Wersje - Artur Grabowski - ebook
Opis

Artur Grabowski, jeden z najciekawszych poetów pokolenia „brulionu”, podsumowuje swój liryczny dorobek. Tom Wersje to poezja filozoficzna i formalnie wyrafinowana, a zarazem lirycznie przystępna i mocno osadzona w doświadczeniu.

Sześć rozdziałów książki nie powtarza kompozycji sześciu tomów autora – odzwierciedlają one raczej biograficzno-tematyczne okresy jego twórczości. Mamy tu więc kolejno: konceptualne miniatury, barokowe próbowanie języków i form, śródziemnomorską zmysłowość antyku; z kolei w intymnych obrazach Polski i w ekstatycznych wizjach Ameryki widać inspiracje awangardą i poezją lingwistyczną; na koniec, w stylu nawiązującym do romantyzmu, śmiała erotyka miesza się z bólem życiowych podsumowań.

Do wyboru wierszy już publikowanych autor dodał kilka wcześniej nie drukowanych, a niektóre znacznie zmienił. W rezultacie powstała nowa, fascynująca całość, odsłaniająca powroty i kontynuacje – motywów, tematów, form.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 100

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


19861989

Z didaskaliów

„Faust zatopiony

w myślach przechadza się tam i

z powrotem.

zjawia się Mefistofeles”.

1989

Krakowiaczek

Gołąb – chodzi jak kaleka,

z głową zadartą na wieże;

odciska w błocie wyraźny

ślad kurzej stopy.

1988

moje

My eyes, like millions of glassy squares merely reflect.

Everything sees through me…

(F. O’Hara)

wypłynąć

w krajobrazy całkiem

nierozpoznawalne tajemnicę

oglądać jak lustro

z drugiej strony czarne

dno źrenica

pod powieką nieba

z bloków patrzą pusto

kwadratowe szkiełka

więc jeżeli wszystko patrzy

przeze mnie

to czy jest mną

czy tylko mieszka

we mnie

niebo okno blok

1989

Było cicho

Wszystko zaczęło się

od burzy – tak głosi

greckie echo –

i jest milknięciem.

Ostrze języczka ciszy

trzepoce

jak źdźbło sztyletu

w ucieczce ptaków.

1987

Wskazówki

To pocieszające: zabiegany kelner

opiera się jednym spojrzeniem

na delikatnych wskazówkach

zegarka i znowu krąży

po dryfującej kawiarni.

Ateny, 1988

PODOBIEŃSTWO

Milczenie tych wielkich drzew

i każdego źdźbła trawy

łudząco podobne

do ciszy.

Srebrny krzyżyk

samolotu rysuje

granicę słyszenia.

1987

mogę

i możesz przysiąść na

ławce ona cię zaniesie

jak pnie niosą

korony do nieba

i dalej

stamtąd

1988

***

Podniosłem ptaka z ziemi wysoko, wysoko.

(W. Berent)

i po co uczyłeś ptaki

widzieć ziemię

z wysoka

odróżniać niestrawny kamień

od smacznej myszy

cenić spadanie

w stronę szczegółu

między źdźbłami lasu

1988

Nieboski

Nie zadzieraj

nosa – podnieś głowę.

Jesteś

zawsze pod

Wozem czujesz

chłód pod skórą

Wielkiej Niedźwiedzicy

i Mleczna Droga tam

się dopiero zaczyna.

Podnieś głowę – masz

całe niebo

jak na dłoni, możesz

zacisnąć pięść i

schować do

1986

Opowieść zimowa

Krajobraz monochromatyczny:

poróżnione kolory

(są teraz zapewne)

milczące i niepewne

granic swych dawnych kształtów;

szarość już nie pamięta, gdzie kończy się kamień,

a brąz szuka ostrożnie, dokąd sięga drzewo;

i to, co zwane naturą, przestaje powoli

być zbiorem osobliwości,

staje się, mimo woli, pejzażem,

w miarę jak cierpliwie

kładą się obok siebie, by znowu być razem,

rozproszone po burzy

białe płatki kurzu.

ROZŁĄCZENIE

A za tym wzniesieniem,

gdzie

spodziewasz się ziemi,

jest tylko niebo;

i w krajobraz niemy,

w miejsce wiatru, cicho

się zakrada rytm twojego

oddechu, i łącząc się z ciszą,

tuż za wzgórzem opada

na ziemię lub niebo.

Zesławice, 03.10.1989

pachnie

zapach skoszonej trawy zatrzymał

mnie nagle na szarej szachownicy

na czarnej krawędzi

betonowej płyty

brudny zielony skrawek przypominał

miejsce gdzie kiedyś byłem

Indianinem w Krainę

Wiecznych łowów wstąpiłem

na chwilę

1989

po łąkach

trawy

pokorne wobec drzew drzewa

cierpliwie szumią strumienie

szeleszczą jak suche

trawy

1987

Wzmianka o stole

Stół jest

meblem który jest

przeznaczony

(od wtedy do jutra)

aby dźwigał i

nie ruszał się ze swojego

miejsca pod stołem;

tam ma swój chłód

w cieniu rozgrzanego blatu

i porcelanowe niebo

z niejasnym przeczuciem

sytości.

Modlitwa do pustego talerza

Opowiedz o głodzie

tych którzy znają

smak zupy.

Daj im ziemniaki

kiełbasę i omszały barszcz.

Niech ujrzę

dno – najedzony.

I przechowaj moje

słowa i nakarm nimi

żołądki.

1988

Legenda o dojrzewaniu

nasze owoce są

smutne rodzą się

tuż przed końcem

roku nie dotrwają

pod choinkę

mają chore kolory

jak mała jajogłowa

śliwka pokryta barwą szaleńców

gorączkowe wypieki

na zielonym jeszcze jabłku

albo opuchła gruszka

w skórze żółtej od nikotyny

nasze owoce rodzą się na przetrwanie

zimy od pokoleń

nawykłe do piwnic

i ciasnych słoików co roku

dają się skusić na lepką słodycz

cukru co sączy z nich sok

powoli całe stają się grymasem

bólu kurczą się

w piąstkę pestki

1989

pismo

przerywam czytanie; słońce

drukuje nekrolog – na białym

kamieniu czernieje

strużka z zielonego

źdźbła

Miniatura holenderska

czuwa płomień

świecy na stole i wino

dopite ledwie

do czerwoności

1988

Palimpsest

mojego syna nauczę historii

przewidywań dam mu państwo

platona – niech zna potęgę

spekulacji godnej ludzi

jego sfery nowy wspaniały

świat przeczyta sobie

do końca wtedy

go urodzę

1987

19901998

Gdzieś jestem

Miasto mieści się w miejscu, gdzie miast sto by mogło

zmieścić się w każdą inną miejscowość; to godło

można by przecież zamienić na inne – i już

całkiem gdzie indziej leżałby ten kurz.

Ta fraza mnie przemaka, jak suchego deszcz,

za nią wlecze się grypa (za mną cudzy pies,

który chciałby być moim). Ale nie dam się.

Ten obraz mnie zanika, jestem prawie cały

żołądkiem wieloryba; gubię się w mandali

cudzego horyzontu. Ale znajdą mnie.

Tylko okno i za oknem: dwie realne wrony

idą sobie do diabła. Czyżby z tamtej strony

usłyszały wołanie? Więc warto się wznieść?

Odtrącić krawędź dachu? Pozwolić się nieść

A jeśli jeszcze jestem

Patrzenie

wypełnione po brzegi. Nie ma miejsca

na oczy, nie mówiąc o twarzy,

najwyżej czubek

nosa, jeśli jest choć trochę

zadarty. Czasem się przydarzy,

że niezgolone wąsy albo brodę

zmieszczę, mimochodem,

w wypełnionym widzeniu. Ależ pan podobny,

z postury, do mamusi! Na tej fotografii

zupełnie jak Jesienin! Podobny do maski

pośmiertnej, do portretu ojca…

A jeśli jeszcze jestem

podobny do Ciebie, to chcę być

w Twoich oczach i Twoimi oczami

zobaczyć siebie.

Miasto Smoka

dla M. Ś.

Nawet ulica Długa nie jest nieskończona;

wypływa z dna Kleparza, wpada do Basztowej.

Nawet gdy pójdziesz Szlakiem, nie dojdziesz do siebie;

Warszawska lub Łobzowska, początek lub koniec.

Nawet ta scholastycznie piękna Kanonicza,

nie prowadzi do Rzymu, rzuci cię pod Zamkiem.

Miasto będzie na zawsze niczyją własnością.

Porwie cię prąd kierunku białą żyłą Grodzkiej,

pomiędzy kamiennymi brzegami collegiów;

i ani się obejrzysz, gdy cię zdradzi w delcie,

bezradnie się rozchyli, nagle odda centrum.

Poczujesz wtedy czule swoje cudze ciało,

otulą cię kwadratem odległe ulice,

odlecą gołębice… Otoczył cię Rynek.

Przystanek

Wiosna. Kurz. Powietrze wysusza

wilgoć życia w płucach.

Brud rozciąga szarość,

złuszcza się skorupa

planety; leniwie porusza

się w kuli

jej ziemiste ciało i toczy po torach

(Tramwaj) kryształowych sfer –

(się zatrzymał. Może ona też?)

trwa jałowy bieg; po rowach

ukrywa się śnieg.

Wrony teraz są śmielsze; parzą się na strzępach

zużytej bielizny. Wsłuchane w swój głód,

(Tramwaj szarpnął do tyłu.) nie słyszą ostrzeżeń

– kruszą sobą lód.

10 marca 1994

Moja piosenka sprośna

Jeszcze raz ten mur, ta jama,

ta, z czerwonych cegieł, rana

w jodynowej cerze tynku; jeszcze

raz ten ochłap mgławej

mrzonki marzeń,

że wyłoni się z gęstawej

śliny myśli: jedna rzadka

rzecz, rzeczownik, że nareszcie

jakiś zabłąkany plemnik

obietnicę dawną spełni

i w stygnącym śluzie wrażeń

znajdzie wilgoć. Spłynie łaska

przebudzenia albo sen

sualny sens tych dziur

tryśnie ze mnie korytarzem:

oko – okno – mur.

14 listopada 1996

Lęk wysokości

Mieszkam pod samym strychem. Wyszedłem na balkon,

opadłem wzrokiem na dno

naszego podwórka; co prawda szare lecz gdzieniegdzie

mech – przykrywa cienkim życiem

solidną śmierć.

Trzymał mnie litościwie mur

i zaufanie do techniki.

(Na cóż innego można liczyć?) A jednak strach

(To gołąb?) przyfrunął i tkwi

na skraju skóry; jak dzwonek u drzwi,

bezczelnie drży.

Bo ciągle nie wiem, czego właściwie się bałem.

Dom stał na fundamentach i ja stałem

równie solidnie wsparty na prawach natury…

No, cóż pewniejszego

od ciężkiej ręki Grawitacji?

Spod której niczego

nie udało się wykraść

ani motylom ani kosmonautom?

Tak, teraz nie warto

nawet się domyślać,

czy lęk przed wzlotem byłby

równie skuteczny

jak lęk przed spadaniem.

1994

robiąc krok

i kiedy szeroko rozchylając ramiona otwierasz

duszę na spotkanie z ciałem i robiąc krok w

stronę głębi zostawiasz za sobą dwa wymiary

obrazu i spadając w niewiadomą bo niedo

tykalną pewność celu w donikąd

nie dążącym locie kończysz prostą

poziomą i dziwiąc się że lekkość

pod stopami mogła cię porwać

nie wiesz czy masz nad sobą

czaszkę sklepienie niebieskie

spadochron czy dach

i czy to on cię

niesie czy nie

znośną jego

lekkość

niesiesz

sam

Z czytelni

Wszelkie czyste poznania intelektualne Świergot się sili na konieczność,

mają to do siebie, iż ich nawet nie wiem, czy ptaszek, czy kos.

pojęcia mogą być dane doświadczeniu, Zaufać niezawodnej zwykłości,

w milczeniu a ich zasady dadzą się potwierdzić oddzielić

ciszę myśli przez doświadczenie; natomiast transcendentne

od łoskotu słów poznania rozumowe i słuchać, jak szumi:

ani, co się tyczy ich idej strumień świadomości,

nie mogą być dane chór liści, w doświadczeniu

tłum wiatru, ani też, o ile chodzi orkiestra

nadętych flag o ich twierdzenia, nie mogą być nigdy

i wrzawa nerwowych nogawek. przez doświadczenie ani

potwierdzone ani odparte. IMMANUEL

KANT.

1990

Kurz

Te złote druciki światła

podobno są

falą. Na nich rozpięta firanka

atomów, a za nią

świat – pod cienkim całunem

szronu (w stylu mokrych

szat) przykrywa

sobie twarz.

Opada czas,

zanikająca smuga spraw;

w oknach zostawia światło,

na meblach popiół

wygasłych gwiazd. Więc to,

czego nie ma jest również

częścią istnienia? Jak ciemność

jest ciałem cienia?

Dotknij. Masz na opuszkach palców

cienką skórę stołu.

Dotknij. Po jego gładkim blacie

nie przebiegł żaden dreszcz.

Dotknij. Wcześniej nie znałeś tego chłodu,

więc czy on w tobie

jest?

28.07.–3.08.1990

KROKI

Niebo coraz bielsze – kolor pozornie

neutralny – zwiastuje burzę

śnieżną, zamieć i masy

arktycznego powietrza z głębi

kontynentu; powoli siwieją

łąki, źdźbło każde, pojedynczo,

tężeje w srebrny lancet;

wszystko osłonięte białą

szybą horyzontu. Tuż za mną

wyłaniają się ślady, dotyki,

bolesnych oderwań, uniesień

stopy, wyraźne i nie

trwałe decyzje.

20 grudnia 1990

W zenicie

Anioł stróż już mnie odbiegł anioł śmierci mnie przeklnie

(Aleksander Wat)

Anioł stróż już mnie odbiegł, anioł śmierci nie

nadszedł; może będzie miał maskę

patrona zbuntowanych?

W którą z nocy samotnych

go poznam? W którym

z mych cieni chłodnych

zostanę? Zgaszony?

Rydwan nagle przystanie –

w zenicie, nad szczytami wzgórz:

pod nim przepalony

przemieniony

w anioła – stróż.

27 czerwca 1990

po, między

Pomiędzy deskami

tkwi szpara i wabi

niebyciem podłogą, nie na

leżeniem do dna

pokoju; nie zdradzi

się żadnym: szuraniem, skrobaniem, skrzypieniem

– jest raczej

jak ucho: zadaje

pytania, wyciąga

nóż z ręki.

Białka Tatrzańska, 1994

Papirus znad Morza Martwego

Mysz szara jak rzecz.

Kupka popiołu

z różowym żarem w pyszczku,

z brzeżkiem brzasku

w łapkach. Mróz

ją odciął od żarłocznych:

znudzonego kota,

zgłodniałej kuny, siły

bezwładu jastrzębia, chwili

bezmyślności sowy. Śnieg

otula już w bandaże, ranę

krzepi w obcy przedmiot. Teraz

język

wkłada zmatowiały obol

w deski skołatanych wierszy

stojącego obok

oprawcy i piewcy.

Białka Tatrzańska, 1993

PALEC

Kontrastowa plama – portret

mojej niepowtarzalności.

Niepodobny do pamięci

mamy, nie odbija

się w oczach Jadwigi.

Białe linie czyli nic

są jak okresowe rzeki

w porze suchej; meandrują

w stronę wirów albo dławią

się.

Zostaje na skórze, zostawiam na kształtach,

zatrzymują go uchwyty i przyciski;

za jego ręce chcą mojej głowy;

w jego ikonę wpatruje się mój

Anioł Obserwator. Ktoś

dotyka mną ostrza i szronu,

suchej kartki i wilgotnej

ciebie.

Pojedynek

Czekaliśmy na siebie długo.

Aż po spłowiały portret

miękkich szczytów i dolin

pustych ubrań za szybą

okularów, za powiększającymi szklankami

po wódce; wyciągaliśmy do siebie

pięści i poznaliśmy

się na sobie – śluzówka przy śluzówce,

zęby na zębach, wnętrze

we wnętrznościach. Stanęliśmy

wreszcie na swoich cudzych miejscach,

podobni jak plecy do pleców,

gotowi.

Czekałem na ciebie długo.

Aż po wyraźne odbicie

na jedwabiu jeziora. Widziałem

cię tak jak ty oglądasz

siebie. Wyzwany

na pojedynek, skazany

na zwycięstwo, odwracam

się gotowy

zostać sam.

Psalm

Niewypowiedziane jest imię ciszy.

A przecież jakkolwiek zawołasz –

zjawi się natychmiast.

*

Jednym ziarnem

wyciągasz z ziemi:

drzewo i szelest i ptaki –

piękno, pokorę i wdzięczność.

*

Ciężka, ale prosta jest droga przez pustynię.

Każda przeszkoda kusi

celem.

*

Zabieram drodze moje ślady,

oddaję jej każdy krok.

Żadne miejsce nie więzi mi stopy,

każdą chwilę wypełnię i opuszczę.

*

O, Panie, jak liczni są wrogowie Twoi,

jak wielu powstaje przeciwko mnie.

Ale ja jestem tylko

tarczą cienką jak skóra

na policzku.

*

Dzień dniowi o tym opowiada i noc nocy

podaje wieść. Zasłuchani prorocy

intonują pieśń.

Bez mowy i bez wyrazu, nie słychać głosu

ich. Daj mi rozpoznać motyw losu,

który w tym hymnie drży.

*

Jak woda wylana Jesteś,

bez brzegów, co nadają kształt,

a tafla jej dotyka dna –

więc ani utonąć nie mogę

ani rozpłynąć się

w Tobie.

*

Oto źródło –

objawiło się wodą,

usta pragnieniem.

Płynąć i pić.

*

Kiedy przestaną mnie widzieć, będę

fotograficzną chwilą – przechodniem.