Wydawca: Buchmann Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wciąż żywa - Peter James

Gwiazda rocka i obsesyjny morderca. Pierwszy zamach wydarzył się, gdy Gaja wybierała się na swój pierwszy plan filmowy do Brighton. Detektyw Roy Grace już wie, że prześladowca podąża jej śladami. Morderca wysyła ostrzeżenia a Gaja nie chce zrezygnować z kariery i desperacko szuka potwierdzenia swoich aktorskich umiejętności. Film może okazać się kasowym sukcesem, którego ceną jest strach i… życie. Wartka akcja, świetne dialogi i nieoczekiwane zwroty sytuacji, przekonujące sylwetki postaci to zalety dobrego kryminału i książek Petera Jamesa.

 

Peter James urodził się 22 sierpnia 1948 w Brighton. Należy do najlepszych i najbardziej popularnych pisarzy powieści kryminalnych. Ponadto jest również scenarzystą i producentem wybitnych filmów takich jak: Kupiec wenecki z Alem Pacino czy Most przeznaczenia z Robertem de Niro. Łączna sprzedaż jego książek przekroczyła 13 milionów egzemplarzy.

Opinie o ebooku Wciąż żywa - Peter James

Fragment ebooka Wciąż żywa - Peter James

WCIĄŻ ŻYWA

PE­TER JA­MES

prze­ło­żył Je­rzy Ma­li­now­ski

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Not dead yet

Co­py­ri­ght © Re­al­ly Sca­ry Bo­oks / Pe­ter Ja­mes 2012

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Geof­fa Duf­fiel­da

Wie­rzy­łeś we mnie i dzię­ki to­bie speł­ni­ło się

1

Ostrze­gam cię i wię­cej tego nie po­wtó­rzę. Nie bierz w tym udzia­łu. Le­piej bę­dzie, je­śli mi uwie­rzysz. Weź udział, a zgi­niesz, suko.

2

Gaja La­fay­et­te nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że tam, w za­par­ko­wa­nym w ciem­no­ściach kom­bi, sie­dzi męż­czy­zna, któ­ry przy­je­chał, żeby ją za­bić. Nie była też świa­do­ma, że przy­słał jej ma­ila. Bez prze­rwy otrzy­my­wa­ła wia­do­mo­ści z po­gróż­ka­mi, głów­nie od re­li­gij­nych ma­nia­ków albo lu­dzi zgor­szo­nych jej prze­kleń­stwa­mi i pro­wo­ka­cyj­ny­mi stro­ja­mi pod­czas wy­stę­pów na sce­nie. Jej pocz­tę elek­tro­nicz­ną od­bie­rał za­ufa­ny szef ochro­ny – uro­dzo­ny w De­tro­it An­drew Gul­li, były gli­niarz, któ­ry przez więk­szą część swo­je­go ży­cia za­wo­do­we­go zaj­mo­wał się bez­pie­czeń­stwem na­ra­żo­nych na ata­ki oso­bi­sto­ści ze świa­ta po­li­ty­ki.

An­drew wie­dział, kie­dy spra­wa jest na tyle po­waż­na, żeby nie­po­ko­ić pra­co­daw­cę, ale ten śmieć, któ­ry przy­szedł z ano­ni­mo­we­go kon­ta, wy­dał mu się bez zna­cze­nia. Jego sze­fo­wa do­sta­wa­ła tu­zin po­dob­nych ty­go­dnio­wo.

Była dzie­sią­ta wie­czo­rem i Gaja usi­ło­wa­ła sku­pić się na czy­ta­nym sce­na­riu­szu, ale nie była w sta­nie się skon­cen­tro­wać. Jej uwa­gę roz­pra­sza­ło to, że za­bra­kło jej pa­pie­ro­sów. Uro­czy, ale nie­zbyt by­stry Pra­tap, któ­ry ro­bił dla niej wszyst­kie za­ku­py, a któ­re­go nie mia­ła su­mie­nia wy­rzu­cić z pra­cy ze wzglę­du na jego żonę z gu­zem mó­zgu, ku­pił nie­wła­ści­wą mar­kę. Co praw­da ogra­ni­cza­ła się te­raz do czte­rech pa­pie­ro­sów dzien­nie i wię­cej nie po­trze­bo­wa­ła, ale sta­re przy­zwy­cza­je­nia po­zo­sta­ły. Tru­ła się tym świń­stwem, twier­dząc, że to pa­le­niu za­wdzię­cza swój słyn­ny ochry­pły głos. Jesz­cze kil­ka lat temu wy­pa­la­ła jed­ne­go przed wsta­niem z łóż­ka, a dru­gi tlił się w po­piel­nicz­ce, kie­dy bra­ła prysz­nic. Każ­dej czyn­no­ści to­wa­rzy­szył pa­pie­ros. Te­raz, choć pra­wie uwol­ni­ła się od na­ło­gu, nadal mu­sia­ła mieć pew­ność, że pa­pie­ro­sy są w domu. Na wy­pa­dek gdy­by ich po­trze­bo­wa­ła.

Tak jak po­trze­bo­wa­ła wie­lu in­nych rze­czy. Przede wszyst­kim peł­nej uwiel­bie­nia pu­blicz­no­ści. Dla­te­go nie­ustan­nie spraw­dza­ła, ile osób śle­dzi jej wpi­sy na Twit­te­rze i ile ma fa­nów na Fa­ce­bo­oku. Dzi­siaj obie te licz­by zna­czą­co wzro­sły, a tyl­ko w cią­gu ostat­nie­go mie­sią­ca każ­da zwięk­szy­ła się o mi­lion. Pod tym wzglę­dem po­zo­sta­wia­ła da­le­ko w tyle dwie ar­tyst­ki, któ­re uwa­ża­ła za swo­je ry­wal­ki – Ma­don­nę i Lady Gagę. Jej wy­da­wa­ny co mie­siąc new­slet­ter miał bli­sko dzie­sięć mi­lio­nów sub­skry­ben­tów. Nie­zbęd­ne do ży­cia było też dla Gai jej sie­dem do­mów, z któ­rych ta zbu­do­wa­na pięć lat temu na pół­to­ra­hek­ta­ro­wej po­sia­dło­ści ko­pia to­skań­skie­go pa­laz­zo była naj­więk­sza.

Ścia­ny, od po­sadz­ki po su­fit wy­ło­żo­ne lu­stra­mi dla stwo­rze­nia ilu­zji bez­brzeż­nej prze­strze­ni, ude­ko­ro­wa­ne były dzie­ła­mi sztu­ki Az­te­ków, a tak­że pla­ka­ta­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi nie­na­tu­ral­nie wiel­ką Gaję. Ten dom, jak wszyst­kie po­zo­sta­łe, był ka­ta­lo­giem jej ko­lej­nych wcie­leń. Gaja bez prze­rwy od­kry­wa­ła sie­bie na nowo. Ostat­nio, dwa lata temu, w wie­ku trzy­dzie­stu pię­ciu lat, od­na­la­zła w so­bie ak­tor­kę fil­mo­wą.

Nad jej gło­wą wi­sia­ła ol­brzy­mia, opra­wio­na w ram­ki, czar­no-bia­ła fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ją­ca ją w czar­nym ne­gli­żu i pod­pi­sa­na: „Świa­to­we to­ur­née – Gaja ra­tu­je pla­ne­tę”. Inna, na któ­rej była ubra­na w ko­szul­kę bez rę­ka­wów i skó­rza­ne spodnie, no­si­ła pod­pis: „To­ur­née ob­ja­wie­nia Gai”. Nad ko­min­kiem znaj­do­wa­ło się nie­sa­mo­wi­te, w od­cie­niach zie­le­ni, zbli­że­nie jej ust, nosa i oczu: „Gaja pry­wat­nie i z bli­ska”.

Co­dzien­nie dzwo­ni­li do niej jej agent i jej me­ne­dżer, za­pew­nia­jąc ją nie­zmien­nie, jak bar­dzo świat jej po­trze­bu­je. Ta­kie same za­pew­nie­nia otrzy­my­wa­ła od sta­le roz­ra­sta­ją­cej się – wy­na­ję­tej przez jej fir­mę za­rzą­dza­ją­cą – cen­tra­li zaj­mu­ją­cej się sie­cią spo­łecz­no­ścio­wą. A w tej chwi­li bar­dzo po­trze­bo­wa­ła jej oso­ba, o któ­rą Gaja trosz­czy­ła się naj­bar­dziej na świe­cie – jej sze­ścio­let­ni syn Roan. Prze­szedł po ci­chu po mar­mu­ro­wej po­sadz­ce, w pi­ża­mie Ar­ma­ni Ju­nior, z po­tar­ga­ny­mi brą­zo­wy­mi wło­sa­mi i mar­so­wą miną, i po­kle­pał po ra­mie­niu mat­kę le­żą­cą na bia­łej so­fie, wspar­tą na pur­pu­ro­wych po­dusz­kach z atła­su.

– Mamo, nie przy­szłaś i nie po­czy­ta­łaś mi baj­ki.

Gaja wy­cią­gnę­ła rękę i zmierz­wi­ła jesz­cze bar­dziej jego wło­sy. Na­stęp­nie odło­ży­ła sce­na­riusz i wzię­ła chłop­ca w ra­mio­na, moc­no go obej­mu­jąc.

– Prze­pra­szam, skar­bie. Już póź­no, pora pójść spać, a mama jest dziś bar­dzo za­ję­ta; musi na­uczyć się tek­stu. To na­praw­dę duża rola, wiesz? Mama gra Ma­rię Fit­zher­bert, ko­chan­kę an­giel­skie­go kró­la Je­rze­go IV!

W cza­sach re­gen­cji w An­glii Ma­ria Fit­zher­bert była praw­dzi­wą diwą. Te­raz diwą była Gaja. Ale łą­czy­ło je coś jesz­cze. Ma­ria Fit­zher­bert spę­dzi­ła więk­szość swo­je­go ży­cia w Bri­gh­ton. Tam, gdzie uro­dzi­ła się Gaja! Na­praw­dę czu­ła z tą ko­bie­tą więź, mimo że żyły w tak od­le­głych epo­kach. Była stwo­rzo­na do tej roli!

Jej agent mó­wił, że to bę­dzie nowe Jak zo­stać kró­lem. Bez wąt­pie­nia osca­ro­wa rola. A ona tak bar­dzo pra­gnę­ła do­stać Osca­ra. Pierw­sze dwa fil­my, w któ­rych wy­stą­pi­ła, były cał­kiem do­bre, ale nie rzu­ci­ły świa­ta na ko­la­na. Wraz z upły­wem cza­su zda­ła so­bie spra­wę, że nie do­ko­na­ła wła­ści­we­go wy­bo­ru, a sce­na­riu­sze były – szcze­rze mó­wiąc – sła­be. Za to ten film po­wi­nien wzbu­dzić tak upra­gnio­ny przez nią za­chwyt kry­ty­ki. Cięż­ko pra­co­wa­ła nad tą rolą. Musi od­nieść suk­ces.

Do dia­bła, ży­cie to nie­ustan­na wal­ka. Los sprzy­ja od­waż­nym. Nie­któ­rzy są w czep­ku uro­dze­ni, a inni, tak jak ona, po­cho­dzą z bied­nej dziel­ni­cy i mu­szą cięż­ko pra­co­wać, żeby coś osią­gnąć. Prze­by­ła dłu­gą dro­gę – kel­ne­ro­wa­nie i dwa mał­żeń­stwa – nim zdo­by­ła obec­ną po­zy­cję i wresz­cie mo­gła się po­czuć do­brze. Tyl­ko ona, Roan i Todd, in­struk­tor fit­ness, któ­ry za­pew­niał jej wspa­nia­ły seks, kie­dy tego po­trze­bo­wa­ła, i zni­kał jej z oczu, kie­dy­nie chcia­ła go wi­dzieć, a tak­że gro­no jej za­ufa­nych współ­pra­cow­ni­ków.

Wzię­ła do ręki sce­na­riusz i po­ka­za­ła sy­no­wi bia­łe i nie­bie­skie kart­ki.

– Mama musi się tego wszyst­kie­go na­uczyć, za­nim po­le­ci do An­glii.

– Obie­ca­łaś.

– Stef­fie nie czy­ta­ła ci dziś wie­czo­rem?

Stef­fie była nia­nią.

– Ty czy­tasz le­piej. – Chło­piec wy­da­wał się zroz­pa­czo­ny. – Lu­bię, jak ty mi czy­tasz.

– Jest już po dzie­sią­tej – po­wie­dzia­ła, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek. – Pora spać!

– Nie mogę za­snąć. Nie za­snę, je­śli mi nie po­czy­tasz, mamo.

Odło­ży­ła sce­na­riusz na szkla­ny sto­lik, po­sta­wi­ła syna na pod­ło­dze i wsta­ła.

– Zgo­da. Jed­ną krót­ką baj­kę, okey?

Jego twarz roz­ja­śni­ła się. Ener­gicz­nie po­ki­wał gło­wą.

– Mar­la! – za­wo­ła­ła. – Mar­la!

Do po­ko­ju we­szła jej asy­stent­ka z te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym przy uchu. Kłó­ci­ła się z kimś za­wzię­cie, cho­dzi­ło chy­ba o re­zer­wa­cję miejsc w sa­mo­lo­cie. Je­dy­ną eks­tra­wa­gan­cją, ja­kiej Gaja so­bie od­ma­wia­ła, był pry­wat­ny od­rzu­to­wiec. Głów­nie z tro­ski o emi­sję ga­zów cie­plar­nia­nych.

Mar­la krzy­cza­ła do słu­chaw­ki. Czy te pie­przo­ne li­nie lot­ni­cze nie wie­dzą, kim jest Gaja? Że może ich zgno­ić? Mia­ła na so­bie błysz­czą­ce dżin­sy Ver­sa­ce z no­gaw­ka­mi we­tknię­ty­mi w czar­ne buty ze skó­ry ali­ga­to­ra i cien­ki czar­ny golf, a na jej szyi ko­ły­sał się zło­ty łań­cu­szek z pła­skim zło­tym wi­sior­kiem przed­sta­wia­ją­cym kulę ziem­ską i wy­gra­we­ro­wa­ny na niej na­pis: „Pla­ne­ta Gaja”. Do­kład­nie tak samo była ubra­na dziś wie­czo­rem jej sze­fo­wa. Obie mia­ły też jed­na­ko­we fry­zu­ry – moc­no wy­cie­nio­wa­ne blond wło­sy do ra­mion, ze sta­ran­nie wy­mo­de­lo­wa­ną grzyw­ką.

Gaja La­fay­et­te wy­ma­ga­ła, żeby żeń­ska część jej per­so­ne­lu ubie­ra­ła się i cze­sa­ła w jed­na­ko­wy spo­sób – zgod­nie z prze­sy­ła­ną co­dzien­nie ma­ilem in­struk­cją. Wszyst­kie ko­bie­ty mia­ły być wier­ną ko­pią swo­jej sze­fo­wej.

– Za­ła­twio­ne! – po­wie­dzia­ła Mar­la, za­koń­czyw­szy roz­mo­wę. – Zgo­dzi­li się wy­wa­lić parę osób z sa­mo­lo­tu. – Uśmiech­nę­ła się aniel­sko do Gai. – Ze wzglę­du na cie­bie!

– Po­trze­bu­ję pa­pie­ro­sów – ode­zwa­ła się Gaja. – Mo­żesz być tak do­bra i pójść je ku­pić?

Mar­la rzu­ci­ła ukrad­ko­we spoj­rze­nie na ze­ga­rek. Mia­ła dziś wie­czo­rem rand­kę i z po­wo­du wy­ma­gań Gai już była spóź­nio­na dwie go­dzi­ny – choć nie było to ni­czym nad­zwy­czaj­nym. Żad­na z po­przed­nich oso­bi­stych asy­sten­tek Gai nie za­grza­ła przy niej miej­sca dłu­żej niż osiem­na­ście mie­się­cy, a Mar­la roz­po­czy­na­ła wła­śnie trze­ci rok. Pra­ca była cięż­ka, wie­lo­go­dzin­na i nie­zbyt do­brze płat­na, ale zdo­by­te do­świad­cze­nie bez­cen­ne, a sze­fo­wa, choć wy­ma­ga­ją­ca, to miła. Pew­ne­go dnia wy­swo­bo­dzi się z tych pęt, ale jesz­cze nie te­raz.

– Ja­sne, nie ma spra­wy – od­par­ła.

– Weź mo­je­go mer­ce­de­sa.

Był cie­pły, przy­jem­ny wie­czór. Gaja do­brze wie­dzia­ła, jak waż­ne są ta­kie do­dat­ki do pen­sji.

– Su­per! Za­raz wra­cam. Coś jesz­cze?

Gaja po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Mo­żesz za­trzy­mać sa­mo­chód do ju­tra.

– Mogę?

– Ja­sne, nig­dzie się nie wy­bie­ram.

Mar­la uwiel­bia­ła srebr­ne­go SL55 AMG. Nie mo­gła się już do­cze­kać szyb­kiej jaz­dy za­krę­ta­mi Sun­set Bo­ule­vard w dro­dze do skle­pu ca­ło­do­bo­we­go. A po­tem za­bie­rze Jaya. Kto wie, jak skoń­czy się ta noc? Każ­dy dzień prze­pra­co­wa­ny u Gai był wzy­wa­niem i przy­go­dą. A ostat­nio, od­kąd po­zna­ła Jaya, tak­że każ­dy wie­czór! Jay był obie­cu­ją­cym mło­dym ak­to­rem i Mar­la pró­bo­wa­ła zna­leźć dzię­ki kon­tak­tom Gai spo­sób, żeby po­móc mu się wy­bić.

Nie wie­dzia­ła tego jesz­cze, ale wy­cho­dząc z domu i wsia­da­jąc do mer­ce­de­sa, po­peł­nia­ła śmier­tel­ny błąd.

3

Trzy­dzie­ści mi­nut wcze­śniej, gdy wy­jeż­dżał z San­ta Mo­ni­ca, łyk­nął va­lium, któ­re za­czy­na­ło te­raz dzia­łać na nie­go uspo­ka­ja­ją­co. Cola, któ­rą wy­pił kwa­drans temu pod­czas krót­kie­go po­sto­ju na te­re­nie Uni­wer­sy­te­tu Ka­li­for­nij­skie­go w Bren­two­od, za­pew­ni­ła od­po­wied­ni za­strzyk ener­gii, a łyk te­qu­ili z le­żą­cej na fo­te­lu pa­sa­że­ra bu­tel­ki do­dał mu od­wa­gi.

Je­chał po­wo­li, po­nie­waż miał prze­pa­lo­ny tłu­mik, a nie chciał zwra­cać na sie­bie uwa­gi gło­śnym ry­kiem. Che­vro­let, rocz­nik 1997, był kupą za­rdze­wia­łe­go zło­mu. Po­przed­nie­go wie­czo­ru na par­kin­gu myj­ni sa­mo­cho­do­wej, w któ­rej pra­co­wał, po­ło­żył na nim świe­żą war­stwę la­kie­ru i te­raz, w ciem­no­ściach, nikt nie po­wi­nien za­uwa­żyć, ja­kim gru­cho­tem się po­ru­sza.

Opo­ny były zu­peł­nie łyse, a jemu le­d­wie wy­star­czy­ło pie­nię­dzy na ben­zy­nę, żeby prze­je­chać przez całe mia­sto. Miesz­ka­ją­cy tu, w Bel Air, bo­ga­cze nie mie­li po­ję­cia, co to zna­czy być bied­nym. Za wy­so­ki­mi ży­wo­pło­ta­mi, za otwie­ra­ny­mi au­to­ma­tycz­nie bra­ma­mi kry­ły się wiel­kie re­zy­den­cje oto­czo­ne wy­pie­lę­gno­wa­ny­mi traw­ni­ka­mi i wszel­ki­mi ogro­do­wy­mi za­baw­ka­mi. Jaki to ra­żą­cy kon­trast do roz­pa­da­ją­ce­go się bun­ga­lo­wu w za­py­zia­łej czę­ści San­ta Mo­ni­ca, gdzie miesz­kał z Daną. Ale to się zmie­ni. Dana wkrót­ce zy­ska sła­wę, na któ­rą od daw­na za­słu­gu­je. A po­tem sta­ną się dość bo­ga­ci, żeby ku­pić taką po­sia­dłość jak te, któ­re go tu ota­cza­ły.

Nie­trud­no było mu usta­lić, któ­ry dom do kogo na­le­ży, bo miesz­kań­cy po­ło­wy mi­ja­nych przez nie­go re­zy­den­cji byli wy­mie­nie­ni z na­zwi­ska na tu­ry­stycz­nej Ma­pie gwiazd Hol­ly­wo­od, któ­ra le­ża­ła, moc­no sfa­ty­go­wa­na i po­gnie­cio­na, na fo­te­lu pa­sa­że­ra, pod opróż­nio­ną do po­ło­wy bu­tel­ką te­qu­ili. Był je­den pew­ny spo­sób po­ru­sza­nia się po uli­cach Bel Air bez zwra­ca­nia na sie­bie uwa­gi licz­nych pa­tro­li po­li­cji i pry­wat­nych firm ochro­niar­skich. W koń­cu był ak­to­rem, a ak­to­rzy są jak ka­me­le­ony i po­tra­fią wto­pić się w swo­ją po­stać. Dla­te­go miał na so­bie mun­dur pra­cow­ni­ka ochro­ny i okrą­żał po­sia­dłość Gai La­fay­et­te w błysz­czą­cym chev­ro­le­cie kom­bi z ogrom­nym na­pi­sem: „Bel Air–Be­ver­ly. Pry­wat­ne usłu­gi ochro­niar­skie – uzbro­jo­ne pa­tro­le”. Nie­bie­skie i czer­wo­ne li­te­ry na­kle­ił sam.

Ta aro­ganc­ka dziw­ka zu­peł­nie zlek­ce­wa­ży­ła jego ma­ila. W ubieg­łym ty­go­dniu wszyst­kie hol­ly­wo­odz­kie ga­ze­ty do­nio­sły, że wej­dzie w skład ob­sa­dy ak­tor­skiej. Mia­ła za­grać Ma­rię Fit­zher­bert, ko­chan­kę księ­cia Wa­lii, a póź­niej jego se­kret­ną żonę. To mał­żeń­stwo nig­dy nie zo­sta­ło ofi­cjal­nie uzna­ne, po­nie­waż ona była ka­to­licz­ką i zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym pra­wem Je­rzy nig­dy nie mógł­by z tego po­wo­du zo­stać kró­lem.

To była jed­na z naj­pięk­niej­szych hi­sto­rii mi­ło­snych mo­nar­chii bry­tyj­skiej. A w opi­nii in­ter­ne­to­wych ser­wi­sów plot­kar­skich jed­na z naj­więk­szych ról ekra­no­wych w dzie­jach kina.

Każ­da ak­tor­ka na świe­cie, je­śli tyl­ko była w od­po­wied­nim wie­ku, chcia­ła ją za­grać. Ta rola ozna­cza­ła po­ten­cjal­ne­go Osca­ra. Tym­cza­sem Gaja tak bar­dzo do niej nie pa­so­wa­ła, że mo­gła ją zu­peł­nie po­psuć. Na li­tość bo­ską, ona była tyl­ko gwiaz­dą roc­ka, nie ak­tor­ką! Nie ukoń­czy­ła szko­ły te­atral­nej. Nie wal­czy­ła la­ta­mi o zdo­by­cie agen­ta, o by­cie za­uwa­żo­ną. Je­dy­ne, co po­tra­fi­ła, to śpie­wać dru­go­rzęd­nej ja­ko­ści pio­sen­ki, zdzie­rać z sie­bie ubra­nie, po­pi­sy­wać się swo­im cia­łem i sy­piać z od­po­wied­ni­mi oso­ba­mi. I na­gle po­sta­no­wi­ła zo­stać ak­tor­ką!

Przyj­mu­jąc ten an­gaż, po­zba­wi­ła jed­nej z naj­lep­szych ról któ­rąś z na­praw­dę uta­len­to­wa­nych ak­to­rek.

Ta­kich jak Dana Lons­da­le.

Poza tym Gaja nie mia­ła pra­wa tego ro­bić. Nie bra­ko­wa­ło jej pie­nię­dzy. Nie po­trze­bo­wa­ła więk­szej sła­wy niż ta, któ­rą już się cie­szy­ła. Wszyst­ko, co te­raz czy­ni­ła, wy­ni­ka­ło z jej próż­no­ści i nie­po­ha­mo­wa­nej żą­dzy sła­wy i bo­gac­twa. Ktoś mu­siał ją po­wstrzy­mać.

Nie­zdar­nie po­kle­pał wci­śnię­ty do kie­sze­ni spodni pi­sto­let. Nig­dy w ży­ciu nie strze­lał. To cho­ler­stwo de­ner­wo­wa­ło go. Ale cza­sem trze­ba zro­bić to, co się uwa­ża za słusz­ne.

Broń na­le­ża­ła do jego ojca. Zna­lazł ją pod łóż­kiem w jego przy­cze­pie, kie­dy sta­ru­szek zmarł. Glock. Nie wie­dział na­wet, ja­kie­go ka­li­bru, ale po­rów­nał go ze zdję­cia­mi w in­ter­ne­cie i stwier­dził, że to trzy­dziest­ka ósem­ka. W ma­ga­zyn­ku było osiem na­bo­jów, a obok pi­sto­le­tu zna­lazł pu­deł­ko z do­dat­ko­wą amu­ni­cją.

Po­cząt­ko­wo za­mie­rzał go sprze­dać albo na­wet wy­rzu­cić. Te­raz ża­ło­wał, że tego nie zro­bił. Nie po­tra­fił się na to zdo­być. Pi­sto­let zo­stał u nie­go w domu i przy­po­mi­nał sło­wa ojca – że je­dy­nym spo­so­bem na po­wstrzy­ma­nie nie­spra­wie­dli­wo­ści jest dzia­ła­nie.

Dziś nad­szedł ten czas. Za­mie­rzał po­wstrzy­mać wiel­ką nie­spra­wie­dli­wość.

O tak.

4

Dla Ke­itha Win­te­ra, jak dla wie­lu in­nych go­spo­da­rzy, wcze­sny po­ra­nek był ulu­bio­ną porą dnia. Ke­ith lu­bił wsta­wać wcze­śniej niż resz­ta świa­ta, a szcze­gól­nie te­raz, na po­cząt­ku czerw­ca, kie­dy słoń­ce wscho­dzi­ło przed pią­tą.

Ale tego dnia wy­szedł z domu z cięż­kim ser­cem i po­ko­nał tyl­ko krót­ki dy­stans do kur­ni­ka.

Uwa­żał, że Loh­mann Brown to naj­lep­sza rasa nio­sek, i dla­te­go miał ich trzy­dzie­ści dwa ty­sią­ce. Dzię­ki tro­skli­wej opie­ce, jaką je ota­czał, na wol­nym wy­bie­gu tu, na fer­mie Sto­ne­ry, uzy­ski­wał jaj­ka dużo lep­sze niż wszy­scy jego kon­ku­ren­ci.

Trzy­mał kury w do­brych, hu­ma­ni­tar­nych wa­run­kach, za­pew­niał im tyle prze­strze­ni, ile po­trze­bo­wa­ły, i kar­mił je swo­ją se­kret­ną kar­mą, skła­da­ją­cą się z psze­ni­cy, ole­ju, soi, wap­nia, sodu i ze­sta­wu wi­ta­min. Choć jego kury były z na­tu­ry agre­syw­ne i skłon­ne do ka­ni­ba­li­zmu, był z nich dum­ny, tak jak jest dum­ny z ho­do­wa­nych przez sie­bie i za­pew­nia­ją­cych mu byt zwie­rząt każ­dy rol­nik.

Trzy­mał je w su­chym, czy­stym i no­wo­cze­snym par­te­ro­wym bu­dyn­ku, z ogrom­nym, dłu­gim na sto me­trów wy­bie­giem. Wzdłuż nie­go sta­ły lśnią­ce, sta­lo­we si­lo­sy z ziar­nem. Na koń­cu wy­bie­gu, obok trak­to­ra i roz­ma­itych sprzę­tów rol­ni­czych, rdze­wie­ją­ce­go kon­te­ne­ra, sto­su pa­let i cha­otycz­nie po­roz­rzu­ca­nych frag­men­tów ogro­dze­nia, znaj­do­wa­ły się dwie cię­ża­rów­ki. Jego te­rier bie­gał do­oko­ła po­sia­dło­ści w po­szu­ki­wa­niu za­ję­cy.

Mimo sil­ne­go wia­tru znad od­le­głe­go o osiem ki­lo­me­trów na po­łu­dnie ka­na­łu La Man­che Ke­ith czuł już w po­wie­trzu pierw­sze ozna­ki zbli­ża­ją­ce­go się lata. Do­strze­gał je w wy­su­szo­nych tra­wach, spierzch­nię­tej zie­mi i pył­kach kwia­to­wych, któ­re wy­wo­ły­wa­ły u nie­go ka­tar sien­ny. Ale choć lu­bił let­nie mie­sią­ce, po­cząt­ko­wi czerw­ca za­wsze to­wa­rzy­szy­ły mie­sza­ne uczu­cia, po­nie­waż wte­dy zni­ka­ły wszyst­kie jego uko­cha­ne kury, żeby tra­fić na skle­po­we pół­ki w po­sta­ci zup lub in­nych go­to­wych dań.

Dla więk­szo­ści jego ko­le­gów ho­dow­ców kury były ni­czym in­nym jak tyl­ko ma­szy­na­mi do zno­sze­nia jaj i praw­dę mó­wiąc, żona Lin­da uwa­ża­ła, że jest lek­ko stuk­nię­ty z tym swo­im przy­wią­za­niem do głu­pich stwo­rzeń. Nic jed­nak nie mógł na to po­ra­dzić; był per­fek­cjo­ni­stą i miał ob­se­sję na punk­cie ja­ko­ści swo­je­go dro­biu oraz jaj, cią­gle eks­pe­ry­men­to­wał z pa­sza­mi i su­ple­men­ta­mi die­ty i sta­rał się za­pew­nić zwie­rzę­tom jak naj­lep­sze wa­run­ki. Kie­dy wszedł do bu­dyn­ku, kil­ka jaj sto­czy­ło się z pasa trans­mi­syj­ne­go do ma­szy­ny sor­tu­ją­cej. Wziął do ręki jed­no z nich, spraw­dził, czy nie ma skaz, czy ko­lor jest od­po­wied­ni, po­pu­kał w sko­rup­kę i za­do­wo­lo­ny odło­żył je na miej­sce. Jajo po­tur­la­ło się w kie­run­ku pu­stych kar­to­nów i znik­nę­ło mu z oczu.

Ke­ith Win­ter był wy­so­kim, do­brze zbu­do­wa­nym sześć­dzie­się­cio­trzy­lat­kiem, z mło­dzień­czą twa­rzą oso­by, któ­ra za­cho­wa­ła ra­dość ży­cia. Ubra­ny był w sta­ry, bia­ły T-shirt, nie­bie­skie szor­ty i sza­re skar­pet­ki. Na no­gach miał so­lid­ne buty. Prze­stron­ne po­miesz­cze­nie po­dzie­lo­ne było na dwie czę­ści. On wszedł do tej po pra­wej, wy­peł­nio­nej ka­ko­fo­nią dźwię­ków, jak­by od­by­wa­ło się tu jed­no­cze­śnie ty­siąc przy­jęć. Daw­no już przy­wykł do dła­wią­ce­go smro­du amo­nia­ku z ku­rzych od­cho­dów, któ­re spa­da­ły przez me­ta­lo­we krat­ki w pod­ło­dze do znaj­du­ją­ce­go się pod spodem głę­bo­kie­go zbior­ni­ka ście­ko­we­go.

Kie­dy ja­kaś szcze­gól­nie agre­syw­na kura dziob­nę­ła go bo­le­śnie w łyd­kę, spoj­rzał w dru­gi ko­niec kur­ni­ka po­nad czer­wo­ny­mi grze­bie­nia­mi brą­zo­wych i bia­łych stwo­rzeń, drep­czą­cych ner­wo­wo, jak­by w ocze­ki­wa­niu na waż­ne spo­tka­nie. W po­miesz­cze­niu za­czę­ło się już prze­rze­dzać i w wie­lu miej­scach wi­docz­ne były me­ta­lo­we krat­ki pod­ło­gi. Dzie­wię­ciu ro­bot­ni­ków z Eu­ro­py Wschod­niej, głów­nie z Ło­twy i Li­twy, ubra­nych w ochron­ne kom­bi­ne­zo­ny, z ma­ska­mi na twa­rzach, wcze­śnie za­czę­ło ła­pa­nie kur, wy­no­sze­nie ich na ze­wnątrz i umiesz­cza­nie w przy­sto­so­wa­nych do prze­wo­zu zwie­rząt klat­kach, ja­kie mie­li na cię­ża­rów­kach.

Mia­ło to po­trwać cały dzień. Wie­czo­rem po­zo­sta­nie tyl­ko goła pod­ło­ga. Na­stęp­nie przy­je­dzie eki­pa ze spe­cja­li­stycz­nej fir­my, któ­ra unie­sie krat­ki i usu­nie po­nadme­tro­wą war­stwę pta­sich od­cho­dów.

Na­gle z od­le­głe­go koń­ca po­miesz­cze­nia do­biegł go krzyk. Zo­ba­czył, że je­den z ro­bot­ni­ków bie­gnie w jego kie­run­ku, la­wi­ru­jąc mię­dzy ku­ra­mi.

– Pa­nie sze­fie! – za­wo­łał ła­ma­ną an­gielsz­czy­zną; na jego twa­rzy ma­lo­wa­ło się prze­ra­że­nie. – Pa­nie sze­fie, sir! Coś nie w po­rząd­ku. Nie­do­brze. Pro­szę, chodź, zo­bacz!

5

Ste­ro­wa­na elek­trycz­nie bra­ma za­czę­ła się otwie­rać!

Ja­sna cho­le­ra!

Tego się nie spo­dzie­wał. Był zde­ner­wo­wa­ny i nie mógł po­zbie­rać my­śli. Na­gle uświa­do­mił so­bie, że za­po­mniał wziąć le­kar­stwo; to, któ­re spra­wia­ło, że w jego gło­wie pa­no­wał po­rzą­dek. Kto wy­jeż­dżał z po­se­sji? Pew­nie po­przed­nia zmia­na ochro­nia­rzy, po­my­ślał, ale ta­kiej oka­zji nie mógł prze­ga­pić. A je­śli to była ta suka we wła­snej oso­bie? Sły­nę­ła z tego, że lu­bi­ła wy­pusz­czać się w mia­sto sama. Cho­ciaż, jak do­no­si­ła pra­sa, kie­dy upra­wia­ła jog­ging, strze­gło jej wię­cej ochro­nia­rzy niż ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta.

Za­ha­mo­wał ostro, wy­łą­czył sil­nik swo­je­go che­vro­le­ta i wy­jął z kie­sze­ni pi­sto­let. Spoj­rzał na bra­mę. Na ośle­pia­ją­ce świa­tła re­flek­to­rów sa­mo­cho­du cze­ka­ją­ce­go w głę­bi pod­jaz­du, aż bra­ma otwo­rzy się do­sta­tecz­nie sze­ro­ko.

Prze­biegł przez jezd­nię i mi­nął roz­su­wa­ją­cą się bra­mę. Wi­dział przed sobą cze­ka­ją­ce­go mer­ce­de­sa. Czuł za­pach spa­lin zmie­sza­ny z aro­ma­tem świe­żo sko­szo­nej tra­wy. Z gło­śni­ków w sa­mo­cho­dzie pły­nę­ła mu­zy­ka; to była pio­sen­ka Gai!

Jak cu­dow­nie! Słu­chać wła­sne­go utwo­ru w ostat­nich chwi­lach ży­cia! Umrze przy dźwię­kach wła­snej mu­zy­ki! Cóż za po­ezja!

Dach sa­mo­cho­du był opusz­czo­ny. Za kie­row­ni­cą sie­dzia­ła Gaja! Była sama!

Ostrze­ga­łem cię, suko.

Po­tęż­ny sil­nik mer­ce­de­sa po­mru­ki­wał jed­no­staj­nie i me­lo­dyj­nie. Błysz­czą­ca sta­lo­wa be­stia cze­ka­ła, aż kie­row­ca wci­śnie pe­dał gazu i wy­rwie się w noc. Bra­ma otwie­ra­ła się po­wo­li, nie­rów­no­mier­nie, pra­we skrzy­dło szyb­ciej niż lewe.

Nie­zgrab­nym, ner­wo­wym ru­chem, mimo wcze­śniej­szych prób, od­bez­pie­czył gloc­ka i zro­bił krok do przo­du.

– Ostrze­ga­łem cię, suko! – ode­zwał się. Wy­po­wie­dział te sło­wa gło­śno, żeby mo­gła je usły­szeć.

Wi­dział, jak pa­trzy na nie­go py­ta­ją­co, ukry­ta w cie­niu ka­bi­ny.

Od­po­wiedź na jej py­ta­nie trzy­mał w drżą­cej ręce.

Kie­dy pod­szedł bli­żej, zo­ba­czył na jej twa­rzy wy­raz prze­ra­że­nia.

Wie­dział, że to nie było w po­rząd­ku. Wie­dział, że po­wi­nien się od­wró­cić, za­po­mnieć, uciec. Uciec do domu? Wró­cić jako nie­udacz­nik?

Po­cią­gnął za spust i roz­le­gła się eks­plo­zja. Była gło­śniej­sza, niż się spo­dzie­wał. Pi­sto­le­tem szarp­nę­ło, jak­by chciał mu się wy­rwać z dło­ni. Usły­szał głu­chy od­głos, kie­dy po­cisk tra­fił w coś w od­da­li. Ko­bie­ta pa­trzy­ła na nie­go sze­ro­ko otwar­ty­mi z prze­ra­że­nia ocza­mi. Na­wet jej nie dra­snął. Chy­bił.

Wy­ce­lo­wał po­wtór­nie, kie­ru­jąc broń na nią. Kie­dy strze­lił, unio­sła dło­nie i za­sło­ni­ła nimi twarz. Tym ra­zem ka­wa­łek cze­goś nie­okre­ślo­ne­go ode­rwał się z tyłu jej gło­wy, a wło­sy na­stro­szy­ły w rząd kol­ców. Po­wtó­rzył strzał, pro­sto w czo­ło, na któ­rym po­ja­wił się nie­wiel­ki, ciem­ny otwór. Cia­ło ko­bie­ty gwał­tow­nie od­sko­czy­ło w tył i za­czę­ło kon­wul­syj­nie drżeć, jak ryba wy­ję­ta z wody i ude­rzo­na kil­ka­krot­nie młot­kiem w gło­wę. Z otwo­ru w czo­le wy­pły­nę­ła ciem­na struż­ka i sto­czy­ła się po grzbie­cie nosa.

– Trze­ba było mnie po­słu­chać – po­wie­dział. – Trze­ba było po­słu­chać mo­jej rady.

Od­wró­cił się i pół­przy­tom­ny po­biegł do sa­mo­cho­du.

6

Gaja przy­jeż­dża do Bri­gh­ton! Wra­ca do mia­sta, w któ­rym się uro­dzi­ła. Naj­więk­sza współ­cze­sna gwiaz­da Bri­gh­ton od­wie­dza ro­dzin­ne stro­ny, żeby za­grać naj­słyn­niej­szą hi­sto­rycz­ną bo­ha­ter­kę Bri­gh­ton. To była wy­ma­rzo­na rola dla Gai.

I nad­zwy­czaj­na ra­dość dla Anny Ga­li­cji. Jej naj­więk­szej fan­ki.

Jej fan­ki nu­mer je­den!

Tyl­ko Anna zna­ła praw­dzi­wą przy­czy­nę przy­jaz­du Gai. Ar­tyst­ka robi to spe­cjal­nie dla niej! Wszyst­kie sy­gna­ły były bar­dzo czy­tel­ne.

Jed­no­znacz­ne.

– To już w przy­szłym ty­go­dniu, Diwo. Co ty na to?

Kot pa­trzył na nią obo­jęt­nie.

Naj­więk­sza z gwiazd przy­jeż­dża w przy­szłym ty­go­dniu. Anna bę­dzie w ho­te­lu, żeby ją oso­bi­ście przy­wi­tać. W koń­cu, po la­tach uwiel­bia­nia jej i ko­mu­ni­ko­wa­nia się z nią na od­le­głość, bę­dzie mia­ła oka­zję ją spo­tkać. Może do­tknie jej dło­ni. A może na­wet, je­śli oko­licz­no­ści będą sprzy­jać, zo­sta­nie za­pro­szo­na do jej apar­ta­men­tu na drin­ka – a po­tem?

Oczy­wi­ście trud­no było po­wie­dzieć, czy w da­nej chwi­li Gaja wo­la­ła męż­czyzn, czy ko­bie­ty. Otwar­cie mó­wi­ła o każ­dym no­wym związ­ku. Zmie­nia­ła ko­chan­ków w po­szu­ki­wa­niu tej jed­nej, wła­ści­wej oso­by! Dwu­krot­nie wy­cho­dzi­ła za mąż, ale to było daw­no temu. Anna śle­dzi­ła jej ży­cie na bie­żą­co – w in­ter­ne­cie, te­le­wi­zji, ga­ze­tach i cza­so­pi­smach. I od lat po­ta­jem­nie flir­to­wa­ła z Gają za po­mo­cą spe­cjal­ne­go kodu. Kodu, któ­ry Gaja za­miesz­cza­ła na wszyst­kich swo­ich pro­duk­tach. Ma­łe­go, le­d­wie wi­docz­ne­go lisa.

Se­kret­ny lis!

W ostat­nich ty­go­dniach Gaja wy­sy­ła­ła do niej co­raz wię­cej sy­gna­łów. Do­wo­dy na to były w sto­sie ga­zet i cza­so­pism sta­ran­nie po­wkła­da­nych w ce­lo­fa­no­we ko­szul­ki, le­żą­cym przed Anną na sto­le.

Mi­lio­ny razy wy­obra­ża­ła so­bie chwi­lę, kie­dy w koń­cu spo­tka się z Gają oso­bi­ście. Drę­czy­ły ją wąt­pli­wo­ści. Może dla prze­ła­ma­nia lo­dów po­win­na za­cząć od po­pro­sze­nia jej o au­to­graf? To chy­ba nie za duże wy­ma­ga­nie ze stro­ny fan­ki nu­mer je­den, praw­da?

Oczy­wi­ście, że nie.

Se­kret­ny lis!

Gaja była zna­na z tego, że uwiel­bia swo­ich fa­nów. Ale nikt nie był jej tak od­da­ny jak Anna. Na gro­ma­dze­nie pa­mią­tek zwią­za­nych z Gają wy­da­ła wszyst­ko, co po­zo­sta­ło jej po zmar­łej mat­ce, a tak­że pra­wie każ­de­go za­ro­bio­ne­go sa­mo­dziel­nie fun­ta.

Anna za­wsze ku­po­wa­ła bi­le­ty na naj­lep­sze miej­sca na kon­cer­tach Gai, kie­dy ta zja­wia­ła się w An­glii. Sta­ra­ła się być za­wsze pierw­sza w ko­lej­ce, czy to oso­bi­ście, czy w in­ter­ne­cie. A ile­kroć Gaja wy­stę­po­wa­ła w prze­bo­jo­wym mu­si­ca­lu Sa­in­ted! o ży­ciu Mat­ki Te­re­sy, Anna sie­dzia­ła w pierw­szym rzę­dzie.

Kie­dy nie uda­ło jej się ku­pić bi­le­tu i nie mo­gła po­ja­wić się na kon­cer­cie, wy­sy­ła­ła Gai ma­ila z prze­pro­si­na­mi. I z ży­cze­nia­mi po­wo­dze­nia. Z wy­ra­za­mi na­dziei, że wie­czór bę­dzie uda­ny mimo jej nie­obec­no­ści. I oczy­wi­ście ze zna­kiem.

Se­kret­nym li­sem!

Anna sie­dzia­ła w po­ko­ju na pię­trze swo­je­go nie­wiel­kie­go domu w Pe­ace­ha­ven nie­opo­dal Bri­gh­ton. W sank­tu­arium. W mu­zeum Gai! Kie­dy wcią­ga­ła głę­bo­ko po­wie­trze – na­praw­dę głę­bo­ko – zda­wa­ło jej się, że oprócz za­pa­chu kar­to­nów, pa­pie­rów, pla­sti­ku i środ­ków czysz­czą­cych wciąż czu­je za­pach potu i per­fum Gai uwal­nia­ją­cy się z ko­stiu­mów sce­nicz­nych, któ­re ku­pi­ła na au­kcjach cha­ry­ta­tyw­nych.

Każ­dy cen­ty­metr kwa­dra­to­wy ścian po­kry­wa­ły zdję­cia i pa­miąt­ki zwią­za­ne z Gają. Pla­ka­ty z au­to­gra­fa­mi, pół­ki ugi­na­ją­ce się od płyt, srebr­ny ba­lon z na­pi­sem: „To­ur­née – skry­wa­ne se­kre­ty Gai”, któ­ry bez prze­rwy na­dmu­chi­wa­ła, a któ­ry ku­pi­ła dwa mie­sią­ce temu, kie­dy pio­sen­kar­ka była ostat­nio w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Opra­wio­ne w ram­ki bi­le­ty na kon­cer­ty ze wszyst­kich za­kąt­ków świa­ta, pro­gra­my tras kon­cer­to­wych, bu­tel­ki po pi­tej przez nią wo­dzie mi­ne­ral­nej i cen­na ko­lek­cja wie­sza­ków na ubra­nia z mo­no­gra­mem ar­tyst­ki.

W po­ko­ju sta­ło kil­ka ma­ne­ki­nów bez głów, na któ­rych wi­sia­ły su­kien­ki Gai zdo­by­te przez Annę na au­kcjach in­ter­ne­to­wych, osło­nię­te prze­zro­czy­stą fo­lią dla ochro­ny przed ku­rzem, ale przede wszyst­kim dla za­cho­wa­nia za­pa­chu gwiaz­dy, ja­kim prze­sią­kły na sce­nie. Po­zo­sta­łe ubra­nia Gai le­ża­ły w opi­sa­nych sta­ran­nie pu­deł­kach, owi­nię­te w cien­ką bi­bu­łę.

Była tu tak­że bez­cen­na węd­ka, z któ­rą Gaja sfo­to­gra­fo­wa­ła się na jed­nym z pla­ka­tów. Anna opra­wi­ła go w ram­ki i po­wie­si­ła na ścia­nie, a węd­kę po­sta­wi­ła obok. Przy­po­mi­na­ła ona An­nie ojca, któ­ry za­bie­rał ją na ryby, kie­dy była mała. Za­nim po­rzu­cił ją i jej mat­kę.

Sie­dzia­ła, są­cząc kok­tajl przy­rzą­dzo­ny we­dług prze­pi­su opub­li­ko­wa­ne­go przez Gaję – mo­ji­to z odro­bi­ną za­pew­nia­ją­cych zdro­wie je­żyn i do­da­ją­cej ener­gii gu­ara­ny – i słu­cha­jąc włą­czo­ne­go na pe­łen re­gu­la­tor naj­więk­sze­go hitu swo­jej idol­ki: Here To Save The Pla­net To­ge­ther!

Unio­sła kie­li­szek, wzno­sząc to­ast do jed­ne­go z naj­lep­szych zdjęć Gai – zbli­że­nia jej ust, nosa i oczu, pod­pi­sa­ne­go: „Gaja pry­wat­nie i z bli­ska”.

Diwa, mała bir­mań­ska kot­ka, ode­szła z wy­gię­tym w łuk grzbie­tem – ob­ra­żo­na lub zła. Anna za­sta­na­wia­ła się cza­sem, czy kot­ka nie jest za­zdro­sna o Gaję. Te­raz jed­nak skie­ro­wa­ła swo­ją uwa­gę na le­żą­ce na sto­le wy­cin­ki i za­pa­trzy­ła się w je­den z nich, po­cho­dzą­cy z cza­so­pi­sma „Heat”. Było to zdję­cie Gai w bluz­ce i czar­nych dżin­sach, ro­bią­cej za­ku­py na Ro­deo Dri­ve w Be­ver­ly Hills. Pod zdję­ciem wid­niał pod­pis: „Czyż­by Gaja ku­po­wa­ła ko­stiu­my do swo­jej no­wej roli fil­mo­wej?”.

Uśmiech­nę­ła się pod­nie­co­na. Czar­ne! Gaja ubra­ła się na czar­no spe­cjal­nie dla niej!

Ko­cham cię, po­my­śla­ła. Tak bar­dzo cię ko­cham. Wiem, że ty o tym wiesz! A już nie­dłu­go po­wiem ci to oso­bi­ście, kie­dy spot­kamy się twa­rzą w twarz w Bri­gh­ton. W przy­szłym ty­go­dniu. Już za pięć dni.

Pro­szę, ubierz się wte­dy też na czar­no.

Se­kret­ny lis!

7

Na sta­lo­wym sto­le, w bla­sku pod­wie­szo­nej pod su­fi­tem pro­sek­to­rium lam­py, le­żał nie cał­kiem kom­plet­ny szkie­let. In­spek­tor Roy Gra­ce wpa­try­wał się w czasz­kę, któ­rej wi­dok przy­pra­wiał go o gę­sią skór­kę. Zda­wa­ło mu się, że wy­krzy­wia ją gry­mas uśmie­chu, jak­by chcia­ła po­wie­dzieć z drwi­ną: że­gnaj, okrut­ny świe­cie, wię­cej mnie nie skrzyw­dzisz! Od­cho­dzę! Od­cho­dzę stąd!

Gra­ce’owi bra­ko­wa­ło ośmiu ty­go­dni do czter­dzie­stych uro­dzin; nie­dłu­go też mi­nie dwa­dzie­ścia je­den lat pra­cy w po­li­cji w hrab­stwie Sus­sex. Miał nie­ca­łe sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, a od­po­wied­nią syl­wet­kę uda­ło mu się za­cho­wać dzię­ki nie­ustan­nym ćwi­cze­niom. Glen­no­wi Bran­so­no­wi, ko­le­dze z pra­cy i przy­ja­cie­lo­wi, a jed­no­cze­śnie swo­je­mu au­to­ry­te­to­wi w dzie­dzi­nie sty­li­za­cji, za­wdzię­czał krót­ko ostrzy­żo­ne i na­że­lo­wa­ne wło­sy, a krzy­wy nos, zła­ma­ny w cza­sach, kie­dy był zwy­kłym kra­węż­ni­kiem, spra­wiał, że wy­glą­dał te­raz jak za­wo­do­wy bok­ser na eme­ry­tu­rze. Jego żona San­dy, za­gi­nio­na od pra­wie dzie­się­ciu lat,po­wie­dzia­ła mu kie­dyś, że ma oczy Pau­la New­ma­na. Spodo­ba­ła mu się jej opi­nia, choć nie wie­rzył, że to praw­da. Uwa­żał się za zwy­czaj­ne­go fa­ce­ta, zu­peł­nie prze­cięt­ne­go, ro­bią­ce­go to, co lubi naj­bar­dziej.

Więk­szość ofi­ce­rów po­li­cji twier­dzi­ła, że jest oswo­jo­na z wi­do­kiem ludz­kich zwłok w każ­dej po­sta­ci i że nic nie po­tra­fi ich po­ru­szyć prócz wi­do­ku mar­twych dzie­ci. Tym­cza­sem Gra­ce, mimo tylu lat prze­pra­co­wa­nych w wy­dzia­le za­bójstw, czuł się wstrzą­śnię­ty, ile­kroć miał do czy­nie­nia z ja­kimś cia­łem. Po­nie­waż było ono kie­dyś czło­wie­kiem ko­cha­nym przez ro­dzi­nę, przy­ja­ciół, ko­chan­ków – choć­by prze­lot­nie.

Na po­cząt­ku swo­jej ka­rie­ry po­przy­siągł so­bie, że nig­dy nie sta­nie się cy­nicz­ny. Tym­cza­sem dla nie­któ­rych jego ko­le­gów cy­nizm, po­łą­czo­ny z wi­siel­czym hu­mo­rem, był emo­cjo­nal­ną sko­ru­pą. Spo­so­bem, żeby nie zwa­rio­wać w pra­cy.

Wszyst­kie czę­ści szkie­le­tu męż­czy­zny, któ­re uda­ło się jak do­tąd od­na­leźć, zo­sta­ły sta­ran­nie uło­żo­ne na sto­le przez ar­cheo­log są­do­wą Joan Ma­jor. Zu­peł­nie jak me­bel do sa­mo­dziel­ne­go mon­ta­żu, w któ­rym bra­ku­je kil­ku istot­nych ele­men­tów, przy­szła mu nie­ocze­ki­wa­nie do gło­wy gro­te­sko­wa myśl.

Ope­ra­cja Skrzyp­ce, któ­rą nad­zo­ro­wał, do­bie­ga­ła koń­ca. Śledz­two­do­ty­czy­ło upro­wa­dze­nia oraz dwóch mor­derstw po­peł­nio­nych z chę­ci ze­msty. Głów­ny po­dej­rza­ny, zi­den­ty­fi­ko­wa­ny przez po­li­cjan­tów w No­wym Jor­ku jako do­brze im zna­ny za­bój­ca na zle­ce­nie pra­cu­ją­cy dla ma­fii, znik­nął. Nie­wy­klu­czo­ne, że uto­nął, pró­bu­jąc unik­nąć aresz­to­wa­nia, ale zda­niem Gra­ce’a rów­nie do­brze mógł wy­je­chać z kra­ju i miesz­kać te­raz gdzie­kol­wiek w świe­cie pod jed­nym z fał­szy­wych na­zwisk, któ­rych wcze­śniej chęt­nie uży­wał, albo – co bar­dziej praw­do­po­dob­ne – pod zu­peł­nie no­wym.

Ja­kieś czte­ry ty­go­dnie po znik­nię­ciu po­dej­rza­ne­go ope­ra­cja Skrzyp­ce prze­szła w stan uśpie­nia. Roy Gra­ce tra­fił z po­wro­tem do gra­fi­ku i przez cały ty­dzień był dy­żur­nym ofi­ce­rem śled­czym. Roz­wią­zał swój ze­spół, po­zo­sta­wia­jąc tyl­ko kil­ka osób z za­da­niem utrzy­my­wa­nia kon­tak­tów z Ame­ry­ka­na­mi. Do za­mknię­cia ca­łej ope­ra­cji po­zo­sta­ło tyl­ko zba­da­nie jed­ne­go ele­men­tu – le­żał on wła­śnie te­raz przed nim na sto­le. Po od­na­le­zie­niu szkie­le­tu lu­dzie z Jed­nost­ki Po­szu­ki­wań Spe­cja­li­stycz­nych jesz­cze przez ty­dzień prze­cze­sy­wa­li roz­le­gły tu­nel i oko­licz­ne stu­dzien­ki, od­kry­wa­jąc szcząt­ki roz­wle­czo­ne przez gry­zo­nie na du­żym ob­sza­rze.

Le­karz są­do­wy, dok­tor Fra­zer The­obald, do­ko­nał oglę­dzin na miej­scu, ale nie po­tra­fił usta­lić przy­czy­ny śmier­ci i szcząt­ki zo­sta­ły po­przed­niej nocy prze­wie­zio­ne tu­taj. Dok­tor The­obald kil­ka mi­nut temu opu­ścił pro­sek­to­rium. Bez cia­ła i pły­nów ustro­jo­wych, bez śla­dów uszko­dzeń czasz­ki i ko­ści przez po­cisk lub nóż szan­se na usta­le­nie przy­czy­ny śmier­ci były nie­wiel­kie.

W po­miesz­cze­niu po­zo­sta­ło kil­ka osób z eki­py śled­czej, ubra­nych, tak jak on sam, w zie­lo­ne kom­bi­ne­zo­ny. Cleo Mo­rey, na­rze­czo­na Gra­ce’a w trzy­dzie­stym dru­gim ty­go­dniu cią­ży, była star­szym tech­ni­kiem ana­to­mo­pa­to­lo­gii, bo tak ofi­cjal­nie na­zy­wa­ło się sta­no­wi­sko la­bo­rant­ki. Zie­lo­ny far­tuch z PCW opi­nał brzuch z ich dziec­kiem. Wy­su­nę­ła jed­ną z szu­flad się­ga­ją­cej su­fi­tu chłod­ni z owi­nię­tym bia­łym pla­sti­kiem cia­łem, któ­re prze­nio­sła na wó­zek na kół­kach, żeby przy­go­to­wać je do au­top­sji.

Był też na po­ste­run­ku pra­cow­nik biu­ra ko­ro­ne­ra Phi­lip Keay – wy­so­ki, szczu­pły męż­czy­zna o śnia­dej, zdro­wej ce­rze, krót­kich ciem­nych wło­sach i krza­cza­stych brwiach, lecz w tej chwi­li zaj­mo­wał się przede wszyst­kim swo­im te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym.

Na tym eta­pie śledz­twa, gdy kon­cen­tro­wa­li się na pró­bie usta­le­nia toż­sa­mo­ści zmar­łe­go, głów­ną rolę od­gry­wa­ła sły­ną­ca ze spo­ko­ju i sku­tecz­no­ści Joan Ma­jor, ko­bie­ta o mi­łej apa­ry­cji, z dłu­gi­mi brą­zo­wy­mi wło­sa­mi, w mod­nych, no­wo­cze­snych oku­la­rach na no­sie. Gra­ce był pod wra­że­niem jej umie­jęt­no­ści. Na jego do­świad­czo­ne, bądź co bądź, oko wszyst­kie szkie­le­ty wy­glą­da­ły tak samo. Tym­cza­sem dla Joan Ma­jor każ­dy z nich był tak uni­ka­towy jak od­ci­ski pal­ców.

Dyk­to­wa­ła, mó­wiąc do mi­kro­fo­nu spo­koj­nie i wy­raź­nie, żeby każ­dy, kto tego chciał, mógł zro­zu­mieć jej sło­wa. Za­czę­ła od czasz­ki:

– Wy­raź­na li­nia brwi. Czo­ło po­chy­łe. Gór­na szcze­li­na oczo­do­ło­wa za­okrą­glo­na. Duży wy­ro­stek sut­ko­wa­ty. Wy­dłu­żo­ny łuk jarz­mo­wy. Wy­dat­ny grze­bień po­ty­licz­ny.

Na­stęp­nie prze­szła do mied­ni­cy:

– Wą­skie wcię­cie kul­szo­we. Otwór za­sło­no­wy owal­ny. Kość ło­no­wa krót­ka. Kąt ło­no­wy ostry. Brak wklę­sło­ści pod­ło­no­wej. Kość krzy­żo­wa wy­gię­ta.

Roy Gra­ce słu­chał uważ­nie, choć więk­szość uży­tych ter­mi­nów była dla nie­go zbyt fa­cho­wa. Czuł się zmę­czo­ny i spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek, stłu­mił ziew­nię­cie. Była je­de­na­sta czter­dzie­ści pięć, przy­da­ła­by się ko­lej­na kawa. Po­przed­niej nocy po­ło­żył się póź­no, bo jak co ty­dzień grał w po­ke­ra w mę­skim to­wa­rzy­stwie – wy­gry­wa­jąc w su­mie czter­dzie­ści fun­tów. Ostat­nie kil­ka ty­god­ni było wy­czer­pu­ją­ce, a dziś wie­czo­rem za­mie­rzał zjeść z Cleo cur­ry, po­ło­żyć się przed te­le­wi­zo­rem i obej­rzeć piąt­ko­wy tan­det­ny pro­gram, za­sy­pia­jąc, jak zwy­kle to czy­ni­li, przy ich ulu­bio­nym talk-show Gra­ha­ma Nor­to­na. Co naj­waż­niej­sze, nie mie­li żad­nych kon­kret­nych pla­nów na week­end. Gra­ce chciał te­raz zna­leźć czas, aby po­być tyl­ko z Cleo, na­cie­szyć się tymi cen­ny­mi chwi­la­mi sa­mot­no­ści we dwo­je, po­nie­waż jak ostrzegł go jego ko­le­ga Nick Ni­choll, któ­ry nie­daw­no zo­stał oj­cem, po na­ro­dzi­nach dziec­ka ich ży­cie zmie­ni się już na za­wsze. Po­cząt­ko­wo mie­li na­dzie­ję wziąć ślub przed roz­wią­za­niem, ale pro­ce­du­ra uzna­nia San­dy za zmar­łą i obo­wiąz­ki za­wo­do­we spra­wi­ły, że sta­ło się in­a­czej. Mu­sie­li za­pla­no­wać wszyst­ko od nowa.

Po­trze­bo­wał też chwi­li wy­tchnie­nia po ostat­nim śledz­twie, żeby móc się skon­cen­tro­wać na gru­bym pli­ku akt są­do­wych, do­ty­czą­cych mor­der­stwa po­peł­nio­ne­go na pla­nie fil­mu por­no­gra­ficz­ne­go, w któ­re za­plą­ta­ny był aresz­to­wa­ny przez nie­go wy­jąt­ko­wo ohyd­ny osob­nik Carl Ven­ner. Roz­pra­wa mia­ła się od­być nie­dłu­go w sie­dzi­bie sądu kry­mi­nal­ne­go Old Ba­iley.

Zno­wu sku­pił się na sło­wach ar­che­olog. Nie mi­nę­ło jed­nak kil­ka mi­nut, kie­dy jego uwa­gę roz­pro­szy­ła obec­ność Cleo. Parę ty­go­dni temu tra­fi­ła do szpi­ta­la z po­wo­du we­wnętrz­ne­go krwa­wie­nia. Zo­sta­ła ostrze­żo­na, że nie wol­no jej dźwi­gać żad­nych cię­ża­rów, i te­raz Roy mar­twił się, wi­dząc ją prze­no­szą­cą zwło­ki na wó­zek. Pra­ca w pro­sek­to­rium nie­od­łącz­nie wią­za­ła się z dźwi­ga­niem cię­ża­rów. Bał się o nią, po­nie­waż bar­dzo ją ko­chał, a w opi­nii le­ka­rza dru­gie po­dob­ne krwa­wie­nie może za­gra­żać ży­ciu Cleo i dziec­ka.

Pa­trzył, jak Cleo za­trzy­mu­je wó­zek przy na­gich zwło­kach star­szej ko­bie­ty, któ­re wła­śnie skoń­czy­ła przy­go­to­wy­wać. Skle­pie­nie czasz­ki było usu­nię­te, a mózg le­żał na pla­sti­ko­wej tacy, wi­szą­cej nad cia­łem. Na bia­łej ta­bli­cy ścien­nej wid­nia­ły pu­ste miej­sca, w któ­re na­le­ża­ło wpi­sać wy­mia­ry i wagę or­ga­nów we­wnętrz­nych zmar­łej. Na gó­rze czar­nym mar­ke­rem zo­sta­ło na­pi­sa­ne jej na­zwi­sko: Cla­ire El­ford.

Miej­sce było po­nu­re, a pra­ca cięż­ka. Roy nie mógł po­jąć, co jego na­rze­czo­ną w niej po­cią­ga. Cleo była po­są­go­wą pięk­no­ścią, mia­ła dłu­gie blond wło­sy, te­raz spię­te ze wzglę­dów hi­gie­nicz­nych. Bar­dziej pa­so­wa­ła­by do ja­kiejś lon­dyń­skiej agen­cji re­kla­mo­wej, ga­le­rii sztu­ki albo re­dak­cji cza­so­pi­sma – tyle tyl­ko, że ko­cha­ła swo­ją pra­cę. Roy do tej pory nie po­tra­fił uwie­rzyć w swo­je szczę­ście, w to, że po tylu la­tach pie­kła, ja­kie na­stą­pi­ło po znik­nię­ciu San­dy, uda­ło mu się od­na­leźć mi­łość na nowo. I to mi­łość ko­goś tak olśnie­wa­ją­ce­go i jed­no­cze­śnie uro­cze­go.

Wcze­śniej, mimo nie­ustan­nych kłót­ni, uwa­żał San­dy za swo­ją brat­nią du­szę. Ale od pierw­szej chwi­li jego związ­ku z Cleo sfor­mu­ło­wa­nie „brat­nia du­sza” na­bra­ło zu­peł­nie in­ne­go zna­cze­nia. Roy od­dał­by ży­cie za Cleo. Cał­kiem se­rio.

– Joan, mo­gła­byś nam po­dać w przy­bli­że­niu jego wiek? – zwró­cił się do ar­che­olog są­do­wej.

– Na ra­zie nie po­wiem ci do­kład­nie, Roy – od­po­wie­dzia­ła, przy­glą­da­jąc się czasz­ce. – Obec­ność zę­bów mą­dro­ści wska­zu­je na oso­bę do­ro­słą. Skost­nie­nie oboj­czy­ka na oso­bę po trzy­dzie­st­ce. – Do­tknę­ła ręką mied­ni­cy. – Po­wierzch­nia ucho­wa­ta jest w fa­zie szó­stej, co umiej­sca­wia­ło­by go po­mię­dzy czter­dzie­stym pią­tym a czter­dzie­stym dzie­wią­tym ro­kiem ży­cia. Spo­je­nie ło­no­we jest w fa­zie pią­tej, co ozna­cza, nie­zbyt pre­cy­zyj­nie, że miał od dwu­dzie­stu sied­miu do sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat. Ubyt­ki w uzę­bie­niu świad­czą ra­czej o gór­nej gra­ni­cy tego prze­dzia­łu wie­ko­we­go. Dość za­awan­so­wa­na oste­ofi­to­za tak­że wska­zu­je na oso­bę w star­szym wie­ku. Je­śli cho­dzi o rasę, wy­mia­ry czasz­ki su­ge­ru­ją kau­ka­ską, eu­ro­pej­ską albo oko­ło­eu­ro­pej­ską, ale trud­no o więk­szą do­kład­ność. I jesz­cze jed­na uwa­ga. Wy­dłu­żo­ne przy­cze­py mię­śnio­we, szcze­gól­nie do­brze wi­docz­ne w ko­ściach ra­mien­nych, ozna­cza­ją, że był to czło­wiek sil­ny i ak­tyw­ny fi­zycz­nie.

Gra­ce po­ki­wał gło­wą. Szkie­let, wraz z parą czę­ścio­wo ob­gry­zio­nych ka­lo­szy, bry­tyj­ską dzie­wiąt­ką, zo­stał przy­pad­kiem od­na­le­zio­ny w nie­uży­wa­nym od daw­na głę­bo­kim tu­ne­lu pod por­tem Sho­re­ham. Roy wie­dział już, kim może być ten męż­czy­z­na, a wszyst­ko, co po­wie­dzia­ła Joan Ma­jor, po­twier­dza­ło jego przy­pusz­cze­nia.

Sześć lat wcze­śniej es­toń­ski ka­pi­tan ma­ry­nar­ki han­dlo­wej An­drus Kan­gur znik­nął po za­cu­mo­wa­niu swo­je­go kon­te­ne­row­ca wy­ła­do­wa­ne­go tar­ci­cą. Kan­gu­ra przez kil­ka lat ob­ser­wo­wał Euro­pol, po­dej­rze­wa­jąc go o han­del nar­ko­ty­ka­mi. Za­gi­nię­cie tego czło­wie­ka nie było może wiel­ką stra­tą dla świa­ta, ale nie Roy­owi Gra­ce’owi to oce­niać. Roy wie­dział, że był pe­wien moż­li­wy mo­tyw. Dzię­ki otrzy­ma­nej po­uf­nej in­for­ma­cji po­li­cja ob­ser­wo­wa­ła sta­tek od mo­men­tu jego wpły­nię­cia do por­tu. Kan­gur pró­bo­wał wów­czas oszu­kać ta­jem­ni­cze­go wła­ści­cie­la ła­dun­ku, nie wie­dział tyl­ko, z kim za­dzie­ra – była to wpły­wo­wa ro­dzi­na ma­fij­na z No­we­go Jor­ku.

Z ze­bra­nych do tej pory do­wo­dów i z tego, co Gra­ce wie­dział o praw­do­po­dob­nym za­bój­cy, pe­cho­wy ka­pi­tan zo­stał przy­ku­ty łań­cu­cha­mi w lo­chu i po­zo­sta­wio­ny na śmierć gło­do­wą i na pas­twę szczu­rów. Kie­dy go zna­le­zio­no, ca­łe­go cia­ła, więk­szo­ści ścię­gien i wło­sów, roz­wle­czo­nych przez gry­zo­nie po oko­li­cy, już nie było. Ko­ści się roz­sy­pa­ły, z wy­jąt­kiem jed­ne­go ra­mie­nia i dło­ni wi­szą­cych na łań­cu­chu przy­pię­tym za po­mo­cą kłód­ki do sta­lo­wej rury w ścia­nie.

Nie­ocze­ki­wa­nie ode­zwał się te­le­fon Roya.

Dzwo­nił we­so­ły i kom­pe­tent­ny sier­żant Si­mon Ba­tes z wy­dzia­łu kry­mi­nal­ne­go po­li­cji w East­bo­ur­ne.

– Roy? Ty masz dy­żur?

Gra­ce spo­chmur­niał. Te­le­fon taki jak ten nie ozna­czał nic do­bre­go.

W wy­dzia­le kry­mi­nal­nym po­li­cji hrab­stwa Sus­sex było czte­rech ofi­ce­rów śled­czych, któ­rzy peł­ni­li dy­żu­ry na zmia­nę: je­den ty­dzień służ­by, po­tem trzy ty­go­dnie wol­ne­go. Jego dy­żur miał się za­koń­czyć o szó­stej rano w po­nie­dzia­łek.

Niech to szlag.

– Tak, Si­mon, ja – od­po­wie­dział z ta­kim sa­mym en­tu­zja­zmem, z ja­kim pa­cjent go­dzi się na le­cze­nie ka­na­ło­we zęba. W słu­chaw­ce usły­szał dziw­ne trza­ski, któ­re trwa­ły kil­ka se­kund, to mu­sia­ły być ja­kieś za­kłó­ce­nia.

– Mamy przy­pa­dek po­dej­rza­nej śmier­ci na fer­mie w East Sus­sex.

– Mo­żesz po­dać tro­chę wię­cej in­for­ma­cji?

Trza­ski usta­ły. Słu­chał Ba­te­sa bez en­tu­zja­zmu. Cały week­end był już spie­przo­ny, choć na­wet się jesz­cze nie za­czął. Wy­mie­nił spoj­rze­nia z Cleo, któ­ra w lot zro­zu­mia­ła, co się dzie­je. Uśmiech­nę­ła się do nie­go bla­do.

– Jadę – rzu­cił do te­le­fo­nu.

Roz­łą­czył się i wy­brał nu­mer ko­men­dan­ta po­li­cji Tre­vo­ra Bow­le­sa, aby po­wie­dzieć mu, że chy­ba mają do czy­nie­nia z ko­lej­nym mor­der­stwem w hrab­stwie i że wię­cej in­for­ma­cji prze­ka­że póź­niej. Po­in­for­mo­wa­nie ko­men­dan­ta, jego za­stęp­cy i asy­sten­ta było waż­ne. Nie moż­na do­pu­ścić do sy­tu­acji, kie­dy sze­fo­wie do­wia­du­ją się o po­waż­nym prze­stęp­stwie z trze­ciej ręki, czy­li z me­diów.

Na­stęp­nie za­dzwo­nił do sier­żan­ta Glen­na Bran­so­na.

– Co jest gra­ne, sta­rusz­ku? – ode­zwał się Bran­son.

Gra­ce uśmiech­nął się, sły­sząc ko­le­gę.

– Po­wiem ci, co jest gra­ne. Je­dzie­my na wy­ciecz­kę za mia­sto.

8

Po­my­li­łem się, suko. Mia­łaś far­ta. Ale to ni­cze­go nie zmie­nia. Na­stęp­nym ra­zem to ja będę miał szczę­ście. Do­pad­nę cię na koń­cu świa­ta.

9

Lar­ry Bro­oker sie­dział w swo­im czar­nym ka­brio­le­cie po­rsche i po­wo­li po­su­wał się w kor­ku w kie­run­ku do­li­ny San Fer­nan­do. To było po­rsche 911 car­re­ra 4S – co mó­wił wszyst­kim, któ­rzy chcie­li go słu­chać. Za­wsze pod­kre­ślał, że ku­pił mo­del 4S, a nie tań­szy 2S, a opcjo­nal­ne ce­ra­micz­ne ha­mul­ce kosz­to­wa­ły do­dat­ko­we dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy do­la­rów. De­ta­le. Przy­kła­dał do nich wagę. Nie tyl­ko dia­beł tkwi w szcze­gó­łach. Tkwią w nich rów­nież bo­go­wie suk­ce­su. Lu­dzie mu­szą wie­dzieć, że jest czło­wie­kiem suk­ce­su. W tym biz­ne­sie nikt nie ma cza­su dla nie­udacz­ni­ków.

Roz­ma­wiał przez te­le­fon ko­mór­ko­wy, a jego wy­bie­lo­ne zęby lśni­ły w sil­nych pro­mie­niach po­ran­ne­go słoń­ca. Oczy, zmę­czo­ne po bez­sen­nej nocy, były prze­sło­nię­te oku­la­ra­mi prze­ciw­sło­necz­ny­mi Ray-Ban, a ogo­lo­na na łyso czasz­ka lśni­ła ka­li­for­nij­ską opa­le­ni­zną. Bro­oker miał pięć­dzie­siąt lat, był ni­ski i szczu­pły i miał zwy­czaj wy­rzu­cać z sie­bie sło­wa z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. Był jak film wi­deo na szyb­kim pod­glą­dzie.

Dla lu­dzi sie­dzą­cych w su­ną­cych obok sa­mo­cho­dach pre­zen­to­wał się jak ty­po­wy czło­wiek czy­nu z bran­ży roz­ryw­ko­wej. Ale we­wnątrz tego luk­su­so­we­go ko­ko­nu, ja­kim była ka­bi­na po­rsche, sie­dział zu­peł­nie inny czło­wiek. Kur­czył się w tych swo­ich po­dar­tych dżin­sach. Na Ven­tu­ra Bo­ule­vard świe­ci­ło słoń­ce, ale w jego ser­cu pa­no­wał mrok, po kar­ku Bro­oke­ra spły­wał pot, przy­kle­ja­jąc czar­ną ko­szu­lę od Joh­na Va­rva­to­sa do opar­cia fo­te­la. Nie było jesz­cze dzie­wią­tej rano, a on już się po­cił. Za­po­wia­dał się lep­ki, ośli­zgły, par­ny dzień. Nie tyl­ko ze wzglę­du na po­go­dę.

Lu­dzie na­zy­wa­li Los An­ge­les „mia­stem blich­tru”, po­nie­waż wszyst­ko tu wy­da­wa­ło się błysz­czą­cą ilu­zją i jak li­fting ga­sną­cych gwiazd, nic nie było sta­łe. A już na pew­no nie było nic sta­łe­go w ży­ciu Lar­ry’ego Bro­oke­ra.

Ja­dąc Uni­ver­sal Bo­ule­vard, był cał­ko­wi­cie po­chło­nię­ty roz­mo­wą przez te­le­fon i nie prze­rwał jej, kie­dy do­tarł do bra­my stu­dia fil­mo­we­go. Cho­ciaż straż­ni­cy wi­dy­wa­li go już wcze­śniej ty­sią­ce razy, gbu­ro­wa­ty służ­bi­sta pa­trzył na nie­go, jak­by był psim gów­nem, któ­re fala przy­pły­wu wy­rzu­ci­ła rano na brzeg. Lar­ry zresz­tą tak się dzi­siaj czuł. Straż­nik od­pra­wił cały ry­tu­ał z py­ta­niem o na­zwi­sko i spraw­dza­niem go na li­ście, nim w koń­cu ski­nął gło­wą i otwo­rzył bra­mę.

Lar­ry za­par­ko­wał w miej­scu ozna­czo­nym ta­blicz­ką: „Tyl­ko dla Bro­oker Bro­dy Pro­duc­tions”.

Jak każ­dy inny pro­du­cent, któ­ry miał w swo­im stu­diu wol­ne biu­ra, wie­dział, że jest się tak do­brym, jak do­bry­mi było kil­ka ostat­nich pro­duk­cji, i je­śli nie było się Spiel­ber­giem, nie mia­ło się też pew­no­ści sta­łej pra­cy.

– Kur­wa mać! – wark­nął, roz­łą­cza­jąc się wresz­cie. Dzwo­nił do nie­go ka­li­for­nij­ski in­ter­ne­to­wy po­ten­tat, mi­liar­der Aaron Zvot­nik, spon­sor jego trzech ostat­nich pro­duk­cji, któ­ry tłu­ma­czył mu, dla­cze­go chce się wy­co­fać z przed­się­wzię­cia. Utra­ta stu mi­lio­nów do­la­rów fun­du­szu ob­ro­to­we­go – świet­ny po­czą­tek dnia.

Trud­no było mu jed­nak wi­nić Zvot­ni­ka. Wy­pro­du­ko­wa­li trzy fil­my z rzę­du, któ­re oka­za­ły się kla­pą. Blo­od Kiss, kie­dy u szczy­tu po­pu­lar­no­ści były fil­my o wam­pi­rach. Ge­ne­sis Fac­tor, gdy lu­dziom znu­dzi­ły się ko­lej­ne wer­sje Kodu da Vin­ci. A ostat­nio wy­jąt­ko­wo dro­gi i wy­jąt­ko­wo nie­uda­ny film scien­ce fic­tion Ome­ga 3-2-1.

Trzy wcze­śniej­sze roz­wo­dy moc­no nad­szarp­nę­ły jego fi­nan­se. Wła­ści­cie­lem więk­szej czę­ści domu w Bel Air był bank. Fir­ma le­asin­go­wa już za­czę­ła się krę­cić wo­kół jego po­rsche. A ad­wo­kat czwar­tej żony, z któ­rą się wła­śnie roz­wo­dził, za­czę­ła do­bie­rać się do ich dzie­ci.

Dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej, po jego pierw­szym me­ga­hi­cie Be­ach Baby, wszyst­kie drzwi w mie­ście sta­ły przed nim otwo­rem. Obec­nie wal­czył o choć­by odro­bi­nę za­in­te­re­so­wa­nia. Tu lu­dzie byli bez­li­to­śni. Jest ta­kie po­wie­dze­nie: bądź uprzej­my dla in­nych, kie­dy pniesz się w górę, bo nie wia­do­mo, czy­jej po­mo­cy mo­żesz po­trze­bo­wać, gdy bę­dziesz spa­dał ze szczy­tu.

Tu­taj nie było sen­su się tym przej­mo­wać. Kie­dy się spa­da­ło ze szczy­tu w Hol­ly­wo­od, nie mia­ło żad­ne­go zna­cze­nia, jak uprzej­mym było się wcze­śniej. Taki ktoś na­tych­miast sta­wał się nie­udacz­ni­kiem. Za­po­mnia­nym kon­tak­tem w te­le­fo­nie. Na­zwi­skiem na­ba­zgro­lo­nym na skraw­ku pa­pie­ru i wy­rzu­co­nym do ko­sza. Po­wie­trzem.

Pro­du­cen­ci fil­mo­wi, tacy jak on, byli ha­zar­dzi­sta­mi. A każ­dy ha­zar­dzi­sta wie­rzył, że w na­stęp­nej ko­lej­ce for­tu­na się od­wró­ci. W tej chwi­li Lar­ry Bro­oker nie tyl­ko w to wie­rzył, on to wie­dział. Jak zo­stać kró­lem było świa­to­wym fe­no­me­nem. Kró­lew­ska ko­chan­ka bę­dzie nim tak­że. Już sam ty­tuł bu­dził w nim dreszcz emo­cji. A co do­pie­ro sce­na­riusz, któ­ry był do­sko­na­ły!

To cho­ler­stwo musi się udać.

Król Je­rzy IV. Za­chwy­ca­ją­ce ple­ne­ry w Bri­gh­ton. Seks, in­try­ga, skan­dal. Praw­dzi­wy sa­mo­graj. Do­ga­da­li się z Bil­lem Ni­chol­so­nem, au­to­rem Gla­dia­to­ra, żeby do­szli­fo­wał sce­na­riusz. Dia­lo­gi Ni­chol­so­na były bły­sko­tli­we. Wszyst­ko w tym fil­mie było bły­sko­tli­we. Je­rzy IV żył peł­nią ży­cia, przy­jaź­nił się z dan­dy­sem Beau Brum­mel­lem. Jako król był wy­nio­sły, ale jed­no­cze­śnie bar­dzo ludz­ki. Lu­bił cho­dzić na wal­ki bok­se­rów i ko­gu­tów, cza­sem po­tra­fił wmie­szać się w tłum lu­dzi ze spo­łecz­nych ni­zin. Był praw­dzi­wym czło­wie­kiem z ludu, przy­najm­niej w sce­na­riu­szu.

Zmu­szo­ny do za­aran­żo­wa­ne­go przez dwór mał­żeń­stwa, po uj­rze­niu na­rze­czo­nej po­wie­dział do przy­ja­cie­la: „Na li­tość bo­ską, czło­wie­ku, daj mi kie­li­szek bran­dy!”.

Byli już w fa­zie przed­pro­duk­cyj­nej, ale cały pro­jekt mógł jesz­cze wziąć w łeb z tego sa­me­go po­wo­du co wie­le in­nych pro­duk­cji, dla któ­rych nie za­pa­li­ło się zie­lo­ne świa­tło – z po­wo­du ob­sa­dy.

Bro­oker wszedł do biu­ra miesz­czą­ce­go się na pierw­szym pię­trze ni­skie­go, odra­pa­ne­go biu­row­ca. Jego se­kre­tar­ka Co­urt­ney sta­ła po­chy­lo­na nad eks­pre­sem do kawy. Krót­ka spód­nicz­ka od­sła­nia­ła jej smu­kłe nogi i majt­ki. Mimo za­przą­ta­ją­cych mu gło­wę kło­po­tów po­czuł lu­bież­ne ukłu­cie. Za­trud­nił ją, bo bar­dzo mu się po­do­ba­ła, ale na ra­zie ni­cze­go nie osią­gnął z pro­stej przy­czy­ny – Co­urt­ney mia­ła do­brze zbu­do­wa­ne­go chło­pa­ka, któ­ry jak nie­mal wszy­scy w tym mie­ście był ak­to­rem szu­ka­ją­cym oka­zji, żeby się wy­bić.

Przy­wi­tał się z nią we­so­łym „cześć, skar­bie, na­pił­bym się kawy” i wszedł do swo­je­go ga­bi­ne­tu, śmier­dzą­ce­go stę­chli­zną wiel­kie­go, kwa­dra­to­we­go po­miesz­cze­nia, ude­ko­ro­wa­ne­go praw­dzi­wym dys­try­bu­to­rem pa­li­wa, au­to­ma­tem do gry, kil­ko­ma przy­wię­dły­mi ro­śli­na­mi w do­nicz­kach i opra­wio­ny­mi pla­ka­ta­mi z jego fil­mów. Z okna roz­cią­gał się wi­dok na par­king.

Po­wie­sił swo­ją ma­ry­nar­kę od Ar­ma­nie­go na opar­ciu krzes­ła i przez kil­ka mi­nut stał przy biur­ku, prze­glą­da­jąc ma­ile i czy­ta­jąc in­for­ma­cje za­pi­sa­ne na żół­tych kar­tecz­kach sa­mo­przy­lep­nych. To była jego ostat­nia szan­sa, ale za to jaka! Mie­li już gwiaz­dę do głów­nej roli ko­bie­cej, bra­ko­wa­ło je­dy­nie męż­czy­zny. Tyl­ko to się te­raz li­czy­ło – trze­ba było zna­leźć od­po­wied­nie­go ak­to­ra, a to sta­no­wi­ło pro­blem. Go­to­wy do pod­pi­sa­nia kon­trak­tu był Matt Duke ze szczy­tu li­sty ran­kin­go­wej, ale dwa dni temu, na­ćpa­ny koką, roz­bił się sa­mo­cho­dem na Mul­hol­land Dri­ve i te­raz naj­bliż­sze mie­sią­ce spę­dzi w szpi­ta­lu, le­cząc licz­ne zła­ma­nia i uszko­dze­nia na­rzą­dów we­wnętrz­nych. Du­pek!

Go­rącz­ko­wo po­szu­ki­wa­li ko­goś na jego miej­sce. Ich gwiaz­da, Gaja, mia­ła opi­nię trud­nej i wy­ma­ga­ją­cej i wie­le osób po pro­stu nie chcia­ło z nią pra­co­wać. A je­śli nie roz­pocz­ną zdjęć za trzy ty­go­dnie, prze­pad­nie je­dy­ny wol­ny ter­min Gai i będą mu­sie­li na nią cze­kać ko­lej­ne dzie­sięć mie­się­cy. Nie było wy­bo­ru – nie mo­gli so­bie po­zwo­lić na taką zwło­kę.

Usiadł w chwi­li, gdy do ga­bi­ne­tu wszedł jego wspól­nik – przy­gar­bio­ny, jak zwy­kle cuch­ną­cy cy­ga­ra­mi Ma­xim Bro­dy. Spra­wiał wra­że­nie ska­co­wa­ne­go, a w dło­ni ści­skał ku­bek kawy ze Star­buck­sa wiel­ko­ści wia­dra. Pod­czas gdy Lar­ry Bro­oker mógł wy­da­wać się o dzie­sięć lat młod­szy, niż był w rze­czy­wi­sto­ści, sześć­dzie­się­cio­dwu­let­ni Bro­dy wy­glą­dał na dzie­sięć lat star­sze­go. Były praw­nik z rzed­nie­ją­cy­mi wło­sa­mi, z łza­wią­cy­mi ocza­mi i po­licz­ka­mi ob­wi­sły­mi jak u wiel­kie­go, sta­re­go po­so­kow­ca przy­po­mi­nał czło­wie­ka nie­ustan­nie dźwi­ga­ją­ce­go na bar­kach brze­mię ca­łe­go świa­ta.

Ubra­ny w ró­żo­wą bluz­kę polo, luź­ne dżin­sy i znisz­czo­ne tramp­ki Ma­xim ro­zej­rzał się do­oko­ła w ty­po­wy dla sie­bie po­dejrz­li­wy spo­sób, jak­by nie ufał ni­ko­mu ani ni­cze­mu, na­stęp­nie opadł na sofę i ziew­nął.

– Tal­ly cię wy­koń­czy­ła? – Bro­oker nie mógł so­bie da­ro­wać zło­śli­wo­ści.

Bro­dy miał pią­tą żonę, dwu­dzie­sto­dwu­let­nią, z gar­gan­tu­icz­nym biu­stem i mó­zgiem mniej­szym od bro­da­wek sut­ko­wych. Była nie­do­szłą ak­tor­ką, któ­rą po­znał w ka­fej­ce na Bul­wa­rze Za­cho­dzą­ce­go Słoń­ca, gdzie pra­co­wa­ła jako kel­ner­ka.

– Jak my­ślisz, mo­gła­by za­grać praw­dzi­wą żonę kró­la?

– Jego praw­dzi­wa żona była masz­ka­rą.

– I co z tego?

– Bądź re­ali­stą, Max.

– Tak tyl­ko za­py­ta­łem.

– Na ra­zie mu­si­my ob­sa­dzić głów­ną rolę mę­ską. Po­trze­bu­je­my cho­ler­ne­go kró­la Je­rze­go.

– Tak...

– Tak? Halo? Je­steś tu­taj?

– Wła­śnie się za­sta­na­wiam – po­wie­dział Bro­dy, ki­wa­jąc gło­wą.

– I?

Bro­dy, zgod­nie ze swo­im zwy­cza­jem, za­milkł. Bro­oke­ra ta­kie sy­tu­acje do­pro­wa­dza­ły do fu­rii, nie wie­dział bo­wiem, czy wspól­nik był po­grą­żo­ny we wła­snych my­ślach, czy może chwi­lo­wo jego przy­tę­pio­ny pro­cha­mi mózg po­pa­dał w odrę­twie­nie. Bez ak­to­ra gra­ją­ce­go głów­ną rolę mę­ską wszyst­ko mo­gło wziąć w łeb. W okre­sie, o któ­rym miał opo­wia­dać film, Je­rzy IV do­bie­gał trzy­dziest­ki, a Ma­ria Fit­zher­bert była o sześć lat star­sza. Tak więc Gaja pa­so­wa­ła ide­al­nie; może tyl­ko była tro­chę za szczu­pła. Tym­cza­sem zna­le­zie­nie od­po­wied­niej kla­sy gwiaz­do­ra w od­po­wied­nim wie­ku, któ­ry był­by na do­da­tek An­gli­kiem albo mógł za An­gli­ka ucho­dzić, oka­za­ło się trud­niej­sze, niż się spo­dzie­wa­li, i za­czy­na­ło im już bra­ko­wać po­my­słów. Zde­spe­ro­wa­ni, go­to­wi byli pójść na da­le­ko idą­ce ustęp­stwa. W koń­cu nie krę­ci­li fil­mu bio­gra­ficz­ne­go, tyl­ko zwy­kłą fa­bu­łę, i Je­rzy IV mógł być ta­kiej na­ro­do­wo­ści i w ta­kim wie­ku, jak im się spodo­ba. Poza tym czy ci wszy­scy an­giel­scy kró­lo­wie nie byli cu­dzo­ziem­ca­mi?

Tom Cru­ise był za­ję­ty. Co­lin Firth od­mó­wił; po­dob­nie John­ny Depp, Bru­ce Wil­lis i Geo­r­ge Clo­oney. Pró­bo­wa­li na­wet zmie­nić tak­ty­kę i zło­ży­li ofer­tę An­tho­ny’emu Hop­kin­so­wi, ale spo­tka­ła się ona z szorst­kim „nie” jego agen­ta. Na tym li­sta naj­bar­dziej ka­so­wych na­zwisk się koń­czy­ła. Po­tem skon­cen­tro­wa­li się na Bry­tyj­czy­kach. Ewan McGre­gor nie chciał pra­co­wać poza Los An­ge­les, po­nie­waż miał do­ra­sta­ją­ce dzie­ci. Cli­ve Owen był nie­do­stęp­ny. Po­dob­nie Guy Pe­ar­ce.

– Gaja La­fay­et­te pie­przy się z ja­kimś bycz­kiem. Może on? – za­py­tał nie­ocze­ki­wa­nie Bro­dy.

– A po­tra­fi grać?

Bro­dy wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Może Judd Hal­pern?

– To pi­jak.

– I co z tego? Na­zwi­sko Gai jest wy­star­cza­ją­cą re­kla­mą fil­mu; czy to waż­ne, kto gra pie­przo­ne­go kró­la Je­rze­go?

– Nie­ste­ty, Ma­xim, waż­ne. Mu­si­my zna­leźć ko­goś, kto po­tra­fi grać.

– Hal­pern to świet­ny ak­tor, bę­dzie trze­ba tyl­ko trzy­mać go z dala od go­rza­ły.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Lar­ry pod­niósł słu­chaw­kę.

– Mam na li­nii Dray­to­na Whe­ele­ra – po­wie­dzia­ła Co­urt­ney. – Chce z tobą roz­ma­wiać. Dzwo­ni już pią­ty raz.

– Je­stem na spo­tka­niu. A kto to jest?

– Mówi, że to pil­ne i do­ty­czy Kró­lew­skiej ko­chan­ki.

– Znasz Dray­to­na Whe­ele­ra? – za­py­tał Bro­dy’ego Lar­ry, za­sła­nia­jąc dło­nią mi­kro­fon.

Bro­dy, za­ję­ty zdej­mo­wa­niem po­kryw­ki z pa­pie­ro­we­go kub­ka, po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Po­łącz go.

Chwi­lę póź­niej w słu­chaw­ce roz­legł się agre­syw­ny, nie­przy­jem­ny głos męż­czy­zny:

– Pa­nie Bro­oker, czy pan nie czy­ta ma­ili?

– Z kim roz­ma­wiam?

– Z czło­wie­kiem, któ­ry pod­su­nął panu po­mysł na Kró­lew­ską ko­chan­kę.

– Pan mi pod­su­nął po­mysł? – Lar­ry Bro­oker zmarsz­czył czo­ło.

– Trzy lata temu. Wy­sła­łem panu szkic sce­na­riu­sza. I po­wie­dzia­łem, że to jed­na z naj­wspa­nial­szych nie­opo­wie­dzia­nych do­tąd hi­sto­rii mi­ło­snych. Jak prze­czy­ta­łem w „Va­rie­ty” i „Hol­ly­wo­od Re­por­ter”, przy­mie­rza się pan te­raz do pro­duk­cji tego fil­mu. Na pod­sta­wie skra­dzio­ne­go mi po­my­słu.

– Nie są­dzę, pa­nie Whe­eler.

– Taka jest moja wer­sja.

– Niech do mnie za­dzwo­ni pań­ski agent.

– Nie mam żad­ne­go pie­przo­ne­go agen­ta. Dla­te­go sam do pana dzwo­nię.

Lar­ry miał już dość na dzi­siaj. Ja­kiś drań pró­bo­wał za­ro­bić na jego pro­duk­cji.

– W ta­kim ra­zie niech za­dzwo­ni do mnie pań­ski ad­wo­kat.

– Wy­star­czy, że ja dzwo­nię. Nie będę opła­cał ad­wo­ka­ta. Pro­szę mnie uważ­nie wy­słu­chać. Ukradł pan moją hi­sto­rię. Chcę za­pła­ty.

– Pro­szę mnie po­zwać – od­parł Bro­oker i odło­żył słu­chaw­kę.

10

Eric Whi­te­ley pa­mię­tał każ­dą chwi­lę tak wy­raź­nie, jak­by dzia­ło się to wczo­raj. Wspo­mnie­nia wra­ca­ły, ile­kroć na­tra­fił w tele­wi­zji czy ga­ze­cie na in­for­ma­cję o gnę­bie­niu in­nych lu­dzi. Te­raz też trząsł się ze zło­ści. Tam­tych dzie­się­ciu chłop­ców co wie­czór sie­dzą­cych na ni­skim, ce­gla­nym mur­ku i wo­ła­ją­cych za nim: „Ubu! Ubu! Ubu!”, kie­dy ich mi­jał. Nie da­wa­li mu spo­ko­ju, od­kąd za­czął dru­gi se­mestr w szko­le – trzy­dzie­ści sie­dem lat temu. Więk­szość z nich mia­ła wte­dy po czter­na­ście lat – o rok wię­cej niż on – ale dwój­ka naj­bar­dziej bez­czel­nych była w jego wie­ku i cho­dzi­ła z nim do jed­nej kla­sy.

Pa­mię­tał, jak kul­ki z pa­pie­ru tra­fia­ły go w tył gło­wy. Igno­ro­wał to i szedł da­lej w stro­nę in­ter­na­tu, ści­ska­jąc w rę­kach pod­ręcz­ni­ki do ma­te­ma­ty­ki i che­mii na po­po­łu­dnio­we lek­cje. Pew­ne­go razu obe­rwał ka­mie­niem. Po­czuł pie­cze­nie w uchu, a Sped­ding Ju­nior – ja­koś tak się na­zy­wał – za­wo­łał: „Do­bry strzał!”. Roz­legł się śmiech.

Szedł da­lej, zde­cy­do­wa­ny ro­ze­trzeć so­bie bo­lą­ce po­twor­nie, chy­ba roz­cię­te ucho, do­pie­ro kie­dy znik­nie im z oczu.

– Ubu uka­mie­no­wa­ny! – krzyk­nął je­den z chłop­ców i roz­le­gła się ko­lej­na sal­wa śmie­chu.

– Hej, Ubu, nie po­wi­nie­neś się tu krę­cić, bo na­ro­bisz so­bie kło­po­tów! – po­wie­dział ko­lej­ny, a jego sło­wom to­wa­rzy­szył re­chot po­zo­sta­łych.

Przy­gry­zał wte­dy z bólu war­gi i po­wstrzy­my­wał łzy, idąc wy­sa­dza­ną drze­wa­mi ale­ją i czu­jąc pły­ną­cą po szyi struż­kę cie­płej krwi. Za ple­ca­mi miał te­ren szko­ły, sale lek­cyj­ne i bo­iska. A przed nim, po obu stro­nach alei, sta­ły okrop­ne bu­dyn­ki in­ter­na­tów – wiel­kie wik­to­riań­skie domy. W każ­dym z nich miesz­ka­ło od sześć­dzie­się­ciu do dzie­więć­dzie­się­ciu uczniów; część w wie­lo­oso­bo­wych sa­lach sy­pial­nych, część w jed­no- i dwu­oso­bo­wych po­ko­jach. Jego in­ter­nat, zwa­ny Har­twel­lian, był już bli­sko.

Zbli­żył się do nie­go i szyb­ko znik­nął w środ­ku. Na szczę­ście nie było w oko­li­cy żad­nych chłop­ców, któ­rzy mo­gli­by zo­ba­czyć, że pła­cze. Zresz­tą nie ob­cho­dzi­ło go to. Wie­dział, że jest nie­do­bry, bez­u­ży­tecz­ny i nikt go nie lubi.

Ubu.

Wstręt­ny. Nud­ny. Bez­u­ży­tecz­ny.

Wszyst­kie dzie­cia­ki po­wta­rza­ły mu to bez prze­rwy przez cały pierw­szy se­mestr w szko­le. John Mon­roe, któ­ry sie­dział za nim na lek­cjach geo­gra­fii, trą­cał go cią­gle li­nij­ką.

– Wiesz, na czym po­le­ga twój pro­blem, Whi­te­ley? – po­wta­rzał, pod­kre­śla­jąc każ­de sło­wo szturch­nię­ciem.

Kie­dy się ob­ra­cał, za­wsze do­sta­wał taką samą od­po­wiedź:

– Je­steś okrop­nie brzyd­ki i masz bez­na­dziej­ną oso­bo­wość. Żad­na dziew­czy­na nig­dy na cie­bie nie spoj­rzy. Żad­na, nig­dy, ro­zu­miesz?

Pa­mię­tał, jak koń­ska twarz Mon­ro­ego wy­krzy­wia­ła się w drwią­cym uśmie­chu.

W koń­cu prze­sta­wał re­ago­wać, ale Mon­roe za­cze­piał go da­lej, do chwi­li, aż za­uwa­żył to na­uczy­ciel, pan Le­ask, i ka­zał mu się uspo­ko­ić. Po pię­ciu mi­nu­tach, gdy pe­da­gog ry­so­wał na ta­bli­cy lub był za­ję­ty czymś in­nym, sztur­cha­nie roz­po­czy­na­ło się od nowa.

11

Sier­żant Glenn Bran­son usi­ło­wał wci­snąć swo­je trzy­dzie­sto­trzy­let­nie, mie­rzą­ce metr osiem­dzie­siąt osiem, przy­po­mi­na­ją­ce syl­wet­ką wy­ki­daj­łę w noc­nym klu­bie cia­ło w bia­ły kom­bi­ne­zon ochron­ny.

– Jak to jest, sze­fie, że za­wsze uda­je ci się schrza­nić week­end nie tyl­ko so­bie, ale i mnie?

Sie­dzą­cy obok na brze­gu otwar­te­go ba­gaż­ni­ka for­da fo­cu­sa kom­bi Gra­ce z po­dob­nym wy­sił­kiem za­kła­dał na ubra­nie swój kom­bi­ne­zon.

– Całe szczę­ście, że nie wy­bra­łeś za­wo­du rol­ni­ka, Glenn – ode­zwał się do swo­je­go pod­wład­ne­go, ubra­ne­go w lśnią­cą brą­zo­wą ma­ry­nar­kę, jesz­cze bar­dziej lśnią­cą bia­łą ko­szu­lę, olśnie­wa­ją­cy kra­wat i brą­zo­we mo­ka­sy­ny z frędz­la­mi. – To nie by­ło­by w two­im sty­lu.

– Cóż, moi przod­ko­wie zbie­ra­li ba­weł­nę – od­po­wie­dział Bran­son z sze­ro­kim uśmie­chem.

Glenn ma ra­cję z tymi week­en­da­mi, po­my­ślał z ża­lem Roy. Rze­czy­wi­ście, jak do­tąd wszyst­kie mor­der­stwa, z ja­ki­mi miał do czy­nie­nia, zda­rza­ły się, kie­dy Glenn za­pla­no­wał so­bie kil­ka dni wol­ne­go.

Tak jak te­raz.

– Co za­mie­rza­łeś po­ra­biać, ko­le­go?

– Chcia­łem po­być z dzieć­mi. To je­den z nie­wie­lu week­en­dów, któ­re Ari po­zwo­li­ła mi z nimi spę­dzić. Mia­łem je za­brać do Lego­lan­du. Te­raz Ari bę­dzie mo­gła to wy­ko­rzy­stać prze­ciw mnie.

Glenn był w trak­cie nie­przy­jem­nej spra­wy roz­wo­do­wej. Jego żona, Ari, któ­ra tak bar­dzo za­chę­ca­ła go, aby wstą­pił do po­li­cji, te­raz wy­ko­rzy­sty­wa­ła fakt, że go­dzi­ny pra­cy po­li­cjan­ta są nie­nor­mo­wa­ne, do od­ma­wia­nia mu kon­tak­tu z dzieć­mi. Gra­ce po­czuł wy­rzu­ty su­mie­nia. Może nie­po­trzeb­nie upie­rał się, żeby Glenn mu to­wa­rzy­szył. Z dru­giej stro­ny wie­dział, że mał­żeń­stwo jego ko­le­gi jest nie do ura­to­wa­nia. Naj­lep­szą przy­słu­gą dla Glen­na było te­raz zro­bie­nie wszyst­kie­go, aby nie ucier­pia­ła jego ka­rie­ra.

– My­ślisz, że wol­ny week­end mógł­by oca­lić two­je mał­żeń­stwo?

– Nie.

– A więc? – Gra­ce uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Wi­dzia­łeś film Ucie­ka­ją­ce kur­cza­ki?

Gra­ce po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

Za­ło­ży­li na twa­rze ma­ski, na dło­nie rę­ka­wicz­ki i na­ciąg­nęli kap­tu­ry. Na­stęp­nie pod­pi­sa­li się na for­mu­la­rzu trzy­ma­nym przez pil­nu­ją­ce­go miej­sca zbrod­ni po­li­cjan­ta i prze­szli pod bia­łą po­li­cyj­ną ta­śmą. Był po­god­ny, wietrz­ny dzień. Znaj­do­wa­li się na grzbie­cie wy­so­kie­go wzgó­rza, skąd wi­dać było roz­cią­ga­jące się we wszyst­kich kie­run­kach pola oraz po­ły­sku­ją­ce wody ka­na­łu La Man­che na po­łu­dniu, za wa­pien­ny­mi wzgó­rza­mi Do­wns.

Ru­szy­li w kie­run­ku dłu­gie­go, par­te­ro­we­go bu­dyn­ku z de­sek z wi­docz­nym z da­le­ka rzę­dem wy­wietrz­ni­ków na da­chu, sto­ją­ce­go obok dwóch sta­lo­wych si­lo­sów. Gra­ce pchnął drzwi i zna­leź­li się w bla­sku sztucz­ne­go oświe­tle­nia, w kwa­śnym za­du­chu stło­czo­nych zwie­rząt i zgieł­ku ty­się­cy gda­czą­cych kur.

– Ja­dłeś na śnia­da­nie jaj­ka, sta­rusz­ku? – za­py­tał Bran­son.

– Na szczę­ście ja­dłem owsian­kę.

– I słusz­nie. W two­im wie­ku trze­ba uwa­żać na cho­le­ste­rol. Mle­ko było od­tłusz­czo­ne?

– Cleo dała mi so­jo­we.

– Sie­dzisz u niej pod pan­to­flem.

– Ona ma pięk­ne pan­to­fle.

– Ta­kie są po­cząt­ki każ­de­go związ­ku. Wszyst­ko jest cho­ler­nie ład­ne. Ubó­stwiasz każ­dy cen­ty­metr jej cia­ła, a ona uwiel­bia każ­dy skra­wek two­je­go. Mija dzie­sięć lat i z tru­dem mo­żesz so­bie przy­po­mnieć choć­by jed­ną rzecz, któ­ra ci się po­do­ba­ła. – Bran­son po­kle­pał Gra­ce’a po ra­mie­niu. – Ale ży­czę po­wo­dze­nia.

Roy Gra­ce za­trzy­mał się gwał­tow­nie, Bran­son też przy­sta­nął.

– Słu­chaj, ko­le­go, nie rób się może cy­nicz­ny. Je­steś na to za do­bry.

– Je­stem tyl­ko re­ali­stą.

Gra­ce po­krę­cił gło­wą.

– San­dy ulot­ni­ła się w two­je trzy­dzie­ste uro­dzi­ny, po kil­ku la­tach związ­ku. Zga­dza się? – ode­zwał się Bran­son.

– Po pra­wie dzie­się­ciu.

– Nadal ją ko­cha­łeś?

– Tak samo jak w dniu, w któ­rym się po­bra­li­śmy. A na­wet bar­dziej.

– Może je­steś wy­jąt­kiem...

– Mam na­dzie­ję, że nie. – Gra­ce spoj­rzał na zbo­la­łą twarz Bran­so­na.

– Ja też mam taką na­dzie­ję. Ale to boli. My­ślę o Ari i dzie­ciach bez prze­rwy i to bar­dzo boli.

Gra­ce prze­niósł wzrok na wnę­trze bu­dyn­ku, na sta­lo­we krat­ki w pod­ło­dze, z któ­rych jed­na, w od­da­li, była unie­sio­na. Do­strzegł tam zwa­li­stą syl­wet­kę sze­fa eki­py kry­mi­na­li­stycz­nej Da­vi­da Gre­ena i jego trzech współ­pra­cow­ni­ków – przy­sa­dzi­ste­go, śmier­tel­nie po­waż­ne­go fo­to­gra­fa Ja­me­sa Gar­trel­la, sier­żan­ta Si­mo­na Ba­te­sa i ko­mi­sa­rza Roya Ap­p­sa. A tak­że funk­cjo­na­riu­sza biu­ra ko­ro­ne­ra Phi­li­pa Ke­aya.

– No to ru­sza­my do rock and rol­la. – Gra­ce po­sta­wił sto­pę na me­ta­lo­wej krat­ce.

– Nie wiem, czy mam ocho­tę na tań­ce – mruk­nął Glenn Bran­son.

– W ta­kim ra­zie masz coś wspól­ne­go z nie­bosz­czy­kiem.

12

Nie­bosz­czyk zde­cy­do­wa­nie nie tań­czył. Po czę­ści dla­te­go, że był za­nu­rzo­ny w po­nadme­tro­wej war­stwie ku­rzych od­cho­dów, po czę­ści dla­te­go, że bra­ko­wa­ło mu nóg, a poza tym nie miał rąk i gło­wy. W tej sy­tu­acji trud­no było o ko­or­dy­na­cję ru­cho­wą. Wo­kół krą­żył rój much, a odór amo­nia­ku był obez­wład­nia­ją­cy.

Glenn, bli­ski wy­mio­tów, od­wró­cił gło­wę. Gra­ce spoj­rzał w dół. Temu, kto to zro­bił, bra­ko­wa­ło wie­dzy kry­mi­na­li­stycz­nej, a tym bar­dziej fi­ne­zji. W po­zba­wio­nym gło­wy i koń­czyn tu­ło­wiu – z bra­ku­ją­cy­mi frag­men­ta­mi cia­ła, po­kry­tym od­cho­da­mi, oto­czo­nym la­ta­ją­cy­mi nad nim owa­da­mi – trud­no było do­pa­trzeć się isto­ty ludz­kiej. Skó­ra, tam, gdzie się za­cho­wa­ła, wy­glą­da­ła jak wy­pa­lo­na kwa­sem, była ciem­no­brą­zo­wa i upodob­nia­ła zwło­ki do wy­ciąg­nię­te­go z ogni­ska ma­ne­ki­na. Ota­czał je obrzy­dli­wy, słod­ka­wy odór roz­kła­da­ją­ce­go się cia­ła, do­brze zna­ny Gra­ce’owi. Po­wie­trze gęst­nia­ło od smro­du. To był za­pach, któ­ry za­bie­ra­ło się do domu, któ­rym prze­sią­ka­ły wło­sy, ubra­nia i wszyst­kie pory w skó­rze. Nie­waż­ne, jak dłu­go się czło­wiek szo­ro­wał szczot­ką pod prysz­ni­cem, na­stęp­ne­go ran­ka nadal wy­czu­wa­ło się tę woń.

Tam­to nie do­ty­czy­ło tyl­ko Cleo. Ale może Glenn miał ra­cję, za dzie­sięć lat się to zmie­ni. Miał na­dzie­ję, że tak się nie sta­nie.

– Coq au vin na obiad, Roy? – przy­wi­tał go szef eki­py kry­mi­na­li­stycz­nej, ubra­ny w bia­ły kom­bi­ne­zon ochron­ny, z apa­ra­tem tle­no­wym na ple­cach i chwi­lo­wo unie­sio­ną ma­ską.

– Z two­jej ręki nig­dy!

Obaj męż­czyź­ni spoj­rze­li w dół, na tu­łów. Pierw­szą rze­czą, jaka przy­szła Roy­owi Gra­ce’owi do gło­wy, były po­ra­chun­ki grup prze­stęp­czych.

– Co na ra­zie wie­my? – za­py­tał.

W od­po­wie­dzi Da­vid Gre­en z dumą pod­niósł z pod­ło­gi szczel­nie za­mknię­ty pla­sti­ko­wy wo­re­czek na do­wo­dy.

Gra­ce zaj­rzał do środ­ka. Znaj­do­wa­ły się tam dwa po­szar­pa­ne i po­pla­mio­ne strzęp­ki tka­ni­ny z wi­docz­nym wzo­rem krat­ki w ko­lo­rze ochry. Wy­glą­da­ło to na reszt­ki mę­skie­go gar­ni­tu­ru.

– Gdzie to zna­leź­li­ście?

– W po­bli­żu cia­ła. Wy­glą­da na jego ubra­nie. Nie wie­dzieć cze­mu, aku­rat tych dwóch ka­wał­ków szczu­ry nie uży­ły do bu­do­wy gniaz­da. Może znaj­dzie­my coś wię­cej, kie­dy za­cznie­my szu­kać od­ci­sków pal­ców.

– Jego?

– To jed­na z nie­licz­nych czę­ści cia­ła, któ­rych mu nie ob­cię­li, sze­fie.

Gra­ce po­ki­wał gło­wą, nie­chęt­nie po­twier­dza­jąc, że ro­zu­mie, co tam­ten miał na my­śli.

– Gar­ni­tur mu­siał być szy­ty na mia­rę – stwier­dził Bran­son.

Gra­ce i Gre­en spoj­rze­li na nie­go za­sko­cze­ni.

– Po­tra­fisz to stwier­dzić na pod­sta­wie dwóch strzęp­ków ma­te­ria­łu? – za­py­tał Gra­ce.

– Nie, sze­fie – Bran­son ru­chem gło­wy wska­zał le­żą­ce na dole szcząt­ki – ale po­tra­fię so­bie wy­obra­zić, że trud­no by­ło­by zna­leźć ja­kieś go­to­we ubra­nie, któ­re by na nie­go pa­so­wa­ło.

13

Po­sadz­ka przy­po­mi­na­ła wło­ski mar­mur, taki, ja­kim wy­ło­żo­ne były pod­ło­gi we wszyst­kich do­mach na­le­żą­cych do Gai. Imi­to­wa­ła su­ro­wiec z ka­mie­nio­ło­mów Fan­ti­scrit­ti w Car­ra­rze, któ­ry zdo­bił pa­ła­ce Me­dy­ce­uszy, a w póź­niej­szych cza­sach – im­por­to­wa­ny w pły­tach – tak szcze­gól­ne miej­sce w Los An­ge­les jak na­le­żą­cy do Her­nan­do Co­ur­tir­gha ho­tel Be­ver­ly Wil­shi­re.

Na ścia­nach wi­sia­ły az­tec­kie ar­te­fak­ty i fo­to­sy z Gają. Na ho­no­ro­wym miej­scu, na­prze­ciw sofy, było czar­no-bia­łe, pod­pi­sa­ne przez samą Gaję zdję­cie pro­mu­ją­ce świa­to­we to­ur­née, przed­sta­wia­ją­ce ją z roz­czo­chra­ny­mi wło­sa­mi i w czar­nym pe­niu­arze. Po le­wej stro­nie, nad jed­nym z fo­te­li z trzy­czę­ścio­we­go kom­ple­tu wy­po­czyn­ko­we­go obi­te­go bia­łą skó­rą, ta­kie­go sa­me­go jak w domu gwiaz­dy w Los An­ge­les, wi­siał ko­lej­ny, rów­nież opa­trzo­ny au­to­gra­fem pla­kat. Gaja była na nim ubra­na w zie­lo­ną bluz­kę bez rę­ka­wów i skó­rza­ne spodnie. Na­praw­dę mo­gła­by się tu czuć jak u sie­bie. Zgo­da, może od tyłu nie wy­glą­da­ło to tak do­brze jak w re­zy­den­cjach ar­tyst­ki. Gaja mia­ła pew­nie lep­szy wi­dok z ku­chen­ne­go okna niż ten tu­taj – na bie­li­znę star­szej pani, su­szą­cą się na sznur­ku, oraz nie­uży­wa­ny ga­raż z pu­sta­ków.

Nad ko­min­kiem z elek­trycz­nym wkła­dem da­ją­cym efekt pło­ną­cych wę­gli wi­siał ko­lej­ny, też pod­pi­sa­ny oso­bi­ście, czar­no-bia­ły pla­kat: „Gaja pry­wat­nie i z bli­ska”, przed­sta­wia­ją­cy zbli­że­nie ust, nosa i oczu ar­tyst­ki.

Ten był jed­nym z jej ulu­bio­nych!

Sto­czy­ła o nie­go za­cię­tą bi­twę na au­kcji in­ter­ne­to­wej w ser­wi­sie eBay. I zdo­by­ła za ty­siąc sie­dem­set pięć­dzie­siąt fun­tów. Nie stać jej było na to, ale mu­sia­ła mieć ten pla­kat.

Mu­sia­ła.

Po­dob­nie jak wszyst­ko inne w tym domu bliź­nia­ku, z iry­tu­ją­cą la­tar­nią ulicz­ną w po­bli­żu, roz­świe­tla­ją­cą co noc jej sy­pial­nię bursz­ty­no­wym bla­skiem.

Anna ku­pi­ła ten dom za dnia, sześć lat temu. Nig­dy wcze­śniej nie są­dzi­ła, że ulicz­ne la­tar­nie mogą sta­no­wić ja­kiś pro­blem. Gaja nie mu­sia­ła zno­sić ulicz­nych la­tar­ni bu­dzą­cych ją w środ­ku nocy, to pew­ne.

Anna na­pi­sa­ła do rady miej­skiej, do „Ar­gu­sa”, „West Sus­sex Ga­zet­te”, „Sus­sex Express” i „Mid Sus­sex Ti­mes”, ale nikt jej nie od­po­wie­dział, nikt ni­cze­go nie zro­bił w spra­wie tej cho­ler­nej la­tar­ni. Ku­pi­ła więc wia­trów­kę i pew­nej nocy strze­li­ła. Pro­sto w ża­rów­kę. Dwóch cho­ler­nych pra­cow­ni­ków cho­ler­nych służb miej­skich wy­mie­ni­ło ją dwa dni póź­niej.

Ale to wszyst­ko było te­raz bez zna­cze­nia. Wszyst­ko ode­szło w za­po­mnie­nie wo­bec fak­tu, że do Bri­gh­ton przy­jeż­dża Gaja! Anna prze­czu­wa­ła, gdzie się za­trzy­ma. W apar­ta­men­cie pre­zy­denc­kim w Grand Ho­te­lu. Bo gdzież­by in­dziej? Po­win­ni dla niej przy­go­to­wać apar­ta­ment ce­sa­rzo­wej. Była w koń­cu kró­lo­wą roc­ka i srebr­ne­go ekra­nu, naj­więk­szą gwiaz­dą wszech cza­sów. Była ce­sa­rzo­wą! Praw­dzi­wą wiel­ką ce­sa­rzo­wą! Od­wie­dza­ją­cą mia­sto, w któ­rym się uro­dzi­ła. Wra­ca­ją­cą do swo­ich ko­rze­ni. Przy­jeż­dża­ją­cą na spo­tka­nie ze swo­ją fan­ką nu­mer je­den!

Anna na­praw­dę była jej fan­ką nu­mer je­den. Wszy­scy to przy­zna­wa­li. Na­wet sama Gaja! Jed­na z jej asy­sten­tek od­po­wie­dzia­ła na ma­ila Anny, za­czy­na­jąc wia­do­mość sło­wa­mi: „Dro­ga fan­ko nu­mer je­den”. Przy­zna­wa­li to tak­że wszy­scy po­zo­sta­li fani Gai, dzie­lą­cy się skraw­ka­mi in­for­ma­cji o niej na cza­tach, Fa­ce­bo­oku, cza­sem na Twit­te­rze, wal­czą­cy ze sobą za­cie­kle na eBayu. Anna ze­bra­ła jak do­tąd naj­więk­szą ko­lek­cję.

Nu­mer je­den.

I te se­kret­ne sy­gna­ły od Gai, po­twier­dza­ją­ce ich wy­jąt­ko­wą re­la­cję.

Se­kret­ny lis!

Gaja mia­ła mi­lio­ny wiel­bią­cych ją fa­nów. Ale któ­ry z nich po­sia­dał jed­ną z sze­ściu ist­nie­ją­cych płyt wi­ny­lo­wych Call Me Your Baby? Ilu fa­nów za­pła­ci­ło ty­siąc fun­tów za opa­trzo­ny au­to­gra­fem sin­giel Sha­dy Babe? Ilu fa­nów za­pła­ci­ło dwa i pół ty­sią­ca fun­tów za po­je­dyn­czą rol­kę pa­pie­ru to­a­le­to­we­go? Ilu prze­bi­ło wszyst­kich po­zo­sta­łych cho­ler­nych fa­nów Gai szes­na­sto­ma ty­sią­ca­mi fun­tów za kurt­kę, któ­rą mia­ła na so­bie pod­czas kon­cer­tu i któ­rą na ko­niec rzu­ci­ła w tłum na wi­dow­ni?

Ofe­ro­wa­no za nią już dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy, ale nie sprze­da­ła jej.

Świat pe­łen był fa­nów Gai, ale tyl­ko dwu­dzie­stu trzech oka­za­ło się tak za­go­rza­łych jak Anna, wal­czą­cych za­cie­kle o wszyst­ko, co się po­ja­wi­ło. A na­wet spo­śród nich nie wszy­scy go­to­wi byli za­pła­cić każ­de pie­nią­dze za naj­mniej­sze tro­feum. Na przy­kład za mi­ni­mo­del sa­mo­cho­du z li­mi­to­wa­nej edy­cji z na­pi­sem „Samo­chód od­da­ny do dys­po­zy­cji Gai pod­czas świa­to­we­go to­ur­née” Anna za­pła­ci­ła pięć­set fun­tów! A bu­tel­ka mi­nia­tur­ka z jej elik­si­rem zdro­wia, mar­ti­ni, kosz­to­wa­ła ją trzy­sta sie­dem­dzie­siąt pięć fun­tów. I z ilo­ma jesz­cze Gaja ko­mu­ni­ko­wa­ła się za po­mo­cą za­ko­do­wa­nych sy­gna­łów? Z ni­kim wię­cej – oto od­po­wiedź!

Wy­da­ła po­nad dwie­ście sie­dem­dzie­siąt pięć ty­się­cy fun­tów. Tyle wy­no­si­ły za­rob­ki Gai za jed­no po­ja­wie­nie się na sce­nie, ale były to też wszyst­kie pie­nią­dze, ja­kie po­sia­da­ła Anna.

Bez wąt­pie­nia była jej fan­ką nu­mer je­den.

To dla­te­go Gaja ko­mu­ni­ko­wa­ła się z nią se­kret­nie.

Anna nie mo­gła już za­pa­no­wać nad pod­nie­ce­niem. Od­li­cza­ła nie tyl­ko dni, ale go­dzi­ny, mi­nu­ty, a chwi­la­mi na­wet se­kun­dy.

– Ko­cham cię, Gajo – szep­nę­ła. – Ko­cham cię na za­bój.

14

Roy Gra­ce i Glenn Bran­son wy­szli z cuch­ną­ce­go, ha­ła­śli­we­go bu­dyn­ku, zdję­li ma­ski i z ulgą ode­tchnę­li świe­żym po­wie­trzem.

– Wdep­nę­li­śmy w nie­złe gów­no! – po­wie­dział Glenn.

– Traf­na ob­ser­wa­cja.

– Rzekł­bym, nie­czy­ste za­gra­nie.

Gra­ce jęk­nął.

– To okrop­ne, na­wet jak na two­je stan­dar­dy.

– Prze­pra­szam.

– Chcę, że­byś był moim za­stęp­cą pod­czas tego śledz­twa. Za­mie­rzam wy­stą­pić o tym­cza­so­we po­wie­rze­nie ci obo­wiąz­ków ko­mi­sa­rza. Jak ci się to po­do­ba?

– Jest ja­kiś ha­czyk?

Gra­ce uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Mam swo­je po­wo­dy.

– Le­piej, żeby były szla­chet­ne.

– Wiem, że mogę na cie­bie li­czyć. – Gra­ce po­kle­pał Bran­so­na po ra­mie­niu. – Do­brze się spi­sa­łeś przy ope­ra­cji Skrzyp­ce. Ko­men­dant Rigg to za­uwa­żył.

– Na­praw­dę? – Glenn roz­pro­mie­nił się.

– Tak, a ja cię jesz­cze po­chwa­li­łem. Mam prze­czu­cie, że ta spra­wa może być two­ją szan­są. Po­sta­raj się, a za­punk­tu­jesz na awans.

Bran­son miał wy­star­cza­ją­ce kwa­li­fi­ka­cje, żeby zo­stać ko­mi­sa­rzem, i Gra­ce chciał po­móc przy­ja­cie­lo­wi wspiąć się o szcze­bel wy­żej. Awans, Roy był tego pe­wien, sta­no­wił­by dla Glen­na zna­ko­mi­ty bo­dziec do prze­zwy­cię­że­nia de­pre­sji, któ­ra do­pa­dła go w związ­ku z trwa­ją­cy­mi od mie­się­cy pro­ble­ma­mi mał­żeń­ski­mi.

Gra­ce pa­mię­tał, że kie­dy sam kil­ka lat temu awan­so­wał na ko­mi­sa­rza, wszyst­ko na­gle się zmie­ni­ło. Po­czy­na­jąc od gbu­ro­wa­te­go ma­ga­zy­nie­ra, któ­re­go sto­su­nek do Gra­ce’a po­lep­szył się w dniu, kie­dy zgło­sił się po nową blu­zę z dwie­ma gwiazd­ka­mi za­miast pa­sków i upra­gnio­ną czap­kę z czar­nym oto­kiem. Zo­sta­jąc ko­mi­sa­rzem, czło­wiek na­praw­dę czu­je, że wresz­cie jest ofi­ce­rem, a na­sta­wie­nie lu­dzi wo­bec nie­go jest zu­peł­nie inne.

– Chcę, że­byś to ty kon­tak­to­wał się w tej spra­wie z me­dia­mi – po­wie­dział Gra­ce.

– Z me­dia­mi? Ja... ja nie mam do­świad­cze­nia. Chcesz, że­bym uże­rał się z tym gnoj­kiem Spi­nel­lą?

Ke­vin Spi­nel­la był re­por­te­rem dzia­łu kry­mi­nal­ne­go lo­kal­nej ga­ze­ty „Ar­gus”, któ­re­mu za­wsze uda­wa­ło się do­wie­dzieć cze­goś na te­mat prze­stęp­stwa wcze­śniej niż in­nym. Mu­siał mieć ja­kie­goś in­for­ma­to­ra w po­li­cji i Gra­ce już daw­no po­sta­wił so­bie za cel zna­le­zie­nie i ujaw­nie­nie tej oso­by.

– Ze Spi­nel­lą i wszyst­ki­mi in­ny­mi. Mo­żesz zor­ga­ni­zo­wać swo­ją pierw­szą kon­fe­ren­cję pra­so­wą jesz­cze dzi­siaj.

– Dzię­ki – od­parł nie­pew­nie Glenn.

– Po­mo­gę ci – za­pew­nił go Gra­ce. – Cały czas będę cię wspie­rał.

Bran­son ro­zej­rzał się do­oko­ła.

– Od cze­go mam za­cząć?