk, z tuzin albo i więcej wysmukłych strzał i wyruszył do Nottinghamu z miasta Locksley przez sherwoodzkie bory.

Był radosny, majowy poranek, gdy żywopłoty się zielenią, a łąki toną w kwiatach; gdy różnobarwne stokrotki i żółte pąki rzeżuchy, i śliczne pierwiosnki sypią się wzdłuż ciernistych głogów; gdy kwitną jabłonie i ptaki słodko śpiewają, skowronek o brzasku, drozd i kukułka; gdy chłopcy i dziewczęta spozierają na siebie z myślą słodką; gdy skrzętne gospodynie rozpościerają płótna na soczystej trawie, by je słońce wybieliło. Szedł przez cudny las, wśród rozmigotanych liści ptaki śpiewały pełną piersią i rozweselony Robin pogwizdywał sobie, idąc tak i myśląc o jasnych oczach Marianny, bo o takiej porze myśli chłopięce chętnie uciekają do ukochanej dziewczyny.

Kiedy tak szedł szparkim krokiem, pogwizdując beztrosko, natknął się niespodzianie na grupę leśniczych siedzących pod ogromnym dębem. Było ich piętnastu, zabawiali się, ucztując i pijąc. Obsiedli kręgiem olbrzymi pasztet, którym każdy się raczył pełną garścią i popijał spienionym piwem, czerpiąc je wielkimi rogami ze stojącej obok baryłki. Ubrani w strój leśniczych z jasnozielonego sukna, pięknie się prezentowali, siedząc tak na murawie pod rozłożystym, wspaniałym drzewem. Któryś z nich, z pełnymi ustami, zawołał do Robina:

– Hej, dokąd to idziesz, chłopaczku, z łukiem za dwa grosze i kołczanem niewartym szeląga?

Robin oburzył się, jako że chłopcy nie cierpią, aby im wytykano smarkaty wiek.

– Mój łuk i moje strzały – odparł – nie gorsze są od waszych. Co więcej, idę do miasta Nottingham na zawody łucznicze, sam szeryf je ogłosił. I będę strzelał wraz z innymi dzielnymi szlachcicami, a najlepszy otrzyma w nagrodę antałek wybornego piwa.

Na co odezwał się leśniczy ze spienionym rogiem w ręce:

– Patrzcie no go! Chłopaczku, masz mleko pod nosem, a pleciesz, że dorównasz najtęższym strzelcom z Nottinghamu? Przecież ty nawet prawdziwego łuku nie potrafisz porządnie naciągnąć.

– Założę się z wami o dwadzieścia marek – rzekł śmiało Robin – że na sto metrów trafię w każdy cel z pomocą Najjaśniejszej Panienki.

Tamci wybuchnęli śmiechem, a któryś powiedział:

– Brawo, osesku, brawo za przechwałkę! Dobrze wiesz, że nikt cię nie sprawdzi, bo nie ma tu do czego strzelać.

A inny zawołał:

– Zafunduj sobie, chłopaczku, piwo z mleczkiem.

Rozwścieczyło to Robina.

– Słuchajcie no, wy – powiedział. – Tam, na skraju polany, widzę stado jeleni, dalej niż sto metrów. Założę się o dwadzieścia marek, że upoluję najtęższego rogacza w stadzie, z przyzwoleniem Matki Najświętszej.

– Przybijam – zawołał ten, który go zaczepił. – I kładę dwadzieścia marek. Założę się, że nie ubijesz żadnej zwierzyny, choćbyś do jutra wzywał Matkę Najświętszą.

Robin wziął do ręki swój cisowy łuk, oparł go gryfem o podbicie stopy i zręcznie nałożył cięciwę; po czym osadził smukłą strzałę i podnosząc łuk, przyciągnął szare pióro do swego ucha; w jednej chwili zabrzęczała cięciwa i strzała pomknęła nad polaną, szybując jak jastrząb na północnym wietrze. Najszlachetniejszy rogacz w stadzie wspiął się rozpaczliwie i padł martwy, rosząc zieloną ścieżkę serdeczną krwią.

– Ha! – wykrzyknął Robin – jak wam się ten strzał podoba, druhu miły? Dawaj zakład. Szkoda, że nie założyłem się o trzysta funtów.

Leśniczych gniew ogarnął, a ten, który zaczepił Robina i przegrał zakład, rozeźlił się najwięcej.

– Figę dostaniesz, a nie zakład – zawołał. – I zmykaj lepiej, gdzie pieprz rośnie, bo jak mi Bóg miły, tak ci obiję gnaty, że ci się wszystkiego odechce.

– Czy ty nie wiesz – powiedział drugi – że zabiłeś królewskiego jelenia i wedle praw najjaśniejszego pana, króla Henryka, powinno ci się zgolić uszy?

– Łapać go! – zawołał trzeci.

– Wara – odezwał się czwarty – puśćmy go wolno, bo to młodzik jeszcze.

Robin Hood nie odezwał się ni słowem, tylko patrzył na leśniczych ponuro; wreszcie odwrócił się na pięcie i poszedł precz przez polanę. Ale okrutny gniew ściskał mu serce, gdyż Robin miał krew młodą, gorącą i skłonną do wrzenia.

Otóż lepiej by było dla tego, który go pierwszy zaczepił, gdyby zostawił Robina w spokoju, ale złość go poniosła, bo miał już mocno w czubie i nie mógł znieść, że taki smarkacz zakpił sobie z niego. Więc znienacka zerwał się na nogi i schwycił łuk.

– Dam ci bobu! – zawołał i ze świstem wypuścił strzałę za Robinem.

Robin powinien był dziękować Bogu, że leśniczemu od piwska we łbie się kręciło, inaczej pożegnałby się z życiem; strzała świsnęła o trzy cale od jego głowy. Robin odwrócił się, błyskawicznie napiął łuk i posłał swoją strzałę.

– Powiedziałeś, że żaden ze mnie łucznik – zakrzyknął – ale spróbuj to powtórzyć!

Grot pomknął prościutko, leśniczy z krzykiem zwalił się na ziemię i legł twarzą w trawie, z kołczana grzechocząc sypnęły się strzały, a szary bełt tkwiący w jego piersi zbroczył się krwią. Ledwie tamci ochłonęli z przerażenia, Robin znikł już w głębi boru. Kilku puściło się za nim, ale bez zbytniego zapału, gdyż bali się losu swego towarzysza. Zawrócili więc, dźwignęli ciało zabitego i ponieśli je do miasta Nottingham.

Tymczasem Robin umykał przez las. Przepadła wszelka radość i nic go już nie cieszyło, gdyż serce ściskało mu się z żalu, a na duszy legł ciężar dokonanego morderstwa.

– O, biada! – zawołał. – Przekonałeś się, niestety, jaki ze mnie strzelec, twoja żona będzie wić się z rozpaczy! Wolałbym, żebyś nie zaczepił mnie ni słowem albo żebym nigdy nie spotkał cię na swej drodze, albo żebym stracił wielki palec u prawej ręki, zanim do tego doszło! Porywczy jestem, ale boleję potem nad miarę! – Jednakże przy całym frasunku przypomniał sobie stare przysłowia: „Co się stało, to się nie odstanie” i „Nie skleisz rozbitego jajka”.

I tak to Robin musiał zamieszkać w borze, który stał się jego domem na długie lata, nigdy już nie miał zaznać szczęśliwych dni w gronie chłopców i dziewcząt z miłego miasta Locksley. Został bowiem wyjęty spod prawa nie tylko dlatego, że popełnił morderstwo, ale i z tej przyczyny, że zabijając królewskiego jelenia, dopuścił się kłusownictwa, i dwieście funtów wyznaczono za jego głowę w nagrodę dla każdego, kto przywiedzie go przed królewski sąd.

A szeryf Nottinghamu zaprzysiągł, że własnoręcznie dostarczy tego łotra, Robin Hooda, przed oblicze sprawiedliwości, i to z dwóch względów: najpierw, że sam chciał zagarnąć dwieście funtów, a po wtóre, że leśniczy, którego zabił Robin, był krewniakiem szeryfa.

Ale Robin Hood zaszył się na rok w sherwoodzkich borach i w ciągu tego czasu zgromadziło się przy nim wielu jemu podobnych banitów, wyrzuconych ze swoich społeczności za to czy owo. Jedni upolowali jelenia podczas głodowej zimy, kiedy nie było co włożyć do garnka, i zostali przyłapani przez leśniczych, ale zdołali im uciec, ratując własne uszy; innych wydziedziczono z gospodarstw, aby powiększyć łowieckie tereny króla w sherwoodzkich borach; jeszcze innych obdarł doszczętnie jakiś wielki baron albo bogaty opat, albo wielmoża – wszyscy z tej czy innej przyczyny zbiegli do Sherwoodu, aby ujść prześladowaniom i bezprawiu.

Tak więc w ciągu tego roku ze stu albo i więcej dzielnej szlachty zebrało się wokół Robin Hooda i obwołało go swym naczelnikiem i wodzem. Wnet poprzysięgli, że tak jak ich ograbiono, tak też będą grabili swoich ciemiężców, już to opatów, baronów, rycerzy czy wielmożów, i każdemu odbierać to, co tamci wymusili na biedakach przez niesprawiedliwe podatki albo dzierżawy, albo krzywdzące grzywny; ale ubogim będą zawsze spieszyć z pomocą i zwracać im to, co im bezprawnie wydarto. Ponadto przysięgli, że nigdy nie skrzywdzą dziecka ani niewiasty – panienki, zamężnej czy wdowy. Tak więc po pewnym czasie, kiedy ludzie spostrzegli, że nie grozi im od nich żadna krzywda, że pieniędzmi czy żywnością wspomagają w potrzebie niejedną zubożałą rodzinę, wówczas zaczęli wysławiać Robin Hooda i jego wesołą kompanię i opowiadać wiele historii o nim i jego czynach w sherwoodzkim borze, gdyż czuli, że jest im bratem.

Któregoś pięknego ranka, kiedy wszystkie ptaki śpiewały radośnie wśród liści, Robin wstał ze snu, a wraz z nim wstali jego weseli kompani, aby umyć się dziarsko w zimnym strumieniu, który pluskał swawolnie wśród głazów. Rzekł im Robin: „Od dwóch tygodni nie mieliśmy rozrywki, pójdę więc poszukać przygody. Ale wy, chłopcy, zostańcie wszyscy w lesie, baczcie tylko dobrze na mój sygnał. Gdy będę w potrzebie, po trzykroć zadmę w róg, wtedy czym prędzej spieszcie mi na pomoc”.

Co powiedziawszy, powędrował przez szumiące leśne polany, aż znalazł się na granicy sherwoodzkich borów. Tam wałęsał się długo tędy i owędy, po jarach i parowach na skraju lasów. To spotkał hożą dziewczynę na cienistej ścieżce i zamienił z nią żarcik; to jadącą stępa piękną damę w siodle, przed którą zamiótł kołpakiem, a ona odkłoniła się godnie miłemu młodzianowi; to ujrzał tłustego mnicha na objuczonym ośle; to wspaniałego rycerza z kopią, tarczą i w zbroi błyskającej w słońcu; to pazia odzianego na czerwono; to znów krzepkiego mieszczucha z dobrego miasta Nottingham, zdążającego naprzód statecznym krokiem; wszystko to widział, ale przygody nie napotkał żadnej. Wreszcie poszedł skrajem lasu, ścieżyną, która prowadziła w dolinę nad szeroki, żwirowaty strumień do wąziutkiego mostku z jednej belki. Schodząc nad wodę, Robin zauważył, że jakiś drągal zbliża się do mostku z przeciwnej strony. Robin od razu przyśpieszył kroku, a nieznajomy uczynił to samo; każdy chciał przejść pierwszy.

– Nie pchajcie no się – zawołał Robin – puśćcie najpierw tego, który lepszy.

– W takim razie sam się nie pchaj – odparł nieznajomy – bo widzi mi się, że to ja jestem lepszy.

– To się zaraz okaże – rzekł Robin. – Spróbuj tylko ruszyć się z miejsca. Klnę się na głowę świętej Elfridy, że pokażę ci, jak się w Nottinghamie tańczy ze strzałą pod piątym żebrem.

– A ja ci wygarbuję skórę na tyle odcieni, ile ma żebracza opończa – odparł nieznajomy – jeśli tylko dotkniesz się cięciwy tego łuku, który trzymasz w ręce.

– Gadasz jak osioł – rzekł Robin – bo mogę ci przedziurawić ślicznie zadufane serduszko, zanim mnich moczymorda zdąży odmówić dziękczynienie nad pieczoną gęsią na świętego Michała.

– A ty gadasz jak tchórz – odparł nieznajomy – bo trzymasz w garści dobry cisowy łuk, ja zaś nie mam nic prócz zwykłej pałki, żeby się z tobą zmierzyć.

– Ha! – zakrzyknął Robin – na mą cześć, nikt mnie jeszcze nie wyzwał od tchórzów. Odłożę mój wierny łuk i strzały, i jeśli ośmielisz się na mnie zaczekać, pójdę i wytnę tęgą pałę, i zobaczymy, co z ciebie za mężczyzna.

– Ohoho. Zaczekam, zaczekam, i to z chęcią – rzekł nieznajomy, po czym wsparł się krzepko o swoją pałkę.

Robin skoczył w zarośla i wyciął dobrą pałkę z młodego dębczaka, prostą, bez sęków, długą na sześć łokci, i wrócił, obciosując gałązki, podczas gdy nieznajomy wsparty na kiju czekał na niego, pogwizdując sobie i rozglądając się wokół. Robin sposobiąc pałkę, przyglądał mu się bacznie kątem oka, mierząc go od stóp do głów, i myślał, że nigdy jeszcze nie widział tak krzepkiego i potężnego chłopa. Robin był wysoki, ale nieznajomy przerastał go o głowę, miał ponad dwa metry wzrostu. Robin był tęgi w barach, ale nieznajomy tęższy co najmniej o dwie dłonie, a w pasie gruby na łokieć.

„A jednak – powiedział sobie Robin – z radością policzę ci gnaty, druhu miły”, po czym głośno rzucił:

– Hej, oto moja pała, tęga i mocna. Zastąp mi drogę, jeśli śmiesz, i zmierz się ze mną, jeśli się nie boisz. Zobaczymy, kto pierwszy wykopyrtnie się do wody.

– W to mi graj! – zawołał nieznajomy i zakręcił kijem takiego młynka nad głową, aż zaświszczało.

Nawet rycerze Okrągłego Stołu nie stoczyli nigdy zaciętszej walki jak ci dwaj. W jednej chwili Robin wskoczył na kładkę, na której stał nieznajomy. Najpierw zafuszerował, a potem wymierzył taki cios w głowę, że gdyby doszedł do celu, tamten piorunem wylądowałby w strumieniu, lecz przeciwnik zgrabnie sparował cios i oddał mu nie gorzej, ale i Robin Hood zdążył sparować. Z dobrą godzinę walczyli, nie cofając się o cal, wiele ciosów padło z obu stron, tu i ówdzie pojawiły się już sińce i guzy, a żaden z walczących ani myślał zawołać: „Dość”, ani nie kwapił się spaść z kładki. Co pewien czas dla odpoczynku przerywali pojedynek i jeden myślał o drugim, że w życiu nie spotkał takiego mistrza w fechtunku na kije. Wreszcie Robin trafił tamtego w bok, aż mu kurtka zakurzyła jak wilgotna strzecha na słońcu. Cios był tak potężny, że przeciwnik o mały włos nie zwalił się z kładki, ale błyskawicznie odzyskał równowagę i z prawicy wyrżnął Robina w łeb, aż krew poszła. Robin rozwścieczył się do białej gorączki i świsnął pałką z całych sił, ale tamten odparł cios i znowu grzmotnął Robina tak pięknie, że Robin na łeb i szyję zwalił się do wody, tak jak królowa w grze w kręgle.

– No i gdzieś się podział, mój chłopcze? – zawołał nieznajomy, śmiejąc się do rozpuku.

– A płynę sobie z prądem – odkrzyknął Robin, chichocząc z własnej biedy.

Odzyskawszy grunt pod nogami, zaczął brodzić do brzegu, płosząc pluskaniem przerażone i umykające na wsze strony rybki.

– Podaj mi rękę – zawołał, kiedy doszedł do brzegu. – Muszę przyznać, że z ciebie dzielny chłop i pałkę nosisz nie od parady. Tak mi przyłożyłeś, że w głowie mi szumi jak w ulu.

Po czym przycisnął do ust swój róg i zagrał sygnał, który rozpłynął się echem po leśnych ostępach.

– Dalibóg – odezwał się znowu – chłop z ciebie jak świeca, no i dzielny na dodatek. Wątpię, żeby stąd do Canterbury znalazł się ktoś, kto by mnie tak potrafił urządzić.

– A ty – odparł, śmiejąc się, nieznajomy – mimo że cię obiłem, zachowujesz się jak prawdziwy chwat.

Ale oto zaszeleściły zarośla i raptem dwa tuziny tęgich zabijaków w zielonym odzieniu wypadło z gęstwiny z wesołym Willem Stutely’em na czele.

– Cóż to, wodzu? – zawołał Will. – Mokry jesteś od stóp do głów, suchej nitki nie widzę na tobie.

– W rzeczy samej – odparł Robin – to ten osiłek zwalił mnie do wody na złamanie karku i jeszcze wyłoił mi skórę.

– To my mu dopiero sprawimy łaźnię! – krzyknął Will Stutely. – Brać go, chłopcy!

Rzucili się na niego hurmem, ale on bronił się, zadając tęgie ciosy pałką, i choć uległ przewadze, niejednemu nabił guza, zanim go pokonali.

– Dość, zabraniam! – zawołał Robin, śmiejąc się, aż go znów zabolały obite boki. – To naprawdę dobry człek i prawy, nie wolno mu robić krzywdy. Słuchaj no, bracie, nie chciałbyś zostać ze mną i przyłączyć się do mojej bandy? Dostaniesz co roku trzy nowe ubrania z zielonego sukna, czterdzieści marek zapłaty i będziesz dzielił z nami wszystko, co Bóg da. Zajadał smakowitą sarninę i pił najmocniejsze piwo. Naznaczę cię swoim zastępcą, bo nigdy w życiu nie widziałem takiego mistrza w walce na pałki. Mów, przystaniesz do mojej wesołej kompanii?

– Tego to ja nie wiem – odparł opryskliwie nieznajomy, zły, że go tak poturbowano. – Jeśli tak samo radzisz sobie z łukiem jak z dębową pałką, to niewart jesteś, aby cię nazwać szlachcicem. Ale jeśli ktoś z was potrafi strzelić celniej ode mnie, to wtedy się zastanowię, czyby do was nie przystać.

– Jak Boga kocham – powiedział Robin – zuchwały z ciebie łotrzyk, mospanie. Ale ugnę się przed tobą jak przed nikim jeszcze. Stutely, bracie, skocz no, wytnij ładny kawałek białej kory na jakieś cztery palce i przytwierdź go z osiemdziesiąt metrów stąd, o, na tamtym dębie. No, chojraku, poceluj w to ślicznie, skoroś taki łucznik.

– A z chęcią – odparł nieznajomy. – Dajcie mi mocny łuk i dobrą strzałę, jak nie poceluję, to możecie ściągnąć mi łachy i osmagać na goło cięciwami.

Po czym wybrał najmocniejszy łuk po łuku Robina i smukłą strzałę, dobrze opierzoną i gładką, i biorąc cel – podczas gdy tamci rozłożeni na murawie obserwowali go bacznie – napiął łuk i wypuścił strzałę tak zgrabnie, że trafiła prościutko w sam środek białego wycinka z kory.

– Aha! – zawołał – popraw, jeśli potrafisz.

Nawet chłopcy Robin Hooda nagrodzili go oklaskami.

– Sprytny strzał, rzeczywiście – przyznał Robin – poprawić go nie mogę, ale zepsuć może mi się uda.

Biorąc swój wypróbowany łuk i mierząc jak najuważniej, strzelił z niezrównanym kunsztem. Strzała śmignęła prosto, jej grot trafił w samą nasadę strzały tamtego tak silnie, że rozszczepił ją na drzazgi. Leśni ludzie zerwali się, krzycząc z radości, że ich wódz tak się wspaniale popisał.

– O, na cisowy łuk świętego Witholda – zawołał nieznajomy – to dopiero strzał, w życiu czegoś takiego nie widziałem! Zostaję, druhu, z tobą, i to na dobre. Adam Bell to był łucznik, ale nawet on tego nie potrafił!

– No, to zyskałem dziś prawdziwego chwata – powiedział wesoły Robin. – A jakże się zwiesz, bracie?

– W moich stronach zwą mnie John Mały – odparł tamten.

Na co odezwał się Will Stutely, który lubił dobre żarty:

– Nie, maleństwo kochane – rzekł – nie podoba mi się twoje imię i z chęcią bym je przeinaczył. Mały jesteś zaiste, taki drobniutki i cherlawy, a zatem nadajemy ci imię Mały John, a ja będę twym ojcem chrzestnym.

Wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem, aż tamten się obruszył.

– Jeśli kpisz sobie ze mnie – zwrócił się do Willa – to zaraz tego gorzko pożałujesz.

– Nie, przyjacielu – powiedział Robin Hood – porzuć gniew, bo to imię pasuje do ciebie jak ulał. Małym Johnem odtąd będziemy cię zwać i niech tak pozostanie. Jazda, chłopcy, idźmy przygotować chrzciny na cześć naszego noworodka.

Ruszając precz od strumienia, zanurzyli się w las i szli nim długo, aż dotarli do swego obozowiska w głębi borów. Stały tam szałasy z gałęzi i kory, zaopatrzone w legowiska z wonnego sitowia i płowych skór. Pośrodku wznosił się ogromny, rozłożysty dąb, pod którym na tronie z zielonego mchu w czasie uczt i zabaw siadywał Robin w otoczeniu swoich towarzyszy. Spotkali tu resztę drużyny, niektórzy właśnie powrócili z łowów, dźwigając tłuste łanie. Wspólnie rozniecili wielkie ogniska, upiekli zwierzynę na rożnie i odszpuntowali beczkę musującego piwa. Kiedy uczta była gotowa, zasiedli do niej, a Robin posadził Małego Johna po swej prawicy, gdyż odtąd miał on być pierwszym po wodzu.

Po skończonej uczcie odezwał się Will Stutely:

– Widzi mi się, że czas ochrzcić nasze drogie dziecię, co wy na to, chłopcy?

– Tak! Tak! – zawołali zgodnie, śmiejąc się, aż bór huczał od ich wesołości.

– Przyda się z siedmioro rodziców chrzestnych – powiedział Will Stutely, wyłapując z gromady najtęższych zabijaków.

– O, na świętego Dunstana – krzyknął Mały John, zrywając się z miejsca – niejeden z was gorzko pożałuje, jak mnie tylko dotknie palcem.

Ale tamci bez słowa rzucili się na niego, schwycili go za nogi i za ramiona, choć się wyrywał, i trzymając go mocno, dźwignęli w górę, a inni otoczyli ich kołem, ciekawi zabawy. Wtedy wystąpił ten, którego wybrano na księdza, bo był łysy jak kolano; dzierżył w ręce spieniony kufel piwa.

– Kto trzyma to dziecię do chrztu? – zapytał z całą powagą.

– Ja, ojcze wielebny – odparł Will Stutely.

– A jakim imieniem go zwiesz?

– Zwę go Mały John.

– Otóż, Mały Johnie – powiedział niby-ksiądz – do tej pory nie żyłeś wcale, tylko pałętałeś się po świecie, ale od tej chwili żyć będziesz naprawdę. Kiedy nie żyłeś, zwano cię John Mały, ale teraz, kiedy żyjesz naprawdę, zwać się będziesz Mały John, chrzczę cię przeto. – Z tymi słowy wylał kufel na głowę Małego Johna. Wybuchnęli gromkim śmiechem, widząc, jak brunatne piwo ścieka mu po brodzie, kapie z nosa, szczypie w oczy, którymi mrugał rozpaczliwie. Z początku chciał się rozgniewać, ale inni tak się świetnie bawili, że i on roześmiał się z nimi. Robin wziął to słodkie dziecię, odział je od stóp do głów w zielone sukno, wręczył mu dobry, mocny łuk i tak przyjął go na kamrata do swojej wesołej bandy.

Tak to się stało, że Robin Hood został wyjęty spod prawa; tak to zebrała się jego wesoła kompania i tak to zdobył sobie przyjaciela i zastępcę, Małego Johna; i na tym kończy się prolog. A teraz opowiem, jak szeryf Nottinghamu po trzykroć usiłował schwytać Robin Hooda i ani razu mu się nie udało.

CZĘŚĆ PIERWSZA,

która opowiada o tym, jak szeryf Nottinghamu poprzysiągł rozprawić się z Robin Hoodem i po trzykroć próbował, a za każdym razem został wystrychnięty na dudka.

I. Robin Hood i kotlarz

Wspominaliśmy już, że za głowę Robin Hooda wyznaczono dwieście funtów nagrody, a szeryf Nottinghamu przysiągł, że własnoręcznie pojmie Robina, bo sam miał chrapkę na pieniądze i chciał się zemścić za śmierć swego krewniaka. Otóż szeryf nie wiedział jeszcze, jaką siłę ma przy sobie Robin w sherwoodzkich borach, i myślał, że wystarczy wydać nakaz aresztowania, tak jak na każdego zwykłego przestępcę. Obiecywał przeto czterdzieści złotych dukatów temu, kto przedstawi Robinowi ów nakaz. Ale mieszkańcy Nottinghamu wiedzieli o Robin Hoodzie i jego czynach więcej niż szeryf i śmiali się w kułak na samą myśl o doręczeniu nakazu dzielnemu banicie, zdając sobie sprawę, że mogą na tym zarobić tylko potężnego guza; więc też nikt się do tego nie kwapił. Przeszły ze dwa tygodnie, a żywa dusza nie zgłosiła się na ochotnika. Zdumiał się szeryf i powiedział:

– Nielichą nagrodę obiecałem każdemu, kto doręczy mój nakaz Robin Hoodowi, i dziwię się, że nikt nie zgłosił się do tej pory.

Na co jeden z jego ludzi, który był w pobliżu, powiedział:

– Łaskawy panie, nie wiesz, jaką siłę Robin Hood ma przy sobie i jak mało go obchodzi werdykt króla czy szeryfa. Zaprawdę, nikt nie ma ochoty podjąć się tego zadania ze strachu o własną skórę.

– Więc wszyscy nottinghamczycy to tchórze! – powiedział szeryf. – I niech mi ktoś w całym hrabstwie Nottingham ośmieli się nie usłuchać werdyktu miłościwie nam panującego króla Henryka, a na bazylikę świętego Edmunda, powieszę takiego na najwyższej sośnie! Ale jeśli nikt w Nottinghamie nie ma odwagi zdobyć czterdziestu dukatów, to poszukamy gdzie indziej, bo przecież są odważni ludzie w tym kraju.

Wezwał zaufanego posłańca, kazał mu osiodłać konia, wybrać się do miasta Lincoln i zobaczyć, czy znajdzie się ktoś, kto nie stchórzy i zdobędzie nagrodę. Tak więc tego samego ranka posłaniec wyruszył ze swoją misją.

Jaskrawe słońce prażyło na trakcie, który wiódł z Nottinghamu do miasta Lincoln, ciągnąc się wypłowiałą wstęgą przez góry i doły. Na gościńcu było pełno kurzu i posłaniec nałykał go się dosyć, więc serce w nim z radości podskoczyło, gdy ujrzał przed sobą szyld oberży „Pod Błękitnym Dzikiem”, a zrobił już więcej niż połowę drogi. Gospoda przypadła mu do gustu, rosnące wokół dęby rzucały tak chłodny i przyjemny cień, że zsiadł z konia, aby chwilę odpocząć, i zawołał o garniec piwa dla przepłukania gardła.

Ujrzał tam rozbawioną kompanię siedzącą pod rozłożystym dębem, który ocieniał warzywne grzędy przed gospodą. Był wśród nich kotlarz, dwóch bosonogich mnichów i sześciu królewskich leśniczych odzianych w stroje z zielonego sukna; popijali wszyscy musujące piwo i śpiewali wesołe ballady z dawnych, dobrych czasów. Leśniczy śmiali się głośno, dogadując sobie nawzajem – jeszcze głośniej śmiali się braciszkowie, bo byli to krzepcy ludzie z brodami kędzierzawymi jak czarne barany, ale najgłośniej śmiał się kotlarz i śpiewał z nich wszystkich najładniej. Torba jego i młot wisiały na dębowym sęku, obok stała wsparta o pień maczuga, gruba jak pięść.

– Chodźcie – zawołał jeden z leśniczych do znużonego posłańca – wypijcie z nami jedną kolejkę. Hej, gospodarzu, jeszcze raz po pełnym garncu dla każdego.

Posłaniec całkiem chętnie przysiadł się do nich, gdyż czuł zmęczenie w kościach, a piwo było przednie.

– Cóż to za wieści niesiecie? – zagadnął jeden z biesiadników. – I dokąd wam tak spieszno?

Posłaniec był człekiem gadatliwym i lubił sobie poplotkować, a garniec piwa nastroił go serdecznie; usadowił się więc wygodnie na ławie – podczas gdy gospodarz oparł się o framugę drzwi, a gospodyni stała z rękami założonymi pod fartuchem – i wyłożył swój zapas wieści z wielką satysfakcją. Opowiedział wszystko od samego początku: jak Robin Hood zabił leśniczego i ukrył się w borach, aby ujść przed prawem; jak żył sobie w lesie, gardząc wszelkimi zakazami, Bóg świadkiem, polując na królewskie jelenie i pobierając myto od tłustych opatów, rycerzy i wielmożów, tak że nikt nie odważy się podróżować nawet szerokim traktem Watling ani przez Fosse Way ze strachu przed nim; o tym, jak szeryf, niech Bóg ma go w swojej opiece, pan łaskawy, który jemu, posłańcowi, wypłaca co sobotę sześć pensów bitą królewską monetą, nie licząc baryłki piwa na świętego Michała i tłustej gęsi na Boże Narodzenie, postanowił w imieniu króla wydać nakaz aresztowania na tego łotra, choć tamten gwiżdże sobie na słowo króla czy szeryfa, bo daleko mu do tego, aby być człekiem prawomyślnym. Z kolei opowiedział, że nikt w całym mieście Nottingham nie podjął się doręczenia tego nakazu ze strachu o własną skórę i jak to on, posłaniec, jedzie właśnie do Lincolnu zobaczyć, co są warci tamtejsi mężczyźni, i czy znajdzie się ktoś, kto ośmieli się doręczyć onże nakaz; no i że nie siedział jeszcze w tak znakomitej kompanii i w życiu nie próbował tak dobrego piwa.

Słuchali go z otwartymi ustami, bo była to dla nich wyśmienita gadka. A kiedy skończył, odezwał się rubaszny kotlarz.

– Wszak pochodzę z zacnego miasta Banbury – rzekł – i nikt z Nottinghamu – ani z samego Sherwoodu, jeśli o to chodzi – nie sprosta mi w walce na pałki. Baczcie no, chłopcy, czyż nie spotkałem się z tym zwariowanym samochwałą, Szymonem z Ely, i to na sławnym jarmarku w Hertfordzie, gdzie pokonałem go na oczach sir Roberta z Leslie i jego małżonki? Tenże sam Robin Hood, o którym – co tu gadać – pierwszy raz słyszę, to niczego sobie zabijaka, a jeśli tak silny, to czyż jam nie silniejszy? A jeśli sprytny, to czyż mnie brak sprytu? O, na cudne oczy Kasi z Młyna i na me własne imię, jakem Wat Maczuga, i na syna mej matki, to znaczy na siebie, klnę się, żem gotów jest, ja sam, Wat Maczuga, w pojedynkę spotkać tego zatwardziałego łotra, i jeśli nie uszanuje pieczęci miłościwie nam panującego króla Henryka i nakazu zacnego szeryfa hrabstwa Nottingham, to tak mu poharatam, ponabijam i rozkwaszę łepetynę, że więcej małym palcem nie poruszy! Słyszeliście, chłopaki? No to wypijmy se jeszcze po dzbanie.

– Znalazłem was w korcu maku – zawołał posłaniec. – Natychmiast jedziecie ze mną do Nottinghamu.

– Co to, to nie – powiedział kotlarz, powoli kręcąc głową. – Z nikim nie pojadę, chyba że sam zechcę.

– Ma się rozumieć – powiedział posłaniec. – W całym hrabstwie Nottingham nie ma takiego, kto by mógł cię do czegoś zmusić, dzielny człeku.

– Obym był dzielny – rzekł kotlarz.

– Wszak jesteś, jesteś dzielny – powiedział posłaniec. – Tylko że nasz dobry szeryf obiecał czterdzieści szczerozłotych dukatów każdemu, kto doręczy Robin Hoodowi nakaz aresztowania, choć to i tak na niewiele się zda.

– W takim razie pójdę z tobą, brachu. Poczekaj, tylko wezmę torbę, młot i pałkę. Niech jeno spotkam tego tam Robin Hooda, a zobaczymy, czy nie posłucha królewskiego nakazu.

Tak więc zapłaciwszy swoją część, posłaniec z kotlarzem kroczącym u strzemienia wyruszyli z powrotem do Nottinghamu.

Jakiś czas potem, któregoś pięknego ranka Robin Hood wyruszył do Nottinghamu, aby się dowiedzieć, co słychać w mieście. Szedł sobie wesoło brzegiem gościńca, po murawie pełnej stokrotek, rozglądając się i myśląc o tym i owym. Róg kołysał mu się na biodrze, łuk i kołczan przewiesił przez plecy, a w ręce niósł tęgi dębowy kij, którym, idąc, wywijał młynka.

Zapuszczając się w ocieniony parów, ujrzał jakiegoś kotlarza, który zbliżał się z naprzeciwka, wyśpiewując wesołą piosenkę. Na plecach miał torbę i młot, w garści nielichą maczugę, a śpiewał sobie tak:

Gdy strąki grochu pękają – a róg

Głosi ogarom, że zaczęte łowy –

Gdy mali chłopcy nad brzegami strug

Pasą owieczki i łaciate krowy…

– Witaj, przyjacielu! – zawołał Robin.

Ja sobie zbieram czerwone poziomki

– Witaj! – powtórzył Robin.

W leśnym parowie wśród miękkiego mchu.

– Hej, czyś ty głuchy, człeku! Przyjacielu – wołam!

– A ktoś ty taki, że śmiesz przerywać ładną śpiewkę? – rzekł kotlarz, urywając pieśń. – Sam witaj, jak cię tam zwać, czyś przyjaciel, czy nie. Ale powiadam ci z góry, mój drabie, jeśliś jest przyjacielem, to chwała nam obu, a jeśli nie, to marny twój los.

– Bądźmy przyjaciółmi – rzekł swawolny Robin – bo marnie, jeśli marnie, a marniej, jeśli twoja pała nie obróci się na marne, więc bądźmy przyjaciółmi.

– Zgoda – powiedział kotlarz. – Ale, młody przyjacielu, tak gibko obracasz językiem, że nadążyć za tobą nie sposób z takim ciężkim pomyślunkiem jak mój, a mówże prościej, jeśli łaska, bo ze mnie prosty człek, słowo daję.

– A skądże ty pochodzisz, tęgi chwacie? – zagadnął Robin.

– Z Banbury – odparł kotlarz.

– O, na Boga! – rzekł Robin. – Złe wieści doszły mnie dziś rano.

– Ha, co ty powiesz! – zawołał skwapliwie kotlarz. – A dyć gadaj szybko. Jako widzisz, jestem kotlarz, a w moim fachu człek się robi łasy na wieści niczym katabas na szelągi.

– No to słuchaj, co ci powiem – rzekł Robin – ale trzymaj się dzielnie, bo wieści są paskudne, bracie. Doszło do moich uszu, że dwaj kotlarze siedzą w dybach za picie miodu i piwa!

– A niech cię zaraza zeżre, ciebie i twoje wieści, ty parszywy psie – zawołał kotlarz – bo źle się wyrażasz o dobrych ludziach. Ale to naprawdę smutna wiadomość, kiedy dwóch siedzi w dybach.

– Nie, bracie – powiedział Robin – mylisz się, słyszałeś dzwon, ale nie wiesz, gdzie on. Wiadomość jest smutna, bo tylko dwóch siedzi w dybach, a reszta swobodnie szwenda się po kraju.

– O, na cynowy półmisek świętego Dunstana – zawołał kotlarz – mam wielką ochotę policzyć ci gnaty za ten podły żart. Ale jeśli ludzi pakują w dyby za picie miodu i piwa, to liczę, że i ciebie ta przyjemność nie ominie.

Zaśmiał się Robin szeroko i zawołał:

– Brawo, kotlarzu, brawo! Ależ twój dowcip jest jak piwo, zaczyna się pienić, kiedy dobrze ścierpnie. Chodźże więc ze mną prościuteńko „Pod Błękitnego Dzika” i jak potrafisz tyle wypić, na ile wyglądasz, a głowę dam, że mnie nie zawiedziesz, to przygotuj gardło na taki napitek, że lepszego nie ma w całym szerokim hrabstwie Nottingham.

– O, jak Boga kocham – powiedział kotlarz – dobry z ciebie chłop mimo parszywego języka. Przypadłeś mi do serca, kochasiu, jeśli zaraz nie pójdę z tobą „Pod Błękitnego Dzika”, możesz mnie zwać śmierdzącym poganinem.

– Opowiedz mi, co w świecie słychać, przyjacielu – rzekł Robin, kiedy tak wędrowali razem. – Kotlarze, moim zdaniem, są tak naszpikowani wiadomościami jak prosię farszem.

– Masz szczęście, że pokochałem cię jak brata, mój ty zuchu – rzekł kotlarz – inaczej nic bym ci nie opowiedział. Bo przebiegły jestem, człeku, i czeka mnie tak poważne zadanie, że wytężyć muszę cały dowcip. Idę właśnie na poszukiwanie śmiałego rozbójnika, którego tutejsi ludzie zwą Robin Hoodem. W sakwie mam nakaz aresztowania, słowo daję, pięknie wypisany na pergaminie i z wielką czerwoną pieczęcią na znak, że jest prawomocny. Gdyby mi się tylko udało spotkać tego Robin Hooda, położę na nim areszt, a jakby nie posłuchał, to spiorę go tak, aż wszystkie jego żebra zaczną wrzeszczeć: „Amen”. Ale ty mieszkasz w tych stronach, może znasz go osobiście, przyjacielu?

– A owszem, znam go trochę – rzekł Robin. – Widziałem go nawet dzisiaj. Ale ludziska powiadają, kotlarzu, że z niego zwykły zbój, ponury i chytry. Lepiej pilnuj swego nakazu, człeku, bo jeszcze ci go ukradnie z twojej własnej sakwy.

– Niech tylko spróbuje! – krzyknął kotlarz. – Może on i chytry, ale jam też nie w ciemię bity. Niechbym go spotkał oko w oko! – i potrząsnął swoją maczugą. – Ale jak on wygląda, chłopcze?

– Do mnie podobny – zaśmiał się Robin – z wzrostu i postawy, a wiekiem prawie mój rówieśnik i oczy ma też niebieskie jak moje.

– E, tam – powiedział kotlarz – z ciebie jeszcze całkiem młody chłopak. Wyobrażam sobie, że to tęgi i brodaty człek, nottinghamczycy tak się go boją.

– Pewno, że jest młodszy od was i nie taki postawny – powiedział Robin. – Ale powiadają, że umie nieźle młócić pałką.

– Możliwe – odparł śmiało kotlarz – ale ja lepiej potrafię, czyż nie pokonałem Szymona z Ely na jarmarku w Hertfordzie? Ale jeśli znasz go, mój ty zuchu, może poszedłbyś i zaprowadził mnie do niego? Czterdzieści szczerozłotych dukatów obiecał mi szeryf, jeśli położę areszt na tym łotrzyku, dziesięć będzie dla ciebie, jak mi go wskażesz.

– Dobrze, zgoda – rzekł Robin. – Ale pokaż mi ten glejt, człeku, żebym zobaczył, czy coś wart, czy nie.

– O, tego nie pokażę nawet rodzonemu bratu – odparł kotlarz. – Nikt mego glejtu nie zobaczy, póki go nie przywalę tamtemu na amen.

– Niech ci będzie – rzekł Robin. – Chociaż jeśli nie mnie, to sam nie wiem, komu go pokażesz. Ale oto i oberża „Pod Błękitnym Dzikiem”, wejdźmy i skosztujmy wybornej październikówki.

Przyjemniejszej gospody niż ta nie znalazłoby się w całym hrabstwie Nottingham. Żadnej nie otaczały takie piękne drzewa ani nie oplatał tak gęsto wonny powój; w żadnej nie było tak dobrego piwa ani tak musującego miodu; a w zimie, kiedy wył północny wiatr i zamieć hulała wśród żywopłotów, nigdzie nie znalazło się tak buzującego ognia na kominie jak w „Błękitnym Dziku”. O takiej porze nieraz zbierała się zacna kompania szlachty czy kmieci, zasiadali przy trzaskającym ogniu, dogadując sobie wesoło, kiedy pieczone jabłuszka bulgotały w garncach piwa na kominie. Robin Hood i jego banda świetnie znali tę oberżę, bo tam właśnie zbierali się gromadnie, z Małym Johnem, Willem Stutely’em albo młodym Dawidem z Doncasteru, kiedy cały las tonął w śniegu. Co do oberżysty, ten umiał trzymać język za zębami, bo wiedział aż za dobrze, z czego chleb je, gdyż Robin i jego banda byli najlepszymi klientami, nie pili na kredyt, tylko płacili zawsze żywą gotówką. Toteż kiedy Robin Hood i kotlarz weszli do gospody i zawołali głośno o dwa garnce piwa, nikt by nie poznał po oberżyście, że kiedykolwiek widział rozbójnika na oczy.

– Poczekaj tu chwilkę – zwrócił się Robin do kotlarza – pójdę dopilnować, żeby nasz gospodarz utoczył nam piwa z właściwej beczki, bo ma przednią październikówkę, dobrze wiem, i to warzoną przez samego Witholda z Tamworth.

To rzekłszy, poszedł do komory i szepnął oberżyście, żeby zaprawił piwo flamandzką gorzałką. Tamten to zrobił i przyniósł im dwa garnce.

– Jak Boga kocham – odezwał się kotlarz, pociągnąwszy sobie setnie – ten ci Withold z Tamworth… piękne saskie imię, żebyście wiedzieli… warzy takie piwo, jakiego jeszcze nigdy nie miał w ustach sam Wat Maczuga.

– Pij, człeku, pij – wołał Robin, sam ledwie maczając usta. – Hej, gospodarzu, przynieście mojemu przyjacielowi jeszcze garniec tego samego. Czekamy na śpiewkę, wesoły druhu.

– A zaśpiewam ci, miły bracie, zaśpiewam – rzekł kotlarz. – Odkąd żyję, nie kosztowałem takiego piwa. Jak Bozię kocham, jeszcze mi szumi w głowie! Przybliżcie się, pani gospodyni, jeśli chcecie posłuchać, a i ty dzieweczko miła, bo najlepiej mi się śpiewa, jak tylko spojrzą na mnie śliczne oczęta.

Zaintonował starą balladę z czasów dobrego króla Artura, zwaną Ślub sir Gawaine’a, a kiedy śpiewał, wszyscy słuchali tej wspaniałej opowieści o szlachetnym rycerzu i jego poświęceniu dla monarchy. Ale zanim doszedł do ostatniej zwrotki, w głowie mu zaszumiało i język zaczął mu się plątać od gorzałki zmieszanej z piwem. Bełkotał, mamrotał, głowa zaczęła mu się kiwać, aż zasnął tak twardo, jakby miał się nigdy nie obudzić.

Wtedy Robin Hood zaśmiał się gromko i zwinnymi palcami wysupłał szybko z sakwy kotlarza nakaz aresztowania.

– Sprytnyś, bo sprytny, kotlarzu – mruknął przy tym – ale nie tak sprytny jak ten przebiegły zbój, Robin Hood.

Przywołał oberżystę i rzekł mu:

– Masz tu dziesięć szylingów, poczciwy człeku, za pyszną zabawę, jaką nam tu zgotowałeś. A zaopiekuj się dobrze swoim miłym gościem. Kiedy się obudzi, zażądaj i od niego dziesięciu szylingów, a jak nie będzie miał, to za zapłatę możesz mu wziąć torbę, młot i kapotę nawet. Tak karzę tych, którzy ośmielają się ze mną zadzierać. A co do ciebie, bracie, to jeszcze nie znałem oberżysty, który by nie policzył dwa razy tyle, jeśli tylko nadarza się sposobność.

Gospodarz uśmiechnął się na to przebiegle, jakby powtarzał sobie w duchu stare porzekadło: „Uczysz srokę wypijać jajka”.

Kotlarz spał przez całe popołudnie. A kiedy się obudził, długie cienie kładły się już pod borem. Łypnął okiem, spojrzał na niebo, spojrzał w ziemię, spojrzał na wschód i na zachód, zanim się wreszcie opamiętał. Najpierw przyszedł mu na myśl wesoły kompan, który gdzieś znikł. Potem maczuga, która stała pod ręką. Potem glejt i czterdzieści dukatów za aresztowanie Robin Hooda. Sięgnął do sakwy i nie znalazł ani papierka, ni szeląga. Rozwścieczony zerwał się na nogi.

– Hej, gospodarzu! – krzyknął. – Gdzie się podział ten łotr, który był tu ze mną przed chwilą?

– O jakim łotrze wasza łaskawość wspomina? – powiedział oberżysta, schlebiając mu tym tytułem, aby go ugłaskać. – Nie widziałem w waszym towarzystwie żadnego łotra, wasza łaskawość, klnę się, że nikt nie ośmieliłby się w pobliżu sherwoodzkich borów nazwać tego człeka łotrem. Prawego i dzielnego szlachcica widziałem z waszą łaskawością, ale myślałem, że wasza łaskawość go zna, bo przecie wszyscy go tu znają.

– Jakim sposobem, skoro nie zaglądam do twego chlewu, mam znać każdą świnię? Co to za jeden, jeśli go tak dobrze znasz?

– Jakże? Przecież to zacny chłop, którego ludziska zwą Robin Hoodem, tenże sam…

– Na Boga! – ryknął kotlarz grubym głosem jak rozsierdzony byk – to ty widziałeś, że wchodzę z nim do twojej oberży, ja, solidny, uczciwy rzemieślnik, i nie ostrzegłeś mnie przed nim, choć wiesz, kto to taki! O, ręka mnie świerzbi, żeby ci rozkwasić tę szelmowską łepetynę! – porwał maczugę i spojrzał na oberżystę, jakby go chciał zabić na miejscu.

– Nie! – krzyknął oberżysta, osłaniając się ręką, gdyż bał się ciosu. – Skąd mogłem wiedzieć, że waść go nie znasz?

– Dziękuj Bogu – powiedział kotlarz – że ze mnie cierpliwy człowiek i nie rozwalę ci łysego łba, inaczej nie oszukałbyś więcej żadnego klienta. A tego łotra, Robin Hooda… już ja go znajdę i jak mu nie poprzetrącam gnatów, to porąb moją maczugę na podpałkę i zwij mnie babą. – Co mówiąc, zaczął się zbierać do odejścia.

– Hola – zawołał oberżysta, rozczapierzając ręce, jakby zaganiał gęsi, gdyż chęć zysku dodała mu odwagi – nie pójdziesz, dopóki nie zapłacisz rachunku.

– A on ci nie zapłacił?

– Ani złamanego szeląga! A wypiliście obaj za dobrych dziesięć szylingów. O nie, nie odejdziesz waść bez zapłaty, spróbuj, a nasz dobry szeryf dowie się o tym.

– Kiedy nie mam czym zapłacić, przyjacielu luby – rzekł kotlarz.

– Tylko nie „luby” – odparł oberżysta. – Luby to ja nie jestem, kiedy mam stracić dziesięć szylingów! Zapłać, co się należy, żywą gotówką, a jak nie, to dawaj kubrak, torbę i młot. Bogiem a prawdą i tak stracę na tym. Nie, bratku, mam dobrego psa, rusz się tylko, a poszczuję go na ciebie. Magda, spuść Briana, jeśli ten jegomość zrobi choć krok.

– Nie trzeba – zawołał kotlarz; wędrując po kraju, poznał psy na własnej skórze. – Bierz, co chcesz, daj mi odejść w spokoju i niech cię zaraza weźmie. Ale niech no złapię tego parszywego łajdaka, przysięgam, że zapłaci z nawiązką za wszystko.

To rzekłszy, ruszył w stronę lasu, burcząc pod nosem, a oberżysta z żoną i córką patrzyli za nim i, kiedy znikł im z oczu, wybuchnęli śmiechem.

– Oporządziliśmy z Robinem zgrabnie tego osła – zauważył oberżysta.

Zdarzyło się, że Robin szedł właśnie przez las, zmierzając do Fosse Way, aby zobaczyć, co dzieje się na tym trakcie, gdyż księżyc był w pełni i noc zapowiadała się jasna. Ściskał w garści dębową pałkę, przez plecy miał przewieszony róg. Kiedy tak sobie szedł, pogwizdując, leśną ścieżką, nie wiedział, że z przeciwnej strony nadchodzi kotlarz, który burczał pod nosem i potrząsał głową jak rozsierdzony byk. Na zakręcie wpadli raptem na siebie i znaleźli się oko w oko. Chwilę stali obaj zaskoczeni, aż odezwał się Robin.

– Witaj, ptaszku – powiedział ze śmiechem – jak ci piwko smakowało? Nie zaśpiewasz mi nowej piosenki?

Kotlarz zrazu nic nie odpowiedział, tylko spoglądał na Robina spode łba.

– Ha – odezwał się wreszcie – bardzo się cieszę, że cię spotkałem. Jak ci zaraz nie pogruchoczę gnatów, to masz prawo postawić mi nogę na gardle.

– Z wielką przyjemnością – zawołał wesoło Robin. – Pokaż, co potrafisz, i policz mi gnaty.

Co mówiąc, zacisnął w garści pałkę i stanął gotów do walki. Kotlarz popluł w garść i schwyciwszy swój sękacz, ruszył na przeciwnika. Zadał ze dwa czy trzy ciosy, ale wprędce spostrzegł, że trafiła kosa na kamień. Robin bowiem sparował je gładko i, nim się kotlarz ocknął, pomacał go silnie po żebrach. Zaśmiał się z tego głośno, co tak rozwścieczyło kotlarza, że zamachnął się z całych sił. Robin odparł znów dwa ciosy, ale przy trzecim pałka pękła od siły uderzenia.

– Bądź przeklęta – zawołał Robin, gdy strzaskana pałka wypadła mu z rąk – za to, że mnie tak zawiodłaś w potrzebie!

– Poddaj się – rzekł kotlarz – jesteś moim jeńcem. Jak się nie poddasz, rozkwaszę ci łeb.

Robin Hood nic na to nie odpowiedział, tylko przytknął do ust swój róg i zadął weń po trzykroć, głośno i czysto.

– A trąb sobie, trąb – powiedział kotlarz – i tak pójść musisz ze mną do Nottinghamu, gdzie szeryf rad cię czeka. No, poddajesz się czy mam ci rozłupać makówkę?

– Jak nawarzyłem sobie piwa, to i wypić muszę – rzekł Robin. – Ale nie poddałem się jeszcze nikomu zdrów i cały, nawet bez draśnięcia. A jak sobie pomyślę, to i teraz się nie poddam. Hejże, chłopcy! Żywo do mnie!

Z lasu wypadł Mały John i sześciu zabijaków w jasnozielonych strojach.

– Co się stało, wodzu – zawołał Mały John – że dąłeś w róg tak głośno?

– Widzicie go? – rzekł Robin. – To kotlarz, rad by zawlec mnie do Nottinghamu na szubienicę.

– No, to sam zaraz będzie dyndał – zawołał Mały John i skoczył wraz z innymi schwytać kotlarza.

– Nie trzeba, nie ruszcie go – rzekł Robin – to kawał chwata. Żelazem się para i sam jest twardy jak żelazo, w dodatku ładnie śpiewa ballady. Powiedz no, bracie, przystaniesz do mojej wesołej bandy? Otrzymasz co roku trzy ubrania z zielonego sukna, ponadto czterdzieści marek żołdu, będziesz dzielił z nami wszystko i czeka cię w borze naprawdę wesołe życie. W naszej puszczy nie znamy ni trosk, ni trwóg. Polujemy po królewsku i nie brak nam ni dziczyzny, ni słodkich placków owsianych, twarogu ani miodu. Pójdziesz ze mną?

– Dalibóg, rad do was przystanę – rzekł kotlarz – bo kocham wesołe życie i kocham ciebie, dobry wodzu, chociaż wystrychnąłeś mnie na dudka i pomacałeś po żebrach. Chętnie przyznam, że jesteś mocniejszy i sprytniejszy ode mnie. Przyrzekam ci posłuszeństwo i wierną służbę.

Ruszyli więc wszyscy razem w głąb lasu, do puszczy, gdzie kotlarz miał odtąd zamieszkać. Długo jeszcze śpiewał im swoje ballady, dopóki nie przyłączył się do bandy sławny Allan z Doliny, przy którego cudnym głosie wszystkie inne brzmiały jak krakanie.

Ale o nim dowiemy się w swoim czasie.