Wciąż cię widzę - Daniel Waters - ebook + książka

Wciąż cię widzę ebook

Daniel Waters

3,2

Opis

Od czasu Wydarzenia świat nawiedzają duchy. Zwykle zjawy nie przeszkadzają Veronice. Niestety zjawy przybierają na sile. Kiedy Veronica i jej przyjaciel Kirk próbują wyjaśnić to zjawisko, dokonują przerażającego odkrycia. Nauczyciel Veroniki Bittner nie godzi się z faktem, że jego zmarła córka nie powróciła tak jak inni. Wierzy, że Eva potrzebuje ciała, by znów znaleźć się na tym świecie, a jego uczennica Veronica idealnie nadaje się do tego celu. A nawet jeśli się myli, będzie tylko kolejnym duchem…

Film na podstawie powieści. W rolach głównych Bella Thorne i Richard Harmon.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 345

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Przełożyła z  angielskiego

Donata Olejnik

Tytuł oryginału
Break My Heart 1,000 Times
Okładka
Motion Picture Artwork © 2017 Reliance Entertainment Productions 7 Limited.
All Rights Reserved.
Koordynacja projektu
SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK
Redakcja
URSZULA ŚMIETANA
Korekta
MARIOLA LANGOWSKA
Redakcja techniczna
KRZYSZTOF CHODOROWSKI
Copyright © 2012 by Daniel Waters
Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
Wydanie elektroniczne 2019
ISBN 978-83-271-5908-3

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: [email protected]

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

PODZIĘKOWANIA

Al Zuckerman, Catherine Onder, Hayley Wagreich, moi przyjaciele, czytelnicy, a także Kim, Kayleigh i Cormac – jestem Wam wdzięczny za pomoc i wsparcie. Dzięki Wam ta powieść wyłoniła się ze świata duchów.

1

Przechodzę przez ściany. Szepczę do okna, gdy widzę, jak ona wychodzi z naszego domu. Chwieję się na obrzeżach swojej własnej pamięci.

Teraz śpi, jej oddech marszczy brzeg poszewki poduszki, na której leży. Nie wiem, czy to moja obecność u stóp jej łóżka, czy coś innego, sprawia, że przewraca się na drugi bok. Jej ręka, uwolniona z kokonu utworzonego przez kołdrę, prostuje się za głową, a śliczna twarz okolona brązowymi włosami odwraca się w stronę sufitu.

Tak bardzo przypomina Mary, że czuję znajomy ból. Jest jak śmierć, ale sięga głębiej. Wyciągam rękę, zamierzam tylko pogładzić ją po policzku, lecz ona wydaje z siebie jęk. Zastanawiam się, o czym śni.

Rozlega się dźwięk budzika, to piosenka nagrana wiele lat po mojej śmierci. Podoba mi się. Znikam przez podłogę, gdy ona zaczyna unosić powieki.

Jej matka krząta się już po kuchni, brzęka naczyniami, parzy kawę, rozlewa sok pomarańczowy. Co kilka sekund przerywa swoją pracę, by spojrzeć na stół kuchenny, przy którym za chwilę zasiądzie reszta rodziny. Twarz ma ściętą niepokojem, jak gdyby czuła, że zawsze brakuje czasu. Oczywiście, tak właśnie jest. Nie widzi, że stoję w progu, ponieważ bycie widzianym wymaga sporego wysiłku. Być może widzenie też pochłania energię. Kobieta unosi wzrok ku sufitowi, przez który właśnie przeniknąłem, słyszy bowiem szuranie stóp swojej córki, gdy ta wstaje, by wyłączyć budzik. Czekam, aż usłyszę znane jęki i szmery w rurach, kiedy puści gorącą wodę, biorąc prysznic.

Przechodzę przez ścianę kuchni. Wewnątrz znajduje się stary korek od butelki i szkielet myszy. Jej maleńka dusza już dawno stąd uleciała. W ścianie są kable – gdy się przez nie przedzieram, czuję mrowienie i buczenie, a światło w kuchni przez chwilę mruga.

Wnikam do salonu – wygląda zupełnie inaczej niż za mojego życia. Dwa wygodne fotele, wyblakła od słońca sofa i wielki zakurzony telewizor. Zerkam na ciemny ekran, jednak nie dostrzegam w nim siebie. Dopiero kiedy się przysunę i przetrę „ręką” powierzchnię, znajdujące się na niej ładunki elektryczne sprawiają, że moje odbicie pojawia się jako jasna plama, która faluje i znika. Zauważam, że znowu zaburzyłem pracę zegara na odtwarzaczu DVD, migają teraz przede mną cztery zera.

Jej energia prowadzi mnie na górę niczym świetlna boja. Spod wejścia do łazienki wydostają się kłęby gorącej pary. Przechodzę przez zamknięte drzwi, bowiem miejsce mojej śmierci przyciąga mnie jak magnes. Przenikam przez parę i zasłonki od prysznica, a wtedy ją dostrzegam. Gdybym potrafił, z pewnością bym się zarumienił.

Opuszczam wzrok, spoglądam na wodę wirującą w odpływie. Woda zamienia się w krew, która następnie zatyka odpływ, wznosi się, sięgając do jej kostek, jest jej coraz więcej i więcej, o nie!, przypominam sobie, przypominam...

Przypominam. Dziwne, że ktoś taki jak ja może myśleć w tego typu kategoriach. Dziwne, ponieważ sam jestem zaledwie wspomnieniem. Wspomnieniem, którego nikt i nic już nie pielęgnuje – oprócz mnie samego.

Są inni podobni do mnie, a jednak niepodobni. Pojawiają się i znikają, lecz ich świadomość nie wraca, istnieją wyłącznie jako wspomnienie. Czy na pewno? Ściana pomiędzy światem żywych a światem umarłych zawsze była przepuszczalna, zanim jeszcze zrobiły się dziury u jej podstawy. Krew odpływa i na nowo staje się wodą. Dziewczyna jednak tego nie zauważyła. Zamknęła oczy w obawie przed szczypiącym szamponem, dostrzegam gęsią skórkę na jej ciele, gdy tak stoję, a moją niewidzialną duszę przecina na pół zasłona prysznica. Moja obecność niesie ze sobą delikatny chłodek. Jak widać nadal potrafię wywierać wpływ na namacalny wszechświat.

Odsuwam się od prysznica i czekam przy umywalce. Przygotowuję się. Najłatwiej znaleźć jakiś moment w czasie, którego już nie ma, i mocno się go przytrzymać. Przy odpowiednim wysiłku i energii wspomnienie wspomnienia może znowu stać się widzialne. Czas nie jest całkowicie linearny. Dziewczyna zakręca wodę i bierze przewieszony przez zasłonkę ręcznik.

Zmuszam się do wysiłku. Zasłona się odsuwa, a wtedy ona mnie zauważa.

2

Veronica nie bała się duchów tak jak niektórzy. Od czasu Wydarzenia stanowiły nieodłączny element życia, trudno było ich unikać. Ale z całą pewnością nie życzyła sobie ich obecności w łazience. Łazienka, jej zdaniem, powinna być strefą całkowicie wolną od zjaw. Kiedy więc we wtorek o 7.06 wyszła spod prysznica i zobaczyła ducha stojącego przed lustrem, w którym oczywiście nie widać było jego odbicia, wrzasnęła. Chwyciła za ręcznik i wybiegła z łazienki do swojego pokoju.

Usiadła na skraju łóżka i próbowała zapanować nad oddechem, a potem wytarła się do sucha, zastanawiając się, czy duch opuścił już łazienkę. Niekiedy zostawały nawet na piętnaście minut, choć zwykle ich pojawienie się i zniknięcie zajmowało mniej więcej tyle czasu, ile naciśnięcie spustu migawki w aparacie. Miała nadzieję, że tym razem wizyta trwała naprawdę krótko. Zostawiła w łazience ubrania, a nie miała siły wybierać kolejnego stroju. Wyjęła stanik i majtki z szuflady, włożyła je i uznała, że sprawdzi, co i jak.

Ducha nie było. „Dlaczego to musiał być chłopak?”, pomyślała. Wyglądał na jej rówieśnika. Golił się albo czesał – uznała, że to drugie, bo kto przy zdrowych zmysłach goli się w koszulce?

W łazience nadal znajdowały się miejsca pełne ciepłego, wilgotnego powietrza, ale lustro nad umywalką było przejrzyste. Podeszła do niego i od razu dostała gęsiej skórki. Tam, gdzie wcześniej stał duch, poczuła zdecydowany chłód, zadrżała. Ile różnych osób stawało przed tą umywalką w ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat?

„Zbyt wiele”, oceniła, podłączając suszarkę. Nie powinna być zaskoczona, gdyby się okazało, że po domu i niewielkim ogrodzie paradowały nieskończone liczby zmarłych. Duchy maszerujące po wyłożonych wykładziną schodach, dwójkami albo trójkami; duchy wypatrujące przez nieistniejące od lat okno; siedzące w kuchni na wprost niewidzialnej zastawy stołowej. Niekiedy zostawiały po sobie zapach. Nawet teraz miała wrażenie, że wyczuwa subtelny aromat wody kolońskiej z nutą drewna, niczym nieprzypominający dezodorantów, którymi pryskali się obficie wszyscy macho w jej klasie.

Stwierdziła, że to przyjemny zapach. Żałowała, że się tak przestraszyła i nie miała czasu przyjrzeć się chłopakowi. Zauważyła jedynie jasne włosy, kręcące się nad kołnierzykiem. „Może jest przystojny?”, pomyślała.

– To makabryczne – oznajmiła swojemu odbiciu w lustrze i puściła gorące powietrze z suszarki. W Montcrief High School nie brakowało przystojniaków, wszystkim biły serca i nosili znacznie nowocześniejsze ubrania. Na przykład taki James. Zaprosił ją na randkę w najbliższy weekend, jeszcze nie dała mu odpowiedzi.

James, James. Każe mu się jeszcze trochę poniepokoić i w piątek na angielskim powie mu, że jest wolna. Tylu chłopaków do wyboru, a jednak nie miała pojęcia, dlaczego jedni wydają się atrakcyjniejsi od innych. Owszem, wygląd – to dość oczywisty argument – ale co poza tym sprawiało, że godziła się na randkę lub odmawiała?

Wyłączyła suszarkę i usłyszała głos mamy biegnący z dołu.

– Veronica. Już prawie trzynaście po siódmej. Przygotowałam śniadanie.

– Dzięki, mamo! – zawołała i zaczęła się ubierać. Zwykle nie malowała się zbyt mocno, ot odrobina podkładu, żeby ukryć piegi, ale lubiła perfumy. Tym razem wyszła na korytarz, by spryskać nadgarstki i szyję, nie chciała bowiem zabić zapachu, który wniósł ze sobą duch, chociaż ta woń już prawie rozpłynęła się w powietrzu.

Weszła do kuchni i przytuliła mamę, która myła właśnie patelnię. Mama poddała się uściskowi, ale nie przerwała zmywania. Szuru, szuru, szur, energicznie szorowała naczynie, do którego przywarły jajka. Veronica spojrzała na ojca, który siedział na swoim zwykłym miejscu i czytał gazetę. Popatrzyła na zegar: była 7.20.

– Wszystko w porządku, mamo?

– Jasne, skarbie. – Mama pociągnęła nosem. – To tylko przeziębienie.

Veronica wiedziała, że to jednak coś więcej. Jej ojciec nie podniósł głowy znad gazety.

– Jesteś pewna?

– Oczywiście. – Głos mamy był tak samo ostry jak sople, które zwisały z lukarny nad kuchennym oknem. – Uderzyłaś się? Słyszałam twój krzyk.

Veronica oblizała usta. Zauważyła zmarszczki wokół oczu mamy i siwe pasma we włosach, które jej matka już dawno przestała farbować.

– Mamy ducha w łazience u góry.

Wyczuła napięcie w ramionach mamy, chociaż jeszcze przed chwilą widziała w nich jedynie zrezygnowanie.

– Och, Veronico. – Mama upuściła patelnię do zlewu. Do krawędzi naczynia wciąż przylegały paski smażonych jajek. Odwróciła się i spojrzała na swojego męża, który nadal w milczeniu przeglądał gazetę. Jak zawsze najpierw dział biznesowy, potem wiadomości regionalne. Jak zwykle zostawiał nieprzeczytaną sekcję sportową.

Veronica przyglądała się ojcu z nadzieją, że coś wyczyta z jego twarzy. Ale on nie podniósł głowy.

– Przykro mi, mamo.

– Duchy, duchy – odpowiedziała kobieta. Z jej palców ściekała woda z płynem do naczyń, chlapała na spodnie i spadała na stare linoleum, które tata miał wymienić wieki temu. – Ciągle tylko duchy.

– Przestraszył mnie, i tyle – odparła Veronica, czując, że uwaga mamy gdzieś ucieka. Zaczęła więc szybko nawijać, by nie uciekła zupełnie, jak piana ściekająca z jej połamanych i obgryzionych paznokci. – To nastolatek. Czesał włosy, długie i pocieniowane. Trochę przypominał tatę z młodości.

Coś drgnęło w kuchni. To tata przewrócił stronę. Mama wpatrywała się w niego, nic nie widząc.

– Musiał być próżny za życia – ciągnęła dziewczyna z nadzieją na jakąkolwiek reakcję. Odzew był jednak zerowy. – Nie wydawał się straszny ani nic takiego.

Żałowała, że nie ugryzła się w język przy tym ostatnim zdaniu, ponieważ nie została w łazience na tyle długo, żeby zobaczyć, jak znika. Znała pewnego ducha na rogu Case Street, kobietę, która wstaje z uśmiechem z chodnika, a potem twarz jej się wykrzywia, a ona zaczyna krwawić z różnych miejsc odkrytych rąk, później plamy krwi pojawiają się na jej niebieskiej sukience, a na końcu krew tryska także spośród jasnych włosów na czubku głowy. Kobieta robi trzy chwiejne kroki i znika. Duch kobiety wydawał się niemal celowo przerażający, chłopak z łazienki nie sprawiał takiego wrażenia, niepokoiło tylko lustro, w którym nie było jego odbicia.

– Mamo? – Veronica dotknęła ręki matki.

– Duchy są w tym wszystkim najgorsze – szepnęła w odpowiedzi. Dziewczyna miała ochotę ją uściskać, ale trochę się bała.

Ojciec podniósł głowę, uśmiechnął się do nich, jak zawsze o tej godzinie, po czym zniknął.

***

„Duchy są w tym wszystkim najgorsze”.

Veronica myślała o słowach mamy, wychodząc na mroźne, szczypiące w policzki, lutowe powietrze. Nie pierwszy raz te słowa padły z ust jej matki, słyszała też podobne wypowiedzi ze strony osób w jej wieku lub starszych. Nie mogła zrozumieć, dlaczego najgorszą rzeczą związaną z Wydarzeniem – w którym śmierć poniosło od jednego do czterech milionów obywateli świata, w zależności od tego, czyje statystyki brało się pod uwagę – miało być parę duchów. Duchy, tak samo jak choroby, widmo śmierci, zniszczenia środowiska i ogólny chaos, jaki potem nastąpił, były jedynie nieszczęsnym produktem ubocznym strasznego Wydarzenia. Wydarzenia, które zmiotło z powierzchni ziemi istoty ludzkie z nonszalancką pogardą, z jaką zgarniamy ze stołu rozsypaną sól. I w tym wszystkim duchy mają być najgorsze? Nawet najbardziej przerażające z nich nie wyrządzały nikomu żadnej krzywdy. W jej oczach duchy były najwyżej irytujące, nic poza tym.

Co więcej, lubiła spotykać rano tatę. Początkowo wzbudzało to w niej lęk, wybuchała płaczem, ale potem uznała, że widmo ojca przy kuchennym stole jest lepsze niż nic. Zdawała sobie sprawę, że to nie jest „on”, ale coś w rodzaju hologramu albo nagrania cyfrowego. Stanowił przyjemne wspomnienie, które stało się widoczne w świecie rzeczywistym na skutek dziwnej alchemii wywołanej Wydarzeniem. Wspomnienie tylko się ukazywało, nie pozwalało na komunikację.

Jednak tata się uśmiechał. Każdego dnia, w którym się pojawiał. Mama i Veronica zazwyczaj stawały przed zlewem, ponieważ w tym miejscu miały wrażenie, że tata spogląda prosto na nie. Była to iluzja kontaktu, przelotne uczucie, że patrzy z zaświatów i widzi je. Przez tę chwilę był z nimi. Tak naprawdę.

A potem chwila mijała, a ona żałowała, że tata nie może czasem zrobić czegoś innego, zawsze tylko siedzi i czyta gazetę.

– Veronica! – Usłyszała wołanie Janine. – Zaczekaj!

Janine ruszyła biegiem w jej stronę, ze zwieszonymi ramionami i wzrokiem wbitym w ziemię. Dziewczyna bała się duchów – i to śmiertelnie. Należała do tej zaskakująco nielicznej, ale tragicznej grupki ludzi, którzy mieli problem z zaakceptowaniem pojawienia się duchów w następstwie Wydarzenia. Veronica zdawała sobie sprawę, że dla Janine każde wyjście z domu jest świadomym wysiłkiem, zwłaszcza że podczas krótkiej drogi do szkoły mijały codziennie co najmniej jedną zjawę.

Jej koleżanka miała na sobie grubą kurtkę, szalik i zrobioną na drutach peruwiańską czapkę z długimi warkoczami przy uszach – jak gdyby dodatkowe warstwy mogły ochronić ją nie tylko przed zimnem, ale i przed duchami.

– Ostrożnie, Janine – powiedziała Veronica. Nie zatrzymała się, ale nieco zwolniła. – Chodnik jest oblodzony.

Policzki jej koleżanki były zaróżowione od mrozu i biegu.

– Tobie nie jest zimno, Veronico? – zapytała urywanym głosem, w rytmie swoich kroków. – Taki mróz!

– Nie jest wcale tak źle – odparła Veronica, ale zanim dokończyła zdanie, Janine zadrżała. Veronica miała ochotę ją przytulić, świadoma, że jest w przyjaciółce coś, czego nie ogrzeją żadne warstwy odzieży, ale wiedziała także, że przytulenie nie odpędzi duchów. Każdy, łącznie z Janine, musi znaleźć własny sposób na uporanie się z rzeczywistością.

– Czy ona już jest? – zapytała Janine.

Veronica zwróciła uwagę, że jej koleżanka ma robione na drutach rękawiczki, w których każdy palec jest innego koloru. Zaciskała drżące palce w nerwowe tęczowe pięści. Z każdej kitki przy kolorowej czapce zwisał czerwony pompon. To z Janine Veronica się zaprzyjaźniła jako pierwszą, gdy siedem lat wcześniej przeprowadziła się do Jewell City. Obecna Janine w niczym nie przypominała jednak tamtej przebojowej dziewczynki, która krótko po tym, jak się poznały, nie ulękła się konfrontacji z dwoma starszymi chłopakami, obrzucającymi je kamieniami podczas spaceru do lasu. To było, zanim duchy wyssały z niej całą odwagę. Veronica po raz kolejny powstrzymała się przed przytuleniem koleżanki. Bała się, że dziewczyna na zawsze pozostanie tchórzem, jeśli nie nauczy się walczyć ze swoimi lękami.

– Nie widzę jej – odparła. – Robisz coś ciekawego w weekend?

– Nie, nic – powiedziała Janine pospiesznie. – Masz ochotę wpaść?

– Pracuję.

Veronica próbowała wcześniej załatwić pracę dla koleżanki w kinie, ale nie było o tym mowy. Z jakiegoś tajemniczego powodu duchy ciągnęły do sal kinowych jak ćmy do światła. Sądziła, że zachęci Janine, zapewniając ją, że w kinie zawsze jest pełno żywych ludzi, ale to tylko jeszcze bardziej przeraziło jej koleżankę. „Jak ty ich odróżniasz?”, zapytała.

Teraz Janine mruknęła coś, zawiedziona, ale tak cicho, że skrzypienie ich butów na śniegu prawie zagłuszyło ten dźwięk. Istniały także inne sposoby dojścia do szkoły, lecz zabierały o wiele więcej czasu. Veronica nie chciała nadkładać drogi, a Janine bardziej bała się spotkania z nowym duchem w pojedynkę niż ujrzenia znanej zjawy w towarzystwie Veroniki. Zwykle próbowała wymóc na koleżance, żeby wychodziły do szkoły wcześniej lub później, jednak ta była nieugięta. Ale trzeba oddać Janine, że codziennie zmuszała się do wyjścia z domu. Veronica miała nadzieję, że tkwiąca w niej iskra odwagi zapłonie kiedyś żywym ogniem.

– No i mam randkę – dodała Veronica z uśmiechem.

– Ciągle masz randki. – Janine trąciła ją w bok, jakby chciała dać do zrozumienia, że „ciągle” było żartem. Jej przyjaciółka wiedziała jednak, że nieustanne pragnienie delikatnych kontaktów fizycznych z bliskimi osobami było jednym z nerwowych tików: Janine prawdopodobnie upewniała się w ten sposób, że te osoby naprawdę istnieją.

– Mówisz tak, bo to prawda. – Veronica odpowiedziała takim samym gestem. Może przytulenie to za wiele, ale drobny kontakt fizyczny bez wątpienia nie zaszkodzi.

– Z kim tym razem?

– Janine! W twoich ustach brzmi to tak, jakbym była jakąś flirciarą!

– Oczywiście, że jesteś flirciarą.

Veronica wyczuła zmianę tonu. Janine przygotowywała się na ujrzenie ducha.

– Dla twojej informacji, spotykam się z Jamesem – odparła, próbując zmienić nieco temat. – Może wybierzesz się z nami? James na pewno ma jakiegoś kolegę, który chętnie by cię poznał.

– Nie, nie. Nie mogłabym. Naprawdę.

Po drugiej stronie ulicy Mary Greer wchodziła właśnie po schodach do domu pana Bittnera. Wyglądało, jakby stąpała po powietrzu, a jej szczupłe gołe ręce i nogi wydawały się zbyt opalone jak na tę porę roku.

Veronica usłyszała przyspieszony oddech Janine, chwilę później koleżanka znów ją dotknęła, wielobarwne palce zacisnęły się na rękawie jej kurtki. Veronica wiedziała, że musi jakoś odwrócić uwagę przyjaciółki.

– W tym roku mam urodziny – rzuciła.

Chociaż drzwi do domu pana Bittnera były masywne, pukanie Mary Greer pozostawało bezgłośne. Janine coś mruknęła niewyraźnie, jej palce znów się zaciskały i prostowały na kurtce koleżanki.

– No właśnie – powiedziała w końcu drżącym głosem, po czym dodała już weselszym, mocniejszym tonem: – Masz urodziny w tym roku!

Veronica była zadowolona z siebie. Przyszły jej do głowy właściwe słowa.

– To ile kończysz lat, cztery?

– Zgadza się. Takie uroki przyjścia na świat dwudziestego dziewiątego lutego.

– P-powinnaś zrobić imp-prezę – wydukała Janine, której pewność siebie znów uleciała. Zrównały się właśnie z duchem pod domem pana Bittnera.

„Janine, bądź silna – pomyślała. – Już prawie ją minęłyśmy”.

– A gdybym zrobiła, przyszłabyś?

– Zap-pewne nie – oświadczyła Janine. Duch został już z tyłu.

– Dlaczego? – Veronica cały czas pozwalała, żeby koleżanka skubała jej rękaw.

– Mieszkasz w nawiedzonym d-domu.

„Cały świat jest nawiedzony”, miała ochotę jej odpowiedzieć Veronica, ale zatrzymała tę myśl dla siebie, ciągnąc Janine w górę uliczki prowadzącej do szkoły.

[...]