Wendy’s Wonderful World - Traupa Accord - ebook

Wendy’s Wonderful World ebook

Traupa Accord

0,0

Opis

Wendy’s Wonderful World” to bardzo mało znana powieść komediowo-fantastyczna. Bohaterowie (uczniowie dziwnej szkoły zwanej Ośrodkiem) zajmują się poszukiwaniami swojej nauczycielki Wendy, która zniknęła pewnej burzliwej nocy. Dodatkowo dzieci podejmą wiele zadań, m.in. szukanie wyjścia z budynku i wejściem do tajemniczych piwnic. W książce pojawia się wiele niezrozumiałych słów i wulgaryzmów. Jednakże autor sądzi, że są niezbędne, by czytelnik wczuł się w powieść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Traupa Accord

Wendy’s Wonderful World

Dotknij mnie

© Traupa Accord, 2016

„Wendy’s Wonderful World” to bardzo mało znana powieść komediowo-fantastyczna. Bohaterowie (uczniowie dziwnej szkoły zwanej Ośrodkiem) zajmują się poszukiwaniami swojej nauczycielki Wendy, która zniknęła pewnej burzliwej nocy. Dodatkowo dzieci podejmą wiele zadań, m.in. szukanie wyjścia z budynku i wejściem do tajemniczych piwnic.

W książce pojawia się wiele niezrozumiałych słów i wulgaryzmów. Jednakże autor sądzi, że są niezbędne, by czytelnik wczuł się w powieść.

ISBN 978-83-8104-076-1

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

©Oryginalna książka ze wszystkimi błędami popełnionymi w trakcie tworzenia. Dumnie zaczęta i dumnie skończona. Dziękuję za zakupienie książki i życzę miłych chwil w trakcie jej czytania.

UWAGA!

Książka może ogłupiać. Jeśli jesteś poważnym człowiekiem z wyrafinowanym humorem, nie odpowiadam za twoje złe samopoczucie.

— Traupa

Z podziękowaniami

Dla przyjaciół

i wszystkich demo-czytelników WWW

Rozdział 1Skserowany Astral

— Eh! Kolejna ocena niedostateczna. Uczeń zapewne nie przeczytał skssserowanej kartki.- Wendy zakończyła ocenianie klasówek uczniów klasy 1a. Była bardzo zamęczona tą czynnością, ale nie chciała stać się pośmiewiskiem wśród reszty nauczycieli. Starała się być mistrzem w swoim zawodzie.

Wybiła godzina 23:59. Godzina duchów ciężkich. Pomyślała. Wyjrzała przez okno. Na zewnątrz pizgało niemiłosiernie. BURZA; GRZMOTY; bum bum bum! Okna trzęsły się jak galat na weselu. Nagle światło w klasie zaczęło migać do rozpuku. Wendy zebrała w sobie odwagę i przygotowała kądzieli do zajarania. Po kilku kilogramach później, była już na fazie. Wokół jej oczu zebrały się kolorowe punkty. Kulały się w powietrzu jak kurz na tablicy.

— Ale faza… — zrelaksowanym głosem zasapała. Ale w końcu pożałowała decyzji. Uświadomiła sobie, że wyjarała wszystkie roślinki Zbenka. „Ah, ten to się chyba podzieli, tak?”. Westchnęła uspokojona. Nagle przed jej oczami znów pojawiły się punkty. Obraz zaczął się rozmazywać. W końcu stawało się coraz ciemniej…

Obudziła się w kałuży błota. Zegar ścienny wskazywał 7 po północy. Było cicho do rozpuku. Wendy stanęła na równe nogi. Gdzieniegdzie czuć było odór nieczystości i cnoty. Nagle gwałtownie zgięła szyję, jakby mówiła „POMOCY”. Zza jej pleców dobiegał dziwny szept. Niespodziewanie pod biurkiem coś zaczęło kołatać. Wyglądało to tak, jakby któryś z uczniów schował się tam i zaklinował swoją grubą dupą. Oczywiście Wendy wychyliła głowę, sprawdzając, czy nikt nie potrzebuje pomocy. Takie były surowe procedury tej lichej szkoły.

Pod starym meblem działy się rzeczy dziwne, dziwaczne. Otóż w podłodze była niewielka przepaść. Zupełnie jakby portal. Emanował radioaktywnością i smrodem. Ta wzięła klasową gąbkę i włożyła ją do dziury. Gąbka spadała i spadała ale nigdy nie uderzyła o podłogę.

— Będzie mi przykro! — Zadrżała Pani Wendy i włożyła własną (nie cudzą) nogę w ciemność. Dziwacznym trafem coś zaczęło ją szarpać. Ta chciała uciec, ale się zmęczyła. Postanowiła zawołać pomoc.

— Ratujcie! Ratujcie! Niech nikt nie pójdzie! — nawoływała. Ale zapomniała, że przez radiowęzeł nie można rozmawiać…

Następnego dnia klasa 1a miała mieć zajęcia z języka polskiego. Jednak tym razem plany się odrobinę zmieniły. Był miły i słoneczny dzień, a po wczorajszym deszczu pizganiu nie było ni śladu. Tęcza pokrywała całe niebo nad przeklętą szkołą.

Teraz napiszę to wierszem,

Opowieści czas i miejsce,

Będzie bardziej przybliżone,

No i lepiej kojarzone.

Wendy nie zobaczy świata.

Przerażona siedzi klasa.

Nagle BĘC! Ey, nie ma lekcji!

Każdy śmieje się i hasa.

Pusta klasa, pusta klasa!

Chłopiec biega na golasa!

Inni plotą z kabli wianki.

Inni z papieru firanki.

Spora grupa gra w chińczyka,

No a reszta tłucze dzbanki.

Fajni drą się w niebogłosy,

Na gwiazdorów dają głosy.

Nerdy siedzą i czytają,

Zajebiście się tak bawią.

Fajni jednak gorzej znoszą.

Hejt za hejtem!

To dopiero są nudziarze!

Nerdy tylko chcą w spokoju,

To poczytać, to pogadać,

To nakurwiać w różne gry.

Do innego iść pokoju.

Koniec wiersza, czytaj dalej.

Potem wina sobie nalej.

Kiedy w pewnym czasie Zbenek zajrzał do klasy, zauważył, że wszystko zostało rozjebane w drobny mak! Złapał się za głowę i już miał coś powiedzieć, gdy nagle gwara zaśmiała się na jego widok.

— Co to za przekleństwa ja słyszę! — krzyknął nauczyciel.- Pojebało was całkiem? — Potem wybrał z tłumu Patrick’a i wskazał mu stłuczony wazonik- Podnieś to chuju jebany i posklejaj czymś tam.

Chłopiec wziął się w garść i wykonał rozkaz. Reszta wgapiała się w dziada, a niektórzy to nawet odrywali wzrok. Jego pożółkła szczęka lśniła jak głowa Sroki w świetle porannego rytuału słońca. Niemal przeźroczyste brwi kołysały się jak fale w Międzyzdrojach. Jako Traupa sądzę, że patrzył się na mnie niezauważalnie. I wtedy coś w nim pękło. Wytrzeszczył gały, które w jednej chwili zamigotały. Wtem jak z automatu i bez uczuć zaczął dukać:

Astral to miejsce przedziwne.

Wendy wytrzeszczyła swoje oczy piwne.

Włos na głowie jej się jeży,

ciało w różne strony szerzy.

No i pewnie niedowiarki,

takie trochę nie z tej bajki.

Nie uwierzą w takie rzeczy,

wyobraźnia nie uleczy.

Lecz z Wendziuchną- z tą jest gorzej!

Wymiotuje, srać nie może.

Już nie jadła od godziny,

nawet w swoje imieniny.

Ciasta kruchego,

ni kęsa małego,

nie mogła dostać.

ACh! Cóż za postać!

Tylko podziwiać, a nie obrażać.

Ty mały chuju-masz się wyrażać!

Tu gdzieś, patrząc się pod brodę.

Jedzie nieznajomym smrodem.

Jakaś glizda tu się wije.

Serce zakochane bije.

Więc cię bardzo bardzo proszę.

Jeśli twoja łaska może.

Zrozum tę tu sytuację,

NIE WYJEŻDŻAJ na wakacje.

Potrzebuje cię ta chora.

Plis, nie rób z siebie bachora!

Cała klasa wzniosła się śmiechem i chichem. „Co do chuja?”. Pomyślał w duchu Zbenek.

— Gdzie moja Wendy-Senpai? –Wychuchał, gdyż zmęczon. I wyjebał z rozpaczy w kosmos.

Wendy kaszle, kicha.

Gdzie jestem do licha?

Gula w gardle jej utyka.

Kątem oka widzi ruch…

To Zbenek o astralne kamyki się potyka.

Zakochany wzrok już śledzi,

Na jedwabne włosy zerka.

Blondyneczka Disco Polo,

Gibkość jej uwiecznia kamerka.

Bo w astralu, drogie dzieci.

Nawet zwykłe, ludzkie śmieci,

Widzą sercem, nie oczami.

Nawet jeśli ludzkie serce oczu nie posiada.

W tym wierszyku pierdolimy logikę.

Oparte wszystko o tym, co w mózgu osiada,

I nie chce wyjść…

A teraz nieco o szkole. Wendy zanim trafiła do astralnego raju, uczyła w gimnazjum dla specyficznych. Zamykano tam nieletnie wybryki natury i tych, którzy zostali wybrani do posiadania bezwarunkowej mocy. Jednak niektóre zdolności nie ukrywają niedojebania pewnych osób. Takie osoby wbrew pozorom wcale nie są omijane przez innych. Ba! Niedojeby nie dostrzegają innych niedojebów.

Rozdział 2Balonik

— Łeb Pana Ptaka w tym świetle skrzy się niesamowicie! — powiedziałam, gdy opisywany przeze mnie nauczyciel przechodził obok Sali namber 333.

— Dziękuję, uczniu.- Odwrócił się do mnie, ukazując gładką jak aksamit głowę. Zerknęłam na moich kolegów i koleżanki, stojących lub siedzących pod ścianą. Samorząd naszej szkoły zadecydował, że każdy uczeń otrzyma własny, schludny mundurek. Pojebane, ale z drugiej strony można się rozpoznać. Jak? Spoglądając na kolor ubioru ucznia. Są to takie „rangi”, które zdradzają, czy dany podmiot jest bezpieczny lub nie. Kolorów jest 5:

Czarny służy do oznakowania osób oczytanych, kreatywnych lub zwykłych.

Na czerwono ubierają się niebezpieczne lub też negatywnie wpływające na resztę.

Żółci to ci, którzy są pupilkami nauczycieli.

Niebieski mają „sportowcy”, chwalipięty i zboczeńce.

Natomiast Biały, to osoby pracujące w samorządzie, nauczyciele lub chujowi ludzie bez osobowości.

Ja należę do czarnych. Nie jestem pupilkiem nauczycieli, nie jestem sportowcem, nie wpływam negatywnie na innych oraz nie pracuję w samorządzie. Jestem czarna. Jak większość mojej klasy.

„Wszyscy jesteśmy wspólnotą! Nie należy wkładać nóg w cudze buty!”. Tak oto powtarzają nam codziennie. To wszystko stało się tak nagle. A konkretnie- ponad rok temu. Do naszych domów zapukało dwóch mężczyzn w czarnych garniakach. Gdy weszli do środka rozłożyli na naszym stoliku plik dokumentów. Odesłano mnie do kuchni, podczas gdy mama i tata rozmawiali z tymi dziadami w salonie. Niestety nie zdążyłam wsłuchać się w dyskusję, za to po kilkunastu minutach coś się zaczęło dziać. Drzwi się uchyliły. Rodzice spojrzeli na mnie z lekkim smutkiem, po czym jeden z dżentelmenów wziął mnie pod pachę (chyba się nie umył) i powoli uprowadził do czarnej wołgi zaparkowanej pod naszym domem.

Jechaliśmy i jechaliśmy. Czas zdawał się nie mieć końca. Po chwili, ujrzałam wielki budynek. Nie miał żadnego numeru, nazwy… Nic. Zastanawiałam się, dlaczego rodziciele postanowili mnie oddać jakimś facetom w czerni.

W środku budynku nie było tak źle. Aczkolwiek czuło się co nieco niepokoju. Staliśmy w korytarzu. W zwykłym, pustym korytarzu o ciepłych barwach. Po bokach umiejscowione były drzwi, nazwane różnymi kombinacjami cyfr i literek. Po mojej prawej, na drzwiach pisało „żeński”. Zaczęło przypominać mi to szkołę. „Żeński” był za pewne ubikacją dla dziewczyn.

— Gdzie męski kibel? — zapytałam faceta w garniturze.

— Spokojnie, będziemy mięli mnóstwo czasu na zwiedzanie, Podmiocie „26022021”.

— Nie jestem podmiotem kurwiu.- Zakłopotałam się i zagapiłam w gładką posadzkę.

— Nie jestem kurwiem, podmiocie.- Zakłopotał się i zagapił w gładką posadzkę. Po czym wskazał mi pokój a537. Posłusznie sunęłam do celu gdzie czekała na mnie heca, szook i HORROR!

No i potem stało się tak: W pokoju a537 było całkowicie biało. Biało jak leginsy Wendy. Kilka metrów od wejścia stało lustrzane biurko (podobne do trumny), aż mogłam zobaczyć w nim swoją posturę.

— Witaj dziecko… — szepnął do mnie.

Homo homo niewiadomo,

czy to ona, on czy ono!

Szept ten skrada się do ucha.

Jak owocowa mucha.

Patrzę i oczy przecieram.

Jak biała szata powiewa.

To nie Jezus z białym szalem.

Przecież Jezus jest metalem!

Może to szatan?

— Nie, jestem dyrektor.- powiedział wesoło.- Nazywaj mnie proszę- Panem Białym.

Milczałam. Jednak to jest szkoła. Tylko dlaczego dyrektorem jest jakiś Michał Archanioł? Dwóch czarnych, jeden biały. No do chuja pana! Co się tutaj dzieje?

Okazało się, że Pan Biały jest dyrektorem szkoły, a ja jego nowym uczniem. Jego czarni pomocnicy ponoć wykryli wokół naszego domu promieniowanie IVO (Importu Vitaminy O). Witamina O odpowiada za chaos naszego mózgu tzn. że zwykli ludzie nie mają tej substancji ponieważ zachowują się normalnie, mają ludzką godność i podstawowe emocje. Dzieciom z Wit. O zanika bariera odpowiadająca za człowieczeństwo. Nie byliśmy zwykłymi ludźmi. Raczej czymś więcej.

I tu właśnie poznałam Wendy i moich rówieśniaków. Może i nie jest tu tak źle, ale nie mamy prawa wychodzić poza teren wyznaczony, a to bardzo męczy, wiecie? Ponadto jest tu wiele zakazów i nakazów a jednym z nich jest noszenie mundurka w jednym kolorze i identyfikacji na ubraniu. Jestem czarnym Podmiotem nr 26022021. Takie jest moje nowe imię. Oczywiście spiskujemy z innymi podmiotami o ucieczce i mówimy sobie po imieniu, ale Wendy jest w wielu miejscach jednocześnie gdy stoi. Obserwuje nas na każdym kroku i nawet miło nam że zniknęła. Jednak ta sprawa mnie cholernie zaciekawiła i postanowiłam poszukać rozwiązania.

Wendy maszerowała po betonowej łące. Nad jej głową widniała wspaniała gwiazda nadziei.

— Oh, dopiero teraz zauważyłam, że nawet nie jestem w klasie.- wypominała sobie.- Mam nadzieję że sprawdziłam już wszystkie skserowane kartki przed wieczorkiem tanecznym. Chwilunia! Przecież spóźnię się na wieczorek! Gdzie ja jestem?

— W kościele……..- usłyszała szepty.

Rozdział 3A trzeba było się zabić …

Wendy poprawiła fryzurę. Mimochodem i odchodem oddaliła się nieco przed tym, co zobaczyła. Kilka metrów od niej, stał majestatyczny stwór o koźlej głowie. Był bardzo szczupły, pokryty futrem. Miał długą, kozią bródkę i pożółkłe oczy.

— Co to za szataństwa! — krzyknęła Wendy na widok potwora.

— Jestem Discord, krowo! — odpowiedział pełen złości. –Duch chaosu i dysharmonii. Ty, głupia stąpiłaś na moje ziemie wieczyste jako nieczysta grzesznica, kurwa. Masz brudne buty i serce.

— Jak śmiesz tak do mnie mówić! — obraziła się baba, a jej twarz napuchła od emocji.- Taki ktoś po prostu nie ma ZA GROSZ, ZA CENT, ZA RUBLA szacunku dla starszych! A poza tym masz niewyparzony, za przeproszeniem, język…

Ten wysunął ze swojej paszczy długi wężowaty jęzor i zasyczał. Całe ciało Wendy zadrżało, a fala na jej brzuchu rozniosła się aż po kolana. Nazwana została nieczystą grzesznicą. Dlaczego? Przecież wesoła była i namawiała dzieci do dobrego. Miała pulchny uśmiech, którym witała wszystkich napotkanych znajomych. A do tego przecież to JĄ uczniowie najbardziej szanowali! Przecież gdy nawet tylko przychodzi, to dzieciaki się cieszą!

— Jestem najmilszą panią na całym świecie! Czy masz jakieś argumenty potwierdzające twoje racje? Napisz o tym rozprawkę w formacie A3 a dopiero porozmawiamy kolego!

Discord zaśmiał się.

— Chyba raczej jesteś najgrubszą panią świata. Co się stało? Wyrzucili cię ze sklepu dla puszystych? Puszyści mają futro, a ty masz skórę niczym świeżo upieczony indyk. Jesteś po prostu spasiona.

Wendy zarumieniła, a raczej przyjęła kolor buraka, bo takiego bezczelnego plugastwa nie mogła znieść. Para buchała i chuchała z jej sinych uszów. Spojrzała na swój bebzon, sięgający do kolan.

— A co do nieczystej grzesznicy… -zamyślił się kozioł.- Ten przydomek będzie ci towarzyszył przez caluteńkie twoje nudne życie. Moja narzeczona bardzo skarżyła się, że pani uczniowie mają mocno przejebane i to przez Ciebie! Wendy…

— Przestań opowiadać te brednie! Chcę wrócić do mojej klasy, bo nie dokończyłam oceniania kartkówek! — nawrzeszczała.- A tak ogólnie, to pomyliłeś adresy, bo żadnej kozicy twojego pokroju nie znam.

— Znasz, znasz, tłusta dziewojo. –skrzyżował ręce Discord.- Jeśli powiesz, gdzie ona jest, to ci pomogę się stąd wydostać. A jak nie to ci przykurwię z patelni za to, co robisz tym biednym dzieciom.

Po tych słowach wyciągnął blady kawałek papieru i wyjął ze swojego niebieskiego skrzydła pióro. Wendy zamyśliła się. Chciałaby wrócić do swoich uczniów. Przecież jest najmilszą panią w szkole!!!

Następnego dnia w Akademii dużo się działo. Już spora część uczniów wstała, by przygotować jesienną imprezę. Chyba. Bo nikt nie wiedział czy to jesień, zima czy lato. W budynku nie było żadnych okien. Tylko coś na ich wzór. Trójwymiarowy obraz, przedstawiający bezkresną łąkę. Słoneczko, jesienne liście i jebane motylki.

Wendy wcale tak dobrze nie miała.

Nawet gdy na polach swawolnie hycała.

Ciągle chciała oceny poprawić,

Usiąść, odpocząć, na łożu rozwalić

Swoją miękką dupę.

I podgrzać siedziskiem sobie z paczki zupę.

Discord zakończył pisać petycje.

O takiej treści:

Drodzy rodzice!

Ślubuję bronić wszystkie podmioty.

Wiem, że spadną na mnie problemów wymioty.

Lecz choć wyglądam groźnie, surowo,

To w środku jestem miękki jak ziemniak.

Będę je kochał jak własne dzieci.

Wyjebię z ich mózgów zbędne im śmieci.

Zostawię tylko najlepsze rzeczy.

Bo w mojej duszy koziołek skrzeczy.

Jedyne, co zrobić dla mnie możecie,

To, czego pragnę najbardziej na świecie.

By moja przyszła żona do mnie dotarła.

Wystarczy tylko żeby umarła.

Może nie widzicie, ale ona prosi,

O śmierć bezbolesną już ją zanosi.

A ja płaczę w duchu, ona także płacze.

Gdy nie jesteśmy razem, ciśnienie mi skacze.

Chcemy się przytulić do siebie wreszcie.

Tego chcę najbardziej, proszę, uwierzcie!

W zamian za ochronę (bardzo szczerze piszę )

Zrozumcie ją, wspierajcie, sam tu się kiszę.

Amen.

A ty droga Wendy za gnębienie dzieci.

Słoneczko na twą mordę nigdy nie zaświeci.

Dotkniesz choć trochę moją rybeńkę.

To ci zgotuję największą mękę!

Będziesz cierpiała aż do końca świata.

Jam jest Pan Chaosu i zapowiadam:

Bóg cię będzie kochał jeśli ty jego.

Jak kochać Boga? Wystarczy bliźniego.

Bo to nie chodzi o księdza czy kasę.

Bóg kocha nawet, gdy jesteś kutasem.

Wystarczy przeprosić i szczerze wierzyć.

Miły uśmiech dawać, a nie ryja szczerzyć.

Rozdział 4Body kontrol

— Hej! — zakrzyczała Ivka przy stole.- Zdajemy sobie sprawę z tego, że zaginiona nauczycielka była w parlamencie szkolnym?

— Przecież dyskoteka nie może odbyć się bez przewodniczącej.- dodała Julie, przegryzając bułkę.

Paczka dziewczynek siedziała przy jednym, metalowym blacie.

„Pora karmienia” zwana też śniadaniem, zawsze odbywała się zaraz po przebudzeniu, w wielkiej, błyszczącej stołówce. Moi rówieśnicy i ja, bardzo nienawidzimy tego smrodu spalonej żywności. Ja za to lubię zapach nieświeżych zwłok, ulatniających się z wejścia dla kucharzy. My, dzieci z Ośrodka musimy jeść specjalne produkty, które zawierają jakieś tajemnicze substancje. Nasze mózgi wymagają specjalnego traktowania, bo Wendy i cały samorząd próbują nam tą witaminę O usunąć.

— No wiecie… — popatrzyła na nich Lexi.- …Trzecia opcja jest taka, że Zbenek zajmie się organizacją imprezy.

Wtem wszystkie dziewczyny wybuchły śmiechem, prócz Traupy, która bała się, że do tego dojdzie.

— Już sobie to wyobrażam, wiecie? — zachichotała Nancy i wzięła z talerza kanapkę.- Zbenek wkroczy na scenę w swoim błyskotliwym wdzianku.

— Ja się boję, że ten dziaduś się do mnie przystawi… — zniesmaczyła się Traupa.- Nie warto się śmiać, bo potem możemy się nieźle zaskoczyć.

— Na bank to on będzie organizatorem! — poważnie odparła Lexi.- W końcu to zastępca. Lepiej tego dnia schować się w pokojach.

— Żartujesz??? — przetarła oczy Ivka.- To idealny moment, żeby zobaczyć Jeża w jego nowym stroju!

— JA WSZYSTKO SŁYSZĘ! — słychać było głos Jeża na drugim końcu hali.

Uroki scenerii zepsuł napalony Zbenek, który wbił do stołówki w nowej kurtce z fryndzlami. W ręku miał plik dokumentów, z którego wyleciało kilka kartek.

— Słuchajta, słuchajta! Mam ogłoszenie! — wrzasnął, a echo jego głosu rozprzestrzeniło się po sali, zagnieżdżając się na dobre w uszach uczniów jak grzyb.- Ze wzglyndu na brak Wendy w naszej szkole, to ja zastępuję ją w organizacji potańcówy. A teraz kilka słów odnośnie całej imprezy… — tu na sekundę urwał, by spojrzeć się na przestraszone spojrzenia dziewczyn.- Tematyka dowolna. Jeśli chcecie być zaproszeni, musicie przyjść na potańcówe z przypinką z moim wizerunkiem. Bez przypinki nie ma wstępu +wpierdol! — Wyprostował się, odwrócił na pięcie i wyszedł, jak gdyby nic. Uczniowie uśmiechnęli się znacząco.

— No i załatwione. Po prostu nie weźmiemy tych przypinek! — uśmiechnęła się Lexi.

— Taaa… Nie wpuści nas bez swojego ryja na sercu.- dodała Traupa.

— Um… A co jeśli nas zmusi do włożenia ich? — zaniepokoiła się Nancy.- Musimy zakluczyć się w pokoju. Skoro nie ma Wendy, to nikt nam nie będzie pukał w nocy do drzwi.

— To u kogo się chowamy? — zapytała Ivka.

— Zależy kto ma klucz do pokoju.- Wzruszyła ramionami Julie.

W tym czasie zaginiona Wendy wędrowała w pocie czoła by dojść do celu. Ale głupia nawet nie wiedziała, gdzie ten cel. Wokół robiło się coraz ciemniej, niewielkie światło dawały tylko kręcące się świetliki. Podłoże było miękkie i wilgotne, prawdopodobnie coś w rodzaju mchu. Niebo było całkowicie czarne. Ciemność czaiła się dosłownie wszędzie i ciągła za sobą kłopoty z poruszaniem się.

— Dinkord! — nawoływała, obijając się o drzewa i wywracając je.

— Discord.- usłyszała wkurwiony ton za sobą.- Szanuj moje imię. Taka z ciebie wielka polonistka, a zwykłego imienia nie potrafisz zapamiętać…

— No cóż, starsi ludzie miewają kłopoty z pamięcią.- wzruszyła ramionami Wendy.- Mógłbyś grzeczniej zwracać uwagę, Dinkordzie.

„Ja pierdolę, jak tak dalej pójdzie to nigdy się nie spotkam z żoną.” — zasapał Discord w myślach. Nienawidził tej podłej baby, która stwarza same problemy. Do tego zajmuje dużo miejsca.

— Powiedz mi, czy wiesz w ogóle gdzie mamy się udać? — oburzyła się nauczycielka i spojrzała na kozła.- Przewracam te drzewa już 3 dni, zlitujcie się nade mną! Jestem przewodniczącą Ośrodka i uczniowie oczekują ode mnie punktualności i skrupulatności! Mam do zorganizowania jesienny bal. O! A propo balów. Pamiętam swoją pierwszą randkę na tym właśnie balu… — zachichotała.

— Randkę…? Niby z kim i co ten facet ćpał? — Discord spojrzał się na mówiącą i podniósł jedną brew.

— Był to piękny sobotni wieczór……. *delikatny dźwięk harfy*……. Ubrana byłam w fioletową sukienkę w falbanki, zdobioną brokatem. I ujrzałam JEGO. Rudego młodzieńca o delikatnym rumieńcu i czerwonej muszce. Gdy na niego spojrzałam, cały świat tak jakby się zatrzymał! Tło za jego posturą było rozmazane. Jak po LSD. Zbliżyliśmy się do siebie, on złapał mnie namiętnie za moją delikatną dłoń i nasze twarze momentalnie znajdowały się bardzo blisko. W jego oczach coś zaiskrzyło. Zarumieniłam się, w tle grała romantyczna Inwokacja. Wziął mnie na parkiet i tańczyliśmy do białego rana.

— Nie wierzę, że byłaś kiedyś piękna.- otarł oko Pan Chaosu.

— O świcie… — ciągnęła dalej.- Gdy wszyscy już wyszli… Przysunął mnie do ściany, objął dłonią mój policzek, zbliżył usta do moich ust… I wtedy powiedział: -„O kurwa, ale jebie.”. I uciekł.

Discord wybuchł donośnym śmiechem.

— Co za frajer.- tarzał się ze śmiechu.- Ty też. W sumie do siebie pasujecie.

— Po 50 latach ten sam człowiek znów się zjawił w moim życiu. Ale teraz woli inną… — Wendy posmutniała i to w chuj. Jej marzenia o zostaniu dziewczyną rudego legły w gruzach pół wieku temu. Jednak coś czuła! Ale heca!

— Oh, biedna Łendi! — zhisteryzował kozioł.- Ciekawe kto jest tą twoją konkurencją…

Po obiedzie, dziewczyny z Ośrodka zamknęły się w pokoju Jeża, bo na jego szczęście czy nieszczęście, on miał pokój na klucz. Musiał zmieścić ze sobą kilka osób, by uniknąć Zbenka i jego cudownych historyjek. Wzięły ze sobą kilka przekąsek, które pod władzą Wendy były surowo zabronione, bo wiecie… Otyłość.

— Eh… — westchnął Jeż.- Dlaczego to do mnie wszyscy się zwalają?

— Tylko ty masz pokój na klucz.- skrzyżowała ręce Lexi.- Musimy uciekać przed tym pedofilem.

— Ale chyba nie możemy tu się tak ukrywać całe życie.- dodała przestraszona Julie.- Ale z drugiej strony, mamy jedzenie i rozrywkę!

— Jaką rozrywkę… — zagapiła się Ivka.- Jeż to żadna rozrywka.

— Ale mamy książki! — uśmiechnęła się Julie.- Możemy spędzić miło czas czytając. Proszę.- I wręczyła dość grubą książkę niedowiarce Ivce.

CDN

Rozdział 5Pod kluczem

Nasi bohaterowie, zamknięci w czterech ścianach bladego pokoju, nasłuchiwali, czy Zbenek gdzieś się nie kręci. Ivka zaglądała w dziurkę od klucza, Nancy i Traupa siedziały na krawędzi łóżka, Lexi z Julie i Jeżem stali w różnych częściach pokoju i gapili się co robi ich koleżanka. Zza grubych, dębowych drzwi nagle było słychać pogwizdywanie. Dźwiękowi towarzyszył głośny szelest kluczy. Traupie spociło się czoło, a jej serce omal nie wyleciało.

— Kurwa.- szepnęła Ivka i zakryła ręką buzię. Odruchowo zaczęła ściskać klamkę. Przyjaciele milczeli i w skupieniu obserwowali drzwi.

Po kilkunastu sekundach… Gwizdanie ustało. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

— AKUKU! — przerażający głos dobiegł prosto z otworu na klucz. Tuż przed twarzą biednej Ivki, która krzyknęła i odskoczyła od drzwi.- Thahaha… Dzieciaczki potrzebujo prywatności… Aż szkodo, że pokój na klucz.

Potem słychać było oddalające się śmiechy. To stało się tak nagle. Nancy ściskając poduszkę, powiedziała:

— Ja pierdolę, ten dziad jest straszny!

— Nie martw się Nancy.- pocieszyła ja Julie.- Przecież jesteśmy pod kluczem.

— A jeśli on ma klucz zapasowy? — Traupa złapała swój rysunek przedstawiający kozła.- Pomóż nam, proszę…

— Chyba umieram.- Ivka ciągle z szokiem i horrorem w oczach wstała, łapiąc się stojącego obok krzesła. Jeż widząc jej stan, złapał się za twarz, mówiąc żałośnie „Ojej!”.

W tej samej godzinie, tej samej minuty,

Wendy o własne potyka się buty.

Biedaczka musiała rozpalić ognisko.

Nadwyrężając piździsko.

Discord dwa metry stąd obiera jabłko.

Nożykiem stalowym, sok pije z cytryny

Ogląda żałośnie portret dziewczyny.

Ukochanej, co stęsknionym spojrzeniem patrzy.

Gdzie przez dziurkę od klucza Zbenka ryj kaczy

Zagląda.

Wendy, korzystając z metody Shakiry.

W ognistej kąpieli zanurza giry.

Głupia nie wiedząc, że się poparzy,

O uczniach, pracy i Zbenku marzy.

Aż czuje ból niczym os rój.

Boli ją w chuj.

— A teraz! — Lexi zapaliła zapachową świecę.- Zrobimy sobie dziady…

— Nie! — krzyknął Jeż i zgasił świeczkę.- Wywołasz pożar! Albo Zbenek poczuje że coś się pali.

— Nie, spokojnie.- uśmiechnęła się Traupa.- Te drzwi są grube jak Wendy, nic przez nie nie przeniknie. Nawet zapach.

— Jak już mówiłam- kontynuowała Lexi, odpalając zapalniczkę.- Dziady. Każdy wie, że Wendy zniknęła w godzinę duchów ciężkich…

— Może tym sposobem poprosimy te duchy o jakąś wskazówkę! — szarpnęła ją za ramię Julie.- Może dowiemy się, gdzie jest Wendy.

— Gdzie się tak spieszycie… — włączyła się Ivka.- Wendy była zarazą naszej szkoły od lat doczesnych. I bardzo dobrze, że zniknęła.

— Mam pomysł.- podniosła rękę Traupa.- Może opowiecie mi jak się tu znaleźliście? Jestem ciekawa od chwili, kiedy was poznałam.

— Ciebie też wzięli panowie w czarnych garniturach? — zapytała Nancy. Ta przytaknęła.

— Kto zaczyna? — rozejrzała się Julie.

— Ja coś o tym powiem.- zgłosił się Jeż i zaczął powieść- To tak w skrócie… Byłem na obozie jako przedszkolak. Już wtedy zauważono u mnie, że jestem inny niż reszta dzieci. A że obóz był wspinaczkowy, wspinaliśmy się po górach. Wtedy odkryłem, że potrafię łazić po ścianach! Jebałem grawitację. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak wielki szok jawił się na twarzach opiekunów. No i tak… Ktoś musiał zadzwonić do Ośrodka, zgłosić, że dziecko łazi po ścianach i w wieku 10 lat zabrano mnie od rodziców. I tak, pamiętam, że byli to panowie w czarnym.

— O luju. –zainteresowała się Traupa.- Mam rozumieć, że Ośrodek zabiera dzieci od 10 roku życia?

— Chyba że anomalie wykryto później.- dodała Julie.- Moje moce wykryto gdy chodziłam do zerówki. To było tak: Szłam do szkoły, była późna jesień. Po drodze spotkałam moją panią. Ale coś było w niej nie tak. Emanowała czymś dziwnym. Tak jakby dodatkowy kolor, którego nie widzą inni. „Babciu, czemu moja pani świeci?” Zapytałam odprowadzającej mnie babci. Ona się zaśmiała, pewnie pomyślała, że to jakaś wyobraźnia czy coś. Moim rówieśniczkom opowiadałam o kolorze śmierci, który widzę. Następnego dnia… Dotarła do nas wieść, że nasza pani zmarła. Ponoć wracając do domu potknęła się i uderzyła w kość potyliczną, uszkadzając mózg. Potem było coraz gorzej. Przewidywałam, kto umrze. Widziałam kolor śmierci. No i wzięli mnie.

— Nawet ciekawie takie coś mieć.- zamyśliła się Traupa.- Moją anomalię odkryli bardzo późno, zaledwie rok temu. Bardzo łatwo było to dojrzeć. Wymyślając kolejne stworzenia w głowie, one pojawiały się w moim pokoju. Znaczy, niezupełnie. Ale nawiedzały moją rodzinę, aż w końcu Ośrodek zainteresował się tym zdarzeniem. Wiecie, te stworzenia nie są złe, w końcu wymyśliłam je i maja do mnie szacunek. Ale ich jest naprawdę dużo i kryją się po kątach. Przyzwyczaiłam się, ale muszę uważać na myśli.

— Co teraz widzisz? — zapytała się Ivka.- Np. czy coś obok nas siedzi?

— Tak. Manshell.- odparła Traupa i wskazała na puste miejsce między Jeżem a Lexi. W tym miejscu nagle pojawiła się dziwna postać. Coś na wzór demona, w okrągłych okularkach, o nagim torsie i ubrany tylko w glany i bojówki moro. Uśmiechał się szczerze i miętolił w łapie swój breloczek. Jeż wytrzeszczył oczy i dźgnął Manshell’a w ucho.

— No zostaw mnie, brutalu! — zawył diabeł i rozpłynął się. Wszyscy jednak gapili się jak osłupiali w to samo miejsce.

— Fajny nawet… — odezwała się nieprzytomnie Nancy.- Mnie też łatwo przyłapali. Kilka lat temu, szłam przez miasto, gdzie w ślepym zaułku chciał nie napaść bandyta. Miał pistolet i żądał pieniędzy. A to, że ich nie miałam, sprawiło, że wystraszyłam się nie na żarty. I nagle poczułam, że moje kości są takie lekkie. Nawet się nie zorientowałam, gdy uniosłam się w niebo pod postacią stada ptaków. To było jak patrzeć na kilkanaście swoich kopii. Niesamowite uczucie… Ale szybko zażegnane, bo mnie tu uwięzili. Uh…

— Moja babcia mnie wykopała z domu, bo byłam radioaktywna.- zaczęła Ivka.- Niechcący dotknęłam talerza mojego taty. Gdy z niego jadł, urosło mu ucho na czole, hi hi… I zadzwonili po policję. Dziwne, że nie zauważyli, że byłam w stanie to zrobić od trzeciego miesiąca życia. Ale moc wróciła dopiero jak miałam 12 lat. Po chuj ja ten talerz dotykałam? Miałam swój.

— Ok, moja kolej.- ścisnęła ręce Lexi.- Miałam 11 lat, było to Halloween. Oglądałam z rodzicami jakiś horror, gdy nagle poczułam nagłą chęć wyjścia na dwór. Było zimno, ale miałam wyjebane. Nad moim domem spoczywał wielki, lśniący księżyc, pełnia. Wymknęłam się na drogę, cały czas gapiąc się w niebo. Nie, nie byłam wilkołakiem, nie. Ale mogłam się nim stać. Z moim ciałem stało się coś dziwnego. Czułam, jak moje komórki pulsują, jak w głowie coś dudni. Po kilku chwilach spojrzałam na siebie. Byłam zupełnie inną osobą! Wróciłam do domu. Moi rodzice przerazili się, gdy znów odmieniłam się w siebie. Zadzwonili po tą organizację i także mnie wzięli.

— Uh! — zaskoczona Traupa wyprostowała plecy.- Ale zwroty akcji! Wiecie? Pomimo tych wszystkich nieszczęść, niewoli, Zbenka i Wendy… Dzięki wam da się tu przeżyć.

Wszyscy wymienili uśmiechy. Za oknem lśniła PRAWIE pełnia. Zgaszono świece, rozmawiali po ciemku…

Rozdział 6Wendy i grzechy

Dwudziestosekundowy spacer dał we znaki. Wendy się zmęczyła. Macała obolałe pięty, biedaczka niepotrzebnie zakładała te kościele szpilki prostytutki. Ojej! Co za ból!

— Jesteśmy.- przerwał milczenie Discord, stając na czymś kamiennym.

Był to marmurowy okrąg, przypominający płaski nagrobek. Materiał był starannie oszlifowany i wypolerowany.

— Co to jest? — opuściła ręce Wendy.

— Grób rodziny Accord.- Westchnął Discord i przejechał dłonią po kamieniu.

— Grób!? — zaskoczyła się.- Miejże szacunek dla zmarłych! Myślisz, że jesteś pępkiem świata?

— Spokojnie, gzubie.- Zmrużył oczy kozioł.- Jest jeszcze pusty. JESZCZE.

Wendy podrapała się po ośmiu podbródkach. Jak to jeszcze? Czyli grób jest pusty?

— Po co pusty grób?

— To długa historia… — Discord skierował głowę w bok.- Jedna z twoich uczennic zarezerwowała sobie tzw.”Boski nagrobek”. Jest to pusta dziura, z której wyjdzie ta osoba kiedy umrze.

— Okropne! — złapała policzki.- Ale zapewniam, że żaden z moich podopiecznych nie odprawia okultyzmu.

— To żaden okultyzm. Po prostu wykupiła sobie miejsce na swoją duszę. Ta osoba zrobiła to dla mnie! Jakie to słodkie! — Oczy Discorda stały się maślane, a na jego policzkach znajdował się piękny, różowawy rumieniec.- Tak czy siak Boski nagrobek jest portalem miedzy wymiarowym. Możemy przez niego przejść.

— O! To na co czekamy? Chcę zobaczyć swoich uczniów! — podskoczyła Wendy na wysokość krzaka z jagodami.- Przechodzimy przez portal?

— Nie.- zaprzeczył chaos.

— Dlaczego?

— Bo się nie zmieścisz.

Nad Ośrodkiem zagościło komputerowe słońce. Poranne promyki światła zbudziły wszystkich niemal w tym samym czasie. Na korytarzu w tą i z powrotem biegał rozpromieniony Zbenek. W dłoni trzymał dzwoneczek i dyndolił nim po całej Akademii. DINDOLINDO!

— Poobudka wstać! — krzyknął, pukając do drzwi Jeża.- Koniu wody dać! Ahahaha!!! Żartuję, Kuń dostał wodę i niecierpliwie oczekuje byście wstali. No dali!

Biegnie Zbenek z dzwoneczkiem.

Alkohol popija mleczkiem.

A mleczko wodą popija.

Kuń nie dostał wody.

Mimo złej pogody.

Dresik już zakłada spiesznie,

Majtek oh zapomniał! Wcześnie

Dzisiaj wstając zapomniał je włożyć.

Zdjął je mimochodem, zdążył się położyć.

A co to takiego?

Co jest tak nowego?

Że aż Zbenek wstaje, tańczy z alter ego?

Bo to potańcowa! Dzisiaj się zaczyna!

Która z nim na densy gotowa dziewczyna?

Kandydatek wiele.

Czasu jednak mało.

Musi się pospieszyć,

Bo stygnie kakao.

— Uh… — zajęczała Lexi.- Ale mnie łeb boli.- Potem się rozejrzała. Wszyscy jeszcze smacznie spali. W pokoju panowała cisza i spokój. Słychać było tylko śpiew sztucznych ptaków za oknem. A raczej świergotu puszczonego z playback’u. Tak naprawdę nikt nie wie, dlaczego tak bardzo izolują ich od świata. Lexi wstała na nogi i postanowiła podsłuchać co dzieje się za drzwiami. Słychać było stłumiony dźwięk dzwoneczka.

— Hej- drzwi się otwarły. W futrynie stała Caroline.-Szukałam was po całym Ośrodku. Dlaczego tu siedzicie?

Wszyscy jednocześnie zerwali się ze swoich posłań. Byli ospali i wykończeni.

— Ukrywamy się przed złą aurą Zbenka.- ziewnęła Julie.- Kiedy mamy iść na śniadanie?

— Śniadanie jest za chwilę.- odparła Caroline- Zejdźcie do stołówki. Wiecie jaki jest Zbenek.

Dziewczyna wyszła niemal bezszelestnie. Zawiasy zaskrzypiały. Drzwi zamknęły się ukazując w dziurce metalowy kluczyk.

— Boże Święty… — Traupa rozdziawiła twarz.

— Co się stało? — przetarła lewe oko jeszcze śpiąca Ivka.

— Jak Caroline się tu dostała? — Wszyscy zbledli. Przecież… Drzwi miały być… Zamknięte. A tymczasem kluczyk, jedyny element bezpieczeństwa, spoczywał sobie niewinnie w zamku.

— Czyli… Czekaj… — zająkał się Jeż.- Czyli Zbenek mógł sobie tak po prostu tu wejść? W czasie gdy spaliśmy?

— Hej, kto w ogóle grzebał przy kluczyku? — Traupa zwróciła się do przyjaciół. Każdy z nich wzruszył ramionami. Powtórzyła pytanie. Jednak nikt tak naprawdę nie wiedział co się stało. Byli jeszcze ledwo żywi. Świadomość, że taki ktoś jak Zbenek, mógł wtargnąć do ich pokoju, była odrażająca. Przez resztę poranka pojawiło się mnóstwo pytań bez odpowiedzi.

Wendy jęczała i stękała ze zmęczenia. Oblana potem próbowała odsunąć wieko grobowca. Tymczasem na marmurowym okręgu pojawiły się tłuste odciśnięte ślady łap, które z pewnością dotykały niedawno kanapki. Jednak kamień był zbyt ciężki na takie wyzwanie.

— Dinkordzie.- odwróciła się z zaczerwienionymi dłońmi do kozła.- Jako dżyntyelmen, masz obowiązek pomóc damie w opresji. Pomóż proszę przenieść tę wielką bryłę.

Wendy stała jak ostatni debil i wskazywała palcem obiekt oczekując pomocy.

— Sama sobie radź, feministko.- Podniósł jedną brew, krzyżując ręce.- Poza tym… Zostaw to kurde mać! Niszczysz grób i to JA jestem tym złym??? Zostaw ten kamień, przecież nie tak się to robi.

— To co ja mam zrobić? — zapytała Wendy. W jednej chwili kamienna płyta spadła prosto na jej stopę. Wrzask, ból i cierpienie. Po całej okolicy rozniosła się głośna kurwica. Trwała ona przez jakieś siedem minut, aż wreszcie echo odbiło się o niewidomo co. Nagle zdali sobie sprawę, że pojawiła się mgła. Widoczność utrudniła się, pobliskie przedmioty wyglądały jak niewyraźne cienie.

— No nie… — westchnął Discord.- Widzisz co narobiłaś? Przywołałaś mgłę swoją nerwową osobowością.

— Słuchaj, ja wreszcie chcę stąd wyjść. Nie życzę sobie, byś obrażał mnie i zagłuszał moją pracę! — krzyknęła Wendy. Jej twarz spowiła się potem i czerwonością.

Nagle ziemia się zatrzęsła. Fale na brzuchu Wendy rozeszły się jak tsunami. Co się dzieje! Mgła ograniczała widoczność do minimum. BUM BUM BUM! W jej uszach dudniło niemiłosiernie. Pizganie zmusiło ją do zakrycia uszu.

— Muuuuuuun… — zawył Discord. Wydawał się nadzwyczaj spokojny całą sytuacją, jednak w spojrzeniu dało się wykryć ciekawość. W jednej sekundzie calutki pył, bum bum i mgła zniknęły. Wendy spojrzała na uspokojone niebo. Wydała z siebie pisk opon, a jej serce stanęło. W centrum rubinowego sklepienia pojawiła się twarz. I to nie byle jaka twarz. To sam w sobie Mr Moon! Król i Księżyc podwładnego czyśćca.

— Discordzie, jak miło cię widzieć, przyjacielu! — Gromki, potężny, lecz łagodny głos wydobył się z jego krwawiących ust. Zęby jego spowite było lekkim odcienie żółtego.

— AAA!!! — wrzasnęła Wendy i przyjebała o konar drzewny.- To coś gada! O zgrozo!

— Ucisz proszę koleżankę.- zmrużył oczy księżyc.- Zakłóca naturalny spokój tego miejsca.

— To nic takiego, Moon.- uśmiechnął się Discord.- To tylko baba, która niewiadomo jak wtargnęła do astralu. Wykorzystam ją by odnaleźć drogę do mojej narzeczonej.

— K-księżycu… — Wendy wstała i macała guza na czole.- Czy wiesz, jak dojść do swojego świata?

— Pytanie jak się tu dostałaś, Wendy… — odparł Mr Moon.- Jako śmiertelniczka nie masz prawa tu przebywać. Chyba, że…

— Że co? — zapytała zniecierpliwiona.

— …Chyba że uczestniczyłaś w Dziadach.- Wendy przełknęła ślinę. Uświadomiła sobie, że to, ze się tu znalazła, to wyłącznie jej wina…

CDN

Rozdział 7Pierwszy taniec Zbenka

— Jak myślicie –zadała pytanie Julie.- Czy faktycznie uniknęliśmy „zaproszenia” na bal jesienny?

— O ile po cichu rozejdziemy się do pokoi, prawdopodobnie nikt nas nie zauważy. –odparła Lexi.

Przyjaciele wędrowali wzdłuż szerokiego korytarza głównego, łącznika pozostałych korytarzy. Żelazne drzwi umiejscowione były w równych odstępach, na całej szerokości trzydziestometrowych ścian. Jeż zakluczył swoje drzwi i włożył klucz do spodni. Następnie susem dogonił resztę. Na końcu korytarza, czekała wielka heca. U stóp sufitu wisiał wielki transparent. Papier, z którego go wykonano, obklejony został zeschniętymi liśćmi. Brązową kredką niezgrabnie wyrysowano napis „BAL JESIENNY!”. Plakat powiewał lekko, przyczepiony wstążeczką do belek na suficie. Jeden z jesiennych listków upadł lekko na głowę Traupy.

— Plastikowe liście… — odparła, oglądając obiekt.- Gorzej już nie może być.

— Liście mogłyby wam zaszkodzić, wiecie?! — głos bliski krzyku zagrzmił zza jej pleców.- Poza tym zapomnieli o przypinkach na potańcówe. Chyba chcecie na niu iść?

Cała paczka przytaknęła, jednocześnie drżąc jak marznące sroki w środku zimy. Łapa Zbenka wychyliła się i w mgnieniu oka dzieciaki uzyskały dodatkowy atrybut. Oto na ich sercach spoczywały piękne, majestatyczne, błyszczące przypinki z mordą ich autora. Ivka i Nancy zachłysnęły się niemal w tym samym czasie.

— Ohoho! — zaśmiał się Zbenek.- Chyba nie myślyliście, że dam wam odpuścić se takijygo wydarzynia! — następnie oddalił się o kilka metrów, śląc szyderczy grymas. Zniknął w drzwiach jednej z sal.

— Ekhem… Mamy ostro przejebane.- zakaszlał Jeż.

— Niestety kochani… — Traupa przyjęła pokerową twarz.- Miło was było poznać.

Wendy ciągle trudziła się z podniesieniem nagrobka. Za to Discord i Pan Moon śmieszkowali między sobą, patrząc jak biedaczka wydala pot.

— Gratuluję ci, Wendy.- zaklaskał kozioł.- Okazało się, że to nie ty jesteś tu najcięższym przedmiotem…

— CiiiiichO! — zawyła Wendy.- Prawie maaaaam…. Już prawieee podniosłam! — Jej bicki urosły kilkukrotnie ukazując żyły. Lecz w tym samym momencie coś trzasnęło jej w podbrzuszu. Ta zawyła i zdusiła ręką falę tłuszczu na brzuchu. Upadła jak wielbłąd na ziemię. Pan Moon wybuchł przeraźliwym, aczkolwiek miłym śmiechem.

„Wendy, droga Wendy,

Przez cię mam w głowie mętlik.”

Zarecytował księżyc, ukazując krwiste kły.

Nadszedł TEN wieczór… Międzynarodowy Bal Jesienny! Sala, w której odbywała się potańcówa była oczywiście zdobiona jesiennymi skarbami: Liśćmi, kasztanami, żołędziami… Wszystko ze stuprocentowego plastiku. Paczka by zrobić na złość organizatorowi, ubrała się w swoje służbowe mundurki. Wszyscy goście natomiast mięli odświętne stroje.

— Po chuj oni się cieszą.- zniesmaczyła się Ivka.- Przecież są więźniami tego budynku.

— Niedobór świeżego powietrza im szkodzi.- odpowiedziała Nancy, gapiąca się w głąb tańczącego tłumu. Nad głowami tańczących podmiotów kręciła się stereotypowa kula disco. Oświetlała ona parkiet, na którym dumnym krokiem tańczył Zbenek.

— Umc Umc… — podrygiwał, zbliżając się do stojących nieopodal dziewczyn.- No to co? Któro chce pofiglować? Hmmmm??? — Zbliżył twarz do jednej z nich. Ta tylko fałszywie zachichotała, natomiast druga złapała ją odruchowo za rękę i pociągnęła gdzieś dalej. Zbenek się zniesmaczył. Wziął łyka soku i poszedł tańczyć dalej. Z każdym krokiem odstraszał kolejnych gości.

— Ciemniaki! — zaklnął w stronę kolejnych spłoszonych „ofiar”. Przyjaciele wpatrywali się w całą okoliczność, śledząc wzrokiem naburmuszonego Zbenka.

— Ten to chyba ma pstro w głowie.- Traupa wykonała gest „pojebania” czyli zakręciła palcem w pobliżu swojej skroni.

— Dobrze, że jesteście! — Caroline przybiegła w ich kierunku w czarnej sukience.- Zbenek prosił mnie do tańca już z siedem razy! Lepiej się schowajcie.- Wszyscy na te słowa przytaknęli i wtopili się w tłum, by poszukać dobrej kryjówki. Przemykali gęsiego między tańczącymi rówieśnikami. Wtem Julie wskazała mały schowek za zasłonami. Drzwi do niego były metalowe, prawdopodobnie dźwiękoszczelne. Jeż złapał za klamkę i pociągnął. Uderzyła ich fala kurzu, aż dziwne, że nikt tego nie zauważył. Była to pusta, zakurzona skrytka.

„Nikt tu nie był od wieków” — pomyślała Nancy, pocierając palcem o podłogę. Lexi zamknęła ciężkie drzwiczki. W tym samym czasie Ivka wymacała włącznik światła. Całe pomieszczenie spowiło chłodne, niebieskie światło słabej jarzeniówki. Tylko jedno tu nie pasowało… Drewniana, brudna klapa w podłodze. Jej uchwyt był bardzo zardzewiały, aż dziwne, że się nie rozleciał.

— Co to jest? — zamyślił się Jeż.- Wejście?

— Uh, ale dlaczego to w ogóle nie jest zabezpieczone? — zdziwiła się Julie.- Przecież personel Ośrodka nie byłby tak głupi, żeby wciskać nam jakieś ukryte przejście pod sam czubek nosa.

— A co jeśli… — dodała Traupa z nutą dramatyzmu.- To nasza droga do wolności?

— Wyjście z budynku? — puknął się Jeż.- Ale po co by miało być w jakiejś skrytce. Tu każdy może wejść.

— Ale nikt nie wszedł.- wzruszyła ramionami Traupa.- Czyli, że mamy szansę wyrwać się z sideł tych chorych ludzi!

— To na co czekamy! — uśmiechnęła się Ivka.- Wynośmy się stąd!

— Może lepiej zrobić to potem? — zaproponowała Julie.- Kiedy nikogo nie będzie za drzwiami. Najlepiej jutro.

— Oh! — tupnęła nogą Ivka.- Nie chcę tu mieszkać do usranej śmierci! Mam jeszcze tyle planów do zrobienia!

Dzieci nieco bardziej spokojne opuściły schowek. Mięli jednak dużo kurzu na ubraniach, dlatego strzepali je w pośpiechu. Nagle z tłumu wyskoczył rozgorączkowany Zbenek. Traupa nawet nie zdążyła wytrzeć resztek pyłu, gdy ten złapał ją za rękę i ruszył na parkiet.

— Ratunku! — krzyknęła Traupa w stronę zmieszanych przyjaciół.

— Zostaw to już, szkarado jedna! — wkurwił się Discord i złapał Wendy za ubranie. Następnie wziął rozmach i wrzucił zbędny balast za swoje plecy. Nie chciał, by niszczyła Boski nagrobek.

— OOh, wielmożny Panie Księżycu! — Wendy wydała zwrot do adresata.- Cóż mam uczynić by wrócić do swojego miejsca!

Mr Moon zamyślił się. Po kilku sekundach odparł dźwięcznie:

— Na początek nie niszcz Boskiego nagrobka. Ponieważ właściciel będzie BARDZO ZŁY jak zobaczy zniszczony grób! Po drugie, owszem, możesz się poprzez niego dostać do swojego świata. Jednak! Musisz uzyskać zgodę właścicielki portalu. Musi to być zgoda pisemna lub słowna.

— Ale…

— I OCZYWIŚCIE! — przerwał jej.- Nie może to być podrobiona zgoda. Nawet nie próbuj podrabiać podpisu. Pan Mun wyczuje każde przewinienie. Jeśli Pana Muna oszukasz, to nie masz liczyć na jakikolwiek ratunek. Zostaniesz tu na dobre…

Wendy zakłopotała się. Dużo się dziś napociła. Jej drżące ręce załamały się pod wpływem słów Księżyca.

— Aaa… — jąkała się.- Kto jest właścicielem grobu?

— Pani Accord.- odparł z uśmiechem.- Taka brunetka, na czarno się ubiera.

— Nope, nope, nope, nope, nope….- Traupa stała na środku parkietu, kiedy to Zbenek oczekiwał, by razem z nim tańczyła w rytm muzyki. Skakał dookoła niej, jednak ta ze zmarszczonym czołem i skrzyżowanymi rękoma gapiła się w wielki napis „EXIT”.

— Dali! — krzyknął Zbenek.- Pokaż co umiesz no!

— Spierdalaj…

Rozdział 8Te niecnoty to kłopoty!

Wendy wylegiwała się na jednym z pobliskich kamieni. Spała już od kilku godzin. Z trudem otwarła zaropiałe oczy, gdy poczuła na skórze przenikliwy chłód. Zadrżała i podniosła się. Nagle straciła równowagę, spływając jak po maśle ze skały, a następnie turlając się z wzgórza. Jej okulary pokryły się czerwonym piachem. Starła je o rękaw i założyła z powrotem.

— Ojejku! Dopiero prałam ten sweterek! — zmartwiła się Wendy, patrząc na brudną tkaninę. — Jedyne moje czyste ubranie!

— Nie dramatyzuj, kobieto… — znikąd zza jej pleców wyjrzał Discord.- Musisz przecież uzyskać tę jebaną zgodę.

— Dobrze, dobrze! — krzyknęła, gdy w jednej chwili coś uszczypnęło ją dość mocno za nogę. Zareagowała krzykiem i jękiem.

— Ooł! Ooł! — dziwny odgłos uderzył ją w ucho.- Nie ma żadnych włosów! Wyobrażasz sobie?

Pani spojrzała za siebie i fryzura stanęła jej dęba. Oto sześć diabelskich oczodołów spoglądało na nią. Należały one do kreatur, głównie zbudowanych z dymu i cienia. Było ich trzy, w kolorze turkusu, różowawego i czerwonego.

— Ja, ja.- odpowiedział jeden z nich.- Nie możemy się bawić bez włosów.

— Co to za zwierzątko? Mogę je wziąć do domu? — wykrzyczał różowawy, mniejszy cień, wskazując na zszokowaną Wendy.

— Nie możesz. Jest takie wstrętne i obślizgłe, fuj.- zniesmaczył się turkus.- Wybierz sobie zwierzątko, któremu możemy wyrywać futerko!

Dopiero wtedy Wendy spostrzegła, że Discord zniknął, zostawił ją z tymi stworzeniami.

— Kim wy jesteście… — zadrżała.- Nie jestem żadnym zwierzakiem!

— Jesteś, Sie sind! — krzyknął na całe gardło czerwony.- Co tam zwierzak może wiedzieć.

— Czy to wy uszczypnęliście mnie w nogę? — zapytała Wendy.

— Tak, ale niestety już tego nie zrobię.- zasmucił się różowawy.- Nie ma co ci wyrwać. Twoja kończyna jest jakaś za mało włochata. Wygląda jak kluska, coś okropnego.

— Zwymiotuję! — turkus zamknął oczy. Czerwony otulił jego przeźroczystą szyję i pocieszał. Razem tworzyli mieszankę fioletowej poświaty.

— Oh, właśnie.- ocknął się czerwony.- Pytasz kim jesteśmy. Otóż czy nie słyszano nigdy o Shabows? — Pani wykrzywiła wzrok w geście powtórzenia pytania.- Shabows. Kolorowe cienie. Nasze hobby- Lubimy skubać kłaki na nogach. Jestem Der, to moja żona Turkus i nasz synek Knip.

— Jestem Knip! — różowy cień potrząsnął galaretowatą dłonią Wendy.- W służbie jej królewskiej mości otyłości!

Ta nieco oburzyła się, ale wysłuchała historii Shabows’ów. Otóż cienie te zamieszkują okolicę i jest ich tyle, ile kolorów tęczy. Są niemal przeźroczyste, ale widać je na tyle, by dostrzec ich kolory. Historia, skąd wziął się fetysz wyrywania włosów u nóg jest niestety nieznany. Po prostu lubią to robić.

— Dziś w stołówce bułki! — ucieszyła się Julie, spoglądając na rozpiskę dań. Tabelka wisiała blisko szwedzkiego stołu. Ustawione było na nim chrupiące, krągłe pieczywo, makaron z przyprawami, równe plasterki warzyw i owoców oraz pewien tajemniczy dystrybutor.

— Julie, co to? — szturchnęła ją stojąca obok Nancy.

— To? — dziewczyna wskazała na dystrybutor.- „Napój morficzny UT-0”. Tak tu jest napisane.

— Hm? O czym gadacie? — Jeż pojawił się, wkładając na swój talerz porcję makaronu.

— Dzisiaj nie ma utlenionego kompotu? — zdziwiła się Nancy.- Najlepszego tu napoju?

— Musimy się dzisiaj obejść bez picia.- zmartwiła się Julie.

Razem z koleżanką zajęły stolik i oczekiwały reszty grupy. Gwara przekrzykiwała rozmowy przyjaciółek. Po chwili ujrzały nadchodzącą Ivkę, Lexi i Caroline.

— Hejo! — machnęła ręką Ivka. Wszyscy naturalnie odsunęli swoje talerze. Oczywiście by nie zostać przypadkiem napromieniowanym.

— Znów dają jakieś świństwa o picia.- zniesmaczyła się Nancy.

— A co z utlenianym kompotem? — zapytała Lexi, przynosząc na talerzu bułkę.

— Zmienili go na coś zwane płynem morficznym. Ktoś wie co to jest? — Jeż doszedł ze swoim śniadaniem, niemal się potykając, gdyż ciągle gapił się na dystrybutor.

— Ah, gdzie Traupa? — Ivka rozglądała się po całej sali. Faktycznie, nigdzie nie było jej towarzyszki zabaw.

— Może jeszcze się szykuje? — wzruszyła ramionami Julie.

— No nie wiem.- Ivka wzięła kawałek owocu do ręki.- Zwykle szykuje się prędko.

— Jeszcze wcześnie.- odparł Jeż.- Jak nie zjawi się do końca śniadania to pójdziemy jej poszukać.- Reszta przytaknęła.

— SŁUCHAJTA, EKHEM! SŁUCHAJTA UWOŻNIE! — krzyk stłumił gwarę podmiotów. Dzieci spojrzały w stronę hałasu, gdzie kolejny raz stał poczerwieniały Zbenek ze zgrozą na twarzy. Trzymał megafon, który jeszcze bardziej nagłaśniał jego słowiański hulahajhał. — Wielu z was pywnie się zastanowio, skund ta machino i co daje, hm? Łotóż tak… Morficzne płyny wylatujo z tygo poidła Okoły poranka. Bydziecie je dostawać zamiast kumpotu, żeby u WOS alergia nie wystypiła. Podmiot namber 15122034 dostał uczulynio i musi jechać na lyczynie.

Tłum oburzył się na wieść o tej informacji. Wszyscy wymieniali spojrzenia i dyskutowali między sobą o swojej stołówkowej przyszłości.

— Ej, ej! Spokojnie! — uciszył ich Zbenek.- Picie jyst słodkie i dobre. Nie mo co narzykać! Sam próbowałem… Smakuje jak owocowa herbata. I co jeszcze… Aha! Nic. Dzinkuje i smacznego! Fenk ju fenk ju!

Przemawiający zszedł ze schodków i ruszył w stronę wyjścia. Wszyscy gapili się w zamyśle, po paru minutach znów zapanowała gwara dyskusji.

— Słyszeliście? — zdziwiła się Caroline.- Przez długie miesiące dostawaliśmy dobre picie. A teraz ktoś nagle się na nie uczulił?

— Tutaj nic nie wiadomo.- Odpowiedziała Lexi.

Nagle przyjaciele spostrzegli przemykającą między stolikami Traupę. Przez wyjście przeszła spokojnie, gapiąc się z niechęcią na Zbenka. Gdy stracił ją z pola widzenia, wyjęła z kieszeni przedmiot, przypominający starą Nokię. Była bardzo zdenerwowana i ciągle chowała komórkę, tuląc ją do siebie i rozglądając się między sobą.

— Kszksz… — syknęła, zamachując urządzeniem przed twarzami przyjaciół.- Mam dobre wieści!

Wszyscy zainteresowali się, gdy rzecz zaczęła cichutko pikać.

— Co to jest? — uniosła oczy Ivka.- Telefon.

— Ujmę to tak… — zaczęła Traupa.- Jest to urządzenie, namierzające niesłyszalne dla nas fale dźwiękowe. Zajebałam Zbenkowi z biura, gdy na chwilę poszedł na stronę.

— I co to znaczy? — zapytała Lexi.

— Nad ranem odebrałam dziwne sygnały.- odparła.- Nie przejęłabym się tym tak bardzo, gdyby nie fakt, że nasze pokoje są wygłuszone. Więc szansa na takie sygnały wynosi mniej niż 1%. Gdy Ivka spała, ja przeanalizowałam dźwięki w specjalnym programie z płyty, którą również zapieprzyłam Zbenkowi. Musiałam przyspieszyć i rozgłośnić fale kilkanaście razy. Nie uwierzycie co mi wyszło!

Paczka zniecierpliwiła się. Z każdą sekundą robiło im się coraz goręcej.

— Co? Co? — dopytywał się Jeż.

— Cytuję… — Traupa przybliżyła do twarzy sonar.- „Wendy jest tutaj- Twój D”

Rozdział 9Zostańmy przyjaciółmi!

Wszyscy zerwali się ze swoich krzeseł. Nie była to sprawa lekka, Wendy jednak gdzieś tam była. Tajemniczy sygnał z pewnością nie był zbiegiem okoliczności. Otóż ściany pokoi były wykonane z solidnego, dźwiękoszczelnego materiału. Nawet głośny krzyk nie był w stanie się przecisnąć przez tak grube ściany. Rozwiązanie było jedno…

— Astralne Fale Międzywymiarowe, otóż to! — Traupa uniosła palec jak do odpowiedzi, ciągle obserwując bacznie monitor urządzenia.- Nazwijmy to AFM.

— Kto mógł je wysłać? — uniosła brew Lexi.

— Może Wendy? — odparła Ivka.- Ona kocha mówić o sobie w trzeciej osobie, nieprawdaż?

Zwróciła się do z lekka oszołomionej Julie i Nancy. Dziewczyny przytaknęły i czekały na dalsze informacje.

— Fale te przecież są naprawdę silne.- zamyśliła się Caroline, odstawiając kubek z ostatnimi łykami utlenionego kompotu.- Dostatecznie silne, by przedrzeć się przez inny wymiar.

— Ahaś! — przytaknęła Traupa i także popiła z czyjegoś kubka.

— Zaraz… — przerwał chwilową ciszę Jeż.- Nadawca wiadomości prawdopodobnie wie, gdzie Wendy. Czyli, że jeśli informacja przeszła z astralu…

— To nasza zaginiona też tam jest! — dokończyła Lexi.

Wszystkim zaparło dech w piersi. Otóż mięli przed sobą wiadomość, lokalizację Wendy zgrabnie podaną na tacy. Urządzenie emanowało słabym światełkiem z lampeczki, sonar wskazywał niezmieniające się fale astralne. Wszystko razem tworzyło migoczący wykres, który po odtworzeniu był plikiem tekstowym.