Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 417 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 6 min Lektor: Laura Breszka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 6 min Lektor: Laura Breszka

Opis ebooka Wczoraj - Felicia Yap

To brzmi jak przepis na thriller doskonały: intrygująca zagadka kryminalna, mroczne sekrety i rzeczywistość niczym żywcem wyjęta z powieści science-fiction... O ten debiut zabijali się brytyjscy wydawcy!

Claire to monoska. Podobnie jak trzy czwarte Brytyjczyków jej pamięć krótkotrwała obejmuje zaledwie jeden dzień. Awans społeczny zawdzięcza małżeństwu z Markiem, duosem, którego pamięć sięga dwa dni wstecz. Mark jest znanym pisarzem, właśnie stawia też pierwsze kroki w polityce. Są razem szczęśliwi, a przynajmniej to właśnie Claire zapisała w swoim dzienniku. Do czasu, gdy nurt rzeki Cam wyrzuca na brzeg kobiece ciało. W policyjnym śledztwie wszystkie tropy prowadzą do Marka...

Opinie o ebooku Wczoraj - Felicia Yap

Fragment ebooka Wczoraj - Felicia Yap

Felicia Yap

WCZORAJ

przełożył Jacek Żuławnik

Tytuł oryginału: Yesterday

Copyright © 2017 Felicia Yap Ltd

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Jacek Żuławnik, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Dla Aleksa i Hana Shiha

Przedmieścia Cambridge, dwa lata przed morderstwem

Pozwól, że zdradzę ci kilka strasznych tajemnic. Na początek spójrz na zdjęcie.

Oto ja. Tak wyglądałam dawno temu. Miałam płaskie piersi i odstające uszy. Jeśli wytężysz wzrok, dostrzeżesz nadzieję w moim spojrzeniu i ogień w duszy. Miałam je. Kiedyś. Dziś po nadziei i płomieniach nie ma śladu. Ugasiły je lata zamknięcia w zakładzie.

A tu druga fotografia. Widzę, że się wzdrygasz. To zrozumiałe – w końcu jesteś na niej ty. Zdjęcie policyjne, zrobione całkiem niedawno. Nie sprawiasz wrażenia złej osoby. Twoje blond włosy spływają kaskadą na ramiona, wielkie cycki przyciągają wzrok. Ale wiesz co? Zmienię się, przeobrażę tak, że będę wyglądała identycznie jak ty. Rozjaśnię sobie włosy i powiększę piersi. Żeby były takie jak twoje.

Czy mi się wydaje, czy zmarszczyłaś czoło? Nie rozumiesz, prawda? Zastanawiasz się, dlaczego miałabym chcieć wyglądać jak ty.

Pozwól, że wyjaśnię. Pamiętam wszystko. Naprawdę. Jestem jedyną osobą na świecie, która pamięta swoją przeszłość. Całą. Wspomnienie jest w większości niezwykle żywe i szczegółowe. Nie żartuję. To właśnie czyni mnie cholernie wyjątkową.

Nie wierzysz mi, prawda?

Oczywiście, rozumiem cię. Jesteś jedną z pięciu miliardów monosów, którzy pamiętają jedynie to, co miało miejsce wczoraj. Codziennie rano budzisz się z głową wypełnioną faktami, starannie dobranym zestawem informacji o sobie i innych. Wstajesz z łóżka i wleczesz się do kuchni, gdzie na lśniącym blacie leży iDiary, urządzenie będące twoim mizernym łącznikiem z przeszłością. Desperacko wczytujesz się w godne politowania szczegóły, które wynotowałaś wieczorem poprzedniego dnia. Dodajesz je do wspomnień o tym, co wydarzyło się wczoraj – i do poznanych suchych, gołych faktów o sobie.

Do kitu, co nie?

No, ale już zdążyłaś się przyzwyczaić. Bo robisz to, odkąd skończyłaś osiemnaście lat – wtedy wyłączył się ten twój nieszczęsny móżdżek. Nic dziwnego, że zazdrościsz duosom, dysponującym nieco tylko lepszą pamięcią krótkotrwałą. W gruncie rzeczy wszyscy jesteście tacy sami.

Tak samo żałośni.

Skoro już poznajesz prawdziwą mnie, to pozwól, że dorzucę pewną prostą prawdę.

Otóż kiedy wszystko pamiętasz, wówczas masz również dostęp do wspomnień o tym, co wyrządzili ci inni (nawet jeżeli oni sami o tym zapomnieli). Wszystko, łącznie z najdrobniejszymi, najbardziej makabrycznymi szczegółami. Jeśli mocno cię skrzywdzili, rodzi się w tobie pragnienie odwetu; jeśli zrobili to bardzo, bardzo mocno. Dajmy na to, że wylądowałaś przez nich w wariatkowie i spędziłaś tam siedemnaście lat. Wtedy, gdy zapadnie noc – kiedy zblednie uśmiech księżyca i zamilkną sowy – będziesz marzyła o wyrównaniu rachunków.

Kiedy wszystko pamiętasz, wszystko uchodzi na sucho. Na przykład zemsta.

Cholernie wygodne, co nie?

Właśnie dlatego mnie, Sophii Alyssie Ayling, wszystko się upiecze.

Zemsta będzie przyjemnością. Zwłaszcza w obliczu tego, co mi zrobiłaś. Tych okrutnych drobnostek, których byłaś winna, przez lata. Pamiętam każdą z nich. Chodzi o sumę zapamiętanych żali; to ona decyduje o sile mojej nienawiści. O, tak. Akt zemsty będzie łatwy.

Ponieważ nikt nie zapamięta tego, co ci zrobię.

Nikt. Poza mną.

Szczęście to proces. Nieszczęście to stan.

Dziennik Marka Henry’ego Evansa

Rozdział pierwszyClaire

W mojej kuchni jęczy mężczyzna. Blokuje mi dostęp do marmurowego blatu, na którym leży mój iDiary i miga diodą na fioletowo. Mrużę oczy. Mężczyzna trzyma się za lewą dłoń i krzywi z bólu. Z jego palca wskazującego kapie krew. Dostrzegam kawałki rozbitego ceramicznego dzbanka do herbaty.

– Co się stało? – pytam.

– Wyślizgnął mi się – odpowiada ze zbolałą miną.

– Pokaż. – Podchodzę, uważając, żeby nie nadepnąć na odłamki.

Złota obrączka na palcu lewej dłoni mężczyzny posyła mi jasny błysk i naraz powracają do mnie najważniejsze fakty dotyczące mojego męża. Nazwisko: Mark Henry Evans. Wiek: czterdzieści pięć lat. Zawód: powieściopisarz, który liczy, że zostanie kolejnym deputowanym do Izby Gmin z okręgu South Cambridgeshire. Pobraliśmy się o godzinie 12:30 30 września 1995 roku w kaplicy Trinity College. Na naszym ślubie było dziewięć osób. Rodzice Marka nie przyjechali. Przyrzekłam przed kapelanem Waltersem, że codziennie rano będę sobie powtarzała, że kocham Marka. Ślub kosztował sześćset siedemdziesiąt osiem funtów i dwadzieścia dziewięć pensów. Ostatni raz uprawialiśmy seks o godzinie 22:34 11 stycznia 2013 roku. Mark skończył w sześć i pół minuty.

Jeszcze nie wiem, czy wszystkie te fakty, które zgromadziłam o moim mężu, powinny mnie zasmucać, martwić, czy drażnić.

– Próbowałem go złapać – wyjaśnia Mark – ale odbił się od zmywarki.

Przyglądam się ranie na jego palcu wskazującym. Rozcięcie ma mniej więcej dwa centymetry długości. Przenoszę spojrzenie na twarz Marka, na głębokie bruzdy nad brwiami. Zmarszczki, które rozchodzą się promieniście z kącików jego oczu, świadczą o wzburzeniu. Ma wykrzywione usta. Przypominam sobie, że wiercił się w nocy, jakby śniło mu się, że coś go goni.

– Brzydko to wygląda – stwierdzam. – Pójdę po plaster.

Odwracam się i ruszam schodami na górę. Fakt: apteczka znajduje się w szafce wiszącej obok lustra w łazience. Zastygam, widząc swoje odbicie. Oczy, które dziś na mnie patrzą, wyglądają inaczej niż wczoraj – tamte były udręczone. Dziś mam bardziej przejrzyste źrenice. Ale za to zapuchnięte policzki. Skóra pod oczami jest obrzmiała.

Wczoraj zasnęłam we łzach. Większość dnia spędziłam w łóżku.

Ciekawe dlaczego. Wpatruję się w obraz swojego rozdętego ciała i siłą woli próbuję zmusić odpowiednie fakty do wskoczenia na miejsce. Nic z tego. Przyczyny wczorajszego przygnębienia znajdują się poza moim zasięgiem, są jak skrzydła nieuchwytnego motyla. Pamiętam tylko, że ukryłam się przed światem, szlochałam w poduszkę i nie chciałam nic jeść. Krzywię się pokonana; twarz w lustrze odpowiada identycznym grymasem. Powodem wczorajszego smutku musiało być coś, co stało się przedwczoraj. Tylko co?

Nie pamiętam, co się działo dwa dni temu. Bo nie mogę. Przypominam sobie jedynie wydarzenia wczorajszego dnia.

Mąż cię potrzebuje, mówię do siebie i wzdycham. Wyjmuję apteczkę z szafki i wracam na dół. Mark siedzi przy stole w kuchni i prawą dłonią obejmuje skaleczony palec. Nadal ma ściągnięte usta, jakby przeżywał katusze.

– Daj, opatrzę – mówię, otwierając apteczkę.

Mark wzdryga się, kiedy przystępuję do wycierania krwi wacikiem. Rozcięcie jest dużo głębsze, niż sądziłam.

– Powinnam najpierw zdezynfekować. – Wyjmuję buteleczkę antyseptyku i otwieram ją.

– Nie zawracaj sobie głowy.

– Wolałabym, żeby nie wdało ci się zakażenie.

– To tylko draśnięcie.

Ignoruję go. Nabieram na wacik kilka dużych kropel, przemywam ranę – Mark znów się krzywi – po czym zaklejam ją plastrem. Mark otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili zamyka je i marszczy czoło.

Na koniec całuję go w zraniony palec, a następnie wstaję od stołu i sięgam po leżący na blacie iDiary. Przykładam prawy kciuk do czytnika linii papilarnych i fioletowa dioda, którą aktywowało powiadomienie: „PRZEJDŹ DO NAUKI WPISU Z WCZORAJ”, przestaje migać. Przechodzę do ostatniego wpisu i czytam to, co zanotowałam wczoraj wieczorem:

11:12. Czułam się paskudnie po przebudzeniu. Noszę na barkach ciężar wiedzy. Przez godzinę płakałam w łóżku. O 12:25 znalazłam Marka; spał w gabinecie. Wręczyłam mu prezent, mimo że urodziny ma dopiero za tydzień. Znów zalałam się łzami i wróciłam do łóżka. Zaniedbałam obowiązki domowe, nawet pracę w ogrodzie. Nie zjadłam ani lunchu, ani kolacji. Mark co jakiś czas przychodził i wyraźnie zmartwiony zapewniał mnie, że jutro wszystko wróci do normy. Ma rację. Rano zniknie wczorajszy koszmar. O 21:15 wstałam z łóżka, żeby zjeść banana, łyknąć zestaw tabletek i wypić dwie duże whisky. A potem znowu się położyłam.

Trafny, choć zwięzły opis tego, co się wczoraj wydarzyło. Nie wyjaśnia jednak, dlaczego płakałam, tylko sugeruje, że przyczyną wczorajszej rozpaczy było coś, co miało miejsce dwa dni temu. Coś koszmarnego. Przewijam do przedostatniego wpisu:

Burza do 9:47. Potem wyprowadziłam Pokrzywę na spacer. O 13:30 samotny lunch w oranżerii: zjadłam pieczeń wołową z ziemniakami. Mark wolał zjeść w gabinecie, żeby nie przerywać pisania. O 16:50 pojechałam na Grange Road na długie pogaduszki z Emily przy herbacie i racuszkach. Wieczorem cisza i spokój. Mark zamknął się w gabinecie i pisał. Odgrzałam sobie w mikrofalówce to, co zostało z obiadu, i usiadłam przed telewizorem.

Jestem rozczarowana, a nawet zdeprymowana wpisem. Liczyłam, że rzuci nieco światła na powód wczorajszego smutku. Jest jednak lapidarny, na granicy zrozumiałości. Czytam go ponownie, ale nadal nic nie wnosi. Mark może wiedzieć, co się wydarzyło dwa dni temu. W przeciwieństwie do mnie jest duosem, pamięta zarówno wczoraj, jak i przedwczoraj. To go wyróżnia – i sprawia, że Mark czuje się lepszy ode mnie.

– Pamiętam, że przepłakałam prawie całe wczoraj – odzywam się. Widzę, że Mark wciąż ma marsową minę. – Ale nie wiem dlaczego.

Nasze spojrzenia się spotykają. W źrenicach Marka pojawia się błysk, ciemny poblask, którego nie rozumiem. Złość? Żal? A może strach?

Przerywa kontakt wzrokowy, przez kilka chwil wpatruje się w storczyk i w końcu odpowiada:

– Wieczorem dwa dni temu zapomniałaś wziąć proszki. Dlatego wczoraj twój stan się pogorszył.

Pewnie ma rację. Fakt: od 7 kwietnia 2013 roku przyjmuję dwa rodzaje leków, oba przepisane przez doktora Helmuta Jonga ze szpitala Addenbrooke’a: Lexapro i Pristiq – codziennie dwie tabletki pierwszego i jedną drugiego. Sięgam po stojące na blacie opakowanie, przeczesując umysł w poszukiwaniu szczegółów. Fakt: o 14:27 1 czerwca 2015 roku poszłam do apteki, żeby zrealizować receptę od doktora Jonga. Sześćdziesiąt sztuk Lexapro i trzydzieści Pristiq – zapas na miesiąc.

Przeliczam tabletki znajdujące się w szarym pudełku. Powinno być ich odpowiednio pięćdziesiąt i dwadzieścia pięć. Wynik: pięćdziesiąt dwa i dwadzieścia sześć.

– Rzeczywiście – przyznaję, wzdychając. – Zapomniałam wziąć leki.

Mark stęka i podnosi się z krzesła. Zauważam, że nieznacznie rozluźnił ramiona.

– Posprzątam – mówi.

Z szufelką i zmiotką w dłoni zabiera się do pracy, a ja w tym czasie podchodzę do lodówki i wyjmuję butelkę mleka. Burczy mi w brzuchu. Wsypuję płatki do miseczki. Biorę łyżkę, siadam przy blacie w kuchni i włączam radio. Słychać najpierw szum, potem dżingiel internetowej porównywarki cen ubezpieczeń samochodów. Mark zmiótł odłamki z podłogi i uznał, że mimo wszystko ma ochotę napić się herbaty. Wyjął kubek z szafki i wrzucił do niego torebkę earl greya.

„Dzień dobry, Anglio Wschodnia – wita się ze słuchaczami spiker. – Oto wiadomości o ósmej. Królowa wydała sankcję królewską do ustawy parlamentarnej, która ma zachęcić obywateli do zawierania większej liczby mieszanych małżeństw. Przypomnijmy, że jak wynika ze spisu powszechnego z dwa tysiące jedenastego roku, monosi stanowią obecnie siedemdziesiąt, duosi zaś trzydzieści procent populacji kraju. Od lat na przeszkodzie tego rodzaju związkom stoją głęboko zakorzenione uprzedzenia kulturowe. W dwa tysiące czternastym roku zarejestrowano w Wielkiej Brytanii zaledwie trzysta osiemdziesiąt dziewięć mieszanych małżeństw”.

Zerkam na Marka. Miesza cukier, który wsypał do herbaty, i lekko, ale naprawdę bardzo delikatnie, uśmiecha się pod nosem. Wiem, skąd ten wyraz zadowolenia. Wiadomość na pewno dobrze wróży jego kampanii wyborczej. Fakt: przed dwudziestoma laty miał odwagę poślubić monoskę Claire Bushey pomimo silnego sprzeciwu swojej rodziny. Sam jest duosem wyczulonym na potrzeby, nadzieje oraz lęki brytyjskiej monomasy. W końcu ożenił się z jedną z jej przedstawicielek.

„Z niedawnych badań wynika, że prawdopodobieństwo, iż ze związku monosa i duosa urodzi się dziecko będące duosem, wynosi siedemdziesiąt pięć procent”.

Dzieci. Fakt: chciałabym urodzić dziecko. Moje serce rwie się do malucha, którego mogłabym kochać i którym mogłabym się opiekować. Ale jak mam to zrobić, skoro seks w moim małżeństwie nie istnieje?

„Rząd stoi na stanowisku, iż większa reprezentacja duosów w strukturze społecznej Wielkiej Brytanii wpłynie dodatnio na konkurencyjność i wydajność krajowej gospodarki – ciągnie spiker – dlatego popiera projekt Ustawy o małżeństwach mieszanych, gwarantującej ulgi podatkowe dla osób decydujących się na tego rodzaju związek. Ustawa powinna wejść w życie piętnastego lutego dwa tysiące szesnastego roku”.

Gdyby tylko wiedzieli. Liczą się fakty. Zmuszam się, by je poznawać i zapamiętywać bez względu na to, czy mi się podobają, czy nie.

Fakt: związek monosa z duosem nie pozwala temu pierwszemu zapomnieć o ograniczeniach pamięci. Prowadzi to do nieustannego poczucia niższości (dlatego, jak podejrzewam, od lat przyjmuję przeciwdepresanty). A jednak boję się nawet pomyśleć, że mogłabym odejść od mężczyzny, który zlekceważył największe społeczne tabu, aby się ze mną ożenić – ponieważ gdybym to zrobiła, pozbawiłabym się perspektyw. Fakt: Mark otrzymał zaliczkę w wysokości trzystu pięćdziesięciu tysięcy funtów na poczet Nad grobem, najpoczytniejszej ze swych książek. Mieszkamy w okazałym domu w Newnham z widokiem na rzekę Cam. Mamy sześć pokoi, oranżerię i ogród o powierzchni pół hektara. Dwa razy w roku latamy pierwszą klasą na Karaiby. Gdybym wyszła za monosa, do dziś kelnerowałabym w Varsity Blues.

Spiker zaczyna trajkotać o wyniku wczorajszego starcia na boisku piłkarskim pomiędzy reprezentacjami Anglii i Niemiec.

Wzdycham, wkładam porcję płatków do ust, chrupię i czuję, jak ich kleista słodycz oblepia mi język. Moje życie to sielanka – ale tylko z pozoru. Tak wynika z faktów. Gdybym tylko miała dziecko. Z upływem czasu ta pustka się powiększa; mam trzydzieści dziewięć lat. I gdybym tylko potrafiła pamiętać tak jak Mark. Pamięć nas dzieli, jest jak przepaść nie do pokonania.

Spiker wspomina coś o Cambridge. Nadstawiam uszu.

„Dziś o świcie na terenie rezerwatu przyrody niedaleko Newnham wyłowiono z rzeki Cam zwłoki kobiety w średnim wieku”…

Słowa spikera zagłusza dźwięk pękającej porcelany. Podnoszę głowę znad płatków i widzę, że Mark upuścił kubek, który leży teraz w kilku częściach na podłodze pośrodku parującej kałuży earl greya. Sflaczała torebka z herbatą wylądowała na jego nodze.

„Rzecznik policji hrabstwa Cambridgeshire poinformował, że okoliczności śmierci kobiety uznano za podejrzane oraz wszczęto śledztwo w tej sprawie – płynie z radia. – A teraz kilka słów o pogodzie. Meteorologowie zapowiadają wietrzny dzień”…

Wyłączam odbiornik. Cisza, jaka zalega, wydaje się jeszcze bardziej niepokojąca.

– Co się dzieje? – pytam.

Mark nie odpowiada. Ma mętny wzrok i napięte ramiona.

– Chodzi o tę wiadomość o zwłokach kobiety?

Mój mąż zaczyna szybko mrugać. Chyba tak, nie mylę się, chodzi o nią. Ale dlaczego?

– Po prostu… zszokowało mnie to – bąka w końcu. – Podejrzewam, że znaleźli ją w rezerwacie Paradise. To dwa kroki stąd. Coś okropnego. Czyli dlatego rano słyszałem syreny.

Przyglądam mu się. Zaciska szczęki.

– Nie rozumiem, dlaczego jesteś taki poruszony.

– Nie jestem – mówi, ale napięcie karku i ramion przeczy jego słowom. – Jestem po prostu nieuważny. Najpierw dzbanek, teraz kubek. Przepraszam. Znowu posprzątam.

Odwraca się i wychodzi z kuchni.

Wbijam spojrzenie w miseczkę płatków. Już nie jestem głodna.

Mark sprzątnął resztki kubka i zaszył się w swoim gabinecie na końcu ogrodu. Kusi mnie, żeby wziąć Pokrzywę i pójść z nim na spacer do rezerwatu Paradise. Część parku na pewno została odgrodzona taśmą policyjną, ale może uda mi się podejrzeć śledczych przy pracy.

Przypinam psu smycz i wychodzę z nim na słońce. Poranne powietrze jest rześkie, wręcz chłodne. Idąc chodnikiem, czuję delikatną woń wiciokrzewu. Zmierzamy w kierunku furtki, przez którą wchodzi się na teren Grantchester Meadows. Pokrzywa wyrywa do przodu; pewnie wyczuł królika. Trzymam go jednak krótko i nie spuszczam ze smyczy. Furtka skrzypi, dwa kroki i już jesteśmy w rezerwacie. Grunt pod stopami jest miękki, miejscami grząski. Na ziemi pełno odcisków butów, w większości świeżych. Nad moją głową tańczy cętkowany motyl, widzę jego drgającą na tle promieni słońca sylwetkę.

Ruszam leśną ścieżką, mijam kilka dojrzałych wierzb i mętną odnogę Cam. Słyszę stłumione głosy i widzę czarne kaski. Podchodzę bliżej. Na drewnianym chodniku stoi kilkanaście osób, wszystkie odwrócone plecami do mnie. Trzech policjantów pilnuje przejścia. Pomiędzy dwoma drzewami rozciągnięto długą wstęgę żółtej taśmy, której koniec trzepocze na wietrze.

Ściągam smycz Pokrzywy i wchodzę między ludzi. Mężczyzna w dżinsach i zielonej wywatowanej kurtce trzyma kamerę. Reporter w garniturze i z pokaźną grzywą mówi do niej, dzierżąc w dłoni mikrofon. Większość ludzi wpatruje się w brzeg rzeki. Staję na palcach i spoglądam ponad ich głowami.

– Żadnych smartfonów – upomina jakiegoś chłopca jeden z policjantów i grozi mu palcem.

Widok jest rozczarowujący. Moim oczom nie ukazuje się ciało ani nawet worek na zwłoki, tylko dwóch mężczyzn w białych kombinezonach i niebieskich gumowych rękawicach. Jeden chowa coś do plastikowej torebki. Drugi fotografuje wielkie drzewo, którego konary zwieszają się nad rzeką. Ogromny pień, częściowo zanurzony w wodzie, rośnie niemal poziomo na długość mniej więcej sześciu metrów, po czym rozdziela się na liczne konary z gałęziami pokrytymi liśćmi.

– Co się dzieje? – zwracam się do mężczyzny w pomarańczowych odblaskowych butach do biegania.

– Rano znaleźli zwłoki w rzece.

– Nie widzę ich.

– Zabrali ją jakiś czas temu. Tędy odjechali. – Pokazuje w stronę przeciwną do tej, z której przyszłam z Pokrzywą.

– Okropnie to musiało wyglądać.

– Akurat przebiegałem, kiedy chowali ją do worka. Jakieś dwie godziny temu. Blondynka. Długie włosy. Twarzy nie udało mi się zobaczyć.

– Wie pan, jak ją znaleźli?

– Słyszałem, jak ten mówił. – Mężczyzna wskazuje palcem dziennikarza z mikrofonem. – Podobno wypatrzył ją jakiś biegacz. Unosiła się w trzcinie twarzą do dołu. O tam, przy tym wielkim drzewie.

– O rany.

– Szkoda, że nie wstałem wcześniej. Wtedy to ja bym ją znalazł.

– Ciekawe, czy wiadomo, jak się nazywała.

– Ten z telewizji mówił, że w kieszeni miała prawo jazdy. Ale nie podał nazwiska.

Kiwam głową.

– Będę uciekał. Robi się nudno. Ładny pies.

Odwraca się i rusza biegiem. Jego jaskrawe buty migają między drzewami. Reporter odkłada mikrofon. Kamera jest wyłączona. Popuszczam lekko smycz Pokrzywy i zaczynam ciągnąć go w stronę domu. Idziemy pośród szumiących na wietrze wierzb.

Biedna kobieta. Ciekawe, co jej się stało.

Kiedy wracam do domu, Marka nie ma. Widocznie nadal siedzi w gabinecie. Odczepiam smycz i wsypuję do psiej miski solidną porcję suchej karmy. Kiedy Pokrzywa zabiera się do chrupania, wkładam fartuch i rękawiczki. Dziennik podpowiada mi, że co najmniej od dwóch dni nie pracowałam na dworze. Ogród na pewno domaga się uwagi. Całe pół hektara.

Otwieram drzwi oranżerii i znów wychodzę na słońce. Wiatr się wzmógł. Ruszam brukowaną ścieżką prowadzącą w dół, w kierunku gabinetu mojego męża. Burza, która przeszła nad miasteczkiem dwa poranki temu, poczyniła spore szkody w ogrodzie. Wszędzie leżą połamane i pourywane gałęzie. Wiatr porywa liście i ciska nimi. Burza zdołała nawet porozrzucać część poukładanych po obu stronach ścieżki białych i czarnych otoczaków. Tam, gdzie do tej pory leżały, widać nieporośnięte trawą wgłębienia.

Po kamieniach nie ma jednak śladu. Widocznie Pokrzywa zaopiekował się nimi i gdzieś je poukrywał. Wiem, że lubi chomikować; dziennik twierdzi, że w zeszłym roku w pierwszy dzień świąt znalazłam w jego posłaniu dwa kamienie i nienadającą się do niczego piłeczkę tenisową. Wbrew temu, co sądzi Mark, nieźle mi idzie zapamiętywanie drobnych, przypadkowych faktów.

Wyjmuję grabie z szopy i od razu zabieram się do pracy. Wkrótce udaje mi się zagrabić pokaźną stertę suchych liści przy żywopłocie z przodu domu. Liście tchną pocieszającym zapachem ziemi. Mówi się, że praca w ogrodzie ma działanie terapeutyczne – to chyba prawda, myślę, czując, jak ulatuje ze mnie niepokój. A może po prostu rozluźniłam się, bo spora kupka liści świadczy o tym, że dziś rano zrobiłam coś pożytecznego. Dla osób takich jak ja, to znaczy prowadzących dom, miarą tego, czy dzień należał do udanych, jest liczba sprzątniętych miejsc albo umytych przedmiotów. Podejrzewam, że tylko dzięki temu jeszcze nie zwariowaliśmy (albo nie popadliśmy w większą depresję). W przeciwieństwie do Marka nie mogę się pochwalić milionową sprzedażą swoich książek.

I w przeciwieństwie do mojego męża uczyniłam w życiu niewiele rzeczy, z których mogę być dumna. Tak twierdzi mój dziennik.

Sytuacji nie poprawia fakt, że Mark, tak jak większość duosów, skrycie uważa monosów za głupców. Sądzi, że brak zdolności zapamiętywania tego, co wydarzyło się przed dwoma dniami, ogranicza nas umysłowo. I że rozumiemy otaczający nas świat w sposób krótkowzroczny. Mark nie ma odwagi powiedzieć mi tego w twarz. Ilekroć jednak otwieram usta, żeby wyrazić jakąś opinię, wiem, że tak o mnie myśli. Mój dziennik podpowiada, że od dwudziestu lat znoszę protekcjonalne drwiny ze strony męża duosa.

Nie będę się rozwodziła na ten temat. Nie będę się zastanawiała nad własnymi niedoskonałościami, prawdziwymi bądź urojonymi. Nie teraz, kiedy w końcu poprawił mi się nastrój.

Idę do szopy po kilka dużych worków na śmieci i z nową energią zaczynam ładować do nich liście. Słyszę stłumiony dźwięk dzwonka do drzwi. To pewnie listonosz.

Otwieram boczną furtkę w żywopłocie i wychodzę zza rogu domu. A jednak to nie listonosz. Przed drzwiami stoi obcy mężczyzna. Trzyma głowę pod takim kątem, że mnie nie widzi. Ma subtelnie rzeźbione rysy twarzy, ale za to mocną, kanciastą szczękę. Jego skronie przyprószone są siwizną. Jest ubrany w śnieżnobiałą, nienagannie wyprasowaną koszulę. Na nogach ma wypolerowane na wysoki połysk oksfordy.

– Szuka pan kogoś? – odzywam się.

Mężczyzna aż podskakuje zaskoczony i odwraca się w moją stronę.

Jego wzrok pada na mnie, na mój brudny strój roboczy. Mężczyzna ma zniewalająco ostre, stalowoszare tęczówki. Sięga do kieszeni na piersi i wyjmuje odznakę ze zdjęciem, która ma kształt płatka śniegu zwieńczonego koroną.

– Nadkomisarz Hans Richardson, policja hrabstwa Cambridgeshire. Chciałbym porozmawiać z panem Markiem Evansem.

– W jakiej sprawie?

– Liczymy, że pomoże nam w śledztwie.

– Jakim śledztwie?

– W sprawie śmierci kobiety.

– Ale… chyba nie tej, o której dziś rano mówili w wiadomościach? Tej, której zwłoki znaleziono w Cam?

– Tak się składa, że chodzi właśnie o nią. – Policjant kiwa głową. – Prowadzę tę sprawę. Byłbym wdzięczny, gdyby zechciała pani poprosić pana Evansa… jest pani jego żoną, prawda?

Potwierdzam skinieniem głowy. Dziś rano świat jest jakiś inny, ale jeszcze nie wiem, w jakim sensie. Przesuwam wzrokiem za plecami Richardsona. Przed domem stoi radiowóz z pasem w żółte i niebieskie kwadraty. Za kierownicą siedzi umundurowany funkcjonariusz z wąsami, którego twarz rozmywa się za barwionym szkłem przedniej szyby. Paru okolicznych mieszkańców wystawia głowy z okien; jedna sąsiadka, wciąż w fioletowym szlafroku, wyszła na ganek i patrzy na nas. Przykra sprawa, że po drugiej stronie ulicy stoi rząd irytujących szeregowców.

– Mark pracuje w gabinecie – mówię. – Zaprowadzę pana – dodaję, byle ściągnąć Richardsona z widoku.

Idziemy za róg. Po drodze zauważam, że na jedwabnym krawacie nadkomisarza powtarza się delikatny motyw, wygląda jak grecka litera π, którą zapamiętałam ze szkoły. Podbiega Pokrzywa. Richardson przystaje i drapie psiaka po głowie, na co ten reaguje energicznym merdaniem. Kiedy przechodzimy przez furtkę prowadzącą do ogrodu, zbieram się na odwagę i zadaję pytanie:

– Jak się nazywała?

Nadkomisarz ściąga usta, po czym odpowiada:

– Sophia Ayling.

Nazwisko nic mi nie mówi.

– Dlaczego policja uważa, że ta kobieta zmarła w podejrzanych okolicznościach?

– Tego nie mogę powiedzieć. – Kręci głową. – Przykro mi. Muszę za to przyznać, że ma pani piękny ogród. Naprawdę ciekawy.

– Dziękuję. Pójdę po męża.

Richardson kiwa głową. Ruszam ścieżką w kierunku gabinetu Marka. Do moich myśli i serca wkrada się niepokój, spychając wszystko inne na dalszy plan. Mark na pewno nie miał nic wspólnego z tą Sophią Ayling. Nic o niej nie wiem, nie znam żadnych faktów. Dla pewności zatrzymuję się, wyjmuję iDiary i wpisuję jej imię. Żadnych informacji.

Staję przed drzwiami jaskini Marka i pukam do drzwi. Odpowiada mi głośny jęk.

– Piszę – odzywa się Mark z pozoru opanowanym głosem, w którym jednak wyraźnie słychać nutkę rozdrażnienia. – Prosiłem, żebyś mi nie przeszkadzała, kiedy piszę. Zaznacz to sobie dużymi literami w dzienniku. Poświęć trochę czasu na przyswojenie tego faktu.

– To pilne, Mark. Wyjdź, proszę.

Słychać stłumione przekleństwo, a potem coraz głośniejsze kroki.

Drzwi otwierają się z głośnym skrzypnięciem i ukazuje się za nimi schludny gabinet Marka. Mąż patrzy na mnie mętnym wzrokiem, w którym kryje się odrobina gwałtowności. Jeśli pisał przez ostatnią godzinę, czynność ta musiała wywołać w nim niemałe poruszenie.

– Jest tu policjant, nadkomisarz Hans Richardson z policji hrabstwa Cambridgeshire. Chce z tobą rozmawiać. Prowadzi śledztwo w sprawie śmierci tej kobiety, o której mówili dziś rano w radiu.

Mark blednie. Jego lewa dłoń zaczyna drżeć.

„Scientific American”, 15 września 2005 roku

To wszystko sprawka genów: naukowcy odnaleźli gen oraz białko odpowiedzialne za rozdział pamięci w społeczeństwie

Naukowcy z Uniwersytetu Harvarda zidentyfikowali genetyczny przełącznik odpowiedzialny za różnice w funkcjonowaniu pamięci krótkotrwałej u duosów i monosów. Gen ów reguluje produkcję białka określanego mianem CREB (to białko wiążące się z elementem odpowiedzi na cAMP).

Z analizy próbek krwi pobranych od pięciu tysięcy ochotników wynika, że w przeciwieństwie do dorastających przedstawicieli obu grup zarówno dorośli duosi, jak i dorośli monosi mają bardzo niski poziom CREB. Niemniej poziom tego białka we krwi duosów jest i tak wyższy niż u monosów, co daje tym pierwszym dodatkowy dzień pamięci krótkotrwałej.

Badacze sądzą, że w wieku dwudziestu trzech lat u duosów oraz w wieku osiemnastu lat u monosów dochodzi do inhibicji CREB, co skutkuje rozdziałem pamięci w społeczeństwie. Jednocześnie starają się poznać przyczyny oraz mechanizmy takiego stanu rzeczy oraz dowiedzieć się, czy zawsze tak było.

Kierownik zespołu, duos Patrick Kilburn uważa, że genetyczny przełącznik, o którym mowa, może się uruchamiać pod wpływem zsynchronizowanego działania czynników napięcia fizycznego i emocjonalnego. Twierdzi, że aby doszło do reakcji, w tym samym czasie musi zaistnieć trauma obu tych rodzajów. Dodaje, iż myszy poddawane jednoczesnym wstrząsom fizycznym i emocjonalnym mają podwyższony poziom CREB i lepszą pamięć krótkotrwałą.

„Odkrycie tego genetycznego przełącznika pozwala mieć nadzieję, że w przyszłości ludzkość zostanie obdarzona lepszymi wspomnieniami. A jeśli nie, to możemy przynajmniej liczyć, że pewnego dnia wszyscy monosi staną się duosami”, powiedział rzecznik Międzynarodowego Funduszu Pamięci (MFP), organizacji finansującej badania zespołu Kilburna.

Rozdział drugiMark

Kiedy dziś rano usłyszałem wiadomości w radiu, pomyślałem sobie, że gorzej być nie może. Otóż może.

Mówi się, że czasami lepiej jest nie wiedzieć. Spoglądam w oczy Claire, oczy, które urzekły mnie przed dwudziestoma laty, gdy zobaczyłem je w Varsity Blues (jak podpowiada mi dziennik). Dziś ma jasne źrenice, nieskalane brzemieniem świadomości przeszłych zdarzeń. Niesamowita różnica, choć minął tylko jeden dzień. Wczoraj oczy Claire pulsowały rozdzierającym bólem. Dziś ma lawendowe tęczówki pogodnej kobiety, bezpiecznej w kokonie niepamięci, zwolnionej z kary wiedzy.

Wiatr wzmaga się ponad koronami drzew.

Dziś oddałbym wszystko, żeby być monosem, tak jak Claire. Zwłaszcza tego dnia. Wiem, że w głębi duszy żona mi zazdrości. To motyw, który stale powraca w naszym małżeństwie – i w moim dzienniku. Straciłem rachubę, ile razy pisałem zdania zaczynające się od słów: „Claire ciska gromy na duosów za to, że…”.

Ona nie zdaje sobie sprawy, że bycie monoską daje jej prawo do bycia szczęśliwszą osobą.

Biorę głęboki oddech, próbuję uspokoić gonitwę myśli.

– Dziwne – mówię.

– Mark, nadkomisarz czeka. – Claire zakłada ręce na piersi i przeszywa mnie spojrzeniem pełnym irytacji.

Nie pozostaje mi nic innego, jak pójść za nią ścieżką przez ogród tam, gdzie czeka policjant. Już z daleka widzę, że jest wysoki i dobrze zbudowany. Ma szerokie barki, które mówią: „Jestem zasadniczym, rzeczowym mężczyzną”.

Mrużę oczy. Nadkomisarz wsuwa coś do kieszeni. Wygląda to jak etui aparatu. Do diabła. Co takiego fotografował w moim ogrodzie? Przyspieszam kroku, by czym prędzej pokonać ostatnie metry.

– Dzień dobry, nadkomisarzu. – Z bliska zauważyłem, że szpeci go jastrzębi nos.

– Dzień dobry, panie Evans.

– Podobno chciał pan ze mną rozmawiać.

– Przepraszam za kłopot. Wiem, że jest pan zajęty, ale przynoszę smutne wieści na temat panny Sophii Ayling. Z przykrością muszę pana powiadomić, że dziś rano wyłowiono jej zwłoki z rzeki Cam.

– Słucham?

– Standardowe postępowanie w tego rodzaju przypadkach obliguje nas do przesłuchania osób z kręgu znajomych ofiary i członków jej rodziny w charakterze świadków. Musimy odtworzyć przebieg zdarzeń poprzedzających śmierć i dostarczyć wszelkich niezbędnych faktów koronerowi prowadzącemu śledztwo. O ile nam wiadomo, z panną Ayling łączyła pana znajomość. Czy mógłby pan zatem udać się ze mną na komisariat przy Parkside w celu złożenia wyjaśnień? To nie potrwa długo.

Słyszę, jak Claire nabiera powietrza.

– Powiedział pan, że… Marka i Sophię łączyła znajomość?

– Zgadza się. – Policjant kiwa głową.

– Mark – Claire otwiera szeroko oczy i zwraca się do mnie, patrząc z wyrzutem – czy to prawda?

Do diabła. Muszę ugasić te iskry podejrzeń, które tlą się w spojrzeniu żony.

– Sprawdzę – mówię.

Otwieram dziennik i przeglądam go z najbardziej niewinną miną, na jaką mnie w tej chwili stać.

– Według dziennika poznałem Sophię dwa lata temu w Yorku na konferencji pisarzy – informuję. – Była początkującą autorką, która pisała o… pacjentach szpitala dla umysłowo chorych. Zwłaszcza o ich rojeniach pod wpływem leków. Poprosiła mnie o autograf na egzemplarzu Nad grobem. Powiedziała, że jest wielką miłośniczką mojej twórczości. Skąd pan wiedział, że się znamy, nadkomisarzu Richardson?

– Panna Ayling napisała o panu w swoim dzienniku.

Cholera. Co robi dziennik Sophii w rękach policjanta?

– Jestem zaskoczony, że ma pan do niego dostęp – odpowiadam, usiłując zapanować nad głosem. – Mam nadzieję, że nie pomyliłem faktów, ale zdaje się, że Ustawa o prawach człowieka gwarantuje każdemu prawo do prywatności. Dotyczy to również korespondencji oraz dzienników.

– Zgadza się, proszę pana, ale chodzi jedynie o ogólne zastosowania. – Nadkomisarz przerywa, żeby ściągnąć usta. – Ustawa o ochronie danych z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku zezwala policji na wgląd w osobiste dokumenty, oczywiście pod warunkiem uzyskania nakazu. Możemy przejmować i przeglądać elektroniczne dzienniki, o ile zachodzi podejrzenie, że ich zawartość godzi w bezpieczeństwo publiczne. Albo jeśli mogą mieć istotne znaczenie dla śledztwa, na przykład w sprawach dotyczących morderstwa lub porwania dziecka; wie pan, w przypadku najcięższych zbrodni.

Przełykam ślinę.

– Udało nam się uzyskać nakaz, dlatego dysponujemy wglądem w dziennik panny Ayling. Naszym zdaniem jego zawartość może pomóc w rozwiązaniu zagadki jej śmierci.

– Co Sophia napisała o mnie?

Richardson w milczeniu kręci głową, wysuwając żuchwę do przodu.

– Nadkomisarzu – patrzę mu prosto w oczy – przyszedł pan do mnie, poinformował, że biedną Sophię znaleziono martwą w rzece, a następnie poprosił o pomoc. Chciałbym przynajmniej poznać kontekst.

– Naprawdę pan tego chce?

– Zdecydowanie nalegam.

– No, skoro tak… – Wytrzymuje moje spojrzenie.

Claire znów nabiera powietrza.

– W swoim dzienniku Sophia daje do zrozumienia, że po spotkaniu w Yorku zostaliście bardzo bliskimi znajomymi… – Kącik ust policjanta zaczyna drgać.

Claire robi krok do tyłu. Wygląda, jakby ktoś zdzielił ją pięścią w brzuch. Szybko jednak przerażenie, które w pierwszej chwili zagościło na jej twarzy, ustępuje czemuś zupełnie innemu. Policzki oblewają się głęboką czerwienią, usta ściągają się, a oczy zaczynają płonąć.

Do diabła. Popełniłem duży błąd. Powinienem był od razu zaprzeczyć, że w jakikolwiek sposób zapamiętałem Sophię. Ale wytrąciła mnie z równowagi początkowa reakcja Claire. Wkopałem się i teraz muszę się z tego wygrzebać. I uważać, żeby drugi raz się nie pomylić.

Mam cztery wyjścia:

(a) Zaprzeczyć, że doszło do romansu.

(b) Rzucić cień wątpliwości na Sophię.

(c) Dowiedzieć się, co takiego Sophia napisała o mnie w swoim dzienniku (najlepiej nie przy Claire).

(d) Wszystkie powyższe.

– To kłamstwo – mówię, zwierając dłoń w pięść. – Sophia to wymyśliła. Powiedziała, że straciła głowę dla moich książek. I dla mnie, mimo że nigdy wcześniej się nie widzieliśmy.

Policjant nie wygląda na przekonanego.

– Napisała to, w co chciała wierzyć. Mocno pomieszało jej się w głowie. To ślepa uliczka, nadkomisarzu.

– Moim obowiązkiem jest sprawdzić wszystkie tropy. – Funkcjonariusz zaciska szczęki. – Również te prowadzące do mężczyzn, z którymi panna Ayling utrzymywała bardzo bliską znajomość.

Zerkam na Claire. Tak samo jak ja zaciska pięści. Do jej oczu wciąż napływa lawa. Na szczęście, jak wynika z wielu zapisków w moim dzienniku w ciągu ostatnich dwudziestu lat, moja żona jest podatna na uporczywą perswazję. Fakt: w jednym z wpisów z czerwca 1995 roku zanotowałem na przykład, że Claire ma słabość do czerwonych róż i że „kluczem do jej serca jest nieustępliwe błaganie”.

Mimo to przechodzi mnie dreszcz. Jeśli brukowce dowiedzą się, że istnieje choćby podejrzenie, iż mogłem nie dochować wierności Claire, będę mógł się pożegnać z marzeniami o parlamencie.

– Nadkomisarzu – zaczynam – mam nadzieję, że nie zamierza mnie pan aresztować…

– Broń Boże! Oczywiście, że nie. Chodzi jedynie o pana wyjaśnienia jako świadka.

Nie wiem, czy powinno mnie to uspokoić, czy dodatkowo zdenerwować.

Richardson odchrząkuje i lekko przekrzywia brodę.

– Chce pan wiedzieć, co Sophia o panu napisała – odzywa się. – Zgodnie z warunkami nakazu mogę ujawnić zawartość dziennika ofiary jedynie osobom, których śledztwo bezpośrednio dotyczy. Szczegółów być może dowie się pan w komisariacie.

Nadkomisarz zapewne się domyśla, że oddałbym wszystko, żeby wiedzieć, co o mnie napisała.

– Pojadę z panem – zgadzam się niechętnie. – Pomogę w śledztwie na tyle, na ile będę potrafił, choć powtarzam, że jeśli chodzi o naturę tego, co nas łączyło, Sophia karmiła się złudzeniami.

– Dziękuję.

– Claire, zaufaj mi – zwracam się do żony. Błagalnym wzrokiem patrzę jej w oczy.

Ale Claire nie odpowiada, kiedy ruszam za policjantem i idę za nim do radiowozu.

Myślałem, że zaprowadzą mnie do pokoju przesłuchań. Takiego, jakie ogląda się na filmach, wyposażonego jedynie w stół, krzesło i mocną lampę halogenową, której światło oślepia nieszczęsnego podejrzanego.

Udajemy się do gabinetu Richardsona. Jego biurko jest niemal puste, jeśli nie liczyć komputera, iDiary (czy ten egzemplarz należał do Sophii?), dyktafonu cyfrowego i wielkiego zszywacza. A także szachownicy i drewnianych figur, które zajmują sporo miejsca po lewej stronie blatu; piony trwają w zapamiętałym starciu. Nie ma stosów dokumentów, nie ma pootwieranych bez ładu i składu teczek, nie ma kubków z kilkudniowymi, spleśniałymi fusami po kawie. Za to półki za biurkiem mówią wiele o osobowości Richardsona. Uginają się pod ciężarem kolorowych notatników ustawionych według barwy i odcienia w nienaganne rzędy.

Powinienem zachować ostrożność.

Nie dam po sobie poznać, jak bardzo się boję.

Mój wzrok pada na napis wyryty w metalowej płytce przymocowanej do ściany za biurkiem. Brzmi on tak:

Nie można zmusić talentu, aby się objawił, sam bowiem decyduje, kiedy się ukazać.

Nie sposób też zmusić natchnienia do przyjścia; przybywa ono, gdy najmniej się go spodziewasz.

Co innego rozwiązywanie codziennych problemów – te można zmusić do posłuszeństwa.

Wystarczy, że potraktuje się je wielkim kijem.

Anonim

Zdecydowanie muszę uważać. Zachować najwyższą czujność. Mam przed sobą nieustępliwego policjanta w typie inspektora Javerta, który poruszy niebo i ziemię w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące go pytania. Richardson wygląda na takiego, który żyje swoją pracą. Jest detektywem o jastrzębim nosie, nie spocznie, póki nie dojdzie do prawdy.

– Dziękuję, że zgodził się pan przyjechać – odzywa się. Pokazuje na umundurowanego sierżanta, który towarzyszył nam w drodze do gabinetu. To młody człowiek o grubych, przypominających gąsienice brwiach, z wyglądu sumienny. – Sierżant Donald Angus spisze pana zeznania świadka na formularzu MG11. Potem będę prosił o podpis.

Kiwam głową.

– Zatem jest pan duosem, panie Evans.

– Oczywiście.

– Od jak dawna są państwo małżeństwem?

– Od dwudziestu lat.

– Czy macie dzieci?

– Nie.

– Jest pan znanym powieściopisarzem. Ale też liczy pan, że zostanie kolejnym deputowanym do Izby Gmin z okręgu South Cambridgeshire. W najbliższych wyborach wystartuje pan jako kandydat niezależny.

– Zgadza się.

– Co powiedziała Sophia Ayling, kiedy podeszła do pana po pańskim odczycie w Yorku?

– Chwileczkę, sprawdzę.

Wyjmuję iDiary, szukam odpowiedniego wpisu, po czym podnoszę wzrok na Richardsona.

– Powiedziała, że uwielbia moje powieści i czyta je od lat. Wyraziła też nadzieję, że swoją książką, która jeszcze nie została opublikowana, odniesienie taki sukces jak ja. Tak przynajmniej twierdzi mój dziennik.

– Coś jeszcze?

– Nie.

– Czy nie powiedziała, że straciła dla pana głowę?

Bystrzak z tego nadkomisarza Richardsona.

– No tak, powiedziała.

– I jak pan zareagował?

– Odparłem, że to mi pochlebia.

– Co nastąpiło potem?

Milknę. Wiele bym dał, żeby wiedzieć, co Sophia napisała o naszym pierwszym spotkaniu.

– Zaprosiła mnie na kolację. Odmówiłem.

– Odmówił pan pięknej blondynce? – Błysk niedowierzania w oczach Richardsona.

– Owszem. – Spoglądam mu w oczy z pełną świadomością, że sytuacja jest klasyczna: słowa Sophii przeciwko moim. Ale mam nad nią przewagę, ponieważ martwa nie może się już obronić. Za to ja tak.

– Ale dlaczego?

– Wiele osób składa mi propozycje spotkań podczas konferencji. Nie wszystkie przyjmuję. Nawet jeśli padają z ust pięknych blondynek.

– Czemu?

– Kiedy ktoś twierdzi, że oszalał na moim punkcie, zapala mi się w głowie lampka ostrzegawcza.

– Ponieważ?

Nie potrafię z marszu udzielić odpowiedzi, toteż sięgam po iDiary. Wpisuję w wyszukiwarce frazę „wariat + konferencja” i z ulgą stwierdzam, że pokazuje się tylko jeden wynik. Przelatuję wzrokiem słowa, które pojawiają się na ekranie, i spoglądam na Richardsona.

– Ponieważ, nadkomisarzu, od czasu do czasu trafia się pomyleniec. Na przykład w zeszłym roku widziałem, jak kobieta z ustami pomalowanymi na jaskrawy róż atakuje agenta literackiego torebką.

Policjant unosi brew.

– I co było dalej? – mówi. – Po tym, jak odrzucił pan zaproszenie od panny Ayling.

– Wyglądała na zawiedzioną. A potem poszła.

– „Poszła”? Co pan ma na myśli?

– Opuściła pomieszczenie – odpowiadam, starając się ukryć zniecierpliwienie.

– „Poszła” z panem do łóżka w innym pokoju?

– Oczywiście, że nie.

– Na pewno?

– Niech pan posłucha, nadkomisarzu. – Muszę się bardzo postarać, żeby ukryć rozdrażnienie. – Rozumiem pana pragnienie zgłębienia tajemnicy śmierci Sophii, ale kombinuje pan w niewłaściwym kierunku.

– Co się wydarzyło po konferencji?

– Nic. – Kręcę głową. – Czy z wpisów w jej dzienniku wyczytał pan, że przez lata utrzymywaliśmy namiętny romans?

Policjant nie odpowiada. Znowu wysuwa żuchwę. Szykuję się na kolejne pytanie.

– Czy później miał pan z nią jakikolwiek kontakt?

Zerkam do dziennika.

– Przysłała mi kilka egzaltowanych maili. Wynikało z nich, że nadal ma obsesję na moim punkcie. Skasowałem je. Camilla, moja agentka, regularnie podsyła mi podobne wiadomości od innych miłośniczek mojego talentu.

– Przypuszczam, że to przyjemne uczucie, kiedy kobiety tak się przymilają.

– Dziennik mówi, że potrafi być męczące.

– Pana nazwisko pojawia się w jej dzienniku kilka razy. – Richardson mnie zaskakuje. – „Kilka”, a dokładnie sto osiemdziesiąt cztery.

– Jej obsesja na moim punkcie sięgała aż tak głęboko?

– Opisy w dzienniku panny Ayling są, że tak powiem, barwne i szczegółowe – mówi Richardson, wbijając we mnie spojrzenie. – Nadal usiłuję je przetrawić. Nie przypominają innych dzienników, które zdarzało mi się analizować w sprawach o morderstwo.

Wiercę się na krześle.

– Czyta się to jak bezładny strumień świadomości – ciągnie policjant. – Albo raczej jak wzburzoną rzekę półświadomości. Fascynująca plątanina myśli.

Zawsze wiedziałem (z dziennika), że Sophia bywała niestabilna, ale nie miałem pojęcia, że całkiem jej odbiło.

– Co o mnie napisała?

– Nie mogę powiedzieć.

– Ale… przecież obiecał pan, że szczegółów dowiem się w komisariacie.

– „Być może” się pan dowie, tak to ująłem.

– Napisała, że była szaleńczo we mnie zakochana?

– Ja tu jestem od zadawania pytań.

– Przepraszam, nadkomisarzu. Po prostu jestem ciekaw. Nie trzeba było mówić, że moje nazwisko pojawia się sto osiemdziesiąt cztery razy w jej dzienniku.

– Idźmy dalej – proponuje Richardson z ponurą miną. – Proszę powiedzieć, co dokładnie robił pan przez ostatnie trzy dni. Zacznijmy od wczoraj.

Znów mam wybór spośród czterech możliwości:

(a) Powiedzieć Richardsonowi prawdę o tym, co zrobiłem.

(b) Wyjawić prawdę o tym, co zrobiła Claire.

(c) Skłamać.

(d) Żadne z powyższych.

– Żona obudziła się w paskudnym nastroju, ponieważ poprzedniego wieczoru zapomniała wziąć leki – mówię. – Dlatego postanowiłem zostać w domu. Nawet odwołałem spotkanie z grupą wolontariuszy, bo wolałem mieć ją na oku. Na szczęście postanowiła spędzić ten dzień w łóżku i nic szczególnego się nie wydarzyło.

– Co jej dolega?

Wzdycham. Fakt: choroba Claire od lat jest dla mnie źródłem poważnego utrapienia.

– Moja żona cierpi na depresję, skoro koniecznie musi pan wiedzieć – odpowiadam. – Bywa, że zachowuje się nieobliczalnie. Tylko proszę to zachować dla siebie. Nie chciałbym, żeby prasa dowiedziała się o problemach zdrowotnych mojej żony.

Policjant kiwa głową, po czym marszczy czoło i zapisuje coś w notatniku.

– Czy to oznacza, że pan i pani Evans spędziliście cały wczorajszy dzień w domu?

– Tak.

– Co jeszcze pan robił? Oprócz tego, że pilnował żony.

– Próbowałem pisać przy stole w kuchni, kiedy ona odpoczywała na górze. Ale okazało się to mało produktywne. Dlatego postanowiłem przenieść się do gabinetu i zrobić trochę roboty papierkowej. Mniej więcej raz na godzinę zaglądałem do Claire.

– Co to za robota?

– Arkusze kalkulacyjne. Maile. Czynności niewymagające natchnienia.

– A co je w panu budzi, panie Evans?

– Codzienność. Najprostsze rzeczy.

– Takie jak, powiedzmy, burza w małżeństwie? Czy to ona natchnęła pana do napisania tej sceny w Nad grobem? Tej, w której pański bohater Gunnar kłóci się ze swoją żoną Sigrid zaledwie dwa dni przed śmiercią ich dziecka?

Aha, nadkomisarz Richardson przeczytał moją powieść.

– Nie sposób stwierdzić, do jakiego stopnia prawdziwe życie przekłada się na wymyślone – mówię nieco bardziej szorstko, niżbym chciał.

– W jaki sposób nadąża pan za źródłami inspiracji?

Fakt: na festiwalach pisarzy z jakiegoś powodu jedynie monosi zadają mi to pytanie. Nie wiem dlaczego, być może wynika to z typowego dla nich kompleksu niższości. Ale Richardson chyba nie jest monosem? Tak czy owak, udzielę mu standardowej odpowiedzi.

– Zapisując wszystko w dzienniku, rzecz jasna. Wszystko. To, co zaskakujące, poruszające i absurdalne.

– A jak pan kontroluje to, co już napisał?

– Po prostu wracam do tego, czego nie pamiętam.

– Wobec tego dlaczego Gunnar na jednej stronie pochodzi z Valbergu, a na drugiej z Varbergu? Jedna miejscowość leży w Norwegii, a druga w Szwecji.

Gapię się szeroko otwartymi oczami na nadkomisarza. Fakt: odkryłem tę literówkę dopiero dwa miesiące po ukazaniu się książki; jakoś umknęła redakcji i korekcie. Niemniej aż do teraz żaden z moich czytelników nie zorientował się w pomyłce. Richardson musiał przeczytać Nad grobembardzo uważnie. Przez to jeszcze bardziej się denerwuję.

– Widzę, że orientuje się pan w geografii Skandynawii, panie nadkomisarzu.

– Jestem w jednej czwartej Szwedem i w jednej czwartej Duńczykiem.

Milczę.

– Nie odpowiedział pan na moje pytanie… – podejmuje.

– W każdej powieści zdarzają się… błędy. Poświęca pan cały wolny czas na wyszukiwanie potknięć?

– Moja praca polega na znajdowaniu rys na powierzchni, która wydaje się gładka. – Przeszywa mnie świdrujące spojrzenie szarych oczu policjanta. – Jak podsumowałby pan swoje małżeństwo, panie Evans?

– Naturalnie powiedziałbym, że jest szczęśliwe – bąkam głosem, któremu usiłuję nadać pozór pewności siebie.

– Co dla pana znaczy „szczęśliwe”?

Przeczesuję pamięć, by móc oprzeć się na faktach, ale ostatecznie postanawiam zapożyczyć dwa zdania z Nad grobem:

– To zależy, jak zdefiniujemy szczęście. Osobiście uważam, że człowiek wie, iż był szczęśliwy, jedynie z perspektywy czasu.

Richardson unosi brew, po czym zapisuje coś w notatniku.

– Co pan robił przedwczoraj? Czyli w czwartek.

To będzie trudniejsze. Muszę uważać na słowa.

– Byłem w domu, tak jak wczoraj. Poświęciłem większość dnia na pisanie w gabinecie. W przeciwieństwie do piątku czwartek okazał się produktywny. Napisałem około ośmiuset słów. Po południu zająłem się mailami.

– Czyli nie wychodził pan z domu?

– Nie.

– Czy rozmawiał pan z kimś w ciągu dnia?

– Późnym popołudniem rozmawiałem przez telefon z Camillą, moją agentką, i Rowanem, szefem mojej kampanii.

– Jak przebiegał wieczór?

– Nieciekawie. Zasnąłem przed telewizorem w gabinecie.

– A trzy dni temu? W środę?

Wyjmuję iDiary i przeglądam środowy wpis.

Poranek upłynął mi pod znakiem frustrujących zmagań ze Szczęśliwym trafem istnienia, ale do lunchu udało mi się napisać osiemset słów. W południe poszedłem do kuchni zrobić sobie kanapkę, zanim Claire wróci z Cambridge Flower School. Z przyjemnością pożarłem kanapkę, nie musząc prowadzić bezsensownych rozmów przy lunchu z moją żoną. Szkoda, że ostatnio jej towarzystwo jest tak mało pobudzające. Po lunchu zadzwoniłem do Camilli, by ją zapewnić, że praca nad Szczęśliwym trafem istnienia idzie zgodnie z planem.

– Dzięki Bogu! Pisarze i terminy rzadko się spotykają. To fakt. Ale ty się wyrobisz, prawda?

– Cieszę się, że przycichł szum po moim artykule w „Sunday Timesie”.

– Potrzebujemy szumu, żeby sprzedać książkę. To bodaj najlepszy tekst promocyjny, jaki zdarzyło ci się napisać. Może powtórka za miesiąc?

Camilla dodała, że Ben, nasz spec od reklamy, chce załatwić mi wywiad w paśmie największej oglądalności przed premierą powieści przyszłą wiosną. Jest przekonany, że nie będzie z tym problemu, zwłaszcza na fali poruszenia, jakie wywołał artykuł.

Nieco później zadzwonił Rowan w celu potwierdzenia terminu konferencji prasowej w Cechowni – o dwunastej w najbliższą sobotę, celowo dzień po tym, jak Ustawa o małżeństwach mieszanych uzyska sankcję królewską. Powinienem najkorzystniej spożytkować fakt, że od dwudziestu lat jestem w związku mieszanym.

– Zawsze łap okazje, kiedy się nadarzają. To podstawowa zasada w polityce. Równie ważne jest wyczucie czasu, ale na pewno dobrze o tym wiesz.

Rowan ma rację. Pozostałą część popołudnia poświęciłem na układanie odpowiedzi na możliwe pytania dziennikarzy i zapisałem je w pliku konfpras.doc. Następnie zająłem się mailami i inną korespondencją związaną z kampanią (mój Boże, jak ja nie znoszę biurokracji; może powinienem zatrudnić sekretarkę?).

Potem kolacja z Claire, która spędziła całe popołudnie na przygotowywaniu mojej ulubionej potrawki z królika. Mam wyrzuty sumienia, ilekroć widzę, jak żona haruje w kuchni; dlaczego zawsze tak usilnie stara mi się przypodobać? Wyrzuty się pogłębiają, kiedy Claire próbuje być miła. Królik był wyśmienity, ale rozmowa znów okazała się pozbawiona intelektualnej iskry. Czemu Claire nie interesuje się sztukami pięknymi albo klasyką literatury? Dramatami Ibsena, operami Wagnera, dziełami Virginii Woolf? Cóż takiego widzi w tych głupawych pismach dla kobiet, które trzyma na szafce nocnej? Dlaczego muszę gryźć się w język za każdym razem, gdy kusi mnie, żeby porozmawiać z nią o fabule Szczęśliwego trafu istnienia; skąd przekonanie, że monoska taka jak ona nic nie zrozumie?

Na resztę wieczoru rozsiadłem się przed telewizorem w gabinecie i poczyniłem większe postępy z Château Lafite-Rothschild rocznik 1996 niż ze Szczęśliwym trafem istnienia.

– Rano pisałem – mówię, podnosząc głowę znad dziennika. – Na lunch zjadłem kanapkę, potem porozmawiałem przez telefon z Camillą i Rowanem. Następnie po południu zająłem się mailami i innymi uciążliwościami, a wieczór spędziłem przed telewizorem.

– Wygląda na to, że pańskie dni są do siebie zadziwiająco podobne. – Nadkomisarz unosi lewą brew. – To, co pan robił w środę, jako żywo przypomina czwartkowy rozkład zajęć.

Cholera. Znowu się podłożyłem.

– Jestem powieściopisarzem – odpowiadam, kontrolując ton głosu. – Przez lata nauczyłem się rozpoznawać objawy twórczego uniesienia i zawsze, kiedy się pojawia, staram się je maksymalnie wykorzystać. Dlatego przez cały tydzień siedziałem w domu i pisałem. Tak mi podpowiada dziennik. Wychodzę z gabinetu jedynie wtedy, kiedy muszę.

– „Twórcze uniesienie” – powtarza Richardson w zamyśleniu. – Pamiętam to określenie z dziennika Sophii.

Nic dziwnego, pożyczyłem je od niej. Fakt: wykorzystała je w rozmowie, która wywiązała się podczas naszego pierwszego spotkania. Zrobiło na mnie takie wrażenie – ponieważ idealnie podsumowywało okresy zwiększonej produktywności, które czasem przeżywam – że zapisałem je sobie i nazajutrz zapamiętałem.

– Sophia była, rzecz jasna, początkującą pisarką – postanawiam przypomnieć policjantowi. – Jestem przekonany, że większość pisarzy liczy, że na jakimś etapie swojej kariery doświadczy twórczego uniesienia.

– W jej dzienniku nie ma nic, co świadczyłoby o tym, że Sophia uważała się za pisarkę.

Nadkomisarz przepala mnie wzrokiem.

– Nie ma słowa o żadnej nieopublikowanej książce – dodaje. – Ani też o tym, jakoby pracowała nad literackim arcydziełem dowolnego gatunku.

– To dziwne – komentuję, nadal rozpaczliwie walcząc o zachowanie niewzruszonego spokoju. – Z pewnością wspomniała o rękopisie powieści o pacjentach szpitala psychiatrycznego.

– Ciekawe, że pan o tym wspomina. – Kąciki ust Richardsona zaczynają drgać. – Panna Ayling rzeczywiście wiedziała to i owo o tego typu placówkach. W swoim dzienniku rzadko pisze o czymś innym.

Naraz czuję w ustach zjełczały posmak.

– Jak to?

– Z zapisków wynika, że przez wiele lat przebywała w zakładzie dla obłąkanych. Zwolniono ją przed dwoma laty.

– Przebywała w zakładzie?

– Tak. Spędziła tam siedemnaście lat.

– Nie wiedziałem o tym, nadkomisarzu.

Richardson musiał wyczuć drżenie w moim głosie, bo oto pochyla się, wbijając we mnie bezlitosne, nieustępliwe spojrzenie. Kojarzy mi się z panterą, z napięciem, które charakteryzuje głodne zwierzę mierzące wzrokiem swoją ofiarę.

– Ktoś zamordował pannę Ayling – mówi, a w jego słowach słychać pomruk; dzieli nas raptem kilka centymetrów. – Mój zastępca uważa, że mamy do czynienia z samobójstwem, ale ja przeczuwam, że chodzi o morderstwo. Tak czy owak, pod koniec dnia dostaniemy raport koronera, w którym na pewno znajdzie się potwierdzenie moich przypuszczeń. Sophia Ayling nie włożyła płaszcza, nie napełniła kieszeni kamieniami, nie weszła do rzeki Cam i nie utopiła się jak Virginia Woolf. Owszem, ja też wiem to i owo o literaturze. Do końca dnia poznam tożsamość mordercy. Proszę to sobie zapamiętać, panie Evans. Bo ja będę pamiętał.

Oficjalne wytyczne dla monosów i duosów w okresie przejściowym (na, odpowiednio, osiemnaste i dwudzieste trzecie urodziny). Jak przetwarzać szczegółowe notatki w dzienniku w fakty.

1. Pod koniec każdego dnia sporządzaj notatki w dzienniku, nawet jeśli jesteś duosem i cieszysz się dwudniowym okresem pamięci. Zapisuj wszystko, co jest dla ciebie ważne, każdy szczegół, który może ci się wydać istotny.

2. Musisz poznać istotę faktów. Otóż są to szczegóły, które poznałeś z dziennika; detale, których nigdy nie zapomnisz. Dysponujesz bezpośrednim dostępem do faktów, ponieważ wspomniane szczegóły zostały przeniesione do pamięci długotrwałej.

3. Codziennie rano, tuż po przebudzeniu, przeczytaj zapiski z poprzedniego dnia. Niech to będzie twoja pierwsza czynność. Im więcej wysiłku włożysz w przyswajanie szczegółów zawartych w dzienniku, tym więcej zapamiętasz. Badania pokazują, że monosi, którzy przykładają się do nauki dzienników, dorównują duosom, jeśli chodzi o liczbę zapamiętanych faktów o sobie samych. W kwestii przyswajania informacji z dzienników monosi i duosi są sobie równi.

4. Spokojnie, nie stresuj się. Nie zdołasz przetworzyć absolutnie wszystkich szczegółów z dziennika w fakty, to niewykonalne. Zdaniem naukowców zarówno monosi, jak i duosi przyswajają do siedemdziesięciu procent detali, które uwzględnili w zapiskach (zdarzają się, rzecz jasna, wyjątki).

Rozdział trzeciSophia

2 września 2013 roku

Gorąco. Duszno. Tłoczno od początkujących pisarzy. Wypełniali pomieszczenie. Ukrywali ambicje za uprzejmymi uśmiechami i sfatygowanymi ciuchami. Stał na podium. Nosił delikatne oznaki średniego wieku. Wydatniejszy brzuch. Włosy nie tak gęste jak w młodości, lekko przerzedzające się na czole. Ale nikt z obecnych nie domyśliłby się tego, chyba że znał go w czasach, kiedy był dwudziestopięcioletnim chłopakiem z bujną czupryną.

Oklaskiwali go. O tak. Zgotowali mu aplauz. Nikt nie pisze tak jak Mark Henry Evans. Nikt nie sprzedaje książek tak jak Mark Henry Evans. Czekałam w tylnej części sali i kręciłam się niespokojnie. Nawet biłam brawo jak pozostali. Musiałam. Ważne, żeby wtopić się w tło. Wyglądaj normalnie – tak radziła Mariska.

Opowiadał o natchnieniu. O intensywnych fazach twórczej pracy. O pułapkach sławy i sukcesu literata. Ja jednak, kiedy tak mówił, potrafiłam myśleć tylko o jednym: o tym, jak trudno będzie jego złapać w pułapkę.

Podeszłam do niego po odczycie. Byłam pewna siebie i zadowolona z własnego wyglądu. Przygładzone platynowe blond włosy spływały mi na szyję. Brwi wyskubałam, nadając im doskonały kształt. Paznokcie pomalowałam na kolor krwi, a usta na zniewalający szkarłat. Ubrałam się wprost wystrzałowo. Włożyłam seksowną małą czarną od Alexandra McQueena z dekoltem odsłaniającym co nieco z kryjących się pod spodem obfitości.