Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 820 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wektor zagrożenia - Tom Clancy

W Chinach dochodzi do zamachu stanu wskutek którego faktyczne przywództwo przejmuje szef chińskiej armii, generał Su, który rozpoczyna realizację swoich ekspansjonistycznych planów. Postanawia opanować akweny morskie u wybrzeży Chin oraz zająć Makao, Hongkong i Tajwan. Aby tego dokonać, musi przede wszystkim uporać się z USA. Chińczycy postanawiają więc osłabić możliwości techniczne przeciwnika. Tworzą armię hakerską, na której czele staje wybitny informatyk, doktor Tong, który za pomocą rozsiewanych wirusów komputerowych opanowuje sieci informatyczne – w tym wojskowe, gospodarcze i wywiadowcze – na całym świecie.

Wektor zagrożenia to ostatnia powieść wydana za życia Toma Clancy’ego – jednego z najlepszych i najbardziej znanych na świecie twórców literatury sensacyjnej, autora powieści: POLOWANIE NA CZERWONY PAŹDZIERNIK,  CZAS PATRIOTÓW,  STAN ZAGROŻENIA i SUMA WSZYSTKICH STRACHÓW.

Opinie o ebooku Wektor zagrożenia - Tom Clancy

Fragment ebooka Wektor zagrożenia - Tom Clancy

O książce

Chiny postawiły sobie za cel całkowite opanowanie Morza Południowochińskiego. Żeby tego dokonać, muszą usunąć przeszkodą, jaką jest USA – wygrać cyberwojną z Amerykanami i w ten sposób ich osłabić. Powstaje wiąc armia hakerska, na czele której staje genialny matematyk i informatyk, całkowicie oddany Komunistycznej Partii Chin.

Tajna organizacja Campus, której analitykiem i agentem jest Jack Ryan junior, zostaje namierzona i znajduje sią pod stałą obserwacją.

Nie tylko ona. Chińscy hakerzy opanowują amerykańskie sieci informatyczne – bankowe, firmowe, rządowe, wojskowe i wywiadowcze. Ale ich mocodawcom to nie wystarcza. Sięgają po bardziej bezpośrednie środki – wysyłają do Stanów oddział komandosów, który dokonuje skrytobójczych mordów. Tymczasem prezydent Jack Ryan utknął za biurkiem w Gabinecie Owalnym. A kraj, bardziej niż kiedykolwiek, potrzebuje jego mądrości i odwagi.

www.tomclancy.com

Tego autora

PRZECIW WSZYSTKIM WROGOMWYŚCIG Z CZASEMWEKTOR ZAGROŻENIA

Tytuł oryginału:THREAT VECTOR

Copyright © Rubicon, Inc. 2012All rights reservedThis edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons,a member of Peguin Group (USA) LLC, a Penguin Random House Company

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Grzegorz Kołodziejczyk 2015

Redakcja: Beata Kołodziejska

Projekt oraz grafika na okładce: Dark Crayon/bannerwega/1000words

ISBN 978-83-7985-203-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Główne postaci

Rząd Stanów Zjednoczonych

John Patrick „Jack” Ryan, prezydent Stanów Zjednoczonych

Arnold van Damm, szef personelu Białego Domu

Robert Burgess, sekretarz obrony

Scott Adler, sekretarz stanu

Mary Patricia Foley, szefowa służb wywiadowczych

Colleen Hurst, doradczyni do spraw bezpieczeństwa narodowego

Jay Canfield, dyrektor CIA

Kenneth Li, ambasador Stanów Zjednoczonych w Chinach

Adam Yao, oficer operacyjny Departamentu Tajnych Operacji CIA

Melanie Kraft, analityczka w CIA (tymczasowo w Biurze Dyrektora Wywiadu Narodowego)

Darren Lipton, starszy agent specjalny, FBI, Wydział Bezpieczeństwa Narodowego, Wydział Kontrwywiadu

Armia Stanów Zjednoczonych

Admirał Mark Jorgensen, Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych, dowódca amerykańskiej floty Pacyfiku

Generał Henry Bloom, Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych, dowódca Korpusu Informatycznego Stanów Zjednoczonych

Kapitan Brandon „Trash” White, Korpus Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych, pilot samolotu F/A-18C Hornet

Major Scott „Cheese” Stilton, Korpus Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych, pilot samolotu F/A-18C Hornet

Starszy sierżant Michael Meyer, Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych, dowódca pododdziału Szóstej Drużyny SEAL

Campus

Gerry Hendley, dyrektor kancelarii prawnej Hendley Associates, dyrektor Campusu

Sam Granger, dyrektor operacyjny

John Clark, oficer operacyjny

Domingo „Ding” Chavez, oficer operacyjny

Dominic Caruso, oficer operacyjny

Sam Driscoll, oficer operacyjny

Jack Ryan junior, oficer operacyjny, analityk

Rick Bell, szef działu analiz

Tony Wills, analityk

Gavin Biery, dyrektor działu technologii informacyjnej

Chińczycy

Wei Zhen Lin, prezydent Chińskiej Republiki Ludowej, sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin

Su Ke Qiang, przewodniczący Centralnej Komisji Wojskowej Chin

Wu Fan Jun, oficer wywiadu i Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego w Szanghaju

Dr Tong Kwok Kwan, pseudonim „Center”, szef sieci komputerowej Statku Widma

Zha Shu Hai, cyberprzestępca poszukiwany przez Interpol znany pod nickiem „FastByte22”

Crane, dowódca komórki z Vancouver

Han, właściciel fabryki podróbek sprzętu elektronicznego

Postaci poboczne

Walentin Olegowicz Kowalenko, były oficer SWR (rosyjska Służba Wywiadu Zagranicznego), asystent rezydenta w placówce londyńskiej

Todd Wicks, menedżer sprzedaży w firmie Advantage Technology Solutions

Charlie Levy, nick „DarkGod”, haker amator

Dr Cathy Ryan, żona prezydenta Jacka Ryana

Sandy Clark, żona Johna Clarka

Dr Patsy Clark, żona Dominga Chaveza, córka Johna Clarka

Emad Kartal, były oficer libijskiego wywiadu, specjalista do spraw komunikacji

Prolog

Nastały ponure dni dla byłych agentów Dżamahirijji, budzącej trwogę libijskiej służby bezpieczeństwa w czasach Muammara Kaddafiego. Ci, którzy zdołali przeżyć rewolucję, rozproszyli się i pozostawali w ukryciu; lękali się dnia, w którym ich dawne bestialstwa wyjdą na jaw i przyjdzie im za nie zapłacić.

Rok wcześniej, gdy stolica Trypolis wpadła w ręce popieranych przez Zachód rebeliantów, niektórzy agenci bezpieki pozostali w kraju, licząc na to, że zmiana tożsamości uchroni ich przed zemstą. Rzadko uchodzili z życiem, gdyż ci, którzy znali ich tajemnicę, chętnie wydawali agentów rewolucjonistom – albo po to, by wyrównać dawne rachunki, albo żeby zasłużyć sobie na wdzięczność nowej władzy. Szpiegów Kaddafiego osaczano w kryjówkach, torturowano i zabijano; innymi słowy, traktowano ich tak, jak na to zasługiwali, choć na Zachodzie żywiono złudną nadzieję, że po opanowaniu kraju przez rebeliantów dawni zbrodniarze zostaną sprawiedliwie osądzeni.

Nie było w Libii miejsca na litość po śmierci Muammara Kaddafiego, podobnie jak nie było jej przedtem.

Oblicze nowej władzy nie różniło się od oblicza starej.

Sprytniejsi spośród szpiegów Dżamahirijji wymknęli się z kraju, zanim ich pojmano, i przedostali się do innych afrykańskich państw. Tunezja leży tuż obok, lecz wrogo traktowano tam byłych agentów Wściekłego Psa Bliskiego Wschodu; takim przydomkiem obdarzył Kaddafiego Ronald Reagan i było to trafne określenie. W Czadzie działo się fatalnie, Libijczycy zaś byli tam widziani równie niechętnie jak w Tunezji. Niektórzy dotarli do Algierii, inni do Nigru; w obu tych krajach mogli liczyć na względne bezpieczeństwo, lecz perspektywy przybyszów wyglądały marnie.

Jedna grupa ściganych byłych agentów Dżamahirijji poradziła sobie lepiej od reszty dzięki temu, że wykorzystała atut dający im znaczną przewagę nad kolegami. Nieliczna komórka szpiegów od lat działała nie tylko na rzecz dyktatury Muammara Kaddafiego, ale także z myślą o pomnożeniu swoich majątków. Przyjmowali fuchy zarówno na terenie Libii, jak i za granicą; wykonywali zlecenia rozmaitych organizacji przestępczych, takich jak Al-Kaida czy Rada Rewolucyjna Umajjad, a nawet wywiadów niektórych państw na Bliskim Wschodzie.

W trakcie realizacji zadań grupa poniosła straty jeszcze przed upadkiem libijskiego rządu. Paru jej członków zginęło z rąk amerykańskich agentów na rok przed śmiercią Kaddafiego, a podczas rewolucji kilku innych poległo, gdy samoloty NATO przeprowadziły nalot na port w Tobruku. Dwóch schwytano, zanim wsiedli do samolotu na lotnisku Misrata; porażano ich prądem, a następnie powieszono nagich na targowisku na hakach rzeźniczych. Jednakże siedmiu członków komórki służby bezpieczeństwa zdołało przeżyć i wydostać się z kraju; lata pozaprogramowej działalności zarobkowej nie przyniosły im fortun, lecz gdy trzeba było czmychnąć niczym szczury z okrętu o nazwie Wielka Arabska Libijska Dżamahirijja Ludowo-Socjalistyczna, zagraniczne kontakty uchroniły ich przed rewolucjonistami, którzy przejęli władzę w ojczyźnie.

Siódemka dotarła do Stambułu, stolicy Turcji; tam otrzymała wsparcie finansowe od członków miejscowego półświatka, którzy byli im winni przysługę. Dwaj byli agenci odeszli i znaleźli uczciwe zajęcia. Jeden został ochroniarzem w sklepie z biżuterią, a drugi zatrudnił się w fabryce tworzyw sztucznych.

Pozostała piątka nadal uprawiała szpiegowski proceder i reklamowała się jako oddział doświadczonych oficerów wywiadu. Dbali o to, by zapewnić sobie maksymalne bezpieczeństwo osobiste i operacyjne, mając świadomość, że tylko w taki sposób uchronią się przed odwetem ze strony agentów nowych władz Libii. Od kraju dzieliła ich zaledwie szerokość Morza Śródziemnego.

Przez kilka miesięcy ściśle przestrzegali ustalonych zasad, lecz później wkradła się w ich szeregi zbytnia pewność siebie i jeden z nich je złamał, nawiązując kontakt ze starym znajomym w Trypolisie. Człowiek ów, by chronić swoją głowę, już wcześniej poszedł na współpracę z nową władzą, kiedy więc zadzwonił do niego dawny przyjaciel, zgłosił ten fakt dopiero co utworzonej służbie wywiadowczej porewolucyjnej Libii.

Pracownicy nowego libijskiego wywiadu byli niezmiernie radzi, że udało im się namierzyć grupę wrogów z ancien régime, którzy przyczaili się w Stambule, jednak nie mogli zrobić z tej informacji użytku. Przerzucenie oddziału wywiadowczego do stolicy obcego państwa z zadaniem likwidacji bądź pojmania określonej grupy osób dalece przekraczało możliwości świeżo upieczonej agencji, która nawet jeszcze nie zdążyła się rozlokować w nowej siedzibie.

Cynk trafił jednakże do innej organizacji, ta zaś dysponowała odpowiednimi środkami i miała motywację do podjęcia działań.

Wkrótce potem członkowie stambulskiej komórki dawnego libijskiego wywiadu stali się celami operacyjnymi. Ci, którzy podjęli tę operację, nie byli libijskimi rewolucjonistami dążącymi do zgładzenia resztek reżimu Muammara Kaddafiego. Nie był to także żaden z wywiadów krajów zachodnich, który pragnął załatwić porachunki z dawnymi wrogami.

Libijczyków wziął na cel oddział skrytobójców, o którym próżno by szukać jakiejkolwiek wzmianki w oficjalnych dokumentach służb wywiadowczych Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Ponad rok wcześniej członek tej samej komórki Dżamahirijji zastrzelił Briana Carusa, brata jednego z amerykańskich agentów i przyjaciela pozostałych. Zabójca niebawem zginął, lecz reszta oddziału przetrwała rewolucję i prowadziła wygodne życie w Turcji.

Jednakże brat Briana oraz jego przyjaciele o nich nie zapomnieli.

I nie przebaczyli.

1

Pięciu Amerykanów siedziało przez kilka godzin w nędznym hoteliku, czekając, aż zapadnie zmierzch.

Ciepłe krople deszczu dudniły o szyby i poza tym nie było słychać prawie żadnych innych dźwięków, gdyż mężczyźni niewiele mówili. Pokój stanowił ich bazę operacyjną, chociaż czterech spośród nich mieszkało od tygodnia w innych hotelach. Przygotowania dobiegły końca i wszyscy przenieśli się wraz ze sprzętem do piątego członka zespołu.

Teraz siedzieli nieruchomo jak głazy, jednak tydzień upłynął im pod znakiem gorączkowej aktywności. Prowadzili inwigilację celów, opracowywali plany działania i przykrywki, uczyli się na pamięć kilku wariantów tras ucieczki; musieli także obmyślić akcję pod względem logistycznym.

Wszystko było już gotowe, pozostało im więc tylko siedzieć w ciemności i czekać.

Od południa dobiegł odgłos gromu; gdzieś w dali nad morzem Marmara uderzył piorun i na chwilę oświetlił pięć posągów zgromadzonych w hotelowym pokoju. Potem znów okryła je ciemność.

Hotel stał w dzielnicy Stambułu o nazwie Sultanahmet; wybrali go na dziuplę ze względu na obecność podwórza, na którym mogli zaparkować samochody, oraz dlatego, że miejsca, w których mieli wieczorem przeprowadzić poszczególne elementy operacji, znajdowały się mniej więcej w równej odległości od niego. Na wybór nie wpłynęło jednak pozytywnie to, że na łóżkach leżały kapy z syntetycznych tkanin, że korytarze były brudne, a obsługa gburowata i że z parteru, na którym mieściło się schronisko młodzieżowe, unosił się specyficzny zapach gotowanych potraw.

Jednakże Amerykanie nie skarżyli się na swoją kwaterę; myśleli jedynie o czekającym ich zadaniu.

O dziewiętnastej dowódca oddziału spojrzał na chronograf, który nosił na nadgarstku; czasomierz był przypasany do bandaży, które okrywały całą jego dłoń i część przedramienia. Wstając z drewnianego krzesła, mężczyzna powiedział:

– Wychodzimy pojedynczo, w pięciominutowych odstępach.

Dwaj członkowie grupy siedzieli na łóżku upstrzonym szczurzymi odchodami, jeden opierał się o ścianę obok drzwi, a jeden stał przy oknie. Wszyscy skinęli głowami.

– Cholernie mi się nie podoba, że musimy dzielić akcję na części – ciągnął dowódca. – Nie w taki sposób działamy, ale szczerze powiedziawszy, zmuszają nas do tego okoliczności… Jeśli nie załatwimy tych palantów równocześnie, wieść się rozniesie i rozbiegną się jak karaluchy.

Pozostali słuchali w milczeniu. W ciągu minionego tygodnia mówili o tym wielokrotnie, mieli świadomość zagrożeń i znali zastrzeżenia dowódcy.

Nazywał się John Clark; wykonywał takie zadania, kiedy najmłodszych spośród jego podwładnych nie było jeszcze na świecie, toteż liczyli się z jego słowem.

– Mówiłem już o tym, panowie, ale pozwólcie mi powtórzyć raz jeszcze. W tej akcji nie będzie punktów za styl. – Zawiesił głos. – Wchodzimy i znikamy. Szybko i na zimno, bez chwili zawahania, bez litości.

Wszyscy skinęli głowami.

Clark dokończył przemowę, a potem włożył granatowy prochowiec; miał pod nim trzyczęściowy garnitur w prążki. Podszedł do okna i lewą ręką uścisnął dłoń Dominga „Dinga” Chaveza. Ding był ubrany w skórzany płaszcz do kolan i wełnianą czapkę. U jego stóp leżała płócienna torba.

Zauważył kropelki potu na twarzy swojego mentora. Wiedział, że Clark cierpi, a mimo to przez cały tydzień nie wypowiedział ani słowa skargi.

– Dasz radę, John? – zapytał.

Clark skinął głową.

– Jakoś się z tym uporam.

Sam Driscoll wstał i John podał mu rękę. Sam miał na sobie dżinsową kurtkę i spodnie oraz ochraniacze na łokciach i kolanach; na łóżku, na którym przed chwilą siedział, leżał czarny kask motocyklowy.

– Mister C. – rzekł Sam.

– Gotowy do pacnięcia muchy? – spytał John.

– W stu procentach.

– Wszystko zależy od kąta. Trzeba wybrać właściwy i pójść na całość, resztę zrobi siła rozpędu.

Sam skinął głową; kolejna błyskawica rozświetliła wnętrze pokoju.

John podszedł do Jacka Ryana juniora. Ten był ubrany na czarno od stóp do głów; miał na sobie bawełniane spodnie, wełniany pulower i czapkę zwiniętą na czole, podobną do tej, którą nosił Chavez. Jego buty z miękkimi podeszwami przypominały czarne pantofle. Clark podał dwudziestosiedmiolatkowi dłoń i powiedział:

– Powodzenia, młody.

– Dam radę.

– Wiem o tym.

Na koniec John obszedł łóżko i uścisnął lewą rękę Dominica Carusa. Dominic miał na sobie czerwono-złotą koszulkę i lśniącą złotą chustę z czerwonym napisem „Galatasaray”. Strój odróżniał go od kolegów, których ubrania utrzymane były w stonowanych kolorach, jednak jego twarz nie zdradzała radości.

– Brian był moim bratem – rzekł z posępną miną. – Nie musisz mi…

– Rozmawialiśmy już o tym? – wpadł mu w słowo Clark.

– Tak, ale…

– Synu, nie wiadomo, co ta piątka kombinuje w Turcji, ale ta akcja to coś więcej niż zemsta za twojego brata. Mimo to dzisiaj wszyscy jesteśmy jego braćmi. Siedzimy w tym razem.

– Tak, ale…

– Skup się na zadaniu i niczym innym. Każdy z nas wie, co ma robić. Ci dranie z libijskiej bezpieki popełnili zbrodnie przeciwko własnemu narodowi i Stanom Zjednoczonym. Ich poczynania świadczą o tym, że teraz też coś knują, i tylko my możemy ich powstrzymać. To my musimy ich skasować.

Dominic z roztargnieniem skinął głową.

– Sukinsyny zasłużyły sobie na to – dodał Clark.

– Wiem.

– Jesteś gotowy, dasz radę?

Młody mężczyzna uniósł brodę pokrytą zarostem i spojrzał dowódcy w oczy.

– Oczywiście – odparł dziarskim tonem.

John Clark nieobandażowaną ręką dźwignął aktówkę i bez słowa wyszedł z pokoju.

Czterej pozostali Amerykanie spojrzeli na zegarki; jedni stali nadal, inni usiedli. Deszcz nie przestawał dudnić o szybę.

2

Ten, któremu amerykańscy agenci nadali kryptonim Cel Numer Jeden, siedział przy stoliku ulicznej kafejki przed hotelem May w Mimar Hayrettin. Wieczorem, kiedy pogoda była ładna, przychodził tam na jedną lub dwie szklaneczki raki z chłodzoną wodą sodową. Tego wieczoru pogoda była okropna, lecz nad stolikami wisiał podłużny płócienny baldachim chroniący gości przed deszczem.

Przy stolikach siedziało ich niewielu; mężczyźni i kobiety palili papierosy i pili drinki przed udaniem się do hotelu lub do miejsc na Starym Mieście tętniących nocnym życiem.

Cel Numer Jeden przyzwyczaił się do wieczornej szklaneczki raki tak, jakby stanowiła treść jego życia. Biały, wyrabiany z winogron trunek o anyżowym smaku był zakazany w jego rodzinnej Libii oraz innych krajach, w których nie obowiązuje islam hanaficki, bardziej liberalna odmiana tej religii; jednak agent libijskiej bezpieki musiał czasem pić alkohol ze względów służbowych bądź w czasie wyjazdów za granicę. Teraz był ścigany i lekkie odurzenie alkoholem pomagało mu zasnąć; islam hanaficki, choć łagodny, nie zezwala na upijanie się.

Trzy metry od stolika zaczynała się jezdnia, po której sunęły nieliczne pojazdy. Ulicę trudno było określić mianem ruchliwej arterii nawet w weekendowe wieczory przy dobrej pogodzie. Chodnikiem tuż obok stolików poruszali się piesi i były agent z lubością wodził oczyma za przechodzącymi atrakcyjnymi kobietami z parasolkami. Rakı nieco go rozgrzało, a widok zgrabnych nóg sprawiał, że deszczowy wieczór upływał mu bardzo przyjemnie.

O dwudziestej pierwszej Sam Driscoll spokojnie i ostrożnie prowadził srebrnego fiata linea uliczką wiodącą do Starego Miasta Stambułu.

Blask ulicznych świateł roziskrzał mokrą szybę samochodu. Aut było coraz mniej, w miarę jak Sam zagłębiał się w Stare Miasto; zatrzymał się na czerwonym świetle i zerknął na ekran GPS-u przymocowany do deski rozdzielczej. Ustaliwszy odległość do celu, wyciągnął rękę i położył dłoń na kasku motocyklowym. Kiedy zmieniło się światło, pokręcił szyją, żeby się rozluźnić, a następnie włożył kask na głowę i opuścił przyłbicę.

Skrzywił się na myśl o tym, co się za chwilę stanie; to było silniejsze od niego. Serce waliło jak młotem, a każda synapsa mózgu była rozgrzana do czerwoności; mimo to zdołał pokręcić głową i wypowiedzieć do siebie kilka słów.

Jako żołnierz i agent wywiadu zrobił niejedną okropną rzecz, ale nigdy nie dokonał czegoś takiego.

– Pacnięcie muchy, niech to szlag – mruknął.

Libijczyk pociągnął pierwszy łyk z drugiej tego wieczoru szklanki raki; srebrny fiat mknął szybko ulicą, znajdował się jakieś siedemdziesiąt metrów na północ od Celu Numer Jeden. Ten spoglądał w przeciwnym kierunku na piękną młodą Turczynkę; dziewczyna trzymała w lewej ręce czerwoną parasolkę, a prawą prowadziła na smyczy miniaturowego sznaucera. Siedzący w kafejce mężczyzna mógł się dokładnie przyjrzeć jej długim opalonym nogom.

Z lewej strony dobiegł krzyk i libijski agent skierował uwagę na skrzyżowanie ulic; zobaczył czterodrzwiowego srebrnego fiata, który cichą uliczką przemknął przez światła.

Mężczyzna sądził, że auto śmignie obok niego i pojedzie dalej.

Uniósł szklankę do ust; nie był zaniepokojony.

Nagle samochód z piskiem opon skręcił ostro w lewo i Libijczyk ujrzał sunącą na niego maskę.

Cel Numer Jeden wstał ze szklanką w dłoni, lecz jego nogi tkwiły nieruchomo na ziemi. Nie miał dokąd uciec.

Kobieta z miniaturowym sznaucerem krzyknęła piskliwie.

Srebrny fiat wpadł z impetem na stolik, uderzył w mężczyznę i cisnął go na ścianę hotelu, przygważdżając go do niej i jednocześnie przygniatając do ziemi. Pęknięte żebra trzasnęły i wbiły się w organy wewnętrzne ciała niczym pociski wystrzelone z wielkokalibrowego sztucera.

Świadkowie, którzy siedzieli przy stolikach, opowiadali później, że mężczyzna w czarnym kasku siedzący za kierownicą wozu spokojnie włączył wsteczny bieg, spojrzał w lusterko, a następnie wycofał na ulicę i odjechał w kierunku północnym. Zachowywał się jak kierowca, który wyjechał w niedzielę na przejażdżkę, zaparkował przed sklepem i uprzytomniwszy sobie nagle, że zostawił w domu portfel, cofnął, by po niego wrócić.

Kilometr na południowy wschód od miejsca zdarzenia Driscoll zaparkował fiata na podjeździe prywatnego domu. Maska auta była wgnieciona, a jej przednia część i zderzak pękły, lecz Sam zaparkował samochód w taki sposób, by uszkodzenia nie były widoczne z ulicy. Potem wysiadł i podszedł do stojącego nieopodal skutera przyczepionego do łańcucha. Zanim go odpiął i odjechał w deszczową noc, wysłał przez telefon krótką zakodowaną wiadomość.

„Cel Numer Jeden zlikwidowany. Sam jest czysty”.

Pałac Çırağan to wystawny przybytek wzniesiony w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku dla Abdülaziza I, sułtana rządzącego w okresie długotrwałego schyłku imperium osmańskiego. Swoją rozrzutnością władca wpędził kraj w długi, został zdetronizowany, a następnie „zachęcony” do popełnienia samobójstwa; dokonał tego, o dziwo, za pomocą nożyczek.

Nic nie odzwierciedla autodestrukcyjnej ekstrawagancji Abdülaziza bardziej wymownie niż Çırağan. Mieści się w nim obecnie pięciogwiazdkowy hotel; jego pieczołowicie przystrzyżone trawniki i baseny z krystalicznie czystą wodą ciągną się od fasady gmachu aż do zachodniego brzegu cieśniny Bosfor, pasa wody oddzielającego Europę od Azji.

Restauracja Tuğra, mieszcząca się na pierwszym piętrze pałacu Çırağan, charakteryzuje się wspaniałymi wysokimi sklepieniami i oknami, z których rozpościera się bajeczny widok na otoczenie hotelu i cieśninę; nawet w deszczowy wieczór goście lokalu mogli, siedząc przy stolikach, radować oczy feerią świateł przepływających jachtów.

Oprócz wielu bogatych turystów spożywających wyśmienite posiłki w restauracji znajdowało się dość liczne grono ludzi biznesu – z całego świata, siedzących samotnie i w grupkach.

John Clark dobrze do nich pasował; siedział sam przy stoliku ozdobionym kryształami, białą jak kość słoniowa porcelaną i pozłacaną zastawą. Wybrał mały stolik przy wejściu, oddalony od wielkich okien z widokiem na Bosfor. Kelner, przystojny mężczyzna w średnim wieku, ubrany we frak, podał mu obfity posiłek; choć Clark nie mógł narzekać na smak jedzenia, jego uwaga skierowana była na stolik po przeciwnej stronie sali.

Chwilę po tym, jak John wsunął do ust pierwszy kęs delikatnej raszpli, maître d’hôtel zaprowadził do stolika przy oknie trzech Arabów w drogich garniturach; następnie przyjął od nich zamówienie na koktajle.

Dwaj z tej trójki byli gośćmi hotelu, Clark wiedział o tym dzięki obserwacji przeprowadzonej przez jego oddział oraz ciężkiej pracy analityków wywiadu zatrudnionych przez agencję. Byli bankierami z Omanu i wcale go nie interesowali. Bardzo interesował go natomiast trzeci z nich, pięćdziesięcioletni Libijczyk z siwymi włosami i równo przystrzyżoną brodą.

Był to Cel Numer Dwa.

Clark spożywał posiłek, trzymając widelec w lewej ręce; praworęczny Amerykanin musiał się tego nauczyć po tym, jak odniósł ranę. W jego prawym uchu tkwiło maleńkie urządzenie w cielistym kolorze wzmacniające głos; dzięki niemu mógł przysłuchiwać się rozmowie Arabów. Niełatwo było odseparować ją od głosów innych gości, lecz po kilku minutach John zdołał wychwycić słowa wypowiadane przez Cel Numer Dwa.

Przeniósł znów wzrok na rybę i czekał.

Kilka minut później kelner przyjął od Arabów zamówienie. Clark usłyszał, że jego cel zamawia cielęcinę külbasti, dwaj pozostali wybrali inne dania.

Dobrze. Gdyby Omańczycy zamówili to samo co ich libijski towarzysz, Clark musiałby postępować według planu B. Zakładał on, że John wychodzi na ulicę, tam zaś musiałby uwzględniać cholernie dużo niewiadomych, o wiele więcej niż w restauracji.

Jednak każdy z Arabów zamówił inną przystawkę i Clark po cichu dziękował swojemu szczęściu; wyjął słuchawkę z ucha i wsunął ją do kieszeni.

Pił właśnie porto, kiedy do stolika, przy którym siedział cel, kelner przyniósł porcje chłodnika i białe wino. Amerykanin nie zerkał na zegarek; czas akcji był precyzyjnie obliczony, lecz John wiedział, że nie wolno mu zdradzać niepokoju ani nerwowości. Z przyjemnością sączył wino i liczył w głowie minuty.

Tuż przed tym, jak talerze z zupą zabrano ze stolika Arabów, Clark zapytał kelnera, gdzie jest łazienka, a ten wskazał mu drogę obok kuchni. W łazience wszedł do kabiny, usiadł i szybko zaczął rozwijać bandaż na ręce.

Bandaż nie był lipny; miał naprawdę zranioną rękę, która bolała jak wszyscy diabli. Przed paroma miesiącami zmiażdżono ją młotkiem; John przeszedł trzy operacje składania kości, lecz od dnia zranienia nie przespał porządnie ani jednej nocy.

Opatrunek, choć prawdziwy, pełnił jednak dodatkową funkcję. Pod grubym bandażem, między dwiema szynami unieruchamiającymi palec wskazujący i środkowy, John ukrył małą strzykawkę. Była umieszczona w taki sposób, że mógł odsunąć wąską końcówkę bandaża, zerwać zatyczkę z igły i wbić ją w ciało danej osoby.

To jednak był plan B, John zaś postanowił wybrać bardziej korzystny plan A.

Wyjął strzykawkę i włożył ją do kieszeni, a następnie powoli, ostrożnie owinął rękę bandażem.

Strzykawka zawierała dwieście miligramów specjalnej trucizny wytworzonej na bazie sukcynylocholiny. Dawka mogła być albo wstrzyknięta, albo podana doustnie. W obu przypadkach była śmiertelna, choć, rzecz jasna, zastrzyk stanowił znacznie skuteczniejszą metodę podania substancji.

John wyszedł z łazienki z przyrządem ukrytym w lewej dłoni.

Nie wstrzelił się idealnie w czas. Wyszedłszy, minął drzwi kuchni i spodziewał się, że zobaczy kelnera niosącego przekąski do stolika Arabów, jednak w przejściu nikogo nie było. Udał, że ogląda malowidła na ścianach i złocone ornamenty w holu. Wreszcie pojawił się kelner z tacą na ramieniu pełną dań. John zastąpił mu drogę i zażyczył sobie, by mężczyzna postawił tacę i przyprowadził szefa kuchni. Kelner ukrył zniecierpliwienie za powierzchowną uprzejmością i spełnił żądanie.

Kiedy zniknął za wahadłowymi drzwiami, Clark odsłonił dania, znalazł cielęcinę i wstrzyknął truciznę w sam środek cienkiego plastra mięsa. Na sosie pojawiło się kilka bąbelków, lecz większość dawki trafiła do pieczeni.

Gdy po chwili zjawił się kucharz, Clark zdążył już przykryć tacę i schować strzykawkę do kieszeni. Wylewnie podziękował mu za wyśmienitą kolację, kelner zaś czym prędzej zaniósł dania do stolika; nie chciał, by goście odmówili ich przyjęcia ze względu na to, że wystygły.

Kilka minut później John zapłacił rachunek i wstał. Kelner podał mu płaszcz; wkładając go, agent zerknął ukradkiem na Cel Numer Dwa. Libijczyk pogrążony był w rozmowie z przybyszami z Omanu; właśnie wkładał do ust ostatni kęs cielęciny.

Kiedy Clark wychodził do holu, Cel Numer Dwa poluźnił krawat.

Dwadzieścia minut później sześćdziesięciopięcioletni Amerykanin stał pod parasolem w parku Büyükşehir Belediyesi naprzeciwko hotelu i restauracji; do wejścia podjechała z dużą szybkością karetka pogotowia.

Trucizna była śmiertelna; w żadnej karetce na świecie nie wożono odtrutki na nią.

Cel Numer Dwa albo już nie żył, albo niebawem wyzionie ducha. Lekarze stwierdzą, że mężczyzna doznał ataku serca, prawdopodobnie więc nie zostanie wszczęte śledztwo; nikt nie będzie sprawdzał, kto jeszcze jadł kolację w restauracji Tuğra tego wieczoru, gdy doszło do nieszczęśliwego, lecz całkowicie naturalnego zdarzenia.

Clark odwrócił się i ruszył ku ulicy Muvezzi przebiegającej w odległości czterdziestu pięciu metrów w kierunku zachodnim. Złapał taksówkę i kazał kierowcy jechać na lotnisko. Nie miał bagażu, tylko parasol i telefon komórkowy. Wcisnął klawisz połączenia, kiedy taksówka ruszyła z miejsca.

– Cel Numer Dwa zlikwidowany. Jestem czysty – oznajmił. Następnie rozłączył się, wsunął lewą rękę pod połę płaszcza i włożył komórkę do kieszeni marynarki na piersi.

Domingo Chavez odebrał połączenia od Driscolla i Clarka, a teraz skupił się na swojej części akcji. Siedział na starym państwowym promie kursującym pomiędzy Karaköy, które leżało na europejskim brzegu Bosforu, i Üsküdar na brzegu azjatyckim. Obok niego po obu stronach kabiny ogromnego promu czerwone drewniane ławki zapełniali mężczyźni i kobiety; jednostka powoli, lecz pewnie zmierzała do miejsca przeznaczenia, kołysząc się na falach cieśniny.

Ten, który był celem Dinga, siedział sam, zgodnie z informacjami uzyskanymi podczas obserwacji. Rejs był krótki, trwał czterdzieści minut; Chavez musiał go zdjąć na promie, gdyż później mężczyzna, dowiedziawszy się o tym, że jeden z kolegów został zabity, mógł przedsięwziąć środki ostrożności.

Cel Numer Trzy był mocno zbudowanym trzydziestopięciolatkiem. Usadowił się na ławce przy oknie i przez pewien czas czytał książkę, lecz po kwadransie wyszedł na pokład na papierosa.

Chavez siedział jeszcze przez chwilę, by upewnić się, że nikt spośród pasażerów nie zwrócił uwagi na wyjście Libijczyka; następnie wstał i wyszedł drugim wyjściem.

Deszcz siąpił jednostajnie, nisko wiszące chmury całkowicie zasłaniały blask księżyca; Amerykanin poruszał się, wykorzystując długie cienie skrywające dolny pokład. Zmierzał do miejsca obok relingu oddalonego od celu o jakieś piętnaście metrów w stronę rufy; stanął tam w cieniu i patrzył na światła migoczące na brzegu i ruchomą ciemność. Katamaran sunął pod oświetlonym mostem Galata.

Kątem oka obserwował cel, który stał nieopodal relingu i palił papierosa. Od deszczu osłaniał go górny pokład. Przebywało tam jeszcze dwóch innych mężczyzn, lecz Ding od wielu dni śledził Libijczyka i wiedział, że ten jeszcze przez jakiś czas pozostanie na pokładzie.

Chavez czekał w cieniu; dwaj nieznajomi wrócili do kabiny pasażerskiej.

Ding zaczął powoli zbliżać się od tyłu do Libijczyka.

Cel Numer Trzy zdążył się już rozleniwić, przebywając za granicą, lecz nie zdołałby przeżyć jako agent bezpieki i szpieg, gdyby był idiotą. Pilnował się. Ding musiał przejść w zbyt małej odległości od światła pokładowego; mężczyzna zauważył poruszający się cień, wyrzucił papierosa i wykonał zwrot. Jego ręka powędrowała do kieszeni płaszcza.

Chavez rzucił się w stronę Libijczyka. Trzema szybkimi jak błyskawica susami doskoczył do relingu i lewą ręką zablokował rękę rosłego agenta sięgającą po broń. W prawej trzymał skórzaną pałkę, którą rąbnął go mocno w skroń; rozległ się głośny trzask i mężczyzna osunął się na pokład między Chavezem i relingiem.

Amerykanin wsunął pałkę do kieszeni, a następnie chwycił nieprzytomnego agenta za głowę i ją uniósł. Rozejrzawszy się szybko, krótkim gwałtownym szarpnięciem skręcił mu kark. Zerknął ponownie w jedną i drugą stronę, a potem dźwignął Libijczyka na poręcz relingu i przerzucił na drugą stronę. Ciało zniknęło w ciemności. Szum oceanu i dudnienie silników promu niemal całkowicie zagłuszyły plusk.

Kilka minut później Chavez wszedł do kabiny pasażerskiej i usiadł na innym miejscu. Wyjął telefon i nadał krótki komunikat:

– Cel Numer Trzy zdjęty. Ding jest czysty.

Nowy stadion Türk Telecom Arena liczy ponad pięćdziesiąt dwa tysiące miejsc i zapełnia się do końca, kiedy gra miejscowa drużyna piłkarska Galatasaray Stambuł. Padał deszcz, lecz ogromna widownia nie mokła, gdyż siedziała na zadaszonych trybunach; zadaszenie nie obejmowało jedynie boiska.

Kibice zjawili się tłumnie, by obejrzeć mecz gospodarzy z lokalnym rywalem Beşiktaşem; jeden z widzów, cudzoziemiec, nie śledził jednak tego, co działo się na murawie. Dominic Caruso słabo orientował się w piłce nożnej; jego uwaga skupiała się na Celu Numer Cztery. Był nim trzydziestojednoletni brodaty Libijczyk, który przybył na mecz z grupą tureckich znajomych. Dominic zapłacił kibicowi siedzącemu kilka rzędów za celem, by ten zamienił się z nim miejscami; dzięki temu widział teraz dobrze Libijczyka, a zarazem miał blisko do wyjścia.

Podczas pierwszej połowy Caruso wznosił okrzyki, kiedy wznosili je ci, którzy siedzieli obok, i zrywał się na równe nogi, kiedy oni się zrywali, czyli praktycznie raz po raz. W czasie przerwy niemal wszystkie ławki opustoszały, ponieważ kibice wyszli do budek z przekąskami i do ubikacji. Jednak Cel Numer Cztery i większość jego towarzyszy pozostała na miejscach i tak samo uczynił Caruso.

Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy drużyna Galatasaray zdobyła bramkę, mimo że nie miała przewagi na boisku; widownia się ożywiła. Wkrótce potem, gdy do końca meczu zostało trzydzieści pięć minut, Libijczyk spojrzał na ekran swojego telefonu, a potem wstał i skierował się do schodów.

Caruso dotarł do nich wcześniej i pomknął do najbliższej łazienki. Stanął przed wejściem i czekał na Libijczyka.

Pół minuty później Cel Numer Cztery wszedł do toalety. Dominic szybko wyjął z kieszeni kurtki białą kartkę z napisem Kapah, czyli „Zamknięte”, i przykleił ją do drzwi wyjściowych. Taką samą kartkę umieścił przy wejściu. Następnie wszedł do środka i zamknął drzwi.

Cel Numer Cztery stał przy jednym z pisuarów obok dwóch innych mężczyzn. Okazało się, że są razem; niebawem umyli ręce i ruszyli ku wyjściu. Dominic podszedł do pisuaru cztery stanowiska od celu; stojąc, wyjął ukryty w spodniach sztylet.

Libijczyk zasunął rozporek, odszedł od pisuaru i skierował się ku umywalce. W chwili gdy mijał nieznajomego mężczyznę w koszulce i chuście Galatasarayu, ten raptownie odwrócił się w jego stronę. Libijski agent poczuł uderzenie w brzuch. Potem nieznajomy pchnął go mocno na kabiny znajdujące się naprzeciwko. Chciał sięgnąć po nóż w kieszeni, lecz napór przeciwnika był zbyt silny i Libijczyk zatoczył się do tyłu.

Wpadli do boksu i runęli na sedes.

Dopiero wtedy młody Libijczyk spojrzał w dół. Z jego brzucha sterczała rękojeść noża.

Ogarnęła go słabość, której towarzyszył obezwładniający strach.

Napastnik pchnął go na posadzkę obok sedesu. Nachylił się do Libijczyka.

– To za mojego brata Briana Carusa. Zabiliście go w Libii, a dzisiaj wszyscy do ostatniego zapłacicie za to życiem.

Zdezorientowany agent libijskiej bezpieki spojrzał na niego ze zdumieniem. Znał angielski i zrozumiał, co tamten do niego mówi, ale nie znał żadnego Briana. Zabił wielu ludzi, niektórych w kraju, ale byli to Libijczycy, Żydzi i rebelianci. Wrogowie pułkownika Kaddafiego.

Nigdy nie zabił Amerykanina i nie miał pojęcia, o czym mówi ten kibic Galatasarayu.

Cel Numer Cztery wyzionął ducha na posadzce toalety stadionu piłkarskiego. Był pewien, że padł ofiarą straszliwej pomyłki.

Caruso zdjął zakrwawioną koszulkę piłkarską, pod którą miał inną, białą. Tę także zdjął i ukazała się koszulka rywali miejscowej drużyny. Czarno-białe barwy Beşiktaşu pomogą mu wtopić się w tłum, tak jak pomogły mu w tym czerwień i złoto Galatasarayu.

Wcisnął koszulkę Galatasarayu za pasek spodni, wyjął z kieszeni czarną czapkę i włożył ją na głowę.

Stał przez chwilę nad ciałem zabitego. W przypływie ślepego gniewu chciał na nie splunąć, lecz powstrzymał się przed tym; wiedział, że pozostawianie na miejscu zabójstwa swojego DNA byłoby głupotą. Wyszedł z toalety, zerwał z obojga drzwi kartki z napisem Kapah i ruszył w kierunku wyjścia ze stadionu.

Minąwszy kołowrotki, znalazł się poza zasięgiem zadaszenia; padał rzęsisty deszcz. Wyjął z kieszeni bojówek telefon komórkowy.

– Cel Numer Cztery wyeliminowany. Dom jest czysty. Bułka z masłem.

3

Jack Ryan junior otrzymał zadanie zlikwidowania celu, który budził najmniej niepokoju. Ze wszystkich uzyskanych informacji wynikało, że zwykle siedzi przy biurku w mieszkaniu, w którym nie ma nikogo oprócz niego.

Miała to być najłatwiejsza część akcji i Jack to rozumiał; był także świadomy faktu, że dostał ją dlatego, iż wciąż zajmuje najniższy szczebel drabiny operacyjnej. Brał udział w ryzykownych tajnych akcjach na całym świecie, lecz miał ich na koncie mniej niż pozostali koledzy z grupy.

Początkowo przydzielono mu Cel Numer Dwa, który miał zostać zdjęty w pałacu Çırağan. Uznano, że wstrzyknięcie trucizny do kawałka mięsa jest najłatwiejszym z zaplanowanych zadań. Przydzielono je jednak Clarkowi ze względu na to, że sześćdziesięciopięciolatek spożywający samotnie kolację w pięciogwiazdkowym hotelu nie stanowiłby żadnej osobliwości, natomiast młody mężczyzna z Zachodu, tuż po studiach, który przyszedł sam do takiej restauracji, wzbudziłby zainteresowanie personelu; ktoś mógłby go sobie przypomnieć, gdyby – choć było to raczej nieprawdopodobne – policja zaczęła zadawać pytania w związku ze śmiercią innego klienta lokalu.

Tak więc Jack junior otrzymał zadanie likwidacji Celu Numer Pięć, specjalisty w dziedzinie komunikacji byłej komórki libijskiej bezpieki, niejakiego Emada Kartala. Z pewnością nie była to łatwizna, lecz agenci Campusu doszli do wniosku, że Jack da sobie radę.

Niemal każdy wieczór Kartal spędzał przy komputerze i właśnie ten zwyczaj pozwolił zdemaskować komórkę JSO. Sześć tygodni wcześniej wysłał do znajomego w Libii wiadomość, która została przechwycona i odkodowana. Ryan i jego koledzy analitycy w Stanach zdobyli nowe źródło informacji.

Rozpracowali byłego agenta i całą komórkę jeszcze lepiej, gdy włamali się do jego telefonicznej poczty głosowej; dzięki temu zorientowali się, że członkowie grupy ze sobą współpracują.

O dwudziestej trzeciej Ryan wszedł do mieszkania zajmowanego przez Libijczyka; otworzył sobie drzwi kartą podrobioną przez magików z agencji. Budynek stał w pobliżu placu Taksim i z jego okien widać było pięciusetletni meczet Cihangir. Zaliczał się do apartamentowców wyższej klasy w tej ekskluzywnej okolicy, lecz mieszkania typu studio były dość ciasno rozmieszczone; na każdym piętrze znajdowało się ich osiem. Mężczyzna, którego Jack miał zlikwidować, mieszkał na drugim piętrze pięciokondygnacyjnego budynku.

Plan był zwięzły: wejść do mieszkania, zidentyfikować wzrokowo cel, a następnie strzelić mu trzy razy w klatkę piersiową bądź w głowę z pistoletu kalibru .22 zaopatrzonego w tłumik i amunicję poddźwiękową.

Ryan wspinał się po drewnianych schodach; jego buty miały miękkie podeszwy. Jednym ruchem rozwinął czarną kominiarkę, którą miał na głowie, i zasłonił twarz. Tego wieczoru jako jedyny używał kominiarki; pozostali członkowie oddziału wykonywali swoje zadania w miejscach publicznych, w których zamaskowany mężczyzna ściągnąłby na siebie uwagę.

Dotarł na drugie piętro i znalazł się w jasno oświetlonym korytarzu. Libijczyk zajmował trzeci lokal po lewej stronie; mijając drzwi innych mieszkań, młody Amerykanin słyszał rozmowy zwykłe i telefoniczne, odgłosy włączonych odbiorników telewizyjnych i radiowych. Cienkie ściany nie były sprzyjającą okolicznością, ale na szczęście inni mieszkańcy tego piętra robili sporo hałasu. Jack miał nadzieję, że tłumik i cicha amunicja spiszą się tak, jak je reklamowano.

Stanąwszy przed drzwiami mieszkania byłego libijskiego agenta, usłyszał dobiegający z wnętrza rap. Ucieszył się, że muzyka zagłuszy jego wejście.

Drzwi były zamknięte, lecz Ryan wiedział, jak dostać się do środka. W ciągu ostatniego tygodnia, zanim Clark zamienił się zadaniami z najmłodszym członkiem oddziału, w ramach rekonesansu czterokrotnie odwiedził budynek i zdołał się włamać do kilku niezajętych mieszkań. Stare zamki nie stanowiły wielkiej trudności, kupił więc podobny w pobliskim sklepie żelaznym i poświęcił wieczór na to, by nauczyć Jacka, jak szybko i po cichu uporać się z mechanizmem.

Wskazówki Clarka sprawdziły się. Jack zdołał otworzyć zamek w niespełna dwadzieścia sekund, robiąc bardzo mało hałasu. Wyciągnął pistolet, wyprostował się i otworzył drzwi.

Mieszkanie wyglądało tak, jak się spodziewał. Za małą kuchnią znajdował się główny pokój; biurko ustawione było tyłem do wejścia. Siedział przy nim mężczyzna; na biurku stały trzy duże płaskie monitory i rozmaite urządzenia peryferyjne; leżały tam także książki, czasopisma i inne potrzebne przedmioty. W torebce foliowej znajdowały się styropianowe pojemniki z na wpół zjedzonymi daniami. Ryan stwierdził, że Libijczyk jest uzbrojony. Jack znał się na broni, ale nie od razu zdołał rozpoznać półautomatyczny pistolet leżący nieopodal prawej ręki Emada Kartala.

Wszedł do kuchni i cicho zamknął za sobą drzwi.

Kuchnia zalana była światłem, lecz otwartą część mieszkania, w której siedział lokator, skrywał mrok; świeciły tam jedynie monitory komputerowe. Ryan zerknął w okna po lewej, by upewnić się, że z drugiej strony ulicy nikt nie widzi wnętrza mieszkania. Pewny, że zabójstwo przejdzie niezauważone, zrobił kilka kroków; zbliżył się do środka pomieszczenia, żeby oddać strzały jak najdalej od drzwi i korytarza.

Przestrzeń wypełniało dudnienie rapu.

Być może Jack wykonał jakiś nieostrożny, zbyt głośny ruch. Może jego cień ukazał się na lśniącej powierzchni monitora albo ofiara dostrzegła w niej jego odbicie. Cel Numer Pięć nagle odrzucił krzesło w tył i okręcił się, rozpaczliwie sięgając po broń. Był to turecki półautomatyczny pistolet Zigana kalibru 9 milimetrów. Ujął go w palce i skierował na intruza; nie zdążył jeszcze chwycić go tak, by oddać strzał.

Jack porównał cel ze zdjęciami zrobionymi podczas inwigilacji, rozpoznał go i strzelił. Maleńki pocisk kalibru .22 wbił się w brzuch byłego libijskiego agenta w miejscu, w którym znajdowałaby się jego głowa, gdyby mężczyzna się nie zerwał. Libijczyk upuścił broń i rzucił się na biurko; nie sprawiła tego siła uderzenia pocisku, lecz naturalny odruch ucieczki przed palącym bólem rany.

Ryan wystrzelił ponownie i tym razem trafił go w klatkę piersiową; następny pocisk uderzył w środek tułowia pomiędzy mięśniami piersiowymi. Na białej koszulce rozkwitła ciemna plama krwi.

Trzymając się za pierś, Libijczyk odwrócił się ze stęknięciem i osunął na biurko. Nogi zwiotczały, siła ciążenia całkowicie zawładnęła ciałem. Były agent libijskiej bezpieki upadł plecami na podłogę.

Jack Ryan podszedł szybko do zabitego i uniósł pistolet, by oddać ostatni strzał. Powstrzymał się jednak; wiedział, że odgłos wystrzału, jakkolwiek cichy, nie jest bezgłośny; pamiętał także, że mieszkanie sąsiaduje z innymi, które są zajęte przez lokatorów. Hałas mogłoby usłyszeć kilkunastu potencjalnych świadków; przyklęknął więc, dotknął tętnicy szyjnej i stwierdził, że mężczyzna nie żyje.

Wstał i już miał się oddalić, kiedy jego wzrok padł na komputer i trzy monitory ustawione na biurku. Twarde dyski komputerów zawierały prawdziwą żyłę złota dla wywiadu, a Jack jako analityk nie potrafił się oprzeć, gdy miał źródło informacji w zasięgu ręki.

Zgodnie z rozkazem powinien zostawić wszystko na swoim miejscu i odejść natychmiast po zlikwidowaniu celu. Szkoda.

Stał kilka sekund bez ruchu, wsłuchując się w rozmaite odgłosy dobiegające z różnych stron.

Nie słyszał krzyków, nawoływań ani syren.

Nabrał przekonania, że nikt nie usłyszał wystrzałów. Może uda się odkryć, nad czym Libijczycy pracowali. Jack i jego koledzy zebrali jedynie strzępy informacji pozwalające stwierdzić, że komórka byłych libijskich agentów nie próżnowała; prawdopodobnie wykonywali zlecenie jakiejś organizacji spoza Stambułu. Jack pomyślał, że być może znajdzie w komputerze Emada Kartala informacje, które pozwolą złożyć fragmenty w całość.

Cholera jasna, zaklął w myślach. To mogą być narkotyki, zmuszanie do prostytucji, porwania. Półtorej minuty roboty może pomóc ocalić niejedno ludzkie życie.

Błyskawicznie uklęknął przed biurkiem, przysunął klawiaturę i ujął myszkę.

Nie miał rękawiczek, ale nie martwił się tym, że zostawi odciski palców. Nałożył na ich koniuszki specjalną substancję zwaną New-Skin, stosowaną jako rodzaj płynnego bandażu; była lepka, a po wyschnięciu robiła się przezroczysta. Wszyscy agenci używali jej w sytuacjach, w których rękawice były niepraktyczne bądź zwracałyby uwagę.

Jack sporządził listę plików i wyświetlił ją na najbliższym monitorze. Na ekranie widniała ukośna plama krwi Kartala; wyjął brudną serwetkę z pojemnika z niedojedzonym chińskim daniem i wytarł monitor.

Wiele plików zostało zakodowanych, a Ryan wiedział, że nie ma czasu na ich odszyfrowywanie. Rozejrzał się i zobaczył na biurku plastikową torebkę z tuzinem przenośnych nośników pamięci typu flash. Wyjął jeden i włożył do portu USB, a następnie skopiował na niego pliki.

Zobaczył, że skrzynka pocztowa Libijczyka jest otwarta, zaczął więc otwierać e-maile. Wiele było w języku arabskim, jeden mógł być napisany po turecku; kilka innych nie miało nagłówków ani tekstu. Jack otwierał jeden po drugim i klikał na załączniki.

Zaćwierkała słuchawka w jego uchu. Stuknął w nią palcem.

– Tu Jack, mów.

– Ryan? – odezwał się Chavez. – Spóźniasz się. Co z tobą?

– Drobne opóźnienie, przepraszam. Cel Numer Pięć zdjęty.

– Jakiś problem?

– Żadnego.

– Ulotniłeś się?

– Jeszcze nie. Natrafiłem na bogaty zbiór danych w pececie. Za pół minuty będę czysty.

– Nie zezwalam. Cokolwiek znalazłeś, zostaw i wynoś się. Nie masz wsparcia.

– Przyjąłem.

Ryan zaprzestał otwierania e-maili, lecz nagle w skrzynce pojawiła się nowa wiadomość. Odruchowo kliknął na załącznik i otworzył się dołączony folder; na ekranie monitora ukazał się szereg zdjęć w formacie JPEG.

– A może udałoby się nam wykorzystać te informacje? – zapytał z roztargnieniem, powiększając pierwszą fotografię.

– Zmywaj się stamtąd, młody.

Jednakże Jack nie słuchał już Chaveza. Z początku szybko przewijał zdjęcia, lecz po chwili zwolnił tempo i przyjrzał się im uważniej.

Nagle znieruchomiał.

– Ryan? Jesteś tam?

– O Boże – powiedział cicho Jack.

– Co się stało?

– To… to my. Ding, jesteśmy spaleni.

– O czym ty mówisz?

Zdjęcia, które oglądał Jack, zostały zrobione przez kamery bezpieczeństwa; ich jakość była różna, lecz pozwalała zidentyfikować członków grupy. John Clark stojący w wejściu luksusowej restauracji; Sam Driscoll jadący ulicą smaganą deszczem; Dominic Caruso przechodzący przez bramkę obrotową w olbrzymim pasażu, które wyglądało jak wejście na stadion; Domingo Chavez rozmawiający przez komórkę na ławce promu.

Jack błyskawicznie doszedł do wniosku, że zdjęcia zrobiono tego wieczoru, mniej więcej w ciągu minionej godziny.

Wyprostował się, mimo że nogi prawie się pod nim uginały; wiedział już, że ktoś monitorował dzisiejsze poczynania jego zespołu w Stambule. Nagle w skrzynce odbiorczej pojawiła się jeszcze jedna wiadomość. Jack niemal zanurkował do myszki.

Wiadomość zawierała jedno zdjęcie; Ryan kliknął na nie dwukrotnie.

Zobaczył mężczyznę w kominiarce klęczącego przy klawiaturze i intensywnie wpatrującego się w punkt tuż pod kamerą, którą zrobiono zdjęcie. Za zamaskowanym mężczyzną widać było stopę i część nogi człowieka leżącego na wznak.

Jack odwrócił głowę i spojrzał przez lewe ramię; stopa Libijczyka sterczała w górę.

Skierował wzrok na środkowy monitor i zauważył małą kamerę wmontowaną w jego obudowę.

Zdjęcie zostało zrobione w ciągu ostatniej minuty, kiedy ściągał dane z twardego dysku.

Przez cały czas był pod obserwacją.

Zanim zdążył coś powiedzieć, w jego prawym uchu rozległ się ryk Chaveza:

– Spieprzaj stamtąd w tej chwili, Jack! To jest rozkaz!

– Już mnie nie ma – odparł szeptem.

Spojrzał na obiektyw maleńkiej kamery i powędrował myślami do tego, kto go obserwował.

Wyciągnął rękę w kierunku nośnika USB, lecz nagle uświadomił sobie, że w komputerze zostaną wszystkie zdjęcia członków oddziału. Ten, kto przyjdzie zbadać sprawę śmierci Celu Numer Pięć, bez trudu je obejrzy.

Uklęknął błyskawicznie, wyciągnął wtyczkę kabla zasilającego i nerwowymi ruchami wyszarpnął przewody z tylnej części komputera. Dźwignął piętnastokilogramowe urządzenie i wyniósł je na korytarz, a potem schodami na ulicę. Ruszył biegiem, co świadczyło o przezorności i przytomności umysłu. Człowiek niosący komputer w strugach deszczu powinien biec. Jego samochód stał o jedną przecznicę dalej; Jack rzucił komputer na tylne siedzenie i odjechał w kierunku lotniska.

Zadzwonił do Chaveza.

– Tu Ding, mów.

– Tu Ryan, ulotniłem się, ale niech to szlag… Żaden z nas nie wyszedł na czysto. Cała nasza piątka była dziś wieczorem śledzona.

– Przez kogo?

– Nie mam pojęcia, ale ktoś nas obserwuje. Wysłał zdjęcia całego oddziału Celowi Numer Pięć. Zabrałem twardy dysk ze zdjęciami. Za dwadzieścia minut będę na lotnisku, możemy…

– Odmawiam. Jeśli ktoś się z nami bawi, nie jesteś w stanie stwierdzić, czy to pudło przewodów, które wieziesz w samochodzie, nie ma w sobie wirusa albo urządzenia naprowadzającego. Nie przywoź tego świństwa w pobliże miejsca ewakuacji.

Jack uświadomił sobie, że Ding ma rację; zastanowił się przez chwilę.

– Mam śrubokręt przy scyzoryku. Zatrzymam się w miejscu publicznym i wymontuję dysk z obudowy. Zrobię oględziny, a resztę zostawię. Wóz też porzucę, na wypadek gdyby podłożono mi coś w czasie, kiedy byłem w mieszkaniu Piątki. Dotrę na lotnisko w inny sposób.

– Dupa w troki, młody.

– Dobra. Wyłączam się.

Jack jechał w padającym deszczu, mijał skrzyżowania z wysoko umieszczonymi kamerami. Ani na chwilę nie zdołał się uwolnić od paraliżującego poczucia, że każdy jego ruch śledzony jest przez oko, które nigdy nie mruga.

4

Wei Zhen Lin był z zawodu ekonomistą, nie odbył służby wojskowej i dlatego nigdy nie miał w rękach broni. Fakt ten ciążył mu dotkliwie zwłaszcza w tej chwili, gdy spoglądał na duży czarny pistolet leżący na biurku; broń jawiła mu się jako coś w rodzaju zabytkowego znaleziska.

Nie wiedział, czy zdoła oddać celny strzał, jakkolwiek nie podejrzewał, by palnięcie sobie w łeb wymagało nadzwyczajnej zręczności.

Fung, szef jego ochrony, udzielił mu półminutowej lekcji obsługi pistoletu; on również mu go pożyczył. Były policjant umieścił nabój w komorze i odbezpieczył pistolet, a następnie poważnym, lecz nieco protekcjonalnym tonem wyjaśnił podopiecznemu, jak go trzymać i jak nacisnąć spust.

Wei zapytał ochroniarza, gdzie ma wymierzyć dla uzyskania maksymalnego efektu; odpowiedź nie okazała się na tyle precyzyjna, by zadowolić byłego ekonomistę.

Fung wzruszył ramionami i odparł, że strzał oddany w dowolne miejsce części mózgowej czaszki powinien załatwić sprawę, jeśli pomoc medyczna nadejdzie z opóźnieniem; jednocześnie przyrzekł dopilnować, by się spóźniła.

Następnie skinął krótko głową i wyszedł; Wei Zhen Lin został sam w gabinecie. Przed nim na biurku leżał pistolet.

– To ci dopiero ochroniarz z tego Funga – parsknął.

Podnióśł broń. Była cięższa, niż przypuszczał, lecz ciężar dobrze zrównoważono. Rączka okazała się grubsza, niż sobie wyobrażał; ale po prawdzie nigdy nie rozmyślał wiele o broni palnej.

Przez chwilę oglądał pistolet; z ciekawości odczytał wytłoczony numer seryjny. A później Wei Zhen Lin, prezydent Chińskiej Republiki Ludowej, sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin, przystawił lufę do prawej skroni i położył palec na spuście.

Wei nie pasował na przywódcę swojego kraju i w dużym stopniu to właśnie przesądziło o tym, że postanowił odebrać sobie życie.

W 1958 roku – wtedy urodził się Wei Zhen Lin – jego sześćdziesięcioletni wówczas ojciec był jednym z trzynastu członków siódmej kadencji Biura Politycznego Komunistycznej Partii Chin. Wei senior, z wykształcenia dziennikarz, pisarz i redaktor, w latach trzydziestych rzucił pracę i zasilił szeregi Wydziału Propagandy KPCh. Towarzyszył Mao Tse-tungowi w czasie Długiego Marszu, pochodu, który przebył dwanaście tysięcy kilometrów, i umocnił pozycję Mao jako bohatera narodowego i przywódcy komunistycznych Chin; zapewnił także wygodną przyszłość wielu spośród tych, którzy go otaczali.

Tylko zrządzenie losu sprawiło, że ludzie tacy jak ojciec Weia w owym szczególnym momencie historii – w czasie rewolucji – znaleźli się u boku Mao; ich również uznano za bohaterów i to oni właśnie przez następnych pięćdziesiąt lat zajmowali czołowe stanowiska we władzach w Pekinie.

Zhen Lin przyszedł na świat jako dziecko uprzywilejowane; wychowywał się w stolicy, a potem został wysłany do ekskluzywnej prywatnej szkoły w Szwajcarii o nazwie Collège Alpin International Beau Soleil, znajdującej się nieopodal Jeziora Genewskiego; Zhen zaprzyjaźnił się z innymi dziećmi partyjnych dygnitarzy, synami marszałków i generałów. Kiedy wrócił do ojczyzny, by na Uniwersytecie Pekińskim studiować ekonomię, było już niemal przesądzone, że on i wielu jego kolegów ze szkoły zajmie takie lub inne stanowiska rządowe.

Należał do grupy, której członków ochrzczono mianem książątek. Byli wschodzącymi gwiazdami polityki, armii i biznesu, synami i córkami byłych wysokich funkcjonariuszy partyjnych, w większości pierwszoplanowych maoistów, walczących podczas rewolucji. W społeczeństwie, które zaprzeczało istnieniu klasy wyższej, książątka bezsprzecznie stanowiły elitę; tylko one miały pieniądze, wpływy i koneksje polityczne dające im możliwość rządzenia następnym pokoleniem swojego narodu.

Po ukończeniu kolegium Wei został urzędnikiem miejskim w Chongqing i doszedł do stanowiska zastępcy burmistrza; kilka lat później odszedł ze służby publicznej, by na Uniwersytecie Nankińskim uzyskać tytuł magistra ekonomii i doktora zarządzania. Drugą połowę lat osiemdziesiątych i całe lata dziewięćdziesiąte przepracował w sektorze finansów międzynarodowych w Szanghaju, jednej z nowo utworzonych chińskich specjalnych stref ekonomicznych. Komunistyczne władze centralne stworzyły miejsca, w których wiele obowiązujących w kraju przepisów zostało zawieszonych; miały one za zadanie przyciągać zagranicznych inwestorów możliwościami prowadzenia działalności w warunkach wolnorynkowych. Eksperyment z oazami quasi-kapitalizmu odniósł ogromny sukces; ekonomiczne wykształcenie Weia – a w jeszcze większym stopniu jego powiązania biznesowe i partyjne – sprawiło, że znalazł się w samym centrum zarządzania wzrostem finansowym Chin. Miał przed sobą wielką przyszłość.

Na przełomie tysiącleci wybrano go na burmistrza Szanghaju, największego miasta Chin. Zabiegał o jeszcze większe inwestycje zagraniczne i rozszerzenie zasad wolnego rynku.

Przystojny i charyzmatyczny burmistrz robił furorę wśród zachodnich biznesmenów; jego gwiazda świeciła coraz jaśniej w kraju i na świecie. Stał się twarzą nowych Chin. Jednocześnie opowiadał się za ścisłym przestrzeganiem reguł porządku społecznego. Popierał jedynie wolność gospodarczą, mieszkańcy jego miasta nie zaznali ani odrobiny liberalizacji w sferze swobód obywatelskich.

Chiny poniosły sromotną klęskę z Rosją i Stanami Zjednoczonymi w wojnie o syberyjskie pokłady złota i złoża ropy naftowej, w jej następstwie większość członków władz w Pekinie straciła stanowiska. Do służby państwowej wezwano Weia, młodego dynamicznego człowieka, który był już symbolem nowych Chin. Został pierwszym sekretarzem partii w Szanghaju oraz członkiem szesnastej kadencji biura politycznego.

Przez następnych kilka lat dzielił czas między Pekin i Szanghaj. Stanowił rzadki okaz we władzach: prorynkowy komunista działający na rzecz rozszerzenia zasięgu specjalnych stref ekonomicznych i wolnego rynku w Chinach, a zarazem wspierający w politbiurze frakcję twardogłowych, którzy stanowili zaporę przeciwko politycznemu liberalizmowi i wolności jednostki.

Był dzieckiem Mao i partii, a także absolwentem szkoły finansów międzynarodowych. Liberalizm ekonomiczny traktował jako środek prowadzący do celu, tym zaś było przyciągnięcie do Chin pieniędzy z zagranicy; miały one posłużyć wzmocnieniu partii komunistycznej, a nie jej obaleniu.

Po krótkiej wojnie Chin z Rosją i Stanami Zjednoczonymi wielu uważało, że trudności gospodarcze zrujnują kraj. Na horyzoncie zamajaczyło całkowite załamanie infrastruktury centralnej i regionalnej, a w konsekwencji anarchia. Tylko dzięki wysiłkom Weia i ludzi jemu podobnych Chiny zdołały odsunąć groźbę krachu. Wei naciskał towarzyszy, by zgodzili się na rozszerzenie specjalnych stref ekonomicznych i utworzenie szeregu mniejszych stref wolnego rynku i wolnego handlu.

Zdesperowane biuro polityczne wyraziło zgodę, plan Weia został w całości wprowadzony w życie; chiński quasi-kapitalizm zaczął rosnąć skokowo.

Gambit się opłacił. Wei, główny architekt reformy finansowej, został nagrodzony za swoje dokonania. Jego sukcesy, status książątka i rodowód polityczny złożyły się na to, że stał się naturalnym kandydatem na stanowisko ministra handlu w siedemnastej kadencji biura politycznego. Został szefem polityki finansowej Chin; gospodarka kraju cieszyła się dwucyfrowym wzrostem, który, jak się zdawało, będzie trwał bez końca.

I właśnie wtedy pękła bańka ekonomiczna.

Globalna gospodarka weszła w długi okres spadku wkrótce po tym, jak Wei został ministrem handlu. Inwestycje zagraniczne w Chinach i eksport mocno ucierpiały. Te dwa składniki ekonomiczne, do których zrewolucjonizowania najbardziej przyczynił się Wei, stały się głównymi motorami napędowymi dwucyfrowego wzrostu gospodarczego kraju. Stanowiły mocne źródła gotówki, które niemal całkowicie wyschły, kiedy świat wstrzymał się z zakupami.

Dalsze powiększanie specjalnych stref ekonomicznych, którym pokierował Wei, nie zdołało powstrzymać katastrofalnej tendencji spadkowej. Dokonywane przez Chińczyków na całym świecie zakupy nieruchomości i opcji walutowych stały się studniami bez dna, kiedy Europa wpadła w kryzys finansowy, a w Ameryce nastąpiło załamanie rynku nieruchomości.

Wei wiedział, jak wieją wiatry w Pekinie. Jego skuteczne reformy wolnorynkowe, dzięki którym uratował kraj przed katastrofą, miały być teraz wykorzystane przeciwko niemu. Polityczni przeciwnicy będą dowodzili, że stworzony przez niego model ekonomiczny okazał się fiaskiem i że rozszerzenie kontaktów ekonomicznych Chin ze światem wystawiło kraj na dotkliwe skutki zaraźliwej choroby kapitalizmu.

Minister Wei zataił więc prawdę o załamaniu ekonomicznym; skupił się na realizacji gigantycznych projektów państwowych i udzielaniu władzom regionalnym kredytów na budowę i modernizację dróg, obiektów, portów oraz infrastruktury telekomunikacyjnej. Tego rodzaju inwestycje stanowiły podstawę dawnego modelu ekonomicznego, w którym polityka władz centralnych polegała na stymulowaniu wzrostu poprzez realizację wielkich centralnych planów gospodarczych.

Na papierze wyglądało to dobrze i w czasie spotkań Wei przez trzy lata wykazywał, że Chiny notują wzrost gospodarczy. Nie był tak imponujący jak w pierwszych latach boomu, lecz oscylował w granicach ośmiu, dziewięciu procent; stanowiło to całkiem dobry wynik. Czarował politbiuro i władze regionalne, a także wysłanników prasy światowej faktami i wskaźnikami składającymi się na obraz, który chciał pokazać.

Wszystko to jednak była zasłona dymna i Wei doskonale zdawał sobie z tego sprawę, gdyż kredyty miały pozostać niespłacone. Popyt na chiński eksport dramatycznie stopniał, zadłużenie administracji regionalnej osiągnęło wielkość siedemdziesięciu procent produktu krajowego brutto, a dwadzieścia pięć procent pożyczek bankowych było nierentownych. Tymczasem ministerstwo Weia jeszcze bardziej się zadłużało, więcej wydawało i budowało.

To był domek z kart.

Minister Wei usiłował rozpaczliwie zataić kłopoty ekonomiczne Chin. W tym samym czasie na kraj spadło niczym tajfun nowe, bardzo niepokojące zjawisko.

Nazwano je ruchem Tuidang.

Doszło do straszliwego w skutkach trzęsienia ziemi, na które rząd centralny zareagował w fatalny sposób. Wywołało to masowe protesty w całym kraju, ludzie wylegli na ulice miast. Władze usiłowały je tłumić, choć nie wykorzystały całej siły; jednak po każdej fali aresztowań lub użyciu gazu łzawiącego sytuacja stawała się jeszcze poważniejsza.

Wyłapano i uwięziono przywódców zamieszek i demonstranci na jakiś czas znikali z ulic; urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego uznali, że udało się opanować kryzys. Jednak protesty przenosiły się do internetu, zbuntowani ludzie korzystali z portali społecznościowych i stron do czatowania dostępnych w Chinach i za granicą; znali sposoby obejścia filtrów nałożonych przez chińskie władze na internet.

Dzięki setkom milionów komputerów i smartfonów spontaniczne protesty przerodziły się w dobrze zorganizowany, potężny ruch. KPCh zareagowała ślamazarnie; Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego miało wprawdzie do dyspozycji milicyjne pałki, gaz pieprzowy i opancerzone samochody, lecz nie posiadało w swym arsenale skutecznego oręża przeciwko wirtualnej rebelii w cyberprzestrzeni. Mijały miesiące i internetowe przejawy protestu przeistoczyły się w prawdziwe powstanie, którego kulminacją stał się Tuidang.

Pod tym słowem kryło się wezwanie do odrzucenia partii; zrazu setki, potem tysiące, a w końcu miliony obywateli Chin ogłaszały, że występują z szeregów Komunistycznej Partii Chin. Można to było uczynić anonimowo online lub oznajmić publicznie poza granicami kraju.

W ciągu czterech lat ruch Tuidang zaowocował ponad dwustoma milionami takich przypadków.

Partii nie zaniepokoił wyłącznie ogrom liczby członków, którzy odeszli z jej szeregów. W istocie trudno było określić rzeczywistą liczbę tych, którzy rzucili legitymacje, ponieważ lista ogłoszona przez przywódców ruchu zawierała mnóstwo pseudonimów i pospolitych nazwisk, których nie sposób było zweryfikować. Prawdziwych dysydentów mogło być nie dwieście, lecz pięćdziesiąt milionów. Lęk członków politbiura wzbudziły szkody wizerunkowe, które wyrządzali partii ludzie ogłaszający za granicą, że rzucają legitymacje partyjne, a także to, że sukces rebelii wzbudził szerokie zainteresowanie w świecie.

Minister handlu Wei widział, jaki gniew, niepewność i strach członków politbiura wywołuje przybierający na sile ruch Tuidang, i zestawił ten obraz ze świadomością, że ukrywa problemy ekonomiczne kraju. Wiedział, że w takiej chwili nie wolno mu ujawniać grożącego ojczyźnie krachu. Reformy oszczędnościowe, zaciskanie pasa – wszystko musiało poczekać.

To nie był odpowiedni czas na to, by zdradzać jakąkolwiek słabość władzy. Gdyby tego rodzaju informacje przedostały się do mas, jeszcze bardziej podsyciłyby ogień buntu.

Podczas osiemnastego zjazdu partii wydarzyło się coś niewiarygodnego, czego Wei Zhen Lin nie zdołał przewidzieć. Wybrano go na prezydenta Chin i sekretarza generalnego partii komunistycznej. W ten sposób został władcą domku z kart, do którego zbudowania walnie się przyczynił.

Wybory, jak na zwyczaje panujące w biurze politycznym, przebiegły nader burzliwie. Dwaj jego członkowie, których uważano za najpoważniejszych kandydatów do przejęcia władzy, popadli w niełaskę na kilka tygodni przed zjazdem; jeden z powodu skandalu korupcyjnego w swoim mieście Tiencin, drugi zaś w następstwie aresztowania podwładnego i zarzutu szpiegostwa. Pozostali członkowie komitetu centralnego, którzy mogli kandydować, należeli do frakcji jednego bądź drugiego ze skompromitowanych. Wszyscy poza jednym.

Wei stał z boku. Wciąż uważano go za outsidera niezwiązanego z żadną frakcją, toteż w stosunkowo młodym wieku pięćdziesięciu czterech lat wybrano go jako kandydata kompromisowego.

Trzy najwyższe stanowiska w Chinach to prezydent, sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin i szef Centralnej Komisji Wojskowej, czyli dowódca armii. Zdarza się, że ten sam człowiek dzierży wszystkie trzy stanowiska, lecz kiedy Wei objął pierwsze dwa, szefostwo komisji wojskowej przypadło Su Ke Qiangowi, czterogwiazdkowemu generałowi Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Su, syn jednego z najbardziej zaufanych marszałków Mao Tse-tunga, był przyjacielem Weia z dzieciństwa; razem wychowywali się w Pekinie i razem studiowali w Szwajcarii. Ich równoczesny awans na najwyższe szczyty władzy w kraju stanowił dowód, że nadszedł czas rządów książątek.

Jednak Wei od samego początku wiedział, że wspólne przywództwo nie oznacza partnerstwa. Su głośno opowiadał się za ekspansją wojskową; należał do jastrzębi. W swoich przemówieniach nawoływał do zwiększania konsumpcji wewnętrznej i wysławiał potęgę Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej; przeznaczeniem Chin, jak twierdził, była rola hegemona w regionie i światowego mocarstwa. On i jego sztab od dekady powiększali armię dzięki dwudziestoprocentowemu wzrostowi nakładów rocznie; Wei zdawał sobie sprawę, że Su nie należy do tych generałów, którzy rozbudowują armię po to, by imponowała w czasie defilad.

Wiedział, że generał dąży do wojny, on zaś uważał, że wojna jest ostatnią rzeczą, jakiej Chiny potrzebują.

Trzy miesiące po tym, jak Wei objął dwa najważniejsze stanowiska w państwie, odbyło się zebranie stałego komitetu partii w Zhongnanhai, otoczonym murem kompleksie budynków rządowych w Pekinie położonym na zachód od Zakazanego Miasta i placu Tiananmen; właśnie wtedy podjął decyzję taktyczną, która miesiąc później doprowadziła do tego, że przystawił sobie pistolet do skroni. Uważał, że prawda o stanie finansów państwa w sposób nieunikniony wyjdzie na jaw, przynajmniej wobec członków stałego komitetu. Pogłoski o trudnościach już wyciekały z Ministerstwa Handlu i dochodziły z prowincji. Postanowił je więc uprzedzić, informując członków komitetu o zbliżającym się kryzysie stworzonego przez niego modelu ekonomicznego. Spoglądając w pozbawione wyrazu twarze, oznajmił, że zamierza ograniczyć finansowanie inwestycji regionalnych i wprowadzić inne ostre środki oszczędnościowe. Wyjaśnił, że z czasem przyniesie to poprawę stanu gospodarki, lecz, niestety, w krótkim terminie spowoduje jej spadek.

– W jak krótkim terminie? – zapytał sekretarz rady państwa.

– Dwa do trzech lat – skłamał Wei. Ministerialni rachmistrze powiedzieli mu, że ograniczenia wydatków będą musiały obowiązywać około pięciu lat, jeśli mają przynieść pożądany skutek.

– Ile wyniesie spadek wzrostu? – chciał wiedzieć sekretarz Centralnej Komisji Nadzoru Dyscypliny.

Wei zawahał się, lecz po chwili odpowiedział spokojnym, przyjemnym głosem:

– Jeśli plan zostanie wdrożony, w pierwszym roku jego obowiązywania według naszej oceny wzrost skurczy się o dziesięć punktów bazowych.

Zewsząd rozległy się westchnienia.

– W tej chwili wzrost wynosi osiem procent – oznajmił sekretarz. – Mówisz nam, że czeka nas recesja?

– Tak.

– Od trzydziestu pięciu lat notujemy wzrost gospodarczy! – krzyknął przewodniczący Centralnego Komitetu Budowy Cywilizacji Duchowej. – Nie mieliśmy spadku nawet rok po zakończeniu wojny!

Wei pokręcił głową i odpowiedział spokojnym tonem; wyraz jego twarzy stanowił mocny kontrast z większością twarzy pozostałych członków komitetu, którzy bardzo się ożywili.

– Wprowadzono nas w błąd. Przejrzałem dane z tych lat. Wzrost był głównie dzięki ekspansji handlu zagranicznego, którą zainicjowałem, ale nie pojawił się w pierwszym roku po wojnie.

Wei dość szybko zauważył, że większość obecnych nie dała mu wiary. W swoim mniemaniu był jedynie posłańcem przynoszącym wieść o kryzysie, za który nie ponosi odpowiedzialności, lecz pozostali członkowie komitetu jęli wysuwać wobec niego zarzuty. Wei zareagował zdecydowanie; domagał się, by wysłuchano jego planu naprawy gospodarki, lecz towarzysze mówili o narastającym niezadowoleniu ludności; bali się, że nowe problemy osłabią ich pozycję w biurze politycznym.

Posiedzenie przebiegało w coraz gorszej atmosferze. Wei przeszedł do obrony; po południu udał się do swojej kwatery w Zhongnanhai ze świadomością, że przecenił możliwości innych członków komitetu, licząc na to, iż zrozumieją powagę zagrożenia. Nie chcieli wysłuchać założeń jego planu; wiedział, że nie będzie już o tym mowy.

Pierwszym sekretarzem partii i prezydentem kraju został dlatego, że nie należał do żadnej z koterii, lecz w czasie kilkugodzinnej dyskusji o ponurych prognozach dla chińskiej gospodarki zdał sobie sprawę, że przydałoby mu się paru przyjaciół w stałym komitecie.

Jako doświadczony polityk znał realia i wiedział, że w takiej sytuacji praktycznie nie ma szans ocalić skóry, jeśli nie ogłosi, iż trwający od trzydziestu pięciu lat wzrost gospodarczy będzie trwał dalej pod jego przywództwem. Był jednak znakomitym ekonomistą, miał dostęp do najtajniejszych danych o stanie finansów kraju i rozumiał, że sprzyjający trend się odwróci i gospodarka Chin raptownie wyhamuje.

Nie chodziło jedynie o gospodarkę. W reżimie totalitarnym przynajmniej teoretycznie można zamieść pod dywan wiele trudności finansowych. Do pewnego stopnia tak właśnie od lat postępował Wei, wykorzystując ogromne projekty w sektorze publicznym do pobudzania ekonomii; tworzył tym samym niezgodne z rzeczywistością wrażenie, że działa ona prężnie i wciąż się rozwija.

Wiedział jednak, że niepokoje społeczne przybierają na sile z dnia na dzień. Jego kraj siedział na beczce prochu.

Trzy tygodnie po feralnym posiedzeniu w Zhongnanhai Wei Zhen Lin zdał sobie sprawę, że stery władzy wymykają mu się z rąk. Podczas kiedy on odbywał podróż dyplomatyczną na Węgry, jeden z członków stałego komitetu, dyrektor wydziału propagandy, nakazał wszystkim państwowym mediom oraz kontrolowanym przez KPCh serwisom zagranicznym rozpocząć publikację krytycznych ocen ekonomicznych poczynań przywódcy. To było coś niesłychanego i Wei wpadł w furię. Czym prędzej wrócił do Pekinu i zażądał spotkania z szefem propagandy, lecz poinformowano go, że ten przebywa w Singapurze i wróci dopiero pod koniec tygodnia. Zwołał nadzwyczajne posiedzenie w Zhongnanhai; miało w nim wziąć udział wszystkich dwudziestu pięciu członków biura politycznego, lecz stawiło się zaledwie szesnastu.

W ciągu kilku dni w mediach zaczęły się ukazywać doniesienia o tym, że jako burmistrz Szanghaju Wei dopuścił się korupcji, by powiększyć swój osobisty majątek. Potwierdziło je kilkudziesięciu byłych współpracowników Weia oraz biznesmenów w Chinach i za granicą.

On tymczasem nie był skorumpowany. Jako burmistrz Szanghaju zwalczał wszelką korupcję w miejscowych kręgach biznesu, w policji i aparacie partyjnym. W ten sposób przysporzył sobie wrogów, którzy nader chętnie świadczyli fałszywie przeciwko niemu, zwłaszcza gdy wysoko postawieni organizatorzy puczu obiecali im w zamian poparcie polityczne.

Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, chiński odpowiednik amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości, wydało nakaz aresztowania przywódcy państwa.

Wei doskonale zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z próbą przewrotu.

Wszystko stało się jasne rankiem szóstego dnia kryzysu, kiedy to wiceprezydent wystąpił przed kamerami w Zhongnanhai i grupie zdumionych dziennikarzy zagranicznych obwieścił, że staje na czele rządu do czasu, gdy zostanie rozwiązana niefortunna sprawa prezydenta Weia. Dodał, że prezydent ukrywa się przed wymiarem sprawiedliwości.

Wei tymczasem znajdował się zaledwie czterysta metrów dalej w swojej kwaterze w Zhongnanhai. Kilku lojalnych współpracowników zabrało głos w jego obronie, jednak wydawało się, że wszystko zwróciło się przeciwko niemu. Z biura wiceprezydenta otrzymał wiadomość, że do jutra do godziny dziesiątej rano ma wpuścić do siebie przedstawicieli Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy dokonają aresztowania. Jeśli nie odda się w ich ręce dobrowolnie, zostanie zabrany siłą.

Szóstego dnia późnym wieczorem Wei wreszcie przeszedł do kontrofensywy. Ustalił, kto w partii spiskuje przeciwko niemu, i zwołał tajną naradę, w której wzięła udział reszta członków stałego komitetu politbiura. Oznajmił im z naciskiem, że uważa się za pierwszego wśród równych i że jeśli pozostanie dalej prezydentem i sekretarzem generalnym partii, będzie rządził w porozumieniu z nimi. W istocie przyrzekł, że każdy z obecnych otrzyma więcej władzy, niż miałby jej, gdyby na czele stanął ktoś inny.

Uczestnicy spotkania chłodno przyjęli jego deklaracje. Patrzyli na niego jak na skazańca i nie palili się do sojuszu. Drugi najbardziej wpływowy człowiek w Chinach, przewodniczący Centralnej Komisji Wojskowej, Su Ke Qiang, nie wypowiedział ani jednego słowa.

Przyszła noc i Wei nie wiedział, czy rano zostanie obalony, aresztowany i uwięziony, a następnie zmuszony do podpisania fałszywych oskarżeń i stracony. W godzinach przed świtem przyszłość jawiła mu się w jeszcze ciemniejszych barwach. Trzech spośród pięciu członków stałego komitetu politbiura, którzy jeszcze nie przystąpili do puczu, dało Weiowi znać, że jakkolwiek nie popierają jego obalenia, nie mają dostatecznych wpływów politycznych, by mu pomóc.

O piątej Wei zwołał zebranie swojego personelu i oznajmił, że dla dobra kraju ustąpi z zajmowanych stanowisk. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zawiadomiono, że Wei się podda; z gmachu ministerstwa przy wschodniej alei Chang’an po przeciwnej stronie placu Tiananmen wysłano oddział, który miał dokonać aresztowania.

Wei obiecał, że podda się spokojnie.

Postanowił jednak, że spokojnie się nie podda.

W ogóle nie zamierzał się poddać.

Pięćdziesięcioczteroletni mężczyzna, jeden z niegdysiejszych książątek, ani myślał wystąpić w roli rekwizytu w teatrze politycznym; wiedział, że wrogowie chcą wykorzystać go jako kozła ofiarnego i obarczyć winą za krach gospodarczy państwa.

Mogą doprowadzić do jego śmierci, mogą poczynać sobie z jego spuścizną, jak chcą, ale on nie zamierzał na to biernie patrzeć.

Kiedy oddział żandarmów zmierzał z gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w kierunku budynków rządowych, Wei rozmówił się z szefem swojej ochrony. Fung zgodził się przekazać szefowi pistolet i pokazać mu, jak się nim posługiwać.