Wdowie wzgórze - Katarzyna Ryrych - ebook + książka

Wdowie wzgórze ebook

Katarzyna Ryrych

4,4

Opis

(…) To słodko-gorzka historia o ludzkiej pamięci, młodości dającej źródło siły na starość, wierności marzeniom i miłości, nie zawsze łatwej, nie stereotypowej, przenikającej każdą stronę tej niezwykłej książki. To historia szalona, tocząca się na pograniczu snu i jawy, którą budują w różnym stopniu przeszłość i teraźniejszość, dziejąca się w świecie, gdzie umarli nie są naprawdę umarli, gdzie starość bywa bardziej spełniona niż młodość (…) To opowieść o przebaczeniu i nadziei, o człowieczeństwie każącym zapomnieć o wszelkiej odmienności, wystawianym na próbę i wychodzącym z niej zwycięsko. Katarzyna Ryrych napisała książkę, która zmienia całkowicie pojęcie „literatury kobiecej”, koronkowo-baśniową historię z pogranicza realizmu magicznego, książkę, która obowiązkowo powinna znaleźć się na półce każdej nietuzinkowej Czytelniczki.

Fragment recenzji Jan Błoński, 2008

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (16 ocen)
8
7
1
0
0
Sortuj według:
Natalia_Calgary

Nie oderwiesz się od lektury

Jest w tej książce coś, jakiś urok, jakiś czar..
00

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Katarzyna Ryrych

Wdowie Wzgórze

Strona redakcyjna

Katarzyna Ryrych

Wdowie Wzgórze

© by Katarzyna Ryrych

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka: Elżbieta Chojna

Redakcja i korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

ISBN 978-83-7672-595-6

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

www.pietro-wyzej.pl

MYSZ ŚWIĘTEGO FRANCISZKA

Ogród był pusty i przygnębiająco szary. Lepka mgła snuła się pomiędzy pniami drzew, a mokre kretówki na trawniku wyglądały jeszcze bardziej nieporządnie niż zwykle.

Róże, których kolce wiosną przypominały rozkoszne pazurki małych kociąt, sterczały sztywne i odpychające, wilgoć zdawała się skapywać z każdej gałązki i chociaż wcale nie było zimno, przez zgarbione plecy Franciszki przebiegł dreszcz.

Kolejna bezsenna noc nie poprawiała jej nastroju. To był po prostu następny dzień niezimowej zimy, zimy bez śniegu, kiedy kolorowe światełka na choince wydają się czymś nie na miejscu.

Franciszka pościeliła łóżko i poczłapała do pieca. Tliła się tam jeszcze od wieczora malutka kupka żaru, od której szybko zajęła się garstka drzazg.

Franciszka poczekała chwilę i dołożyła bryłkę węgla, ostrożnie, by nie spłoszyć ognia. Kiedy czerwone języki raźno oblizywały pierwszą bryłkę, dołożyła następne i ustawiła na blasze stary, emaliowany czajnik.

Z pojemnika na chleb wyjęła foliówkę, w której było jeszcze kilka kromek. Przez sporej wielkości dziurę w folii wysypały się okruszki.

Trzymając woreczek w dłoniach, Franciszka poprawiła okulary i prawie w całości wsunęła głowę do pojemnika. W środku dojrzała jeszcze trochę okruszków i małe, przypominające kminek, czarne bobki. Zgarnęła je i wsypała do doniczki z passiflorą. Potem starannie spłukała ręce i wytarła o flanelową szmatkę.

Śniadanie składało się z tego, co zwykle – herbata, płatki kukurydziane z mlekiem i kromka chleba z miodem, uprzednio posmarowana margaryną.

Na blasze cieniutko podśpiewywał czajnik, miarowo tykał zegar, a radio grało jakąś melodyjkę. Dochodziła ósma.

Po śniadaniu Franciszka wypłukała szklankę, talerzyk i łyżeczkę, rzuciła okiem na kalendarz i znowu spojrzała za okno. Pomyślała sobie, że tak naprawdę to kalendarz nie jest jej potrzebny, przynajmniej do czasu, kiedy nie zacznie wszystkiego zapominać. Jeszcze raz odwróciła się w stronę kalendarza i zauważyła, że jeden jego brzeg jest wystrzępiony.

Przed oczyma stanęły jej czarne bobki i nagle wszystko stało się jasne.

Przedpołudnie minęło tak szybko, że prawie przegapiła porę obiadu. Przełknąwszy w pośpiechu parę łyżek zupy na topionym serku, wróciła do pracy.

Klęcząc na podłodze, wyjmowała z szafki przy zlewozmywaku kolejne papierowe torebki. W tej pozycji wyglądała jak wzgórek na szarej równinie kafelków, zaś wydeptane podeszwy kapci sterczały na kształt wrót do środka wzgórza.

Czuła w sobie coś w rodzaju gorączki przedświątecznej, gdy tak przesypywała zawartość torebek – a każda była nadgryziona – do weków.

Gorączka zelżała nieco, gdy usiadłszy przy stole nad stosikiem nierówno przyciętych karteczek z brulionu w grubą linię, zaczęła pisać koślawym, chwiejnym pismem: „MĄKA, KASZA, JAGŁY, CUKIER, PŁATKI, BUŁKA TARTA”.

Na koniec, rozrobiwszy trochę mąki z wodą na domowy klej, oznaczyła kolejne słoiki i powróciła do pracy.

Mąka, kasza i jagły stanęły rzędem równo jak żołnierze i nawet się nie zorientowała, że przegapiła ulubiony teleturniej i że za oknem zrobiło się ciemno.

Nocą w ogrodzie widać było tylko czarne sylwetki drzew i światła innych domów, tych, których nie było widać za dnia.

Światła były dalekie i ciepłe, przypominały, że gdzieś tam są inne kuchnie i inni ludzie. Jedno z okien było niebieskie – pomyślała o telewizji, ale po całym pracowitym dniu była tak zmęczona, że tylko przebrała się w nocną koszulę, wyjęła sztuczne zęby i włożywszy je do szklanki z wodą, zaczęła ścielić łóżko.

Procedura była dość skomplikowana – wymagała przesunięcia dwu stołków aż pod zlew, rozłożenia wersalki i przyniesienia pościeli z przeraźliwie chłodnego pokoju. Aby trochę rozgrzać kołdrę, wsunęła pod nią butelkę z gorącą wodą.

Dokręciła kran, sprawdziła, czy drzwi są dobrze zamknięte, ostatni raz dorzuciła do pieca i położyła się z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Niestety, nastąpiło to, co zwykle. Senność ustąpiła miejsca irytacji i co rusz zaczął pojawiać się jakiś dyskomfort. Kołdra zsuwała się z nóg, poduszka nagle zamieniła się w kamień, a pies sąsiadów zawzięcie się rozszczekał.

Włączyła radio, ale akurat natrafiła na policyjny raport dotyczący napaści na starych ludzi, więc szybko je wyłączyła.

Ale ziarno zostało już zasiane... W ciszy, która nagle stała się nie do zniesienia, każde kolejne szczeknięcie psa brzmiało jak wystrzał.

Franciszka wstała z łóżka i udała się do pokoju, skąd widać było sąsiedni dom.

Nieduży kundel na krótkich łapach stał tuż pod lampą na schodach i szczekał w ciemność. Za każdym razem śmiesznie wysuwał pysk do przodu, co nadawało mu wygląd mechanicznej zabawki.

Pomyślała o małoletnich włamywaczach czyhających w krzakach porzeczek, maniakach gier komputerowych gotowych na wszystko, byleby tylko zdobyć kolejną płytkę, o foliowych workach i kijach baseballowych i szybko wróciła do kuchni.

Naciągnęła kołdrę aż po szyję i przez chwilę grzała stopy o butelkę.

Pies dalej urągał niewidzialnemu zwyrodnialcowi.

W końcu wstała po raz drugi, połknęła przygotowaną tabletkę nasenną i ułożyła się na boku, z kolanami pod brodą.

O świcie, kiedy przez firankę zaczęło sączyć się blade światło dnia, obudziło ją ciche, lecz uporczywe chrobotanie. Niechętnie otworzyła oczy i rozejrzała się po kuchni. Dźwięk dochodził jakby z góry, ale nie zauważyła niczego.

Za to ogród zupełnie zniknął. Mgła, wczoraj tylko lekka, dziś była gęsta i zawiesista i opierała się o szybę wilgotną ścianą.

Było znacznie chłodniej. Rozpaliła w piecu i jeszcze na chwilę wróciła pod kołdrę. Teraz naprawdę chciało jej się spać.

Gdy obudziła się na dobre, zegar wskazywał dziesiątą.

Na szczęście szybko uporała się z myciem i śniadaniem, bo na chwilkę zajrzała Henryka.

Choć Franciszka bardzo ją lubiła, to jednak jedzenie wydawało się jej czymś intymnym i wolała robić to w samotności.

Stawiała właśnie szklankę na osączarce, gdy Henryka zadzwoniła do drzwi. Zaprosiła ją do kuchni i od razu podzieliła się swoim odkryciem.

– Wiesz, Heniu – zagadnęła na tyle głośno, aby przyjaciółka usłyszała – mam w domu mysz.

– Tak, śpisz sobie, śpisz! – huknęła Henryka, a Franciszka tylko machnęła ręką.

Chwilę siedziały w milczeniu, a czajnik podśpiewywał na piecu.

– Śpisz sobie – powtórzyła Henryka – a ja to ostatnio w ogóle nie mogę spać.

Za to ja mogę – pomyślała z irytacją Franciszka – i codziennie tak sypiam do dziesiątej...

– ...Ten pies szczeka jak najęty, nie wiem, czy zauważyłaś, ale nie, ty przecież śpisz, zawsze zaczyna koło dziesiątej i nie ma na niego siły... Władek kiedyś rzucił w niego kapciem i wiesz, ten stwór wcale nie przestał szczekać, tylko... pogryzł kapeć. Nowiutki, z Zakopanego. A Michalakowa nie zwróciła pieniędzy, tylko powiedziała, że nie trzeba było rzucać...

Ostatnie słowa wypowiedziała tak, że nabrały jakiejś dziwnej ważności.

Henryka zamilkła, spojrzała na parapet, zauważyła tam coś, pośliniła palec i zebrała to coś z parapetu.

– Masz w domu mysz – stwierdzia, podsuwając Franciszce pod nos czarny bobek przyklejony do opuszki palca.

– Więc nie możesz spać... – odparła przekornie Franciszka, lekceważąc podsunięty jej dowód rzeczowy.

Henryka z rozpędu została na obiedzie. Zwykle bardzo ciężko było się jej pozbyć, ale tym razem przyniosła ze sobą w słoiku kotlety z soi, więc nie wypadało dawać jej do zrozumienia, że jest już pierwsza.

Zjadły wczorajszą zupę, kotlety i surówkę z kiszonej kapusty. Kapustę Henryka ukisiła z kminkiem, co nasunęło Franciszce pewne mało apetyczne skojarzenia, ale dzielnie zjadła wszystko do końca. Gdy tylko pozmywały i drzwi zamknęły się za Henryką, Franciszka powróciła do swojej roboty.

Na dziś zaplanowała blitzkrieg w górnych szafkach – a czasu pozostało niewiele.

Uporała się z nową partią słoików z piwnicy – przy okazji dość boleśnie uderzając się w biodro. Co za idiota postawił tu skrzynkę na węgiel – pomyślała, ale po chwili dotarło do niej, że był to jej własny pomysł. Otworzyła szafkę i zabrała się za dolną półkę.

Było tak, jak przypuszczała. Nadgryzione pudełko z herbatą i poszatkowana torebka kminku. Kminek z bólem serca wyrzuciła do pieca – nigdy nie odważyłaby się go użyć...

Sztywnik do śmietany też był napoczęty, a torebka wyraźnie wyjedzona do połowy. Franciszce przyszło do głowy, że ta mysz dobrze wie, co robi, ale zaraz poczuła nowy, ożywczy przypływ złości na widok zniszczonej paczuszki kawy zbożowej Turek.

Z niespotykaną u siebie pasją rozrywała torebki i zakręcała słoiki, a miotełka w jej guzowatych palcach przemieniła się w batutę dyrygenta.

Presto, lento, prestissimo – półka po półce, szufelka i piec.

Na górnej półce, pomiędzy wyrwanymi z gazet przepisami i poradami („Sposób babuni na plamy z pleśni”, „Co zrobić, aby pończochom nie leciały oczka”), znalazła bardzo stary brulion zapisany drobnym, wyblakłym pismem.

Zeszła ze stołka i usiadła przy stole pośród toreb, torebeczek, słoiczków i słoików.

Podsunęła sobie pod nos pożółkłe kartki, aby móc odszyfrować nagłą a niespodziewaną wiadomość z przeszłości, gdy spomiędzy kartek wypadło niewielkie zdjęcie i pofrunęło gdzieś pod stół... Z trudem schyliła się, gubiąc po drodze okulary.

Macając ręką na oślep, najpierw natrafiła na zdjęcie, potem na okulary – na szczęście nie stało się im nic złego. Krew nagle napłynęła jej do głowy, więc powoli wyprostowała się i usiadła na wersalce.

Spojrzała na zdjęcie. Jeszcze parę świetlistych gwiazdek migotało jej przed oczyma, ale rozpoznała twarz Gieny.

Prawdę powiedziawszy, nie było to takie trudne, bo choć zdjęcie pochodziło sprzed jakichś pięćdziesięciu lat, to Giena należała do osób, których twarz z wiekiem się nie zmienia, tylko pokrywa coraz gęstszą siatką zmarszczek.

– Zaraz, zaraz – mruknęła Franciszka – jaki to mamy dzisiaj dzień?

Kalendarz pokazywał sobotę, 23 stycznia, był więc w jakiś sposób potrzebny.

Akurat następnego dnia Giena miała wpaść z wizytą. Patrząc na zdjęcie, Franciszka zamyśliła się. Z Gieną przyjaźniły się od szkoły podstawowej, ale jedyne, co pamiętała z tamtego okresu, to było to, że Giena zawsze miała niedomytą szyję i że potrafiły godzinami zaśmiewać się z byle czego, stojąc po lekcjach między domem jednej a drugiej.

Pomyślała sobie, że jutro da to zdjęcie Gienie, i odłożyła je na pierwszą uporządkowaną półkę.

Jako że zawrót głowy minął, nie trzeba było brać żadnej dodatkowej tabletki.

W trakcie rozmyślań o przeszłości, jej zapał i energia nieco ostygły i wojna przebiegała mnie gwałtownie niż przedtem.

Słoiki powoli ustawiały się na półkach, a mgła za oknem ustąpiła miejsca zmrokowi. Franciszka zrobiła sobie małą przerwę na herbatę, mogła sobie na to pozwolić, jako że najważniejsze produkty były już zabezpieczone.

Usiadła na swoim ulubionym miejscu, wsypała do szklanki płaską łyżeczkę cukru – uwaga, nadwaga! – i oparła głowę na dłoniach.

Niestety, nie było jej dane odpocząć... Najpierw zaszczekał pies sąsiadów, a potem ktoś zadzwonił do jej drzwi. Franciszka drgnęła i spojrzała na zegar. Dochodziła siódma.

Rozejrzała się nerwowo po kuchni w poszukiwaniu czegoś, co ewentualnie mogłoby służyć samoobronie, ale jej wzrok napotkał tylko nożyczki. Były niezrównane, jeśli chodziło o obcinanie paznokci u nóg, za to bardzo niepewne i w ogóle niesprawdzone jako broń defensywna.

Dzwonek zaterkotał jeszcze raz, więc schowała nożyczki do kieszeni fartucha, uzbroiła się jeszcze po drodze w pogrzebacz i poczłapała do przedpokoju.

Na ganku, wyposażeni w szopkę i gwiazdę, stali kolędnicy. Franciszka z ulgą odetchnęła i, możliwie jak najciszej, odstawiła pogrzebacz. Uchyliła drzwi i powitała chłopców nerwowym uśmiechem.

Zakołysała się gwiazda i cztery niezbyt zgrane głosy podjęły kolędę:

– Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem...

Wieczorny chłód przejął Franciszkę do szpiku kości. Tymczasem chłopcy zaczęli następną pieśń:

– Wśród nocnej ciszy, głos się rozchodzi...

Wrażliwy nos Franciszki wyczuł zapach papierosów. Ciekawe, który to – pomyślała.

– Wstańcie pasterze, Bóg się wam rodzi...

Zakończyli i zapadła pełna wyczekiwania cisza, w której Franciszka zrozumiała, że chodzi o drobne.

– Poczekajcie, chłopcy – wychrypiała – nie spodziewałam się kolędników.

Zamknęła drzwi i pospieszyła do kuchni. Z portmonetki schowanej w szufladzie kuchennego stołu wyjęła dwa złote i zawróciła do przedpokoju.

Chłopcy chichotali i poszturchiwali się, a jeden, w czapce baseballowej założonej daszkiem do tyłu, pstrykał zapałkami w głąb ogrodu.

Na widok starszej pani spoważnieli. Franciszka położyła monetę pod żłobkiem Dzieciątka i zapytała:

– Sami robiliście tę szopkę?

Cztery głowy zgodnie przytaknęły, a Baseballowa Czapka schował dwuzłotówkę do kieszeni.

– Co kupicie za te pieniążki? – spytała Franciszka, czując jednocześnie niestosowność pytania. Zapewne piwo albo papierosy – pomyślała, ale odpowiedź była zgoła inna, bardziej groźna.

– Komputer – rzekł Czapka-Daszkiem-Do-Tyłu. – Pani tu tak sama mieszka?

Franciszka zdrętwiała. Czyżby miało nadejść najgorsze?

– Może za parę złotych moglibyśmy w czymś pomóc?

– Węgla przynieść? – spytał najmniejszy (ten, od którego pachniało papierosami). – Albo posprzątać?

– On umie kosić – powiedział średni, wskazując na Baseballową Czapkę.

Wizja Baseballowej Czapki z kosą w jej własnym ogrodzie przepełniła czarę.

– Nie, dziękuję – fuknęła i możliwie jak najmniej nerwowo wycofała się do przedpokoju.

– Szkoda... – Baseballowa Czapka zgasił światełka w szopce. – Idziemy, chłopaki. Ale gdyby się pani namyśliła...

Nasmarował coś na kartce i wsunął ją w szparę w drzwiach.

Kartka upadła na podłogę, nastąpiła na nią, wracając do kuchni.

Chłopcy powoli opuszczali ogród, śpiewając przeróbkę kolędy.

– Wśród nocnej ciszy, czy pani słyszy, jak po pokoju harcują myszy...

Choć kolana jeszcze się pod nią trzęsły, uśmiechnęła się i przypomniała sobie o swojej dzisiejszej wojnie.

– Niechże pani weźmie kija, wszystkie myszy pozabija... – niosło się po ulicy i Franciszka mimo woli wzdrygnęła się.

Przed położeniem się spać, zastawiła kuchenne drzwi taboretem i dla pewności wsunęła pod łóżko pogrzebacz.

Dzień był męczący, więc od razu zapadła w płytki sen. Rzadko kiedy miewała sny, ale tym razem przyśnił się jej chłopak w czapce, który siedział na stopniach jej ganku i ostrzył kosę.

Miarowe chrobotanie trwało nadal, mimo że otworzyła oczy. Uniosła się na łokciu. Zza firanki sączyło się niebieskawe światło latarni. W smudze tego światła Franciszka zobaczyła malutki cień przypominający górkę.

Franciszka poruszyła się i górka także się poruszyła, błysnęły malutkie oczka i mysz znikła.

Franciszka położyła się z powrotem, ale nie mogła zasnąć. Mysz chrobotała to tu, to tam, co było ogromnie irytujące. Franciszka sięgnęła po tabletkę i kręcąc się z boku na bok, przemęczyła tę noc aż do rana.

Pierwszą rzeczą, którą zobaczyła po przebudzeniu, była jej ulubiona gazeta z krzyżówkami pocięta na strzępki.

A więc wojna! Skoro tego chce... Najpierw kawa, a teraz gazeta... Dosyć!

Zjadła śniadanie i nie umywszy naczyń, ubrała się jak popadło. Opróżniła następną szafkę i poukładała na półkach gazety, bruliony i zapasową parę okularów. Zamknęła szczelnie drzwiczki, a pomiędzy ich gałkami przeciągnęła gumkę.

Pstryknęła w nią palcem, a gumka zaśpiewała zwycięsko.

Na obiad dojadła resztkę kotleta z soi i wypiła szklankę herbaty. Potem położyła się na chwilkę, ale tak jak zwykle nie spała, tylko myślała. Trochę o Gienie, trochę o myszy, a potem już tylko o tym, że niedługo będzie wiosna i mnóstwo pracy w ogródku.

Przed oczyma widziała brązowy spłachetek ziemi, niecierpliwie czekający słońca. Wyobraziła sobie te wszystkie pędy, skurczone pod ziemią, gotowe do startu, ale na razie jeszcze nieprzyjemnie białe – jak robaki.

– Mam w domu mysz – powiedziała, witając Gienę.

Giena wypełniała sobą cały przedpokój. Zdjęła płaszcz i buty, poprawiła czarne, wełniane skarpetki i poszły do kuchni.

– Mówiłam ci na jesieni, żebyś sobie wzięła kota.

Franciszka nalała wody do czajnika. Podnosząc pokrywkę, zauważyła parę bobków na brzegu zlewozmywaka. Podsunęła jeden z nich pod nos Gienie.

– Mówiłam ci na jesieni, żebyś wzięła sobie kota – powtórzyła Giena.

– Nie chcę kota. – Franciszka zalała wrzątkiem łyżeczkę wiórków. – Koty paskudzą i w ogóle nie mam siły, żeby się uganiać za kotem.

Giena zamieszała cukier i postawiła na stole szarą, papierową torebkę.

– Przyniosłam ci jajka – rzekła krzepiąco.

Franciszka wsunęła torebkę do zabezpieczonej gumką szafki.

– Przesypałam wszystko do słoików – oznajmiła, a w jej głosie zabrzmiała nutka triumfu.

Kiedy się pożegnały, było już dość późno. Oczywiście jak zwykle, w trakcie rozmowy zdążyły się pokłócić, ponieważ Giena uważała, że wszystkiemu są winni Żydzi, i na poparcie swojej tezy odczytała Franciszce kilka wycinków z gazet, ale rozstały się w zgodzie.

Do następnej niedzieli.

To był dobry dzień – pomyślała Franciszka, obrzucając kuchnię okiem zwycięzcy. Wiedziała, że za zamkniętymi drzwiczkami szafki stoją w bojowym szyku słoiki i że jej gazety są już bezpieczne.

Wypłukała pod kranem zęby i schowała je do szklanki z wodą, przygotowała parę orzechów i dwa jabłka, i dla pewności zamknęła je w pojemniku na chleb.

Dawno nie czuła się tak dobrze. Położyła się na łóżku w trakcie wiadomości, a potem przeczytała parę stron książki, którą zostawiła jej Giena.

I, w zupełnie naturalny sposób, zmorzył ją sen.

Nad ranem przyszedł halny. Stukał po dachu, rozrzucał po ogrodzie resztki jesiennych liści, miotał po grządkach urwanym kawałkiem folii jak dużym czarnym skrzydłem. Jednak spała tak mocno, że nie słyszała nocnej zawieruchy.

Zbudził ją delikatny, szklany dźwięk.

Podniosła głowę znad poduszki. Na wysokości jej oczu, na środku stołu, stała szklanka z jej protezą, a na jej brzegu, mocno uchwyciwszy się łapkami, siedziała mysz i małymi łyczkami popijała wodę.

Franciszka machnęła książką. Szklanka wywróciła się, mocząc obrus, a mostek stoczył się na podłogę.

Plącząc się w swojej nocnej koszuli, Franciszka rzuciła się na ratunek zębom. Leżały, groźnie błyszcząc, tuż koło nogi krzesła. Franciszka ostrożnie podniosła je z ziemi i zauważyła dużą szczerbę w różowym plastiku.

Włożyła zęby do ust, na szczęście ubytek był niewyczuwalny.

Przez cały czas czuła na sobie czyjeś badawcze spojrzenie – to była mysz. Siedziała pod kaloryferem i czyściła sobie wąsiki.

– Zniszczyłaś moje zęby – powiedziała Franciszka, ciągle na czworakach pod stołem. – Zapamiętaj sobie, że ja nie mam nic wspólnego z tym świętym od zwierzątek i że...

Przerwał jej dzwonek telefonu. Tak szybko, jak to tylko było możliwe, wylazła spod stołu i poczłapała do aparatu, ale dla rozmówcy nie było to dostatecznie szybko, bo telefon umilkł, gdy tylko sięgnęła po słuchawkę. Nie miała nawet czasu zastanowić się, kto mógł dzwonić o tej porze, bo dokonała nowego odkrycia. Wisząca nad telefonem styropianowa płyta, do której przypinała różne ważne kartki, była w paru miejscach nadgryziona, a koło telefonu walały się białe kuleczki.

Zgarnęła je na rękę i dopiero wtedy poczuła, że przemarzła do szpiku kości. Wróciła do kuchni, wrzuciła kuleczki pod piec i założyła ciepłe skarpety.

Schyliła się i zajrzała pod kaloryfer, ale myszy już tam nie było.

Po śniadaniu na wszelki wypadek sprawdziła ubrania i buty w szafce w przedpokoju. Na szczęście wszystko było w porządku.

Po szafce przyszła kolej na bieliźniarkę, i dobrze, że się za nią zabrała, bo między prześcieradłami znalazła sto złotych, które już zdążyła spisać na straty. Położyła je na stole i pospieszyła do przedpokoju, bo ktoś próbował dostać się do środka.

Inkasent z gazowni był nowy i wyglądał tak, jakby zabijanie starych ludzi dla stu złotych było jego chlebem powszednim. Na głowie miał włóczkową czapeczkę w granatowo-szare paski i krótką skórzaną kurtkę.

Franciszka przez chwilę zastanawiała się, czy przypadkiem nie udać, że zaciął się zamek, ale szybko doszła do wniosku, że mógłby chcieć wyważyć jej drzwi, co niechybnie rozpaliłoby dodatkowo jego mordercze instynkty. Wpuściła więc inkasenta do środka, poszła do pokoju i przykryła leżące na stole sto złotych szmatką.

Inkasent widać nie był w zabójczym nastroju lub zdołał już wyrobić normę dzienną, bo zostawił kwitek – trochę za blisko szmatki – i wyszedł.

Franciszka spojrzała z wyrzutem na ślady na podłodze i zasunęła zasuwkę w drzwiach.

Zmiotła piasek do kącika za lodówką, postawiła wodę na herbatę i spojrzała na zegar.

Było południe i pora na lekarstwa.

Odkrycie w apteczce wstrząsnęło nią tak, że musiała usiąść. Zamrugała z niedowierzaniem i jeszcze raz spojrzała na półkę. Ktoś poprzegryzał plastikowe opakowania i zlizał z tabletek glazurę. Tylko po bardzo dokładnych oględzinach można było odróżnić sylimarol od corontinu.

Franciszka z obrzydzeniem przełknęła bladozieloną tabletkę, poczuła na języku odrażający, gorzki smak. Dotknęła językiem podniebienia i wyczuła nierówność na mostku.

– Idę po kota! – zawołała. – Po kota, rozumiesz?

Takie rzucanie pogróżek wydało się jej śmieszne, ale to przecież była wojna, coś znacznie gorszego niż mysie bobki w pojemniku na chleb, kminek i kawę. Mysz otwarcie zamierzała zniszczyć ją, Franciszkę R., lat siedemdziesiąt pięć.

Po obiedzie Franciszka założyła ciepłe spodnie, sweter, kurtkę i włóczkowy beret, z trudem znalazła dwie rękawiczki do pary, wyszła na ganek i starannie zamknęła drzwi na wszystkie trzy zamki.

Ostatni raz wychodziła z domu w ubiegły poniedziałek, żeby zrobić większe zakupy. O tej porze roku nie odczuwała potrzeby wychodzenia, nawet do ogrodu, ale tym razem to była konieczność.

Ciepły wiatr oszołomił ją. Słońce, pomimo że chyliło się ku zachodowi, dalej świeciło jasno i obiecująco. Franciszka kucnęła przy rabatce i ze zdumieniem dostrzegła maleńkie, stożkowate listki śnieżyczek.

Wstała, chwytając się pnia wiśni. Gałązki drzewa były ciemne i lśniące, jakby ktoś je polakierował. I na dodatek nie były już po zimowemu sztywne.

Franciszka przeszła przez uliczkę i wyszła w pola. Pachniało mokrą ziemią, sfermentowanymi jabłkami, a na pustych polach po bruzdach majestatycznie spacerowały wrony.

W tym momencie Franciszka przypomniała sobie, że zostawiła na kuchennym stole kawałek sera. Była już za daleko, by zawrócić, zresztą pomyślała sobie, że pojawią się w domu z kotem, i to on przejmie inicjatywę.

Ścieżką między polami szło się miękko, jak po dywanie. Słońce oświetlało szare trawy i nadawało krajobrazowi miodowy koloryt. Obok pobliskiej drogi rząd topoli sterczał jak sięgający nieba płot.

Franciszka schyliła się i podniosła z ziemi zeszłoroczny kłos. Był pusty, widać ptaki albo myszy wyjadły ziarno. Rzuciła go na wiatr, zakręcił się i upadł pomiędzy skiby.

Nagle usłyszała szczekanie psa. Zatrzymała się, zaciskając dłoń na lasce.

Pies, podskakując, biegł prosto na nią. Był bardzo duży, ale na szczęście jasnopopielaty (te, które pokazywano w telewizji, a które ze szczególnym upodobaniem kąsały ludzi, były czarne i podpalane). Mimo to Franciszki nie opuszczał lęk. Pies zatrzymał się tuż przed nią i popatrzył jej w twarz. Różowy jęzor zwisał nieporządnie, jak to zwykle u psów bywa, a niebieskie, jakby szklane oczy patrzyły poważnie i trochę groźnie.

Poczuła bijące od psa ciepło i charakterystyczny zapach sierści. Nie poruszyła się. Stał jeszcze chwilę, patrząc pytająco, a potem pobiegł w kierunku swego pana czy też pani – z tej odległości nie można było dostrzec różnicy – odwracając się grubym, mocno zakręconym ogonem.

– Chwała Bogu, że nie miałam teraz kota – odetchnęła z ulgą Franciszka. – Przecież by mnie zjadł...

Ruszyła powoli przed siebie. Dom Władki był już dobrze widoczny. Ponad czerwonym w świetle słońca dachem unosiła się wstążka dymu. W miarę, jak zbliżała się do domu, czuła zapach wędzącej się słoniny, a gdy położyła rękę na klamce, Władka stała już w drzwiach, wycierając ręce w fartuch.

Jej włosy, świeżo po trwałej ondulacji, miały rudawy połysk.

Przywitała Franciszkę z lekkim zdziwieniem, zdarzało się bowiem bardzo rzadko, aby Franciszka przychodziła do kogoś z wizytą, widać musiało wydarzyć się coś bardzo ważnego.

Władka szybko przewertowała w myślach listę osób, które mogły umrzeć nagle a niespodziewanie, ale z Gieną widziała się poprzedniego dnia w kościele, Franciszka gramoliła się na schody, a nikt inny nie przychodził jej na myśl.

– Mam do ciebie interes, Władziu – wysapała Franciszka.

Usadowiły się w ciepłym pokoju Władki, pomiędzy poduszkami na wersalce.

– Muszę pożyczyć kota.

Małe oczka Władki rozszerzyły się ze zdziwienia, a potem kilka razy zamrugały.

– Mam w domu mysz.

Władka pokiwała głową. Wstała z wersalki i zakićkała przenikliwym głosem. Za chwilę do pokoju wsunął się duży czarny kot z białymi skarpetkami na łapkach i kropką na brodzie, co wyglądało tak, jakby przed chwilą odszedł od spodeczka śmietanki.

– Jakieś dwa, może trzy dni – oceniła Franciszka, głaszcząc zwierzątko.

Kot wyprężył grzbiet, a potem ułożył się na kolanach Franciszki. Mruczał miarowo, wbijając pazury w jej grube spodnie. Franciszka przyjrzała się im uważnie – były długie, ostre i niewątpliwie niezawodne.

Wypiwszy filiżankę kawy, Franciszka ruszyła w drogę powrotną. Władka odprowadziła ją do furtki, wręczyła koszyk z kotem i obiecała, że wpadnie po niego sama, we środę.

Kot był dobrze odżywiony i ciężki, więc chociaż nie wiercił się w koszyku, to jednak Franciszka musiała parę razy przekładać ciężar z ręki do ręki. Przez to wędrówka trwała dłużej, ale na szczęście po polach nie biegał niebieskooki pies ani żadne inne podejrzane stworzenie.

Franciszka, zanim otworzyła drzwi, spociła się z wysiłku. Przekroczyła próg domu z niejasnym uczuciem, jakby sprowadziła do domu płatnego mordercę, niemniej jednak postanowiła natychmiast przystąpić do działania.

W kuchni otworzyła koszyk. Kot powoli wyszedł na podłogę i rozejrzał się. Nie wyglądał wcale na zbitego z tropu, natomiast na jego pyszczku zagościł wyraz aprobaty, gdy wskoczywszy na stół, zlokalizował nietknięty przez mysz kawałek sera. Delikatnie przyciągnął go do siebie łapką i zjadł na oczach osłupiałej Franciszki.

Skończywszy z serem, zeskoczył na podłogę i wykonując dokoła nóg Franciszki ciepłą ósemkę, wskoczył na wersalkę i ułożył się na poduszce. Parę razy oblizał nos i pyszczek, po czym kuchnię wypełniło głośne mruczenie.

Franciszka wyjęła ze zlewozmywaka szmatkę i starannie wytarła blat stołu. Zdjęła sweter i usiadła obok kota. Gdy jednak spróbowała strząsnąć go z poduszki, kot zasyczał i pokazał pazury.

Franciszka podłożyła pod plecy zwinięty w rulonik sweter.

Chyba nawet się zdrzemnęła, bo gdy otworzyła oczy, była głucha noc, na blasze śpiewał czajnik, kot mruczał, zegar tykał, a za szafką chrobotała mysz.

Franciszka lekko trąciła kota, ale ten nawet nie drgnął. Widocznie musi się oswoić – pomyślała i przygotowała sobie kolację. Dla kota odkroiła plaster boczku, ale ten dalej spał. Położyła więc boczek na podłodze, ostrożnie zdjęła z wersalki poduszkę razem z kotem i przygotowała sobie pościel. Nie chcąc słyszeć odgłosów ewentualnego zabójstwa, od razu zażyła dwie tabletki nasenne i naciągnęła kołdrę na głowę. Zanim zapadła w sen, pomyślała jeszcze raz o myszy, ze współczuciem i sympatią, tak jak myśli się o swoich drogich zmarłych.

W nocy było jej bardzo duszno, miała wrażenie, jakby ktoś położył jej na piersi termofor, próbowała go zrzucić, ale ciągle wracał na swoje miejsce.

Pierwszą rzeczą, którą zobaczyła rano, były zagadkowe, żółte oczy kota patrzące na nią badawczo.

Następnie usłyszała znajome chrobotanie, tym razem w okolicy pieca.

Z pasją zrzuciła kota na podłogę, wstała i rozejrzała się za pogrzebaczem. Pogrzebacza nie było – aha, zostawiła go w przedpokoju, gdy wpuszczała inkasenta mordercę. Za to kot próbował załatwić się do skrzynki z popiołem i rozsypał wszystko na podłogę.

Zmiotła popiół, wsypała go na powrót do skrzynki i zaczęła się ubierać.

Kot raz po raz trącał ją pyszczkiem, coraz bardziej agresywnie, widać domagał się śniadania.

Franciszka sama była porządnie głodna, ale najpierw postanowiła zająć się kotem – w końcu był specjalnym gościem. Kot zjadł plasterek wołowiny, umył się i wdzięcznie wyskoczył na parapet, strącając po drodze doniczkę z passiflorą.

Klnąc, Franciszka schyliła się po miotełkę i łopatkę, zmiotła ziemię i skorupy, a nieszczęsną passiflorę z resztką ziemi wokół bryłki korzeniowej wcisnęła do pudełka po margarynie.

Wreszcie mogła zabrać się za śniadanie. Zamieszała płaską łyżeczkę cukru w szklance herbaty, ukroiła plasterki boczku i sera, posmarowała kromkę margaryną. Jadła powoli, z zastanowieniem, starannie żując każdy kęs.

Firanka poruszyła się i elegancka czarna łapka wysunęła się w stronę sera. Franciszka trzepnęła ją gazetą, łapka znikła, ale szklanka wywróciła się i oblała drugą kromkę. Franciszka sapnęła z irytacją.

Na grube wełniane rajtki wciągnęła spodnie. Jej włosy naelektryzowały się i stanęły dęba, gdy zakładała gruby golf.

Schylając się po wiklinowy koszyk, dostrzegła w szybie piekarnika swoje odbicie.

Stara wiedźma – pomyślała, walcząc z opierającym się kotem. Była tak zła, że wychodząc, zamknęła drzwi tylko na dolny zamek.

Trzymając w jednej ręce koszyk z kotem, a w drugiej laskę, wyszła w pola. Kot uspokoił się, ale słyszała, jak ze złością gryzie kawałek wikliny.

Świeże powietrze pobudziło w niej krążenie. Pomimo obciążenia, maszerowała lekko i żwawo. Spoglądała przyjaźnie na bruzdy, wrony, młode chwasty wyrywające się ku słońcu. Zapomniała o zwyrodnialcach czających się w chaszczach nad rzeczką, o rottweilerach włóczących się bez kagańców. Czuła na twarzy miłe mrowienie. Beret się jej przekrzywił, a wiatr do woli targał apaszką.

Była już blisko domu Władki, gdy nagle pojawił się niebieskooki pies. Stanął przed nią tak samo jak wczoraj i spojrzał pytająco na koszyk.

Koszyk zawarczał i zaczął prychać.

Pies nie spuszczał oczu z Franciszki i jej koszyka.

– To tylko mały kotek – zaskrzeczała fałszywie Franciszka i przesunęła się parę kroków w stronę bramki.

Pies powoli przesunął się razem z nią.

Koszyk szalał.

Franciszka ledwo dała sobie radę z naciśnięciem klamki i weszła do ogrodu. Pies oparł przednie łapy o furtkę i zaczął szczekać mocnym, basowym głosem.

Franciszka zadzwoniła do drzwi, ale w domu nie było nikogo.

Ostrożnie rozwiązała sznurek. Kot wyskoczył jak czarna sprężyna i śmignął na drzewo.

Franciszka zeszła ze schodów i skierowała się do bramki.

Pies stał obok, już nie szczekał, ale czubki jego uszu nerwowo drgały.

– Już nie mam kota – oświadczyła Franciszka i przeszła obok psa, ze strachu zalewając się potem.

Pies starannie obwąchał brzeg jej kurtki i ruszył obok w radosnych podskokach.

– Widzisz, jaki z ciebie miły piesek? – przemówiła, ale ciągle nie mogła przyzwyczaić się do jego szklanych oczu.

Pies odprowadził ją aż do asfaltowej uliczki i pobiegł w stronę rzeczki. Mimo woli Franciszka poczuła się o wiele lepiej.

Odetchnęła z ulgą, znalazłszy się w swoim ogrodzie, ale nie od razu weszła do domu. Przespacerowała się po ogrodzie i pomyślała, że tak po prawdzie, to przydałaby się jej jakaś pomoc.

Krzaki porzeczek wymagały przecięcia, ktoś powinien zryć i podzielić grządki. Szybko zaplanowała, gdzie będzie marchew, gdzie pietruszka, a gdzie buraczki.

Kilka krzaków pomidorów zmieści się od strony siatki, a koper, jak zwykle, sypnie jak popadnie. Okrążyła dom raz jeszcze, postukała w zardzewiałą rynnę i weszła do środka.

Na stole, na gomółce sera siedziała mysz. Patrzyła na Franciszkę bezczelnie i triumfująco. Ser był nietknięty, zmoknięta kromka także, za to parę suchych skibek miało wygryzione środki.

Franciszka zmarszczyła brwi i, nie zdejmując kurtki, ruszyła na strych. Wiedziała, że gdzieś tam musi być łapka, jeszcze nigdy nieużywana. Tak bardzo się zamyśliła, że zapomniała się schylić i z całej siły – aż ją zamroczyło – rąbnęła czołem o belkę nad schodami.

Usiadła na schodku, rozmasowując czoło i myśląc, że mysz zdecydowanie próbuje ją zabić.

– Albo ja, albo ty – powiedziała na tyle głośno, aby słyszeć własne słowa poprzez szum i zamęt w głowie, i czepiając się poręczy, zagłębiła się w ciemny strych.

Łapka leżała na półce w starej szafie i znalazła się od razu, ale Franciszce nie spieszyło się na dół.

Pogrzebała między starymi ubraniami w nadziei, że znajdzie jeszcze jakieś zawieruszone dawno temu pieniądze, ale jej ręka natrafiła tylko na paczkę zwietrzałych papierosów.

Wsunęła je do kieszeni i pomalutku, z obolała głową zeszła na dół.

Mysz w najlepsze wygryzała środek następnej kromki.

Spojrzała przelotnie na Franciszkę i guza na jej czole i wspięła się na firankę. Franciszce przyszła nagła chęć rzucenia w nią czymś ciężkim. Schyliła się po bryłkę węgla i wsadziła palce prosto w kocie nieczystości.

A potem rozpłakała się. To zaskoczyło ją samą, bo nie płakała chyba od dzieciństwa. Łzy były słone i jakieś takie... nowe?

Mysz, siedząc na karniszu, czyściła sobie wąsiki i pobłażliwie łypała oczkiem w stronę Franciszki.

Franciszka demonstracyjnie położyła łapkę na stole, odciągnęła sprężynę, a potem dotknęła jej widelcem. Łapka zamknęła się z hukiem wystrzału, ale na myszy nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Dalej tkwiła pod sufitem, wyginając ogonek na kształt szubienicznej pętli.

Franciszka otrząsnęła się.

Pójdę do Henryki – pomyślała, bo w lodówce nie było już boczku.

– Wyganiasz mnie z domu! – fuknęła z wyrzutem do myszy i wyszła.

Idąc, pomyślała, że chcąc dostać plaster boczku, powinna poprosić o szklankę soczku i zachichotała pod nosem.

Spotkała Henrykę w połowie ulicy. Niosła w ręce gruby plaster słoniny i starą łapkę na myszy, z niezaprzeczalnymi śladami używania.

– Wybrałam się do Władzi – wysapała Henryka – i po drodze chciałam ci to podać.

Franciszka z ciężkim sercem wzięła przynętę i narzędzie zbrodni i zawróciła w stronę domu, bardzo rozczarowana.

Liczyła na odrobinę spokoju w ciasnej kuchni Henryki i była pewna, że ta jej nie odmówi, ale wstyd było się jej przyznać, że została wyproszona z domu przez mysz.

Na szczęście dręczycielka gdzieś się ukryła i Franciszka włączyła telewizor. Nie mogła się skupić. Od czasu do czasu spoglądała na łapkę, która wydawała się jej coraz mniej estetyczna. Schowała ją więc do szabaśnika i pogrążyła się w rozmyślaniach.

Ile też zrobiła w ciągu tych kilku ostatnich dni!

Znalazła zaginione sto złotych, odwiedziła Władkę i spotkała psa, który miał niebieskie oczy. To już chyba z pięć lat, kiedy nie szła polami, i z siedem, gdy wybrała się do kogoś z wizytą.

Przełożenie produktów do słoików też było dość sensowne. Kiedy drżącymi rękoma brała torebkę, często wysypywała zawartość, a bez okularów zdarzało się jej mylić cukier z mąką...

Jeszcze tylko koniec z tą myszą – pomyślała – i byle do wiosny.

Wieczorem nastawiła łapkę. Umieściła ją na środku kuchni, a nie w jakimś podstępnym miejscu, bo w pewien sposób mysz zasłużyła sobie na godny koniec.

Położyła się spać później niż zwykle i znowu miała problemy, bo Baseballowa Czapka łaził po ogrodzie z kosą, a inkasent z gazowni już dowiedział się o stu złotych i kombinował, jak najszybciej wejść w ich posiadanie...

Dobroczynna tabletka wyłączyła świadomość Franciszki i przeniosła ją w inne, mroczne rejony...

Czarne rottweilery spuszczone ze smyczy przez chłopców w baseballowych czapkach goniły Franciszkę po rżysku...

Kiedy wreszcie cudem udało się jej wejść na drzewo, kot siedzący na gałęzi próbował zepchnąć ją na dół, ale trzymała się mocno, bo pod drzewem czekał już inkasent z kosą...

Franciszka kręciła się na prawo i lewo, mokra ze strachu wzywała pomocy, przez sen czuła, jak boli ją głowa, ale nie mogła się obudzić.

Nadbiegli skądś policjanci z niebieskimi oczyma i jeden z nich strzelił do inkasenta.

Huk wystrzału obudził ją wreszcie.

Usiadła na łóżku, dysząc jak po długim biegu.

Jednak coś musiało ją obudzić... Myśli biegały jak szalone po jej skołatanej głowie, nie mogła ich zebrać, aż w końcu spomiędzy nich wyłoniła się jedna, konkretna – łapka.

Franciszka położyła się na plecach. Zapomniała z wieczora napalić w piecu i w kuchni było lodowato.

Postanowiła, że rano sprzątnie zwłoki, a potem...

Co potem? – zapytał jakiś wewnętrzny głos. Franciszka poczuła dziwną pustkę, jaką zapewne – jej zdaniem – czułaby w chwili śmierci.

Zerwała się z łóżka z nieartykułowanym okrzykiem, poślizgnęła na kapciu i jak długa upadła na podłogę.

Przed oczyma ujrzała zatrzaśniętą łapkę. Była pusta, ale słoninę sprytnie wyjedzono.

– Dzięki Ci, dzięki Ci, Boże – jęknęła, masując obolałe ramię.

Potem, jak wielki, niezgrabny duch wyszła na ganek, powiewając nocną koszulą, i z rozmachem cisnęła łapką w ciemność.

Przemarzła do szpiku kości, ale jakoś zdołała się rozgrzać. Coś po staremu zachrobotało pod szafką.

Z uczuciem ulgi zasnęła.

Dźwięk, który obudził ją rano, był równie niezwykły jak nocny alarm.

Ktoś mocno stukał w kuchenne drzwi.

– Proszę – wymamrotała niewyraźnie, siadając na łóżku.

Drzwi uchyliły się i do kuchni wszedł, stukając pazurami, niebieskooki pies, a zaraz po nim Baseballowa Czapka.

Obaj byli zdrowo zakłopotani.

– Zostawiła pani otwarte drzwi – powiedział Czapka. – Pomyślałem, że stało się coś złego...

Franciszka zatrzepotała rękoma.

– To ja już sobie pójdę – ujął psa za obrożę.

Franciszka przyjrzała się gościom.

– Chwileczkę – zatrzymała go. – Podaj mi szlafrok, jest tam, przy piecu, i odwróć się.

Założyła szlafrok i zęby i usiadła przy stole.

Ktoś rozsypał na serwecie cukier.

– Bądź taki dobry – zwróciła się do chłopca – i nastaw czajnik. Chyba będę miała grypę.

CUDA DNIA POWSZEDNIEGO

Noc była z gatunku tych, kiedy śpi się ciężko – bo poduszka jest twarda jak kamień, a kołdra sztywna jak tektura, za nic nie chce okryć zziębniętych stóp, tylko złośliwie zsuwa się na boki albo, co gorsza, na podłogę.

I właśnie takiej nocy Weronice przyśnił się anioł. Był młody, miał długie, brązowe włosy związane w kitkę, a na nogach glany z anielskimi sznurówkami. Co prawda Weronika nigdy nie widziała anielskich sznurówek, ale te z pewnością nimi były – czyściutkie, białe, z opalizującymi końcówkami.

Usiadł na krześle obok jej łóżka i wyciągnął przed siebie długie nogi.

– Weroniko – rzekł cichym, lecz stanowczym głosem. – Weroniko, obudź się.

Od tego głosu Weronice zrobiło się nieswojo. Podciągnęła kołdrę wysoko pod brodę i zacisnęła usta tak, aby nie zobaczył, że nie założyła zębów.

– Ależ Weroniko – odezwał się anioł – to przecież tylko sen.

Weronika przysłoniła usta ręką, niepomna, że spod kołdry ukazał się rękaw ciepłej, flanelowej koszuli.

– Kazałeś mi się obudzić- powiedziała na tyle wyraźnie, na ile pozwalał jej brak protezy.

– Weroniko – anioł uśmiechnął się i poprawił na krześle. – Nie w tym sensie. Ile masz lat, Weroniko?

Nie wiadomo dlaczego Weronika poczuła nagły przypływ irytacji. Anioł nie anioł – pomyślała – ale smarkacz. Rozsiadł się jak panisko, nie zdjął butów i zadaje jej w środku nocy nietaktowne pytania. W dodatku krzesło, które zajął, było niegdyś ulubionym krzesłem Karola. Nagle dotarło do niej, że boli ją nie tyle fakt, że obcy gówniarz zajął miejsce nieboszczyka, ale że gówniarz pyta ją, Weronikę, o wiek.

– To ile masz lat, Weroniko? – drążył anioł niezniechęcony jej milczeniem.

– Siedemdziesiąt pięć! – wykrzyknęła wściekłym, łamiącym się falsetem Weronika. – Od jutra siedemdziesiąt pięć!

Anioł poruszył stopą. Zamigotały anielskie sznurówki.

– Więc sama widzisz, że musisz coś zrobić ze swoim życiem.

Weronika zerwała się z łóżka. Cienki warkoczyk, w który splatała na noc rzadkie włosy, smagnął ją po twarzy.

Plącząc się w nocnej koszuli, otworzyła na oścież drzwi, ale anioł wyraźnie ją ignorował.

– No, nie złość się, Weroniko – powiedział. – Masz przed sobą jeszcze dziesięć lat. Wykorzystaj je właściwie.

Powoli wstał z krzesła, pociągnął oszołomioną Weronikę za warkoczyk i ruszył w stronę drzwi. Przechodząc obok półki, jak gdyby mimochodem strącił fotografię Karola.

Fotografia upadła na podłogę, a szybka rozprysnęła się na drobne kawałeczki.

– Oj, nabałaganiłem – anioł uśmiechnął się rozbrajająco. – Zresztą – dodał – i tak była nie najlepsza.

Zniknął w kuchni i po chwili powrócił ze zmiotką w jednej ręce i szufelką w drugiej. Weronika przysiadła na brzegu łóżka.

Anioł starannie sprzątnął szkło i położył szufelkę wraz z zawartością na nocnym stoliku.

– Jeszcze raz przepraszam – spojrzał ciepło i wyszedł.

Trzasnęły drzwi. Chłodne powietrze obudziło Weronikę ostatecznie. Potruchtała do przedpokoju i poruszyła klamką, ale drzwi były zamknięte. Na zewnątrz coś szeleściło, więc spojrzała przez dziurkę od klucza. Ogród był pusty, siny w świetle ulicznej latarni.

Powoli wróciła do pokoju i wsunęła się pod kołdrę. Łóżko zdążyło się już wyziębić, spróbowała ogrzać stopę o stopę, ale chłód i irytacja nie pozwalały jej zasnąć.

– Dziesięć lat – powiedziała sama do siebie. – Dziesięć lat.

Wstała, podeszła do komody i wyciągnęła parę wełnianych skarpetek. Były szorstkie i obrzydliwie szare. Zakładając je, Weronika pomyślała o nagrobnej płycie, pod którą od roku spał wiecznym snem Karol. Skarpetki miały dokładnie taki sam kolor jak płyta – szary, z drobnymi punkcikami bieli i czerni, jak cmentarne lastrico.

Zdjęła je, zwinęła w kulkę i cisnęła na podłogę tak mocno, że aż potoczyły się pod łóżko.

A potem wyjęła z koszyka Marcelinę i usiadła na fotelu. Kotka wyprostowała łapki i spojrzała pytająco w twarz Weroniki.

– Dziesięć lat. Toż to okruszek.

Kotka ziewnęła szeroko i oblizała pyszczek. Zeskoczyła na podłogę i pomaszerowała do pudełka z piaskiem.

Niemiłosiernie skrobiąc pazurami, wykopała dołek. Każde drapnięcie wywoływało gęsią skórkę na zmarzniętych nogach Weroniki. Marcelina zagrzebała dołek, wskoczyła na parapet okna i zaczęła się myć.

Ku swemu przerażeniu, w mlaśnięciach kociego języka Weronika wyraźnie rozpoznała dwa słowa: „Dziesięć lat, dziesięć lat”...

Rzuciła w Marcelinę futerałem od okularów, ale ta, wcale niespeszona, przeniosła się na szafę.

„Dzie-sięć lat” – rozległo się spod sufitu.

Tego było już za wiele. Weronika wyszła do kuchni, głośno strzelając drzwiami.

W szybie kredensu dostrzegła swoją twarz. Cienki warkoczyk dyndał jak ogon myszy, którą Marcelina wieczorem przyniosła z ogrodu.

W przypływie obrzydzenia graniczącego z desperacją, chwyciła nożyczki i ciachnęła na oślep. Warkoczyk upadł na podłogę, a siwe włosy nieporządnie rozsypały się dokoła twarzy.

Pomyślała, że wygląda jeszcze paskudniej, i chwytając pasmo po paśmie, cięła tak długo, dopóki na głowie nie pozostał sterczący sztywno jeżyk.

– Zwariowałam – powiedziała do swego odbicia, które nagle odmłodniało co najmniej o dziesięć lat.

Kiedy schylała się, aby uprzątnąć obcięte włosy, zauważyła nieduże, białe piórko. Widać Marcelinie przestały już wystarczać myszy.

Ale piórko było inne niż zwyczajne ptasie pióra – było gładkie jak sierść kota i leciutko opalizowało. Dokładnie jak anielskie sznurówki.

Weronika musnęła nim policzek. Fala ciepła spłynęła od policzka aż do stóp. Otworzyła kredens i z najciemniejszego kąta wydobyła różową karafkę. Likier był rubinowy, gęsty, cudownie słodki, mimo delikatnej nuty goryczy wiśniowych pestek.

A potem Weronika poszła do łazienki. Zatkała wannę i odkręciła wodę.

Przejrzała wszystkie szafki i na koniec natrafiła na zawiązaną gumką torebkę. W środku szeleściły stwardniałe na kamień błękitne kryształki. Siedząc na brzegu wanny, wsypała je do wody, rozkoszując się zapachem lawendy. A potem zdjęła koszulę i ostrożnie weszła do wody.

Dziesięć lat – pomyślała, patrząc na swoje chude ciało, płaskie piersi, patykowate nogi i skórę pokrytą brązowymi plamami.

Dawno nie przyglądała się sobie. Teraz robiła to ze zdziwieniem.

To nie mogę być ja – zadźwięczało jej w głowie. Gdzieś podziało się szczupłe, młodzieńcze ciało, latem opalone na brąz. Zniknęły jasne sukienki owijające się dokoła smukłych nóg.

– Jestem stara – szepnęła Weronika, przypatrując się swojemu nie swojemu ciału. – Stara jak wawelskie wzgórze. Ale ostatecznie mogłabym być taka gruba jak Henryka...

Zanurzyła głowę pod wodę i leżała tak, dopóki nie zabrakło jej powietrza. Sięgnęła po szampon i ze zdziwieniem skonstatowała, że od tej pory butelka szamponu powinna wystarczyć jej na co najmniej dwa miesiące.

Wytarła się szorstkim ręcznikiem tak mocno, że aż zapiekła ją skóra, i z tym miłym ciepłem i likierem żywo krążącym w żyłach wróciła do pokoju.

Położyła się na niezajętej przez Marcelinę części łóżka.

Kiedy otworzyła oczy, słońce stało już wysoko na niebie. Marcelina kończyła mordowanie pary cmentarnych skarpetek, a na ulicy poszczekiwał pies.

Weronika przeciągnęła się tak mocno, że aż zatrzeszczały jej stawy, i powoli podniosła się z łóżka.

Co się stało z moimi włosami? – pomyślała, ale zaraz przypomniała sobie wszystko, począwszy od pięćdziesięciu lat spędzonych z Karolem.

Zegarek wskazywał jedenastą. Za czasów Karola o tej porze była już na nogach, gotując obiad i wyglądając przez okno, czy nie wraca ze szkoły Marcinek.

– Obiady Karola, praca Karola, hobby Karola – powtarzała, sięgając po paskudnie szarą spódnicę i wyciągnięty sweter.

Dziwnie odmłodniała twarz nie pasowała do stroju. Weronika pokroiła drobniutko resztę drobiowego fileta i podała go Marcelinie.

A potem spojrzała w lustro i spróbowała uśmiechnąć się. Uśmiech na początku był krzywy, potem tylko kwaśny.

– Wszystkiego najlepszego, Weroniko – zachrypiała, obejmując się chudymi ramionami.

I kiedy szklanka po herbacie była już umyta, a okruszki strzepnięte z serwety, zwinęła spódnicę i sweter i rzuciła je do paczki z drewnem.

Już po południu tego samego dnia mieszkańcy miasteczka zauważyli, że biedna Weronika kompletnie sfiksowała.

– Dopiero teraz dotarło do niej, że Karol nie żyje – zawyrokowała Władka, patrząc w ślad za Weroniką, która właśnie wchodziła do sklepu z odzieżą używaną, zresztą jedynego w mieście.

Niepisanym prawem żadna z mieszkanek miasta, która ukończyła sześćdziesiąt lat, nie wstępowała za próg tego sklepiku, bowiem prowadziła go Celinka, młoda blondynka o obfitym biuście, o której krążyły pogłoski, że usunęła ciążę. Właściwie nikt nigdy nie potwierdził tych plotek, ale grono pań skupione wokół Władki zdążyło już przedyskutować nagłe zniknięcie Celinki z miasteczka i powrót z małym kapitałem, który pozwolił jej założyć sklepik.

– Kochaniutka – powiedziała pewnego dnia Franciszka, zanim zupełnie zwariowała i zaczęła zajmować się najmłodszym dzieckiem sąsiada, którego żona dogorywała w szpitalu na raka. – Kochaniutka, ja myślę, że żadnej aborcji nie było.

Władka spąsowiała.

– Ksiądz mówił, że musiała być.

Ale Franciszka pokręciła głową.

– Wróciła dopiero po dziewięciu miesiącach. Z pieniędzmi.

Władka poprawiła beret.

– Mówię ci, ona to dziecko... – tu Franciszka zawiesiła głos – sprzedała.

– Sprze-da-ła?

Tak więc kwestia dziecka Celinki pozostała sprawą mroczną i niewyjaśnioną, a do sklepiku zaglądały tylko młode dziewczyny (które niebawem miały, zdaniem Władki, podzielić los jego właścicielki). Dziewczyny kupowały kolorowe spódnice, mocno wydekoltowane bluzki i jaskrawe apaszki.

I do tego właśnie przybytku grzechu i rozpusty, na oczach Władki i całego miasteczka, z głową ostrzyżoną jak u rekruta weszła Weronika.

– Dzień dobry – zaczęła nieśmiało, rozglądając się za Celinką.

Celinka złożyła talię kart, z których właśnie układała pasjansa, i obrzuciła Weronikę ciekawym spojrzeniem.

– Na zachodzie większość starszych pań właśnie tak obcina włosy. – Popatrzyła z aprobatą na głowę Weroniki.

Weronika milczała. Podeszła do wieszaków i spojrzała pytająco na Celinkę.

– Szukam czegoś... odpowiedniego. Spodni, spódnicy, sweterka, bluzki.

Celinka podniosła się z miejsca i poprawiła spodnie ledwie osłaniające wzgórek Wenery.

– Mam tu ładny szary kostium – zaczęła, ale w twarzy Weroniki pojawiło się coś takiego, że urwała. – Ale pani chyba nie lubi szarego.

Przerzuciła kilka wieszaków i podała Weronice miękką czarną spódnicę. Spódnica sięgała grubo poniżej kolan, ba, prawie do pół łydki, ale leżała jak ulał.

Weronika okręciła się niezgrabnie dokoła, a zza zasłony oddzielającej przymierzalnię od sklepu sfrunął koralowy golf.

– I do tego paseczek – zanuciła Celinka. – Ale botki trzeba będzie kupić w GS-ie.

Weronika wyszła z przymierzalni i stanęła oko w oko z córką sąsiadki.

No, lepiej być nie mogło – pomyślała, ale oczy dziewczyny tylko prześlizgnęły się po niej.

– I kurteczka. – Celinka pomogła Weronice założyć czarną pikowaną kurtkę.

Z lustra patrzyła prosto na Weronikę starsza kobieta o nieco surowych rysach twarzy, z ironicznym grymasem wokół ust.

– Kąciki ust należy trzymać do góry – rzuciła mimochodem Celinka. – I będzie dobrze.

Otworzyła nieduży wiklinowy koszyczek i wyjęła z niego parę klipsów w kolorze swetra.

– Prezent od firmy. – Zanim Weronika zdążyła zaprotestować, już miała je przypięte do uszu. – No i o to nam chodziło! – Celinka uśmiechnęła się szeroko i przygładziła rękaw koralowego swetra. – Niech pani wyrzuci te rzeczy do kosza – dodała, patrząc na ubranie Weroniki przewieszone przez krzesło w przymierzalni. – Proszę tu do mnie zaglądać – zaprosiła ją, wydając resztę.

Weronika schowała pieniądze, pamiętając o trzymaniu kącików ust do góry. Wyglądam zupełnie jak Marcelina – pomyślała, spoglądając w lustro.

– Proszę pamiętać o czymś na głowę – dodała Celinka.

Sfilcowany beret przeleciał kilka metrów w powietrzu jak niezidentyfikowany obiekt latający. Weronika schyliła się, podniosła go z ziemi i rzuciła jeszcze raz.

I wtedy za jej plecami ktoś się roześmiał.

Znieruchomiała. Powoli się odwróciła.

Starszy pan trzymał na smyczy niedużego foksteriera i serdecznie się śmiał.

– Nowa dyscyplina sportowa... – wyciągnął do Weroniki rękę. – Jestem Andrzej, Andrzej Młody.

Weronika parsknęła śmiechem, zanim zastanowiła się, co robi. Starszy pan pokiwał głową.

– Jestem przyzwyczajony – stwierdził. – A pani...? Pani...?

Zawiesił głos. Zbita z tropu Weronika poprawiła lewy klips.

– Przepraszam – wyjąkała. – Muszę iść zażyć lekarstwo.

Nerwowym truchcikiem przebiegła przez alejkę i zatrzymała się dopiero za krzewami leszczyny.

– Proszę pani, beret! – dobiegł jej uszu głos nieznajomego.

Dom wydał się jej obcy i szary.

W zasadzie tak naprawdę nigdy nie był domem – pomyślała. Bez tych wszystkich sympatycznych drobiazgów, na których osiada kurz, bez malutkich filiżanek, z których można we dwoje wypić kawę, bez szmacianych chodniczków... przesiąknięty praktycyzmem Karola, surowy, zimny jak... grobowiec.

– Dosyć! – warknęła tonem tak nieprzyjaznym, że Marcelina prychnęła i nastroszyła ogon.

Weronika powiesiła kurtkę na wieszaku tak, żeby móc ją cały czas widzieć, przebrała się w wiśniowy, welurowy dres i otworzyła komodę.

Na dolnej półce leżał kraciasty obrus i para koronkowych zazdrostek.

Weronika zapaliła świecę. W jej pomarańczowym świetle pokój wydawał się mniejszy i bardziej przytulny. Kraciasty obrus pasował do stołu, a fajansowy kubek z podstawką był akurat taki, jaki powinien być.

Nalała sobie herbaty. Spojrzała na Marcelinę, napełniła podstawkę śmietanką i podsunęła kotce. Marcelina oparła o blat przednie łapki w białych skarpetkach i jej mruczenie wypełniło pokój.

Zegar u sąsiadów wybił północ.

Weronika spojrzała na koralowy golf, czarną spódnicę i roztarła obolałe od klipsów płatki uszu.

– Dziesięć lat – zwróciła się do Marceliny. – No tylko popatrz. Minął zaledwie jeden dzień...

Spojrzała na swoje pomarszczone dłonie pokryte brązowymi plamkami, na nierówno obcięte paznokcie i zanotowała na kartce – „PILNICZEK. KREM”.

Przypomniała sobie nagle wszystkie sobotnie popołudnia spędzone na sprzątaniu, wycieraniu kurzu, na uciszaniu Marcinka, żeby nie hałasował zbytnio, gdy Karol czytał gazetę, koronkową bluzkę, którą Karol cisnął do pieca, bo nie wydała mu się odpowiednia dla kobiety w średnim wieku... bluzkę, w której wyglądała tak ładnie. Przypomniał się jej nagle dzień, gdy Karol boleśnie chwycił ją za ramię – chyba to było wtedy, gdy zobaczyła potrąconego przez samochód psa, leżącego na poboczu, i usiłowała skłonić Karola, aby zatrzymał się, a kiedy nie chciał, położyła rękę na klamce...

– Ty skurwysynie! – wrzasnęła z niespotykaną u niej pasją i przedarła na pół fotografię leżącą wśród odprysków szkła na szufelce, tak, jak je pozostawił anioł. – Ty cholerny kutasie!

Zamarła, zaskoczona, że zna takie słowa. Ale oprócz niej i Marceliny nikt niczego nie słyszał.

Jutro wybiorę się do parku – postanowiła, kładąc się do snu w ciemnozielonej, satynowej piżamie. I kiedy anioł przyszedł sprawdzić, jak minął pierwszy dzień z dziesięciu lat, Weronika spała zdrowym, mocnym snem na połowie łóżka, której łaskawie ustąpiła jej Marcelina.