Wędrówki alpejskie - Wawrzyniec Żuławski - ebook + książka

Wędrówki alpejskie ebook

Wawrzyniec Żuławski

0,0
34,30 zł

Opis

Na nowo wydany zbiór opowieści o przedwojennych i tuż powojennych Alpach, autorstwa jednego z najwybitniejszych ówczesnych polskich wspinaczy, Wawrzyńca Żuławskiego.

Wędrówki alpejskie” to zapis wspinaczkowych przeżyć autora na alpejskich ścianach. Od Mont Blanc, przed Matterhorn, aż po Grossglockner – i wiele innych. Żuławski przyjechał w Alpy po raz pierwszy w 1936 roku i został przez nie momentalnie oczarowany, co odbija się w jego prozie. Czytając coraz to kolejne opowiadania, mamy przed oczami śnieżne burze, poszarpany lodowiec, podniebne biwaki, wyczerpujące wspinaczki, porażki i zwycięstwa. W tle wciąż są skalne olbrzymy Alp.

Pierwsze wydanie opowiadań pojawiło się jeszcze przed wojną, w 1939 roku, kolejne, rozszerzone, w roku 1956. Wydanie, które oddajemy w w ręce czytelników, jest opracowane zupełnie na nowo. “Wędrówki alpejskie” wzbogaciliśmy o zdjęcia nie tylko Wawrzyńca Żuławskiego, lecz także archiwalne Janusza Kurczaba. Ponadto można podejrzeć, jak powstawały opowiadania, dzięki zamieszczonym rękopisom oraz maszynopisom. Całość została opracowana tak, by współczesny czytelnik nie miał problemów ze zrozumieniem elementów z poprzedniej epoki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 250




Zdjęcie na I stronie okładki: Matterhorn od północnego wschodu,

fot. J. Kurczab

Zdjęcie na II stronie okładki: portret Wawrzyńca Żuławskiego,

arch. Żuławskich

Zdjęcie na IV stronie okładki: Stoki Mont Blanc du Tacul,

arch. J. Kurczab

Wydanie I, Wydawnictwo Sklepu Podróżnika

Wydawnictwo Sklepu Podróżnika

ul. Grójecka 46/50

02-320 Warszawa

tel. (22) 658-46-26; faks (22) 822-44-56

www.podroznik.com.pl

© Copyright by Przemysław Chlebicki, 2012

ISBN 978-83-7136-156-2

Wstęp i konsultacje merytoryczne: Janusz Kurczab

Opracowanie: Katarzyna Babicz, Agata Kozłowska

Skład: Katarzyna Babicz

Projekt okładki: Igor Browiński

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl

Był 18 sierpnia 1957 roku, wczesne godziny poranne. Cztery szybkie zespoły linowe podchodziły lodowymi stokami Mont Blanc du Tacul w kierunku przełęczy Col Maudit. Posuwano się ukośnym trawersem w prawo ku górze. Zaczęło świtać. Mimo bezchmurnej nocy pogoda była niepewna i alpiniści spodziewali się jej pogorszenia.

Pierwszą dwójkę tworzyli Polacy Lechosław Utracki i Jerzy Warteresiewicz, drugą i trzecią Francuzi, którym przewodził Charles Germain – szef instruktorów École Militaire de Haute Montagne[1]. Na końcu szedł Wawrzyniec Żuławski związany liną ze Stanisławem Bielem.

O godz. 4.50 Utracki i Warteresiewicz przeszli barierę seraków i zaczęli się kierować ku skałkom, widocznym nad nią w grani Mont Blanc du Tacul. Wtedy zeszły dwie lawiny. Jedna, ogromna, runęła po przeciwległej stronie grani w kierunku lodowca Bossons. Niemal równocześnie, poniżej i na lewo od Utrackiego i Warteresiewicza, oberwała się część bariery seraków i przelatując tuż obok francuskiej dwójki Germain – Novel, runęła wprost na Biela i Żuławskiego, porywając ich ze sobą. Po kilkudziesięciu metrach spadania, lecący niżej Żuławski wpadł do ogromnej czeluści, zaś Biel został przez nią przerzucony i wylądował na dolnej wardze szczeliny. Szczelina w jednej chwili aż po brzegi wypełniła się bryłami lodu i śniegiem.

Ciężar ciała partnera i przywalającej go kilkunastometrowej warstwy lodu oraz śniegu sprawił, że lina, którą związany był w pasie, niemal przecięła Biela na pół. Odniósł poważne obrażenia wewnętrzne i życie uratowała mu tylko szybka operacja. Dla Żuławskiego nie było już ratunku – szczelina była dosłownie zacementowana śniegiem i lodem, a jego ciało znajdowało się pod grubą warstwą na pełną długość liny łączącej go z Bielem, to jest około 15 m. Zwłok nigdy nie odnaleziono. Ostatnia alpejska wędrówka Wawrzyńca Żuławskiego okazała się drogą bez powrotu.

W rocznicę wypadku pod Mont Blanc du Tacul odbyła się na starym cmentarzu w Chamonix uroczystość wmurowania symbolicznej tablicy ufundowanej przez ZAIKS. Napis w języku francuskim głosi:

LE 18 AOÛT 1957

PORTANT SECOURS A SES CAMARADES ALPINISTES

PÉRIT ENSEVELI PAR L’AVALANCHE

ET

GÎT DANS UNE CREVASSE

DU MONT BLANC DU TACUL

WAWRZYNIEC – LAURENT

ŻUŁAWSKI

NÉ À ZAKOPANE LE 14-2-1916

MUSICIEN ET COPMPOSITEUR POLONAIS

ÉCRIVAIN – ALPINISTE

À SON PRÉSIDENT

LA SOCIETÉ POLONAISE DES AUTEURS

“ZAIKS”

Jerzy Wawrzyniec Żuławski urodził się 14 lutego 1916 roku w Zakopanem. Jego matką była Kazimiera z Hanickich, a ojcem – znany poeta, dramaturg i prozaik, jeden z prekursorów polskiej literatury fantastycznonaukowej, autor „Trylogii księżycowej” Jerzy Żuławski (1874-1915). Jerzy Żuławski wspinał się, brał udział w akcjach ratowniczych i wraz z Mariuszem Zaruskim był jednych z założycieli Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Również i matka Wawrzyńca czynnie uprawiała taternictwo, chodziła też po Alpach.

Wawrzyniec był najmłodszym w młodym pokoleniu rodziny Żuławskich. Bracia Marek i Juliusz, starsi odpowiednio o 8 i 6 lat, razem ze stryjem Jackiem, wprowadzali szesnastoletniego Wawrzyńca w tajniki sztuki wspinania. Pierwsze wspinaczki odbył w 1932 roku, a już w dwa lata później rozwiązał pierwszy problem tatrzański, zdobywając wraz z bratem Markiem północno-zachodnią ścianę Żabiego Mnicha. Od tego czasu już niemal co rok dokonywał wybitnych przejść w Tatrach. Towarzyszami jego górskich przygód byli tacy znani taternicy, jak Jan Staszel, Zbigniew Korosadowicz, Tadeusz i Stefan Bernadzikiewiczowie, Stanisław Luxemburg, Maciej Zajączkowski, a nieco później także Tadeusz Orłowski. Z tym ostatnim w 1943 r. dokonał drugiego przejścia, a pierwszego jednym ciągiem, sławnej z trudności drogi Orłowski-Gosławski na północno-zachodniej ścianie Galerii Gankowej.

Mont Blanc du Tacul, Mont Maudit, Mont Blanc, Aiguille du Gouter – trasa trawersowania Mont Blanc. Arch. J. Kurczab

W czasie okupacji zaangażował się w działalność konspiracyjną. Jako podporucznik batalionu AK, Żuławski wziął udział w powstaniu warszawskim. W latach 1940-1944 ściśle współpracował przy wydawaniu konspiracyjnego „Taternika” (redaktorem był Tadeusz Orłowski) – jedynego na świecie czasopisma o tematyce alpinistycznej, wydawanego pod okupacją hitlerowską.

Po zakończeniu wojny Żuławski przystąpił do wspinaczki ze zdwojoną energią. Popularny „Wawa” dokonał wówczas w Tatrach wielu znaczących pierwszych wejść nowymi drogami takimi jak: Żabi Szczyt Wyżni lewą częścią północnej ściany (z Tadeuszem Orłowskim, 1948), Mięguszowiecki Szczyt Pośredni środkowym filarem północno-wschodniej ściany (z Danutą Schiele i Tadeuszem Orłowskim, 1948), Spadowa Kopa zachodnim filarem (z Tadeuszem Orłowskim, 1949), Niżnie Rysy zachodnią grzędą przez Tomkowe Igły (z Tadeuszem Orłowskim, 1950) i Lodowy Szczyt wschodnią ścianą (m.in. z Arno Puškašem, 1953).

Mont Maudit z Mont Blanc du Tacul. W tej okolicy prawdopodobnie zginął Groński z Jugosłowianami. Arch. J. Kurczab

W latach 1934-1939 Żuławski odbył studia w zakresie filozofii i muzykologii na Uniwersytecie Warszawskim. Kompozycję studiował początkowo w Toruniu, a następnie w Konserwatorium Warszawskim w klasie prof. Kazimierza Sikorskiego (dyplom w 1937 r.). W 1947 roku uzupełniał studia u Nadii Boulanger w École Normale de Musique w Paryżu. Był również krytykiem muzycznym i pedagogiem. Tuż po wojnie wykładał w Konserwatorium Łódzkim, a w 1950 r. został profesorem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie, gdzie prowadził instrumentację symfoniczną i seminarium krytyki muzycznej.

Był utalentowanym kompozytorem – napisał m.in. wariacje fortepianowe, sonatę skrzypcową, kwintet fortepianowy, kilka mazurków i pieśni. Jego temperament i niespożyta energia sprawiały, że również organizacyjnie działał w dziedzinach związanych z jego zawodem. W latach 1951-1953 pełnił funkcję sekretarza Związku Kompozytorów Polskich oraz był członkiem Rady Kultury, od maja 1956 do śmierci był prezesem Stowarzyszenia Autorów ZAiKS.

Ogromny był także jego wkład w rozwój polskiego taternictwa i alpinizmu. Wykazywał wielki talent i zmysł organizacyjny, co w połączeniu z jego autorytetem, erudycją i wdziękiem osobistym dawało nadspodziewanie dobre efekty nawet w trudnych latach powojennych. Szeroko ustosunkowany – także w kręgach politycznych – Żuławski potrafił doprowadzić w 1956 roku do reaktywacji Klubu Wysokogórskiego, który jako samodzielna organizacja przestał istnieć w ciemnych latach stalinowskich.

W 1947 roku Żuławski wziął udział w pierwszej powojennej wyprawie Klubu Wysokogórskiego w Alpy. Mimo długiej przerwy i niedawno przebytej choroby przeszedł m.in. wschodnią ścianę Grépon i filar Boccalattego na Mont Blanc du Tacul (obie z Tadeuszem Orłowskim).

Latem 1957 roku w Alpy wyjechała duża grupa polskich alpinistów. Żuławski w tym czasie przebywał służbowo we Francji, ale nie omieszkał wykorzystać tej okazji do odwiedzenia ukochanego masywu Mont Blanc. Nie pełnił żadnej oficjalnej funkcji na dwóch polskich obozach w dolinie Chamonix, jednak ze względu na swoje doświadczenie i stanowisko prezesa Klubu Wysokogórskiego, czuł się ich opiekunem.

Kierownikiem jednego z obozów – „Francja I”, mającego bazę w Les Praz de Chamonix i grupującego najsilniejszych wspinaczy, był Stanisław „Mojżesz” Groński – doświadczony alpinista i partner Żuławskiego z kilku wspinaczek tatrzańskich. 7 sierpnia, wraz z poznanymi w Alpach dwoma Jugosłowianami, Groński wyruszył z Chamonix z zamiarem wejścia na Mont Blanc granią od Col du Midi. Wyprawę przewidziano na 5 dni. Pogoda była zmienna, jednak nie dawała powodów do obaw. Tymczasem 11 sierpnia po południu w masywie Mont Blanc rozpoczęła się gwałtowna burza z wyładowaniami atmosferycznymi i intensywnym opadem, niżej – deszczu, wyżej – śniegu.

Początkowo o Grońskiego nie obawiano się zupełnie. Bardziej niepokojące było zaginięcie trójki Polaków, którzy wspinali się na Aiguille Verte. Gdy 12 sierpnia trójka z Verte odezwała się ze schroniska Charpoua po zejściu ze szczytu, a Groński z towarzyszami nie wrócił, rozpoczęto poszukiwania w rejonie Mont Blanc – na Grand Plateau i w schronisku Vallota. Wraz z instruktorami École Militaire de Haute Montagne brała w nich udział pod kierunkiem Żuławskiego cała polska grupa znajdująca się w rejonie. Łącznie ratowników było dwudziestu.

Poszukiwania nie dały rezultatu i kierownictwo ÉHM na konferencji w dniu 17 sierpnia zdecydowało o zaniechaniu dalszej akcji. Zapowiedziano jednak wysłanie lekkiego rekonesansu dla przejścia drogi, którą miała iść zaginiona trójka. Zrobiono to na prośbę kolegi zaginionych Jugosłowian. Powiadomiony o tym Wawrzyniec Żuławski postanowił Francuzom towarzyszyć. Zgłosiła się również trójka ochotników: Biel, Utracki i Warteresiewicz. Czwórka Polaków oraz Francuzi Germain, Novel, Minster i Vacher po południu 17 sierpnia wyjechali na nocleg do schroniska na Col du Midi. Resztę znamy z początku tego tekstu.

Odezwały się różne głosy, zarówno w prasie polskiej, jak i francuskiej, krytykujące Polaków, zarzucające im lekkomyślność, porównujące ostatnią akcję z szarżą pod Somosierrą. Jednak kto znał Żuławskiego, wiedział, że nie mógł on inaczej postąpić. Choć odradzał Francuzom tę ostatnią akcję, uważał, że jeżeli Francuzi wyruszyli, to nie mogło zabraknąć polskich alpinistów.

„Wędrówki alpejskie” były pierwszą książką Wawrzyńca Żuławskiego. Ukazały się w 1939 roku nakładem znanego przed wojną wydawnictwa Gebethner i Wolff w serii „Biblioteki młodzieży”. Wcześniej Żuławski publikował fragmenty „Wędrówek” w „Taterniku”. Wydane ponownie po wojnie i uzupełnione o nowe wspomnienia z Alp „Wędrówki alpejskie”, podobnie jak „Tragedie tatrzańskie”, „Sygnały ze skalnych ścian” i niedokończone „Skalne lato”, nawiązywały do bogatej działalności wspinaczkowej autora. Jak pisał alpinista i krytyk literacki Jan Alfred Szczepański[2]:

Miejsce wypadku Wawrzyńca Żuławskiego na stokach Mont Blanc du Tacul. Arch. J. Kurczab

Żuławski zdążył sam wydać parę szczupłych książek o alpinistycznej treści. Jego zasadniczy dorobek mieści się w jednym tomie. Ten tom pozostanie w literaturze wysokogórskiej – jak pozostały impresje „W Tatrach” Karłowicza. Niemniej, w każdym pokoleniu taternickim budzić się będzie żal, że jego autorowi nie danym było zostawić po sobie dorobku jeszcze bogatszego, że dzieło literackie Żuławskiego jest kadłubowe – chociaż na przestrzeni ostatniego półwiecza książka Żuławskiego należy do dwu-trzech najwybitniejszych pozycji w swoim rodzaju.

Pewnie to życzenie by się spełniło, gdyby nie tragiczny finał na zboczu Mont Blanc du Tacul, które stało się lodowym grobem Wawrzyńca Żuławskiego. Tylko koniec odciętej przez towarzyszy liny, który wystawał z zasypanej szczeliny, świadczył o bezgranicznej ofiarności człowieka, który zawsze wsłuchiwał się w sygnały ze skalnych ścian.

Janusz Kurczab

[1] École Militaire de Haute Montagne (EHM, później EMHM) – założona w 1932 r. w Chamonix pierwsza na świecie organizacja zajmująca się szkoleniem kadr oficerskich oddziałów wojsk górskich. W 1948 r. EHM uczestniczyła w powołaniu specjalistycznej organizacji ratowniczej w Masywie Mont Blanc – Peloton de Gerdarmerie de Haute Montagne (PGHM) (przyp. red.).

[2] „Pisma górskie Wawrzyńca Żuławskiego” – „Taternik” 4/1959 (przyp. red.).

NOTA WYDAWNICZA

Tekst „Wędrówek alpejskich” oraz obu słowniczków pozostawiliśmy w kształcie z 1956 roku, z zachowaniem oryginalnej interpunkcji i ortografii. Nowe wydanie zostało wzbogacone o przypisy, przybliżające współczesnemu czytelnikowi realia alpinizmu przed- i powojennego oraz nowy wstęp autorstwa Janusza Kurczaba. Przygotowaliśmy również indeks osób pojawiających się na kartach opowiadań Wawrzyńca Żuławskiego, dodany na końcu. Fotografie pochodzą z archiwum Janusza Kurczaba oraz Wawrzyńca Żuławskiego, maszynopisy i rękopisy z archiwum Wawrzyńca Żuławskiego.

Redakcja

„Jadę doprawdy w nieznane” – myślę sobie spoglądając z okna wagonu na olbrzymie skalne obeliski wyrosłe wokół Salzburga, na barwne miasteczko, domki i ogrody rozrzucone u ich stóp. Słońce zachodzi właśnie i wapienne skały świecące białawo, niebiesko i rudo zdają się dosięgać niebios.

„Kto wie, może dogonię ich jeszcze w Zell am See[3]” – rozmyślałem dalej, gdy tymczasem pociąg pędził poprzez ginący w mroku kanion doliny. Szum potoku góruje chwilami nad turkotem kół.

Złośliwa grypa postawiła pod znakiem zapytania mój pierwszy w życiu wyjazd w Alpy, latem 1936 roku. Zachorowałem akurat w dzień, kiedy ośmiu moich kolegów pod wodzą doświadczonego alpinisty, inżyniera Adama Karpińskiego, opuszczało Polskę udając się na alpejski obóz treningowy. Obóz, który miał nas wprowadzić w tajniki pokonywania lodowców, w technikę wspinania się po śnieżnych stromiznach i graniach – słowem, zapoznać nas z całą „wiedzą” alpejską. A wszystko po to, by w przyszłości otworzyć nam drogę ku wyśnionym śnieżnym olbrzymom: Himalajom.

Można więc sobie wyobrazić nastrój, kiedy rad nierad kładłem się do łóżka, spoglądając żałośnie na gotowy już paszport zagraniczny i bilet. Moje pragnienie wyjazdu było tak silne, że z całym przekonaniem zapowiadałem odjeżdżającym towarzyszom swe niezawodne przybycie. Kiwali głowami ze źle ukrytym powątpiewaniem, ale w myśl zasady: „choremu nie należy się sprzeciwiać”, zapewnili, że przyślą depeszę z dokładnym określeniem miejsca pobytu, a w hotelach i schroniskach zostawią dla mnie listowne informacje.

O ile jednak ja spełniłem istotnie swoją obietnicę i po trzech czy czterech dniach choroby zwlokłem się z łóżka i wyjechałem, o tyle uzasadniony sceptycyzm moich kolegów zwyciężył najwidoczniej, bo żadnej depeszy w ogóle nie otrzymałem.

Wiedziałem jednak, że terenem działania polskiej wyprawy będzie początkowo masyw Grossglockneru w Alpach Austriackich. Wiedziałem także, że stacją dojazdową i punktem wyjściowym w tę grupę górską jest małe miasteczko alpejskie Zell am See. To mi wystarczyło i któregoś popołudnia – jeszcze silnie osłabiony gorączką – usadowiłem się w pociągu idącym przez Wiedeń i Salzburg do Zell am See.

Właśnie dojeżdżałem na miejsce. Nie miałem pojęcia, gdzie mogą być w tej chwili moi koledzy. Jeśli opuścili już Zell i poszli w góry, to gdzie ich szukać? Muszę się tu od razu przyznać, że Alpy razem z lodowcami i wszelkimi innymi pułapkami, czyhającymi na niedoświadczonego turystę, znałem tylko z opowiadań. Miałem więc dostateczne powody do niepokoju. Widziałem już w wyobraźni siebie błądzącego samotnie w daremnych poszukiwaniach po nieznanych, obcych i groźnych górach. Moją sytuację komplikowało także i to, że nie miałem więcej niż trzydzieści szylingów w kieszeni, co na ceny austriackie było sumą znikomą. Ponadto jechałem w swoim normalnym, miejskim ubraniu, gdyż cały mój ekwipunek górski: raki[4], czekan, podkute buty, zabrali ze sobą uczestnicy obozu. Gdzież go mogli zostawić? Zapewne w hotelu, w którym się zatrzymali. Ba, ale któryż to hotel i jak go odszukać? Jeżeli dodam jeszcze, że po niemiecku umiałem dosłownie pięć wyrazów, co skazywało mnie na porozumiewanie się głównie na migi – to czytelnik zgodzi się chyba, że swoją włóczęgę śmiało mogę nazwać „podróżą w nieznane”.

W pozie pełnej zamyślenia stoję na opustoszałym już peronie dworca w Zell am See. Niewielki, na wpół pusty plecak zwisa mi z ramienia, w ręku trzymam płaszcz i kapelusz. Ostatecznie Zell nie jest tak wielkie, aby pobyt ośmiu Polaków nie zwrócił niczyjej uwagi. Od czego więc zacząć? Naturalnie – od biura informacyjnego.

Urzędnik biura informacyjnego pobił rekord uprzejmości. Mimo późnej pory telefonował kolejno do wszystkich miejscowych hoteli. Nareszcie, jest! „Byli tu Polacy, zostawili nawet jakiś list”.

Informacja zawarta w liście przedstawiała się dość niejasno: „Jedziemy autobusem na Franz Josefs Höhe, a stamtąd wyruszamy założyć obóz na wyżniej płaszczyźnie lodowca Pasterze” – pisał Karpiński. Tylko tyle. Trochę mało! Ta „wyżnia płaszczyzna” – wliczając w nią wielką ilość bocznych odnóg lodowca Pasterze – liczy sobie pewnie kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych. Jakże tu znaleźć trzy niewielkie białe namioty, prawie niewidoczne na śniegu! W dodatku list nie zawierał żadnych informacji, gdzie jest mój ekwipunek górski. Daremnie szukałem go wśród stosu gratów zostawionych w hotelu przez uczestników wyprawy. Znalazłem za to parę zapasowych butów górskich jednego z kolegów. Zabrałem je bez skrupułów. Czekan pożyczył mi właściciel hotelu, sympatyczny Szwajcar. Czekan ten wyglądał jak jakiś historyczny zabytek z muzeum alpinizmu: długością przewyższał mnie chyba o głowę. Szedłem do autobusu, wśród zdumionych spojrzeń przechodniów, niosąc ten dziwny przedmiot pod pachą. Raków nie miałem i musiałem się na razie bez nich obchodzić.

Hotel na Franz Josefs Höhe położony jest na zboczu, wysoko ponad ogromną, zastygłą w lodzie rzeką lodowca Pasterze. Gwarny, hałaśliwy, wypełniony warkotem samochodów i motocykli, hotel ten jest celem wycieczek bogatych turystów wszelkich narodowości. Przyjeżdżają tu „podziwiać piękno Alp”, zaledwie racząc spojrzeć na majestatyczną sylwetkę Gossglockneru, najwyższego szczytu Wysokich Taurów. Polacy? Tak, byli tutaj. Gdzie są w tej chwili? Któż to może wiedzieć! Wyfraczony „ober” informuje łaskawie, lecz niecierpliwie. Spieszy się, musi przecież obsłużyć innych gości, od których spodziewa się dostać dobry napiwek.

Grossglokner i lodowiec Pasterze. Fot. J. Kurczab

Trudno, będę szukał na chybił trafił. Jest już wieczór – mam jeszcze tyle pieniędzy, ile trzeba, aby tu przenocować. Mam także tabliczkę czekolady – od biedy wystarczy za prowiant.

Trzeba było widzieć, jak „stary” taternik, u siebie w Tatrach patrzący z pogardą na tak zwanych „ceprów”, wkraczał po raz pierwszy na lodowiec. Myślę, że nawet niejeden nowicjusz alpejski miałby powód do śmiechu, gdyby mnie wtedy zobaczył. U skraju dolnych partii lodowca Pasterze, tam gdzie setki miejskich gapiów spacerują co dzień bez obawy, ja stałem z kwadrans, zanim zdecydowałem się postawić nogę na nie znanym mi, obcym i wrogim gruncie. Pierwszy krok przyniósł mi ważne doświadczenie: lodowiec bynajmniej nie ma zamiaru załamać się ani zapaść wraz ze mną pod ziemię, a przy tym lód w dolnych partiach jest gąbczasty i zupełnie nie śliski. Zrobiłem parę kroków; doszedłem do małej, zupełnie niewinnej szczelinki. Miała może półtora metra głębokości. Po długim namyśle przekroczyłem ją ostrożnie i znowu przekonałem się, że nic strasznego mnie nie spotkało. Coraz śmielej spacerowałem to tu, to tam. Nie minęła godzina, a już po tej łatwej zresztą i bezpiecznej części lodowca poruszałem się zupełnie swobodnie. Teraz mogłem się zastanowić nad planem poszukiwań.

Prawą stroną doliny ciągnął się główny szlak turystyczny, uczęszczany przez dziesiątki łudzi. Szlak, na którym rozmieszczone były gęsto schroniska: Hofmannshütte i położone wysoko, na górnym piętrze lodowca – Oberwalderhütte. Lewa partia doliny była rzadko odwiedzana. Przyjąłem logiczne – jak mi się zdawało – założenie, że koledzy moi rozbili namioty w tej właśnie mało uczęszczanej części lodowca. Przypuszczenie moje – mylne, jak się później okazało – potwierdzał na pozór fakt, że w schronisku Hofmanna nic nie wiedziano o pobycie Polaków. Postanowiłem wobec tego zboczyć z głównego szlaku, zatoczyć wielki łuk poprzez górne partie lodowca, przeszukać boczne jego odnogi i dotrzeć znów do szlaku, gdzieś w okolicy Oberwalderhütte.

Przebyłem w poprzek lodowiec Pasterze i po stromym, zmarzniętym śniegu począłem wchodzić w górę. Zaraz na początku spotkałem dwóch turystów. Na pytanie, czy nie widzieli gdzieś polskich namiotów – odpowiedzieli przecząco. Z kolei turyści zainteresowali się, dokąd idę. Pokazałem im ręką na zbocza śnieżne ponad zerwami seraków, które spływały z górnego na dolne piętro lodowca. Potrząsnęli głowami z powątpiewaniem.

– Tam się nie da iść.

– Dlaczego?

– Niebezpieczeństwo szczelin.

– No, zobaczymy.

Panorama Wysokich Taurów ze Schmittenhöhe – stacji narciarskiej ponad Zell am See. Fot. J. Kurczab

Idę dalej kierując się wielkim łukiem ku płaszczyznom lodowca pod Johannisbergiem. Omijam odkryte, widoczne z dala szczeliny. O tym, że istnieją szczeliny całkowicie zakryte śniegiem i że rozsiane są gęsto pod śnieżną skorupą, po której stąpam – po prostu nie wiedziałem. Nie domyślałem się również, że one to właśnie są owymi pułapkami, o których tyle słyszałem.

Koło południa zatrzymuję się i zjadam trochę czekolady ze zbawiennej tabliczki, którą żyję od dwudziestu czterech godzin. Potem ruszam dalej, nie zważając wcale na to, że śnieg rozmiękł pod palącymi promieniami słońca, że brodzę w nim do pół łydki, a owe zakryty szczeliny zmieniły się teraz w zdradliwe zasadzki.

Lodowiec – początkowo przeceniany przeze mnie, teraz lekceważony – wkrótce pokazał, co potrafi. Nagle, tak jak zapadałem się dotąd po kolana, teraz zapadłem się głębiej – po pas, po barki – aż raptem poczułem próżnię pod sobą. Trwało to ułamek sekundy i wtedy – równie nieoczekiwanie – stanąłem na twardym, zlodowaciałym śniegu. Wokół mnie ciemno i otchłań, tylko nad głową okrągła dziura rozjaśniona oślepiającym blaskiem słonecznego dnia... Gorączkowo, w popłochu, walę czekanem w ściankę szczeliny, czepiam się na oślep śniegu i szczęśliwie wyłażę na zewnątrz. Leżę na brzuchu – bo czuję instynktownie, że tak jest najbezpieczniej – i usiłuję zrozumieć, co się właściwie stało. Zorientowałem się, że wpadłem do szczeliny z wierzchu zupełnie niewidocznej. Zatrzymałem się wyjątkowym zbiegiem okoliczności na mostku śnieżnym, uformowanym wewnątrz szczeliny. Mostek był twardy, bo słońce tam nie dochodzi, i dzięki temu utrzymał mnie. Przez otwór wybity moim ciałem zieje czarna pustka. Nie wiem, jak głęboka była szczelina. To pewne, że gdyby nie ten zbawczy most, zabiłbym się na miejscu albo też, doleciawszy nawet jakimś cudem żywy do dna, byłbym skazany na powolną śmierć. W tej bowiem części lodowca rzadko kiedy zjawia się alpinista i szansa znalezienia mnie równała się zeru.

Wstałem ostrożnie i począłem szukać obejścia szczeliny. Posuwałem się zwolna, każdy krok sondując czekanem. Jeśli chodzi o lodowce – ten dzień nauczył mnie bardzo wiele. Przede wszystkim ostrożnego posuwania się w niebezpiecznym terenie. Nie tylko tego zresztą. W piętnaście minut po wypadku raptem zacząłem „widzieć” wszystkie zakryte szczeliny, to jest raczej intuicyjnie domyślać się, gdzie są, gdzie mogą być i w jakim kierunku przebiegają.

Południe dawno minęło. Już z daleka zobaczyłem delikatną linię szlaku, rysującą się poprzez nieskazitelnie białe płaszczyzny śnieżne. Zbiegała gdzieś z przełęczy Riffltor i szła dalej ku schronisku Oberwalder. Zjadam resztki czekolady i wlokę się zrezygnowany w kierunku szlaku. Czuję się przytłoczony ogromem i pustką, znużony beznadziejnością poszukiwań, wyczerpany upałem i długim marszem. Dotarłszy do wydeptanej poprzez śnieg ścieżyny siadam znowu. Nie mam się co spieszyć. Schronisko jest już niedaleko, ale nie czeka w nim nic na tego, który ma dwadzieścia groszy austriackich w kieszeni. Mam za to jeszcze papierosy – zapalam jednego z nich.

Grossglockner od północnego wschodu. Arch. J. Kurczab

Od Riffltor idzie ktoś w moją stronę. Przyglądam mu się obojętnie. Gdy zbliżył się na odległość głosu, zadaję mu stereotypowe pytanie:

– Nie widzieliście przypadkiem polskich alpinistów?

– Widziałem – pada sensacyjna odpowiedź.

Zrywam się na równe nogi.

– Gdzie?! – krzyczę z całej siły.

Otrzymuję odpowiedź w tak łamanej niemczyźnie, a przy tym tak znajomym głosem, że zaczynam bacznie wpatrywać się w mego rozmówcę...

– Ależ tak! – krzyczę biegnąc ku niemu. Doprawdy, cudowne spotkanie! Był to Zdzisław Dąbrowski, jeden z członków polskiego obozu!

Ściskamy się serdecznie. Nie spodziewali się mego przyjazdu.

– Gdzieżeście założyli obóz? – pytam się zaraz ciekaw rozwiązania zagadki dręczącej mnie od dwóch dni.

– O pięćdziesiąt kroków od Oberwalderhütte.

Mimo woli zakląłem. Tego już naprawdę nie mogłem przypuszczać.

– Jak to, ja was szukam po najgorszych wertepach, a wy siedzicie tutaj – obok schroniska?!

– Ano, tak jakoś uchwaliliśmy, że będzie wygodniej – odpowiada.

Panorama Wysokich Taurow ze schroniska Hannoverhaus na Arnoldshöhe. Fot. J. Kurczab

Nie minęło pół godziny, gdy wśród okrzyków zdziwienia wkraczałem pomiędzy namioty towarzyszy. Rozpoczęły się hałaśliwe i trochę bezładne opowiadania, a tymczasem koledzy krzątali się wokół rozgrzanego prymusa i gotowali dla mnie obfity obiad.

Znalazłem obóz i towarzyszy – a więc „podróż w nieznane” skończona? Ależ nie! Właściwie dopiero się zaczęła. Nieznany był mi lodowiec – łatwy lodowiec Pasterze – zanim po raz pierwszy wkroczyłem nań nieśmiałą stopą. Poznałem go wzdłuż i wszerz, poznałem zdradliwe niebezpieczeństwo szczelin. Ale to był zaledwie początek. Wszystko mam przed sobą i wszystko jest jeszcze nieznane. Przedziwne labirynty seraków, tęczowo opalizujące w słońcu jak zamki wyśnione z bajki. Ogromne, śnieżne pustynie, bez śladu życia – w słoneczne południa upalne jak Sahara. Gładkie jak tafla ślizgawki, strome żleby i rynny, skute błyszczącym lodem. Zakamarki skalne i skały groźnie piętrzące się nad głową. Lawiny. Powietrzne granie – wyrzeźbione ze śniegu krawędzie ostre jak nóż. W białej pustce, gdzieś pod Riffltor, zakładałem mój pierwszy w życiu alpejski szlak, ze wzruszeniem stawiając stopy w świeżo spadłym, nieskalanym śniegu. Na lodowych stromiznach uczyłem się rąbać czekanem pierwsze w życiu stopnie. Poznawałem wielkość Alp, odległości i przestrzenie. Na zwyczajnej, łatwej drodze na Grossglockner opadałem z sił, nie przyzwyczajony do pokonywania wielkich alpejskich różnic wzniesienia, nie przyzwyczajony do szybkiego tempa marszu. Poznałem piekący żar słońca i wiatr, deszcz, śnieżycę, mgłę i burzę. W namiocie nad lodowcem Pasterze, przy krwawo zachodzącym słońcu, w upiornym, stalowoniebieskim blasku skał i lodów, po raz pierwszy w życiu walczyłem ze wściekłymi atakami föhnu. Wiał całą noc i całą noc szarpał, łopotał zawzięcie ściankami naszego schronienia.

Grosses Wiesbachhorn i Kitzsteinhorn z Wildkogel. Arch. J. Kurczab

A potem rozpoczęły się długie dni niepogody. Mgła, pozwalająca zaledwie widzieć plecy idącego przodem towarzysza, udaremniła pierwszy atak na rynnę Pallaviciniego. We trójkę z Korosadowiczem[5] i Staszlem lawirowaliśmy wtedy w plątaninie lodowych złomisk na progu kotlinki Inneres Glocknerkarr. Później siedzieliśmy cierpliwie nad czeluścią szczeliny brzeżnej, czekając – a nuż się trochę rozwidni? Padający śnieg wypłoszył nas z powrotem do obozu. Nasze namioty przemakają haniebnie. Długotrwałe deszcze stają się udręką. Przenosimy się wreszcie do wysoko położonego schroniska. Tu znów sypie bezustannie śnieg. Zagrzebuje wszystkie szlaki: te wiodące w górę i te schodzące w dół, ku cywilizacji.

Gdy wychodziliśmy ze schroniska, wszyscy trzej związani liną, zaledwie zdołaliśmy otworzyć drzwi, tak je zasypało. Pod Riffltor godzina za godziną brniemy do pół uda w śnieżnym puchu. Wiatr wznosi tumany pyłu, mgła zakrywa wszystko. Białość wokoło jest już tak niesamowita, że sami pytamy się siebie, gdzie jesteśmy: czy w górach, czy w podbiegunowej pustce – na ziemi, czy w obłokach? Gdy dotarliśmy na przełęcz, mgły się rozpełzły i ukazał się świat nowy: doliny i szczyty wybielone świeżym śniegiem, iskrzące się w słońcu. Doliny i szczyty dotąd nie widziane. Podróż w nieznane trwała.

[3] Przypisy dotyczące nazw geograficznych znajdzie czytelnik w Słowniku nazw geograficznych (przyp. autora).

[4] Przypisy dotyczące terminów wysokogórskich znajdzie czytelnik w Słowniku terminów wysokogórskich (przyp. autora).

[5] Indeks nazwisk na końcu książki (przyp. red.).

Ścieżka wiła się monotonnymi zakosami. Szeroka, rozłożysta dolina Kaprun zostawała coraz niżej pod nami. Dno jej pokryte gęstą, zieloną trawą przerzynał potok. Wypływał z czoła lodowca i pełznął leniwie w dziesiątkach bocznych łożysk, tworząc delty, rozlewiska, młaki[6] i bagna – prawdziwą udrękę dla wędrowca. Dopiero z progu doliny rzucał się gwałtownie w dół w majestatycznej kaskadzie. Wyżej – ponad zielonością – wypiętrzały się śnieżne wierzchołki. Po nich pełzały chmury.

Dwudniowy odpoczynek w Moserboden – gospodzie turystycznej w Kaprun – zrobił swoje. Szło mi się lekko i dobrze, chociaż po niedawno przebytej grypie daleko mi jeszcze było do normalnej formy.

Pobyt w Moserboden nie był zresztą dobrowolny. W ciągu ostatnich dni lało tak haniebnie, że nie pozostawało nam nic innego, jak skracać sobie czas grą zwaną „Kanonenspiel” (dosłownie „gra w armaty”), a będącą czymś w rodzaju futbolu stołowego. Z zapałem uganialiśmy się po salce, usiłując gęstą kanonadą sprężynowych armatek wpędzić piłkę do miniaturowych bramek. Wieczory spędzało się w bibliotece na wertowaniu książek i czasopism.

Znudzeni takim trybem życia, postanowiliśmy z Korosadowiczem i Staszlem przenieść się do Schweigerhaus – schroniska górskiego, położonego o 800 m wyżej – i mimo nieszczególnej pogody próbować przejścia północno-zachodniej ściany Wiesbachhornu.

Trzeba przyznać, że postawiliśmy sobie zadanie wcale nie łatwe do wykonania. Gdy około roku 1925 słynny alpinista niemiecki, Willy Welzenbach, rozpoczął szturm na szereg urwisk alpejskich, uznawanych dotąd za „absolutnie niedostępne” – ściana Wiesbachhornu była jedną z pierwszych jego rekordowych wspinaczek. Groźna sława tej nadzwyczaj trudnej drogi wzrosła jeszcze, gdy w roku 1931 zabił się na niej młodziutki Toni Schmidt, zdobywca straszliwej północnej ściany Matterhornu. Sam Welzenbach również zginął śmiercią górską w burzy śnieżnej, gdzieś na podniebnych graniach himalajskich Nanga Parbat, w czasie tragicznej wyprawy niemieckiej 1934 roku.

Dla nas północna ściana Wiesbachhornu – to coś więcej niż głośna z trudności i niebezpieczeństw ściana. To pierwsze prawdziwie alpejskie i po alpejsku trudne przedsięwzięcie, które podjęliśmy.

Pogoda napełniła nas niepokojem. Wprawdzie przed południem rozjaśniło się nieco i deszcz przestał padać, ale pułap chmur wisiał wciąż nisko nad ziemią – ciężki, ołowianoszary. Nie zdążyliśmy dojść do schroniska, gdy począł sypać śnieg.

Grosses Wiesbachhorn i Kandlgrat. Arch. J. Kurczab

Jakżeż różnił się Schweigerhaus od schronisk, a raczej hoteli alpejskich, które poznaliśmy dotychczas! Położony wysoko, na niewielkiej platformie kolosalnej skalistej grzędy, górował wyniośle nad całym otoczeniem doliny Kaprun. Tuż – za nikłą metalową balustradą – rozwierały się otchłanie północnych ścian Bratschenkopfu i Glockerinu. Dalej, w wieczornym mroku i śnieżnej zadymce, ginęła majestatyczna panorama od Eiskögele aż po Kitzsteinhorn. Tutaj już nie dosięgał hałaśliwy rozgwar turystów z dobrze wypchanymi portfelami. Nie spotykają nas na progu krytyczne spojrzenia gospodarzy, starające się odgadnąć, co też mogą zawierać nasze kieszenie. Tu zapowiedź, że jutro będziemy atakować północną ścianę Wiesbachhornu, czyni z nas od razu miłych i pożądanych gości.

Północna ściana Grosses Wiesbachhornu. Arch. J. Kurczab

Do świtu brakowało kilku godzin, gdy opuszczaliśmy schronisko. Po ciemku jeszcze wspinamy się po klamrach i łańcuchach, w które hojnie wyposażono górne partie grzędy wiodącej na grań. Świt zastaje nas już na niewybitnej turni, zwanej Fochezkopf. Stąd biegnie ostra, śnieżna grań i ginie w chmurach. To Kaindlgrat – łatwa i najbardziej uczęszczana droga na Wiesbachhorn. Stąd także po raz pierwszy odsłania się widok na nasz cel dzisiejszy – północną ścianę.

Wygląda diabelnie stromo i niedostępnie. Jednostajna zerwa śnieżna, przecięta w środku ciemniejszym pasem odsłoniętego lodu. Nie stromość nas jednak niepokoi. Niepokoją raczej liczne ślady po spadłych lawinach, widniejące u stóp ściany.

Przykrym stokiem śnieżnym schodzimy z grani na lodowiec i ruszamy do szturmu. Ściana, wyglądająca z daleka tak groźnie i niedostępnie, z bliska okazała się znacznie mniej stroma. Na lodzie leżała warstwa świeżego śniegu. Cienka wprawdzie, ale stwardniała od rannego mrozu, utrzymuje nas doskonale, uwalnia od konieczności rąbania stopni i zmniejsza prawdopodobieństwo lawiny. Z rakami umocowanymi do butów posuwamy się szybko w górę a tylko co 30 metrów (bo taką długość ma nasza lina) wbijamy hak dla asekuracji i wykuwamy stopień, aby nogom dać wypoczynek. Nachylenie ściany nie przekracza tu chyba 40 stopni. Jesteśmy prawie rozczarowani łatwością terenu. Wiemy jednak, że główną przeszkodą będzie pas lodu o nachyleniu blisko 80 stopni, przecinający w połowie ścianę. Pokonanie go przez Welzenbacha było ongiś w świecie alpinistycznym nie lada sensacją. Cóż, kiedy na owym uskoku zawiedliśmy się do reszty. Nie miał on z pewnością nawet 60 stopni nachylenia! Jest to wprawdzie bardzo stromo, ale nie tegośmy się spodziewali. Cała trudność sprowadzała się do rąbania stopni na przestrzeni 40 lub 50 metrów.

Nie należy jednak sądzić, abyśmy mieli do czynienia z jakąś przesadną reklamą czy mistyfikacją zdobywców. Bynajmniej! W czasach Welzenbacha uskok był z pewnością taki, jak go opisywał, a nawet może cała ściana była znacznie bardziej pionowa. Trzeba jednak pamiętać, że materiałem, z którym mieliśmy do czynienia, nie była skała, tylko lód. Niestały, podatny, plastyczny lód – nieskończenie wolno, ale nieubłaganie spływający z wierzchołków w doliny. Trzeba pamiętać, że teren lodowy może się zmienić nawet z roku na rok: z trudnego na łatwy, z łatwego na niedostępny.

Jeszcze nie zdążyliśmy wyrąbać pierwszych stopni w ściance, kiedy ze zwisającego nisko nad naszymi głowami czarnego zwału chmur poczęły padać pierwsze płatki śniegu. Jeszcze chwila – i powietrze rozbłysło dokoła liliowoniebieskim światłem elektrycznych wyładowań, a z nieba sypnęło gradem.

Rozpoczęła się burza, a dla nas dopiero teraz – walka. Po kilku zaledwie minutach grad zmienił się w gwałtowną śnieżycę. Śnieg zsuwał się szeleszczącym strumieniem po stoku; w jednej chwili zasypał stopnie tylko co przez nas wyrąbane. „Jeżeli to potrwa jeszcze godzinę – całe zbocze zjedzie w dół wraz z nami” – myślał po cichu każdy z nas trzech, patrząc z niepokojem na rosnącą z chwili na chwilę warstwę świeżego śniegu.

Dziwne to było połączenie: zadymka śnieżna i błyskawice. Pioruny biły gęsto jeden po drugim – to gdzieś daleko, to tuż obok nas. Dolinę wypełniał bezustanny grzmot. Przewalał się poprzez lodowce, dźwigał na wierzchołki, przetaczał przez przełęcze. Spotęgował się do takiej orgii hałasu, że aby porozumieć się z towarzyszami, trzeba było krzyczeć im wprost do ucha. Niebieskie błyski otaczały nas zewsząd. Atmosfera była tak przesycona elektrycznością, że z metalowych dziobów naszych czekanów tryskały snopy bladoliliowych iskier. Z ostro zakończonych haków, wiszących u pasa, biły miniaturowe pioruny. Wszystko, co mieliśmy z metalu, stało się teraz źródłem krótkich spięć. Nawet włosy na głowie podnosiły się pod kapturami wiatrówek z cichym trzeszczeniem. Grzmot piorunów i ryk burzy coraz się wzmagał.

Pięliśmy się na oślep prosto w górę. Wierzchołka nie widzieliśmy, bo wszystko, co było o kilkadziesiąt kroków od nas, zakrywały chmury. Nie wiedzieliśmy, jak daleko mamy jeszcze do szczytu Wiesbachhornu, ale czuliśmy wzrastającą bliskość grani po coraz silniejszych wyładowaniach elektrycznych, które szarpały trzymane w ręku czekany.

Północna ściana Glockerinu. Arch. J. Kurczab

Na krótki moment odsłonił się blisko nas skrawek grani Kaindlgrat, zbiegającej ze szczytu. Nie namyślając się skręcamy ku niej. Wierzchołek jest już niedaleki i łatwy do osiągnięcia, ale wejść na niego – znaczyło znaleźć się w centrum burzy elektrycznej, a tego właśnie pragnęliśmy uniknąć.

Na grani nie zatrzymujemy się już ani chwili i pędzimy nią w dół na łeb na szyję. Galopem przebiegamy przez Fochezkopf. Burza elektryczna dogania nas i tutaj. Gdy na krótką chwilę zatrzymujemy się, by zdjąć z nóg raki – śnieg kończy się tutaj, dalej są już skały – kolce raków tryskają znowu iskrami. Jeszcze nisko w dole, na klamrach spadzistej grzędy, trzaskające ogniki elektryczne naglą nas do pośpiechu. Ale gościnny Schweigerhaus jest już niedaleko. Jeszcze krótki zjazd na butach łagodnie nachylonym polem śnieżnym, jeszcze kilka kroków po skałkach i jesteśmy na miejscu.

W przedsionku schroniska – przemoczeni i zziębnięci – skostniałymi palcami długo rozplątywaliśmy węzły liny, którą dotąd byliśmy razem związani. Lina zamieniła się w jakiś sztywny, oblodzony drut. Przez otwarte drzwi izby jadalnej biło rozkoszne ciepło.

Następny dzień zużyliśmy na powrót do Moserboden i odpoczynek. Wieczorem wypogodziło się na tyle, że można było spodziewać się kilku dni dobrej pogody. Postanowiliśmy wobec tego popróbować wejścia na Glockerin, piękną lodowo-skalną, północną jego ścianą. Ścianę tę liczącą 800 metrów wysokości przeszedł jako pierwszy wspomniany już poprzednio Welzenbach. Od tego czasu nikt jeszcze tej drogi nie powtórzył. Nasze więc przejście miało być dopiero drugie.

Ponieważ prowiant mieliśmy na wyczerpaniu, musiałem na drugi dzień po zejściu ze Schweigerhausu udać się do miasteczka położonego u wylotu doliny Kaprun i odnowić zapasy żywności.

Tego samego dnia przy pięknej pogodzie Karpiński i Pierzchała powtarzali nasze wejście północną ścianą Wiesbachhornu i – jak się później dowiedziałem – powiodło się im to w zupełności. Przeszli ścianę w doskonałej formie i w czasie krótszym niż my.

Znowu nocą wychodzimy ze schroniska w Moserboden. Znowu w ciemnościach błąkamy się po piargach i usypiskach i o szaro bielejącym świcie lawirujemy wśród szczelin niewielkiego lodowca, leżącego pod stopami Bratschenkopfu i Glockerinu. Stożek zbitego w bryły śniegu – pozostałość po spadłej lawinie – ułatwia nam przejście przez szczelinę brzeżną. Nad nami wznosi się stromy żleb. Spod śniegu i lodu ciemnieją w nim czasem skały. Szybko pokonujemy wzniesienie to na rakach, to znów rąbiąc stopnie. Teraz żleb ścisnął się i zwęził. Z lewej strony przewieszają się nad nim czarne skały. Z prawej – gwałtowne obrywy maleńkiego lodowczyka, który zajmuje środkową część ściany. Żleb stał się teraz wąskim przesmykiem pomiędzy niedostępną skałą a niedostępnym lodem.

Trudności, które napotykamy, są znacznie większe niż na Wiesbachhornie. Przesmyk zmusza nas do urozmaiconej wspinaczki to po skałach, to po lodzie. Mnie przypadła dzisiaj rola środkowego na linie, której zresztą organicznie nie znoszę. Muszę więc asekurować na przemian to idącego przede mną, to znów idącego z tyłu.