Opis

Thriller erotyczny. Brudny, perwersyjny i fascynujący! Skuś się… Milena Wybraniec I cóż z tego, że grafomanka, maruda i wielbicielka stylu Mario Cipolliniego? Rozmiłowana w szaleńczej jeździe cudzymi sportowymi samochodami. Niestety nie może się pochwalić nawet procentem umiejętności, jakie posiadał Hołowczyc w wieku lat sześciu, czy Kubica uklepując piaskowe babki dziurawą łopatką w osiedlowej piaskownicy. Chociaż często nie zdaje sobie z tego sprawy. Mało istotny może wydać się jej zaraźliwy pesymizm czy niepokojąca fascynacja precyzją detali w SS-mańskiej garderobie i ułożeniem zaczeski niewysokiego przywódcy Trzeciej Rzeszy. Jest jednak żywym dowodem na to, że nawet przy wielokrotnie potwierdzonym antytalencie wokalnym można zostać absolwentem wrocławskiej geologii, bać się pająków i zdeterminowanych teściowych, uwielbiać czarno-białe koty, ale tylko te czyjeś, i nie grać w golfa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 487

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Milena Wybraniec

Wchodzisz do gry

Strona redakcyjna

Copyright © Oficynka & Milena Wybraniec, Gdańsk 2013

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2014

Opracowanie edytorskie książki: kaziki.pl

Projekt okładki: Anna M. Damasiewicz | www.damasiewicz.idesigner.pl

Zdjęcie na okładce © Zdenek Kintr | Depositphotos.com

Skład: www.dialoog.pl; [email protected]

ISBN 978-83-64307-36-2

www.oficynka.pl

email:[email protected]

Konwersja do formatu EPUB/MOBI:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

Prolog

31 sierpnia 2012 roku, piątek, g. 16:30

Terenowe auto przecina wyschnięte jezioro. Spękana powierzchnia rozpada się pod naciskiem bieżnika opon. Brzegi zaschniętego błota kruszą się w nieregularnej sieci spękań, a pył za kołyszącym w nierównościach kanciastym samochodem unosi się jak wstęga. Na wyschniętej glebie zostają jedynie dwa ślady.

Brodaty mężczyzna siedzący za kierownicą wystukuje kciukami rytm melodii słyszanej z radia. Jedzie sam. Przez chwilę ciężko wzdycha, spoglądając na porysowaną tarczę zegarka. Przygryza wyschnięte od upału usta i zaczyna gwizdać. Jego zmęczony wzrok przeczesuje zachodni horyzont, później biegnie na ekran urządzenia GPS. Strzałka ma nadal kolor zielony. Nie zboczył z trasy. Chociaż tym razem wybrał drogę na skróty, przez zwykle omijane bezdroża ukraińskiego stepu.

– Jankowski, czy ty zawsze musisz się spóźnić? – po chwili mówi sam do siebie i przekręca pokrętło głośności przy radiu. Niestety nic się nie dzieje. Robi to ponownie i też bez oczekiwanego rezultatu. – Cholera, ty też nie działasz. Czy tu wszystko już zwariowało od tej piekielnej temperatury? – Uderza lekko w plastik obudowy radia. Jednak nie słyszy wyraźniej słów piosenki. – Diabli by to! – warczy, zaciskając zęby.

W końcu macha prawą ręką w geście rezygnacji. Wywija mocniej mankiety swojej kraciastej bawełnianej koszuli i trąca metalową postać św. Krzysztofa wiszącego na krótkim rzemyku przy wewnętrznym lusterku auta.

– Ty stary ośle, masz pięćdziesiąt cztery lata, dorobek naukowy większy niż niejeden bufon na Sorbonie i nawet podobasz się kobietom, co prawda tylko tym po czterdziestce – dodaje ciszej. – Ale się niczego nie nauczyłeś – śmieje się sam do siebie. – Oj, doktorku, że też dałeś się na to namówić – mówiąc to kręci głową.

Przyśpiesza, gdy dostrzega na horyzoncie cel swojej dzisiejszej przejażdżki. Kolejna stacja odwiertu.

Po kwadransie jest już u celu. Zatrzymuje samochód w tumanie kurzu zaraz przy szarym namiocie. Wyłącza silnik i wkłada biały kask na głowę. Zakrywa nim ciemne kręcone i wyraźnie siwiejące włosy. Widać, że robi to dość niechętnie. Gdy zwija mapę leżącą na siedzeniu obok, ktoś krzyczy do niego po ukraińsku z głębi obozu.

– Zaraz, zaraz! – Jankowski odkrzykuje po polsku.

Wysiada, trzaskając mocno drzwiami. Pył znów wzbija się w zastygłe w bezruchu powietrze. Jankowski ignorując kolejne pokrzykiwania, idzie w kierunku białego kontenera, gdzie agresywnie operujące słońce wdziera się przez niedomknięte okno. Mruży oczy, bo jego promienie rażą, odbijając się od błyszczących metalowych okuć. Na nic zda się ledwo działająca klimatyzacja. W środku i tak jest około czterdziestu stopni. Uroki stepu.

Kolejne powitanie. Brodacz odpowiada przyjaznym podniesieniem dłoni w kierunku mężczyzny w podobnym kasku i słuchawkach na głowie.

Wyraźnie słychać hałas świdra. Rytmiczną pracę pompy. Spalinowe silniki warczą, napędzając cały obieg. Płuczka cieknie po rurach i wylewa się korytem. Przy cysternie kolejny pracownik kontroluje ciśnienie. Głośny gwizd przerywa monotonię dźwięków i nagle wszystko cichnie. Jankowski sięga do klamki, ale jeszcze na moment wstrzymuje się przed wejściem do kontenera. Rzuca spojrzeniem w kierunku pionowej konstrukcji odwiertu. Diamentowe wiertło zapada się, nagle trafiając na skalną pustkę.

– Dziewięćdziesiąt osiem metrów, panie Darku – krzyczy do niego półnagi mężczyzna w kasku, gdy silny strumień wody wypływa z niewielkiego otworu. – Tak jak w ostatnim.

– Tak trzymać! – odpowiada mu po ukraińsku, otwierając drzwi do metalowej prostokątnej puszki z napisem cyrylicą „Biuro odwiertu”. – Tylko mi to dobrze zabezpieczyć! – Podnosi z uśmiechem kciuk prawej ręki, a po chwili znika za blaszaną ścianą. – Już jestem, profesorze – oznajmia swoje przybycie.

Siedzący przy biurku zupełnie łysy profesor gryzie się w język i niekształtnie układa usta, jednak nie reaguje na widok stającego w progu ponad dziesięć lat młodszego mężczyzny, Dariusza Jankowskiego, swojego byłego doktoranta, który nie wiadomo z jakich powodów nie chciał się u niego habilitować. Przepadł za to, jak wygnaniec łagrów w tym zapomnianym przez boga, a nawet przez samych Ukraińców miejscu.

Jankowski zdejmuje biały kask i odkłada na krzesło. Podchodzi bliżej do mężczyzny przy biurku. Wymieniają krótkie spojrzenia. Jednak brodaty geolog szybko odwraca wzrok na wykresy rysujące się na monitorach. Przełącza coś na pulpicie, a drukarka w kącie zaczyna wypluwać wstęgę papieru.

– Długo kazał pan na siebie czekać, doktorze Jankowski – udawana reprymenda wychodzi praktycznie przez zaciśnięte w skupieniu zęby profesora.

– Przepraszam, profesorze Wiśniewski, ale w tamtym odwiercie dopiero dziś skończyli. Musiałem porównać wyniki. To ważny moment – Jankowski próbuje usprawiedliwić swoje spóźnienie, podchodząc do dzbanka z wodą.

– Jankowski, ty już się nie tłumacz. Znam cię – profesor Wiśniewski karci go wzrokiem.

– Wody? – w odpowiedzi pyta. Wiśniewski odmawia, kręcąc głową. Dariusz Jankowski nalewa tylko do jednej grubej wyszczerbionej szklanki i upija całą zawartość. – Ale upał... – dodaje, wzdychając.

Powoli staje za plecami siedzącego profesora, który przebiega wzrokiem po liniach wyrysowanych na mapie. Skupia się na najciemniejszym zakreskowanym obszarze. Jeszcze raz kontroluje litologię i głębokości w zaznaczonych odwiertach. Przerzuca kolejne zadrukowane kartki, omiata wzrokiem wykresy, analizuje tabele, coś w myślach przelicza. W końcu cmoka wymownie, informując stojącego obok młodszego naukowca o pełnym uznaniu dla jego pracy. Jednoznacznie kiwa na „tak” głową.

– Świetna robota, doktorze Jankowski. Zabieram to do Krakowa. I w Warszawie też się z tego ucieszą. To będzie sensacja. Ogłoście to jak najszybciej. Profesor Strzymiński już na pana czeka w Kijowie – śmieje się sam do siebie, poprawiając ułożenie okularów na nosie. – Przyda się panu porządny urlop. – Klepie Jankowskiego po ramieniu. – Musicie to wszystko dokładnie opisać. Ten nasz mały światek naukowców wreszcie się o czymś dowie. Złoża impaktowe na Syberii... impaktowe... hm... To musiał być cholernie wielki meteoryt. Cholernie.

– Dziękuję, profesorze Wiśniewski. Już wszystko jest zaplanowane na drugą połowę września. Ogłosimy to przy udziale niezależnej prasy. – Jankowski sięga po myszkę laptopa. – Będziemy też w internecie. Można nas podglądnąć – mówiąc to, mruga okiem. – Nawet znajomi z Instytutu w Nowosybirsku obiecali przyjechać. Trochę nam zajęły te szczegółowe badania. Mieliśmy czas się dobrze poznać. – Wąsy Jankowskiego unoszą się w szczerym uśmiechu. – Ale ja już nie chcę tam wracać.

– Bardzo dobrze, doktorze Jankowski. Bardzo dobrze. Tylko uważajcie na tych z MCE Holding. Odetniecie im łatwy kąsek.

– Mam tu coś jeszcze. Moje ostatnie odkrycie... – Jankowski znowu się uśmiecha i klika kilka razy, poszukując właściwego folderu w rzędzie plików. – Proszę na to spojrzeć. To wyniki z ostatniego miesiąca, a planowane są jeszcze trzy odwierty. Jednak na wszystkich jest zgodność. Ten zbiornik jest olbrzymi i zasilany strumieniowo z głębszych formacji. Robili już próbne pompowania. Wczoraj dostałem wyniki.

Otwiera kolejne zestawy plików i przekrój nawierconej litologii w otworach. Palcem wodzi po niebieskich liniach i głębokościach.

– A jednak! – Wiśniewski aż podskakuje na krześle. Ociera otwartą dłonią pot z czoła i milczy, wnikliwie analizując ukazujące się dane. – Niemożliwe. Przecież tam miały być łupki – dziwi się. – To będzie niespodzianka. Jaka czystość! Tylko trochę głęboko.

– Tak. Trochę głęboko.

– Pozwoli pan, doktorze, że to też zabiorę ze sobą. Przejrzę na spokojnie, bo tu u pana... – Ponownie ociera pot z czoła i patrzy na niesprawny klimatyzator, który właściwie tylko wzbudza ruch gorącego powietrza.

– Tak, nie ma problemu. Zrzucę te dane na coś poręcznego. – Jankowski otwiera szufladę i zaczyna przewracać stare błyszczące płyty CD. – Gdzieś tu był...

– Może skorzystamy z mojego – profesor macha mu przed oczami pendrivem wyciągniętym z kieszeni obszernej lnianej koszuli. – Ja noszę taki na wszelki wypadek – śmieje się, zachłystując suchym powietrzem. – Tylko niech mi pan jeszcze zrobi skan tej mapy, bym ocenił rozmiary.

– Tak, tak, oczywiście – mówiąc to, Jankowski podchodzi do skanera. Rozgrzewa lampy.

– W poniedziałek zamierzam się jeszcze spotkać z profesorem Strzymińskim na konferencji w Mińsku. A na przyszłą sobotę zapowiedział się we Lwowie mój dawny doktorant. Tylko nie pamiętam teraz jego nazwiska. Zaraz sobie przypomnę...

– Proszę pozdrowić profesora, ale radziłbym zaparkować ze sporym oddaleniem od jego zielonej łady. Sieje postrach.

– Co pan mówi?

– Studenci w Sankt Petersburgu nazywają go „torpeda”. – Broda Jankowskiego znów się trzęsie.

– Mariusz piratem drogowym? – Profesor nie ukrywa zaskoczenia.

– Postrach szos i ludzi bez refleksu. Tylko broń boże proszę mu tego nie mówić.

– Nie, nie, oczywiście. – Wiśniewski kładzie wilgotny palec na usta. – Ale on chciał mi coś koniecznie pokazać. Chichotał w słuchawkę jak dzieciak. Może pan, doktorze Jankowski, wie coś na ten temat?

– Tak... – Jankowski wkłada mapę do skanera i patrzy na wiszący na ścianie obrazek św. Barbary przypięty przez jego zmiennika. – Mam nadzieję, że pan nie jest przesądny? – pyta po chwili zastanowienia.

– Nie.

– Nie wierzy pan w fatum?

– Nauka i przesądy nie idą w parze, doktorze Jankowski.

– No nie wiem. – geolog obraca mapę i znowu skanuje. – Ja wolałem „je” oddać, bo coś mi sprzęt zaczął nagle odmawiać posłuszeństwa. – Brodacz wymownie spogląda na klimatyzator, a później na złamany świder pod ścianą, który spowodował tygodniowe opóźnienie w harmonogramie wierceń.

– Je? – profesor dopytuje zaskoczony.

– Tak, te małe północno-syberyjskie znaleziska.

– Syberyjskie kamienie? – Wiśniewski pokazuje palcem na mapę. Jankowski kiwa głową. – Te kamienie z domniemaną impaktową genezą? Te z wyjątkową właściwością w zbliźniaczonych formach, o których dwa lata temu Mariusz pisał artykuł?

– Dokładnie – Jankowski ponownie potwierdza.

– Te okazy spoza skali twardości naturalnych kamieni występujących na naszym globie? Te, których przeciętna wielkość sięga około siedmiu karatów?

– Te, których istnienie do konferencji w Moskwie powinno pozostać tajemnicą, bo z tego, co wiem, to do dziś ich datowania nie zostały potwierdzone. Nikt nie chce być ośmieszony – młodszy geolog dodaje z powagą. – Ale profesorze, jeśli te pierwsze wyniki to prawda...

– To teraz wszystko rozumiem – Wiśniewski przerywa mu.

– A ja, profesorze, nie do końca...

– Dlaczego?

– Bo później zdarzył się mały wypadek – Jankowski ostentacyjnie pokazuje obandażowane prawe przedramię. – Ale może to zwykły zbieg okoliczności.

– Doktorze, tośmy ze Strzymińskim niejedną wódkę razem wypili i chyba nic groźniejszego niż trzydniowy kac już mnie z nim nie spotka. Co może być tak strasznego w tych kilku okazach, które odkrył mój ulubiony podstarzały kawaler?

– Właściwie odkryliśmy je razem.

– Ja się nie boję, proszę mówić – profesor Wiśniewski nalega zaciekawiony i intensywnie wpatruje się w młodszego kolegę.

– Chodzi o starą legendę, a właściwie klątwę... – Jankowski mówi to z lekką obawą. Podchodzi bliżej okna.

– Panie doktorze! – Profesor się krzywi.

– Klątwę carbonado.

– Tak... Niektórzy wciąż wierzą w jednorożce – uśmiech profesora ma więcej z politowania niż zrozumienia dla dziwnych obaw kolegi. – To zwykłe bzdury!

– Ja też tak uważałem. – Jankowski przeciera zakurzoną szybę niedomkniętego okna, przez które wystawiona jest rura klimatyzatora. Patrzy na zachodni horyzont tonący we wzbudzanym przez pracowników odwiertu pyle. Milczy.

– O! – Wiśniewski nagle przerywa ciszę.

– Tak, panie profesorze? – Jankowski lekko przekręca głowę w jego kierunku.

– Przypomniałem sobie nazwisko tego doktoranta. Tkacki... Martin Tkacki. Ale wy chyba się znacie?

– Nie, nie bardzo.

Dariusz Jankowski zagryza mocno wargi aż bieleją. Później bierze głęboki wdech i głośno wypuszcza nosem powietrze. Urywa rozmowę, wracając wzrokiem za okno. I jeszcze intensywniej wpatruje się w niewyraźnie rysującą się linię horyzontu. Nadal patrzy na zachód.

18 września 2012 roku, wtorek, g. 19:45

Wychodzę z gabinetu, rzucając ostatnie spojrzenie na biurko. Wszystko ok. Ruszam wąskim korytarzem do recepcji. Jest przyjemnie cicho i pachnie drewnem sandałowym. Lawendowe ściany koją wzrok po całym dniu pracy, a odnowiona przedwojenna sofa kusi miękkością ułożonych na niej poduszek. I znów nie mogę się powstrzymać, by nie dotknąć rzeźbionej poręczy fotela w rogu. Jest twarde i ostre w wygięciach, ale palec biegnie obłym ruchem po ślimaczym zawijasie jak po krawędzi muszli przywłaszczonej sobie przez raka pustelnika. Przyjemne uczucie. Ale dziś nie mam czasu, by usiąść na wiśniowym obiciu i zapaść się głęboko w miękki atłas. Oddać się zapachowi drewna i posłuchać relaksującej muzyki, która płynie tu z głośników w każdym pokoju. Miejsce piękna i kobiecego relaksu opustoszało.

– No wreszcie! – spojrzenie recepcjonistki Moniki jest karcące, a jej usta układają się w mały ryjek. – Myślałam, że pani dzisiaj nie skończy. Zaraz zrobi się ciemno.

– Tak, wiem. Przepraszam, ale nie mogłam inaczej. Ta ostatnia pani miała tyle pytań.

– Wiem – wreszcie jej twarz łagodnieje i sięga po torebkę. – Zaraz pomogę. Wyjdziemy razem – bierze klucze do salonu i chwyta jedną z moich walizek. Jej ciężar szybko ją zaskakuje, zresztą jak wszystkich. – Panie jak zwykle były zadowolone, ale następne będą dopiero za miesiąc.

– Bardzo się cieszę – ruszam do drzwi.

Mój niebieski niepozorny bolid stoi na szczęście blisko. Pakuję rzeczy do bagażnika i żegnamy się z Moniką przyjaznym uściskiem.

– Do zobaczenia.

– Bezpiecznej drogi. – Ma ładny uśmiech.

Siadam na fotel o sportowym profilu i dopiero odczuwam ulgę. Płyta ze schowka. Jest. Nick Cave. Mrocznie, ale idealnie na drogę z gór. Odpalam i już wyjeżdżam z Jeleniej Góry.

Trasa na Bolków to marzenie. Nie ma tirów, ciągników. Mało aut. Jak zwykle jakiś przedstawiciel handlowy w nowym białym oplu chce się pościgać. Wyprzedza zadziornie i trochę z brawurą, ale z górki już go mam. Nie odpuszczam, a co! Teraz to on jest z tyłu i wdycha moje spaliny przez nawiew. A niech sobie nie myśli, że „baba” za kółkiem to prawie jak nawrót malarii czy asfaltowa dżuma. Samo zło.

Na tych kilku kilometrach zapominam o lęku, o tym, „co stanie się, gdy”, i wyłączam kontrolę trakcji. Test umiejętności i refleksu nie tylko dla większości kierowców, a dla mnie to po prostu spora frajda. Droga jest kręta, ale opony o niskim profilu dają mi przewagę. W końcu biały opel zjeżdża na stację i pozdrawia długimi. Uśmiecham się, trącając żółtą uśmiechniętą buźkę przy lusterku i na moment włączam awaryjne. I tak się już pewnie nie spotkamy, ale to zawsze dobrze robi na ego i akurat on zapamięta ten niewinnie wyglądający hatchback w kolorze performance blue z sympatyczną jasnowłosą niewiastą za kółkiem.

Przełączam na radio. Wiadomości przerywają dyskusję o narastającym światowym kryzysie. Boże, znowu to, ale może powiedzą coś o korkach lub utrudnieniach na trasie do Wrocławia. Kobiecy miękki głos czyta kolejne informacje. Zaraz będzie pogoda. „Zidentyfikowano ciała z awionetki, która uległa wypadkowi sześć dni temu pod Lwowem. Na pokładzie były dwie osoby. Nikt nie przeżył. Jedną z ofiar był profesor Józef Wiśniewski, znany geolog, pracownik PIG i wykładowca uniwersytecki. Pogrzeb odbędzie się w piątek na Powązkach w Warszawie. Od stycznia zapłacimy o 30% więcej za m gazu...”

Przełączam z powrotem na Cave’a. Samochód świetnie trzyma się w zakrętach drogi, jakby opony starały się zespolić z asfaltem. Czysta przyjemność jazdy. Będę szybciej niż myślałam. Koniec serpentyn. Mijając zieloną tabliczkę z napisem Strzegom, przypominam sobie o zaległym prezencie dla Angeli. Przecież dzwoniła wczoraj. Uśmiecham się sama do siebie. W oddali mijam jej granitowe królestwo zatopione w odłamkach skał, huku wybuchającego dynamitu i krzemianowym pyle, który unosi się nad całym wyrobiskiem. Eksploatacyjne poziomy zaznaczają się tu niczym stopnie gigantycznych schodów, które prowadzą tam, gdzie człowiek nie powinien się zbyt głęboko zapuszczać. Tam gdzie nie ma już przewidywalności, bożej opieki, modlitw wysłuchanych przez górniczą patronkę i duchy, chociaż sztygar powie ci inaczej.

Wyjmuję telefon z kieszeni i puszczam przyjaciółce „strzałkę”. Niech wiem, że o niej pamiętam. Angela szybko odpowiada urwanym sygnałem. Telefon odkładam do wnęki pod radiem.

Długa prosta do zjazdu na A4. Pedał gazu w dół. O tej porze roku szybko robi się ciemno i już nie widać malowniczych krajobrazów Karkonoszy. Za to z północy nachodzą mgły. Osadzają się w kotlinach i mniejszych zagłębieniach terenu, tworząc białą puchową kołdrę. Stado saren w oddali ucieka w popłochu. Przebiega na oślep asfalt. Dostrzegam je i instynktownie wciskam pedał hamulca. Fiesta zwalnia. Mają czas, zdążą uciec i przeskoczą rów. Jedna z łań, ta ostatnia, nagle przystaje, stawia szpiczasto zakończone uszy i patrzy w moim kierunku. Jej oczy błyszczą czernią. Dziwię się, bo to bardzo płochliwe zwierzęta. Długo nie odrywa od mnie wzroku. Zwleka z ostatnim sprężystym skokiem na pobocze. Robi to dopiero, gdy włączam i wyłączam długie światła. Nie chcę zrobić jej krzywdy. Potrząsa głową, ale w końcu skacze. Jej smukły cień szybko znika w nieoświetlonej przestrzeni za poboczem. To niespodziewane spotkanie wzmaga we mnie czujność.

Autostrada A4. I znów jest z górki. Samochód cicho syczy, stawiając opór przesyconemu wilgocią powietrzu. Jak zwykle mijam sekwencję autostradowych wiaduktów i karawanę tirów, w których kierowcy prowadzą ożywioną dyskusję przez CB Radio, chyba tylko po to, by nie zasnąć. Przegapiłam zjazd na Warszawę A8. Zwalam na Cave’a.

Jadę przez Wrocław. Już po 22:00. W tygodniu miasto o tej porze przechodzi w stan pozornego letargu. Łapie uchylonymi oknami blokowisk oddech po całym hałaśliwym dniu. Uspokaja krok przechodnia z otyłym mieszańcem na krótkiej smyczy i ostatnim papierosem w ustach. Rzędy wysoko zawieszonych świateł ułatwiają wejście w spowolniony nocny rytm. Poddaję się mu. Zmieniam płytę na Depechów. I od razu brakuje mi słuchawek. Uciszyłabym ten fordowski dwulitrowy silnik.

Czerwone zmusza mnie do wrzucenia na luz. Powoli toczę się do świateł. Obok mnie staje srebrny passat. Zmęczony mężczyzna za kierownicą odwraca wzrok w moim kierunku, ja też patrzę na niego. Nie uśmiecha się. Milczy. Nawet nie słucha radia. Ale i tak w głębi widzę jego poukładany świat. Żona, dwójka dzieci i kredyt na własny dom. Perspektywa awansu, tylko musi się jeszcze trochę postarać. Doskonały plan i domknięty, bez możliwości wyjść awaryjnych, bez wielkich namiętności i emocji, które owładną nim znienacka. Odjeżdża.

Zielone i już jestem na Milenijnym. Snopy niebieskawych świateł przy filarach wdzierają się w nocne niebo nad zasypiającym miastem. Tylko Odra płynie niezmiennie swoim leniwym nurtem. Niepozorna, naturalna i zdradliwa, jak meandrujący wąż. Okiełznana w wałach, rozproszona na tysiąc mostów i wdzierająca się w samo serce Wrocławia. Przemykam obwodnicą śródmiejską tuż nad jej brunatną zmarszczoną taflą. Dziś wydaje się taka zwykła, bezbronna, niewieścia. A w dole zostawiam Osobowicki port z kilkoma łajbami, czy jak wolą je nazywać, jachtami śródlądowych wód, przyklejonymi do drewnianego chybotliwego pomostu. Tego samego, przy którym znajduje się osobliwy pływający dom. Dom dla marzycieli. Towarzyszą im rdzewiejące barki, które tkwią tu zwykle do późnej wiosny. Chronią się tu przed falą i prądem nierównego dna. Po chwili zjeżdżam z obwodnicy i odbijam z ronda na Brzeg.

Rozświetlone miasto zostaje w tyle, a przede mną chyba najgorszy odcinek. Cały dzień i ta sama, co rano, trasa odbija się na kręgosłupie. Lędźwie piszczą, cukier we krwi niebezpiecznie balansuje już przy czerwonej linii, a kolejne ziewnięcie wymusza większą koncentrację.

Dźwięk dzwonka telefonu zaczyna zagłuszać muzykę. Na wyświetlaczu widzę znajomą twarz Katarzyny. Ciemnowłosa blada kobieca twarz „okularnicy” z szerokim rozbrajającym uśmiechem. Nie wiem dlaczego ona ciągle ma do mnie pretensje o to zdjęcie. Nie jest takie złe, a przynajmniej przywodzi tylko ciepłe myśli. Niestety tylko moje, bo Kaśka zapewne przebiera już nogami pod płotem, czekając na mnie w Wielkiej Lipie. Przeklina pod nosem siarczyście i śle żale ku niebiosom. Prawie udało mi się zdążyć odebrać ją na czas z cotygodniowej lekcji jazdy konnej. Prawie.

– Wiem – odbieram i zaczynam od obrony. Wyłączam muzykę, by lepiej słyszeć warkliwy ton rozczarowanej współlokatorki.

– No mam nadzieję – dobrze wyczuwam tylko odrobinę wściekłości.

– Daj mi jeszcze dwadzieścia minut – błagam. – Zaraz tam będę.

– Jak się pośpieszysz, to będę wdzięczna – to już wysyczała.

Rozłączam się i wrzucam telefon w głębszą wnękę półki w drzwiach auta. Na wyjeździe z Widawy znów cisnę gaz. Prosta przez pola irygacyjne zasnuta jest mgłą. Opar fekaliów wdziera się do wnętrza przez nawiew. Jesień wkrada się każdego dnia w krajobraz, a mgła gęstnieje. Zwalniam do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Ktoś mnie dogania. Widzę światła przedzierające się przez mięsistą parę. Samochód jedzie szybko. Stanowczo zbyt szybko. Jakiś SUV lub terenowy. Mam nadzieję, że mam światła z tyłu. Na wszelki wypadek naciskam lekko hamulec, by dać o sobie znać. Zwalniam. Mgła coraz bardziej utrudnia jazdę. Terenowy dogania mnie i prawie siedzi mi na plecach. Nie wyprzedza, a jadę powoli. Czarna przestrzeń wypełniona mięsistym białawym oparem budzi niepokojące skojarzenie i nie ustępuje w świetle przeciwmgielnych lamp. Naprawdę widoczność spada do kilku metrów. Światła wyższego auta rażą mnie w lusterku. Na parę sekund odwracam wzrok, szukając ulgi dla zmęczonych oczu. Znów patrzę w przód. Co jest?!

Ktoś wtacza się na jezdnię z prawej strony, dłonie wyciąga przed siebie. Zgina się wpół i pada na asfalt. Hamuję i skręcam. Samochód obraca się na mokrej nawierzchni o ponad dziewięćdziesiąt stopni. Silnik gaśnie i już czekam aż terenowe auto uderzy w mój bok i zepchnie mnie do rowu. Tak się nie dzieje. Zdążył chyba cudem zatrzymać się tuż przed moimi drzwiami. Snop światła jego lamp paraliżuje mój wzrok. Ratuję się zasłonięciem oczu ręką. Nie dostrzegam kierowcy, ale ktoś włączył awaryjne. Odwracam głowę z jedną myślą: co z tą zjawą z wrocławskich fekalnych rozlewisk?

Przerzucam korpus na fotel obok, a potem nogi wędrują nad dźwignią zmiany biegów i trochę nieporadnie wychodzę przez drzwi pasażera. Od razu dostrzegam na ziemi ciało. Naga dziewczyna leży przy tylnym kole mojego samochodu. Jest przytomna i drżą jej dłonie. Na szczęście nie zarzuciło mną bardziej przy nagłym skręcie. Zabrakło pół metra. Podchodzę do niej, wspierając się o auto. Leży na plecach z przekręconymi kolanami na bok. Widzę krew. Pochylam się nad nią.

– Pomóż mi – szepce, próbując się podnieść.

I dopiero wtedy wyłania się przed moimi oczami pełen efekt czyjegoś bestialstwa. Te obicia, pręgi i rany na pewno nie powstały przed chwilą.

W ciemnych oczach może dwudziestoletniej dziewczyny widzę przerażenie i ból. Jest brudna, posiniaczona, z roztartą zastygłą krwią na twarzy, piersiach i udach. Kolana ma poranione z głęboko wbitym żwirem. Śmierdzi butwiejącą ściółką, rozkładającym się moczem i ledwo przełyka ślinę. Ze skroni spływa jej krew. Ktoś ją brutalnie pobił, nie omijając twarzy. Zmuszam się, by nie odwrócić głowy, ale w krtani czuję skurcz.

Rany i opuchnięcia na pewno nie są tak świeże. Może jedynie te rozcięcia na czole. Dziewczyna ma na sobie tylko zdarty do połowy koronkowy stanik. Fiszbin sterczy, wbijając się w jej posiniaczony mostek. Nie ma fig. I szybko dostrzegam, że krwawi nie tylko na głowie. Nigdy nie widziałam zgwałconej kobiety, ale to chyba nie ma najmniejszego znaczenia. Jakoś udało jej się tu wyczołgać z tego śmierdzącego rowu. Połamane i zakrwawione paznokcie dłoni ukryte częściowo pod ciemnymi tipsami jednoznacznie wskazują, że musiała walczyć z oprawcą, a przynajmniej próbowała się bronić. Możliwe, że udało jej się go zranić. Właściwie liczyłam na to. Ułatwiłoby to poszukiwania policji i oczywiste oskarżenie. Rozglądam się odruchowo, ale otaczająca nas mgła odcina to miejsce od reszty świata. Nie pozwala dostrzec niczego więcej niż asfaltową jednopasmową drogę, rów i dwa tarasujące przejazd samochody. Teraz rozumiem ten akt desperacji. Dobrze, że nie jechałam szybciej.

– Kto to zrobił?

Patrzę na jej załzawione oczy i próbuję ją podnieść z asfaltu. Jest bardzo szczupła i na pewno wyższa ode mnie. Nie daję rady. Oświetla nas snop reflektorów stającego przy krawędzi rowu auta. To terenowy wycofał się ze środka asfaltowej drogi, by nie tarasować przejazdu. Kątem oka dostrzegam, jak ktoś z niego wysiada i idzie w naszym kierunku.

– Zabierz mnie stąd – dziewczyna szepcze nagle, a ja odgarniam jej posklejane mokre włosy z twarzy. – Proszę... Nie mogą mnie znaleźć... Ja już nie chcę w to grać... Proszę. Pomóż mi.

– Może ja pomogę? – Nad głową słyszę męski głos. Długi mleczny cień przebiega po nagim zmaltretowanym ciele dziewczyny. – Ale mnie pani nastraszyła. – Mężczyzna pochyla się tak jak ja nad leżącą i obrzuca ją dziwnie nachalnym wzrokiem. Zagryza zęby i pomaga jej wstać. Dziewczynie uginają się nogi i pada w jego ramiona. Chwyta ją i podnosi z lekkością. – Niech mi pani pomoże – rzuca do mnie, przekręcając głowę. – Ona nie może tu zostać. Trzeba ją zabrać do szpitala. Będziemy tam szybciej. Zanim karetka tu dojedzie... – niesie pokrwawioną dziewczynę do terenowego samochodu.

Specjalnie zostawił włączone przeciwmgielne i awaryjne. Teraz tylko moje auto tarasuje drogę. Nerwowo przeczesuję zamgloną przestrzeń, ale nie widać świateł nadjeżdżających aut.

– Proszę je otworzyć – mężczyzna wskazuje na tylne drzwi.

Robię to bez namysłu, a on kładzie dziewczynę na skórzanym siedzeniu. Chyba straciła przytomność. Jej głowa opada bezwładnie.

– Przestawię auto.

Ruszam do fiesty i wcale nie czuję ulgi. Nie chce odpalić. Włączam awaryjne. Denerwuję się, bo jednak dostrzegam nadjeżdżające światła aut z lewej. Ciągle stoję w poprzek drogi. Dreszcz przebiegający po kręgosłupie lekko paraliżuje mi prawą dłoń. Już to kiedyś czułam. Walczę z własnym ciałem.

Przekręcam kluczyk czwarty raz. Wreszcie odpalił. Wykręcam i staję przed tym masywnym kwadratowym pojazdem. W snopie reflektorów forda dostrzegam złowrogi wypukły napis na czarnym lakierze maski – Range Rover. Mijają nas wolno trzy osobowe. Musimy stąd szybko odjechać, bo dojdzie do tragedii. Nie wszyscy na tym odcinku zwalniają. Po prostu jeżdżą na pamięć, omijając dziury, i to nawet we mgle. Sama tak robię czasami.

Wysiadam i omal nie wpadam do rowu. Stopa ześlizguje się kilkanaście centymetrów po pochyłości, a ja instynktownie chwytam się klamki. Zastygam w dziwnej pozie, ale w końcu łapię równowagę. Bezpieczna pozycja i jeszcze sięgam po trencz z tylnego siedzenia. Ruszam do drzwi range rovera. Chcę sprawdzić, co z dziewczyną.

– Niech pani za mną jedzie. Do Szpitala Wojskowego będzie najszybciej. – Mężczyzna patrzy, jak okrywam nieprzytomną płaszczem. Wyczuwam, że drży, a łzy płyną jej po policzkach. Co ona musiała przejść?

– Mogą nas nie przyjąć. Obawiam się, że trzeba będzie na Traugutta. – Znienawidzone pogotowie ratunkowe. – Niech pan jedzie, a ja zadzwonię zgłosić to na policję.

– Spokojnie. – Zamyka tylne drzwi auta, odcinając półprzytomną od naszej rozmowy. – Ja to załatwię. Niech pani tylko za mną jedzie. – Jego głos jest miły, ale wyraz twarzy trochę zastanawiający. Chwyta moją dłoń i ściska mocniej na znak, że wszystko będzie dobrze. I dopiero teraz dostrzegam jego jasne oczy, a silna dłoń z uścisku przechodzi w gładzenie mojego ramienia. Wygląda na ponad czterdzieści lat. – Jedźmy, bo pani zmarznie – mówi to z takim spokojem, jakby w ogóle do niczego nie doszło. Jakby ta zgwałcona i pobita dziewczyna nie leżała właśnie w jego samochodzie. Jakby nie trzeba było bić na alarm i szukać sprawców. Jakby jej ból i rany nie miały większego znaczenia. Czy można być aż tak opanowanym, a może pozbawionym uczuć?

– Dobrze – odpowiadam niepewnie i każde z nas wsiada za kierownicę.

Wyjeżdżamy z największego zamglenia i nagle SUV skręca na szersze pobocze przy sklepie ogrodniczym. Parkuję za nim. Mężczyzna wysiada i podchodzi do fiesty. Otwieram drzwi. Zauważam kolejny szczegół, który umknął mi wcześniej, że jest elegancko ubrany w granatowy taliowany garnitur, czarne gładkie oxfordy łamiące się na zgięciu palców nóg, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem, która teraz poplamiona jest krwią. Marynarkę ma czystą, bo chyba nie był w niej wcześniej.

– Musi pani jechać ze mną, bo zadzwoniłem i rzeczywiście lepiej będzie, jak zawiozę ją na Kliniki, tam mam znajomych. A dobrze, by teraz była z nią kobieta.

Nie myśląc, chwytam torebkę i zamykam auto. Wsiadam na tył range rovera. Dziewczyna próbuje się unieść. Pomagam jej. Okrywam ściślej moim trenczem, ale w końcu podwija nogi i kładzie głowę na moich udach. Cały czas płacze. Ruszamy. Mężczyzna wycisza muzykę.

– Jak masz na imię? – Próbuję nawiązać z nią kontakt, bo widok jej przetartych od więzów kostek ponownie paraliżuje mi prawą dłoń. Staram się oddychać spokojnie.

– Daria – mówi cicho i przez łzy.

– Bardzo ładne imię – znów odsuwam jej długie ciemne włosy z twarzy. – Ja jestem Lidia – uśmiecham się, a dziewczyna ociera brudną ręką policzek. Sięgam do kieszeni płaszcza, pod którym ukryłam ślady gwałtu. Znajduję chusteczki. Podaję jej jedną. Daria trzęsącą się z bólu lub zimna dłonią trochę nieporadnie zaczyna wycierać swoje oczy. – Pomogę – proponuję nieśmiało.

Wycieram jej twarz z ziemi i błota, krew ciągle sączy się z jej skroni, a na szyi widzę czerwone ślady po pętli. Na boga, kto to jej zrobił? Robi mi się zimno, ale staram się pogodnie uśmiechać.

– Nie pozwolisz im mnie znaleźć? – Daria szepcze nagle.

– Nie, nie pozwolę. – W tym samym momencie czuję na sobie wzrok mężczyzny odbity w lusterku.

18 września 2012 roku, wtorek, g. 23:40

Opadam na krzesło, a światło jarzeniówki korytarza usiłuje wypalić dziurę w moich tęczówkach. Przebiło się już na pewno przez załzawioną błonę, bo zaczyna mnie piec, gdy tylko szerzej rozwieram powieki. Trwa to stanowczo zbyt długo. Te stare ceglane mury wrocławskiego szpitala na Klinikach pamiętają jeszcze wojnę. Czuć tu wyraźnie zaduch. Chłód przykurcza moje ramiona, ale serce powoli stara się wrócić do normalnego rytmu. Twarz chowam w dłoniach, a łokcie opieram na kolanach. Czuje się koszmarnie. Już prawie północ.

Chciałabym zadzwonić, ale telefon w roztargnieniu zostawiłam w swoim samochodzie. Tomasz, przedstawiający się tak mężczyzna z range rovera, zniknął razem z lekarzami za drzwiami w głębi korytarza. Ewidentnie znali się dość dobrze, bo nikomu nie musiał się przedstawiać. Jeszcze w moim towarzystwie wymieniali krótkie, hasłowe informacje, a chudy, łysiejący na szczycie czaszki mężczyzna w białym rozpiętym fartuchu nie dopytywał się o dodatkowe szczegóły. Miałam nadzieję, że akurat to przyśpieszy całą szpitalną procedurę, a dokładniej wnikliwą analizę ubezpieczenia półprzytomnej dziewczyny, którą położono na rozkładanym łóżku z czterema niewielkimi kółkami zamiast zwyczajowych metalowych nóg.

– Pokrywam wszystkie koszty – te magiczne słowa mężczyzny z range rovera rozwiały ich wątpliwości i wywołały dziwny uśmiech u dyżurującego tej nocy lekarza. Dwie pielęgniarki od razu zrozumiały, co mają robić.

Dlatego ostatnie czterdzieści minut intensywnie próbowałam przypomnieć sobie numer komórki Katarzyny. Oczywista i codziennie używana informacja wyparowała z mojej pamięci, a może raczej zawsze była w mojej komórce i po prostu wyświetlała się zaraz po wciśnięciu jedynki. Nie potrafiłam. Cały czas mieszała mi się kolejność cyfr. W końcu zaczęłam zapisywać je trójkami na chusteczce do nosa i to kończącym się cienkopisem znalezionym na dnie przepastnie głębokiej torebki. Zostały dwie prawdopodobne kombinacje. Przynajmniej tak mi się wydawało. Zapamiętywanie liczb, dat, wyników działań to jak czarna magia. Coś, co moja pamięć ignorowała z dziwną łatwością, i to za każdym razem. Taki matematyczny pech. Mam to podobno po ojcu, tak jak to naiwne i romantyczne podejście do życia i wiarę w coś takiego, jak ludzkie przeznaczenie, przynajmniej tak mówił dziadek trochę ze smutkiem w oczach. Babcia nic nie mówiła. Uśmiechała się i patrzyła na zdjęcia.

W końcu słyszę spokojne kroki, a mój wzrok biegnąc po wyślizganej posadzce, dostrzega połyskujące oxfordy. Podnoszę głowę.

– Pani Lidio, proszę to włożyć. – Jasnowłosy mężczyzna zdejmuje swoją marynarkę. Mój wzrok mimo woli zatrzymuje się na czerwonych plamach na jego koszuli, a w jego drugiej ręce dostrzegam zakrwawiony płaszcz. – Tu jest naprawdę chłodno – uśmiecha się, nie otwierając ust, a sztuczne światło odsłania jego dojrzałe męskie rysy. I chyba dzięki tej delikatnej sieci opalonych zmarszczek wokół oczu i spojrzeniu, w którym nawet nie próbuje ukryć niepokoju o tę pobitą dziewczynę, czuję, że mogę mu zaufać. Pozwalam, by okrył moje plecy. – Musimy jeszcze zaczekać – mówiąc to, zawraca i wrzuca mój trencz do sporej wielkości śmietnika pod ścianą. Nie protestuję. – Tak myślałem. Też bym go już nie włożył – patrzy na mnie z dziwną rezygnacją. Siada obok na drewnianym niewygodnym krześle, a jego klasyczny zegarek na skórzanym czarnym pasku od razu zwraca moją uwagę. Niewątpliwie facet ma pieniądze, ale i potrafi je wydawać na piękne rzeczy.

Bardziej naciągam klapy jego marynarki. Od razu czuję ciepło i subtelny zapach męskich perfum na wyraźnym granatowo-niebieskim splocie wełny. Dostrzegam też rudy włos długowłosej kobiety. Zdejmuję go i zrzucam na podłogę. Jego wzrok podąża za nim, nim opadnie bezwładnie przy nodze krzesła. Uśmiecha się sam do siebie, jakby puszczał oko do własnych myśli.

– Jak ona się czuje? – pytam.

– Kiepsko – mówi szczerze i wciąga do płuc powietrze. – Jak tylko skończą, to odwiozę panią do samochodu lub gdzie pani będzie wygodniej. Trzeba jeszcze podpisać parę papierków.

– Policja? – pytam wreszcie, bo jak do tej pory nikt od nich się nie pojawił.

– Też – trochę zbywa mnie tą odpowiedzią.

– Chciałabym się z nią jeszcze pożegnać. – Patrzę na niego, dostrzegając tylko jego niebieskie oczy, a on kiwa głową.

Teraz widzę wyraźnie, że jest w wieku około czterdziestu pięciu lat. Ma opaloną twarz z zachęcającym do bliskości uśmiechem, spłowiałe w popiel jasne włosy i lekko spierzchnięte usta. Ewidentnie dba o kondycję, bo wyrazisty kształt mięśni jego ramion dostrzegam pod przykryciem cienkiej bawełnianej koszuli. Sprawia wrażenie kogoś mocno stąpającego po ziemi, ale w ten niebywale pociągający sposób. Kobiety uwielbiają takich mężczyzn, bo oni dobrze wiedzą, na czym im zależy.

Lekko przykurcza palce dłoni, na których dostrzegam liczne zadrapania, jakby przetarcia czy poparzenia, i schodzące pęcherze. Podobne ślady zostają po klejach żywicznych lub pracy w wodzie. Intryguje mnie to, bo lubię patrzeć na ludzkie dłonie. One odsłaniają choćby najbardziej skrywaną prawdę o nas samych. Są jak dekalog i zbiór doświadczeń. Obnażają stan umysłu. Nie przeraża mnie widok blizn czy starczych plam. Zerwane skórki, obgryzienia do krwi, spiłowania boków płytki paznokcia, fioletowe sińce od przytrzaśnięć drzwiami, geometryczne zmarszczki na cienkiej skórze, wystające żyły, ścięgna, kształt nadgarstka, smukłość drobnych kości. To jest fascynujące. Ale on chowa je, jak tylko zauważa, że na nie patrzę. Chyba się wstydzi. Nie rozumiem dlaczego. Powoli odwija rękawy swojej białej koszuli.

– A tak ją lubiłem... – stara się żartować, ale i on nie może patrzeć na zakrwawione mankiety.

Podoba mi się, jak jest ubrany. Prostota fasonu, dobry materiał, dyskretna woń perfum. Sprawia wrażenie, że nie żyje pod presją. Na pewno nie jest gejem, to da się wyczuć, bo nabrzmiałe piersi wyłaniające się spod niedopiętego fartucha rudej pielęgniarki i jej kształtne łydki, które omiótł przy wszystkich ostentacyjnie, zrobiły na nim wrażenie. To jej włos znalazłam na klapie jego marynarki. Widocznie nie traci czasu.

– Mogę zadzwonić z pana telefonu, bo mój został w samochodzie? – Jeszcze mam nadzieję, że wykręcę ten właściwy numer.

– Oczywiście – podaje mi swój telefon dotykowy. Od razu się gubię, bo w myślach powtarzam cyfry. Śmieje się i pomaga mi wyjść z jakiejś aplikacji. – Też mi się to często zdarza.

Wybieram numer i modlę się, by był tym właściwym.

– Tak, słucham – zdenerwowany głos Katarzyny przynosi mi zadziwiającą ulgę.

– To ja, Lidka. Dzwonię najszybciej jak mogę. Zapomniałam swojego telefonu z auta...

– Do cholery! Wiesz, że dzwoniłam już na policję.

– Przepraszam, ale nie pamiętałam twojego numeru.

– Nic ci nie jest? – Nawet przez telefon wyczułam jej niepokój. – Co się stało?

– Był wypadek. Jestem na Klinikach. Nic mi nie jest. Powiedz, że nie czekasz tam na mnie?

– No chyba żartujesz – warczy w słuchawkę. – Zadzwoniłam w końcu po Mateusza. Ale mnie nastraszyłaś.

– Przepraszam. Niedługo będę. Tylko idź spać, bo jutro nie wstaniesz.

– Lidka...

– Wszystko ok. Opowiem ci, jak wrócę – naciskam, by skończyć rozmowę.

– No dobrze, ale się pośpiesz. – Chyba wreszcie jej ulżyło.

– Do zobaczenia. – I znów nie wiem, jak się rozłączyć w tym urządzeniu.

– Ten czerwony. – Tomasz sam dotyka pojawiający się na ekranie przycisk.

– Dziękuję – oddaję mu telefon. – To chyba zmęczenie.

– Tak, to był długi dzień. – Tomasz wstaje, przeciera dłońmi twarz i patrzy na mnie z góry. – Poszukam jakiejś kawy. Pewnie muszę pamiętać o mleku... – śmieje się.

– Dobrze by było.

Kiwa głową i rusza w głąb korytarza.

19 września 2012 roku, środa, g. 01:45

Podchodzę do łóżka z metalowymi poręczami. Daria ma zamknięte oczy. Z lewej dłoni wystaje wenflon od kroplówki. Przykryta jest prześcieradłem prawie pod samą szyję. Może i lepiej, bo już wystarczająco dużo widziałam. Jednak na nadgarstkach dostrzegam te same ślady co wcześniej na jej szyi i kostkach. Musieli ją silnie związać. Głowę zabandażowano jej do wysokości oczu. Znów widzę czerwone miejsce na skroni. Krew nadal sączy się z rany i to mocno. Tuż nad jej głową pali się niewielka żarówka. Na jej opuchniętej twarzy tworzą się bardzo nieprzyjemne cienie.

Delikatnie dotykam jej prawej dłoni, a ona rozchyla powieki. W jej oczach widać odurzenie lekami.

– Chciałam się pożegnać – uśmiecham się, próbując opanować to przejmujące zimno, które znów paraliżuje moją dłoń. – Niedługo pewnie ktoś do ciebie przyjdzie.

– Nie zostawiaj mnie tu – ledwo udaje jej się to wyszeptać. Pochylam się nad nią, ale nie mówi nic więcej.

– Dario, jesteś w dobrych rękach. Już nikt nie zrobi ci krzywdy. Zaraz przyjedzie policja.

– Nie... – zaczyna się szarpać, ale zamroczenie lekami nie pozwala jej się nawet podnieść.

– Spokojnie. – Nie wiem, co robić, ale to może być po prostu reakcja na to, co ją spotkało. – Już nikt cię nie skrzywdzi. – Chwytam jej rękę i siadam przy niej. Głaszczę jej zadrapany policzek, a ona znów płacze. Nagle do sali wchodzi rudowłosa pielęgniarka i patrzy na mnie ze zdziwieniem. Od razu rozumiem, że złamałam jakieś szpitalne zasady. Wstaję.

– Proszę już stąd iść – rzuca oschle. – Ona musi odpocząć.

Pielęgniarka lustruje mnie z góry na dół i poprawia przeźroczysty worek z klarowną cieczą zawieszony nad głową rannej dziewczyny. Zwiększa intensywność opadających kropel, a ja widzę, jak oczy Darii zachodzą jeszcze większą mgłą.

– Jeszcze się zobaczymy. – Ściskam na pożegnanie dłoń dziewczyny, a ona rozchyla usta, jakby chciała mi coś powiedzieć. Jednak leki zwyciężają.

Rudowłosa mierzy mnie z lekką odrazą, a dekolt jej niebiesko-białego fartucha wyraźnie odsłania jej piersi. Ma na sobie chyba tylko tę odważną koronkową bieliznę i wcale się nie krępuje. Czarne kabaretki znikają w chodakach. Jakieś nowe zwyczaje szpitalne, a może nocne dyżury wiążą się z drugim etatem.

Wychodzę na korytarz i wzrokiem szukam Tomasza. Rozmawia z lekarzem i jak tylko mnie dostrzega, kończy. Podchodzi do mnie i ruszamy do auta.

19 września 2012 roku, środa, g. 02:15

Dojeżdżamy na Widawę. Przy fieście parkuje radiowóz. Kaśka jednak mówiła prawdę o tym telefonie na policję. Range rover parkuje przed nimi.

– Ja to załatwię. – Tomasz powstrzymuje mnie przed opuszczeniem auta. – Niech pani tu zaczeka.

Wysiada i podchodzi do radiowozu. Rozmawia z umundurowanym mężczyzną przez opuszczoną szybę. Pokazuje jakiś dokument. Policjant po chwili uśmiecha się i kiwa głową. Jasnowłosa policjantka w kucyku przygląda mi się z uwagą. Przez chwilę śledzimy się wzrokiem. Odjeżdżają.

Wysiadam i podchodzę do swojego auta.

– Do widzenia, pani Lidio – podaje mi rękę. – Dziękuję za pomoc. Mam nadzieję, że nie spotkamy się już w takich okolicznościach – uśmiecha się zmęczony, ale bardzo przyjaźnie.

– Też mam taką nadzieję – wsiadam i właściwie chciałbym zapomnieć o tym, co stało się tego wieczoru.

Tomasz pozdrawia mnie jeszcze dłonią i zawraca. Ruszam do domu, wolno przedzierając się przez mglisty opar fekaliów znad pól irygacyjnych Wrocławia.

20 września 2012 roku, czwartek, g. 08:00

– Nie pojedziesz więcej do Jeleniej. Zabraniam ci. – Kaśka odstawia kubek z kawą. – Te pieniądze nie są tego warte. – Jej oczy zawsze patrzą na mnie z taką troskliwością. Mogę się domyślać, co przeżyła tamtej nocy. Nie mówiła o tym, ale jej spojrzenie po moim powrocie dość dobrze pamiętam. Czekała już na telefon z komisariatu.

– Wiesz, że jeżdżę bezpiecznie... – Argumenty właściwie wyssane z palca i akurat ona dobrze o tym wie.

– Dobra, dobra. A później mi mówią, że zapylałaś sto sześćdziesiąt po Wrocławiu. – Ostatnio doniósł jej o tym nasz znajomy. Zdrajca i to podwójny, bo sam się wtedy ze mną ścigał.

– Ale mnie nie złapali – komunikuję radośnie.

– Jeszcze nie.

– Poza tym... od kiedy powolna jazda i zatrzymywanie się przed każdym przejściem dla pieszych gwarantuje bezpieczeństwo? – Absurdalna prawda wywołuje tylko jej kolejny powściągliwy uśmiech. – No daj spokój. Wszystko się dobrze skończyło. Chciałbym odwiedzić tę dziewczynę. Śniła mi się i jakoś mi dziwnie, jak o niej myślę.

– No wiesz! Zawsze może oskarżyć cię, że próbowałaś ją zabić – ironizuje, ale ja dobrze wiem, że tak nie myśli. – Ale pewnie nie wytrzymasz...

– I muszę oddać temu mężczyźnie z range rovera jego marynarkę od Bossa – uśmiecham się i mrugam okiem. Wiem, że Kaśce to się bardzo nie podoba, bo nie lubi, gdy ktoś przed nią macha metkami. Praca w agencji reklamowej zniechęciła ją do wielu rzeczy. Zresztą ja tego też nie lubię, ale trudno było tego nie zauważyć.

– Oddaj mu ją lepiej. Ale coś czuję, że ten facet ma takich z dziesięć i dla niego to żadna strata. Za to twój płaszczyk... – uśmiecha się z przekąsem.

– Aż tak go nie lubiłam. Kupię sobie ładniejszy – przytulam ją mocno.

– Lidka...

– Tak? – pytam zadziornie.

– To ty tak przy okazji odwieziesz jutro moje książki do biblioteki, a ja zabiorę się z Mateuszem na gokarty. Inaczej się nie wyrobię.

– O ty! Tak czułam, że w tej nadmiernej trosce jest podstęp. – Ponadtrzydziestoletnia kobieta idzie się bawić jak nastolatka. Czemu mnie to nie dziwi? Znamy się od podstawówki i naprawdę po takim czasie mało można przed sobą ukryć. – Tylko wróć przed dwudziestą czwartą, bo będę dzwonić na policję – pokazuję jej język i sięgam po zieloną kurtkę.

20 września 2012 roku, czwartek, g. 23:30

– Jankowski, słucham. – Słychać zaspany męski głos, ale ze słuchawki przez dłuższy moment wydobywają się tylko trzaski. – Halo...

– Darek – wreszcie ktoś zbiera się na odwagę. – Profesor Wiśniewski nie żyje.

– Jak to?

– Jego żona dzwoniła. Zidentyfikowali ciało. Nic przy nim nie znaleźli.

– Mariusz, skąd ty dzwonisz?

– Miał przysłać mi te dodatkowe ekspertyzy, ale teraz...

– No przecież widzieliście się niedawno na tej konferencji.

– Darek, on miał wszystkie nasze dane – zdesperowany nagle zabrzmiał głośniej w słuchawce. – Dałem mu też próbki. Miał to wszystko wysłać do Wrocławia. Chciałem, by Sachanabiński to potwierdził.

– Dałeś mu te diamenty? – Jankowski podrywa się z łóżka i siada, przecierając zaspane oczy. – Czyś ty oszalał?

– Wiem, że popełniłem błąd. Ale przez tę konferencję nie mogłem osobiście tego załatwić. Tak miało być szybciej.

– Co się dzieje? – Jankowski było coraz bardziej zaniepokojony.

– Darek, nie przyjeżdżaj do Moskwy – głos w słuchawce milknie.

– Nie rób mi tego!

– Chodzi o MCE Holding.

– Nie...

– Ukryj się gdzieś. Wnuczka Wiśniewskiego też zaginęła. Ja nie mam rodziny, ale ty... Spróbuję to sam załatwić.

– Cholera! Tyle lat na to czekałem.

– Wiem. Ale to teraz nie jest takie ważne. Nie mogą i ciebie znaleźć.

– Ale...

– Oni mają już mapę.

– To niemożliwe. Zakodowałem ją specjalnie. Tam nie ma współrzędnych.

– Co ty tam znalazłeś na tej Ukrainie?

– Mariusz, coś na pewno cenniejszego od gazu.

– Wiesz, co masz robić?

– Nie bój się, dam radę.

– Nie będę już do ciebie dzwonił.

– Napiszę.

– Na bezpieczny adres.

– Innego nie znam.

– Trzymaj się.

– Dzięki.

– Darek, musiałem...

21 września 2012 roku, piątek, g. 11:00

Wchodzę do oszklonego holu. Szukam tabliczki. Jest. Odra-Trade na trzecim piętrze. Wpis do księgi, weryfikacja danych, plakietka. Czekam na windę.

Do holu wchodzą dwaj mężczyźni. Szpakowaty, może pięćdziesięcioletni przystojniak w beżowym golfie, pikowanej krótkiej kurtce i szarych spodniach, w ręku trzyma niewielką teczkę. Tuż za nim widzę barczystego mężczyznę w ciemnym garniturze. Wąskimi oczami wnikliwie lustruje przestrzeń. Idzie zaraz za szpakowatym. Podchodzą do recepcji i już po chwili stają obok. Obracam lekko głowę i uśmiecham się do nich. Odpowiada mi znudzone spojrzenie jasnych oczu i bębnienie palców o sztywną tekturę. Metalowe drzwi windy rozsuwają się powoli. Praktycznie wybiega z nich ciemnowłosa kobieta w perfekcyjnie leżącej granatowej garsonce i szpiczastych czarnych szpilkach. Dłonie mocno zaciska na uchwycie skórzanej teczki. Muszę się odsunąć, bo mnie staranuje. Robię dwa kroki w tył i wpadam na szpakowatego przystojniaka.

– Przepraszam najmocniej. Naprawdę nie chciałam – tłumaczę się, ale jego twarz zastyga w dziwnym grymasie zaskoczenia. Zdeptany czarny but nosi odcisk podeszwy moich oficerek. To musiało boleć, ale po nim nie widzę nawet cienia niechęci.

– Nic się nie stało – mówi przyjaźnie i przepuszcza mnie w drzwiach do windy.

Ledwo zauważalnym gestem każe zostać temu drugiemu mężczyźnie w holu. W środku jesteśmy tylko my dwoje. Drzwi zasuwają się, a ja odruchowo sięgam do przycisku trzeciego piętra. Mężczyzna wykonuje ten sam manewr. Śmiejemy się. On przyciska.

– Odra-Trade? – pyta, gdy winda rusza w górę.

– Tak – odpowiadam niepewnie, przyglądając się jego wyrazistym i atrakcyjnym rysom twarzy.

– Spotkanie biznesowe czy towarzysko? – dopytuje z niesłabnącym uśmiechem. Chyba żartuje. Prawą dłonią ociera drugi nadgarstek tuż nad srebrną bransoletą zegarka.

– Nie – odpowiadam, kręcąc głową. – Ja tylko na moment. Muszę coś oddać – unoszę lekko papierową torbę z marynarką w środku.

– Pożyczka? – pyta prześmiewczo, jakby w tej dość sporej torbie były stosy banknotów.

– Coś w tym rodzaju – uciekam wzrokiem na elektroniczny wyświetlacz.

W milczeniu wymieniamy spojrzenia, ale czuję się trochę nieswojo. Mężczyzna wyraźnie mnie ocenia. Ratuje mnie sygnał windy. Drzwi otwierają się na trzecim piętrze, ruszam do jasnego korytarza, ale szpakowaty przystojniak nie wysiada. Obracam głowę w jego kierunku i patrzę pytająco, ale on sięga przycisku zero. W tak krótkim czasie zmienił plany.

– Zapomniałem jednego dokumentu – tłumaczy się. – Zaraz wracam. Powodzenia – dodaje na pożegnanie.

Robi mi się lżej, gdy znika za zasuwającymi się wolno drzwiami windy. A na końcu korytarza widzę kolejną nienagannie ubraną sekretarkę. Gładka fryzura, pełen makijaż. Sztuczny uśmiech.

– Proszę zaczekać – mówi do mnie.

Siadam na skórzanej sofie. Papierowa torba ląduje na podłodze przy nogach. Trochę czuję się nie na miejscu. Zbyt luźno ubrana. Oficerki, rurki, ciemnobrązowy top i sportowa kurtka zwężana lekko w pasie. Włosy w szaleńczym nieładzie znów pokręciły się w końcówkach. Nawet ich nie rozczesałam. Make up to tylko rzęsy. Kurczę, nie myślałam, że to taka duża firma, a on jest prezesem. Przynajmniej jego dłonie nie wskazywały na to.

Przede mną dostrzegam obraz i nawet nie ukrywam, że mi się to modernistyczne nie-wiadomo-co nie podoba. Zbieranina plam układająca się w drogi bohomaz. Wolę klasyczny marinizm. Przecież każdy okręt ma duszę, a nie tylko żagle i miedź na kadłubie. Malował to ktoś, kto nigdy nie pływał. Ktoś, kto nigdy nie przeżył sztormu ani siły wgniatającej w piach fali. Kolejny portowy ignorant.

Jestem tak pochłonięta negacją odstających z płótna plam, że nawet nie zauważam, gdy Tomasz Raczyński, prezes Odra-Trade, staje za mną i dobrą chwilę wpatruje się w moje pochmurniejące oblicze. Oczywiście jest w szarym garniturze i nienagannie czystej błękitnej koszuli. Jego jasne oczy płoną w tych kolorach, tak jak moje z niechęci do poszarpanego widoku sztucznych fal.

– Mnie się to też nie podoba – śmieje się, odrywając mnie od wpatrywaniu się w drogie mazaje, których układ na pewno nie przypominał dwumasztowego okrętu, jakim jest Fryderyk Chopin, chociaż tak zatytułowano ten obraz. I gdzie na tym nie-morzu szkwał?

– Dzień dobry – zawstydziłam się od razu, bo chyba dla wszystkich moje emocje były nazbyt czytelne.

– Kupiłem go z jakiejś fundacji i wypadało go gdzieś powiesić. – Gestem zaprasza mnie do gabinetu. – Był cholernie drogi. W grudniu mam nadzieję, że zniknie... – nie ukrywał, że podziela moją niechęć do modernizmu.

– To już niedługo. – Jakieś trzy miesiące, dodałam w myślach.

Weszliśmy do jego gabinetu, a ja od razu poczułam się lepiej.

– Ładnie – nie mogłam się powstrzymać i zaraz ugryzłam się w język, ale wnętrze robiło wrażenie i to chyba nie tylko na mnie.

– Akurat i tu się muszę zgodzić – zaśmiał się, zapraszając mnie, bym weszła głębiej.

– Coś do picia, kawa, herbata, woda?

– Nie, dziękuję.

– Pani Sylwio, kawa – zamyka drzwi.

Od razu uderza mnie świeży zapach. Dostrzegam kontrast oszklonej ściany z widokiem na stary Wrocław i port z ciemnym surowym drewnem dębowej podłogi. Atmosfera dosłownie jak w kajucie starych okrętów. Są mapy i duży stół. Ciemna boazeria ścian, kapitański mosiężny dzwonek przy drewnianych drzwiach, cała ściana książek. Boże, jaki ten facet ma gust.

Ewidentnie jest rozbawiony moją reakcją. Nawet nie czekałam i już byłam przy modelu trójmasztowca, który stał przy jego masywnym biurku. Kątem oka w rogu dobrze oświetlonego gabinetu dostrzegłam starodawny globus. Lekko spłowiał od słońca z jednej strony, chyba dość rzadko był obracany. Atrapa. Ale proporcjonalny model okrętu zachwycał precyzją wykonania. Nabrzmiałe nie-wiatrem żagle poruszały tylko moją wyobraźnię, a opuszki same musiały sprawdzić gładkość drewna kadłuba i grubość użytych farby. Elementy na pewno nie były łączona pakułami, które skazany marynarz za grzechy „bez honoru” wyciągał mozolnie nitka po nitce ze starych lin. Nie wyczułam smoły drzewnej i siarki, ale i tak diabelski duch unosił się w powietrzu, niczym obietnica niezapowiedzianej przygody życia. Przeznaczony morzu. Tylko że stąd było tam tak daleko. Westchnęłam trochę zbyt głośno.

– Prezent od przyjaciela – uprzedził mnie i odpowiedział na pytanie. – Skleja je gdzieś w piwnicy na Kozanowie.

– Chyba nawet wiem gdzie – rzucam te słowa bez namysłu.

W bramie moich dziadków mieściła się słynna modelarnia. Nieraz widziałam wynoszone stamtąd modele okrętów. Onieśmielające kunsztem włożonej pracy i serca. To na pewno był jeden z nich. Ożywiał dziwne ludzkie tęsknoty i namawiał do nierozsądku.

– Widzę, że trafiłem na koneserkę – trochę kpił, ale nie ukrywał zadowolenia. – Zaskakujesz mnie, Lidio. – Już chce przejść na „ty”.

Pukanie i sekretarka z kawą w drzwiach. Odstawia ją na biurku i obrzuca mnie dziwnie spłoszonym wzrokiem. Wychodzi, cicho domykając drzwi.

– Tak, jak ty mnie, Tomaszu – przynajmniej to mamy już z głowy.

– A co ty tam masz? – wskazuje na moją papierową torbę.

– Zapomniałabym! Po to tu przyszłam. Marynarka. Dziękuję. Chyba jest zbyt cenna, by tylko wisiała u mnie w szafie. – Wyciągam granatowe wełniane okrycie i podaję mu je z uśmiechem. – Aczkolwiek przydała się mi i to bardzo. Przykro tylko, że przy takiej okazji.

– Niestety – od razu spochmurniał. Odwiesza ją na najbliższym krześle.

– Chcę odwiedzić Darię, ale podobno nie ma jej już na Klinikach. Może wiesz, gdzie ją przenieśli?

– Nie, niestety – źle ukrył zmieszanie. – Sądziłem, że chciałaś się tylko ze mną spotkać – od razu zmienia temat. – A właściwie dałem ci pretekst, byś się tu zjawiła. – Rzeczywiście nie owijał w bawełnę.

– Nie podeszłam do tego w ten sposób.

– Nie? – dziwi się i to szczerze. – To po co tu przyszłaś?

– Oddać ci marynarkę. – Marynistyczny czar prysł. Trzeba się szybko ewakuować. – I właściwie już to zrobiłam. – Ruszam powoli do drzwi.

– Lidio – zastępuje mi drogę. – Nie chciałem cię wystraszyć. Nie mam dziś zbyt wiele czasu.

– Nie rób sobie kłopotu, ja tylko...

– Ale pójdziesz ze mną. – Nawet nie czekał na odpowiedź. – Mam spotkanie w porcie. Potrzebuję kobiecej opinii. A coś czuję, że twoja może być wyjątkowo trafna – śmiechnął się szeroko.

Praktycznie nie odezwał się słowem od opuszczenia gabinetu, a byliśmy już przy przystani na Moście Uniwersyteckim. Nikt nie powstrzymuje nas przed wejściem na pomost.

– Żegluga na Odrze? A ja myślałam, że to czasy zaprzeszłe... – zaczynam rozmowę trochę zadziornie, ale chciałam wyjaśnień.

– Sama zobaczysz.

Stojąca para, mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat i prawie czterdziestoletnia kobieta, odwraca się z radosnym uśmiechem na nasz widok. Ubrani jak z katalogu Tommy H. Tomasz wita się z nimi serdecznie. Ewidentnie są zaskoczeni moją obecnością. I niestety nie tylko oni. Rozmawiają po niemiecku, a moja znajomość tego języka ogranicza się do najprostszych słów: mieć i być. Trochę mało, by prowadzić chociażby najmniej zobowiązującą konwersację. Milczę z głupawym uśmiechem.

– Lidia – słyszę wreszcie swoje imię. – Przyjaźnimy się. Bardzo cenię jej zdanie. – Kłamca, i to zawodowy. – Sprawdziła dla mnie tę łódź. – Ich spojrzenia biegną na motorówkę i to naprawdę przyciągającą oko. – Mówi, że to kiepska inwestycja. Przyszła tu specjalnie na moją prośbę. Prosi, byście się państwo jeszcze zastanowili.

Cóż, pozostało mi się tylko nadal głupio uśmiechać.

– Dobrze, że nam to mówisz – przechodzą wreszcie na język Słowian.

Siwy mężczyzna kiwa w moim kierunku z szacunkiem. Odpowiadam grymasem, który mam nadzieję był wyrazem mojego profesjonalizmu i pełnego zaangażowania w poruszane kwestie, chociaż w głębi duszy miałam ochotę obnażyć kłamstwo Tomasza.

– Ale mam kilka innych propozycji. – Tomasz najwidoczniej był świetnie przygotowany.

Opuszczamy pomost i wchodzimy do najbliższej restauracji. Znów wraca język German. Daje mi to niepodważalny pretekst, by udać się do toalety „przypudrować nosek”. Robię to wyjątkowo długo i precyzyjnie śledząc fugi drobnych kafelków nad umywalką. Doszukuję się logiki w ich z pozoru przypadkowym ułożeniu, porównuję odcienie, szukam skaz, układam trasę przemarszu czerwonych mrówek, bo na pewno nie mam niczego, co poprawiłoby w tak krótkim czasie mój wygląd. A patrząc w szerokie lustro w grubej drewnianej ramie, zastanawiam się tylko, co ja tu jeszcze robię, skoro Raczyński wykorzystuje mnie w tej dziwnej sytuacji i nawet nie wiem, do czego to wszystko ma doprowadzić.

Jasnowłosa krótko ścięta kobieta, Ewa, jak przedstawił ją Tomasz, wchodzi nagle z uśmiechem i nawet nie ukrywa, że zjawia się specjalnie, by ze mną porozmawiać.

– Jak długo znasz Tomasza? – pyta, jak rasowy Anglik z bełkotliwym akcentem, chociaż na pewno nie pomyliłam się z jej niemieckim rodowodem.

– Miesiąc – kłamię, ale znowu nie aż tak.

– Tak myślałam, że coś kręci. On nigdy nie zabiera kobiet na negocjacje. Nawet swojej córki... – Kwituję to przetrenowanym głupawym uśmiechem. – Cały Tomasz.

– Tylko że on naprawdę ma rację. Ta łódź nie nadaje się do niczego innego, niż tylko lans po leniwej Odrze. Nie wytrzyma nawet średnich fal.

– A jednak... – kobieta nie ukrywa zdziwienia, że mam coś do powiedzenia w tym temacie. – A ja myślałam, że jesteś jego kolejną maskotką – dodaje ciszej, śmiejąc się trochę pod nosem, a ja przecież nie mogę temu zaprzeczyć.

– I uwierz mi, nie on kazał mi to mówić.

– Wierzę ci. – Kobieta chwyta mnie pod ramię i wychodzimy z toalety. – Lidio, to teraz powiesz mi, co ty byś mi radziła.

– Hm... – Tego zupełnie się nie spodziewałam. Ale w mojej głowie dźwięczy tylko jedno zdanie „Kłam, byle zgodnie z powszechnie przyjętą prawdą”.

21 września 2012 roku, piątek, g. 14:30

Chcę już wysiąść. Sięgam do srebrnej klamki, nie patrzę mu w oczy, ale szorstka dłoń powstrzymuje mnie skutecznie. Nie czuję się dobrze, a tym bardziej przygwożdżona jego nachalnym spojrzeniem nawet do tak miękkiej skóry, jaką teraz czuję pod sobą.

– Świetnie sobie poradziłaś. – W tonie Tomasza nie ma ironii.

– Daj spokój. Zmusiłeś mnie do tego. – Mój wyrzut jest wyjątkowo szczery. – Ale to był pierwszy i ostatni raz. Przecież to twoi przyjaciele.

– Tak, Lidio. Dlatego ci nie przerwałem.

– A trzeba było. Teraz nic od ciebie nie kupią.

Zaśmiał się.

– Mylisz się. Właśnie dzięki tobie podpiszę w tym tygodniu jeden w większych kontraktów w tym roku. Ewie bardzo przypadłaś do gustu. Ujęłaś ją swoją szczerością. To rzadkie w tej branży. Teraz ma pewność, że dotrzymam terminów.

– Ewie? – dziwię się. Cały czas sądziłam, że chodziło o Gustawa.

– Tak. Tu nie chodziło o tę głupią motorówkę ani o omegę na mazurach. – Nadal trzyma moją rękę. – Ta kobieta to prezes największego w Niemczech Holdingu Żeglugi na Renie. Chcą nowych podwykonawców. To są miliardowe kontrakty.

– To ile z tego dostanę? – Nie mam skrupułów, ale wystawił mnie na rzeź bez ostrzeżenia.

– To zależy... – Lisi uśmiech na jego wyrazistej twarzy wygląda wyjątkowo pociągająco, chociaż zaprzeczam temu usilnie. – Zaczekaj – prosi i wysiada z samochodu. Otwiera mi drzwi i czeka aż wysiądę. Manipuluje ludźmi równie dobrze, jak kłamie.

– Muszę już jechać. – W rzędzie samochodów na parkingu odszukuję swoją niebieską perełkę. I chociaż trochę robi mi się lżej.

– Lidio... – staje przy mnie, domykając drzwi. – W tym tygodniu mam naprawdę mało czasu. Czeka mnie kilka wyjazdowych spotkań. Ale co powiesz na kolację w następną sobotę – zawisa nade mną i sępim wzrokiem wpatruje się w moje usta.

– Nie.

– Nie wierzę... – nachyla się i bezceremonialnie mnie całuje. Odsuwam się instynktownie i ruszam do swojego samochodu. – To tylko kolacja... w sobotę.

– Nie chcę. Oddałam ci marynarkę. – Sięgam po klucze w kieszeni kurtki. Rusza za mną.

– Może do tego czasu dowiem się czegoś na temat Darii. – Dobrze wie, jak ma mnie podejść. – Poza tym jest jeszcze kwestia twojej prowizji od kontraktu.

– Tomaszu...

– O ósmej. Przyjadę po ciebie.

– Nie wiem.

– Wiesz.

29 września 2012 roku, sobota, g. 20:00

– Kaśka, co ja robię? – stoję przed nią gotowa do wyjścia.

Uśmiech przyjaciółki promienieje w orzechowych tęczówkach. Pociera jeszcze palcem po bladym czole i poprawia ułożenie grubych oprawek okularów na nosie.

Chyba jeszcze nigdy nie wystroiłam się tak dla faceta. Kremowa przylegająca w biodrach grubsza bawełniana sukienka do kolan ze spływającym miękko dekoltem, rękawki trzy czwarte, cieliste szpilki, subtelny makijaż i fryzura ze wzmocnionym skrętem naturalnych jasnych fal.

– Jesteś dużą dziewczynką. Poradzisz sobie – podaje mi oliwkowy trencz.

– Nie wiem. Boję się. – Znów czuję to zimno na kręgosłupie i swojej prawej dłoni.

– Lidka, przestań! – Katarzyna doprowadza mnie do porządku. – Najwyższy czas. To już prawie dwa lata. A Marek na pewno wolałby widzieć cię szczęśliwą. – Wszyscy używali tego argumentu, a mnie wcale nie było lżej. – Cieszę się, że wreszcie się zdecydowałaś. To musi być wyjątkowy facet – przytula mnie mocno. Odwzajemniam się i powstrzymuję drżenie rąk. – Poza tym... ta kiecka lepiej leży na tobie niż na mnie.

– Głupia – kwituję jej słowa. – Wiesz... Jeszcze za nim tęsknię...

– Wiem, ale życie toczy się dalej. Nie uciekniesz przed tym.

– Szkoda – uśmiecham się, dopinając płaszcz.

Wychodzę.

Tomasz obrzuca mnie równie aprobującym spojrzeniem, jak przed chwilą Kaśka.

– Cholera – mówi cicho pod nosem, domykając za mną drzwi czarnego range rovera.

Sam jest w ciemnogranatowych dżinsach, jasnej koszuli i sportowej marynarce. Wygląda świetnie. Chyba przegięłam tym razem z tą elegancją, ale to on był zawsze w garniturze na tip top. Zaczynam się źle czuć i już żałuję, że wyszłam w ogóle z domu.

Wsiada, ruszamy, ale on nadal nic nie mówi. Zerka co chwila w moim kierunku.

– Nie cholera, a chyba Lidia dali mi rodzice w dniu narodzin – kpię, ale to milczenie stało się nieznośne.

– Przepraszam – śmieje się, pokazując białe równe zęby. – Myślałem, że nie słyszałaś.

– Mówiłeś, że idziemy na kolację w bardzo ciekawe miejsce.

– Tak, ale jak cię zobaczyłem, zmieniłem plany. – Nadal się uśmiecha. – Lidio...

– Przepraszam – głupio mi. – To może zawróć, a ja się szybko przebiorę.

– O nie, nie ma mowy – przyśpiesza.

Chyba zawsze jeździ zbyt szybko. Za szybą mijamy samochody na oświetlonej ulicy Wrocławia. Lampy odbijają się w wywoskowanej karoserii. Kolejny raz przekonuję się, że duże auto daje poczucie bezpieczeństwa. Prawie jak volvo V70, którym kiedyś jeździłam, właściwie jeździliśmy. I nagły skurcz odbiera mi oddech. Sztywnieje kręgosłup i prawa ręka. Nie chcę tego, ale to wraca, a pod zaciskanymi powiekami nagle pęka szyba, uderzając odłamkami w twarz. Szaroniebieskie oczy gasną. Wszystko robi się odrażająco białe. Słyszę pisk opon, swój krzyk. Ogłuszający huk. Zaciskam mocniej powieki i pięści. Samochód zwalnia.

– Lidia, co się stało? – słyszę zaniepokojony głos Tomasza. – Lidia!

Mijają strasznie długie sekundy. Wloką się, zamieniając w godziny, dni, miesiące. Ale wreszcie łapię oddech. Otwieram oczy. Prawa dłoń drży. Kolejne snopy latarnianego światła, wpatrzone we mnie zaniepokojone jasne oczy, czerń wilgotnego asfaltu przecięta bielą rozdzielających ją linii.

– Wszystko w porządku – wyduszam z siebie, ale lewą dłonią zasłaniam twarz. Sprawdzam, czy na pewno to tylko moje lęki wymykające się z cienia wspomnień. A opuszki biegną po skórze i nie czują nic. – Wszystko dobrze.

– Na pewno? – zwalnia chyba do trzydziestu kilometrów na godzinę. Mijające nas auta trąbią, by przyśpieszył.

– Tak, tak, nic się nie stało. Już wszystko w porządku – odwracam się do niego z wymuszonym uśmiechem. Prawa dłoń wędruje pod moje udo.

– Trzeba było mi powiedzieć... – przerywa mu dzwonek telefonu. Z dziwną obawą wyciąga go z kieszeni i patrzy na wyświetlacz. Marszczy czoło. – Przepraszam, muszę odebrać – tłumaczy się. – Słucham – od razu zmienił ton. – Teraz? To nie może zaczekać do jutra? – wzdycha ciężko. – Ale ja dziś... – zaciska zęby. – Dobrze, zaraz tam będę. – Naciska nerwowo czerwony punkt na wyświetlaczu.

– Praca? – pytam, bo wyczuwam jego podenerwowanie.

– Nie, nie, ale muszę jeszcze coś załatwić. – Bierze głębszy wdech i rzucając krótkie spojrzenia w lusterko, zawraca. – To zajmie tylko chwilę – włącza muzykę.

I znów stał się milczący. Zerka w moim kierunku z dziwną obawą. Wyjeżdżamy z Wrocławia. Kończą się światła lamp. Jesteśmy na jednej z dróg dojazdowych, co daje się zauważyć po liczbie dziur. W końcu włącza długie i skręca w brukowaną wąską drogę przy zagajniku.

Wyczuwam narastające w nim napięcie. Dłonie zaciska na skórzanej kierownicy z utkwionym wzrokiem gdzieś w czerni rozdartej snopem mocnych świateł. Dojeżdżamy do rzeźbionej metalowej bramy. Otwiera okno i patrzy w kamerę. Skrzypnięcie i wrota ustępują. Jedziemy jeszcze chwilę, aż spomiędzy starych drzew otaczającego nas ogrodu wyłania się brukowany dziedziniec dwupiętrowego dworu. Fasada odnowiona w stylu neoromantycznym z eklektyzmem w secesyjnych rzeźbieniach opraw wysokich okien. Dwie smukłe wieżyczki sterczą po bokach budynku. Nad wejściem niewielka arkada i drewniane drzwi. Barczysty łysawy mężczyzna w ciemnym garniturze stoi przed nimi i szepcze coś sam do siebie.

Parking jest pełen. W rzędzie przy kamiennym może półmetrowej wysokości murku ostrzegam bentleya, maserati, jaguara, a także sportowe auta, w tym lamborghini Gallardo, porsche 911 GT3, subaru Impreza STi, nissana GT-R i mercedesa SLR AMG. Na pewno nie jest to miejsce dla przeciętnych zjadaczy chleba, jeżdżących po mieście z zazdrosnym uśmiechem skierowanym w stronę anonimowych twarzy kierowców tych fenomenalnych samochodów i nieświadomie biorących głęboki wdech zakończony przygryzieniem dolnej wargi. Czysta poezja, ale dla miłośników motoryzacji, bezkompromisowo traktujących swoje oczekiwania co do jakości doznań, jakich ma dostarczać im jazda takim pojazdem.

Tomasz zatrzymuje się trochę z boku, tak bym mogła patrzeć na oświetlony z jednej strony niewielki staw. Jakby specjalnie w zacienionym miejscu dziedzińca. Patrzy chwilę przed siebie, daleko za szybę, a późnej powoli odwraca się w moim kierunku.

– Zaczekaj, proszę, ale nie wychodź z samochodu, dobrze? – kiwam głową. – Zaraz wracam.

Wysiada i zatrzaskuje dość mocno za sobą masywne drzwi. Ściszam muzykę, światło w samochodzie gaśnie po chwili, a ja rozpinam płaszcz i oglądam swoją prawą dłoń zdrętwiałą od ucisku uda. Przynajmniej przestała się trząść. Te emocje chyba nigdy nie odejdą, ale szyba przede mną jest nietknięta i nie ma najmniejszego śladu odłamków. Nie wyją syreny, nie rażą mnie światła, nikt nie pyta mnie „czy coś pamiętam”.

Chciałabym nie pamiętać, nie czuć, nie tęsknić, bo nie rozumiem dlaczego. Wiem, że wszystko musi się kiedyś kończyć, nawet ten obezwładniający stan bezradności. I walczę z myślami. Z pragnieniem, by Marek wrócił, by to on był zamiast Tomasza. Po prostu usiadł obok, odpalił silnik i zabrał mnie do domu. Jeszcze tyle miałbym mu do powiedzenia, tyle słów. Wygarnęłabym mu jego nadludzki refleks i decyzje podjęte w chwili nagłego impulsu. Oskarżyła o egoizm i porzucenie. Przecież tego nie robi się nawet kotu. Taka śmierć nie jest tego warta.

Pukanie w szkło tuż przy mojej głowie odrywa mnie nagle od wspomnień. Ktoś naciska klamkę, otwiera drzwi i patrzy nachalnie.

– Zapraszam do środka. – Barczysty mężczyzna w czarnym ciasnawym garniturze gestem wskazuje mi główne wejście do budynku. Teraz zauważam słuchawkę w jego uchu i spiralny zwój ginący pod jego białą koszulą. Ochroniarz.

– Ale miałam zaczekać – bronię się.

– Zapraszam. – Jest stanowczy.

Zamyka za mną drzwi auta i prowadzi pod arkady. Szpilki fatalnie sprawdzają się na brukowanym łupkiem dziedzińcu. Modlę się, by nie upaść. Drewniane masywne drzwi uchylają się jak tylko staję przy nich. Instynktownie szukam kamery. I jest, tam w rogu. Co to za miejsce? Hotel? Spa? Jakiś klub golfowy? Wszystko odnowione i pod stałym nadzorem.

Pewniej wchodzę do holu, ściskając w dłoniach swoją plecioną kopertówkę i od razu widzę te szerokie marmurowe schody. Światło lamp tłumi się w bordowo-złotym obiciu ścian. Zapierający dech kryształowy żyrandol mieni się w ciepłym delikatnym świetle tuż nad moją głową. Z głębi słyszę śmiech i stłumioną muzykę. Na ścianach wiszą ogromne obrazy w pozłacanych ramach, ale to głównie dość odważne akty. No cóż, sztuka. Uśmiecham się pod nosem i zaczynam się rozglądać za Tomaszem. Musiał zmienić plany, skoro jednak chciał, bym tu weszła. Ale chyba nie myślał o tym miejscu na naszą wspólną kolację.

Wchodzę głębiej, ale czuję wyraźnie, że muszę poprawić ułożenie lewej stopy w szpilce. Pochylam się i dopiero teraz na kamiennej posadzce dostrzegam mozaikę. Ułożona z trzech kolorów marmuru. Biały, żółty i zieleń. Od razu do głowy przychodzi mi tuf sienieński posadzki gotyckiej Cattedrale Metropolitana di Santa Maria Assunta. Uderzające podobieństwo. Okręcam się wokół własnej osi, by dokładniej przyjrzeć się, co z taką ignorancją zdeptały moje stopy. I dopiero po chwili mój wzrok znów pada na marmurowe schody, które na wysokości półpiętra rozchodzą się w dwóch przeciwnych kierunkach, wiodąc na następny poziom budynku. I już mam pewność, że nie jestem w tym holu sama.

Dłoń dostrzeżonego nagle