Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 406 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wbrew zasadom - Samantha Young

Jocelyn Butler pragnie tylko teraźniejszości, ale przyszłość czeka. Wkrótce wszystkie jej sekrety ujrzą światło dzienne...

Kilka lat temu Jocelyn pożegnała się w Stanach Zjednoczonych ze swoją tragiczną przeszłością i zaczęła nowe życie w Szkocji. Zakończyła żałobę, przepędziła demony i postanowiła już nigdy nie obdarzyć nikogo uczuciem. Życie samotnika układało jej się całkiem nieźle, dopóki nie wprowadziła się do nowego domu na Dublin Street, gdzie poznała mężczyznę, który wtargnął w jej starannie strzeżoną prywatność.

Braden Carmichael zawsze dostawał to, czego chce – a tym razem jest zdeterminowany zaciągnąć Jocelyn do łóżka. Wiedząc, jak bardzo obawia się ona stałych związków, Braden proponuje układ bez zobowiązań, który zadowoli ich oboje.

Zaintrygowana Jocelyn zgadza się, ale wkrótce przekonuje się, że Bradenowi nie wystarcza jedynie wielka namiętność. Uparty Szkot chce poznać jej prawdziwą naturę – przeniknąć aż do jej duszy.

Kiedy zaczęłam czytać tę powieść, znowu poczułam się jak młoda dziewczyna. Miałam ochotę powiesić na drzwiach swojego pokoju tabliczkę z napisem „Nie przeszkadzać” i czytać aż do rana. Umieszczam ją na swojej prywatnej liście bestsellerów 2012 roku! – Fiction Vixen

Mnóstwo zabawnych dialogów, niezwykle seksowne sceny i pełno dramatyzmu. Czy wspomniałam już o niezwykle seksownych scenach? – Dear Author

Opinie o ebooku Wbrew zasadom - Samantha Young

Fragment ebooka Wbrew zasadom - Samantha Young

Sa­man­tha Young

WBREWZA­SA­DOM

Prze­ło­ży­ła Al­do­na Moż­dżyń­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: On Du­blin Stre­et

Co­py­ri­ght © 2012 by Sa­man­tha Young

This edi­tion pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with NAL Si­gnet, a mem­ber of Pen­gu­in Gro­up (USA) Inc.All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght for the Po­lish Edi­tion © 2013 G+J Gru­ner+Jahr Pol­ska

Sp. z o.o. & Co. Spół­ka Ko­man­dy­to­wa

02-674 War­sza­wa, ul. Ma­ry­nar­ska 15

Dział han­dlo­wy: tel. 22 360 38 41–42

faks 22 360 38 49

Sprze­daż wy­sył­ko­wa:

Dział Ob­słu­gi Klien­ta, tel. 22 360 37 77

Prze­kład od rozdz. 21: Ro­bert P. Lip­ski

Re­dak­cja: Jo­an­na Zio­ło

Ko­rek­ta: Ma­rian­na Cha­łup­czak

Pro­jekt okład­ki: Pan­na Cot­ta

Zdję­cie na okład­ce: Ser­gejs Ra­hu­noks / Fo­to­lia

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ma­riusz Te­ler

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Ko­szał­ka

ISBN: 978-83-7778-477-8

Skład i ła­ma­nie: KAT­KA, War­sza­wa

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie

w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie

oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­we

– tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Prolog

Hrab­stwo Sur­ry, Wir­gi­nia

Nu­dzi­łam się.

Kyle Ram­sey ko­pał krze­sło, na któ­rym sie­dzia­łam, żeby zwró­cić na sie­bie moją uwa­gę, ale wczo­raj tak samo za­cze­piał moją przy­ja­ciół­kę Dru Tro­ler, a nie chcia­łam spra­wić jej przy­kro­ści. Na za­bój ko­cha­ła się w Kyle’u. Pa­trzy­łam więc tyl­ko, jak ry­su­je w rogu kart­ki ze­szy­tu ma­leń­kie ser­dusz­ka, pod­czas gdy pan Evans pi­sał na ta­bli­cy ko­lej­ne rów­na­nie. Po­win­nam się sku­pić, bo by­łam na­praw­dę kiep­ska z ma­te­ma­ty­ki. Ro­dzi­ce nie by­li­by za­do­wo­le­ni, gdy­bym ob­la­ła ten przed­miot w pierw­szym se­me­strze pierw­szej kla­sy.

– Pa­nie Ram­sey, czy mógł­by pan po­dejść do ta­bli­cy i od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, czy wo­lał­by pan zo­stać za Jo­ce­lyn i jesz­cze tro­chę po­ko­pać jej krze­sło?

Wszy­scy za­chi­cho­ta­li, a Dru rzu­ci­ła mi oskar­ża­ją­ce spoj­rze­nie. Skrzy­wi­łam się i spio­ru­no­wa­łam wzro­kiem na­uczy­cie­la.

– Je­śli moż­na, wo­lał­bym tu zo­stać, pa­nie pro­fe­so­rze – od­parł non­sza­lanc­ko Kyle.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi. Nie obej­rza­łam się za sie­bie, cho­ciaż czu­łam na kar­ku świ­dru­ją­ce oczy Kyle’a.

– Kyle, to było py­ta­nie re­to­rycz­ne. Pro­szę do ta­bli­cy.

Pu­ka­nie do drzwi prze­rwa­ło pe­łen nie­za­do­wo­le­nia jęk Kyle’a. Na wi­dok dy­rek­tor­ki, pani Shaw, cała kla­sa za­sty­gła w bez­ru­chu. Po co tu przy­szła? To mo­gło ozna­czać same kło­po­ty.

– Oho­ho – mruk­nę­ła Dru, a ja spoj­rza­łam na nią, marsz­cząc brwi. Ru­chem gło­wy wska­za­ła na drzwi. – Gli­ny.

Za­sko­czo­na po­pa­trzy­łam na wej­ście do kla­sy, gdzie dy­rek­tor­ka coś szep­ta­ła do pana Evan­sa. Rze­czy­wi­ście, przez uchy­lo­ne drzwi doj­rza­łam dwóch po­li­cjan­tów na ko­ry­ta­rzu.

– Pan­no Bu­tler. – Na dźwięk swo­je­go na­zwi­ska prze­nios­łam wzrok na dy­rek­tor­kę. Kie­dy zro­bi­ła krok w moją stro­nę, po­czu­łam, że ser­ce pod­cho­dzi mi do gar­dła. Jej zmę­czo­ne oczy spo­glą­da­ły na mnie ze współ­czu­ciem. Za­pra­gnę­łam uciec przed nią i przed tym, co mia­ła mi do po­wie­dze­nia. – Czy mo­gła­byś ze mną pójść? Pro­szę wziąć swo­je rze­czy.

Zwy­kle w po­dob­nej sy­tu­acji wszy­scy za­czy­na­li wzdy­chać, spo­dzie­wa­jąc się, że zno­wu wpa­ko­wa­łam się w kło­po­ty. Ale tym ra­zem wy­czu­li, że cho­dzi o coś in­ne­go. Nie wie­dzie­li, ja­kie wie­ści usły­szę, ale nie pró­bo­wa­li się ze mnie na­bi­jać.

– Pan­no Bu­tler?

Cała się trzę­słam od na­głe­go przy­pły­wu ad­re­na­li­ny, a w uszach tak mi hu­cza­ło, że le­d­wie sły­sza­łam pa­nią Shaw. Czy coś się sta­ło ma­mie? Ta­cie? A może mo­jej młod­szej sio­strze Beth? W tym ty­go­dniu ro­dzi­ce wzię­li urlop, żeby się od­stre­so­wać po dość sza­lo­nych wa­ka­cjach. Dziś mie­li za­brać Beth na pik­nik.

– Joss.

Dru szturch­nę­ła mnie lek­ko, a kie­dy tyl­ko po­czu­łam na ra­mie­niu jej ło­kieć, po­de­rwa­łam się tak gwał­tow­nie, że moje krze­sło z trza­skiem prze­wró­ci­ło się na pod­ło­gę. Nie pa­trząc na ni­ko­go, nie­zdar­nie spa­ko­wa­łam tor­bę, zgar­nia­jąc do niej wszyst­ko z ław­ki. Po kla­sie roz­szedł się szept ni­czym po­dmuch zim­ne­go wia­tru wdzie­ra­ją­ce­go się przez szpa­rę w oknie. Nie chcia­łam wie­dzieć, co mnie cze­ka, ale pra­gnę­łam jak naj­szyb­ciej opu­ścić kla­sę.

Z tru­dem sta­wia­jąc nogę za nogą, wy­szłam za dy­rek­tor­ką na ko­ry­tarz. Usły­sza­łam, jak pan Evans za­my­ka za mną drzwi. Mil­cza­łam. Spoj­rza­łam na pa­nią Shaw, a po­tem na dwóch po­li­cjan­tów, któ­rzy przy­glą­da­li mi się z wy­uczo­nym współ­czu­ciem. Pod ścia­ną sta­ła ko­bie­ta, któ­rej wcze­śniej nie za­uwa­ży­łam. Mia­ła po­sęp­ną minę, ale była spo­koj­na.

Pani Shaw do­tknę­ła mo­jej ręki; spoj­rza­łam w dół na jej dłoń. Do tej pory nie za­mie­ni­łam z nią ani sło­wa, a te­raz na­gle mnie do­ty­ka?

– Jo­ce­lyn… to ofi­ce­ro­wie Wil­son i Mi­cha­els. A to pani Ali­cia Nu­gent z MOPS-u.

Spoj­rza­łam py­ta­ją­co na dy­rek­tor­kę.

Po­bla­dła.

– Wy­dział po­mo­cy spo­łecz­nej.

Ogar­nął mnie taki strach, że z tru­dem mo­głam od­dy­chać.

– Jo­ce­lyn, tak mi przy­kro, że mu­szę ci to po­wie­dzieć… – cią­gnę­ła pani Shaw. – Twoi ro­dzi­ce i sio­stra mie­li wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy.

Cze­ka­łam ze ści­śnię­tym ser­cem.

– Zgi­nę­li na miej­scu. Tak bar­dzo mi przy­kro.

Ko­bie­ta z opie­ki spo­łecz­nej zro­bi­ła krok w moją stro­nę i za­czę­ła coś mó­wić. Pa­trzy­łam na nią, ale wi­dzia­łam je­dy­nie pla­mę ko­lo­rów. Jej głos do­cie­rał do mnie jak przez ścia­nę.

Nie mo­głam zła­pać tchu.

W pa­ni­ce wy­cią­gnę­łam ręce, pró­bu­jąc zła­pać po­wie­trze. Po­czu­łam na ra­mio­nach czy­jeś dło­nie. Ci­chy, spo­koj­ny głos. Łzy na po­licz­kach. Sól na ję­zy­ku. A moje ser­ce… biło tak moc­no, jak­by lada chwi­la mia­ło eks­plo­do­wać.

Umie­ra­łam.

– Jo­ce­lyn, od­dy­chaj.

Ktoś w kół­ko mi to po­wta­rzał, aż za­sto­so­wa­łam się do tej in­struk­cji. Po paru chwi­lach moje ser­ce się uspo­ko­iło, a płu­ca się roz­sze­rzy­ły. Znik­nę­ły mrocz­ki, któ­re mia­łam przed ocza­mi.

– Już, już – szep­ta­ła pani Shaw, cie­płą dło­nią głasz­cząc mnie po ple­cach. – Już, już.

– Mu­si­my iść – przez mgłę, któ­ra mnie ota­cza­ła, prze­darł się głos ko­bie­ty z opie­ki spo­łecz­nej.

– Jo­ce­lyn, je­steś go­to­wa? – spy­ta­ła ci­cho pani Shaw.

– Oni nie żyją – po­wie­dzia­łam, chcąc usły­szeć, jak to brzmi. Czu­łam się jak we śnie.

– Ko­cha­nie, tak mi przy­kro.

Zim­ny pot ob­lał mi dło­nie, pa­chy i kark. Na ca­łym cie­le po­ja­wi­ła się gę­sia skór­ka, nie mo­głam prze­stać się trząść. Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, za­to­czy­łam się na lewo, po­czu­łam żo­łą­dek w gar­dle i gwał­tow­nie zwy­mio­to­wa­łam. Zgię­łam się wpół i zwró­ci­łam całe śnia­da­nie na buty ko­bie­ty z opie­ki spo­łecz­nej.

– Jest w szo­ku.

Na­praw­dę by­łam w szo­ku?

A może to tyl­ko cho­ro­ba lo­ko­mo­cyj­na?

Do­słow­nie przed chwi­lą tam sie­dzia­łam. Było cie­pło i bez­piecz­nie. Parę se­kund póź­niej roz­legł się huk miaż­dżo­ne­go me­ta­lu…

… i zna­la­złam się zu­peł­nie gdzie in­dziej.

1

Szko­cjaOsiem lat póź­niej

Był pięk­ny dzień na zna­le­zie­nie no­we­go domu. I no­wej współ­lo­ka­tor­ki.

Wy­szłam z wil­got­nej, sta­rej klat­ki scho­do­wej mo­je­go domu w sty­lu geo­r­giań­skim na za­ska­ku­ją­co upal­ną uli­cę Edyn­bur­ga. Spoj­rza­łam na uro­cze dżin­so­we spoden­ki w bia­ło-zie­lo­ne pa­ski, któ­re ku­pi­łam parę ty­go­dni wcze­śniej. Od tam­tej pory pa­da­ło pra­wie bez prze­rwy, a ja nie mo­głam się do­cze­kać, kie­dy wresz­cie je wło­żę. Zza na­roż­nej wie­ży ko­ścio­ła ewan­ge­lic­kie­go Brunts­field wy­szło słoń­ce, któ­re osta­tecz­nie roz­wia­ło moją me­lan­cho­lię i przy­wró­ci­ło mi odro­bi­nę na­dziei. Jako oso­ba, któ­ra całe ży­cie spę­dzi­ła w Sta­nach i w wie­ku za­le­d­wie osiem­na­stu lat prze­nio­sła się do oj­czy­ste­go kra­ju mat­ki, bar­dzo źle zno­si­łam zmia­ny. W każ­dym ra­zie te­raz. Zdą­ży­łam się przy­zwy­cza­ić do ogrom­ne­go apar­ta­men­tu, w któ­rym nie mo­głam wy­tę­pić my­szy, i tę­sk­ni­łam za swo­ją przy­ja­ciół­ką Rhian, z któ­rą miesz­ka­łam od pierw­sze­go roku stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie Edyn­bur­skim. Po­zna­ły­śmy się w aka­de­mi­ku i od razu po­lu­bi­ły­śmy. Obie by­ły­śmy bar­dzo skry­te i czu­ły­śmy się do­brze w swo­im to­wa­rzy­stwie z tej pro­stej przy­czy­ny, że nie wy­py­ty­wa­ły­śmy się na­wza­jem o prze­szłość. Na pierw­szym roku zbli­ży­ły­śmy się do sie­bie, a na dru­gim po­sta­no­wi­ły­śmy wspól­nie wy­na­jąć apar­ta­ment (czy też „miesz­ka­nie”, jak mó­wi­ła Rhian). Po stu­diach ona wy­je­cha­ła do Lon­dy­nu, żeby tam zro­bić dok­to­rat, a ja zo­sta­łam bez współ­lo­ka­tor­ki. Na do­da­tek stra­ci­łam kon­takt z dru­gim swo­im przy­ja­cie­lem – Ja­me­sem, chło­pa­kiem Rhian. Uciekł do Lon­dy­nu (któ­re­go, na­wia­sem mó­wiąc, nie cier­piał), by być ra­zem z Rhian. Cza­ry go­ry­czy do­peł­ni­ła wła­ści­ciel­ka miesz­ka­nia, któ­re wy­naj­mo­wa­łam – wła­śnie się roz­wo­dzi­ła i chcia­ła je od­zy­skać.

Przez ostat­nie dwa ty­go­dnie od­po­wia­da­łam na ogło­sze­nia mło­dych ko­biet szu­ka­ją­cych współ­lo­ka­tor­ki. Jak na ra­zie nic z tego nie wy­szło. Jed­na z dziew­czyn nie chcia­ła miesz­kać z Ame­ry­kan­ką. Wy­obraź­cie so­bie moją minę! Trzy miesz­ka­nia były po pro­stu pa­skud­ne. Je­stem pew­na, że wła­ści­ciel­ka jed­ne­go z nich han­dlo­wa­ła ko­ka­iną, a przez dom in­nej prze­wi­ja­ło się wię­cej fa­ce­tów niż przez bur­del. Duże na­dzie­je po­kła­da­łam w dzi­siej­szym spo­tka­niu z El­lie Car­mi­cha­el, na któ­re wła­śnie się wy­bie­ra­łam. Był to naj­droż­szy apar­ta­ment z mo­jej li­sty i znaj­do­wał się po dru­giej stro­nie cen­trum mia­sta.

Oszczęd­nie go­spo­da­ro­wa­łam swo­im spad­kiem, jak­by mo­gło to w ja­kiś spo­sób osło­dzić go­rycz zwią­za­ną z odzie­dzi­cze­niem for­tu­ny. Za­czy­na­łam jed­nak po­pa­dać w de­spe­ra­cję.

Po­nie­waż chcia­łam zo­stać pi­sar­ką, mu­sia­łam zna­leźć od­po­wied­nie lo­kum i od­po­wied­nią współ­lo­ka­tor­kę.

Oczy­wi­ście mo­gła­bym za­miesz­kać sama. Było mnie na to stać. Ale wi­zja cał­ko­wi­tej sa­mot­no­ści wca­le mi się nie po­do­ba­ła. Po­mi­mo swo­jej skry­to­ści lu­bi­łam ota­czać się ludź­mi. Kie­dy mó­wi­li o czymś, cze­go sama nig­dy nie prze­ży­łam, mo­głam spoj­rzeć na daną sy­tu­ację z ich punk­tu wi­dze­nia. Uwa­żam, że do­bry pi­sarz po­wi­nien mieć sze­ro­ką per­spek­ty­wę. Nie mu­sia­łam za­ra­biać na utrzy­ma­nie, ale w czwart­ki i piąt­ki wie­czo­rem pra­co­wa­łam w ba­rze na Geo­r­ge Stre­et. Ste­reo­typ, że wszy­scy zwie­rza­ją się bar­ma­nom, oka­zał się praw­dzi­wy.

Po­lu­bi­łam swo­ich ko­le­gów, Jo i Cra­iga, ale spo­ty­ka­li­śmy się tyl­ko w pra­cy. Je­śli więc chcia­łam, żeby wo­kół mnie coś się dzia­ło, mu­sia­łam zna­leźć współ­lo­ka­tor­kę. Plu­sem było to, że miesz­ka­nie, któ­re szłam obej­rzeć, znaj­do­wa­ło się za­le­d­wie kil­ka prze­cznic od mo­je­go baru.

Sta­ra­jąc się opa­no­wać nie­po­kój wy­wo­ła­ny szu­ka­niem no­we­go lo­kum, wy­pa­try­wa­łam wol­nej tak­sów­ki. Do­strze­głam lo­dziar­nię i za­ma­rzy­łam, żeby tam wstą­pić na pysz­ny de­ser, przez co nie­omal prze­ga­pi­łam zbli­ża­ją­cą się tak­sów­kę. Za­ma­cha­łam ręką. Na szczę­ście kie­row­ca mnie spo­strzegł i za­trzy­mał się przy kra­węż­ni­ku. Wbie­głam na sze­ro­ką uli­cę, uwa­ża­jąc, żeby się nie roz­pać­kać jak bia­ło-zie­lo­ny owad na przed­niej szy­bie ja­kie­goś nie­szczę­śni­ka, i już wy­cią­gnę­łam rękę w kie­run­ku klam­ki.

Za­miast niej zła­pa­łam czy­jąś dłoń.

Zde­pry­mo­wa­na po­wę­dro­wa­łam wzro­kiem po opa­lo­nej mę­skiej dło­ni i dłu­giej ręce ku sze­ro­kim ra­mio­nom i twa­rzy, któ­rą wi­dzia­łam nie­zbyt wy­raź­nie, bo słoń­ce świe­ci­ło mi w oczy. Przede mną stał ogrom­ny, pra­wie dwu­me­tro­wy męż­czy­zna. Ja mie­rzę za­le­d­wie metr sześć­dzie­siąt dwa.

Za­re­je­stro­wa­łam, że ma na so­bie dro­gi gar­ni­tur. Dla­cze­go pró­bo­wał we­pchnąć się do mo­jej tak­sów­ki?

Wes­tchnął cięż­ko.

– W któ­rą stro­nę pani je­dzie? – za­py­tał dud­nią­cym, ochry­płym gło­sem.

Miesz­ka­łam tu od czte­rech lat, ale szkoc­ki ak­cent wciąż przy­pra­wiał mnie o dresz­cze. Tak samo za­dzia­łał te­raz, cho­ciaż py­ta­nie było krót­kie.

– Na Du­blin Stre­et – od­par­łam au­to­ma­tycz­nie, ma­jąc na­dzie­ję, że jadę da­lej niż on i że to mnie do­sta­nie się tak­sów­ka.

– Do­sko­na­le. – Otwo­rzył drzwi auta. – Wy­bie­ram się w tam­tą stro­nę, a po­nie­waż już je­stem spóź­nio­ny, to może po­je­dzie­my ra­zem, za­miast przez dzie­sięć mi­nut za­sta­na­wiać się, kto bar­dziej po­trze­bu­je tak­sów­ki.

Na dol­nej czę­ści ple­ców po­czu­łam cie­płą dłoń, któ­ra lek­ko po­pchnę­ła mnie do przo­du. Nie­co oszo­ło­mio­na, na­gle zna­la­złam się w tak­sów­ce. Usia­dłam i za­pię­łam pas, za­sta­na­wia­jąc się, czy w ogó­le wy­ra­zi­łam zgo­dę. Nie, chy­ba nie.

Kie­dy Gar­ni­tur po­pro­sił kie­row­cę, żeby je­chał na Du­blin Stre­et, zmarsz­czy­łam brwi i mruk­nę­łam:

– Dzię­ki.

– Jest pani Ame­ry­kan­ką?

Po tym py­ta­niu w koń­cu spoj­rza­łam na pa­sa­że­ra obok mnie. Oho­ho.

O rany.

Miał ze trzy­dzie­ści lat. Nie był przy­stoj­ny w kla­sycz­ny spo­sób, ale za­uwa­ży­łam błysk w jego oczach, a je­den ką­cik zmy­sło­wych ust lek­ko się uno­sił, co ra­zem z całą resz­tą nada­wa­ło mu nie­zwy­kle sek­sow­ny wy­gląd. Są­dząc po syl­wet­ce w wy­jąt­ko­wo do­brze skro­jo­nym, dro­gim, sre­brzy­sto­sza­rym gar­ni­tu­rze, spo­ro ćwi­czył. Sie­dział z non­sza­lan­cją wy­spor­to­wa­ne­go fa­ce­ta. Brzuch pod ka­mi­zel­ką i bia­łą ko­szu­lą mu­siał być twar­dy jak stal. Ja­sno­nie­bie­skie oczy oko­lo­ne dłu­gi­mi rzę­sa­mi wy­glą­da­ły na roz­ba­wio­ne. Ża­ło­wa­łam, że ma ciem­ne wło­sy.

Za­wsze wo­la­łam blon­dy­nów.

Ale do tej pory nie zda­rzy­ło się, by na sam wi­dok któ­re­go­kol­wiek z nich moje pod­brzu­sze za­czę­ło roz­kosz­nie pul­so­wać. Ten męż­czy­zna miał twarz o moc­nych ry­sach: wy­raź­nie za­ry­so­wa­ną szczę­kę, do­łek w bro­dzie, sze­ro­kie ko­ści po­licz­ko­we, rzym­ski nos. Po­licz­ki po­kry­wał ciem­ny za­rost, wło­sy po­zo­sta­wa­ły w lek­kim nie­ła­dzie. To za­nie­dba­nie dziw­nie kłó­ci­ło się ze sty­lo­wym, mar­ko­wym gar­ni­tu­rem.

Wi­dząc, że zwy­czaj­nie się na nie­go ga­pię, Gar­ni­tur uniósł jed­ną brew, a ja po­czu­łam jesz­cze więk­sze po­żą­da­nie, co zu­peł­nie mnie za­sko­czy­ło. Męż­czyź­ni nig­dy mnie nie po­cią­ga­li od pierw­sze­go wej­rze­nia. I od­kąd prze­sta­łam być na­sto­lat­ką, nig­dy na­wet nie po­my­śla­łam o tym, żeby być z męż­czy­zną tyl­ko dla sek­su.

Nie by­łam jed­nak pew­na, czy od­rzu­ci­ła­bym pro­po­zy­cję tego fa­ce­ta.

Kie­dy tyl­ko ta myśl prze­mknę­ła mi przez gło­wę, cała ze­sztyw­nia­łam, za­sko­czo­na i po­de­ner­wo­wa­na. Z po­mo­cą na­tych­miast przy­szły mi me­cha­ni­zmy obron­ne i mo­głam się zdo­być na bez­na­mięt­ną uprzej­mość.

– Tak, je­stem Ame­ry­kan­ką – od­par­łam, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że Gar­ni­tur za­dał py­ta­nie.

Od­wró­ci­łam wzrok od jego twa­rzy, na któ­rej ma­lo­wał się zna­czą­cy uśmie­szek, i uda­jąc znu­dze­nie, w du­chu po­dzię­ko­wa­łam nie­bio­som za to, że moja oliw­ko­wa cera po­tra­fi za­tu­szo­wać ru­mie­niec.

– Jest pani tu prze­jaz­dem? – wy­mru­czał.

By­łam już tak zi­ry­to­wa­na, że po­sta­no­wi­łam ogra­ni­czyć wy­po­wie­dzi do mi­ni­mum. Kto wie, ja­kie głup­stwo mo­gła­bym pal­nąć?

– Nie.

– W ta­kim ra­zie stu­diu­je tu pani.

Zwró­ci­łam uwa­gę na spo­sób, w jaki to po­wie­dział. „W ta­kim ra­zie stu­diu­je tu pani”. Jak­by prze­wró­cił ocza­mi, wy­ra­ża­jąc tym sa­mym opi­nię, że stu­den­ci to naj­gor­sze obi­bo­ki, nie­ma­ją­ce celu w ży­ciu. Gwał­tow­nie od­wró­ci­łam gło­wę, aby spio­ru­no­wać go wzro­kiem, i spo­strze­głam, że z za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­da się moim no­gom. Tym ra­zem to ja unio­słam brew, cze­ka­jąc, aż prze­sta­nie się ga­pić swo­imi cu­dow­ny­mi ocza­mi na moją nagą skó­rę. Gar­ni­tur wy­czuł, że na nie­go pa­trzę, pod­niósł wzrok i zo­ba­czył moją minę. My­śla­łam, że bę­dzie uda­wał, iż wca­le się na mnie nie ga­pił, albo że szyb­ko od­wró­ci gło­wę. Nie spo­dzie­wa­łam się, że tyl­ko wzru­szy ra­mio­na­mi i po­śle mi naj­bar­dziej le­ni­wy, bez­czel­ny i naj­sek­sow­niej­szy uśmiech, jaki zda­rzy­ło mi się wi­dzieć.

Wznio­słam oczy ku nie­bu, usi­łu­jąc zi­gno­ro­wać falę go­rą­ca, któ­ra za­la­ła moje pod­brzu­sze.

– By­łam stu­dent­ką – od­par­łam z lek­ką iry­ta­cją. – Miesz­kam tu. Mam po­dwój­ne oby­wa­tel­stwo.

Dla­cze­go mu się tłu­ma­czy­łam?

– Jest pani pół­krwi Szkot­ką?

Kiw­nę­łam gło­wą. Szcze­rze mó­wiąc, sza­le­nie mi się spodo­bał spo­sób, w jaki wy­mó­wił „Szkot­ką”.

– Czym te­raz się pani zaj­mu­je?

Po co chciał to wie­dzieć? Zer­k­nę­łam na nie­go ką­tem oka. Za pie­nią­dze, ja­kie wy­dał na trzy­czę­ścio­wy gar­ni­tur, ja i Rhian mo­gły­by­śmy się ży­wić przez czte­ry lata stu­diów.

– A pan? Bo chy­ba nie wa­bie­niem ko­biet do tak­só­wek?

Na tę iro­nicz­ną uwa­gę za­re­ago­wał je­dy­nie lek­kim uśmiesz­kiem.

– A jak pani my­śli?

– Pew­nie jest pan praw­ni­kiem. Od­po­wia­da­nie py­ta­nia­mi na py­ta­nie, wy­nio­sły, za­ro­zu­mia­ły uśmiech…

Za­śmiał się tu­bal­nie, aż po­czu­łam wi­bra­cje w pier­si. Spoj­rzał na mnie błysz­czą­cy­mi ocza­mi.

– Nie je­stem praw­ni­kiem. Ale pani mo­gła­by być. Pani też od­po­wia­da py­ta­niem na py­ta­nie. A to… – wska­zał na moje usta, a jego oczy po­ciem­nia­ły o je­den od­cień, kie­dy pie­ścił wzro­kiem za­rys mo­ich warg – z pew­no­ścią jest za­ro­zu­mia­ły uśmiech. – Jego głos stał się jesz­cze niż­szy.

Puls mi pod­sko­czył, kie­dy nie od­ry­wa­li­śmy od sie­bie wzro­ku nie­co dłu­żej, niż wy­pa­da­ło nie­zna­jo­mym. Po­czu­łam falę go­rą­ca na po­licz­kach… i w in­nych miej­scach. Co­raz bar­dziej pod­nie­cał mnie i ten fa­cet, i nie­ma roz­mo­wa na­szych ciał. Kie­dy po­czu­łam tward­nie­nie sut­ków pod biu­sto­no­szem, na­tych­miast się opa­mię­ta­łam. Ode­rwa­łam od nie­go oczy i wyj­rza­łam przez okno, mo­dląc się w du­chu, że­by­śmy je­cha­li tak przez cały dzień.

Kie­dy do­tar­li­śmy na Prin­ces Stre­et i tra­fi­li­śmy na ko­lej­ny ob­jazd spo­wo­do­wa­ny bu­do­wą pierw­szej li­nii tram­wa­jo­wej, za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy po pro­stu nie uciec z tak­sów­ki bez sło­wa.

– Je­steś nie­śmia­ła? – spy­tał Gar­ni­tur, roz­wie­wa­jąc moje pla­ny.

Nic nie mo­głam na to po­ra­dzić. Od­wró­ci­łam się do nie­go z py­ta­ją­cym uśmie­chem.

– Słu­cham?

Prze­chy­lił gło­wę i spoj­rzał na mnie zmru­żo­ny­mi ocza­mi. Wy­glą­dał jak roz­le­ni­wio­ny ty­grys, któ­ry ob­ser­wo­wał uważ­nie i oce­niał, czy war­to na mnie za­po­lo­wać. Za­drża­łam, kie­dy po­wtó­rzył:

– Je­steś nie­śmia­ła?

Czy by­łam nie­śmia­ła? Nie. Nie nie­śmia­ła. Po pro­stu obo­jęt­na. Tak wo­la­łam. Tak było bez­piecz­niej.

– Dla­cze­go tak my­ślisz? – za­py­ta­łam.

Czyż­bym spra­wia­ła wra­że­nie nie­śmia­łej? Aż się skrzy­wi­łam na tę myśl.

Gar­ni­tur wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Więk­szość ko­biet sko­rzy­sta­ła­by z oka­zji i pró­bo­wa­ła­by od­gryźć mi ucho, wci­snąć swój nu­mer te­le­fo­nu… a może i coś wię­cej.

Na chwi­lę prze­niósł wzrok na moje pier­si. Po­licz­ki za­la­ła mi fala go­rą­ca. Nie pa­mię­ta­łam, kie­dy ostat­nio ko­muś uda­ło się wpra­wić mnie w ta­kie za­kło­po­ta­nie. Nie­przy­zwy­cza­jo­na do tego, pró­bo­wa­łam się otrzą­snąć.

Zdu­mia­ła mnie wła­sna pew­ność sie­bie, kie­dy bez skrę­po­wa­nia się do nie­go uśmiech­nę­łam, i po­czu­łam za­ska­ku­ją­cą przy­jem­ność, gdyż jego re­ak­cją było szer­sze otwar­cie oczu.

– O rany, masz o so­bie bar­dzo wy­so­kie mnie­ma­nie.

Zre­wan­żo­wał się uśmie­chem. Zęby miał bia­łe, cho­ciaż nie ide­al­nie rów­ne, a jego nie­co krzy­wy uśmie­szek spra­wił, że ogar­nę­ło mnie ja­kieś dziw­ne, nie­zna­ne uczu­cie.

– Po pro­stu znam to z do­świad­cze­nia.

– Cóż, nie je­stem dziew­czy­ną, któ­ra daje swój te­le­fon fa­ce­to­wi, któ­re­go przed chwi­lą spo­tka­ła.

– Aha­aa. – Po­ki­wał gło­wą, jak­by coś zro­zu­miał. Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy, mina sta­ła się po­waż­niej­sza. Gar­ni­tur nie­co od­su­nął się ode mnie. – Na­le­żysz do tych ko­biet, któ­re idą z fa­ce­tem do łóż­ka nie wcze­śniej niż na trze­ciej rand­ce, ma­rzą o ślu­bie i dzie­ciach.

Skrzy­wi­łam się, sły­sząc ten ko­men­tarz.

– Nie, nie, nie.

Ślub i dzie­ci? Aż się wzdry­gnę­łam na tę myśl, a lęk, któ­ry no­si­łam w so­bie co­dzien­nie, spra­wił, że po­czu­łam ucisk w pier­si.

Gar­ni­tur zno­wu na mnie spoj­rzał i to, co do­strzegł na mo­jej twa­rzy, spra­wi­ło, że na­tych­miast się roz­luź­nił.

– Cie­ka­we – mruk­nął.

Nie. Wca­le nie cie­ka­we. Nie chcia­łam cie­ka­wić tego go­ścia.

– Nie dam ci swo­je­go te­le­fo­nu.

Zno­wu sze­ro­ko się uśmiech­nął.

– Wca­le o nie­go nie pro­si­łem. Na­wet gdy­bym chciał, to­bym nie po­pro­sił. Mam dziew­czy­nę.

Zi­gno­ro­wa­łam roz­cza­ro­wa­nie, któ­re przez chwi­lę po­czu­łam, ale nie po­tra­fi­łam utrzy­mać ję­zy­ka za zę­ba­mi.

– Wo­bec tego prze­stań się na mnie ga­pić.

Gar­ni­tur miał roz­ba­wio­ną minę.

– Mam dziew­czy­nę, ale nie je­stem śle­py. To, że nie mogę nic zro­bić, nie ozna­cza, że nie mogę cho­ciaż so­bie po­pa­trzeć.

Za­in­te­re­so­wa­nie tego fa­ce­ta wca­le mnie nie eks­cy­to­wa­ło. Je­stem sil­ną, nie­za­leż­ną ko­bie­tą. Wyj­rza­łam przez okno i z ulgą stwier­dzi­łam, że do­je­cha­li­śmy do Qu­een Stre­et Gar­dens. Du­blin Stre­et była tuż za ro­giem.

– Wy­sią­dę tu­taj, dzię­ku­ję! – za­wo­ła­łam do kie­row­cy.

– Gdzie? – od­krzyk­nął szo­fer.

– Tu – od­par­łam nie­co ostrzej­szym to­nem, niż za­mie­rza­łam.

Ode­tchnę­łam z ulgą, kie­dy kie­run­kow­skaz za­czął mi­gać i tak­sów­ka się za­trzy­ma­ła. Na­wet nie spo­glą­da­jąc w stro­nę Gar­ni­tu­ra, po­da­łam kie­row­cy pie­nią­dze i chwy­ci­łam klam­kę.

– Za­cze­kaj.

Znie­ru­cho­mia­łam i ze znu­że­niem obej­rza­łam się przez ra­mię.

– Co zno­wu?

– Masz ja­kieś imię?

Uśmiech­nę­łam się za­do­wo­lo­na, że za chwi­lę so­bie pój­dę i ta dziw­na obo­pól­na fa­scy­na­cja mi­nie.

– Na­wet dwa.

Wy­sko­czy­łam z tak­sów­ki, igno­ru­jąc zdra­dziec­ki dresz­czyk roz­ko­szy, jaki mnie prze­szył, gdy usły­sza­łam za sobą ci­chy śmiech.

Kie­dy tyl­ko drzwi się otwo­rzy­ły i zo­ba­czy­łam El­lie Car­mi­cha­el, na­tych­miast po­czu­łam, że ją po­lu­bię. Była wy­so­ką blon­dyn­ką, mia­ła na so­bie mod­ne, wy­god­ne ubra­nie – spoden­ki i ko­szul­kę – oraz nie­bie­ski fil­co­wy ka­pe­lusz, w jej oku tkwił mo­nokl, a pod no­sem wid­nia­ły sztucz­ne wąsy.

Za­mru­ga­ła ogrom­ny­mi ja­sno­nie­bie­ski­mi ocza­mi.

– Przy­szłam nie w porę? – spy­ta­łam z roz­ba­wie­niem.

El­lie przez chwi­lę pa­trzy­ła na mnie lek­ko zdez­o­rien­to­wa­na moim cał­kiem sen­sow­nym py­ta­niem, zwa­żyw­szy na jej strój. Wska­za­ła na wąsy, jak­by na­gle jej się przy­po­mnia­ły.

– Przy­szłaś wcze­śnie. Wła­śnie sprzą­ta­łam.

Sprzą­ta­ła? W ka­pe­lu­szu, z mo­no­klem i sztucz­ny­mi wą­sa­mi? Zaj­rza­łam po­nad jej ra­mie­niem do ja­sne­go, prze­stron­ne­go holu. Pod prze­ciw­le­głą ścia­ną stał ro­wer bez przed­nie­go koła, na ta­bli­cy opar­tej o orze­cho­wą szaf­kę wi­sia­ły zdję­cia, pocz­tów­ki i wy­cin­ki z ga­zet. Pod rzę­dem wie­sza­ków ugi­na­ją­cych się od cię­ża­ru płasz­czy i kur­tek zo­ba­czy­łam roz­rzu­co­ne w nie­ła­dzie buty i parę czar­nych szpi­lek. Pod­ło­ga była wy­ło­żo­na drew­nia­nym par­kie­tem.

Su­per. Tknię­ta do­brym prze­czu­ciem, z uśmie­chem zno­wu spoj­rza­łam na El­lie.

– Ukry­wasz się przed ma­fią?

– Słu­cham?

– Mó­wię o tym prze­bra­niu.

– Ach, to. – Ro­ze­śmia­ła się i cof­nę­ła od drzwi, za­pra­sza­jąc do środ­ka. – Nie, nie. W nocy byli u mnie zna­jo­mi i tro­chę za dużo wy­pi­li­śmy. Wy­cią­gnę­li­śmy wszyst­kie moje ko­stiu­my na Hal­lo­we­en.

Zno­wu się uśmiech­nę­łam. To brzmia­ło faj­nie. Na­gle za­tę­sk­ni­łam za Rhian i Ja­me­sem.

– Je­steś Jo­ce­lyn, praw­da?

– Joss – po­pra­wi­łam ją.

Od śmier­ci ro­dzi­ców nikt nie uży­wał mo­je­go peł­ne­go imie­nia.

– Joss – po­wtó­rzy­ła i uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko, kie­dy we­szłam do apar­ta­men­tu na par­te­rze. Uno­sił się tam pięk­ny za­pach czy­sto­ści i świe­żo­ści.

Po­dob­nie jak dom, z któ­re­go mia­łam się wy­pro­wa­dzić, ten rów­nież zbu­do­wa­no w sty­lu geo­r­giań­skim. Kie­dyś był jed­no­ro­dzin­ny, te­raz po­dzie­lo­no go na dwa apar­ta­men­ty. Po są­siedz­ku znaj­do­wał się bu­tik, a po­ko­je nad nim na­le­ża­ły do skle­pi­ku. Nie wie­dzia­łam, jak wy­glą­da­ją, ale bu­tik był bar­dzo ład­ny, pe­łen ręcz­nie szy­tych, nie­po­wta­rzal­nych ubrań. Na­to­miast apar­ta­ment…

O rany.

Gład­kie ścia­ny świad­czy­ły o tym, że nie­daw­no je otyn­ko­wa­no, a oso­ba, któ­ra prze­pro­wa­dzi­ła re­mont, do­ko­na­ła praw­dzi­wych cu­dów. Wy­so­kie li­stwy przy­po­dło­go­we i stiu­ko­we fa­se­ty nada­wa­ły wnę­trzu kli­mat epo­ki. Su­fit był nie­bo­tycz­nie wy­so­ki, tak jak w moim po­przed­nim miesz­ka­niu. Chłod­ną biel ścian prze­ła­my­wa­ły barw­ne i eklek­tycz­ne ob­ra­zy. Biel by­ła­by zbyt su­ro­wa, ale w po­łą­cze­niu z ciem­ny­mi orze­cho­wy­mi drzwia­mi i drew­nia­nym par­kie­tem da­wa­ła efekt peł­nej pro­sto­ty ele­gan­cji.

Już się za­ko­cha­łam w tym miej­scu, cho­ciaż nie zdą­ży­łam obej­rzeć ca­łe­go apar­ta­men­tu.

El­lie po­spiesz­nie zdję­ła ka­pe­lusz i wąsy, od­wró­ci­ła się, żeby mi coś po­wie­dzieć, ale tyl­ko uśmiech­nę­ła się nie­śmia­ło i wy­ję­ła z oka mo­nokl. Odło­ży­ła go na orze­cho­wy kre­dens i spoj­rza­ła na mnie pro­mien­nie. Wy­glą­da­ła na we­so­łą dziew­czy­nę. Zwy­kle uni­ka­łam we­so­łych lu­dzi, ale w El­lie było coś uj­mu­ją­ce­go. Uzna­łam, że jest cza­ru­ją­ca.

– Może naj­pierw cię opro­wa­dzę?

– Zgo­da.

Sta­nę­ła po mo­jej le­wej stro­nie i otwo­rzy­ła drzwi.

– Ła­zien­ka. Wiem, to nie­kon­wen­cjo­nal­ne, że znaj­du­je się tuż przy wej­ściu, ale za to jest do­sko­na­le wy­po­sa­żo­na.

Hmm… zo­ba­czy­my, po­my­śla­łam, ostroż­nie wcho­dząc do środ­ka.

Moje klap­ki kla­ska­ły na lśnią­cych kre­mo­wych płyt­kach, któ­ry­mi wy­ło­żo­no całe po­miesz­cze­nie oprócz su­fi­tu po­ma­lo­wa­ne­go na ma­śla­no­żół­ty ko­lor i usia­ne­go lamp­ka­mi da­ją­cy­mi cie­płe świa­tło.

Ła­zien­ka była ogrom­na.

Prze­su­nę­łam dło­nią po brze­gu wan­ny sto­ją­cej na zło­tych ła­pach i na­tych­miast oży­ły ob­ra­zy w mo­jej wy­obraź­ni: gra mu­zy­ka, mi­go­czą pło­my­ki świec, trzy­mam kie­li­szek czer­wo­ne­go wina, za­nu­rzo­na w ką­pie­li od­ci­nam się od wszyst­kie­go. Wan­na sta­ła na sa­mym środ­ku. W głę­bi ła­zien­ki, w pra­wym rogu znaj­do­wa­ła się dwu­oso­bo­wa ka­bi­na prysz­ni­co­wa z naj­więk­szym sit­kiem desz­czow­ni­cy, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam. Po le­wej stro­nie, na bia­łej ce­ra­micz­nej szaf­ce sta­ła no­wo­cze­sna szkla­na misa. Umy­wal­ka?

Pró­bo­wa­łam to wszyst­ko ogar­nąć ro­zu­mem. Zło­te kra­ny, ogrom­ne lu­stro, pod­grze­wa­ny wie­szak na ręcz­ni­ki…

W mo­jej sta­rej ła­zien­ce nie było na­wet zwy­kłe­go wie­sza­ka.

– O rany. – Obej­rza­łam się przez ra­mię i uśmiech­nę­łam do El­lie. – Cu­dow­nie tu.

El­lie, nie­mal­że pod­ska­ku­jąc z en­tu­zja­zmu, po­ki­wa­ła gło­wą i spoj­rza­ła na mnie z we­so­ły­mi iskier­ka­mi w nie­bie­skich oczach.

– To praw­da. Rzad­ko z niej ko­rzy­stam, bo mam wła­sną. Dla mo­jej przy­szłej współ­lo­ka­tor­ki to pew­nie duży plus. Bę­dzie mia­ła tę ła­zien­kę wła­ści­wie tyl­ko dla sie­bie.

Hmm. Ta ła­zien­ka mnie ku­si­ła. Za­czy­na­łam ro­zu­mieć, co wpły­nę­ło na po­twor­nie wy­so­ki czynsz. Ale sko­ro El­lie było stać na tak luk­su­so­wy apar­ta­ment, to dla­cze­go mu­sia­ła wy­naj­mo­wać po­kój?

Idąc za nią przez hol do ogrom­ne­go sa­lo­nu, spy­ta­łam grzecz­nie:

– Czy two­ja po­przed­nia współ­lo­ka­tor­ka się wy­pro­wa­dzi­ła?

Mia­ło to za­brzmieć tak, jak­bym py­ta­ła z czy­stej cie­ka­wo­ści, ale w isto­cie pró­bo­wa­łam wy­ba­dać tę dziew­czy­nę. Sko­ro miesz­ka­nie było tak osza­ła­mia­ją­ce, to może ona sta­no­wi­ła pro­blem? Za­nim zdą­ży­ła od­po­wie­dzieć, sta­nę­łam jak wry­ta i po­wo­li się ob­ró­ci­łam, żeby obej­rzeć po­kój. Jak we wszyst­kich sta­rych do­mach i tu su­fit był bar­dzo wy­so­ki. Przez ogrom­ne okna wpa­da­ło mnó­stwo świa­tła z ru­chli­wej uli­cy. Na środ­ku prze­ciw­le­głej ścia­ny znaj­do­wał się im­po­nu­ją­cy ko­mi­nek, wy­raź­nie uży­wa­ny je­dy­nie jako ozdo­ba, nie zaś jako praw­dzi­we pa­le­ni­sko. Wpro­wa­dzał pew­ną har­mo­nię do tego non­sza­lanc­ko urzą­dzo­ne­go wnę­trza. Po­kój jest tro­chę za bar­dzo za­gra­co­ny jak na mój gust, po­my­śla­łam, ob­rzu­ca­jąc wzro­kiem ster­ty ksią­żek i in­nych przed­mio­tów le­żą­cych tu i ów­dzie. Wśród nich za­uwa­ży­łam na­wet za­baw­kę z Toy Sto­ry.

Wła­ści­wie nie za­mie­rza­łam py­tać.

Kie­dy zer­k­nę­łam na El­lie, za­gra­co­ny sa­lon za­czął na­bie­rać sen­su. Ja­sne wło­sy mia­ła ścią­gnię­te w roz­pa­da­ją­cy się kok, na sto­pach klap­ki nie do pary, a do jej łok­cia przy­kle­iła się met­ka.

– Współ­lo­ka­tor­ka? – po­wtó­rzy­ła, od­wra­ca­jąc się do mnie.

Zmarszcz­ka mię­dzy jej ja­sny­mi brwia­mi wy­gła­dzi­ła się i El­lie ze zro­zu­mie­niem po­ki­wa­ła gło­wą. Do­brze. Py­ta­nie nie było aż tak trud­ne.

– Oj, nie. – Po­krę­ci­ła gło­wą. – Nie mia­łam współ­lo­ka­tor­ki. Mój brat ku­pił ten apar­ta­ment jako in­we­sty­cję i go urzą­dził. Po­tem do­szedł do wnio­sku, że nie po­win­nam jed­no­cze­śnie za­ra­biać na czynsz i pi­sać dok­to­rat, więc po pro­stu mi go po­da­ro­wał.

Faj­ny brat.

Nie sko­men­to­wa­łam jej słów, ale naj­wy­raź­niej do­strzeg­ła re­ak­cję na mo­jej twa­rzy. Uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko, a w jej oczach po­ja­wi­ła się czu­łość.

– Bra­den jest dość eks­cen­trycz­ny. Nig­dy nie daje zwy­czaj­nych pre­zen­tów. Jak mo­gła­bym od­mó­wić? Je­dy­ny pro­blem po­le­ga na tym, że miesz­kam tu od mie­sią­ca i czu­ję się tro­chę sa­mot­na, cho­ciaż przy­ja­cie­le od­wie­dza­ją mnie w week­en­dy. Po­wie­dzia­łam więc Bra­de­no­wi, że znaj­dę so­bie współ­lo­ka­tor­kę. Nie był za­chwy­co­ny tym po­my­słem, ale zmie­nił zda­nie, kie­dy mu po­da­łam wy­so­kość czyn­szu. Praw­dzi­wy z nie­go biz­nes­men.

Wy­czu­łam, że El­lie ko­cha swo­je­go, naj­wy­raź­niej za­moż­ne­go, bra­ta i że są ze sobą zwią­za­ni. Wi­dzia­łam to w jej oczach, kie­dy o nim mó­wi­ła. Zna­łam to spoj­rze­nie. Ob­ser­wo­wa­łam je przez lata, sta­wia­łam mu czo­ło i chro­ni­łam się przed bó­lem, jaki mi spra­wiał wy­raz mi­ło­ści w czy­ichś oczach – w oczach lu­dzi, któ­rzy mie­li ro­dzi­nę.

– Musi być bar­dzo hoj­ny – po­wie­dzia­łam dy­plo­ma­tycz­nie, nie­przy­wy­kła do tego, że le­d­wie po­zna­ni lu­dzie opo­wia­da­ją mi za dużo o so­bie.

El­lie nie prze­ję­ła się moim ko­men­ta­rzem, któ­ry ra­czej nie za­chę­cał do dal­szych zwie­rzeń. Wciąż się uśmie­cha­jąc, za­pro­wa­dzi­ła mnie do kuch­ni. Po­miesz­cze­nie było dość wą­skie, ale na koń­cu się roz­sze­rza­ło, two­rząc za­tocz­kę, w któ­rej znaj­do­wał się stół i krze­sła. Tak samo jak cały apar­ta­ment kuch­nię wy­po­sa­żo­no w naj­lep­sze sprzę­ty, a na sa­mym jej środ­ku sta­ła ogrom­na, no­wo­cze­sna ku­chen­ka.

– Bar­dzo hoj­ny – po­wtó­rzy­łam.

W od­po­wie­dzi El­lie mruk­nę­ła coś pod no­sem.

– Bra­den jest zbyt hoj­ny – ode­zwa­ła się po chwi­li. – Nie po­trze­bu­ję tego wszyst­kie­go, ale on na­le­gał. Cały on. Na przy­kład jego dziew­czy­na… Bra­den speł­nia jej wszyst­kie za­chcian­ki. Tyl­ko cze­kam, kie­dy się nią znu­dzi tak jak po­przed­ni­mi. Ta jest naj­gor­sza ze wszyst­kich. Wy­raź­nie wi­dać, że bar­dziej ją ob­cho­dzi jego kasa niż on sam. Na­wet on o tym wie. Mówi, że taki układ mu od­po­wia­da. Układ? Kto uży­wa ta­kich okre­śleń?

Kto tyle gada?

Kie­dy mi po­ka­za­ła głów­ną sy­pial­nię, z tru­dem skry­łam uśmiech. Po­dob­nie jak El­lie była jed­nym wiel­kim cha­osem. El­lie nadal traj­ko­ta­ła o ewi­dent­nie nud­nej dziew­czy­nie bra­ta, a ja się za­sta­na­wia­łam, jak Bra­den by się czuł, gdy­by wie­dział, że sio­stra opo­wia­da o jego pry­wat­nych spra­wach zu­peł­nie ob­cej oso­bie.

– A to może być twój po­kój.

Sta­nę­ły­śmy w drzwiach po­ko­ju w głę­bi apar­ta­men­tu. Ogrom­ne okno wy­ku­szo­we, pod nim ła­wecz­ka, ża­kar­do­we za­sło­ny do sa­mej pod­ło­gi, wspa­nia­łe łóż­ko w sty­lu fran­cu­skie­go ro­ko­ka, biur­ko z orze­cho­we­go drew­na i skó­rza­ny fo­tel. Mia­ła­bym gdzie pi­sać.

Za­ko­cha­łam się.

– Pięk­ny.

Chcia­łam tam za­miesz­kać. Do dia­bła z kosz­ta­mi. Do dia­bła z ga­da­tli­wą współ­lo­ka­tor­ką. Wy­star­cza­ją­co dłu­go ży­łam aż nad­to skrom­nie. Zo­sta­łam sama w kra­ju, do któ­re­go się prze­nio­słam. Na­le­ża­ło mi się nie­co luk­su­su.

Do El­lie się przy­zwy­cza­ję. Dużo mówi, ale jest uro­cza i peł­na wdzię­ku, a z oczu do­brze jej pa­trzy.

– Może na­pi­je­my się her­ba­ty i za­sta­no­wi­my, co da­lej? – Zno­wu się do mnie uśmie­cha­ła.

Parę chwil póź­niej sie­dzia­łam sama w sa­lo­nie, a El­lie po­szła do kuch­ni, żeby zro­bić her­ba­tę. Na­gle przy­szło mi do gło­wy, że zu­peł­nie nie ma zna­cze­nia to, czy lu­bię tę dziew­czy­nę. To ona musi po­lu­bić mnie, je­śli chce wy­na­jąć po­kój. Za­czę­łam mieć oba­wy. Nie by­łam zbyt wy­lew­na, El­lie zaś na­le­ża­ła do wy­jąt­ko­wo otwar­tych lu­dzi. Może jed­nak mnie nie roz­gry­zie?

– Trud­no było – oznaj­mi­ła, wra­ca­jąc do sa­lo­nu. Nio­sła tacę z her­ba­tą i prze­ką­ska­mi. – To zna­czy zna­leźć współ­lo­ka­tor­kę. Nie­wie­le osób w na­szym wie­ku stać na tak wy­so­ki czynsz.

Ja odzie­dzi­czy­łam bar­dzo dużo pie­nię­dzy.

– Moja ro­dzi­na jest bo­ga­ta.

– Tak?

Prze­su­nę­ła w moją stro­nę ku­bek z go­rą­cą her­ba­tą i cze­ko­la­do­we­go muf­fin­ka.

Od­chrząk­nę­łam; pal­ce mi za­drża­ły. Po­czu­łam, że ob­le­wa mnie zim­ny pot, a krew dud­ni mi w uszach. Za­wsze tak re­ago­wa­łam, kie­dy by­łam na kra­wę­dzi wy­ja­wie­nia ko­muś praw­dy. Moi ro­dzi­ce i młod­sza sio­stra zgi­nę­li w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, kie­dy mia­łam czter­na­ście lat. Zo­stał mi tyl­ko wu­jek, któ­ry miesz­ka w Au­stra­lii. Nie chciał się mną za­opie­ko­wać, więc za­miesz­ka­łam u ro­dzi­ny za­stęp­czej. Moi ro­dzi­ce mie­li dużo pie­nię­dzy. Dzia­dek ze stro­ny ojca pro­wa­dził fir­mę wiert­ni­czą w Lu­izja­nie, a oj­ciec bar­dzo ostroż­nie dys­po­no­wał spad­kiem. Kie­dy skoń­czy­łam osiem­na­ście lat, wszyst­ko odzie­dzi­czy­łam. Gdy so­bie uświa­do­mi­łam, że El­lie wca­le nie musi znać mo­jej dra­ma­tycz­nej hi­sto­rii, ser­ce za­czę­ło mi bić wol­niej, a drże­nie rąk usta­ło.

– Ro­dzi­na mo­je­go ojca po­cho­dzi z Lu­izja­ny. Dzia­dek zbił for­tu­nę na wy­do­by­ciu ropy naf­to­wej.

– Och, to cie­ka­we. – W jej gło­sie za­brzmia­ła szcze­rość. – Two­ja ro­dzi­na prze­pro­wa­dzi­ła się stam­tąd?

Kiw­nę­łam gło­wą.

– Do Wir­gi­nii. Ale moja mama po­cho­dzi ze Szko­cji.

– A więc je­steś pół­krwi Szkot­ką. Faj­nie. – Uśmiech­nę­ła się ta­jem­ni­czo. – W mo­ich ży­łach też pły­nie szkoc­ka krew. Moja mama jest Fran­cuz­ką, ale kie­dy mia­ła pięć lat, jej ro­dzi­na prze­nio­sła się do St. An­drews. W ogó­le nie znam fran­cu­skie­go. – Par­sk­nę­ła śmie­chem. Cze­ka­ła na moją re­ak­cję.

– A twój brat mówi po fran­cu­sku?

– Oj, nie. – El­lie mach­nę­ła ręką. – Je­ste­śmy przy­rod­nim ro­dzeń­stwem. Mamy tego sa­me­go ojca. Na­sze mamy żyją, ale oj­ciec zmarł pięć lat temu. Był bar­dzo zna­nym biz­nes­me­nem. Sły­sza­łaś o fir­mie Do­uglas Car­mi­cha­el i spół­ka? To jed­na z naj­star­szych agen­cji nie­ru­cho­mo­ści w tym re­jo­nie. Tata we wcze­snej mło­do­ści prze­jął ją po ojcu i roz­wi­nął w fir­mę de­we­lo­per­ską. Był też wła­ści­cie­lem kil­ku re­stau­ra­cji i paru skle­pów z pa­miąt­ka­mi dla tu­ry­stów. Stwo­rzył małe im­pe­rium. Po jego śmier­ci in­te­re­sa­mi za­jął się Bra­den. Te­raz wszy­scy pró­bu­ją się wkraść w jego ła­ski i każ­dy chce coś uszczk­nąć dla sie­bie. Wie­dzą, że je­ste­śmy ze sobą sil­nie zwią­za­ni, więc sta­ra­ją się mnie wy­ko­rzy­sty­wać. – Z go­ry­czą wy­krzy­wi­ła ład­ne usta, co zu­peł­nie do niej nie pa­so­wa­ło.

– Przy­kro mi – po­wie­dzia­łam z nie­kła­ma­nym współ­czu­ciem.

Wie­dzia­łam, jak to jest. Był to je­den z po­wo­dów, dla któ­rych wy­je­cha­łam z Wir­gi­nii i za­czę­łam nowe ży­cie w Szko­cji.

El­lie roz­luź­ni­ła się, jak­by wy­czu­ła moją szcze­rość. Nig­dy bym się aż tak nie otwo­rzy­ła przed przy­ja­cie­lem, nie wspo­mi­na­jąc o zu­peł­nie ob­cej oso­bie, ale bez­po­śred­niość El­lie mnie nie od­stra­sza­ła. Być może ona ocze­ki­wa­ła, że zre­wan­żu­ję się tym sa­mym, wie­dzia­łam jed­nak, że kie­dy mnie po­zna, zro­zu­mie, że nig­dy się na to nie zdo­bę­dę.

Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu ci­sza, jaka mię­dzy nami za­pad­ła, nie oka­za­ła się krę­pu­ją­ca. El­lie chy­ba też to po­czu­ła, bo uśmiech­nę­ła się de­li­kat­nie.

– Co ro­bisz w Edyn­bur­gu?

– Po pro­stu miesz­kam. Mam po­dwój­ne oby­wa­tel­stwo. Tu czu­ję się le­piej.

Ta od­po­wiedź wy­raź­nie się jej spodo­ba­ła.

– Stu­diu­jesz?

Po­krę­ci­łam gło­wą.

– Nie­daw­no skoń­czy­łam stu­dia. W czwart­ki i piąt­ki pra­cu­ję w Club 39 na Geo­r­ge Stre­et, ale tak na­praw­dę pró­bu­ję się sku­pić na pi­sa­niu.

To wy­zna­nie chy­ba zro­bi­ło na niej spo­re wra­że­nie.

– Cu­dow­nie! Za­wsze chcia­łam się przy­jaź­nić z pi­sar­ką. Mu­sisz być bar­dzo od­waż­na, sko­ro po­sta­no­wi­łaś re­ali­zo­wać swo­je ma­rze­nia. Mój brat uwa­ża, że mar­nu­ję czas, pi­sząc dok­to­rat, cho­ciaż mo­gła­bym pra­co­wać dla nie­go, ale ja to uwiel­biam. Pro­wa­dzę też za­ję­cia na uni­wer­sy­te­cie. Po pro­stu… po pro­stu daje mi to dużo za­do­wo­le­nia. Na­le­żę do kla­sy spo­łecz­nej lu­dzi, któ­rzy mogą ro­bić to, co lu­bią, cho­ciaż nie­wie­le na tym za­ra­bia­ją. – Zno­wu się skrzy­wi­ła. – Okrop­ne, praw­da?

Nie mia­łam zwy­cza­ju oce­nia­nia in­nych.

– El­lie, to two­je ży­cie. Tak się zło­ży­ło, że je­steś bo­ga­ta. To nie czy­ni z cie­bie okrop­ne­go czło­wie­ka.

W li­ceum cho­dzi­łam na psy­cho­te­ra­pię i te­raz usły­sza­łam no­so­wy głos mo­jej te­ra­peut­ki: „Joss, dla­cze­go nie mo­żesz po­wie­dzieć tego sa­me­go o so­bie? Odzie­dzi­cze­nie for­tu­ny nie czy­ni z cie­bie okrop­ne­go czło­wie­ka. Ro­dzi­ce pra­gnę­li, że­byś żyła w do­bro­by­cie”.

Od czter­na­ste­go do osiem­na­ste­go roku ży­cia miesz­ka­łam w dwóch do­mach za­stęp­czych w moim ro­dzin­nym mie­ście w Wir­gi­nii. Żad­na z tych ro­dzin nie na­le­ża­ła do za­moż­nych, więc mu­sia­łam zre­zy­gno­wać z wiel­kie­go, luk­su­so­we­go domu, wy­kwint­nych po­traw i mar­ko­wych ubrań na rzecz je­dze­nia z pusz­ki i no­sze­nia tych sa­mych ciu­chów co moja młod­sza „sio­stra”, bo by­ły­śmy tego sa­me­go wzro­stu. Kie­dy osią­gnę­łam peł­no­let­niość i wy­da­ło się, że odzie­dzi­czy­łam for­tu­nę, za­czę­li mnie na­cho­dzić miej­sco­wi biz­nes­me­ni pró­bu­ją­cy wy­ko­rzy­stać moją na­iw­ność, a ko­le­ga z kla­sy usi­ło­wał mnie na­mó­wić, że­bym za­in­we­sto­wa­ła w jego stro­nę in­ter­ne­to­wą. My­ślę, że moja obec­na oszczęd­ność bra­ła się stąd, że w okre­sie doj­rze­wa­nia ży­łam bar­dzo skrom­nie, a póź­niej osa­czy­li mnie fał­szy­wi lu­dzie, bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ni sta­nem mo­je­go kon­ta niż mną samą.

Po­czu­łam za­ska­ku­ją­co sil­ną więź z El­lie – dziew­czy­ną w po­dob­nej sy­tu­acji fi­nan­so­wej i rów­nież zma­ga­ją­cą się z po­czu­ciem winy, cho­ciaż in­ne­go ro­dza­ju.

– Po­kój jest twój – oznaj­mi­ła na­gle.

To gwał­tow­ne oświad­cze­nie wy­wo­ła­ło uśmiech na mo­ich ustach.

– Tak po pro­stu?

El­lie kiw­nę­ła gło­wą i nie­spo­dzie­wa­nie spo­waż­nia­ła.

– Mam do­bre prze­czu­cia co do cie­bie.

Ja też mam co do cie­bie do­bre prze­czu­cia, po­my­śla­łam i po­sła­łam El­lie uśmiech pe­łen ulgi.

– W ta­kim ra­zie z ra­do­ścią się tu wpro­wa­dzę – stwier­dzi­łam.

2

Ty­dzień póź­niej prze­nio­słam się do luk­su­so­we­go apar­ta­men­tu na Du­blin Stre­et.

W prze­ci­wień­stwie do ba­ła­ga­niar­skiej El­lie lu­bi­łam po­rzą­dek wo­kół sie­bie, więc od razu za­bra­łam się do roz­pa­ko­wy­wa­nia swo­ich rze­czy.

– Na pew­no nie chcesz naj­pierw na­pić się ze mną her­ba­ty? – spy­ta­ła El­lie z pro­gu mo­je­go po­ko­ju.

Sta­łam oto­czo­na pu­dła­mi i wa­liz­ka­mi.

– Wo­la­ła­bym wszyst­ko roz­pa­ko­wać, żeby już mieć to z gło­wy.

Uśmiech­nę­łam się prze­pra­sza­ją­co, aby nie po­my­śla­ła, że pró­bu­ję ją spła­wić. Nie cier­pia­łam po­cząt­ków zna­jo­mo­ści, tego mę­czą­ce­go po­zna­wa­nia swo­ich oso­bo­wo­ści, spraw­dza­nia, jak dru­ga oso­ba za­re­agu­je na okre­ślo­ny ton czy za­cho­wa­nie.

Na szczę­ście El­lie ze zro­zu­mie­niem kiw­nę­ła gło­wą.

– W po­rząd­ku. Za go­dzi­nę mam za­ję­cia. Pój­dę pie­szo, za­miast wzy­wać tak­sów­kę, więc mu­szę się zbie­rać. Mo­żesz w tym cza­sie się roz­go­ścić.

Co­raz bar­dziej cię lu­bię.

– Uda­nych za­jęć.

– Uda­ne­go roz­pa­ko­wy­wa­nia się.

Jęk­nę­łam i mach­nę­łam ręką, a ona uśmiech­nę­ła się słod­ko i wy­szła.

Kie­dy tyl­ko drzwi się za­mknę­ły za El­lie, rzu­ci­łam się na swo­je nowe, nie­praw­do­po­dob­nie wy­god­ne łóż­ko.

– Wi­taj na Du­blin Stre­et – mruk­nę­łam, ga­piąc się w su­fit.

Na­gle ryk­nął ze­spół Kings of Leon; je­den ich ka­wa­łek usta­wi­łam jako dzwo­nek w ko­mór­ce. Wes­tchnę­łam nie­za­do­wo­lo­na z fak­tu, że ktoś tak szyb­ko wdarł się w moją sa­mot­ność. Prze­wró­ci­łam się na bok, wy­ję­łam te­le­fon z kie­sze­ni i uśmiech­nę­łam się cie­pło na wi­dok imie­nia, któ­re wy­świet­liło się na ekra­nie.

– No cześć.

– Wpro­wa­dzi­łaś się już do tego od­lo­to­we­go, pre­ten­sjo­nal­ne­go miesz­ka­nia? – spy­ta­ła bez wstę­pu Rhian.

– Czyż­bym sły­sza­ła w two­im gło­sie gorz­ką za­zdrość?

– Do­brze sły­szysz, ty pa­skud­na szczę­ścia­ro. Mało nie pa­dłam dziś rano, kie­dy przy­sła­łaś mi zdję­cia. To miej­sce na­praw­dę ist­nie­je?

– Do­my­ślam się, że apar­ta­ment w Lon­dy­nie nie speł­nia two­ich ocze­ki­wań?

– Ocze­ki­wań? Pła­cę for­tu­nę za miesz­ka­nie w kar­to­no­wym pu­dle!

Par­sk­nę­łam śmie­chem.

– Spa­daj – mruk­nę­ła Rhian do­bro­dusz­nie. – Tę­sk­nię za tobą i na­szym za­szczu­rzo­nym pa­ła­cem.

– Ja też tę­sk­nię za tobą i za na­szym za­szczu­rzo­nym pa­ła­cem.

– Na­wet wte­dy, kie­dy pa­trzysz na swo­ją nową wan­nę na lwich ła­pach i z po­zła­ca­ny­mi kur­ka­mi?

– Nie… wte­dy, kie­dy leżę na łóż­ku war­tym pięć ty­się­cy do­la­rów.

– Ile to bę­dzie w prze­li­cze­niu na fun­ty?

– Nie wiem. Ze trzy ty­sią­ce?

– O rany, śpisz na moim czyn­szu za sześć ty­go­dni.

Z ję­kiem usia­dłam i otwo­rzy­łam naj­bliż­sze pu­dło.

– Szko­da, że ci nie po­wie­dzia­łam, jaki czynsz ja pła­cę.

– Mo­gła­bym te­raz wy­gło­sić wy­kład o tym, że mar­nu­jesz pie­nią­dze, cho­ciaż mo­gła­byś ku­pić dom, ale co ja tam wiem.

– Nie po­trze­bu­ję żad­nych wy­kła­dów. To jest naj­faj­niej­sze w by­ciu sie­ro­tą. Żad­nych peł­nych tro­ski wy­kła­dów.

Nie wiem, dla­cze­go to po­wie­dzia­łam.

W by­ciu sie­ro­tą nie ma nic faj­ne­go.

Nie jest też faj­ne, kie­dy nikt się o cie­bie nie trosz­czy.

Rhian mil­cza­ła. Nig­dy nie roz­ma­wia­ły­śmy o na­szych ro­dzi­cach. Był to dla nas te­mat tabu.

– No to… – od­chrząk­nę­łam – le­piej pój­dę się roz­pa­ko­wać.

– Jest tam two­ja nowa współ­lo­ka­tor­ka? – Rhian pod­ję­ła roz­mo­wę, jak­by te­mat ro­dzi­ców w ogó­le nie zo­stał po­ru­szo­ny.

– Przed chwi­lą wy­szła.

– Po­zna­łaś już jej zna­jo­mych? Są ja­cyś fa­ce­ci? Przy­stoj­ni? Na tyle przy­stoj­ni, żeby cię wy­rwać z czte­ro­let­nie­go ce­li­ba­tu?

Iro­nicz­ny uśmie­szek znik­nął z mo­jej twa­rzy, kie­dy przy­po­mniał mi się Gar­ni­tur. Uci­chłam, czu­jąc lek­ki dresz­czyk na ple­cach. Nie po raz pierw­szy w cią­gu mi­nio­ne­go ty­go­dnia jego ob­raz po­ja­wił się w mo­ich my­ślach.

– No to jak? – Rhian prze­rwa­ła ci­szę. – Są ja­cyś przy­stoj­nia­cy?

– Nie. – Wy­rzu­ci­łam z gło­wy po­stać Gar­ni­tu­ra. – Jesz­cze nie po­zna­łam zna­jo­mych El­lie.

– Szko­da.

Wca­le nie szko­da. Nie po­trze­bu­ję żad­nych fa­ce­tów w swo­im ży­ciu.

– Słu­chaj, na­praw­dę mu­szę wziąć się do ro­bo­ty. Po­ga­da­my póź­niej?

– Ja­sne, ko­cha­nie. To na ra­zie.

Roz­łą­czy­ły­śmy się. Z wes­tchnie­niem po­pa­trzy­łam na pud­ła. Ma­rzy­łam tyl­ko o tym, żeby paść na łóż­ko i uciąć so­bie dłu­gą drzem­kę.

– Ech, no to do ro­bo­ty.

W cią­gu kil­ku go­dzin roz­pa­ko­wa­łam wszyst­kie pu­dła. Pu­ste kar­to­ny sta­ran­nie zło­ży­łam i scho­wa­łam do skła­dzi­ku w holu. Ubra­nia po­wie­si­łam w sza­fie i uło­ży­łam w szu­fla­dach. Książ­ki usta­wi­łam na pół­kach. Otwar­ty lap­top cze­kał na biur­ku, aż coś na­pi­szę. Na sto­li­ku noc­nym umie­ści­łam zdję­cie ro­dzi­ców, na re­ga­le swo­je zdję­cie z Rhian zro­bio­ne na hal­lo­we­eno­wym przy­ję­ciu, a przy kom­pu­te­rze swo­ją ulu­bio­ną fo­to­gra­fię. Przed­sta­wia­ła mnie trzy­ma­ją­cą Beth, za mną sta­li ro­dzi­ce. Są­siad zro­bił je w ogród­ku za na­szym do­mem pod­czas gril­lo­wa­nia, la­tem, nie­dłu­go przed wy­pad­kiem.

Wie­dzia­łam, że ta­kie zdję­cia wy­wo­łu­ją bo­le­sne wspo­mnie­nia, ale nie mo­głam zmu­sić się do tego, by je scho­wać. Pa­trze­nie na nie­ży­ją­cych już lu­dzi, któ­rych ko­cha­łam, spra­wia­ło mi ogrom­ny ból, ale… nie po­tra­fi­ła­bym się z nimi roz­stać.

Po­ca­ło­wa­łam ko­niusz­ki pal­ców i lek­ko przy­ło­ży­łam je do fo­to­gra­fii ro­dzi­ców.

Tę­sk­nię za wami.

Z me­lan­cho­lii wy­rwa­ła mnie po chwi­li kro­pel­ka potu, któ­ra spły­nę­ła po moim kar­ku. Zmarsz­czy­łam nos. Pa­no­wał upał, a pod­czas wy­pa­ko­wy­wa­nia rze­czy zgrza­łam się jak Ter­mi­na­tor go­nią­cy Joh­na Con­no­ra.

Czas na wy­ma­rzo­ną bo­ską ką­piel.

Wla­łam do wan­ny tro­chę pły­nu, pu­ści­łam go­rą­cą wodę, a kie­dy po­czu­łam cu­dow­ny za­pach kwia­tów lo­to­su, za­czę­łam się od­prę­żać. Wró­ci­łam do sy­pial­ni, ścią­gnę­łam prze­po­co­ną ko­szul­kę i spoden­ki i czu­jąc się wol­na jak ptak, prze­ma­sze­ro­wa­łam nago przez hol mo­je­go no­we­go domu.

Z uśmie­chem roz­glą­da­łam się do­oko­ła, wciąż nie mo­gąc uwie­rzyć, że wszyst­kie te ślicz­no­ści przez co naj­mniej pół roku będą na­le­ża­ły do mnie.

Włą­czy­łam mu­zy­kę w smart­fo­nie, za­nu­rzy­łam się w pach­ną­cej pia­nie i za­pa­dłam w drzem­kę. Obu­dzi­łam się, kie­dy woda za­czę­ła sty­gnąć. Zre­lak­so­wa­na i za­do­wo­lo­na, nie­zbyt ele­ganc­ko wy­gra­mo­li­łam się z wan­ny i się­gnę­łam po te­le­fon. Wy­łą­czy­łam mu­zy­kę i kie­dy za­pa­dła ci­sza, spoj­rza­łam na wie­szak na ręcz­ni­ki.

Pu­sty. Cho­le­ra.

Spio­ru­no­wa­łam go wzro­kiem, jak­by to była jego wina. Mo­gła­bym przy­siąc, że ty­dzień wcze­śniej El­lie wie­sza­ła na nim świe­że ręcz­ni­ki. Te­raz mu­sia­łam przejść przez hol, ocie­ka­jąc wodą.

Uty­sku­jąc po no­sem, otwo­rzy­łam drzwi ła­zien­ki i wy­szłam do prze­stron­ne­go holu.

– Yyy… Dzień do­bry – usły­sza­łam czyjś głę­bo­ki głos.

Ode­rwa­łam wzrok od ka­łu­ży wody, któ­ra zbie­ra­ła się wo­kół mnie na par­kie­cie.

Z szo­ku aż mi za­par­ło dech w pier­si, kie­dy zo­ba­czy­łam przed sobą pana Gar­ni­tu­ra.

Co on tu ro­bił? W moim domu? Szpie­go­wał mnie!

Z otwar­ty­mi usta­mi pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć, co, do diab­ła, się dzie­je. Do­pie­ro po chwi­li uświa­do­mi­łam so­bie, że nie pa­trzył na moją twarz. Prze­su­wał wzro­kiem po ca­łym moim na­gim cie­le. Z peł­nym gro­zy ję­kiem za­sło­ni­łam rę­ka­mi pier­si. Jego ja­sno­nie­bie­skie oczy spoj­rza­ły w moje – sza­re i prze­ra­żo­ne.

– Co ro­bisz w moim miesz­ka­niu?

Szyb­ko ro­zej­rza­łam się w po­szu­ki­wa­niu ja­kiej­kol­wiek bro­ni. Pa­ra­sol? Miał me­ta­lo­wy szpic. Mógł­by się przy­dać.

Na dźwięk zdu­szo­ne­go śmie­chu zno­wu prze­nio­słam wzrok na nie­go. Mię­dzy no­ga­mi po­czu­łam falę nie­chcia­ne­go i ab­so­lut­nie nie­wła­ści­we­go go­rą­ca. Zno­wu to spoj­rze­nie. Ciem­ne, zmy­sło­we i głod­ne. By­łam wście­kła na swo­je cia­ło za taką bły­ska­wicz­ną re­ak­cję, tym bar­dziej że fa­cet mógł się oka­zać se­ryj­nym mor­der­cą.

– Od­wróć się! – ryk­nę­łam, sta­ra­jąc się ukryć lęk.

Gar­ni­tur na­tych­miast pod­niósł ręce w ge­ście pod­da­nia i po­wo­li od­wró­cił się ty­łem do mnie. Ze zło­ścią zmru­ży­łam oczy na wi­dok jego trzę­są­cych się ra­mion. Ten drań śmiał się ze mnie.

Z szyb­ko bi­ją­cym ser­cem po­pę­dzi­łam do swo­je­go po­ko­ju po ja­kieś ciu­chy – i przy oka­zji po kij do ba­se­bal­lu. Po dro­dze mój wzrok padł na zdję­cie wi­szą­ce na kor­ko­wej ta­bli­cy. Przed­sta­wia­ło El­lie… i Gar­ni­tu­ra.

Co, do dia­bła?

Dla­cze­go wcze­śniej tego nie za­uwa­ży­łam? Ach, tak. Bo nie lu­bię za­da­wać py­tań. Wku­rzo­na na sie­bie za brak zmy­słu ob­ser­wa­cji, ukrad­kiem zer­k­nę­łam przez ra­mię. Z ulgą stwier­dzi­łam, że Gar­ni­tur mnie nie pod­glą­da. Czmych­nę­łam do swo­je­go po­ko­ju, sły­sząc za sobą jego głę­bo­ki głos:

– Na­zy­wam się Bra­den Car­mi­cha­el. Je­stem bra­tem El­lie.

Oczy­wi­ście, po­my­śla­łam ze zło­ścią, wy­cie­ra­jąc się ręcz­ni­kiem. Drżą­cy­mi z gnie­wu rę­ka­mi wcią­gnę­łam na sie­bie spoden­ki i ko­szul­kę. Byle jak spię­łam po­tar­ga­ne mo­kre wło­sy i po­ma­sze­ro­wa­łam z po­wro­tem do holu.

Bra­den się od­wró­cił. Ką­ci­ki jego ust drgnę­ły lek­ko, kie­dy prze­su­nął po mnie wzro­kiem. Nie mia­ło zna­cze­nia to, że je­stem ubra­na. Do­sko­na­le wie­dzia­łam, że wciąż wi­dzi mnie nagą.

Wście­kła i upo­ko­rzo­na, wzię­łam się pod boki.

– Wszę­dzie wcho­dzisz bez pu­ka­nia?

Uniósł jed­ną brew.

– To moje miesz­ka­nie.

– Do­bre wy­cho­wa­nie na­ka­zu­je za­pu­kać – upie­ra­łam się.

W od­po­wie­dzi tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi i non­sza­lanc­ko wło­żył ręce do kie­sze­ni spodni. Był bez ma­ry­nar­ki. Pod­wi­nię­te do łok­ci rę­ka­wy bia­łej ko­szu­li od­sła­nia­ły sil­ne, po­kry­te wy­pu­kły­mi ży­ła­mi przed­ra­mio­na.

Na wi­dok tych sek­sow­nych rąk zno­wu za­pie­kło mnie w pod­brzu­szu.

Cho­le­ra.

O ja­sna cho­le­ra.

Pra­wie się za­ru­mie­ni­łam.

– Nie zmie­rzasz prze­pro­sić?

Bra­den uśmiech­nął się bez­czel­nie.

– Nig­dy nie prze­pra­szam, je­śli nie uwa­żam, że za­wi­ni­łem. Te­raz też nie za­mie­rzam prze­pra­szać. To była dla mnie naj­faj­niej­sza chwi­la w tym ty­go­dniu. Może na­wet w ca­łym roku.

Te­raz uśmie­chał się tak przy­jaź­nie, jak­by się spo­dzie­wał, że zre­wan­żu­ję się tym sa­mym. Nie­do­cze­ka­nie.

Bra­den był bra­tem El­lie. I miał dziew­czy­nę.

A mój po­ciąg do tego ob­ce­go męż­czy­zny z pew­no­ścią nie na­le­żał do zdro­wych re­ak­cji.

– Mu­sisz mieć bar­dzo nud­ne ży­cie – stwier­dzi­łam z wyż­szo­ścią, wy­mi­ja­jąc go.

Spró­buj wy­my­ślić cię­tą ri­po­stę tuż po tym, jak męż­czy­zna, któ­re­go le­d­wie znasz, przy­ła­pał cię na go­la­sa. Kie­dy go mi­ja­łam i po­czu­łam pięk­ny za­pach wody ko­loń­skiej, prze­szył mnie przy­jem­ny dresz­czyk.

Bra­den jęk­nął z re­zy­gna­cją i po­dą­żył za mną. Wcho­dząc do sa­lo­nu, czu­łam na ple­cach jego cie­pły od­dech.

Na fo­te­lu le­ża­ła rzu­co­na byle jak jego ma­ry­nar­ka, a na ła­wie, obok otwar­tej ga­ze­ty, stał pra­wie pu­sty ku­bek z kawą. Bra­den roz­go­ścił się tu, kie­dy – ni­cze­go nie­świa­do­ma – plu­ska­łam się w wan­nie.

Zi­ry­to­wa­na rzu­ci­łam mu przez ra­mię spoj­rze­nie wy­ra­ża­ją­ce bez­gra­nicz­ną złość.

On tym­cza­sem z chło­pię­cym uśmie­chem ga­pił się na moje pier­si. Szyb­ko od­wró­ci­łam wzrok i przy­cup­nę­łam na po­rę­czy ka­na­py, a Bra­den non­sza­lanc­ko roz­parł się w fo­te­lu. Sze­ro­ki uśmiech znik­nął z jego twa­rzy. Te­raz na jego ustach igrał już tyl­ko lek­ki uśmie­szek, jak­by przy­po­mniał mu się ja­kiś dow­cip. Albo wi­dok mnie zu­peł­nie na­giej.

Po­mi­mo ca­łej nie­chę­ci do tego fa­ce­ta nie chcia­łam, żeby moja na­gość go śmie­szy­ła.

– A więc to ty je­steś Jo­ce­lyn Bu­tler – ode­zwał się.

– Joss – po­pra­wi­łam go od­ru­cho­wo.

Kiw­nął gło­wą i usiadł wy­god­niej. Zsu­nął rękę za opar­cie fo­te­la. Miał cu­dow­ne dło­nie. Ele­ganc­kie, ale mę­skie. Duże. Sil­ne. Za­nim zdą­ży­łam się opa­no­wać, w mo­jej wy­obraź­ni po­ja­wił się wi­dok tych dło­ni prze­su­wa­ją­cych się po we­wnętrz­nych stro­nach mo­ich ud.

Cho­le­ra.

Ode­rwa­łam wzrok od dło­ni i prze­nio­słam go na twarz Bra­de­na. Spra­wiał wra­że­nie roz­luź­nio­ne­go, ale jed­no­cze­śnie au­to­ry­ta­tyw­ne­go. Na­gle przy­szło mi do gło­wy, że on jest wła­śnie taki: bo­ga­ty, od­po­wie­dzial­ny, ma próż­ną dziew­czy­nę i młod­szą sio­strę, wo­bec któ­rej jest wy­raź­nie na­do­pie­kuń­czy.

– El­lie cię lubi.

El­lie mnie nie zna.

– Ja też ją lu­bię. Ale je­śli cho­dzi o jej bra­ta… nie je­stem pew­na, co o nim my­śleć, bo wy­da­je się dość aro­ganc­ki.

Bły­snął w uśmie­chu bia­ły­mi, le­ciut­ko krzy­wy­mi zę­ba­mi.

– On też nie jest pew­ny, co o to­bie my­śleć.

Two­je oczy mó­wią co in­ne­go.

– Do­praw­dy?

– Nie je­stem pew­ny, co my­śleć o tym, że moja sio­stra miesz­ka z eks­hi­bi­cjo­nist­ką.

Tyl­ko się skrzy­wi­łam. Z tru­dem się po­wstrzy­ma­łam przed tym, żeby nie po­ka­zać mu ję­zy­ka. Sło­wo daję, pro­wo­ko­wał mnie do nie­po­waż­ne­go za­cho­wa­nia.

– Eks­hi­bi­cjo­ni­ści roz­bie­ra­ją się na wi­do­ku pu­blicz­nym. O ile do­brze pa­mię­tam, w miesz­ka­niu nie było ni­ko­go poza mną, a ja szłam po ręcz­nik.

– Dzię­ki Bogu za ta­kie małe przy­jem­no­ści.

Zno­wu to ro­bił. Pa­trzył na mnie w ten szcze­gól­ny spo­sób. Czy zda­wał so­bie spra­wę z tego, że w ogó­le się z tym nie kry­je?

– Ale mó­wiąc po­waż­nie – cią­gnął, wciąż wę­dru­jąc wzro­kiem od mo­jej twa­rzy do pier­si – po­win­naś za­wsze cho­dzić nago.

Ten kom­ple­ment spra­wił mi przy­jem­ność. Nic nie mo­głam na to po­ra­dzić. Na mo­ich ustach po­ja­wił się lek­ki uśmiech. Jed­no­cze­śnie po­tę­pia­ją­co po­krę­ci­łam gło­wą, jak­by Bra­den był nie­grzecz­nym uczniem.

Ci­cho za­śmiał się z za­do­wo­le­niem. Kie­dy po­czu­łam nie­ocze­ki­wa­ną przy­jem­ność, zro­zu­mia­łam, że mu­szę na­tych­miast prze­rwać tę dziw­ną in­tym­ną więź, jaka mię­dzy nami po­wsta­ła. Coś po­dob­ne­go nig­dy wcze­śniej mi się nie przy­da­rzy­ło, mu­sia­łam więc im­pro­wi­zo­wać.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Ale z cie­bie du­pek.

Bra­den par­sk­nął śmie­chem i wy­pro­sto­wał się w fo­te­lu.

– To okre­śle­nie sły­szę zwy­kle wte­dy, kie­dy prze­rżnę ja­kąś ko­bie­tę, a po­tem za­ma­wiam dla niej tak­sów­kę.

Na dźwięk tego wul­ga­ry­zmu szyb­ko za­mru­ga­łam po­wie­ka­mi. Na­praw­dę? Le­d­wie się po­zna­li­śmy, a on już uży­wa ta­kie­go ję­zy­ka?

Za­uwa­żył moją minę.

– Tyl­ko mi nie mów, że nie cier­pisz tego sło­wa.

Nie. Wy­obra­żam so­bie, że w od­po­wied­nich oko­licz­no­ściach może brzmieć pod­nie­ca­ją­co.

– Po pro­stu uwa­żam, że za krót­ko się zna­my, żeby roz­ma­wiać o pie­prze­niu się.

Oj. Nie za do­brze to za­brzmia­ło.

Oczy Bra­de­na roz­iskrzy­ły się.

– Nie wie­dzia­łem, że to ro­bi­my.

Gwał­tow­nie zmie­ni­łam te­mat.

– Je­śli przy­sze­dłeś do El­lie, to jest na za­ję­ciach.

– Wła­ści­wie przy­sze­dłem do cie­bie, cho­ciaż nie wie­dzia­łem, że cię spo­tkam. Co za zbieg oko­licz­no­ści. Od na­sze­go spo­tka­nia w ze­szłym ty­go­dniu dużo o to­bie my­śla­łem.

– Na­wet pod­czas ko­la­cji ze swo­ją dziew­czy­ną? – spy­ta­łam zło­śli­wie, czu­jąc, jak­bym pły­nę­ła z tym fa­ce­tem pod prąd.

Chcia­łam wy­brnąć z tej peł­nej sek­su­al­nych pod­tek­stów sy­tu­acji, w ja­kiej się zna­leź­li­śmy, i po­ga­dać z nim po pro­stu jak z bra­tem mo­jej współ­lo­ka­tor­ki.

– Hol­ly po­je­cha­ła na po­łu­dnie kra­ju do swo­ich ro­dzi­ców. Po­cho­dzi z So­uthamp­ton.

A co mnie to ob­cho­dzi?

– Aha. No cóż… – Wsta­łam z na­dzie­ją, że zro­zu­mie i wresz­cie so­bie pój­dzie. – Chcia­ła­bym po­wie­dzieć, że było mi miło cię spo­tkać, ale by­łam naga, więc… więc nie było. Mam dużo pra­cy. Prze­ka­żę El­lie, że wpa­dłeś.

Bra­den ze śmie­chem po­krę­cił gło­wą, pod­niósł się i wło­żył ma­ry­nar­kę.

– Ależ z cie­bie twar­dy orzech do zgry­zie­nia.

Naj­wy­raź­niej temu fa­ce­to­wi po­win­nam od razu wy­ło­żyć kawę na ławę.

– Słu­chaj, nie pró­buj mnie roz­gryźć. Ani te­raz, ani nig­dy.

Do­słow­nie du­sząc się ze śmie­chu, ru­szył w moją stro­nę, zmu­sza­jąc mnie do tego, że­bym z po­wro­tem usia­dła.

– Ech, Jo­ce­lyn… dla­cze­go wszyst­ko, co po­wiesz, brzmi tak nie­przy­zwo­icie?

Wście­kła otwo­rzy­łam usta, żeby od­po­wie­dzieć, ale on od­wró­cił się i wy­szedł. Ostat­nie sło­wo na­le­ża­ło do nie­go.

Nie­na­wi­dzi­łam go.

Na­praw­dę.

Szko­da tyl­ko, że moje cia­ło nie czu­ło tego sa­me­go.

3

Club 39 był nie tyle klu­bem, ile ba­rem z ma­łym par­kie­tem do tań­ca za ni­szą na ty­łach. Urzą­dzo­no go w su­te­re­nie na Geo­r­ge Stre­et. Po­miesz­cze­nie było dość ni­skie, znaj­do­wa­ły się w nim usta­wio­ne w okrąg ka­na­py i sze­ścien­ne sie­dzi­ska słu­żą­ce za krze­sła, a sam bar umiesz­czo­no kil­ka schod­ków ni­żej, co ozna­cza­ło, że pod­pi­ci klien­ci mu­sie­li po­ko­nać trzy stop­nie, żeby się do nas do­stać. Oso­ba, któ­ra do­da­ła ten szcze­gó­lik do pro­jek­tu ar­chi­tek­ta, mu­sia­ła być nie­źle upa­lo­na.

W czwart­ko­we noce bar zwy­kle za­peł­niał się stu­den­ta­mi, ale kie­dy se­mestr się koń­czył i przy­cho­dzi­ło szkoc­kie lato, pu­sto­szał, a mu­zy­kę ści­sza­no, bo nikt nie tań­czył.

Po­da­łam klien­to­wi drin­ki, a on wrę­czył mi dzie­się­cio­fun­to­wy bank­not.

– Resz­ta dla cie­bie. – Mru­gnął do mnie.

Zi­gno­ro­wa­łam mru­gnię­cie, ale pie­nią­dze wci­snę­łam do sło­ika na na­piw­ki. Rano dzie­li­li­śmy się nimi po rów­no, cho­ciaż Jo twier­dzi­ła, że ona i ja do­sta­je­my ich naj­wię­cej – a to z po­wo­du na­szych „uni­for­mów”: bia­łych ko­szu­lek z głę­bo­kim de­kol­tem i czar­nych ob­ci­słych dżin­sów. Na pra­wej pier­si wid­niał czar­ny na­pis wy­ko­na­ny czcion­ką French Script: Club 39. Pro­sty, ale przy­cią­ga­ją­cy wzrok. Zwłasz­cza je­śli dziew­czy­na zo­sta­ła hoj­nie ob­da­rzo­na przez na­tu­rę, tak jak ja.

Cra­ig miał prze­rwę, więc tyl­ko Jo i ja ob­słu­gi­wa­ły­śmy grup­kę klien­tów, któ­ra ma­la­ła z mi­nu­ty na mi­nu­tę. Znu­dzo­na zer­k­nę­łam na dru­gi ko­niec baru, żeby spraw­dzić, czy Jo nie po­trze­bu­je po­mo­cy.

Po­trze­bo­wa­ła.

Ale nie jako bar­man­ka.

Kie­dy wy­cią­gnę­ła rękę, żeby wy­dać klien­to­wi resz­tę, ten chwy­cił ją za nad­gar­stek i szarp­nął tak, że jej twarz zna­la­zła się za­le­d­wie parę cen­ty­me­trów od jego twa­rzy. Zmarsz­czy­łam brwi i od­cze­ka­łam chwi­lę, żeby zo­ba­czyć, jak Jo za­re­agu­je. Za­czer­wie­ni­ła się ze zło­ści, pró­bo­wa­ła wy­rwać się z uści­sku. Kum­ple tego fa­ce­ta, któ­rzy sta­li za nim, wy­buch­nę­li śmie­chem. Su­perza­ba­wa.

– Pro­szę mnie pu­ścić – rzu­ci­ła Jo przez za­ci­śnię­te zęby, wy­ry­wa­jąc się jesz­cze moc­niej.

Po­nie­waż Cra­iga nie było w po­bli­żu, a oba­wia­łam się, że fa­cet może zła­mać rękę szczu­plut­kiej Jo, mu­sia­łam wkro­czyć do ak­cji. Ru­szy­łam w ich stro­nę, po dro­dze przy­ci­ska­jąc gu­zik alar­mo­wy pod kon­tu­arem, żeby we­zwać ochro­nia­rzy.

– Spo­koj­nie, złot­ko. Dziś są moje uro­dzi­ny. Daj cho­ciaż ca­łu­sa.

Po­ło­ży­łam dłoń na ła­pie klien­ta i wbi­łam w nią pa­znok­cie.

– Puść ją, ty dup­ku, bo wy­rwę ci ka­wał mię­sa z ręki i przy­bi­ję do jaj.

Syk­nął z bólu i wy­szarp­nął dłoń, pusz­cza­jąc Jo.

– Ame­ry­kań­ska dziw­ka. – Z ję­kiem zła­pał się dru­gą ręką za dłoń po­zna­czo­ną głę­bo­ki­mi śla­da­mi w kształ­cie pół­księ­ży­ca. – Zło­żę na cie­bie skar­gę.

Dla­cze­go moja na­ro­do­wość za­wsze sta­wa­ła się ar­gu­men­tem w trud­nych sy­tu­acjach? Czu­łam się, jak­by­śmy gra­li w fil­mie z lat osiem­dzie­sią­tych. Prych­nę­łam nie­wzru­szo­na.

Za ple­ca­mi klien­ta sta­nął Brian, nasz ogrom­ny ochro­niarz. Nie wy­glą­dał na roz­ba­wio­ne­go.

– Ja­kieś pro­ble­my, Joss?

– Tak. Czy mógł­byś stąd wy­pro­wa­dzić tego fa­ce­ta i jego kum­pli?

Brian nie spy­tał o po­wód. Do tej pory za­le­d­wie parę razy zda­rzy­ło się, że ko­goś trze­ba było wy­rzu­cić z klu­bu, więc za­ufał mo­jej oce­nie sy­tu­acji.

– No, chło­pa­ki, ru­chy – wark­nął i cała trój­ka na­pru­tych tchó­rzy wy­to­czy­ła się z baru.

Po­czu­łam, że Jo cała się trzę­sie, więc po­ło­ży­łam dłoń na jej ra­mie­niu.

– Do­brze się czu­jesz?

– Tak. – Uśmiech­nę­ła się sła­bo. – Fa­tal­na noc. Ste­ven mnie rzu­cił.

Skrzy­wi­łam się. Wie­dzia­łam, jak bar­dzo mu­sia­ło to za­bo­leć Jo i jej młod­sze­go bra­ta. Miesz­ka­li ra­zem w ma­łym miesz­ka­niu na Le­ith Walk, gdzie na zmia­nę opie­ko­wa­li się mamą cier­pią­cą na ze­spół chro­nicz­ne­go zmę­cze­nia. Aby za­ro­bić na czynsz, prze­pięk­na Jo znaj­do­wa­ła so­bie spon­so­rów, któ­rzy po­ma­ga­li jej fi­nan­so­wo. Lu­dzie czę­sto jej po­wta­rza­li, że jest in­te­li­gent­na i stać ją na wię­cej, ale ona mia­ła mnó­stwo kom­plek­sów. Wie­rzy­ła tyl­ko w swo­ją uro­dę i umie­jęt­ność przy­gru­cha­nia so­bie fa­ce­ta, któ­ry za­jął­by się nią i jej ro­dzi­ną. Nie­ste­ty opie­ka nad mamą nie­ko­rzyst­nie wpły­wa­ła na jej wy­gląd, więc prę­dzej czy póź­niej wszy­scy spon­so­rzy ją rzu­ca­li.

– Jo, tak mi przy­kro. Wiesz, że je­śli po­trze­bu­jesz mo­jej po­mo­cy, wy­star­czy tyl­ko po­pro­sić.

Nie pa­mię­tam, ile razy ofe­ro­wa­łam jej wspar­cie. Za­wsze od­ma­wia­ła.

– Nie. – Po­krę­ci­ła gło­wą i cmok­nę­ła mnie w po­li­czek. – Znaj­dę ko­goś no­we­go. Jak za­wsze.

Od­wró­ci­ła się przy­gar­bio­na. Mar­twi­łam się o nią, cho­ciaż wca­le tego nie chcia­łam. Jo była dość skom­pli­ko­wa­na. De­ner­wo­wał mnie jej ma­te­ria­lizm, ale im­po­no­wa­ła lo­jal­ność wo­bec ro­dzi­ny. Uwiel­bia­ła mod­ne buty, ale re­zy­gno­wa­ła z no­wej pary, kie­dy mu­sia­ła po­móc bra­tu lub ma­mie. Nie­ste­ty ta lo­jal­ność spra­wia­ła, że Jo szła po tru­pach do celu, ale też czę­sto by­wa­ła tra­to­wa­na przez tych, któ­rzy wy­ko­rzy­sty­wa­li jej sy­tu­ację.

– Zro­bię so­bie prze­rwę. Przy­ślę tu Cra­iga.

Kiw­nę­łam gło­wą, cho­ciaż mnie nie wi­dzia­ła. Cie­ka­we, kim bę­dzie jej nowa ofia­ra. A może to ona sta­nie się czy­jąś ofia­rą?

– Mały ruch dzi­siaj.

Dwie mi­nu­ty póź­niej Cra­ig sta­nął za ba­rem z pusz­ką na­po­ju ga­zo­wa­ne­go. Wy­so­ki, ciem­no­wło­sy i przy­stoj­ny, pew­nie do­sta­wał tyle samo na­piw­ków co ja i Jo. Na­ło­go­wo flir­to­wał i był w tym na­praw­dę do­bry.

– Lato – mruk­nę­łam. Ro­zej­rza­łam się po klu­bie, a na­stęp­nie od­wró­ci­łam się i opar­łam o bar. – W sierp­niu zno­wu za­cznę pra­co­wać w ty­go­dniu.

Nie mu­sia­łam tłu­ma­czyć, że zro­bię tak z po­wo­du fe­sti­wa­lu. W sierp­niu żyło nim całe mia­sto: tu­ry­ści zaj­mo­wa­li naj­lep­sze sto­li­ki w naj­lep­szych re­stau­ra­cjach, a przy­jeż­dża­ły ta­kie tłu­my, że po­trze­bo­wa­łam pię­ciu mi­nut, żeby zro­bić pięć kro­ków. Za to na­piw­ki były ko­smicz­nie wy­so­kie.

Cra­ig jęk­nął i po­chy­lił się w moją stro­nę.

– Nu­dzę się. – Le­ni­wie ob­rzu­cił mnie wzro­kiem. – Masz ocho­tę na szyb­ki nu­me­rek w mę­skiej to­a­le­cie?

Pro­po­no­wał mi to na każ­dej zmia­nie.

Za­wsze od­ma­wia­łam i su­ge­ro­wa­łam, żeby spy­tał Jo, a on od­po­wia­dał: „Ją już za­li­czy­łem”. By­łam dla nie­go wy­zwa­niem, a Cra­ig chy­ba na­praw­dę się łu­dził, że któ­re­goś dnia mnie zdo­bę­dzie.

– I co, sko­rzy­stasz z pro­po­zy­cji? – usły­sza­łam za sobą ci­chy, zna­jo­my głos.

Gwał­tow­nie się od­wró­ci­łam i ze zdu­mie­niem stwier­dzi­łam, że po dru­giej stro­nie baru stoi El­lie. Za nią był fa­cet, któ­re­go nie zna­łam, i… Bra­den.

Na­tych­miast zmar­kot­nia­łam, wciąż jesz­cze za­że­no­wa­na tym, co się wy­da­rzy­ło po­przed­nie­go dnia, i le­d­wie za­uwa­ży­łam uda­wa­ną obo­jęt­ność, z jaką Bra­den spoj­rzał na Cra­iga.

Ode­rwa­łam od nie­go wzrok i sła­bo uśmiech­nę­łam się do El­lie.

– Co ty tu ro­bisz?

Po­przed­nie­go wie­czo­ru zja­dły­śmy ra­zem ko­la­cję. Po­wie­dzia­łam jej, że Bra­den wpadł do domu, ale po­mi­nę­łam oko­licz­no­ści, w ja­kich to się sta­ło. Ona z ko­lei opo­wie­dzia­ła mi o za­ję­ciach, któ­re pro­wa­dzi, a ja zro­zu­mia­łam, że jest świet­ną na­uczy­ciel­ką. Jej fa­scy­na­cja hi­sto­rią sztu­ki była za­raź­li­wa, więc słu­cha­łam El­lie ze szcze­rym za­in­te­re­so­wa­niem.