Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 367 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wdowa - Fiona Barton

Przez lata Jean przemilczała wiele szczegółów zbrodni, o popełnienie której podejrzewano jej męża. Była zbyt pochłonięta rolą idealnej żony, trwającej u boku ukochanego człowieka mimo oskarżycielskich spojrzeń opinii publicznej i anonimowych pogróżek. Kiedy mężczyzna umiera, Jean zdaje sobie sprawę, że nadszedł moment, w którym może opowiedzieć swoją historię. Ale to od niej zależy, czy będzie zgodna z prawdą…

Opinie o ebooku Wdowa - Fiona Barton

Fragment ebooka Wdowa - Fiona Barton

Rozdział 1

Środa, 9 czerwca 2010 roku

Wdowa

Słyszę, jak ciężkim krokiem zbliża się do domu. Wysokie obcasy z chrzęstem wbijają się w żwirową ścieżkę. Jest już prawie pod drzwiami. Zatrzymuje się na chwilę z wahaniem, odgarnia włosy z twarzy. Niezłe ciuchy – żakiet z dużymi guzikami, pod spodem porządna sukienka, a na głowie okulary. Na pewno nie świadek Jehowy ani laburzystka. Pewnie reporterka, ale nie ta co zwykle. To już druga dzisiaj, czwarta w tym tygodniu, a mamy dopiero środę. Mogę się założyć, że powie: „Przepraszam, że nachodzę panią w tak trudnych chwilach”. Wszyscy oni tak mówią i przybierają ten niby-współczujący wyraz twarzy. Jakby rzeczywiście coś ich to obchodziło.

Zobaczymy, czy zadzwoni drugi raz. Ten z rana zadzwonił. Niektórym wyraźnie nie chce się już próbować. Kiedy tylko zdejmą palec z dzwonka, odwracają się na pięcie i czym prędzej odcho dzą, wsiadają do samochodów i znikają. Mogą zameldować szefowi, że pukali, ale im nie otworzyła. Żałosne.

Najpierw dzwoni dwa razy, potem puka do drzwi głośno i stanowczo. Puk-puk-stuku-puk-puk. Jak policja. Zauważa mnie w szparze między firankami i uśmiecha się szeroko. Moja mama nazwałaby to hollywoodzkim uśmiechem. Potem znowu puka.

Kiedy otwieram drzwi, podnosi butelkę mleka z progu i wręcza mi ją ze słowami:

– Nie powinna pani zostawiać mleka na dworze, zepsuje się. Mogę wejść? Robi pani może herbatę?

Nie mogę oddychać, a co dopiero odpowiedzieć. Ona znowu się uśmiecha i przekrzywia lekko głowę.

– Kate – przedstawia się. – Kate Waters, reporterka „Daily Post”.

– Jestem… – zaczynam, ale nagle dociera do mnie, że wcale o to nie spytała.

– Wiem, kim pani jest, pani Taylor – odpowiada. W powietrzu wiszą słowa: „To pani jest tematem tygodnia”. – Nie stójmy tak w progu – dodaje i nie wiedzieć kiedy wchodzi do środka.

Oszołomiona obrotem wydarzeń nie mogę wydusić słowa. Ona bierze moje milczenie bierze za zgodę, więc zanosi butelkę mleka do kuchni i zaczyna parzyć herbatę. Idę za nią. W niewielkiej kuchni trochę nam ciasno. Kobieta krząta się – nalewa wodę do czajnika, otwiera wszystkie szafki po kolei w poszukiwaniu kubków i cukru – ja zaś stoję i nie próbuję jej powstrzymać.

Zagaduje mnie o zabudowę kuchenną.

– Piękna kuchnia, wygląda bardzo świeżo. Chciałabym taką mieć. Sami ją państwo wybrali?

Czuję się jak podczas pogawędki z koleżanką. Nie tak wyobrażałam sobie rozmowę z reporterką. Spodziewałam się raczej przesłuchania – jak na policji. Długiej, męczącej serii pytań. Tak mówił o tym Glen, mój mąż. Wszystko przebiega jednak zupełnie inaczej.

– Tak. Zdecydowaliśmy się na białe fronty z czerwonymi uchwytami, bo wyglądają schludnie – odpowiadam.

Stoję we własnej kuchni i dyskutuję z reporterką o szafkach. Glen dostałby szału.

– Tędy, prawda? – pyta, a ja otwieram drzwi do salonu.

Trudno powiedzieć, czy przeszkadza mi jej obecność, sama nie wiem, co czuję. Wydaje mi się, że nie wypada teraz protestować – przecież po prostu gawędzimy sobie przy herbacie. Może to śmieszne, ale całkiem pochlebia mi jej zainteresowanie. Pod nieobecność Glena często czuję się samotna w pustym domu.

Co więcej, Kate Waters najwyraźniej ma wszystko pod kontrolą. Całkiem przyjemnie czuć, że ktoś znowu przejął stery. Zaczynałam już wpadać w panikę, że od tej pory będę musiała sama sobie radzić, ale ona obiecuje, że wszystkim się zajmie.

Muszę tylko opowiedzieć jej o swoim życiu.

O moim życiu? Tak naprawdę wcale nie interesuje się mną. Nie zapukała przecież do drzwi, żeby wysłuchiwać historii o Jean Taylor. Chce poznać prawdę o nim. O Glenie. Moim mężu.

Mój mąż zginął trzy tygodnie temu. Przejechał go autobus przed supermarketem Sainsbury’s. Właśnie stamtąd wychodziliśmy i on narzekał, że kupiłam nie takie płatki śniadaniowe, a chwilę później leżał martwy na drodze. Podobno odniósł obrażenia głowy. W każdym razie – umarł. Ja tylko stałam i patrzyłam na jego ciało. Ludzie biegali w tę i z powrotem, szukali koców. Na chodniku rozlała się plama krwi, ale niewielka. Byłby zadowolony. Nie lubił bałaganu.

Wszyscy obchodzili się ze mną jak z jajkiem, próbowali jak najszybciej zakryć ciało, żebym nie musiała go oglądać, ale ja cieszyłam się, że odszedł. Nareszcie koniec z tymi jego bzdurami.

Rozdział 2

Środa, 9 czerwca 2010 roku

Wdowa

W szpitalu oczywiście pojawiła się policja. Sam komisarz Bob Sparkes pofatygował się na oddział ratunkowy, żeby wypytać mnie o Glena.

Nie powiedziałam nic ani jemu, ani innym policjantom. Oznajmiłam, że nie mam nic do dodania, że nie czuję się na siłach rozmawiać. Trochę popłakałam.

Komisarz Bob Sparkes od dawna jest ważną częścią mojego życia (to już ponad trzy lata), ale myślę, że może zniknie z niego wraz z tobą, Glen.

Oczywiście nie mówię tego wszystkiego Kate Waters. Siedzi w fotelu w moim salonie, obejmuje dłońmi kubek z herbatą i buja stopą.

– Jean – już nie zwraca się do mnie per pani – ostatni tydzień musiał być dla ciebie straszny. Zwłaszcza po wszystkim, co przeszłaś.

Nie odpowiadam, wbijam wzrok w swoje kolana. Ona nie ma pojęcia, co przeżyłam. Nikt tak naprawdę tego nie wie. Nie potrafiłam nikomu o tym opowiedzieć. Glen uznał, że tak będzie najlepiej.

Przez chwilę siedzimy w milczeniu, potem dziennikarka próbuje innej metody. Wstaje i bierze z kominka zdjęcie, na którym oboje jesteśmy roześmiani.

– Wyglądacie tu tak młodo – mówi. – To jeszcze przed ślubem?

Kiwam głową.

– Znaliście się od dawna? Poznaliście się w szkole?

– Nie, nie w szkole. Na przystanku autobusowym – odpowiadam. – Był bardzo przystojny i dowcipny. Miałam siedemnaście lat, uczyłam się na fryzjerkę w Greenwich. On pracował w banku. Trochę starszy, nosił garnitury i eleganckie buty. Inny niż wszyscy.

Snuję romantyczną opowieść. Kate Waters bierze ją za dobrą monetę. Gorliwie zapisuje wszystko w notatniku, raz po raz zerkając na mnie sponad tych swoich małych okularów i kiwając głową ze zrozumieniem. Mnie nie oszuka.

Tak naprawdę z początku Glen nie wydawał się szczególnie romantyczny. Nasze zaloty odbywały się głównie po ciemku – w kinie, na tylnym siedzeniu jego escorta, w parku – i w milczeniu. Do dziś jednak pamiętam pierwsze wyznanie miłości. Całe ciało zaczęło mnie szczypać, stałam się świadoma każdego fragmentu skóry. Pierwszy raz w życiu poczułam, że naprawdę żyję. Odparłam, że też go kocham. Do szaleństwa. Że nie mogę spać ani jeść, bo ciągle o nim myślę.

Snułam się po domu, a matka mówiła, że to tylko „fascynacja”. Nie do końca rozumiałam, co oznacza to słowo, ale wiedziałam, że każdą chwilę chcę spędzać z Glenem. On twierdził, że czuje to samo. Myślę, że mama była nieco zazdrosna, zaborcza. Uzależniona ode mnie.

– Ona jest za mało samodzielna, Jeanie – powiedział Glen. – To niezdrowe, wszędzie chodzić z córką.

Próbowałam wytłumaczyć mu, że mama boi się sama wychodzić z domu. Glen uważał to za przejaw egoizmu.

Bardzo się o mnie troszczył: w pubie zawsze szukał miejsca oddalonego od baru („Nie chcę, żeby przeszkadzał ci hałas”), w restauracji zamawiał za mnie, żebym poznawała nowe smaki („Posmakuje ci, Jeanie. Spróbuj”). Próbowałam więc i czasem te nowe smaki rzeczywiście mnie zachwycały. A jeśli nie, nic nie mówiłam, żeby go nie urazić. Jeśli mu się sprzeciwiałam, przestawał się odzywać. Nie cierpiałam tych sytuacji. Czułam wtedy, że go zawiodłam.

Nigdy wcześniej nie spotykałam się z kimś takim jak Glen, z kimś, kto wiedział, co chce w życiu osiągnąć. Moi poprzedni chłopcy byli… cóż, właśnie chłopcami.

Kiedy dwa lata później Glen mi się oświadczył, nie uklęknął na jedno kolano. Przytulił mnie mocno i powiedział:

– Jesteś moja, Jeanie. Jesteśmy sobie pisani. Weźmy ślub.

Udało mu się już przekonać do siebie mamę. Przynosił jej kwiaty („Mały drobiazg dla drugiej kobiety mojego życia” – mówił, a ona śmiała się kokieteryjnie), zagadywał o ostatni odcinek Coronation Street albo o rodzinę królewską i mama bardzo go polubiła. Mówiła, że szczęściara ze mnie, że dzięki niemu nabrałam wiary w siebie. Wiedziała, że będzie się o mnie troszczył. I rzeczywiście tak było.

– Jaki wtedy był? – pyta Kate Waters. Pochyla się, żeby zachęcić mnie do mówienia. Wtedy. Ma na myśli czasy, zanim stało się wszystko co złe.

– Był cudownym człowiekiem. Czułym, zakochanym we mnie po uszy. Zrobiłby dla mnie wszystko – odpowiadam. – Ciągle przynosił mi kwiaty i prezenty. Nazywał mnie tą jedyną. Zawrócił mi w głowie. Miałam przecież tylko siedemnaście lat.

Jest zachwycona. Zapisuje wszystko dziwnymi bazgrołami i znów patrzy na mnie. Próbuję powstrzymać się od śmiechu. Wyrywa mi się parsknięcie, na szczęście brzmi raczej jak szloch. Kate wyciąga rękę i delikatnie dotyka mojego ramienia.

– Nie denerwuj się – mówi. – Już po wszystkim.

I ma rację. Koniec z policją, koniec z Glenem. Koniec z jego bzdurami.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaczęłam używać tego określenia. Samo zjawisko pojawiło się na długo przed tym, zanim znalazłam dla niego nazwę. Wcześniej zbyt pochłonęło mnie pilnowanie, by nasze małżeństwo było idealne. Huczne wesele w Charlton House stanowiło jego początek.

Rodzice uważali, że dziewiętnaście lat to zbyt młody wiek na małżeństwo, ale udało nam się ich przekonać. Właściwie to Glenowi się udało. Wykazał się taką determinacją i takim oddaniem, że ojciec w końcu wyraził zgodę i mogliśmy uczcić zaręczyny butelką lambrusco.

Na wesele jedynaczki rodzice wydali fortunę. Całymi dniami przeglądałam z mamą zdjęcia w magazynach ślubnych i marzyłam o wielkim dniu. Moim wielkim dniu. Kurczowo trzymałam się tej myśli, wypełniałam nią całe życie. Glen nie mieszał się do przygotowań.

– To twoja działka – mawiał ze śmiechem.

Brzmiało to tak, jakby i on miał swoją działkę. Zakładałam, że ma na myśli pracę – czasem nazywał siebie głównym żywicielem rodziny.

– Wiem, że to trochę staroświeckie, Jeanie, ale chcę się tobą zaopiekować. Jesteś jeszcze taka młoda, przed nami całe życie.

Zawsze snuł ambitne plany, opowieści o nich brzmiały wspaniale. Zamierzał najpierw zostać kierownikiem oddziału, potem założyć firmę, zostać swoim własnym szefem i zarabiać masę pieniędzy. Oczyma wyobraźni widziałam go w eleganckim garniturze, z sekretarką i wielkim samochodem. Ja zaś miałam trwać u jego boku.

– Nie zmieniaj się, Jeanie. Kocham cię taką, jaka jesteś – powtarzał.

Kupiliśmy więc dom pod numerem 12 i wprowadziliśmy się tam po ślubie. Po tylu latach nadal w nim mieszkamy.

Ogródek przed domem wysypaliśmy żwirem, „żeby zaoszczędzić na koszeniu”, jak powiedział Glen. Ja wolałabym trawę, ale dla Glena liczyły się ład i porządek. Z początku nie układało nam się najlepiej. Byłam bałaganiarą, mama wiecznie musiała wyławiać spod mojego łóżka brudne talerze i pojedyncze skarpetki pokryte kłębami kurzu. Gdyby Glen to zobaczył, umarłby na miejscu.

Do dziś pamiętam jego mocno zaciśnięte zęby i oczy zwężone w szparki, kiedy – niedługo po ślubie – zobaczył, że po kolacji dłonią zgarnęłam okruchy ze stołu na podłogę. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy – wcześniej bezwiednie robiłam to setki razy. Nie powtórzyłam tego już nigdy więcej. Tak naprawdę dobrze mi to zrobiło: Glen nauczył mnie dbania o dom. Jak wspomniałam, lubił ład i porządek.

Na początku naszego wspólnego życia Glen nieustannie opowiadał mi o pracy w banku – o swoich obowiązkach, o podwładnych, którzy nie poradziliby sobie bez niego, o żartach, jakie robili sobie nawzajem z kolegami, o nieznośnym szefie („Ma strasznie wysokie mniemanie o sobie, Jeanie”), o współpracownikach: Joy i Liz z administracji, pryszczatym kasjerze Scotcie, który przy każdej okazji oblewa się rumieńcem, stażystce May, która ciągle robi coś nie tak. Uwielbiałam go słuchać, poznawać historie z jego świata.

Też pewnie czasem opowiadałam mu o pracy, tylko że jakoś zawsze szybko wracaliśmy do spraw w banku.

– Bycie fryzjerką to może i nie jest najciekawsze zajęcie świata – powtarzał – ale tobie idzie świetnie. Jestem z ciebie dumny, Jeanie.

Mówił, że chce mi pomóc polubić samą siebie. I udało mu się to. Dzięki jego miłości czułam się bezpiecznie.

Kate Waters patrzy na mnie i znowu kiwa głową. Muszę przyznać, że jest niezła. Nigdy wcześniej nie rozmawiałam z dziennikarzami – chyba że kazałam im zostawić mnie w spokoju – co dopiero mówić o wpuszczeniu reportera do domu. Od lat przychodzili pod moje drzwi, lecz do dziś żaden nie dostał się do środka. Glen tego dopilnował.

Teraz jednak go nie ma, a Kate Waters wydaje mi się inna niż pozostali. Powiedziała, że czuje między nami „prawdziwą więź”, jakbyśmy znały się od lat. Wiem, co ma na myśli.

– Jego śmierć musiała być dla ciebie strasznym szokiem – mówi i znów lekko ściska moje ramię.

W milczeniu kiwam głową.

Nie mogę opowiedzieć jej o tych wszystkich bezsennych nocach, kiedy marzyłam o śmierci Glena. Może nawet nie tyle o śmierci – nie życzyłam mu bólu ani cierpienia – ile o tym, żeby po prostu zniknął. Wyobrażałam sobie telefon z policji.

– Pani Taylor? – zapytałby niski głos w słuchawce. – Bardzo mi przykro. Mam złe wieści.

Oczekiwanie na następne zdanie niemal mnie śmieszyło.

– Obawiam się, że pani mąż zginął w wypadku.

Potem oczyma wyobraźni widziałam, bardzo realistycznie, jak wybucham płaczem i wybieram numer jego matki, by przekazać jej tragiczną wiadomość.

– Mary – powiedziałabym – bardzo mi przykro. Mam złe wieści. Glen nie żyje.

Słyszę, jak zaskoczona zachłystuje się powietrzem. Czuję jej ból, współczucie przyjaciół i rodziny z powodu mojej straty. A potem ukryty dreszczyk podniecenia.

Ja jako pogrążona w żałobie wdowa. Nawet mnie nie rozśmieszajcie.

Rzecz jasna, kiedy rzeczywiście do tego doszło, nie wydawało się to tak prawdziwe jak moje wyobrażenia. Przez chwilę zdawało mi się, że słyszę w głosie teściowej porównywalną z moją ulgę, że to wszystko się skończyło, potem jednak odłożyła słuchawkę, łkając za swoim synem. Nie miałam już przyjaciół, rodziny została mi garstka.

Kate Waters szczebiocze, że musi skorzystać z łazienki, a przy okazji dorobi nam herbaty. Nie protestuję, podaję jej swój kubek i pokazuję drogę do toalety dla gości. Po jej wyjściu szybko obrzucam wzrokiem cały pokój, żeby upewnić się, że na wierzchu nie leżą żadne rzeczy Glena. Żadnych pamiątek, które mogłaby ukraść. Glen mnie ostrzegał, opowiadał najróżniejsze historie o dziennikarzach. Słyszę dźwięk spłuczki. Wkrótce reporterka wraca z tacą; znów zaczyna opowiadać, jak wyjątkowa ze mnie kobieta, tak wierna i lojalna.

Nie mogę oderwać wzroku od naszego zdjęcia ślubnego – wisi nad kominkiem gazowym. Wyglądamy na nim bardzo młodo, jak dzieci przebrane w stroje rodziców. Kate Waters zauważa moje spojrzenie i zdejmuje zdjęcie ze ściany.

Przysiada na poręczy mojego fotela i razem przyglądamy się fotografii. 6 września 1989 roku. Dzień, w którym stanęliśmy przed ołtarzem. Sama nie wiem, czemu zaczynam płakać – to pierwsze szczere łzy od czasu śmierci Glena. Kate Waters obejmuje mnie ramieniem.

Rozdział 3

Środa, 9 czerwca 2010 roku

Reporterka

Kate Waters wierciła się w fotelu. Żałowała wypitej wcześniej kawy – teraz, kiedy jeszcze poprawiła herbatą, pęcherz zaczął nadawać sygnały alarmowe. Chyba będzie musiała zostawić Jean Taylor samą z jej myślami. Na tym etapie to nie najlepszy pomysł, zwłaszcza że Jean wyraźnie ucichła i popijała herbatę ze wzrokiem utkwionym w dal. Kate rozpaczliwie nie chciała zerwać nici porozumienia, jaka się między nimi zawiązała. Sytuacja wymagała niezwykłej ostrożności – wystarczyło na chwilę stracić kontakt wzrokowy, żeby atmosfera uległa diametralnej zmianie.

Steve, jej mąż, porównał kiedyś jej pracę do tropienia zwierzyny łownej. Wypił do kolacji o jedną lampkę wina za dużo i zaczął popisywać się przed gośćmi.

– Podchodzi ich coraz bliżej i bliżej, podkarmia miłym słowem i dowcipem, kusi honorarium, szansą na przedstawienie swojej wersji wydarzeń, aż w końcu jedzą jej z ręki. To wielka sztuka – opowiadał znajomym zgromadzonym przy stole w ich jadalni.

Tego wieczoru zaprosili na kolację jego kolegów z pracy, z oddziału onkologii. Kate siedziała z profesjonalnym uśmiechem przyklejonym do twarzy i wybąkała tylko:

– No wiesz co, kochanie, chyba masz świadomość, że wcale tak nie jest..

Goście wymieniali nerwowe uśmieszki i sączyli wino. Kiedy przyszła pora na zmywanie, z wściekłością ciskała naczynia do zlewu, zalewając całą podłogę pianą. Wtedy Steve objął ją i pocałował na zgodę.

– Wiesz przecież, że cię podziwiam, Kate – powiedział. – Jesteś świetna w swoim fachu.

Odwzajemniła pocałunek, choć zdała sobie sprawę, że miał rację. Jej praca nieraz przypominała grę albo uwodzicielski taniec, opierała się na nawiązaniu błyskawicznej więzi z podejrzliwym, czasem nawet wrogim nieznajomym. Uwielbiała to. Kochała zastrzyk adrenaliny, kiedy pierwsza stawała na czyimś progu, zostawiając peleton w tyle, naciskała dzwonek i słyszała dobiegające z domu odgłosy, obserwowała przez matową szybę zbliżającą się sylwetkę, a w chwili otwarcia drzwi zaczynała grać swoją rolę.

Reporterzy mieli różne strategie postępowania w takich sytuacjach. Znajomy, który kiedyś razem z nią przygotowywał się do zawodu, przybierał wygląd zbitego psiaka, żeby wzbudzić współczucie. Jedna z koleżanek zawsze zrzucała winę na naczelnego za to, że kazał jej znowu zapukać, inna zaś wepchała raz sobie poduszkę pod sweter, symulując ciążę, i zapytała, czy może skorzystać z toalety.

To wszystko nie w jej stylu. Kate miała własne zasady: uśmiechać się, nie stać zbyt blisko drzwi, nie zaczynać od przeprosin i odwrócić uwagę od faktu, że zbiera materiał do artykułu. Zdarzało jej się już stosować sztuczkę z butelką mleka, ale coraz rzadziej spotykało się mleczarzy. Była z siebie bardzo zadowolona – udało jej się wejść za próg bez większego problemu.

Prawdę mówiąc, wcale nie chciała tu przychodzić. Wolałaby jak najszybciej wrócić do redakcji i wypełnić wniosek o zwrot kosztów służbowych, zanim przyjdzie wyciąg z karty kredytowej i wyczyści jej konto. Naczelny, Terry Deacon, nie chciał jednak nawet o tym słyszeć.

– Zapukaj do wdowy, masz po drodze – krzyczał do słuchawki, próbując zagłuszyć serwis informacyjny z ustawionego na cały regulator radia. – Nigdy nie wiadomo. Dziś może być ten dzień.

Westchnęła. Terry nie musiał tłumaczyć, kogo ma na myśli. W tym tygodniu boje toczyły się o wywiad z jedną tylko wdową. Wiedziała też, że to mocno wydeptana ścieżka. Troje innych pracowników „Posta” już próbowało – musiała być ostatnim dziennikarzem w kraju stającym pod tymi drzwiami. Prawie ostatnim.

Przy skręcie w ulicę, na której stał dom Jean Taylor, Kate odruchowo się rozejrzała i od razu dostrzegła reportera z „The Times” stojącego obok samochodu. Nudny krawat, łaty na łokciach, przedziałek z boku. Standard. Powoli posuwała się naprzód w sznurze wlokących się samochodów i nie spuszczała przeciwnika z oka. Będzie musiała zrobić rundkę po okolicy, licząc na to, że facet w końcu sobie pojedzie.

– Niech to szlag – rzuciła pod nosem. Włączyła lewy kierunkowskaz i zaparkowała w bocznej uliczce.

Przejrzała gazety, a po kwadransie z powrotem zapięła pasy i odpaliła silnik. Wtedy zadzwoniła komórka – musiała długo grzebać w torbie, żeby ją znaleźć. W końcu wyłowiła telefon z samego dna, zobaczyła na wyświetlaczu numer Boba Sparkesa i wyłączyła silnik.

– Cześć, Bob, co słychać? Coś się stało?

Komisarz Bob Sparkes na pewno czegoś chciał: co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Nie należał do ludzi, którzy dzwonią, żeby sobie pogadać. Mogła się założyć, że rozmowa nie potrwa dłużej niż minutę.

– Cześć, Kate. U mnie w porządku, dzięki. Jak zwykle masa roboty. Mam teraz parę spraw, nic ciekawego. Słuchaj, ciągle zajmujesz się Glenem Taylorem?

– Jezu, Bob, śledzisz mnie? Właśnie mam zapukać do drzwi Jean Taylor.

Sparkes się roześmiał.

– Nie martw się, z tego co wiem, nikt od nas cię nie obserwuje.

– Powinnam coś wiedzieć? – zapytała Kate. – Pojawiły się jakieś nowe informacje po śmierci Taylora?

– Nie, nic – w jego głosie pobrzmiewał wyraźny zawód. – Myślałem, że może ty coś wiesz. Daj mi znać, jeśli Jean coś ci powie. Będę wdzięczny.

– Zadzwonię potem – odparła. – Ale pewnie zatrzaśnie mi drzwi przed nosem. Tak przynajmniej było z innymi reporterami.

– Okej, pogadamy później.

Koniec. Rzuciła okiem na ekran telefonu i uśmiechnęła się pod nosem. Czterdzieści jeden sekund. Nowy rekord. Nie omieszka mu tego wypomnieć przy najbliższej okazji.

Pięć minut później wjechała w nieokupowaną już przez media ulicę i pokonała ścieżkę prowadzącą do domu Jean Taylor.

Teraz naprawdę potrzebowała jej relacji.

„Na miłość boską, skup się!” – myślała, wbijając paznokcie w dłoń, żeby odwrócić swoją uwagę od pełnego pęcherza. Nic z tego.

– Jean, czy mogłabym skorzystać z toalety? – zapytała w końcu z przepraszającym uśmiechem. – Herbata praktycznie od razu przez człowieka przelatuje, prawda? Zaparzę nam jeszcze po jednej, jeśli masz ochotę.

Jean skinęła głową, wstała i pokazała jej drogę.

– Tutaj – powiedziała i usunęła się na bok, by wpuścić Kate do ubikacji o brzoskwiniowych ścianach.

Myjąc ręce pachnącym mydłem dla gości, Kate zerknęła na swoje odbicie w lustrze i pomyślała, że wygląda na nieco zmęczoną. Wygładziła niesforne włosy i opuszkami palców poklepała worki pod oczami zgodnie z radą kosmetyczki, do której chodziła czasem na maseczkę.

Stała sama w kuchni, czekała aż woda w czajniku się zagotuje i z nudów przyglądała się zapiskom i magnesom na lodówce. Listy zakupów i pamiątki z wakacji – nic szczególnego. Na zdjęciu z nadmorskiej restauracji uśmiechnięci Taylorowie wznosili kieliszki w stronę aparatu. Glen, ciemnowłosy i rozczochrany, miał na ustach wakacyjny uśmiech. Jean, starannie uczesana na tę okazję, z ciemnoblond włosami schludnie zatkniętymi za uszy i eleganckim makijażem lekko rozmazanym z powodu upału, patrzyła z ukosa na męża.

„Z uwielbieniem czy strachem?” – zastanawiała się Kate.

Ostatnie kilka lat wyraźnie odbiło się na wyglądzie kobiety z fotografii. Jean siedziała teraz w bojówkach, luźnej koszulce i swetrze, kosmyki jej włosów wymykały się z niedbałego kucyka. Steve często podśmiewał się, że Kate zauważa takie drobiazgi, ale tego wymagał od niej ten zawód.

– Jestem wyszkoloną podglądaczką – żartowała.

Uwielbiała zwracać uwagę na drobne, lecz niezwykle wymowne szczegóły. Od razu spostrzegła szorstką, spękaną skórę dłoni Jean („Ręce fryzjerki” – pomyślała) i poobgryzane z nerwów skórki wokół paznokci.

Zmarszczki wokół oczu wdowy mówiły same za siebie.

Kate wyjęła telefon i sfotografowała zdjęcie z wakacji. Zauważyła, że kuchnia jest nieskazitelnie czysta – nie to co u niej, gdzie nastoletni synowie nagminnie zostawiali za sobą szlak resztek po niedojedzonym śniadaniu: brudne kubki z kawą, kwaśniejące mleko, nadgryzione grzanki, odkręcony słoik dżemu z wetkniętym nożem… No i oczywiście uświnione stroje piłkarskie gnijące na podłodze.

Czajnik wyłączył się z cichym kliknięciem, a wraz z nim myśli o domu. Zaparzyła herbatę i zaniosła tacę z kubkami do pokoju.

Jean nieobecnym wzrokiem wpatrywała się w przestrzeń i obgryzała kciuk.

– Od razu lepiej – stwierdziła Kate i opadła na fotel. – Przepraszam za przerwę. Na czym skończyłyśmy?

Musiała przyznać, że zaczynała się niepokoić. Spędziła z Jean prawie godzinę, zapisała niemal cały notes krótszymi i dłuższymi historiami z jej dzieciństwa i pierwszych lat małżeństwa, jednak nic więcej. Za każdym razem, kiedy udawało jej się nieco zbliżyć do sedna, Jean zmieniała temat na bezpieczniejszy. Wdały się nawet w długą dyskusję o problemach wychowawczych. Potem Kate odebrała w końcu telefon od uporczywie wydzwaniającego naczelnego.

Terry dał wyraz swojej radości, kiedy dowiedział się, gdzie jest Kate.

– Doskonale! – zawołał do słuchawki. – Dobra robota. Czego się dowiedziałaś? Kiedy możesz oddać tekst?

Pod czujnym wzrokiem Jean Taylor, Kate wymamrotała tylko:

– Poczekaj chwilę, Terry. Strasznie tu kiepski zasięg – i wymknęła się do ogrodu na tyłach domu, kręcąc przy tym głową w udawanej irytacji.

– Na miłość boską, Terry, siedziała tuż obok mnie. Nie mogę teraz rozmawiać – wysyczała. – Szczerze mówiąc, idzie nam dość opornie, choć mam wrażenie, że zaczyna mi ufać. Potrzebuję czasu.

– Podpisała umowę? – zapytał Terry. – Niech podpisze, potem będziemy mogli się nie śpieszyć.

– Nie chcę za bardzo nalegać, żeby jej nie zniechęcić, Terry. Zrobię, co w mojej mocy. Pogadamy później.

Kate z całej siły wcisnęła wyłącznik i zaczęła rozważać następny ruch. Może powinna od razu powiedzieć o pieniądzach? Herbatę i współczucie mogła odhaczyć, pora kończyć z owijaniem w bawełnę.

Może Jean nie powodziło się najlepiej po śmierci męża?

W końcu nie zarabiał już na dom. Ale też nie mógł powstrzymać jej od mówienia.

Rozdział 4

Środa, 9 czerwca 2010 roku

Wdowa

Ona siedzi tu od godziny. Jeszcze nie tak dawno temu od razu bym ją wyprosiła. Do tej pory nie miewałam oporów przed posyłaniem dziennikarzy do diabła. To nietrudne, skoro są tacy nieuprzejmi. Pukają, witają się i od progu puszczają serię pytań. Okropnych, niedyskretnych pytań. Kate Waters nie porusza trudnych kwestii, przynajmniej na razie.

Omówiłyśmy masę najróżniejszych tematów: kiedy kupiliśmy z Glenem dom, ceny nieruchomości na przedmieściach, jakie zmiany i ulepszenia wprowadziliśmy, ceny farb, jaka jest okolica, gdzie dorastałam i chodziłam do szkoły, i tak dalej. Przytakuje każdemu mojemu słowu: „W mojej szkole było tak samo! Nie znosiłam nauczycieli, ty też?” Coś w tym rodzaju. Czuję się, jakbym gadała z koleżanką. Jakby nic nas nie różniło. To całkiem sprytne. Pewnie zawsze tak robi podczas wywiadu.

W sumie nie wydaje się taka zła. Mogłabym ją nawet polubić. Ma poczucie humoru i sprawia wrażenie dobrej osoby, ale może to tylko gra. Opowiada o mężu (nazywa go swoim „starym”), że musi potem do niego zadzwonić i uprzedzić o ewentualnym późnym powrocie. Nie wiem za bardzo dlaczego – jeszcze nawet nie ma pierwszej, a ona mieszka pół godziny drogi stąd – ale każę jej od razu zatelefonować, żeby się nie martwił. Glen na pewno by się niepokoił. Urządziłby mi awanturę, gdybym nie uprzedziła go, że się spóźnię.

– To nie fair w stosunku do mnie, Jeanie – powiedziałby.

Nie mówię jej tego.

Kate śmieje się tylko i stwierdza, że stary już się przyzwyczaił. Mimo to będzie marudził, że musi zająć się dziećmi. Mówi, że ma dwóch nastolatków, starszego Jake’a i młodszego Freddiego, bezczelnych i pyskatych.

– Powinien ugotować kolację – mówi – ale założę się, że zamówi pizzę. Chłopaki będą zachwycone.

Dzieciaki podobno doprowadzają ich do szału, bo w ogóle nie sprzątają w swoich pokojach.

– Żyją jak w chlewie, Jean – mówi. – Nie uwierzyłabyś, ile misek po płatkach znalazłam w pokoju Jake’a. Praktycznie całą zastawę. Co tydzień gubią skarpetki. Nasz dom stoi chyba w jakimś odzieżowym trójkącie bermudzkim – i znowu wybucha śmiechem, bo tak naprawdę kocha ich niezależnie od bałaganiarstwa.

Ja myślę tylko o jednym: Jake i Freddie, ładne imiona. Odkładam je na później do swojej kolekcji i kiwam głową, jakbym rozumiała, co czuje Kate. Ale nie mogę rozumieć, prawda? Chciałabym mieć jej problemy. Chciałabym móc ponarzekać na swojego nastolatka.

Tymczasem słyszę, że z moich ust wydobywają się słowa:

– Glen nie był zachwycony, kiedy zdarzało mi się trochę zaniedbać dom.

Chciałam chyba pokazać jej, że też mam problemy, że jestem taka jak ona. Co za głupota! Czy mogłabym być taka jak ona? Taka jak ktokolwiek inny? Ja?

Glen zawsze powtarzał, że jestem inna. Kiedy zaczęliśmy się spotykać, ciągle się mną chwalił przed kolegami. Nie potrafiłam tego zrozumieć. Pracowałam w salonie fryzjerskim Hair Today, gdzie przez cały dzień zajmowałam się myciem włosów i parzeniem kawy dla kobiet w średnim wieku. Myślałam, że fryzjerstwo będzie przyjemnym, może nawet prestiżowym zawodem. Spodziewałam się, że będę tworzyć wspaniałe fryzury, wyznaczać nowe trendy, jednak jako siedemnastolatka zaczynałam na samym dole.

– Jean! – wołała Lesley, właścicielka. – Umyj głowę klientce, a potem pozamiataj. – Żadnego „proszę” ani „dziękuję”.

Klientki były w porządku. Chętnie opowiadały mi, co u nich nowego, i zwierzały się z problemów, bo potrafiłam słuchać i – w przeciwieństwie do Lesley – nie próbowałam udzielać im rad. Potakiwałam z uśmiechem i myślałam o czymś innym, a one trajkotały o wnuczku wąchającym klej czy sąsiadce, która podrzuca im psie kupy do ogródka. Zdarzało się, że przez wiele dni nie wyraziłam opinii bardziej zdawkowej niż: „Mhm, to ciekawe” albo zmyślałam plany wakacyjne, żeby podtrzymać rozmowę. Robiłam swoje. Chodziłam na kursy, nauczyłam się strzyc i farbować, w końcu dorobiłam się własnych klientek. Nie zarabiałam kokosów, jednak o zmianie fachu nie mogło być mowy: nie nadawałam się do niczego innego. W szkole nie przykładałam się do nauki. Mama mówiła znajomym, że mam dysleksję, w rzeczywistości po prostu nie ciągnęło mnie do książek.

Potem pojawił się Glen i nagle okazałam się „wyjątkowa”.

W pracy niewiele się zmieniło, tyle że nie mogłam spotykać się z pozostałymi trzema dziewczynami, bo Glen nie chciał, żebym wychodziła bez niego. Mówił, że tamte nie mają chłopaków, więc chcą się tylko upić i z kimś przespać. Pewnie się nie mylił, o ile mogłam wierzyć ich poniedziałkowym opowieściom. Przez jakiś czas się wykręcałam, aż w końcu przestały mnie zapraszać.

Lubiłam pracę, bo nie wiązała się z żadnym stresem, pozwalała nawet myśleć o niebieskich migdałach. Czułam się bezpiecznie, otoczona zapachem kosmetyków i prostowanych włosów, wśród rozmów, szumu wody i huku suszarek, a przede wszystkim dzięki rutynie i przewidywalności. Terminy wizyt, zapisywane w zeszycie tępym ołówkiem, wyznaczały rytm mojego dnia.

O wszystkim decydowano za mnie, nawet o stroju – obowiązywały czarne spodnie i biała koszulka. Za to w soboty musiałyśmy wkładać dżinsy.

– To uwłacza twojemu doświadczeniu. Jesteś stylistką, nie praktykantką, Jeanie – mówił Glen.

Dla mnie jednak znaczyło to, że przez większość tygodnia nie musiałam się zastanawiać, w co się ubrać ani co robić. Wcale mi to nie przeszkadzało.

W salonie wszyscy uwielbiali Glena. Przychodził po mnie w soboty, opierał się o ladę i rozmawiał z Lesley. Mój Glen tak dużo wiedział! Znał się na interesach. Potrafił też każdego rozbawić, nawet kiedy rozmowa dotyczyła poważnych tematów.

– Bystry ten twój mąż – mawiała Lesley. – I jaki przystojny! Szczęściara z ciebie, Jean.

Wiedziałam, że nie potrafi zrozumieć, dlaczego Glen mnie wybrał. Sama czasem nie mogłam w to uwierzyć. Kiedy mu to mówiłam, wybuchał śmiechem i mocno mnie przytulał.

– Masz wszystko, czego chcę – mówił.

Nauczył mnie widzieć rzeczy takimi, jakie są naprawdę. Myślę, że pomógł mi dorosnąć.

Po ślubie nie miałam pojęcia o kosztach prowadzenia domu, więc Glen co tydzień dawał mi pieniądze na życie i kazał zapisywać wydatki. Potem siadaliśmy razem nad zeszytem, a on wszystko podliczał. Tyle się od niego nauczyłam!

Kate znowu coś mówi, ale umknął mi początek. Coś o jakiejś umowie i o pieniądzach.

– Przepraszam – mówię – na chwilę zupełnie odpłynęłam.

Ona uśmiecha się wyrozumiale i pochyla w moją stronę.

– Wiem, że to musi być dla ciebie bardzo trudne, Jean. Dzień i noc użerać się z dziennikarzami koczującymi pod domem. Jedyny sposób, żeby się ich pozbyć, to udzielić w końcu wywiadu. Stracą zainteresowanie i dadzą ci święty spokój.

Kiwam głową na znak, że słucham. Kate bierze mój gest za zgodę i nie może ukryć entuzjazmu.

– Zaczekaj – mówię, lekko spanikowana. – Nie powiedziałam jeszcze ani tak, ani nie. Muszę to przemyśleć.

– Oczywiście chętnie zapłacimy, żeby wynagrodzić ci poświęcony nam czas i wspomóc w trudnych chwilach – dodaje szybko.

To śmieszne, jak ostrożnie dobiera słowa. Wynagrodzić! Zrobią ze mnie płatnego donosiciela? Cóż, ta cała Kate nie może mnie obrazić.

W ostatnich latach dostałam wiele takich propozycji, stawki sięgały poziomu głównej wygranej w kumulacji lotka. Gdybyście widzieli listy, jakie reporterzy wrzucali mi do skrzynki! Tak pełne fałszu, że aż się rumieniłam. Mimo wszystko to chyba lepsze niż listy z pogróżkami.

Niektórzy wydzierają z gazet artykuły o Glenie i piszą na nich dużymi literami wielokrotnie podkreślone słowo p o t w ó r. Czasem podkreślają je tak mocno, że długopis przebija papier.

Można więc powiedzieć, że reporterzy zachowują się dokładnie na odwrót. Ich listy też jednak przyprawiają mnie o mdłości.

„Szanowna Pani” – czasem po prostu „Jean” – „mam nadzieję, że w tak trudnym dla Pani okresie nie urazi Pani mój list, bla bla bla. Wiele o Pani napisano, chcielibyśmy jednak umożliwić Pani przedstawienie swojej wersji wydarzeń, bla bla bla”. Glen zawsze czytał te listy zabawnym głosem, śmialiśmy się i chowałam je do szuflady. Wtedy jeszcze żył. Teraz nie miałam z kim podzielić się tymi propozycjami. Patrzę z powrotem na herbatę. Wystygła, na powierzchni zrobił się kożuch. Glen zawsze upiera się przy tłustym mleku. Upierał się. Teraz mogę kupować odtłuszczone. Uśmiecham się do Kate.

Ona próbuje właśnie sprzedać mi swoją gazetę jako niezwykle rzetelną, odpowiedzialną i Bóg wie jaką jeszcze, więc bierze mój uśmiech za dobry znak. Proponuje, że na kilka dni umieści mnie w hotelu.

– Żebyś mogła odpocząć od pozostałych dziennikarzy i całej tej presji – tłumaczy. – Żebyś się trochę odprężyła, Jean.

Myślę, że przydałby mi się relaks.

Jak na zawołanie odzywa się dzwonek do drzwi. Kate wygląda przez firanki i szepcze:

– Cholera, Jean, to ten facet z telewizji lokalnej. Bądź cicho, to sobie pójdzie.

Posłusznie wykonuję polecenie. Jak zwykle. W pewnym sensie ona zastępuje mi Glena. Wszystko kontroluje. Chroni mnie przed ludźmi z prasy. Tyle że ona jest jedną z nich. Jezu, siedzę w jednym pokoju z wrogiem.

Odwracam się, żeby coś powiedzieć. Wtem znów rozlega się dzwonek. Klapka na listy podnosi się z brzękiem.

– Pani Taylor? – krzyczy ktoś do pustego przedpokoju. – Proszę pani! Jim Wilson z Capital TV. Zajmę pani tylko minutkę. Chcę zamienić dwa słowa. Jest pani w domu?

Kate i ja wymieniamy spojrzenia. Wydaje się bardzo spięta. To dziwne uczucie: patrzeć, jak ktoś inny przechodzi przez to, przez co ja muszę przechodzić dwa, trzy razy dziennie. Chcę jej powiedzieć, że nauczyłam się po prostu milczeć. Czasem nawet wstrzymuję oddech, żeby nie usłyszeli najdrobniejszego szmeru. Kate nie potrafi usiedzieć bez ruchu, po chwili wyjmuje komórkę.

– Telefon do przyjaciela? – pytam, próbując rozładować napięcie.

Oczywiście facet z telewizji mnie słyszy.

– Wiem, że pani tam jest! Proszę otworzyć drzwi. Obiecuję, że zajmę pani tylko chwilę. Chcę tylko z panią porozmawiać. Chcemy umożliwić pani…

Kate nagle krzyczy:

– Spierdalaj!

Patrzę na nią zaskoczona. Glen nigdy nie pozwoliłby kobiecie używać takich słów w swoim domu. Ona odwzajemnia spojrzenie i bezgłośnie przeprasza, po czym przykłada palec do ust. Dziennikarz rzeczywiście spierdala.

– Skuteczne – kwituję.

– Wybacz, oni tylko taki język rozumieją – odpowiada ze śmiechem.

Ma przyjemny śmiech, wydaje się szczery. Dawno nie słyszałam tego dźwięku.

– Zajmijmy się teraz sprawą hotelu, zanim przylezie tu następny reporter – kontynuuje Kate.

Potakuję. Ostatni raz spałam w hotelu, kiedy wybraliśmy się z Glenem na weekend do Whitstable, ładnych kilka lat temu. W 2004 roku, na piętnastą rocznicę.

– To prawdziwy kamień milowy, Jeanie – powiedział. – Dłużej niż wyrok za napad z bronią w ręku. – Lubił żartować.

Do Whitstable jedzie się zaledwie godzinę. Zatrzymaliśmy się w uroczym hotelu przy plaży, zjedliśmy rybę z frytkami w eleganckiej restauracji i przespacerowaliśmy się kamienistą plażą. Zbierałam płaskie kamienie, Glen puszczał kaczki i wspólnie liczyliśmy, ile razy podskoczyły na falach. Żagle głośno waliły o maszty małych łódek, wiatr kompletnie zburzył mi fryzurę, ale chyba czułam się wtedy naprawdę szczęśliwa. Glen nie mówił za wiele, wystarczał mu spacer. Ja cieszyłam się, że poświęca mi czas i uwagę.

Szczerze mówiąc, Glen zaczynał znikać z mojego życia. Niby nadal był przy mnie, ale nie do końca, jeśli wiecie, co mam na myśli. To nie mnie, tylko swój komputer traktował jak żonę – później się okazało, że pod wszystkimi względami. Używał nawet specjalnej kamerki, żeby jego rozmówcy mogli go widzieć. Oni też mieli taki sprzęt, chociaż przez słabe oświetlenie wszyscy wyglądali w obiektywie jak trupy. Jak zombie. Nie wtrącałam się w to. W jego bzdury.

– Co ty tam robisz przez cały wieczór? – pytałam.

On tylko wzruszał ramionami i mówił:

– Rozmawiam ze znajomymi. Nic ciekawego.

Spędzał na tym całe godziny. Wiele godzin.

Czasem, kiedy budziłam się w nocy, nie leżał przy mnie w łóżku. Z pokoju gościnnego dobiegał jego głos, ale wiedziałam, że nie powinnam mu przeszkadzać. Kiedy robił coś na komputerze, nie byłam mile widziana. Jeśli przynosiłam mu kawę, musiałam wcześniej zapukać. Twierdził, że niepotrzebnie go straszę, wchodząc tak nagle do pokoju. Pukałam więc, a on wyłączał monitor i brał ode mnie kubek.

– Dziękuję – mówił.

– Robisz coś ciekawego? – pytałam.

– Nie – odpowiadał. – To co zwykle.

Koniec rozmowy. Nigdy nie używałam komputera, to była zdecydowanie jego działka. Ale chyba zawsze wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Wtedy zaczęłam nazywać to jego bzdurami. Dzięki temu mogłam mówić o tym na głos. Nie podobało mu się to określenie, ale nie mógł protestować, prawda? Takie niewinne słowo. Bzdura. Coś i nic. Tylko że to nie było nic. Świństwa, jakich nikt nie powinien oglądać pod żadnym pozorem, a co dopiero za pieniądze.

Kiedy policja znalazła te rzeczy na jego komputerze, twierdził, że to nie jego.

– Odkryli pliki, których nie ściągałem. Okropne dane same zapisują się na dysku, kiedy przeglądasz inne strony – twierdził. Nie miałam zielonego pojęcia o Internecie ani o dyskach. Pewnie rzeczywiście mogło tak być, czemu nie?

– Wciąż niesłusznie kogoś oskarżają, Jeanie – tłumaczył. – Co tydzień piszą o tym gazety. Kradną ludziom numery kart kredytowych i potem płacą cudzymi pieniędzmi na takich stronach. Powiedziałem to policji.

Milczałam, więc dodał:

– Nie wiesz nawet, jak to jest, kiedy niesłusznie oskarżają cię o coś takiego. Okropne uczucie.

Pogłaskałam go po ramieniu, a on złapał mnie za rękę.

– Napijmy się herbaty, Jeanie – zaproponował.

Poszedł do kuchni i nastawił czajnik.

Kiedy wyjmowałam mleko z lodówki, zapatrzyłam się na zdjęcia przyczepione na jej drzwiach: wystrojeni bawimy się na imprezie sylwestrowej, malujemy sufit w salonie opryskani magnoliową farbą, my na wakacjach, my na festynie. My. Zgrany duet.

– Nie martw się, Jeanie. Masz mnie – zwykł mówić, kiedy wracałam do domu po ciężkim dniu albo kiedy spotkało mnie coś złego. – Jesteśmy drużyną.

I rzeczywiście. Stawka była zbyt wysoka, żebyśmy mogli się rozstać.

Poza tym sprawy zaszły tak daleko, że nie mogłabym go zostawić. Skłamałam na jego prośbę.

Nie po raz pierwszy. Zaczęło się od telefonów do banku – twierdziłam, że Glen źle się czuje, kiedy nie chciało mu się iść do pracy. Potem zgłosiłam rzekome zgubienie karty kredytowej – wpadliśmy w tarapaty finansowe, a dzięki temu bank mógł umorzyć część długu.

– Nikomu nie robimy krzywdy, Jeanie – przekonywał mnie. – No proszę, tylko ten jeden raz.

Oczywiście na jednym razie się nie skończyło. Podejrzewam, że Kate Waters chce usłyszeć właśnie takie historie. Z przedpokoju dobiega mnie jej głos wypowiadający moje nazwisko. Wstaję, idę tam i okazuje się, że Kate rozmawia przez telefon – każe komuś przyjechać i uratować nas z opresji.

Glen czasem nazywał mnie swoją księżniczką, ale jestem pewna, że dziś nikt nie przyjedzie po mnie na białym rumaku.

Znów siadam w fotelu i czekam na dalszy rozwój wydarzeń.

Rozdział 5

Poniedziałek, 2 października 2006 roku

Detektyw

Bob Sparkes uśmiechnął się mimowolnie, kiedy usłyszał o Belli Elliott. To samo imię nosiła jego ulubiona ciotka, jedna z gromady młodszych sióstr matki, największa żartownisia. Miał to być jego ostatni uśmiech na wiele tygodni.

Telefon alarmowy zarejestrowano o 15:38. Ze zduszonego głosu kobiety przebijała rozpacz.

– Porwali ją – powiedziała. – Ma tylko dwa lata. Ktoś ją uprowadził…

Na nagraniu, wielokrotnie odtwarzanym w ciągu następnych dni, uspokajający alt operatora łączył się w dramatycznym duecie z ostrym sopranem dzwoniącej.

– Jak ma na imię dziewczynka?

– Bella. Nazywa się Bella.

– A z kim rozmawiam?

– Jestem jej mamą. Dawn Elliott. Bawiła się w ogrodzie przed naszym domem. Manor Road 44a, Westland. Pomóżcie mi.

– Pomożemy, Dawn. Wiem, że to trudne, ale musimy wiedzieć więcej, żeby znaleźć Bellę. Kiedy ostatni raz ją widziałaś? Była w ogrodzie sama?

– Bawiła się z kotem. Sama. Po drzemce. Nie trwało to długo. Góra kilka minut. Poszłam po nią koło wpół do czwartej i już jej nie było. Szukaliśmy wszędzie. Pomóżcie mi ją znaleźć, proszę.

– Dobrze. Nie rozłączaj się, Dawn. Jak wygląda Bella? W co jest ubrana?

– Ma blond włosy, dziś zrobiłam jej kucyk. Jest malutka. Nie pamiętam, co miała na sobie. Chyba koszulkę i spodnie. Boże, nie mogę się skupić. Nosi okulary. Małe, okrągłe, z różowymi oprawkami. Ma leniwe oko. Znajdźcie ją. Błagam.

Pół godziny później, kiedy dwóch mundurowych z policji w Hampshire sprawdziło prawdziwość słów Dawn Elliott i przeszukało cały dom, komisarz Sparkes usłyszał o Belli.

– Zaginiona dwulatka, Bob – powiedział sierżant, pakując się do jego biura. – Bella Elliott. Ostatni raz widziano ją prawie dwie godziny temu. Bawiła się przed domem i nagle zniknęła. Osiedle komunalne na przedmieściach Southampton. Matka zupełnie się rozsypała, właśnie ogląda ją lekarz.

Sierżant Ian Matthews położył cienką teczkę na biurku szefa. Na okładce czarnym flamastrem napisano imię i nazwisko dziewczynki, obok przyczepiono spinaczem jej kolorowe zdjęcie.

Sparkes postukał w fotografię i przyjrzał jej się uważnie, zanim otworzył akta.

– Jak działamy? Gdzie szukamy? Gdzie ojciec?

Sierżant Matthews opadł ciężko na krzesło.

– Sprawdziliśmy dom, strych i ogród. Nie wygląda to najlepiej. Po małej ani śladu. Ojciec mieszka gdzieś w środkowej Anglii. Matka mówi, że to przypadkowa znajomość, ulotnił się jeszcze przed narodzinami Belli. Próbujemy go namierzyć. Matka nam nie pomaga. Twierdzi, że nie ma po co go zawiadamiać.

– A ona? Jaka jest? Co robiła, kiedy jej dwuletnie dziecko bawiło się na dworze? – zapytał Sparkes.

– Mówi, że robiła małej podwieczorek. Okno kuchenne wychodzi na tyły domu, więc nie mogła jej widzieć. Od frontu jest tylko niski murek, trudno to nawet nazwać ogrodzeniem.

– Niezbyt rozsądnie zostawić takie małe dziecko bez opieki – myślał na głos Sparkes, a jednocześnie próbował sobie przypomnieć swoje dzieci w tym wieku. Trzydziestoletni James został księgowym – kto by pomyślał! – Samantha skończyła dwadzieścia sześć lat i właśnie się zaręczyła. Czy zostawiali ich z Eileen samych w ogródku? Prawdę mówiąc, nie pamiętał. Pewnie nie bywał wtedy zbyt często w domu, wiecznie zapracowany. Zapyta żonę wieczorem, o ile dotrze dziś do domu.

Komisarz Sparkes sięgnął po płaszcz wiszący na haczyku za jego plecami i wyłowił z kieszeni kluczyki.

– Pojadę się rozejrzeć, Matthews. Zbadam sprawę, porozmawiam z matką. Ty zostań i na wszelki wypadek przygotuj centrum koordynacyjne. Zadzwonię przed siódmą.

W drodze do Westland nastawił radio na lokalny serwis informacyjny. Bella pojawiła się w nim jako pierwsza, ale reporter nie powiedział niczego, o czym Sparkes by nie wiedział.

„Dzięki Bogu” – pomyślał. Jego stosunek do lokalnych mediów był, delikatnie mówiąc, skomplikowany.

W poprzednim przypadku zaginięcia dziecka sprawy przybrały nieciekawy obrót. Dziennikarze postanowili bowiem przeprowadzić śledztwo na własną rękę i przy okazji przywłaszczyli sobie ważne dowody. Pięcioletnią Laurę Simpson z Gosport znaleziono, brudną i przerażoną, w szafce u przyrodniego wujka. „To jedna z tych rodzin, w których wszyscy są jakoś dziwnie ze sobą spokrewnieni” – opowiadał potem Eileen.

Niestety, jeden z reporterów zabrał z mieszkania jej matki album ze zdjęciami, w związku z czym policja nie zobaczyła fotografii wujka Jima – notowanego za przestępstwa seksualne – ani nie powiązała go z zaginioną dziewczynką.

Jim próbował ją zgwałcić, ale mu się nie udało. Policjanci daremnie krążyli w kółko, często znajdowali się dosłownie o kilkanaście metrów od miejsca przetrzymywania dziewczynki. Porywacz by ją zabił, gdyby nie pijacki donos dalekiego krewnego, Sparkes w to wierzył. Laura odnalazła się jedynie lekko posiniaczona na ciele i duszy. Do dziś widział jej oczy w chwili, gdy otworzył szafkę. Groza – nie można tego inaczej określić. Przerażenie, że okaże się taki jak wujek Jim. Wezwał policjantkę i dopiero jej Laura pozwoliła się wziąć na ręce. Nareszcie bezpieczna. Wszyscy poza nią mieli na koniec łzy w oczach. Dziewczynka wyglądała zaś na otępiałą.

Wciąż wyrzucał sobie, że w jakimś sensie ją zawiódł. Powinien wcześniej dostrzec związki między pewnymi faktami. Zadawać inne pytania. Szybciej ją znaleźć. Jego przełożony i prasa odtrąbili wielkie zwycięstwo, ale Bob nie potrafił świętować. Nie, dopóki pamiętał wyraz tych oczu.

„Ciekawe, co się teraz z nią dzieje?” – zastanawiał się. „Ciekawe, co z wujkiem Jimem?”.

Na Manor Road roiło się od reporterów, mieszkańców i policjantów. Wszyscy przepytywali się wzajemnie, co dawało efekt orgii werbalnej.

Sparkes przepchnął się przez zbity tłum pod bramą domu numer 44a, kłaniając się znajomym dziennikarzom.

– Bob! – zawołał kobiecy głos. – Cześć. Jakieś wieści? Jakieś tropy? – Kate Waters dopchała się do niego i uśmiechnęła z udawanym znużeniem.

Ostatni raz widzieli się z powodu makabrycznego zabójstwa w New Forest. Przez kilka tygodni, jakie minęły, zanim schwytano męża zamordowanej, kilkakrotnie spotykali się na drinka i plotki.

Znali się od dawna i zawsze, gdy wpadali na siebie przy różnych sprawach, zdawało się im, że od ostatniego spotkania minęło kilka godzin. To nie była przyjaźń, tylko układ czysto zawodowy, ale Kate była w porządku. Ostatnio wstrzymała się z publikacją artykułu, bo Bob nie mógł jeszcze ujawnić informacji, którą odkryła. Miał zatem wobec niej dług wdzięczności.

– Cześć, Kate. Dopiero przyjechałem, może potem będę coś dla ciebie miał – odparł i przecisnął się obok mundurowego pilnującego wejścia do domu.

W salonie unosiła się woń kotów i papierosów. Dawn Elliott, zwinięta w kłębek na kanapie, drżącymi dłońmi ściskała kurczowo komórkę i lalkę. Blond włosy ściągnęła niedbale gumką, przez co wyglądała na jeszcze młodszą niż w rzeczywistości. Podniosła wzrok na wysokiego, poważnego mężczyznę stojącego w drzwiach i zbladła.

– Znaleźliście ją? – zdołała wydusić.

– Pani Elliott, nazywam się Bob Sparkes, jestem komisarzem. Chcę znaleźć Bellę i potrzebuję pani pomocy.

Spojrzała na niego.

– Przecież powiedziałam już wszystko policji. Co wam da zadawanie w kółko tych samych pytań? Znajdźcie ją! Znajdźcie moją córeczkę! – krzyknęła ochryple.

Pokiwał głową ze zrozumieniem i usiadł obok niej.

– Proszę, Dawn, powtórzmy to jeszcze razem – poprosił łagodnie. – Może coś sobie przypomnisz.

Opowiedziała więc od nowa całą historię, krztusząc się i szlochając. Bella była jej jedynym dzieckiem, owocem skazanego na porażkę związku z żonatym mężczyzną poznanym w klubie. Słodka dziewczynka uwielbiała tańczyć i oglądać filmy Disneya. Dawn nie utrzymywała bliskich kontaktów z sąsiadami.

– Zadzierają nosa. Jestem samotną matką na zasiłku, mają mnie za darmozjada – wyjaśniła Sparkesowi.

Podczas gdy rozmawiali, zespół Boba i dziesiątki ochotników – niektórzy jeszcze nawet nie zdążyli przebrać się po pracy – przeczesywały ogródki, śmietniki, żywopłoty, strychy, piwnice, szopy, samochody, budy i kompostowniki w całej okolicy. Zaczynało się ściemniać i wkrótce dobiegło ich wołanie:

– Bella! Bella! Gdzie jesteś, słonko?

Dawn Elliott zerwała się na równe nogi i wyjrzała przez okno.

– Usiądź, Dawn – poprosił Sparkes. – Chciałbym zapytać, czy Bella coś dziś spsociła?

Pokręciła głową.

– Zdenerwowałaś się na nią z jakiegoś powodu? – ciągnął. – Dzieciaki potrafią nieźle dać w kość, co? Musiałaś dać jej klapsa albo coś w tym rodzaju?

Do młodej kobiety wreszcie dotarło, w jakim kierunku zmierzają pytania detektywa, i głośno zaprotestowała.

– Oczywiście, że nie! Nigdy nie daję jej klapsów. No, prawie nigdy. Tylko czasem, jak coś przeskrobie. Nie zrobiłam jej nic złego. Ktoś porwał Bellę…

Sparkes poklepał ją po dłoni i poprosił funkcjonariuszkę z wydziału spraw rodzinnych o jeszcze jedną herbatę.

Do pokoju zajrzał młody szeregowy i gestem poprosił przełożonego na słowo.

– Ktoś widział w okolicy jakiegoś faceta, dziś po południu – powiedział. – Jeden z sąsiadów. Nie rozpoznał gościa.

– Mamy rysopis?

– Podobno samotny facet. Długie włosy, wyglądał nieciekawie. Sąsiad twierdzi, że zaglądał do samochodów.

Sparkes wygrzebał telefon z kieszeni i zadzwonił do sierżanta.

– Sprawa jest w toku – powiedział. – Ani śladu dziewczynki. Mamy rysopis podejrzanego gościa kręcącego się po ulicy, wyślę ci szczegóły. Przekaż je reszcie. Idę porozmawiać ze świadkiem.

– I złóżmy wizytę wszystkim przestępcom seksualnym zarejestrowanym w okolicy – dodał.

Żołądek ścisnął mu się na myśl, że dziecko trafiło w łapy jednego z dwudziestu dwóch bandytów mieszkających na osiedlu Westland.

W rejestrach policji hrabstwa Hampshire figurowało ich około trzystu – wciąż zmieniająca się zbieranina ekshibicjonistów, podglądaczy, amatorów seksu w miejscach publicznych, pedofilów i gwałcicieli, którzy – przez nikogo niepodejrzewani – udawali sympatycznych sąsiadów.

Po drugiej stronie ulicy Stan Spencer czekał na detektywa pod oknem swojego schludnego domku. Sparkes wiedział, że kilka lat wcześniej Spencer uruchomił ochotniczą straż sąsiedzką – przejezdni notorycznie parkowali w miejscu, które jego zdaniem należało się jemu i jego volvo. Najwyraźniej wraz z żoną Susan nie mieli na emeryturze zbyt wielu rozrywek. Poza tym uwielbiał poczucie władzy, jakie dawały mu nocne patrole z notesem do zapisywania obserwacji.

Sparkes uścisnął mu dłoń i usiedli przy stole w jadalni.

Sąsiad zerknął w zapiski.

– Notatki zostały sporządzone na bieżąco, panie komisarzu – powiedział oficjalnie.

Sparkes z trudem powstrzymał uśmiech.

– Po obiedzie czekałem na powrót Susan ze sklepu i zobaczyłem po naszej stronie ulicy mężczyznę. Wyglądał dość gburowato, wie pan, niechlujnie. Bałem się, że włamie się do któregoś z samochodów albo coś w tym rodzaju. Ostrożności nigdy za wiele! Przechodził obok furgonetki Petera Tredwella.

Sparkes pytająco uniósł brwi.

– Przepraszam, panie komisarzu. Pan Tredwell, hydraulik, mieszka kilka domów stąd. Kilka razy włamano mu się do samochodu. Udaremniłem ostatnią kradzież. Wyszedłem przed dom, żeby obserwować nieznajomego, ale odszedł dość daleko. Niestety, widziałem go tylko z tyłu. Długie, niemyte włosy, dżinsy i czarny skafander, jakie zazwyczaj noszą takie typy. Potem zadzwonił telefon, więc musiałem wrócić do środka. Kiedy znów wyszedłem na zewnątrz, nieznajomy już zniknął.

Pan Spencer wydawał się bardzo z siebie zadowolony, kiedy Sparkes dokładnie zapisywał jego słowa.

– Widział pan Bellę, kiedy stał pan w ogródku?

Spencer zawahał się, w końcu pokręcił głową.

– Nie. Nie widziałem jej od kilku dni. Kochana mała.

Pięć minut później Sparkes siedział przycupnięty na brzegu krzesła w przedpokoju Dawn Elliott i naprędce skrobał oświadczenie dla prasy. Potem wrócił na kanapę.

– Dowiedział się pan czegoś?

– W tej chwili nie, ale zamierzam prosić media o pomoc w poszukiwaniach. I…

– I co?

– Szukamy każdego, kto mógł być dziś po południu w okolicy. Ludzi, którzy przejeżdżali albo przechodzili Manor Road. Widziałaś dziś po obiedzie jakiegoś nieznajomego mężczyznę na ulicy, Dawn? Pan Spencer z naprzeciwka twierdzi, że zauważył długowłosego mężczyznę w ciemnej kurtce. Nigdy wcześniej go nie spotkał. Może to nic, ale…

Pokręciła głową z płaczem. – To on ją porwał? – wyszlochała. – To on zabrał moją córeczkę?

Rozdział 6

Środa, 9 czerwca 2010 roku

Wdowa

Znowu chrzęst kroków na ścieżce. Tym razem telefon Kate dzwoni tylko dwa razy i cichnie. To pewnie jakiś sygnał, bo reporterka od razu otwiera drzwi i wpuszcza mężczyznę z dużą torbą zarzuconą na ramię.

– To Mick – przedstawia go. – Mój fotograf.

Mick uśmiecha się szeroko i wyciąga do mnie rękę.

– Dzień dobry, pani Taylor – mówi.

Przyjechał zabrać nas do hotelu.

– W jakieś miłe, spokojne miejsce – tłumaczy.

Zaczynam protestować. Wszystko dzieje się zbyt szybko.

– Chwileczkę – mówię, ale nikt mnie nie słucha.

Kate i Mick rozważają sposoby przemknięcia obok reporterów zebranych pod bramą. Facet z telewizji musiał im powiedzieć, że ktoś jest w domu, bo teraz wszyscy po kolei pukają do drzwi i wołają przez szparę na listy. Jak w okropnym koszmarze. Dokładnie tak, jak na początku.

Wtedy krzyczeli do Glena, wyzywali go od najgorszych.

– Co pan zrobił, panie Taylor? – zawołał któryś. – Masz krew na rękach, zboczeńcu? – zapytał dziennikarz z „The Sun”, kiedy Glen wyrzucał śmieci. Wszystko słyszeli przechodnie i sąsiedzi. Glen mówił, że jeden z nich splunął na chodnik.

Po powrocie do domu cały się trząsł.

Biedny Glen. Ale miał wtedy mnie – głaskałam go po dłoni i tłumaczyłam, żeby nie zwracał na nich uwagi. Ja zaś zostałam teraz sama i nie wiem, czy sobie poradzę.

Ktoś krzyczy okropne rzeczy zza drzwi:

– Wiem, że pani tam jest! Płacą pani za wywiad? Jak ludzie zareagują, jeśli przyjmie pani splamione krwią pieniądze?

Czuję się tak, jakby ktoś wymierzył mi cios. Kate odwraca się, bierze mnie za rękę i każe ich zignorować. Mówi, że niedługo się ich pozbędziemy.

Chcę jej zaufać, ale nie mogę zebrać myśli. Czy możemy się ich pozbyć? Zdaniem Glena ukrywanie się było jedynym wyjściem.

– Musimy przeczekać – mówił.

Kate ma inne podejście: stawić im czoła. Głośno opowiedzieć swoją historię i tym samym zamknąć wszystkim usta. Chciałabym, żeby zamilkli. To oznacza jednak, że muszę znaleźć się w centrum uwagi. Na samą myśl o tym paraliżuje mnie strach.

– Dalej, Jean – mówi Kate, kiedy zauważa, że wciąż tkwię w fotelu. – Razem sobie poradzimy. Stopniowo, małymi kroczkami. Za pięć minut będzie po wszystkim i nikt cię nie znajdzie.

Oczywiście nikt oprócz niej.

Nie zniosę więcej prześladowania ze strony tych hien, więc posłusznie zaczynam się pakować. Do torebki wpycham majtki z suszarki w kuchni. Idę na górę po szczoteczkę do zębów. Gdzie klucze?

– Tylko najważniejsze rzeczy – mówi Kate.

Obiecuje, że po dotarciu na miejsce kupi mi wszystko, czego będę potrzebować. „Na miejsce?” – chcę zapytać, ale Kate już się odwróciła. Rozmawia przez telefon z „firmą”.

Podczas rozmów z redakcją ton jej głosu ulega zmianie. Staje się napięty, lekko zdyszany, jakby właśnie weszła po schodach.

– Okej, Terry – mówi. – Nie, Jean jest z nami… Zadzwonię później. – Nie chce rozmawiać przy mnie. Ciekawe, o co ją pytają. Ile pieniędzy mi zaoferowała? Jak będę wyglądać na zdjęciach?

Na pewno chciałaby powiedzieć: „Trochę się zapuściła, ale możemy doprowadzić ją do porządku”. Czuję narastającą panikę i chcę powiedzieć, że zmieniłam zdanie, tylko że wszystko dzieje się zbyt szybko.

Mówi, że odwróci „ich” uwagę. Wyjdzie przez drzwi frontowe i uda, że czeka na nas w samochodzie. Tymczasem ja wymknę się z Mickiem tylnym wyjściem do ogrodu i przejdziemy przez ogrodzenie. Nie wierzę, że naprawdę mam to zrobić. Znowu próbuję powiedzieć: „Chwileczkę”, ale Kate już pcha mnie w stronę drzwi kuchennych.

Czekamy, aż wyjdzie z domu. Wybucha ogłuszający harmider, jakby spod drzwi zerwało się do lotu stado mew.

– Paparaty – mówi Mick.

Domyślam się, że chodzi o fotoreporterów. Zarzuca mi na głowę swoją marynarkę i ciągnie przez tylne wyjście do ogrodu. Przez marynarkę prawie nic nie widzę, do tego mam na nogach nieodpowiednie buty. Choć ciągle mi spadają, próbuję biec. Żałosny spektakl. Marynarka co chwila zsuwa mi się z głowy. Boże, moja sąsiadka Lisa wygląda przez okno na piętrze z rozdziawionymi ustami. Macham do niej słabo. Bóg wie po co, od wieków nie zamieniłyśmy ani słowa.

Mick pomaga mi przejść przez ogrodzenie. Nie jest wysokie, tak naprawdę bardziej na pokaz niż dla bezpieczeństwa. Mam na sobie spodnie, ale mimo to muszę się trochę pomęczyć. Mówi, że zaparkował za rogiem. Ostrożnie posuwamy się do końca uliczki za domami, na wypadek gdyby czekał tam jakiś reporter. Mam ochotę się rozpłakać. Zaraz wsiądę do samochodu z obcymi ludźmi i pojadę nie wiadomo dokąd. Chyba jeszcze nigdy nie zrobiłam czegoś tak głupiego.

Glena szlag by trafił. Nawet przed całą tą aferą z policją bardzo sobie cenił prywatność. Mieszkaliśmy w tym samym domu przez wiele lat, od ślubu, ale – jak sąsiedzi chętnie opowiadali dziennikarzom – trzymaliśmy się z dala od innych. Sąsiedzi zawsze tak mówią, kiedy za ścianą ktoś znajduje zwłoki albo maltretowane dzieci. Tym razem nie kłamali. Ktoś – pewnie pani Grange z naprzeciwka – powiedział reporterowi, że Glenowi „źle patrzyło z oczu”. W rzeczywistości miał bardzo miłe oczy. Niebieskie, z długimi rzęsami. Oczy małego chłopca. Na ich widok serce zawsze biło mi mocniej.

Powtarzał: „Nikt nie powinien się mieszać w nasze sprawy, Jeanie”. Dlatego tak ciężko znosił fakt, że nasze sprawy stały się nagle publiczne.

Furgonetka Micka nie grzeszy czystością. Podłogę szczelnie pokrywają pudełka po hamburgerach, torebki po czipsach i stare gazety. W gniazdku zapalniczki tkwi elektryczna maszynka do golenia, pod fotelem turla się butla coli.

– Przepraszam za bałagan – mówi. – Praktycznie tu mieszkam.

Zresztą i tak nie usiądę z przodu. Mick otwiera przede mną tylne drzwi.

– Tutaj.

Łapie mnie za ramię i pomaga mi wsiąść. Kładzie rękę na mojej głowie i pcha ją lekko w dół, żebym się nie uderzyła.

– Proszę trzymać głowę nisko. Dam znać, kiedy będziemy bezpieczni.

– Ale… – zaczynam.

W ogóle mnie nie słucha. Szybko zatrzaskuje drzwi. Siedzę pogrążona w półmroku wśród sprzętu fotograficznego i worków na śmieci.

Rozdział 7

Czwartek, 5 października 2006 roku

Detektyw

Bob Sparkes ziewnął donośnie, przeciągnął się i rozprostował kości obolałe po wielu godzinach spędzonych przy biurku. Nie chciał nawet patrzeć na zegarek, ale elektroniczne cyfry przyciągały jego wzrok. Druga nad ranem. Trzeci dzień poszukiwań Belli i nadal zero efektów.

Skrupulatnie sprawdzano kolejne doniesienia o niechlujnych długowłosych mężczyznach i innych podejrzanych osobnikach w coraz większej odległości od miejsca zdarzenia. To wymagało czasu.

Próbował nie myśleć, co działo się z Bellą Elliott – a raczej co już musiało się z nią stać. Skupiał się na tym, żeby ją znaleźć.

– Gdzie jesteś, Bello? – pytał leżące na biurku zdjęcia.

Twarz dziewczynki otaczała go ze wszystkich stron, uśmiechała się z kilkunastu fotografii umieszczonych w centrum koordynacyjnym niczym ikona błogosławiąca pracy siedzących przy biurkach detektywów. W gazetach też roiło się od zdjęć „małej Belli”.

Sparkes przeczesał dłonią włosy i mimochodem zauważył powiększającą się łysinę. – No dalej, myśl! – rozkazywał sam sobie z nosem w ekranie komputera. Po raz kolejny przeczytał wszystkie zeznania i raporty z przesłuchań lokalnych przestępców, próbując znaleźć najmniejszy choćby słaby punkt. Niestety, nic takiego nie rzuciło mu się w oczy.

Ostatni raz przejrzał akta: w większości żałosne indywidua. Samotni, niedomyci faceci z zepsutymi zębami, którzy żyli w wirtualnym świecie i czasem próbowali spełniać swoje fantazje w rzeczywistości.

Byli też i recydywiści. Policjanci złożyli wizytę w domu Paula Silvera – przez lata molestował swoje dzieci i odsiedział wyrok – ale żona („Trzecia?” – zastanawiał się Bob. „Czy nadal Diane?”) oświadczyła zrezygnowana, że stary dostał pięć lat za włamanie i znów jest w więzieniu.

– Grunt to dywersyfikacja – powiedział Bob do sierżanta.

Rzecz jasna, w ciągu pierwszych czterdziestu ośmiu godzin z całego kraju napływały wieści o tym, że ktoś widział Bellę. Funkcjonariusze błyskawicznie sprawdzali każde doniesienie, a niektóre przyprawiały Sparkesa o szybsze bicie serca.

Jakaś kobieta spod Newark zadzwoniła z informacją, że nowa sąsiadka bawi się w ogrodzie z dziewczynką.

– Mała blondyneczka. Wcześniej nie widziałam tam żadnych dzieci. Myślałam, że jest bezdzietna – powiedziała.

Sparkes natychmiast wysłał na miejsce lokalną policję i niecierpliwie czekał na telefon.

– To siostrzenica, przyjechała ze Szkocji – oznajmił tamtejszy komisarz, równie zawiedziony jak Bob. – Przykro mi. Może następnym razem.

Może. Problem w tym, że większość zgłoszeń do centrów koordynacyjnych pochodzi od różnych cwaniaków próbujących zwrócić na siebie uwagę, gotowych na wszystko, byle tylko znaleźć się w centrum wydarzeń.

Najważniejsze, że ostatnią osobą, która widziała Bellę – nie licząc Dawn – była właścicielka pobliskiego kiosku. Gadatliwa staruszka pamiętała, że około jedenastej trzydzieści mama i córka przyszły do sklepu. Kojarzyła stałe klientki, Dawn regularnie kupowała tam papierosy. Wizyta – ostatnia dla Belli – została nagrana przez tanią kamerę monitoringu.

Na niewyraźnym, zacinającym się filmie widać, jak Bella trzyma mamę za rękę przy ladzie. Cięcie. Bella o niewyraźnej i zamazanej twarzy – jakby już zaczynała znikać – z papierową torebką w dłoni. Cięcie. Drzwi sklepu zamykają się za nimi.

Matka Dawn zadzwoniła do nich po obiedzie – dokładnie o 14.17 według danych z billingu – i zeznała, że słyszała, jak wnuczka śpiewa razem z Bobem Budowniczym. Chciała z nią porozmawiać. Dawn zawołała córkę, ale ta podobno pobiegła gdzieś po zabawkę.

Relacja z następnych sześćdziesięciu ośmiu minut opierała się wyłącznie na słowach Dawn – dość zdawkowych i dotyczących głównie prac domowych. Detektywi musieli odegrać scenki gotowania, zmywania i składania wysuszonych ubranek Belli, żeby określić przybliżony czas, jaki upłynął od chwili, gdy Bella poszła bawić się w ogródku – tuż po trzeciej, zgodnie z zeznaniem Dawn – do chwili, w której matka zauważyła jej zniknięcie.

Sąsiadka Margaret Emerson wyszła wziąć coś z samochodu o 15.25 i twierdziła, że wówczas w ogródku nikogo nie było.

– Bella zawsze wołała do mnie „a kuku!”. Taką miała zabawę, biedna mała. Zawsze chciała zwrócić na siebie uwagę. Matka nie bardzo się nią zajmowała – powiedziała oględnie. – Bella często bawiła się sama, woziła lalkę w wózku albo ganiała się z Timmym, kotem. Wie pan, jak to dzieci.

– Bella często płakała? – zapytał Sparkes.

Pani Emerson zastanowiła się przez chwilę, wreszcie pokręciła głową i oświadczyła: – Nie, to raczej wesoła dziewczynka.

Zarówno pediatra, jak i pielęgniarka środowiskowa potwierdzili te słowa.

– Urocze dziecko, kochany szkrab – mówili. – Matce na pewno niełatwo samej. Trudno w pojedynkę wychować dziecko – dodał lekarz.

Sparkes tylko pokiwał głową. Wszystkie te wypowiedzi spisano i włączono do wypchanych teczek z aktami sprawy. Miało to dowodzić ciężkiej pracy zespołu. Bob wiedział jednak, że nie robią postępów. Czcza gadanina.

„Kluczem do zagadki jest długowłosy mężczyzna” – uznał, wyłączył komputer i ostrożnie ułożył stos akt na biurku, po czym ruszył do wyjścia, żeby przespać się chociaż pięć godzin.

– Może jutro ją znajdziemy – wyszeptał w domu do ucha pogrążonej we śnie żony, kładąc się obok niej.

Po tygodniu nadal nie udało się pchnąć śledztwa do przodu. Wtedy zadzwoniła do niego Kate Waters.

– Cześć, Bob. Naczelny postanowił wyznaczyć nagrodę za wszelkie informacje, które pomogą odnaleźć Bellę. Obiecuje dwadzieścia tysięcy. Nie najgorzej.

Sparkes w głębi duszy aż jęknął („Pieprzone nagrody” – narzekał potem Matthewsowi. „Gazeta ma darmową reklamę, a my musimy użerać się z wszystkimi czubkami mającymi dostęp do telefonu”).

– Bardzo hojna oferta, Kate – odparł. – Ale jesteś pewna, że to odpowiednia chwila? Badamy liczne…

– Jutro opublikujemy to na pierwszej stronie, Bob – przerwała. – Słuchaj, wiem, że gliny nie cierpią nagród, ale niektórzy boją się zadzwonić na policję, a dwadzieścia tysi może ich do tego zachęcić.

Westchnął ciężko.

– Powiem Dawn. Muszę ją przygotować.

– Rozumiem – odrzekła Kate. – Są jakieś szanse na wywiad z nią, Bob? Biedaczka ledwie mogła wydusić z siebie słowo podczas konferencji prasowej. Chciałabym dać jej szansę opowiedzieć o Belli. Będę bardzo ostrożna i delikatna. Co o tym myślisz?

Myślał, że żałuje odebrania telefonu. Lubił Kate – o niewielu reporterach mógł to powiedzieć. Wiedział też jednak, że kiedy trafi na gorący temat, jest jak pies goniący za kością. Nie podda się, dopóki nie dostanie, czego chce. Nie był pewien, czy Dawn zniosłaby takie przesłuchanie.

Matka zaginionej pozostawała dla niego w dużej mierze zagadką: totalnie rozbita emocjonalnie, naszprycowana lekami i niezdolna skupić uwagi na dłużej niż pół minuty. Sparkes spędził z nią długie godziny, a miał wrażenie, że wciąż ślizga się po powierzchni. Czy mógł napuścić na nią Kate Waters?

– Rozmowa z kimś nie z policji może jej pomóc, Bob. Może coś jej się przypomni…

– Zapytam, Kate. Nie wiem, czy ona czuje się na siłach. Jedzie na lekach nasennych i uspokajających, ma straszne problemy z koncentracją.

– Świetnie. Dzięki, Bob.

Niemal słyszał uśmiech w jej głosie.

– Nie tak prędko, niczego nie obiecuję. Porozmawiam z nią dzisiaj i oddzwonię.

Kiedy przyjechał do Dawn, zastał ją w dokładnie tym samym miejscu, w którym zobaczył ją po raz pierwszy: siedziała na kanapie niczym w arce, wśród zabawek Belli, zgniecionych paczek po papierosach i stron wydartych z gazet, pocztówek od życzliwych i listów na niechlujnych arkusikach od stukniętych i sfrustrowanych.

– Kładła się pani w ogóle? – zapytał z troską.

Sue Blackman, młoda mundurowa z wydziału spraw rodzinnych, w milczeniu pokręciła głową i uniosła brwi.

– Nie mogę spać – odparła Dawn. – Muszę na nią czekać.

Sparkes wyszedł z Blackman do przedpokoju.

– Musi się zdrzemnąć, bo wyląduje w szpitalu – wyszeptał.

– Wiem, panie komisarzu. Przysypia trochę na kanapie w ciągu dnia, ale bardzo źle znosi wieczór i noc. Mówi, że Bella boi się ciemności.

Rozdział 8

Środa, 11 października 2006 roku

Reporterka

Kate Waters przyjechała w porze obiadowej z fotografem i wielkim bukietem lilii z supermarketu. Zaparkowała kilka domów dalej, z dala od całej dziennikarskiej watahy, żeby móc niepostrzeżenie wysiąść z samochodu. Zadzwoniła do Sparkesa, że jest na miejscu, i stanowczym krokiem minęła reporterów koczujących w samochodach pod domem z big macami w garści. Zanim zdążyli otworzyć drzwi i wysiąść, ona już weszła do środka. Usłyszała kilka głośnych bluzgów i narzekanie, że ich wykiwała. Z trudem udało jej się powstrzymać uśmiech zadowolenia.

Bob prowadził. Kate chłonęła wszystkie szczegóły, mieszankę bałaganu i letargu towarzyszącą tragedii: w przedpokoju na poręczy schodów wisiały niebieska kurtka Belli z kapturem obszytym futerkiem i plecak w kształcie misia. Przy drzwiach stały malutkie czerwone kalosze.

– Sfotografuj to, Mick – szepnęła do fotografa, który szedł jej śladem do dużego pokoju.

Wszędzie walały się zabawki i zdjęcia małej. Kate żywo przypomniała sobie początki własnego macierzyństwa, kiedy próbowała zapanować nad falą chaosu. Zaraz po powrocie ze szpitala położyła Jake’a do łóżeczka, usiadła i zaczęła płakać, przytłoczona burzą hormonów oraz nagłym ciężarem odpowiedzialności. Rankiem następnego dnia po porodzie zapytała pielęgniarkę, czy może podnieść synka, jakby należał on do szpitala, nie do niej.

Matka Belli podniosła wzrok. Jej twarz była zmięta, postarzała od ciągłego płaczu. Kate uśmiechnęła się i wzięła ją za rękę. Choć chciała uścisnąć jej dłoń, zamiast tego delikatnie ją pogładziła.

– Dzień dobry, Dawn. Dziękuję, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać. Wiem, że to dla ciebie bardzo trudne. Mamy nadzieję, że dzięki temu policja szybciej znajdzie Bellę.

Dawn pokiwała głową w zwolnionym tempie.

„Niech to szlag, Bob nie przesadzał” – pomyślała Kate.

Podniosła z kanapy czerwonego Teletubisia.

– To Po? Moi chłopcy woleli Power Rangersów – zagaiła.

Dawn popatrzyła na nią przytomnie.

– Bella uwielbia Po – odparła. – Lubi puszczać bańki mydlane, zawsze za nimi gania i próbuje je złapać.

Kate zauważyła na stoliku zdjęcie przedstawiające dokładnie taką scenę i przyniosła je na kanapę.

– Oto ona – powiedziała, a Dawn wzięła ramkę do ręki. – Śliczna – dodała Kate. – Na pewno lubi psocić.

Dawn uśmiechnęła się z wdzięcznością. Dzięki macierzyństwu znalazły wspólny język i Dawn zaczęła opowiadać o córeczce.

„Pierwszy raz może mówić o Belli jako o dziecku, a nie ofierze zbrodni” – pomyślał Sparkes.

– Kate jest niezła, trzeba jej to przyznać. Potrafi szybciej wniknąć w czyjś umysł niż wielu moich gliniarzy – powiedział później żonie.

Eileen tylko wzruszyła ramionami i wróciła do krzyżówki w „The Daily Telegraph”. Dla niej mąż mógłby pracować na innej planecie.

Dla podtrzymania rozmowy Kate przyniosła więcej zdjęć i zabawek. Dawn chętnie o wszystkich opowiadała, praktycznie bez pytania. Kate dyskretnie umieściła między nimi dyktafon, żeby nie uronić żadnego słowa. Notatki nie sprawdzają się za dobrze w takich sytuacjach – przywodzą rozmówcom na myśl policyjne przesłuchanie. Ona chciała tylko pozwolić Dawn mówić. Chciała posłuchać o codziennych radościach i smutkach życia samotnej matki. O szykowaniu się do żłobka, o zabawach w kąpieli, o radości z kupienia nowych kaloszy.

– Uwielbia zwierzęta. Kiedyś poszłyśmy do zoo i chciała zostać przy wybiegu dla małp. Pękała ze śmiechu – mówiła Dawn, na chwilę uciekając w bezpieczne wspomnienia z poprzedniego życia.