Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 419 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wbrew zasadom - Samantha Young

Jocelyn Butler pragnie tylko teraźniejszości, ale przyszłość czeka. Wkrótce wszystkie jej sekrety ujrzą światło dzienne...

Kilka lat temu Jocelyn pożegnała się w Stanach Zjednoczonych ze swoją tragiczną przeszłością i zaczęła nowe życie w Szkocji. Zakończyła żałobę, przepędziła demony i postanowiła już nigdy nie obdarzyć nikogo uczuciem. Życie samotniczki układało jej się całkiem nieźle, dopóki nie wprowadziła się do nowego domu na Dublin Street w Edynburgu, gdzie poznała mężczyznę, który wtargnął w jej starannie strzeżoną prywatność.

Braden Carmichael zawsze dostaje to, czego chce – a tym razem ma wielką ochotę zaciągnąć Jocelyn do łóżka. Wiedząc, jak bardzo obawia się ona stałych związków, proponuje układ bez zobowiązań, który zadowoli ich oboje. Zaintrygowana Jocelyn zgadza się, ale wkrótce zauważa, że Bradenowi nie wystarcza namiętność. Uparty Szkot chce poznać prawdziwą naturę dziewczyny – przeniknąć aż do jej duszy.

Opinie o ebooku Wbrew zasadom - Samantha Young

Cytaty z ebooka Wbrew zasadom - Samantha Young

przykrości. – Nie jest mi przykro. Po prostu uważam, że powinnaś pogadać z kimś, komu na tobie zależy. Jak myślisz, dlaczego o wszystkim opowiedziałam Jamesowi? Wiesz, miałaś rację. Zaufałam mu. I cieszę się, że to zrobiłam. – Nie jestem na to gotowa. Nie mam żadnego Jamesa. I nie chcę mieć. Poza tym twój James

Fragment ebooka Wbrew zasadom - Samantha Young

Samantha Young

WBREW ZASADOM

Przełożyła Aldona Możdżyńska

Tytuł oryginału: On Dublin Street

Copyright © 2012 by Samantha Young

This edition published by arrangement with NAL Signet, a member of Penguin Group (USA) Inc.All rights reserved.

Copyright for the Polish Edition © 2013 G+J Gruner+Jahr Polska

Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42

faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa:

Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Przekład od rozdz. 21: Robert P. Lipski

Redakcja: Joanna Zioło

Korekta: Marianna Chałupczak

Projekt okładki: Panna Cotta

Zdjęcie na okładce: Sergejs Rahunoks / Fotolia

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-477-8

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie

w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie

oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe

– tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Hrabstwo Surry, Wirginia

Nudziłam się.

Kyle Ramsey kopał krzesło, na którym siedziałam, żeby zwrócić na siebie moją uwagę, ale wczoraj tak samo zaczepiał moją przyjaciółkę Dru Troler, a nie chciałam sprawić jej przykrości. Na zabój kochała się w Kyle’u. Patrzyłam więc tylko, jak rysuje w rogu kartki zeszytu maleńkie serduszka, podczas gdy pan Evans pisał na tablicy kolejne równanie. Powinnam się skupić, bo byłam naprawdę kiepska z matematyki. Rodzice nie byliby zadowoleni, gdybym oblała ten przedmiot w pierwszym semestrze pierwszej klasy.

– Panie Ramsey, czy mógłby pan podejść do tablicy i odpowiedzieć na pytanie, czy wolałby pan zostać za Jocelyn i jeszcze trochę pokopać jej krzesło?

Wszyscy zachichotali, a Dru rzuciła mi oskarżające spojrzenie. Skrzywiłam się i spiorunowałam wzrokiem nauczyciela.

– Jeśli można, wolałbym tu zostać, panie profesorze – odparł nonszalancko Kyle.

Przewróciłam oczami. Nie obejrzałam się za siebie, chociaż czułam na karku świdrujące oczy Kyle’a.

– Kyle, to było pytanie retoryczne. Proszę do tablicy.

Pukanie do drzwi przerwało pełen niezadowolenia jęk Kyle’a. Na widok dyrektorki, pani Shaw, cała klasa zastygła w bezruchu. Po co tu przyszła? To mogło oznaczać same kłopoty.

– Ohoho – mruknęła Dru, a ja spojrzałam na nią, marszcząc brwi. Ruchem głowy wskazała na drzwi. – Gliny.

Zaskoczona popatrzyłam na wejście do klasy, gdzie dyrektorka coś szeptała do pana Evansa. Rzeczywiście, przez uchylone drzwi dojrzałam dwóch policjantów na korytarzu.

– Panno Butler. – Na dźwięk swojego nazwiska prze­nios­łam wzrok na dyrektorkę. Kiedy zrobiła krok w moją stronę, poczułam, że serce podchodzi mi do gardła. Jej zmęczone oczy spoglądały na mnie ze współczuciem. Zapragnęłam uciec przed nią i przed tym, co miała mi do powiedzenia. – Czy mogłabyś ze mną pójść? Proszę wziąć swoje rzeczy.

Zwykle w podobnej sytuacji wszyscy zaczynali wzdychać, spodziewając się, że znowu wpakowałam się w kłopoty. Ale tym razem wyczuli, że chodzi o coś innego. Nie wiedzieli, jakie wieści usłyszę, ale nie próbowali się ze mnie nabijać.

– Panno Butler?

Cała się trzęsłam od nagłego przypływu adrenaliny, a w uszach tak mi huczało, że ledwie słyszałam panią Shaw. Czy coś się stało mamie? Tacie? A może mojej młodszej siostrze Beth? W tym tygodniu rodzice wzięli urlop, żeby się odstresować po dość szalonych wakacjach. Dziś mieli zabrać Beth na piknik.

– Joss.

Dru szturchnęła mnie lekko, a kiedy tylko poczułam na ramieniu jej łokieć, poderwałam się tak gwałtownie, że moje krzesło z trzaskiem przewróciło się na podłogę. Nie patrząc na nikogo, niezdarnie spakowałam torbę, zgarniając do niej wszystko z ławki. Po klasie rozszedł się szept niczym podmuch zimnego wiatru wdzierającego się przez szparę w oknie. Nie chciałam wiedzieć, co mnie czeka, ale pragnęłam jak najszybciej opuścić klasę.

Z trudem stawiając nogę za nogą, wyszłam za dyrektorką na korytarz. Usłyszałam, jak pan Evans zamyka za mną drzwi. Milczałam. Spojrzałam na panią Shaw, a potem na dwóch policjantów, którzy przyglądali mi się z wyuczonym współczuciem. Pod ścianą stała kobieta, której wcześniej nie zauważyłam. Miała posępną minę, ale była spokojna.

Pani Shaw dotknęła mojej ręki; spojrzałam w dół na jej dłoń. Do tej pory nie zamieniłam z nią ani słowa, a teraz nagle mnie dotyka?

– Jocelyn… to oficerowie Wilson i Michaels. A to pani Alicia Nugent z MOPS-u.

Spojrzałam pytająco na dyrektorkę.

Pobladła.

– Wydział pomocy społecznej.

Ogarnął mnie taki strach, że z trudem mogłam oddychać.

– Jocelyn, tak mi przykro, że muszę ci to powiedzieć… – ciągnęła pani Shaw. – Twoi rodzice i siostra mieli wypadek samochodowy.

Czekałam ze ściśniętym sercem.

– Zginęli na miejscu. Tak bardzo mi przykro.

Kobieta z opieki społecznej zrobiła krok w moją stronę i zaczęła coś mówić. Patrzyłam na nią, ale widziałam jedynie plamę kolorów. Jej głos docierał do mnie jak przez ścianę.

Nie mogłam złapać tchu.

W panice wyciągnęłam ręce, próbując złapać powietrze. Poczułam na ramionach czyjeś dłonie. Cichy, spokojny głos. Łzy na policzkach. Sól na języku. A moje serce… biło tak mocno, jakby lada chwila miało eksplodować.

Umierałam.

– Jocelyn, oddychaj.

Ktoś w kółko mi to powtarzał, aż zastosowałam się do tej instrukcji. Po paru chwilach moje serce się uspokoiło, a płuca się rozszerzyły. Zniknęły mroczki, które miałam przed oczami.

– Już, już – szeptała pani Shaw, ciepłą dłonią głaszcząc mnie po plecach. – Już, już.

– Musimy iść – przez mgłę, która mnie otaczała, prze­darł się głos kobiety z opieki społecznej.

– Jocelyn, jesteś gotowa? – spytała cicho pani Shaw.

– Oni nie żyją – powiedziałam, chcąc usłyszeć, jak to brzmi. Czułam się jak we śnie.

– Kochanie, tak mi przykro.

Zimny pot oblał mi dłonie, pachy i kark. Na całym ciele pojawiła się gęsia skórka, nie mogłam przestać się trząść. Zakręciło mi się w głowie, zatoczyłam się na lewo, poczułam żołądek w gardle i gwałtownie zwymiotowałam. Zgięłam się wpół i zwróciłam całe śniadanie na buty kobiety z opieki społecznej.

– Jest w szoku.

Naprawdę byłam w szoku?

A może to tylko choroba lokomocyjna?

Dosłownie przed chwilą tam siedziałam. Było ciepło i bezpiecznie. Parę sekund później rozległ się huk miażdżonego metalu…

… i znalazłam się zupełnie gdzie indziej.

1

SzkocjaOsiem lat później

Był piękny dzień na znalezienie nowego domu. I nowej współlokatorki.

Wyszłam z wilgotnej, starej klatki schodowej mojego domu w stylu georgiańskim na zaskakująco upalną ulicę Edynburga. Spojrzałam na urocze dżinsowe spodenki w biało-zielone paski, które kupiłam parę tygodni wcześniej. Od tamtej pory padało prawie bez przerwy, a ja nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie je włożę. Zza narożnej wieży kościoła ewangelickiego Bruntsfield wyszło słońce, które ostatecznie rozwiało moją melancholię i przywróciło mi odrobinę nadziei. Jako osoba, która całe życie spędziła w Stanach i w wieku zaledwie osiemnastu lat przeniosła się do ojczystego kraju matki, bardzo źle znosiłam zmiany. W każdym razie teraz. Zdążyłam się przyzwyczaić do ogromnego apartamentu, w którym nie mogłam wytępić myszy, i tęskniłam za swoją przyjaciółką Rhian, z którą mieszkałam od pierwszego roku studiów na Uniwersytecie Edynburskim. Pozna­łyśmy się w akademiku i od razu polubiłyśmy. Obie byłyśmy bardzo skryte i czułyśmy się dobrze w swoim towarzystwie z tej prostej przyczyny, że nie wypytywałyśmy się nawzajem o przeszłość. Na pierwszym roku zbliżyłyśmy się do siebie, a na drugim postanowiłyśmy wspólnie wynająć apartament (czy też „mieszkanie”, jak mówiła Rhian). Po studiach ona wyjechała do Londynu, żeby tam zrobić doktorat, a ja zostałam bez współlokatorki. Na dodatek straciłam kontakt z drugim swoim przyjacielem – Jamesem, chłopakiem Rhian. Uciekł do Londynu (którego, nawiasem mówiąc, nie cierpiał), by być razem z Rhian. Czary goryczy dopełniła właścicielka mieszkania, które wynajmowałam – właśnie się rozwodziła i chciała je odzyskać.

Przez ostatnie dwa tygodnie odpowiadałam na ogłoszenia młodych kobiet szukających współlokatorki. Jak na razie nic z tego nie wyszło. Jedna z dziewczyn nie chciała mieszkać z Amerykanką. Wyobraźcie sobie moją minę! Trzy mieszkania były po prostu paskudne. Jestem pewna, że właścicielka jednego z nich handlowała kokainą, a przez dom innej przewijało się więcej facetów niż przez burdel. Duże nadzieje pokładałam w dzisiejszym spotkaniu z Ellie Carmichael, na które właśnie się wybierałam. Był to najdroższy apartament z mojej listy i znajdował się po drugiej stronie centrum miasta.

Oszczędnie gospodarowałam swoim spadkiem, jakby mogło to w jakiś sposób osłodzić gorycz związaną z odziedziczeniem fortuny. Zaczynałam jednak popadać w desperację.

Ponieważ chciałam zostać pisarką, musiałam znaleźć odpowiednie lokum i odpowiednią współlokatorkę.

Oczywiście mogłabym zamieszkać sama. Było mnie na to stać. Ale wizja całkowitej samotności wcale mi się nie podobała. Pomimo swojej skrytości lubiłam otaczać się ludźmi. Kiedy mówili o czymś, czego sama nigdy nie przeżyłam, mogłam spojrzeć na daną sytuację z ich punktu widzenia. Uważam, że dobry pisarz powinien mieć szeroką perspektywę. Nie musiałam zarabiać na utrzymanie, ale w czwartki i piątki wieczorem pracowałam w barze na George Street. Stereotyp, że wszyscy zwierzają się barmanom, okazał się prawdziwy.

Polubiłam swoich kolegów, Jo i Craiga, ale spotykaliśmy się tylko w pracy. Jeśli więc chciałam, żeby wokół mnie coś się działo, musiałam znaleźć współlokatorkę. Plusem było to, że mieszkanie, które szłam obejrzeć, znajdowało się zaledwie kilka przecznic od mojego baru.

Starając się opanować niepokój wywołany szukaniem nowego lokum, wypatrywałam wolnej taksówki. Dostrzegłam lodziarnię i zamarzyłam, żeby tam wstąpić na pyszny deser, przez co nieomal przegapiłam zbliżającą się taksówkę. Zamachałam ręką. Na szczęście kierowca mnie spostrzegł i zatrzymał się przy krawężniku. Wbiegłam na szeroką ulicę, uważając, żeby się nie rozpaćkać jak biało-zielony owad na przedniej szybie jakiegoś nieszczęśnika, i już wyciągnęłam rękę w kierunku klamki.

Zamiast niej złapałam czyjąś dłoń.

Zdeprymowana powędrowałam wzrokiem po opalonej męskiej dłoni i długiej ręce ku szerokim ramionom i twarzy, którą widziałam niezbyt wyraźnie, bo słońce świeciło mi w oczy. Przede mną stał ogromny, prawie dwumetrowy mężczyzna. Ja mierzę zaledwie metr sześćdziesiąt dwa.

Zarejestrowałam, że ma na sobie drogi garnitur. Dlaczego próbował wepchnąć się do mojej taksówki?

Westchnął ciężko.

– W którą stronę pani jedzie? – zapytał dudniącym, ochrypłym głosem.

Mieszkałam tu od czterech lat, ale szkocki akcent wciąż przyprawiał mnie o dreszcze. Tak samo zadziałał teraz, chociaż pytanie było krótkie.

– Na Dublin Street – odparłam automatycznie, mając nadzieję, że jadę dalej niż on i że to mnie dostanie się taksówka.

– Doskonale. – Otworzył drzwi auta. – Wybieram się w tamtą stronę, a ponieważ już jestem spóźniony, to może pojedziemy razem, zamiast przez dziesięć minut zastanawiać się, kto bardziej potrzebuje taksówki.

Na dolnej części pleców poczułam ciepłą dłoń, która lekko popchnęła mnie do przodu. Nieco oszołomiona, nagle znalazłam się w taksówce. Usiadłam i zapięłam pas, zastanawiając się, czy w ogóle wyraziłam zgodę. Nie, chyba nie.

Kiedy Garnitur poprosił kierowcę, żeby jechał na Dublin Street, zmarszczyłam brwi i mruknęłam:

– Dzięki.

– Jest pani Amerykanką?

Po tym pytaniu w końcu spojrzałam na pasażera obok mnie. Ohoho.

O rany.

Miał ze trzydzieści lat. Nie był przystojny w klasyczny sposób, ale zauważyłam błysk w jego oczach, a jeden kącik zmysłowych ust lekko się unosił, co razem z całą resztą nadawało mu niezwykle seksowny wygląd. Sądząc po sylwetce w wyjątkowo dobrze skrojonym, drogim, srebrzystoszarym garniturze, sporo ćwiczył. Siedział z nonszalancją wysportowanego faceta. Brzuch pod kamizelką i białą koszulą musiał być twardy jak stal. Jasnoniebieskie oczy okolone długimi rzęsami wyglądały na rozbawione. Żałowałam, że ma ciemne włosy.

Zawsze wolałam blondynów.

Ale do tej pory nie zdarzyło się, by na sam widok któregokolwiek z nich moje podbrzusze zaczęło rozkosznie pulsować. Ten mężczyzna miał twarz o mocnych rysach: wyraźnie zarysowaną szczękę, dołek w brodzie, szerokie kości policzkowe, rzymski nos. Policzki pokrywał ciemny zarost, włosy pozostawały w lekkim nieładzie. To zaniedbanie dziwnie kłóciło się ze stylowym, markowym garniturem.

Widząc, że zwyczajnie się na niego gapię, Garnitur uniósł jedną brew, a ja poczułam jeszcze większe pożądanie, co zupełnie mnie zaskoczyło. Mężczyźni nigdy mnie nie pociągali od pierwszego wejrzenia. I odkąd przestałam być nastolatką, nigdy nawet nie pomyślałam o tym, żeby być z mężczyzną tylko dla seksu.

Nie byłam jednak pewna, czy odrzuciłabym propozycję tego faceta.

Kiedy tylko ta myśl przemknęła mi przez głowę, cała zesztywniałam, zaskoczona i podenerwowana. Z pomocą natychmiast przyszły mi mechanizmy obronne i mogłam się zdobyć na beznamiętną uprzejmość.

– Tak, jestem Amerykanką – odparłam, przypominając sobie, że Garnitur zadał pytanie.

Odwróciłam wzrok od jego twarzy, na której malował się znaczący uśmieszek, i udając znudzenie, w duchu podziękowałam niebiosom za to, że moja oliwkowa cera potrafi za­tuszować rumieniec.

– Jest pani tu przejazdem? – wymruczał.

Byłam już tak zirytowana, że postanowiłam ograniczyć wypowiedzi do minimum. Kto wie, jakie głupstwo mogłabym palnąć?

– Nie.

– W takim razie studiuje tu pani.

Zwróciłam uwagę na sposób, w jaki to powiedział. „W takim razie studiuje tu pani”. Jakby przewrócił oczami, wyrażając tym samym opinię, że studenci to najgorsze obiboki, niemające celu w życiu. Gwałtownie odwróciłam głowę, aby spiorunować go wzrokiem, i spostrzegłam, że z zainteresowaniem przygląda się moim nogom. Tym razem to ja uniosłam brew, czekając, aż przestanie się gapić swoimi cudownymi oczami na moją nagą skórę. Garnitur wyczuł, że na niego patrzę, podniósł wzrok i zobaczył moją minę. Myślałam, że będzie udawał, iż wcale się na mnie nie gapił, albo że szybko odwróci głowę. Nie spodziewałam się, że tylko wzruszy ramionami i pośle mi najbardziej leniwy, bezczelny i najseksowniejszy uśmiech, jaki zdarzyło mi się widzieć.

Wzniosłam oczy ku niebu, usiłując zignorować falę gorąca, która zalała moje podbrzusze.

– Byłam studentką – odparłam z lekką irytacją. – Mieszkam tu. Mam podwójne obywatelstwo.

Dlaczego mu się tłumaczyłam?

– Jest pani półkrwi Szkotką?

Kiwnęłam głową. Szczerze mówiąc, szalenie mi się spodobał sposób, w jaki wymówił „Szkotką”.

– Czym teraz się pani zajmuje?

Po co chciał to wiedzieć? Zerknęłam na niego kątem oka. Za pieniądze, jakie wydał na trzyczęściowy garnitur, ja i Rhian mogłybyśmy się żywić przez cztery lata studiów.

– A pan? Bo chyba nie wabieniem kobiet do taksówek?

Na tę ironiczną uwagę zareagował jedynie lekkim uśmieszkiem.

– A jak pani myśli?

– Pewnie jest pan prawnikiem. Odpowiadanie pytaniami na pytanie, wyniosły, zarozumiały uśmiech…

Zaśmiał się tubalnie, aż poczułam wibracje w piersi. Spojrzał na mnie błyszczącymi oczami.

– Nie jestem prawnikiem. Ale pani mogłaby być. Pani też odpowiada pytaniem na pytanie. A to… – wskazał na moje usta, a jego oczy pociemniały o jeden odcień, kiedy pieścił wzrokiem zarys moich warg – z pewnością jest zarozumiały uśmiech. – Jego głos stał się jeszcze niższy.

Puls mi podskoczył, kiedy nie odrywaliśmy od siebie wzroku nieco dłużej, niż wypadało nieznajomym. Poczułam falę gorąca na policzkach… i w innych miejscach. Coraz bardziej podniecał mnie i ten facet, i niema rozmowa naszych ciał. Kiedy poczułam twardnienie sutków pod biustonoszem, natychmiast się opamiętałam. Oderwałam od niego oczy i wyjrzałam przez okno, modląc się w duchu, żebyśmy jechali tak przez cały dzień.

Kiedy dotarliśmy na Princes Street i trafiliśmy na kolejny objazd spowodowany budową pierwszej linii tramwajowej, zaczęłam się zastanawiać, czy po prostu nie uciec z taksówki bez słowa.

– Jesteś nieśmiała? – spytał Garnitur, rozwiewając moje plany.

Nic nie mogłam na to poradzić. Odwróciłam się do niego z pytającym uśmiechem.

– Słucham?

Przechylił głowę i spojrzał na mnie zmrużonymi oczami. Wyglądał jak rozleniwiony tygrys, który obserwował uważnie i oceniał, czy warto na mnie zapolować. Zadrżałam, kiedy powtórzył:

– Jesteś nieśmiała?

Czy byłam nieśmiała? Nie. Nie nieśmiała. Po prostu obojętna. Tak wolałam. Tak było bezpieczniej.

– Dlaczego tak myślisz? – zapytałam.

Czyżbym sprawiała wrażenie nieśmiałej? Aż się skrzywiłam na tę myśl.

Garnitur wzruszył ramionami.

– Większość kobiet skorzystałaby z okazji i próbowałaby odgryźć mi ucho, wcisnąć swój numer telefonu… a może i coś więcej.

Na chwilę przeniósł wzrok na moje piersi. Policzki zalała mi fala gorąca. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio komuś udało się wprawić mnie w takie zakłopotanie. Nieprzyzwyczajona do tego, próbowałam się otrząsnąć.

Zdumiała mnie własna pewność siebie, kiedy bez skrępowania się do niego uśmiechnęłam, i poczułam zaskakującą przyjemność, gdyż jego reakcją było szersze otwarcie oczu.

– O rany, masz o sobie bardzo wysokie mniemanie.

Zrewanżował się uśmiechem. Zęby miał białe, chociaż nie idealnie równe, a jego nieco krzywy uśmieszek sprawił, że ogarnęło mnie jakieś dziwne, nieznane uczucie.

– Po prostu znam to z doświadczenia.

– Cóż, nie jestem dziewczyną, która daje swój telefon facetowi, którego przed chwilą spotkała.

– Ahaaa. – Pokiwał głową, jakby coś zrozumiał. Uśmiech zniknął z jego twarzy, mina stała się poważniejsza. Garnitur nieco odsunął się ode mnie. – Należysz do tych kobiet, które idą z facetem do łóżka nie wcześniej niż na trzeciej randce, marzą o ślubie i dzieciach.

Skrzywiłam się, słysząc ten komentarz.

– Nie, nie, nie.

Ślub i dzieci? Aż się wzdrygnęłam na tę myśl, a lęk, który nosiłam w sobie codziennie, sprawił, że poczułam ucisk w piersi.

Garnitur znowu na mnie spojrzał i to, co dostrzegł na mojej twarzy, sprawiło, że natychmiast się rozluźnił.

– Ciekawe – mruknął.

Nie. Wcale nie ciekawe. Nie chciałam ciekawić tego gościa.

– Nie dam ci swojego telefonu.

Znowu szeroko się uśmiechnął.

– Wcale o niego nie prosiłem. Nawet gdybym chciał, tobym nie poprosił. Mam dziewczynę.

Zignorowałam rozczarowanie, które przez chwilę poczułam, ale nie potrafiłam utrzymać języka za zębami.

– Wobec tego przestań się na mnie gapić.

Garnitur miał rozbawioną minę.

– Mam dziewczynę, ale nie jestem ślepy. To, że nie mogę nic zrobić, nie oznacza, że nie mogę chociaż sobie popatrzeć.

Zainteresowanie tego faceta wcale mnie nie ekscytowało. Jestem silną, niezależną kobietą. Wyjrzałam przez okno i z ulgą stwierdziłam, że dojechaliśmy do Queen Street Gardens. Dublin Street była tuż za rogiem.

– Wysiądę tutaj, dziękuję! – zawołałam do kierowcy.

– Gdzie? – odkrzyknął szofer.

– Tu – odparłam nieco ostrzejszym tonem, niż zamierzałam.

Odetchnęłam z ulgą, kiedy kierunkowskaz zaczął migać i taksówka się zatrzymała. Nawet nie spoglądając w stronę Garnitura, podałam kierowcy pieniądze i chwyciłam klamkę.

– Zaczekaj.

Znieruchomiałam i ze znużeniem obejrzałam się przez ramię.

– Co znowu?

– Masz jakieś imię?

Uśmiechnęłam się zadowolona, że za chwilę sobie pójdę i ta dziwna obopólna fascynacja minie.

– Nawet dwa.

Wyskoczyłam z taksówki, ignorując zdradziecki dreszczyk rozkoszy, jaki mnie przeszył, gdy usłyszałam za sobą cichy śmiech.

Kiedy tylko drzwi się otworzyły i zobaczyłam Ellie Car­michael, natychmiast poczułam, że ją polubię. Była wysoką blondynką, miała na sobie modne, wygodne ubranie – spodenki i koszulkę – oraz niebieski filcowy kapelusz, w jej oku tkwił monokl, a pod nosem widniały sztuczne wąsy.

Zamrugała ogromnymi jasnoniebieskimi oczami.

– Przyszłam nie w porę? – spytałam z rozbawieniem.

Ellie przez chwilę patrzyła na mnie lekko zdezorientowana moim całkiem sensownym pytaniem, zważywszy na jej strój. Wskazała na wąsy, jakby nagle jej się przypomniały.

– Przyszłaś wcześnie. Właśnie sprzątałam.

Sprzątała? W kapeluszu, z monoklem i sztucznymi wąsami? Zajrzałam ponad jej ramieniem do jasnego, przestronnego holu. Pod przeciwległą ścianą stał rower bez przedniego koła, na tablicy opartej o orzechową szafkę wisiały zdjęcia, pocztówki i wycinki z gazet. Pod rzędem wieszaków uginających się od ciężaru płaszczy i kurtek zobaczyłam rozrzucone w nieładzie buty i parę czarnych szpilek. Podłoga była wyłożona drewnianym parkietem.

Super. Tknięta dobrym przeczuciem, z uśmiechem znowu spojrzałam na Ellie.

– Ukrywasz się przed mafią?

– Słucham?

– Mówię o tym przebraniu.

– Ach, to. – Roześmiała się i cofnęła od drzwi, zapraszając do środka. – Nie, nie. W nocy byli u mnie znajomi i trochę za dużo wypiliśmy. Wyciągnęliśmy wszystkie moje kostiumy na Halloween.

Znowu się uśmiechnęłam. To brzmiało fajnie. Nagle za­tęskniłam za Rhian i Jamesem.

– Jesteś Jocelyn, prawda?

– Joss – poprawiłam ją.

Od śmierci rodziców nikt nie używał mojego pełnego imienia.

– Joss – powtórzyła i uśmiechnęła się szeroko, kiedy weszłam do apartamentu na parterze. Unosił się tam piękny zapach czystości i świeżości.

Podobnie jak dom, z którego miałam się wyprowadzić, ten również zbudowano w stylu georgiańskim. Kiedyś był jednorodzinny, teraz podzielono go na dwa apartamenty. Po sąsiedzku znajdował się butik, a pokoje nad nim należały do sklepiku. Nie wiedziałam, jak wyglądają, ale butik był bardzo ładny, pełen ręcznie szytych, niepowtarzalnych ubrań. Natomiast apartament…

O rany.

Gładkie ściany świadczyły o tym, że niedawno je otynkowano, a osoba, która przeprowadziła remont, dokonała prawdziwych cudów. Wysokie listwy przypodłogowe i stiukowe fasety nadawały wnętrzu klimat epoki. Sufit był niebotycznie wysoki, tak jak w moim poprzednim mieszkaniu. Chłodną biel ścian przełamywały barwne i eklektyczne obrazy. Biel byłaby zbyt surowa, ale w połączeniu z ciemnymi orzechowymi drzwiami i drewnianym parkietem dawała efekt pełnej prostoty elegancji.

Już się zakochałam w tym miejscu, chociaż nie zdążyłam obejrzeć całego apartamentu.

Ellie pospiesznie zdjęła kapelusz i wąsy, odwróciła się, żeby mi coś powiedzieć, ale tylko uśmiechnęła się nieśmiało i wyjęła z oka monokl. Odłożyła go na orzechowy kredens i spojrzała na mnie promiennie. Wyglądała na wesołą dziewczynę. Zwykle unikałam wesołych ludzi, ale w Ellie było coś ujmującego. Uznałam, że jest czarująca.

– Może najpierw cię oprowadzę?

– Zgoda.

Stanęła po mojej lewej stronie i otworzyła drzwi.

– Łazienka. Wiem, to niekonwencjonalne, że znajduje się tuż przy wejściu, ale za to jest doskonale wyposażona.

Hmm… zobaczymy, pomyślałam, ostrożnie wchodząc do środka.

Moje klapki klaskały na lśniących kremowych płytkach, którymi wyłożono całe pomieszczenie oprócz sufitu pomalowanego na maślanożółty kolor i usianego lampkami dającymi ciepłe światło.

Łazienka była ogromna.

Przesunęłam dłonią po brzegu wanny stojącej na złotych łapach i natychmiast ożyły obrazy w mojej wyobraźni: gra muzyka, migoczą płomyki świec, trzymam kieliszek czerwonego wina, zanurzona w kąpieli odcinam się od wszystkiego. Wanna stała na samym środku. W głębi łazienki, w prawym rogu znajdowała się dwuosobowa kabina prysznicowa z największym sitkiem deszczownicy, jakie kiedykolwiek widziałam. Po lewej stronie, na białej ceramicznej szafce stała nowoczesna szklana misa. Umywalka?

Próbowałam to wszystko ogarnąć rozumem. Złote krany, ogromne lustro, podgrzewany wieszak na ręczniki…

W mojej starej łazience nie było nawet zwykłego wieszaka.

– O rany. – Obejrzałam się przez ramię i uśmiechnęłam do Ellie. – Cudownie tu.

Ellie, niemalże podskakując z entuzjazmu, pokiwała głową i spojrzała na mnie z wesołymi iskierkami w niebieskich oczach.

– To prawda. Rzadko z niej korzystam, bo mam własną. Dla mojej przyszłej współlokatorki to pewnie duży plus. Będzie miała tę łazienkę właściwie tylko dla siebie.

Hmm. Ta łazienka mnie kusiła. Zaczynałam rozumieć, co wpłynęło na potwornie wysoki czynsz. Ale skoro Ellie było stać na tak luksusowy apartament, to dlaczego musiała wynajmować pokój?

Idąc za nią przez hol do ogromnego salonu, spytałam grzecznie:

– Czy twoja poprzednia współlokatorka się wypro­wadziła?

Miało to zabrzmieć tak, jakbym pytała z czystej ciekawości, ale w istocie próbowałam wybadać tę dziewczynę. Skoro mieszkanie było tak oszałamiające, to może ona stanowiła problem? Zanim zdążyła odpowiedzieć, stanęłam jak wryta i powoli się obróciłam, żeby obejrzeć pokój. Jak we wszystkich starych domach i tu sufit był bardzo wysoki. Przez ogromne okna wpadało mnóstwo światła z ruchliwej ulicy. Na środku przeciwległej ściany znajdował się imponujący kominek, wyraźnie używany jedynie jako ozdoba, nie zaś jako prawdziwe palenisko. Wprowadzał pewną harmonię do tego nonszalancko urządzonego wnętrza. Pokój jest trochę za bardzo zagracony jak na mój gust, pomyślałam, obrzucając wzrokiem sterty książek i innych przedmiotów leżących tu i ówdzie. Wśród nich zauważyłam nawet zabawkę z Toy Story.

Właściwie nie zamierzałam pytać.

Kiedy zerknęłam na Ellie, zagracony salon zaczął nabierać sensu. Jasne włosy miała ściągnięte w rozpadający się kok, na stopach klapki nie do pary, a do jej łokcia przykleiła się metka.

– Współlokatorka? – powtórzyła, odwracając się do mnie.

Zmarszczka między jej jasnymi brwiami wygładziła się i Ellie ze zrozumieniem pokiwała głową. Dobrze. Pytanie nie było aż tak trudne.

– Oj, nie. – Pokręciła głową. – Nie miałam współlokatorki. Mój brat kupił ten apartament jako inwestycję i go urządził. Potem doszedł do wniosku, że nie powinnam jednocześnie zarabiać na czynsz i pisać doktorat, więc po prostu mi go podarował.

Fajny brat.

Nie skomentowałam jej słów, ale najwyraźniej dostrzeg­ła reakcję na mojej twarzy. Uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach pojawiła się czułość.

– Braden jest dość ekscentryczny. Nigdy nie daje zwyczajnych prezentów. Jak mogłabym odmówić? Jedyny problem polega na tym, że mieszkam tu od miesiąca i czuję się trochę samotna, chociaż przyjaciele odwiedzają mnie w weekendy. Powiedziałam więc Bradenowi, że znajdę sobie współlokatorkę. Nie był zachwycony tym pomysłem, ale zmienił zdanie, kiedy mu podałam wysokość czynszu. Prawdziwy z niego biznesmen.

Wyczułam, że Ellie kocha swojego, najwyraźniej zamożnego, brata i że są ze sobą związani. Widziałam to w jej oczach, kiedy o nim mówiła. Znałam to spojrzenie. Obserwowałam je przez lata, stawiałam mu czoło i chroniłam się przed bólem, jaki mi sprawiał wyraz miłości w czyichś oczach – w oczach ludzi, którzy mieli rodzinę.

– Musi być bardzo hojny – powiedziałam dyplomatycznie, nieprzywykła do tego, że ledwie poznani ludzie opowiadają mi za dużo o sobie.

Ellie nie przejęła się moim komentarzem, który raczej nie zachęcał do dalszych zwierzeń. Wciąż się uśmiechając, zaprowadziła mnie do kuchni. Pomieszczenie było dość wąskie, ale na końcu się rozszerzało, tworząc zatoczkę, w której znajdował się stół i krzesła. Tak samo jak cały apartament kuchnię wyposażono w najlepsze sprzęty, a na samym jej środku stała ogromna, nowoczesna kuchenka.

– Bardzo hojny – powtórzyłam.

W odpowiedzi Ellie mruknęła coś pod nosem.

– Braden jest zbyt hojny – odezwała się po chwili. – Nie potrzebuję tego wszystkiego, ale on nalegał. Cały on. Na przykład jego dziewczyna… Braden spełnia jej wszystkie zachcianki. Tylko czekam, kiedy się nią znudzi tak jak poprzednimi. Ta jest najgorsza ze wszystkich. Wyraźnie widać, że bardziej ją obchodzi jego kasa niż on sam. Nawet on o tym wie. Mówi, że taki układ mu odpowiada. Układ? Kto używa takich określeń?

Kto tyle gada?

Kiedy mi pokazała główną sypialnię, z trudem skryłam uśmiech. Podobnie jak Ellie była jednym wielkim chaosem. Ellie nadal trajkotała o ewidentnie nudnej dziewczynie brata, a ja się zastanawiałam, jak Braden by się czuł, gdyby wiedział, że siostra opowiada o jego prywatnych sprawach zupełnie obcej osobie.

– A to może być twój pokój.

Stanęłyśmy w drzwiach pokoju w głębi apartamentu. Ogromne okno wykuszowe, pod nim ławeczka, żakardowe zasłony do samej podłogi, wspaniałe łóżko w stylu francuskiego rokoka, biurko z orzechowego drewna i skórzany fotel. Miałabym gdzie pisać.

Zakochałam się.

– Piękny.

Chciałam tam zamieszkać. Do diabła z kosztami. Do diabła z gadatliwą współlokatorką. Wystarczająco długo żyłam aż nadto skromnie. Zostałam sama w kraju, do którego się przeniosłam. Należało mi się nieco luksusu.

Do Ellie się przyzwyczaję. Dużo mówi, ale jest urocza i pełna wdzięku, a z oczu dobrze jej patrzy.

– Może napijemy się herbaty i zastanowimy, co dalej? – Znowu się do mnie uśmiechała.

Parę chwil później siedziałam sama w salonie, a Ellie poszła do kuchni, żeby zrobić herbatę. Nagle przyszło mi do głowy, że zupełnie nie ma znaczenia to, czy lubię tę dziewczynę. To ona musi polubić mnie, jeśli chce wynająć pokój. Zaczęłam mieć obawy. Nie byłam zbyt wylewna, Ellie zaś należała do wyjątkowo otwartych ludzi. Może jednak mnie nie rozgryzie?

– Trudno było – oznajmiła, wracając do salonu. Niosła tacę z herbatą i przekąskami. – To znaczy znaleźć współ­lokatorkę. Niewiele osób w naszym wieku stać na tak wysoki czynsz.

Ja odziedziczyłam bardzo dużo pieniędzy.

– Moja rodzina jest bogata.

– Tak?

Przesunęła w moją stronę kubek z gorącą herbatą i czekoladowego muffinka.

Odchrząknęłam; palce mi zadrżały. Poczułam, że oblewa mnie zimny pot, a krew dudni mi w uszach. Zawsze tak reagowałam, kiedy byłam na krawędzi wyjawienia komuś prawdy. Moi rodzice i młodsza siostra zginęli w wypadku samochodowym, kiedy miałam czternaście lat. Został mi tylko wujek, który mieszka w Australii. Nie chciał się mną zaopiekować, więc zamieszkałam u rodziny zastępczej. Moi rodzice mieli dużo pieniędzy. Dziadek ze strony ojca prowadził firmę wiertniczą w Luizjanie, a ojciec bardzo ostrożnie dysponował spadkiem. Kiedy skończyłam osiemnaście lat, wszystko odziedziczyłam. Gdy sobie uświadomiłam, że Ellie wcale nie musi znać mojej dramatycznej historii, serce zaczęło mi bić wolniej, a drżenie rąk ustało.

– Rodzina mojego ojca pochodzi z Luizjany. Dziadek zbił fortunę na wydobyciu ropy naftowej.

– Och, to ciekawe. – W jej głosie zabrzmiała szczerość. – Twoja rodzina przeprowadziła się stamtąd?

Kiwnęłam głową.

– Do Wirginii. Ale moja mama pochodzi ze Szkocji.

– A więc jesteś półkrwi Szkotką. Fajnie. – Uśmiechnęła się tajemniczo. – W moich żyłach też płynie szkocka krew. Moja mama jest Francuzką, ale kiedy miała pięć lat, jej rodzina przeniosła się do St. Andrews. W ogóle nie znam francuskiego. – Parsknęła śmiechem. Czekała na moją reakcję.

– A twój brat mówi po francusku?

– Oj, nie. – Ellie machnęła ręką. – Jesteśmy przyrodnim rodzeństwem. Mamy tego samego ojca. Nasze mamy żyją, ale ojciec zmarł pięć lat temu. Był bardzo znanym biznesmenem. Słyszałaś o firmie Douglas Carmichael i spółka? To jedna z najstarszych agencji nieruchomości w tym rejonie. Tata we wczesnej młodości przejął ją po ojcu i rozwinął w firmę deweloperską. Był też właścicielem kilku restauracji i paru sklepów z pamiątkami dla turystów. Stworzył małe imperium. Po jego śmierci interesami zajął się Braden. Teraz wszyscy próbują się wkraść w jego łaski i każdy chce coś uszczknąć dla siebie. Wiedzą, że jesteśmy ze sobą silnie związani, więc starają się mnie wykorzystywać. – Z goryczą wykrzywiła ładne usta, co zupełnie do niej nie pasowało.

– Przykro mi – powiedziałam z niekłamanym współ­czuciem.

Wiedziałam, jak to jest. Był to jeden z powodów, dla których wyjechałam z Wirginii i zaczęłam nowe życie w Szkocji.

Ellie rozluźniła się, jakby wyczuła moją szczerość. Nigdy bym się aż tak nie otworzyła przed przyjacielem, nie wspominając o zupełnie obcej osobie, ale bezpośredniość Ellie mnie nie odstraszała. Być może ona oczekiwała, że zrewanżuję się tym samym, wiedziałam jednak, że kiedy mnie pozna, zrozumie, że nigdy się na to nie zdobędę.

Ku mojemu zaskoczeniu cisza, jaka między nami zapad­ła, nie okazała się krępująca. Ellie chyba też to poczuła, bo uśmiechnęła się delikatnie.

– Co robisz w Edynburgu?

– Po prostu mieszkam. Mam podwójne obywatelstwo. Tu czuję się lepiej.

Ta odpowiedź wyraźnie się jej spodobała.

– Studiujesz?

Pokręciłam głową.

– Niedawno skończyłam studia. W czwartki i piątki pracuję w Club 39 na George Street, ale tak naprawdę próbuję się skupić na pisaniu.

To wyznanie chyba zrobiło na niej spore wrażenie.

– Cudownie! Zawsze chciałam się przyjaźnić z pisarką. Musisz być bardzo odważna, skoro postanowiłaś realizować swoje marzenia. Mój brat uważa, że marnuję czas, pisząc doktorat, chociaż mogłabym pracować dla niego, ale ja to uwielbiam. Prowadzę też zajęcia na uniwersytecie. Po prostu… po prostu daje mi to dużo zadowolenia. Należę do klasy społecznej ludzi, którzy mogą robić to, co lubią, chociaż niewiele na tym zarabiają. – Znowu się skrzywiła. – Okropne, prawda?

Nie miałam zwyczaju oceniania innych.

– Ellie, to twoje życie. Tak się złożyło, że jesteś bogata. To nie czyni z ciebie okropnego człowieka.

W liceum chodziłam na psychoterapię i teraz usłyszałam nosowy głos mojej terapeutki: „Joss, dlaczego nie możesz powiedzieć tego samego o sobie? Odziedziczenie fortuny nie czyni z ciebie okropnego człowieka. Rodzice pragnęli, żebyś żyła w dobrobycie”.

Od czternastego do osiemnastego roku życia mieszkałam w dwóch domach zastępczych w moim rodzinnym mieście w Wirginii. Żadna z tych rodzin nie należała do zamożnych, więc musiałam zrezygnować z wielkiego, luksusowego domu, wykwintnych potraw i markowych ubrań na rzecz jedzenia z puszki i noszenia tych samych ciuchów co moja młodsza „siostra”, bo byłyśmy tego samego wzrostu. Kiedy osiągnęłam pełnoletniość i wydało się, że odziedziczyłam fortunę, zaczęli mnie nachodzić miejscowi biznesmeni próbujący wykorzystać moją naiwność, a kolega z klasy usiłował mnie namówić, żebym zainwestowała w jego stronę internetową. Myślę, że moja obecna oszczędność brała się stąd, że w okresie dojrzewania żyłam bardzo skromnie, a później osaczyli mnie fałszywi ludzie, bardziej zainteresowani stanem mojego konta niż mną samą.

Poczułam zaskakująco silną więź z Ellie – dziewczyną w podobnej sytuacji finansowej i również zmagającą się z poczuciem winy, chociaż innego rodzaju.

– Pokój jest twój – oznajmiła nagle.

To gwałtowne oświadczenie wywołało uśmiech na moich ustach.

– Tak po prostu?

Ellie kiwnęła głową i niespodziewanie spoważniała.

– Mam dobre przeczucia co do ciebie.

Ja też mam co do ciebie dobre przeczucia, pomyślałam i posłałam Ellie uśmiech pełen ulgi.

– W takim razie z radością się tu wprowadzę – stwierdziłam.

2

Tydzień później przeniosłam się do luksusowego apartamentu na Dublin Street.

W przeciwieństwie do bałaganiarskiej Ellie lubiłam porządek wokół siebie, więc od razu zabrałam się do rozpakowywania swoich rzeczy.

– Na pewno nie chcesz najpierw napić się ze mną herbaty? – spytała Ellie z progu mojego pokoju.

Stałam otoczona pudłami i walizkami.

– Wolałabym wszystko rozpakować, żeby już mieć to z głowy.

Uśmiechnęłam się przepraszająco, aby nie pomyślała, że próbuję ją spławić. Nie cierpiałam początków znajomości, tego męczącego poznawania swoich osobowości, sprawdzania, jak druga osoba zareaguje na określony ton czy zachowanie.

Na szczęście Ellie ze zrozumieniem kiwnęła głową.

– W porządku. Za godzinę mam zajęcia. Pójdę pieszo, zamiast wzywać taksówkę, więc muszę się zbierać. Możesz w tym czasie się rozgościć.

Coraz bardziej cię lubię.

– Udanych zajęć.

– Udanego rozpakowywania się.

Jęknęłam i machnęłam ręką, a ona uśmiechnęła się słodko i wyszła.

Kiedy tylko drzwi się zamknęły za Ellie, rzuciłam się na swoje nowe, nieprawdopodobnie wygodne łóżko.

– Witaj na Dublin Street – mruknęłam, gapiąc się w sufit.

Nagle ryknął zespół Kings of Leon; jeden ich kawałek ustawiłam jako dzwonek w komórce. Westchnęłam niezadowolona z faktu, że ktoś tak szybko wdarł się w moją samotność. Przewróciłam się na bok, wyjęłam telefon z kieszeni i uśmiechnęłam się ciepło na widok imienia, które wyświet­liło się na ekranie.

– No cześć.

– Wprowadziłaś się już do tego odlotowego, pretensjonalnego mieszkania? – spytała bez wstępu Rhian.

– Czyżbym słyszała w twoim głosie gorzką zazdrość?

– Dobrze słyszysz, ty paskudna szczęściaro. Mało nie padłam dziś rano, kiedy przysłałaś mi zdjęcia. To miejsce naprawdę istnieje?

– Domyślam się, że apartament w Londynie nie spełnia twoich oczekiwań?

– Oczekiwań? Płacę fortunę za mieszkanie w kartonowym pudle!

Parsknęłam śmiechem.

– Spadaj – mruknęła Rhian dobrodusznie. – Tęsknię za tobą i naszym zaszczurzonym pałacem.

– Ja też tęsknię za tobą i za naszym zaszczurzonym pałacem.

– Nawet wtedy, kiedy patrzysz na swoją nową wannę na lwich łapach i z pozłacanymi kurkami?

– Nie… wtedy, kiedy leżę na łóżku wartym pięć tysięcy dolarów.

– Ile to będzie w przeliczeniu na funty?

– Nie wiem. Ze trzy tysiące?

– O rany, śpisz na moim czynszu za sześć tygodni.

Z jękiem usiadłam i otworzyłam najbliższe pudło.

– Szkoda, że ci nie powiedziałam, jaki czynsz ja płacę.

– Mogłabym teraz wygłosić wykład o tym, że marnujesz pieniądze, chociaż mogłabyś kupić dom, ale co ja tam wiem.

– Nie potrzebuję żadnych wykładów. To jest najfajniejsze w byciu sierotą. Żadnych pełnych troski wykładów.

Nie wiem, dlaczego to powiedziałam.

W byciu sierotą nie ma nic fajnego.

Nie jest też fajne, kiedy nikt się o ciebie nie troszczy.

Rhian milczała. Nigdy nie rozmawiałyśmy o naszych rodzicach. Był to dla nas temat tabu.

– No to… – odchrząknęłam – lepiej pójdę się roz­pakować.

– Jest tam twoja nowa współlokatorka? – Rhian podjęła rozmowę, jakby temat rodziców w ogóle nie został po­ruszony.

– Przed chwilą wyszła.

– Poznałaś już jej znajomych? Są jacyś faceci? Przystojni? Na tyle przystojni, żeby cię wyrwać z czteroletniego celibatu?

Ironiczny uśmieszek zniknął z mojej twarzy, kiedy przypomniał mi się Garnitur. Ucichłam, czując lekki dreszczyk na plecach. Nie po raz pierwszy w ciągu minionego tygodnia jego obraz pojawił się w moich myślach.

– No to jak? – Rhian przerwała ciszę. – Są jacyś przystojniacy?

– Nie. – Wyrzuciłam z głowy postać Garnitura. – Jeszcze nie poznałam znajomych Ellie.

– Szkoda.

Wcale nie szkoda. Nie potrzebuję żadnych facetów w swoim życiu.

– Słuchaj, naprawdę muszę wziąć się do roboty. Pogadamy później?

– Jasne, kochanie. To na razie.

Rozłączyłyśmy się. Z westchnieniem popatrzyłam na pud­ła. Marzyłam tylko o tym, żeby paść na łóżko i uciąć sobie długą drzemkę.

– Ech, no to do roboty.

W ciągu kilku godzin rozpakowałam wszystkie pudła. Puste kartony starannie złożyłam i schowałam do składziku w holu. Ubrania powiesiłam w szafie i ułożyłam w szufladach. Książki ustawiłam na półkach. Otwarty laptop czekał na biurku, aż coś napiszę. Na stoliku nocnym umieściłam zdjęcie rodziców, na regale swoje zdjęcie z Rhian zrobione na halloweenowym przyjęciu, a przy komputerze swoją ulubioną fotografię. Przedstawiała mnie trzymającą Beth, za mną stali rodzice. Sąsiad zrobił je w ogródku za naszym domem podczas grillowania, latem, niedługo przed wypadkiem.

Wiedziałam, że takie zdjęcia wywołują bolesne wspomnienia, ale nie mogłam zmusić się do tego, by je schować. Patrzenie na nieżyjących już ludzi, których kochałam, sprawiało mi ogromny ból, ale… nie potrafiłabym się z nimi rozstać.

Pocałowałam koniuszki palców i lekko przyłożyłam je do fotografii rodziców.

Tęsknię za wami.

Z melancholii wyrwała mnie po chwili kropelka potu, która spłynęła po moim karku. Zmarszczyłam nos. Panował upał, a podczas wypakowywania rzeczy zgrzałam się jak Terminator goniący Johna Connora.

Czas na wymarzoną boską kąpiel.

Wlałam do wanny trochę płynu, puściłam gorącą wodę, a kiedy poczułam cudowny zapach kwiatów lotosu, zaczęłam się odprężać. Wróciłam do sypialni, ściągnęłam przepoconą koszulkę i spodenki i czując się wolna jak ptak, przemaszerowałam nago przez hol mojego nowego domu.

Z uśmiechem rozglądałam się dookoła, wciąż nie mogąc uwierzyć, że wszystkie te śliczności przez co najmniej pół roku będą należały do mnie.

Włączyłam muzykę w smartfonie, zanurzyłam się w pachnącej pianie i zapadłam w drzemkę. Obudziłam się, kiedy woda zaczęła stygnąć. Zrelaksowana i zadowolona, niezbyt elegancko wygramoliłam się z wanny i sięgnęłam po telefon. Wyłączyłam muzykę i kiedy zapadła cisza, spojrzałam na wieszak na ręczniki.

Pusty. Cholera.

Spiorunowałam go wzrokiem, jakby to była jego wina. Mogłabym przysiąc, że tydzień wcześniej Ellie wieszała na nim świeże ręczniki. Teraz musiałam przejść przez hol, ociekając wodą.

Utyskując po nosem, otworzyłam drzwi łazienki i wyszłam do przestronnego holu.

– Yyy… Dzień dobry – usłyszałam czyjś głęboki głos.

Oderwałam wzrok od kałuży wody, która zbierała się wokół mnie na parkiecie.

Z szoku aż mi zaparło dech w piersi, kiedy zobaczyłam przed sobą pana Garnitura.

Co on tu robił? W moim domu? Szpiegował mnie!

Z otwartymi ustami próbowałam zrozumieć, co, do diab­ła, się dzieje. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że nie patrzył na moją twarz. Przesuwał wzrokiem po całym moim nagim ciele. Z pełnym grozy jękiem zasłoniłam rękami piersi. Jego jasnoniebieskie oczy spojrzały w moje – szare i przerażone.

– Co robisz w moim mieszkaniu?

Szybko rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiejkolwiek broni. Parasol? Miał metalowy szpic. Mógłby się przydać.

Na dźwięk zduszonego śmiechu znowu przeniosłam wzrok na niego. Między nogami poczułam falę niechcianego i absolutnie niewłaściwego gorąca. Znowu to spojrzenie. Ciemne, zmysłowe i głodne. Byłam wściekła na swoje ciało za taką błyskawiczną reakcję, tym bardziej że facet mógł się okazać seryjnym mordercą.

– Odwróć się! – ryknęłam, starając się ukryć lęk.

Garnitur natychmiast podniósł ręce w geście poddania i powoli odwrócił się tyłem do mnie. Ze złością zmrużyłam oczy na widok jego trzęsących się ramion. Ten drań śmiał się ze mnie.

Z szybko bijącym sercem popędziłam do swojego pokoju po jakieś ciuchy – i przy okazji po kij do baseballu. Po drodze mój wzrok padł na zdjęcie wiszące na korkowej tablicy. Przedstawiało Ellie… i Garnitura.

Co, do diabła?

Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam? Ach, tak. Bo nie lubię zadawać pytań. Wkurzona na siebie za brak zmysłu obserwacji, ukradkiem zerknęłam przez ramię. Z ulgą stwierdziłam, że Garnitur mnie nie podgląda. Czmychnęłam do swojego pokoju, słysząc za sobą jego głęboki głos:

– Nazywam się Braden Carmichael. Jestem bratem Ellie.

Oczywiście, pomyślałam ze złością, wycierając się ręcznikiem. Drżącymi z gniewu rękami wciągnęłam na siebie spodenki i koszulkę. Byle jak spięłam potargane mokre włosy i pomaszerowałam z powrotem do holu.

Braden się odwrócił. Kąciki jego ust drgnęły lekko, kiedy przesunął po mnie wzrokiem. Nie miało znaczenia to, że jestem ubrana. Doskonale wiedziałam, że wciąż widzi mnie nagą.

Wściekła i upokorzona, wzięłam się pod boki.

– Wszędzie wchodzisz bez pukania?

Uniósł jedną brew.

– To moje mieszkanie.

– Dobre wychowanie nakazuje zapukać – upierałam się.

W odpowiedzi tylko wzruszył ramionami i nonszalancko włożył ręce do kieszeni spodni. Był bez marynarki. Podwinięte do łokci rękawy białej koszuli odsłaniały silne, pokryte wypukłymi żyłami przedramiona.

Na widok tych seksownych rąk znowu zapiekło mnie w podbrzuszu.

Cholera.

O jasna cholera.

Prawie się zarumieniłam.

– Nie zmierzasz przeprosić?

Braden uśmiechnął się bezczelnie.

– Nigdy nie przepraszam, jeśli nie uważam, że zawiniłem. Teraz też nie zamierzam przepraszać. To była dla mnie najfajniejsza chwila w tym tygodniu. Może nawet w całym roku.

Teraz uśmiechał się tak przyjaźnie, jakby się spodziewał, że zrewanżuję się tym samym. Niedoczekanie.

Braden był bratem Ellie. I miał dziewczynę.

A mój pociąg do tego obcego mężczyzny z pewnością nie należał do zdrowych reakcji.

– Musisz mieć bardzo nudne życie – stwierdziłam z wyższością, wymijając go.

Spróbuj wymyślić ciętą ripostę tuż po tym, jak mężczyzna, którego ledwie znasz, przyłapał cię na golasa. Kiedy go mijałam i poczułam piękny zapach wody kolońskiej, przeszył mnie przyjemny dreszczyk.

Braden jęknął z rezygnacją i podążył za mną. Wchodząc do salonu, czułam na plecach jego ciepły oddech.

Na fotelu leżała rzucona byle jak jego marynarka, a na ławie, obok otwartej gazety, stał prawie pusty kubek z kawą. Braden rozgościł się tu, kiedy – niczego nieświadoma – pluskałam się w wannie.

Zirytowana rzuciłam mu przez ramię spojrzenie wyrażające bezgraniczną złość.

On tymczasem z chłopięcym uśmiechem gapił się na moje piersi. Szybko odwróciłam wzrok i przycupnęłam na poręczy kanapy, a Braden nonszalancko rozparł się w fotelu. Szeroki uśmiech zniknął z jego twarzy. Teraz na jego ustach igrał już tylko lekki uśmieszek, jakby przypomniał mu się jakiś dowcip. Albo widok mnie zupełnie nagiej.

Pomimo całej niechęci do tego faceta nie chciałam, żeby moja nagość go śmieszyła.

– A więc to ty jesteś Jocelyn Butler – odezwał się.

– Joss – poprawiłam go odruchowo.

Kiwnął głową i usiadł wygodniej. Zsunął rękę za oparcie fotela. Miał cudowne dłonie. Eleganckie, ale męskie. Duże. Silne. Zanim zdążyłam się opanować, w mojej wyobraźni pojawił się widok tych dłoni przesuwających się po wewnętrznych stronach moich ud.

Cholera.

Oderwałam wzrok od dłoni i przeniosłam go na twarz Bradena. Sprawiał wrażenie rozluźnionego, ale jednocześnie autorytatywnego. Nagle przyszło mi do głowy, że on jest właśnie taki: bogaty, odpowiedzialny, ma próżną dziewczynę i młodszą siostrę, wobec której jest wyraźnie nadopiekuńczy.

– Ellie cię lubi.

Ellie mnie nie zna.

– Ja też ją lubię. Ale jeśli chodzi o jej brata… nie jestem pewna, co o nim myśleć, bo wydaje się dość arogancki.

Błysnął w uśmiechu białymi, leciutko krzywymi zębami.

– On też nie jest pewny, co o tobie myśleć.

Twoje oczy mówią co innego.

– Doprawdy?

– Nie jestem pewny, co myśleć o tym, że moja siostra mieszka z ekshibicjonistką.

Tylko się skrzywiłam. Z trudem się powstrzymałam przed tym, żeby nie pokazać mu języka. Słowo daję, prowokował mnie do niepoważnego zachowania.

– Ekshibicjoniści rozbierają się na widoku publicznym. O ile dobrze pamiętam, w mieszkaniu nie było nikogo poza mną, a ja szłam po ręcznik.

– Dzięki Bogu za takie małe przyjemności.

Znowu to robił. Patrzył na mnie w ten szczególny sposób. Czy zdawał sobie sprawę z tego, że w ogóle się z tym nie kryje?

– Ale mówiąc poważnie – ciągnął, wciąż wędrując wzrokiem od mojej twarzy do piersi – powinnaś zawsze chodzić nago.

Ten komplement sprawił mi przyjemność. Nic nie mogłam na to poradzić. Na moich ustach pojawił się lekki uśmiech. Jednocześnie potępiająco pokręciłam głową, jakby Braden był niegrzecznym uczniem.

Cicho zaśmiał się z zadowoleniem. Kiedy poczułam nieoczekiwaną przyjemność, zrozumiałam, że muszę natychmiast przerwać tę dziwną intymną więź, jaka między nami powstała. Coś podobnego nigdy wcześniej mi się nie przydarzyło, musiałam więc improwizować.

Przewróciłam oczami.

– Ale z ciebie dupek.

Braden parsknął śmiechem i wyprostował się w fotelu.

– To określenie słyszę zwykle wtedy, kiedy przerżnę jakąś kobietę, a potem zamawiam dla niej taksówkę.

Na dźwięk tego wulgaryzmu szybko zamrugałam powiekami. Naprawdę? Ledwie się poznaliśmy, a on już używa takiego języka?

Zauważył moją minę.

– Tylko mi nie mów, że nie cierpisz tego słowa.

Nie. Wyobrażam sobie, że w odpowiednich okolicznościach może brzmieć podniecająco.

– Po prostu uważam, że za krótko się znamy, żeby rozmawiać o pieprzeniu się.

Oj. Nie za dobrze to zabrzmiało.

Oczy Bradena roziskrzyły się.

– Nie wiedziałem, że to robimy.

Gwałtownie zmieniłam temat.

– Jeśli przyszedłeś do Ellie, to jest na zajęciach.

– Właściwie przyszedłem do ciebie, chociaż nie wiedziałem, że cię spotkam. Co za zbieg okoliczności. Od naszego spotkania w zeszłym tygodniu dużo o tobie myślałem.

– Nawet podczas kolacji ze swoją dziewczyną? – spytałam złośliwie, czując, jakbym płynęła z tym facetem pod prąd.

Chciałam wybrnąć z tej pełnej seksualnych podtekstów sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, i pogadać z nim po prostu jak z bratem mojej współlokatorki.

– Holly pojechała na południe kraju do swoich rodziców. Pochodzi z Southampton.

A co mnie to obchodzi?

– Aha. No cóż… – Wstałam z nadzieją, że zrozumie i wreszcie sobie pójdzie. – Chciałabym powiedzieć, że było mi miło cię spotkać, ale byłam naga, więc… więc nie było. Mam dużo pracy. Przekażę Ellie, że wpadłeś.

Braden ze śmiechem pokręcił głową, podniósł się i włożył marynarkę.

– Ależ z ciebie twardy orzech do zgryzienia.

Najwyraźniej temu facetowi powinnam od razu wyłożyć kawę na ławę.

– Słuchaj, nie próbuj mnie rozgryźć. Ani teraz, ani nigdy.

Dosłownie dusząc się ze śmiechu, ruszył w moją stronę, zmuszając mnie do tego, żebym z powrotem usiadła.

– Ech, Jocelyn… dlaczego wszystko, co powiesz, brzmi tak nieprzyzwoicie?

Wściekła otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale on odwrócił się i wyszedł. Ostatnie słowo należało do niego.

Nienawidziłam go.

Naprawdę.

Szkoda tylko, że moje ciało nie czuło tego samego.

3

Club 39 był nie tyle klubem, ile barem z małym parkietem do tańca za niszą na tyłach. Urządzono go w suterenie na George Street. Pomieszczenie było dość niskie, znajdowały się w nim ustawione w okrąg kanapy i sześcienne siedziska służące za krzesła, a sam bar umieszczono kilka schodków niżej, co oznaczało, że podpici klienci musieli pokonać trzy stopnie, żeby się do nas dostać. Osoba, która dodała ten szczególik do projektu architekta, musiała być nieźle upalona.

W czwartkowe noce bar zwykle zapełniał się studentami, ale kiedy semestr się kończył i przychodziło szkockie lato, pustoszał, a muzykę ściszano, bo nikt nie tańczył.

Podałam klientowi drinki, a on wręczył mi dziesięciofuntowy banknot.

– Reszta dla ciebie. – Mrugnął do mnie.

Zignorowałam mrugnięcie, ale pieniądze wcisnęłam do słoika na napiwki. Rano dzieliliśmy się nimi po równo, chociaż Jo twierdziła, że ona i ja dostajemy ich najwięcej – a to z powodu naszych „uniformów”: białych koszulek z głębokim dekoltem i czarnych obcisłych dżinsów. Na prawej piersi widniał czarny napis wykonany czcionką French Script: Club 39. Prosty, ale przyciągający wzrok. Zwłaszcza jeśli dziewczyna została hojnie obdarzona przez naturę, tak jak ja.

Craig miał przerwę, więc tylko Jo i ja obsługiwałyśmy grupkę klientów, która malała z minuty na minutę. Znudzona zerknęłam na drugi koniec baru, żeby sprawdzić, czy Jo nie potrzebuje pomocy.

Potrzebowała.

Ale nie jako barmanka.

Kiedy wyciągnęła rękę, żeby wydać klientowi resztę, ten chwycił ją za nadgarstek i szarpnął tak, że jej twarz znalazła się zaledwie parę centymetrów od jego twarzy. Zmarszczyłam brwi i odczekałam chwilę, żeby zobaczyć, jak Jo zareaguje. Zaczerwieniła się ze złości, próbowała wyrwać się z uścisku. Kumple tego faceta, którzy stali za nim, wybuchnęli śmiechem. Superzabawa.

– Proszę mnie puścić – rzuciła Jo przez zaciśnięte zęby, wyrywając się jeszcze mocniej.

Ponieważ Craiga nie było w pobliżu, a obawiałam się, że facet może złamać rękę szczuplutkiej Jo, musiałam wkroczyć do akcji. Ruszyłam w ich stronę, po drodze przyciskając guzik alarmowy pod kontuarem, żeby wezwać ochroniarzy.

– Spokojnie, złotko. Dziś są moje urodziny. Daj chociaż całusa.

Położyłam dłoń na łapie klienta i wbiłam w nią paznokcie.

– Puść ją, ty dupku, bo wyrwę ci kawał mięsa z ręki i przybiję do jaj.

Syknął z bólu i wyszarpnął dłoń, puszczając Jo.

– Amerykańska dziwka. – Z jękiem złapał się drugą ręką za dłoń poznaczoną głębokimi śladami w kształcie półksiężyca. – Złożę na ciebie skargę.

Dlaczego moja narodowość zawsze stawała się argumentem w trudnych sytuacjach? Czułam się, jakbyśmy grali w filmie z lat osiemdziesiątych. Prychnęłam niewzruszona.

Za plecami klienta stanął Brian, nasz ogromny ochroniarz. Nie wyglądał na rozbawionego.

– Jakieś problemy, Joss?

– Tak. Czy mógłbyś stąd wyprowadzić tego faceta i jego kumpli?

Brian nie spytał o powód. Do tej pory zaledwie parę razy zdarzyło się, że kogoś trzeba było wyrzucić z klubu, więc zaufał mojej ocenie sytuacji.

– No, chłopaki, ruchy – warknął i cała trójka naprutych tchórzy wytoczyła się z baru.

Poczułam, że Jo cała się trzęsie, więc położyłam dłoń na jej ramieniu.

– Dobrze się czujesz?

– Tak. – Uśmiechnęła się słabo. – Fatalna noc. Steven mnie rzucił.

Skrzywiłam się. Wiedziałam, jak bardzo musiało to zaboleć Jo i jej młodszego brata. Mieszkali razem w małym mieszkaniu na Leith Walk, gdzie na zmianę opiekowali się mamą cierpiącą na zespół chronicznego zmęczenia. Aby zarobić na czynsz, przepiękna Jo znajdowała sobie sponsorów, którzy pomagali jej finansowo. Ludzie często jej powtarzali, że jest inteligentna i stać ją na więcej, ale ona miała mnóstwo kompleksów. Wierzyła tylko w swoją urodę i umiejętność przygruchania sobie faceta, który zająłby się nią i jej rodziną. Niestety opieka nad mamą niekorzystnie wpływała na jej wygląd, więc prędzej czy później wszyscy sponsorzy ją rzucali.

– Jo, tak mi przykro. Wiesz, że jeśli potrzebujesz mojej pomocy, wystarczy tylko poprosić.

Nie pamiętam, ile razy oferowałam jej wsparcie. Zawsze odmawiała.

– Nie. – Pokręciła głową i cmoknęła mnie w policzek. – Znajdę kogoś nowego. Jak zawsze.

Odwróciła się przygarbiona. Martwiłam się o nią, chociaż wcale tego nie chciałam. Jo była dość skomplikowana. Denerwował mnie jej materializm, ale imponowała lojalność wobec rodziny. Uwielbiała modne buty, ale rezygnowała z nowej pary, kiedy musiała pomóc bratu lub mamie. Niestety ta lojalność sprawiała, że Jo szła po trupach do celu, ale też często bywała tratowana przez tych, którzy wykorzystywali jej sytuację.

– Zrobię sobie przerwę. Przyślę tu Craiga.

Kiwnęłam głową, chociaż mnie nie widziała. Ciekawe, kim będzie jej nowa ofiara. A może to ona stanie się czyjąś ofiarą?

– Mały ruch dzisiaj.

Dwie minuty później Craig stanął za barem z puszką napoju gazowanego. Wysoki, ciemnowłosy i przystojny, pewnie dostawał tyle samo napiwków co ja i Jo. Nałogowo flirtował i był w tym naprawdę dobry.

– Lato – mruknęłam. Rozejrzałam się po klubie, a następnie odwróciłam się i oparłam o bar. – W sierpniu znowu zacznę pracować w tygodniu.

Nie musiałam tłumaczyć, że zrobię tak z powodu festiwalu. W sierpniu żyło nim całe miasto: turyści zajmowali najlepsze stoliki w najlepszych restauracjach, a przyjeżdżały takie tłumy, że potrzebowałam pięciu minut, żeby zrobić pięć kroków. Za to napiwki były kosmicznie wysokie.

Craig jęknął i pochylił się w moją stronę.

– Nudzę się. – Leniwie obrzucił mnie wzrokiem. – Masz ochotę na szybki numerek w męskiej toalecie?

Proponował mi to na każdej zmianie.

Zawsze odmawiałam i sugerowałam, żeby spytał Jo, a on odpowiadał: „Ją już zaliczyłem”. Byłam dla niego wyzwaniem, a Craig chyba naprawdę się łudził, że któregoś dnia mnie zdobędzie.

– I co, skorzystasz z propozycji? – usłyszałam za sobą cichy, znajomy głos.

Gwałtownie się odwróciłam i ze zdumieniem stwierdziłam, że po drugiej stronie baru stoi Ellie. Za nią był facet, którego nie znałam, i… Braden.

Natychmiast zmarkotniałam, wciąż jeszcze zażenowana tym, co się wydarzyło poprzedniego dnia, i ledwie zauważyłam udawaną obojętność, z jaką Braden spojrzał na Craiga.

Oderwałam od niego wzrok i słabo uśmiechnęłam się do Ellie.

– Co ty tu robisz?

Poprzedniego wieczoru zjadłyśmy razem kolację. Powiedziałam jej, że Braden wpadł do domu, ale pominęłam okoliczności, w jakich to się stało. Ona z kolei opowiedziała mi o zajęciach, które prowadzi, a ja zrozumiałam, że jest świetną nauczycielką. Jej fascynacja historią sztuki była zaraźliwa, więc słuchałam Ellie ze szczerym zainteresowaniem.

Ogólnie rzecz biorąc, nasza pierwsza wspólna kolacja wypadła nieźle. Ellie zadała mi kilka osobistych pytań, ale udało mi się odbić piłeczkę. Dowiedziałam się, że jest starszą siostrą przyrodniego rodzeństwa: czternastoletniej Hannah i dziesięcioletniego Declana. Jej mama, Elodie Nichols, mieszka w Stockbridge z mężem, Clarkiem. Elodie pracuje na pół etatu jako menedżerka w hotelu Sheraton Grand, a Clark jest profesorem historii starożytnej na uniwersytecie. Z tego, jak o nich mówiła, jasno wynikało, że ich uwielbia. Odniosłam też wrażenie, że Braden spędza więcej czasu z tą rodziną niż z własną matką.

Tego dnia w porze lunchu obie zrobiłyśmy sobie przerwę w pracy i spotkałyśmy się w naszym salonie, żeby coś przekąsić i pooglądać telewizję. Obejrzałyśmy cały odcinek klasycznej brytyjskiej komedii Are We Being Served?, a potem posiedziałyśmy w ciszy, która w ogóle nas nie krępowała. Czułam, że zaskakująco szybko zaczynam się dogadywać ze swoją nową współlokatorką.

Ale dlaczego przyszła do mojego baru z bratem? To nie było fajne, chociaż nic nie wiedziała o wczorajszym incydencie z Bradenem…

– Umówiliśmy się ze znajomymi na drinka w Tigerlily. Pomyśleliśmy, że wpadniemy, żeby się przywitać.

Uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach zamigotały łobuzerskie iskierki. Potem pytającym wzrokiem spojrzała na Craiga.

Tigerlily? Niezły klub. Ellie miała na sobie ładną sukienkę obszytą cekinami, w stylu lat dwudziestych, bardzo markową. Po raz pierwszy zobaczyłam ją tak wystrojoną. Obok niej stał Braden w szykownym garniturze i równie elegancki drugi mężczyzna, nic więc dziwnego, że poczułam się nieco wyalienowana. Nie brakowało mi pieniędzy, ale nie przywykłam do eleganckiego stylu życia, jaki ewidentnie wiedli ci ludzie. Z jakiegoś powodu rozczarowana, uświadomiłam sobie, że zupełnie do nich nie pasuję.

– Aha – odparłam jak głupia, ignorując jej pytająco uniesioną brew.

– To jest Adam. – Kiedy tylko Ellie zorientowała się, że nie zamierzam odpowiedzieć na jej nieme pytanie, odwróciła się do faceta stojącego za nią.

W jej jasnych oczach pojawiła się czułość. Czyżby to był jej chłopak? Nic nie wspomniała o tym, że z kimś się spotyka. Ten ciemnowłosy przystojniak był nieco niższy od Bradena, ale miał szerokie bary, które pięknie rysowały się pod garniturem.

Jego ciemne oczy o ciepłym spojrzeniu zaiskrzyły się w świetle barowych lampek, kiedy spojrzał na mnie z uśmiechem.

– Cześć. Miło mi cię poznać.

– Mnie też.

– Adam jest przyjacielem Bradena – wyjaśniła Ellie, po czym odwróciła się do brata.

Kiedy tylko na niego spojrzała, wybuchnęła perlistym śmiechem, który wypełnił bar niczym bąbelki szampana. Zerknęła na mnie przez ramię.

– Przedstawiłabym cię, ale chyba już się… znacie. – Śmiała się tak głośno, że ledwie dosłyszałam ostatnie słowo.

Cała zesztywniałam.

Ona wiedziała.

Zmrużyłam oczy i z odrazą spojrzałam na Bradena.

– Powiedziałeś jej.

– Co jej powiedział? – spytał rozbawiony Adam, spoglądając na duszącą się ze śmiechu Ellie takim wzrokiem, jakby uznał, że zwariowała.

Braden odpowiedział, nie odrywając ode mnie wzroku:

– Że nakryłem Jocelyn, jak chodziła nago po mieszkaniu.

Adam z ciekawością obrzucił mnie wzrokiem.

– Nieprawda – warknęłam. – Wyszłam tylko z łazienki po ręcznik.

– Widział cię nago? – wtrącił się Craig, z niezadowoleniem marszcząc brwi.

– Braden Carmichael. – Braden podał Craigowi rękę ponad barem. – Miło cię poznać.

Nieco zdezorientowany Craig uścisnął mu dłoń. Braden umiał oczarować nawet mężczyznę. Uśmiechnął się do Craiga, ale natychmiast spoważniał, kiedy znowu przeniósł wzrok na mnie. W jego spojrzeniu dostrzegłam pewien chłód. Co znowu zrobiłam nie tak?

– Mam dziewczynę – Braden uspokoił Craiga. – Nie próbuję poderwać twojej.

– Joss nie jest moją dziewczyną. – Craig pokręcił głową i uśmiechnął się do mnie bezczelnie. – A szkoda.

– Klientka.

Wskazałam na dziewczynę przy drugim końcu baru, zadowolona, że wreszcie mogę się go pozbyć.

Kiedy tylko Craig odszedł, Ellie pochyliła się nad barem.

– To nie twój chłopak? Naprawdę? Dlaczego? Przystojny. I wyraźnie leci na ciebie.

– Craig to jedna wielka choroba przenoszona drogą płciową – burknęłam, wycierając szmatką nieistniejącą plamę na blacie i rozpaczliwie usiłując ominąć wzrokiem Bradena.

– Zawsze tak się do ciebie odnosi? – spytał.

Z niechęcią podniosłam głowę i kiedy zobaczyłam, że zmrużonymi, lodowatozimnymi oczami spogląda w stronę mojego kolegi, natychmiast poczułam potrzebę stanięcia w obronie Craiga.

– Nie miał na myśli nic złego.

– O rany, ta przerwa na pewno trwała mniej niż dziesięć minut – jęknęła Jo, powoli wchodząc za bar.

Śmierdziała dymem z papierosów. Nie mieściło mi się w głowie, jak można ulegać nałogowi, który wiąże się z tak okropną wonią. Zmarszczyłam nos, a Jo od razu zrozumiała. Nie wzięła tego do serca, tylko wzruszyła ramionami, posłała mi buziaka w powietrzu i oparła się o bar naprzeciwko Bradena.

– A kogo my tu mamy?

– Jestem Ellie. – Moja współlokatorka pomachała do Jo zupełnie jak słodka piętnastolatka. Uśmiechnęłam się do niej. Musiałam przyznać, że ma mnóstwo wdzięku. – Mieszkam razem z Joss.