Ważki na kostce lodu - Łucja Wilewska - ebook
Opis

Życie Marty nie jest usłane różami, choć na pierwszy rzut oka takim właśnie się wydaje: mąż adwokat, dwie cudowne córki, własne mieszkanie w dużym mieście… Dlaczego więc Marta się nie uśmiecha? Czemu nie cieszy się tak jak inni? Czy to dlatego, że mąż wciąż chodzi podenerwowany i wszystko wskazuje na to, że został zwolniony z pracy? Marta czuje, że coraz bardziej oddala się od niego, choć jednocześnie zależy jej na rodzinie. Co stanie się, gdy na jej drodze pojawi się przystojny, zabiegający o jej względy policjant? Czy pozwoli mu wziąć się za rękę i poprowadzić w nieznane? I co wspólnego ma z tą opowieścią tajemnicze zaginięcie jej ojca? Choć od tej tragicznej historii minęło już kilka dobrych lat, a ojciec został pochowany na cmentarzu, to ponownie pojawi się w życiu Marty. I on, i siostra Stella, pracująca na co dzień w szpitalu, który sama żartobliwie nazywa Hotelem Wszystkich Świętych.

Kogo posłucha Marta? Czemu będzie kibicować: sercu czy rozumowi? Czy kryminalna zagadka nie przekreśli jej miłosnych planów i co zrobi, gdy na drodze do szczęścia stanie nie tylko brutalny mąż, ale też przystojny policjant, jego ojciec i dwa najprawdziwsze w świecie duchy? O tym musicie przekonać się sami. Uwierzcie, że naprawdę warto.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 330

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Pracownia WV

Ilustracja na okładce

@Ladanivskyy Oleksandr/shutterstock.com

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2018

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2018

Tekst © Łucja Wilewska

ISBN 978-83-7835-693-6

Kiedy byłam mała, moja babcia opowiadała mi o tym, jak trafiła do szpitala, a jej życie było poważnie zagrożone. Doświadczyła śmierci klinicznej, powróciła jednak do świata żywych, a to za sprawą zakonnicy, która pracowała w tamtym szpitalu jako pielęgniarka i zaparła się, że nie pozwoli babci przejść na drugą stronę. To zainspirowało mnie do napisania części tej opowieści. Cała reszta jest zmyślona.

Rozplątujemy siebie nawzajem,

Ja ciebie, ty mnie.

Stajemy raz bliżej, raz dalej,

Czasem lepiej widać,

Gdy nie patrzysz,

Gdy oczy zamknięte,

Spod powiek nie wystają,

Nie podglądają.

Kocham Cię.

1.

Łatwiej jest mi wstrzymywać oddech, niż po prostu oddychać. Kiedy zatrzymuję go w sobie, czuję się spokojniejsza, pewniejsza; wewnętrzny lęk – ten podły szczur, który od dzieciństwa podgryza mi żołądek – nie lubi tego. Woli, kiedy oddycham. Cieszy się zwłaszcza podczas wydechu – wtedy kąsa mnie najboleśniej. Dlatego oddechowe ćwiczenia relaksacyjne, o których nieraz czytałam w Internecie czy w papierowych wydaniach poradników, nie sprawdziły się w moim przypadku. Nie lubię oddychać, męczy mnie to. Tak, wiem, że to słabe, że tak nie powinno być, że oddech jest celem i sensem życia – przynajmniej tak mówią jogini, ci „oświeceni”, którzy wiedzą więcej od nas, „zwykłych ludzi”, od pospólstwa. To oddech wszystko nakręca, wprawia w ruch, sprawia, że nasionka dmuchawców ulatują wysoko w niebo, po to, by potem opaść na ziemię i ponownie zakiełkować w żyznej glebie. Oddech tworzy życie. Oddech jest życiem. A mnie najlepiej smakuje wstrzymywanie oddechu.

Co zatem wynika z powyższego? Pytam, bo zwykle we wszystkim doszukuję się podtekstów i drugiego dna. Czy powstrzymuję energię życiową? Czy nie uwalniam jej, nie daję rozwinąć skrzydeł? Z pewnością nie, bo jest to za trudne, zbyt bolesne. Wolę wstrzymywać oddech, jestem w tym coraz lepsza.

Naprawdę nie wiem, co przyjemnego widzą ludzie w oddychaniu. Dla mnie jest to po prostu męczący obowiązek, niepotrzebny trud. Wkurzam się, kiedy pomyślę, że będę musiała oddychać aż po grób. Rzadko też oddycham nieświadomie. Każdy wdech jest przeze mnie zauważany, nie przychodzi z łatwością i naturalnie, muszę włożyć dużo siły i samozaparcia w to, żeby zaciągnąć się plątaniną dwóch atomów O.

Co zatem lubię? Kuchenne rewolucje Magdy Gessler i Salon sukien ślubnych, który wieczorami oglądam na TLC. Cenię sobie zwłaszcza tę edycję z Atlanty, z Monte’em. On jest po prostu genialny! To moje dwa najulubieńsze programy, mogłabym oglądać je bez końca. Lubię też Medium z Long Island. Ale spokojnie, nie oceniajcie mnie zbyt pochopnie już na samym wstępie – oglądam też Sześć stóp pod ziemią, House of Cards i Grę o tron. I jeszczeTrue Blood, ale to wyłącznie nocami, kiedy nikogo nie ma w domu.

W Kuchennych rewolucjach jest coś wyjątkowego: coś, co sprawia, że oglądanie ich bardzo mnie uspokaja. Na przykład zeszłego lata postanowiłam wymalować pokój dziewczynek i okropnie nie chciało mi się do tego zabierać. Wpadłam jednak na genialny pomysł: otwarłam laptop i włączyłam Rewolucje, nastawiając w Playerze na autoodtwarzanie. Sama nie wiem, kiedy zdołałam dojść do trzeciego sezonu – bowiem właśnie wtedy malowanie, łącznie z wcześniejszymi przygotowaniami i późniejszym sprzątaniem, dobiegło końca. To był pierwszy raz, kiedy nie marudziłam przy pracach domowych.

Uwielbiam marudzić! I narzekać. Zwłaszcza w obecności dzieci, bo one wykazują w tym względzie ogromną dozę zrozumienia i cierpliwości. I empatii. W przeciwieństwie do męża, który beszta mnie (wiem, to głupie słowo, ale sami podajcie lepsze na podmiankę) za każdy, najdrobniejszy nawet przejaw niesubordynacji, braku uśmiechu czy nieposłuszeństwa. I oczywiście braku dobrego nastroju. Tak, za to też można być karanym. Żona ma być uśmiechnięta, bo jak nie jest, to znaczy, że coś jest nie tak. A przecież mam najlepszego męża pod słońcem, dwie kochające córki, nie mam więc najmniejszych powodów do tego, żeby narzekać czy wybrzydzać. Pół świata głoduje, drugie pół nie ma dachu nad głową. My mamy dwa piękne pokoje, całkiem niedawno wyflizowaną łazienkę i kuchnię z oknami od strony zachodniej. Jak sami widzicie – nie mam najmniejszego powodu, a co za tym idzie – również i prawa, do narzekania i wybrzydzania. Dlatego też każdego ranka chodzę na paluszkach, modląc się, żeby mąż i dzieci obudzili się jak najpóźniej. Żebym mogła sama dla siebie popłakać i trochę pomarudzić, tak dla przyjemności i zachowania wprawy.

Nie lubię się uśmiechać, a mimo to uśmiecham się przez trzy czwarte dnia, czy to nie chore? Znajomi uważają mnie za jedną z najbardziej uśmiechniętych osób, a w moim sercu wciąż tylko piasek, żwir i słone łzy. Dlaczego?

Wstaję zawsze jako pierwsza. Robiąc sobie kawę z mlekiem albo herbatę z cytryną, zastanawiam się i rozważam wewnętrznie, czy marudzenie i narzekanie jest objawem niedoceniania życia, czy może słabego charakteru? Tak czy inaczej, czuję w środku siebie, że to mi szkodzi. Wiem, że nie powinno się narzekać, że to nie wypada, zwłaszcza gdy ma się tak wiele jak ja – w zasadzie wszystko.

Dopijam herbatę przy drewnianym kuchennym stole, pokrytym przezroczystą ceratą w fioletowe kwiaty. Mój mąż nienawidzi cerat, uważa je za wieśniackie, ale już mu wyjaśniałam nieraz, że przy małych dzieciach obrus zdecydowanie się nie sprawdzi. A przecież szkoda niszczyć stół – taki ładny kupiliśmy, na promocji w Ikei, nowy, z jasnego drewna, prostokątny, stojący na czterech grubych nogach.

Kiedy wstaje mąż lub któraś z córek, automatycznie wrzucam uśmiech numer pięć. Co z tego, że w sercu piekło, co z tego, że wichura w głowie i trzęsienie ziemi w brzuchu: na twarzy ma być uśmiech, bo to podstawa udanego związku i szczęścia w rodzinie. Tak mawiała moja babcia, tak mawiała moja mama, a teraz tak mawia mój mąż. Ja nie do końca się z tym zgadzam, no ale ja mam tylko maturę, teraz robię zaocznie licencjat z pedagogiki, a mąż jest prawnikiem po UJ-ocie. Przecież to oczywiste, że on ma zawsze rację. Że wie lepiej ode mnie. Zresztą, tak z ręką na sercu, ja sama również często przyznaję mu rację: jest ode mnie starszy i dużo rozsądniejszy. Zna się na ludziach, na świecie.

– Dzień dobry, kochanie – ćwierkam z rana, choć dobry nastrój związany z patrzeniem na męża dawno już minął. Jakieś kilka lat temu.

Mimo to nie poddaję się i walczę dalej, bo czy jest coś lepszego dla dzieci, dla moich małych, kochanych córeczek, niż dwoje rodziców na co dzień? Pełna rodzina jest podstawą i gwarantem poczucia bezpieczeństwa oraz późniejszego szczęścia dzieci. Każdy to wie: i on, i moja mama, i ja.

– A ty coś taka uśmiechnięta z rana? – pyta w trakcie otwierania oczu. W jego głosie wyczuwam nutę ironii, ale pewnie, jak zawsze, niepotrzebnie doszukuję się pretekstu do sprzeczki. – Stało się coś?

– A co się miało stać? – odpowiadam automatycznie. – Cieszę się, że cię widzę. To się stało.

– Weź, nie gadaj – mówi i siada na łóżku.

Ręce wyciąga wysoko w górę i przeciąga się jak kot. Potem roztrzepuje kołdrę nogami, łapie mnie i przyciąga do siebie.

– Zostaw mnie, głupku, przecież widzisz, że jestem już umalowana – mówię z przekąsem i udawaną naganą w głosie.

Po wielu dyskusjach dotyczących jego oczekiwań oraz moich praw i obowiązków, doszliśmy wspólnie do tego, że z rana kobieta powinna być wymalowana. On nie po to pracuje, żeby przed pójściem do pracy patrzeć na kogoś, kto ma nieestetyczne brązowe wory pod oczami, nieregularne brwi i rozczochraną fryzurę. On jest wyjątkowym estetą – wokół siebie musi widzieć piękno, piękno idealne. Powiem wam, że w pełni go rozumiem, bo też nie lubię widoku samej siebie z rana: kiedy patrzę w lustro zaraz po przebudzeniu, nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Z pewnością nie jest to widok godny czerwonego dywanu. A mój mąż zasługuje na wszystko, co najlepsze. W końcu to on zarabia i utrzymuje naszą rodzinę. Dlatego też już od ponad dwóch lat, zanim jeszcze obudzę go na śniadanie, biorę prysznic, ubieram się i wykonuję staranny makijaż.

Bardzo długo rozmawialiśmy o konturówce do ust: ja nie znałam czegoś takiego. U mnie, na wsi, usta malowało się szminką albo błyszczykiem. Po prostu. Na czerwono czy różowo, tak żeby ładnie było, dziewczęco i trochę kusząco. Z kolei mąż, wiecie, miastowy, na dodatek prawnik, oczekiwania ma wygórowane: powiedział mi, że w mieście to konturówka jest podstawą. Nie można malować ust bez uprzedniego zaznaczenia ich konturu. Dlatego też po wielu z nim rozmowach dałam się w końcu przekonać i w rossmannie kupiłam na promocji kredkę do ust, za osiem złotych, firmy Belle. Potem na YouTubie obejrzałam parę filmików instruktażowych i teraz wiem już, że trzeba delikatnie zaznaczyć kontur, potem specjalną chusteczką odrobinę rozmazać go do środka i dopiero wtedy można zabrać się za wypełnianie środka szminką czy raczej pomadką, bo tak to się teraz mówi.

Szczerze? Ja osobiście nie widzę żadnej różnicy pomiędzy malowaniem z konturówką i bez. Ale że mąż obyty, światowy, to widzi dokładnie. Zawsze dostrzegał, kiedy nie użyłam konturówki, no i potem były dwie godziny gadania. A po co serwować sobie taki poranek na własne życzenie? Co to ja głupia jestem, żeby nie uczyć się na błędach?

Dziś mam na sobie czarną sukienkę z półokrągłym dekoltem (mąż nie lubi, kiedy chodzę w spodniach zbyt często. Pozwala mi na to w zimie, kiedy jest duży mróz, i czasem w lecie, kiedy zakładam szorty. Akceptuje obcisłe, najlepiej błyszczące lub lejące się sukienki i zwiewne spódnice), talię podkreśloną paskiem (oj, o to też toczyły się batalie pomiędzy nami), jasne rajtki w kolorze cielistym i szpilki. Zawsze budzę go ubrana w ten właśnie sposób. Żeby miło rozpoczął dzień, ale troszkę też po to, żeby uniknąć dyskusji z rana. I niemiłych komentarzy. Naśmiewania się i wyszydzania mnie. Krytykowania. Żeby choć raz rano wyprawić go cicho i spokojnie do pracy.

– Podobno to dla mnie się malujesz. A skoro tak, to chyba mam prawo trochę tej szmineczki rozmazać? – pyta retorycznie, nadal mocno mnie trzymając. Jego adwokacka logika nie ma sobie równych.

Nic nie odpowiadam, uśmiecham się. Oczy milczą. Z opresji ratują mnie dzieci: dziewczynki zawsze wiedzą, kiedy przyjść z odsieczą. Nie wiem, może to jakaś intuicja, a może rodzaj telepatii? W duchu dziękuję Matce Boskiej: mąż puszcza mnie i otwiera szeroko ramiona dla Julci i Wikusi. Ogromnie lubię ten widok, kiedy rzucają się tacie na szyję i przytulają go obie naraz. Śmieją się głośno, chichrają, że tata znowu bez majtek. Patrzę na niego speszona: faktycznie jest cały goły. Tyle razy prosiłam go, żeby zakładał coś na noc, ale on tego nie trawi. Jakimś cudem udało mi się w końcu wymóc, żeby nie chodził nago po domu i osłaniał przyrodzenie przed córkami, choć wcale nie mógł zrozumieć czemu. Dla niego było to normalne, paradować po domu bez ubrania. Dla mnie – nie. Pochodzę z tradycyjnej, katolickiej rodziny i ani razu w życiu nie widziałam żadnego z rodziców bez ubrania. Ba, nawet w bieliźnie to się nie zdarzało! Po wielu rozmowach chyba wreszcie zrozumiał, że jest to dla mnie ważne i teraz, kiedy wychodzi spod prysznica, na biodra zakłada ręcznik (najbardziej lubi ten stary, granatowy, kupiony za czasów naszej pierwszej zagranicznej podróży do Szwecji).

– A kto mnie tak z rana tutaj napada, co? – pyta i gilgocze dziewczynki po brzuszkach.

Obie chichrają się wniebogłosy, jeszcze mocniej łapiąc tatę za szyję.

– O wy, dwie, ja wam dam, ja wam zaraz pokażę! – grzmi z uśmiechem na twarzy.

Dziewczynki dobrze wiedzą, że to tylko żarty. Jedna szarpie go za ucho, druga wskakuje na kolana i skacze po nim bezlitośnie.

– No bez przesady, Julcia! – mówi, choć wcale nie zamierza jej przeganiać.

To uroczy widok i zawsze staram się jak najdłużej zachować go w pamięci. Zwłaszcza kiedy są gorsze dni, kiedy kłócimy się lub nie zgadzamy ze sobą. Zawsze wtedy, przypominając sobie dawne słowa mamy, biorę to wszystko „na rozum” i żeby wyciszyć się i uspokoić, wyobrażam sobie ten właśnie poranny widok. Widok, który rekompensuje wszystko. Widok, który jest sensem życia. Widok, którego za nic w świecie nie chciałabym zburzyć.

Wikusia jest młodsza, ma cztery latka. Najbardziej lubi sypiać w dwuczęściowej, kremowej piżamie z Frozen. Na noc zawsze rozpuszczam jej ciemnobrązowe włoski, żeby gumki i spinki nie cisnęły jej w nocy. Śpi w skarpetkach, zawsze jest uśmiechnięta i umorusana na buzi. Uwielbia czekoladę, miękki miąższ z chleba, banany i łaskotki.

Julcia jest inna. Starsza, poważniejsza, bardziej stonowana i mniej roześmiana od Wikusi. W jakiś dziwny sposób automatycznie wcieliła się w rolę starszej siostry. Zdarza się, że strofuje młodszą, że każe jej posprzątać zabawki albo siedzieć prosto przy stole. A ma dopiero niecałe siedem latek! Włoski ma jasnobrązowe, trochę jaśniejsze od Wikusi, końcówki się zakręcają, a włosy puszą się i falują, kiedy jest gorąco i wilgotno. Julcia bardzo tego nie lubi i zawsze każe zakładać sobie opaskę na włosy. Ma ich całą kolekcję: począwszy od zwykłej czarnej z plastiku, poprzez taką pokrytą granatowym materiałem w białe grochy, ma jeszcze jedną różową, drugą z błyskotkami i jeszcze taką na bal przebierańców, w formie korony. Choć ona lubi nosić ją po domu, nie tylko od święta. Julcia chodzi teraz do zerówki w przedszkolu, po wakacjach pójdzie do pierwszej klasy.

Teraz mam łatwiej, bo obie dziewczynki zaprowadzam do jednego przedszkola. Są tam do czternastej, odbieram je zaraz po podwieczorku. Wikusia miała spore problemy ze zdrowiem, dlatego do przedszkola posłałam ją dopiero od tego roku. Trafiła do grupy średniaków i znakomicie się tam odnalazła. Pierwsze miesiące były trudne, bo mała co rusz łapała jakąś infekcję, ale teraz, po kilku miesiącach, sytuacja w miarę się unormowała. Chodzą obie razem, uśmiechnięte, zadowolone, trzymając się za ręce. Aż serce rośnie od takiego widoku!

Odkąd wyszłam za mąż, nie pracowałam i cały swój czas poświęcałam rodzinie i domowi. Teraz, kiedy dziewczynkami zajmują się „ciocie”, szybko ogarniam całe mieszkanie, podłogi, odkurzanie, wszystko musi być na błysk. Potem nastawiam obiad dla męża, choć córeczki też zwykle zjedzą coś jeszcze na ciepło po powrocie do domu. Wiecie, jakie jest to przedszkolne jedzenie: panie kucharki starają się jak mogą, ale wykarmić pięćdziesiątkę dzieci nie jest przecież łatwo. Zupy są liche, z drobną kaszą, a moje córy przyzwyczajone do ziemniaków, makaronów, do schabowego.

Mariusz lubi dobrze zjeść. Jego mama znakomicie gotuje, przyszło mi zmierzyć się z prawdziwą mistrzynią kulinarną. Mąż, oczywiście, nieraz porównywał nasze dania i z początku rzadko kiedy udawało mi się wygrać. Osobiście lubię próbować nowości, raz zrobiłam danie meksykańskie, innym razem lazanię, chciałabym kiedyś spróbować coś hinduskiego, a może nawet tajskiego? Jednak Mariusz jest zdecydowanym zwolennikiem tradycyjnej kuchni polskiej, dlatego też właśnie taka króluje na naszym stole. Kiedyś zrobiłam dla siebie coś innego niż dla reszty rodziny, ale głupio to wyglądało, gdy siedzieliśmy razem przy posiłku i jedliśmy różne rzeczy. Mariusz potem czepiał się w obecności dziewczynek, że mama dziwuje, że na siłę chce się od nas wyróżnić, że taka modna próbuje być, jak gwiazdy z telewizji.

– Tylko przypadkiem nie próbuj zamawiać cateringu pudełkowego! – mówił, głośno się śmiejąc.

Dziewczynki dopytywały, co to jest.

– A, moje kochane, to jest ostateczny etap rozkładu kobiety – stwierdził z miną mędrca, a ja pod stołem zaciskałam z całej siły dłonie. Paznokcie wbijały się głęboko, ale nie do krwi. – Kiedy jakiejś mamusi nie chce się już gotować, ma w dupie swoje dzieci, wtedy bierze pieniądze tatusia i zamawia gotowe obiadki ze sklepu. Panowie przywożą je do domu samochodem, a jedzenie zapakowane jest w pudełka, jak karma dla psów, dlatego też nazywa się to dietą pudełkową.

Dziewczynki aż otworzyły ze zdumienia oczy. Chłonęły każde jego słowo, jak świąteczne kazanie księdza proboszcza. Wiadomo, tata ma zawsze rację, wszystkie o tym doskonale wiemy.

Nie podoba mi się wiele rzeczy, które Mariusz mówi dziewczynkom. Uważam, że niektóre są niesprawiedliwe, krzywdzące, na inne kwestie dzieci wydają mi się niewystarczająco dojrzałe. Parę razy wspomniałam o tym mężowi, jednak potem szybko tego pożałowałam. Nie dość, że skrzyczał mnie, że jestem głupia i zaściankowa, że celowo zaniżam iloraz inteligencji jego pięknych córek, to na dodatek stwierdził jeszcze z okropnie podłą miną, że nie mam żadnego, najmniejszego prawa do wtrącania się i ingerowania w to, jak wychowuje nasze córki. On się na tym zna, on wie, co robi, on nauczy je życia teraz, żeby w dorosłości radziły sobie lepiej ode mnie.

No i powiedzcie mi, co mam na takie coś odpowiedzieć? Próbowałam dyskusji, krzyku, płaczu. Nic nie podziałało. Jego słowa bardzo mnie ranią, ale zawsze tak wszystko poprzekręca, poubiera w ładne hasła, jak z reklamy, że po prostu nie można temu zaprzeczyć. No bo jak? Czy nie chcę, żeby radziły sobie w przyszłości? Oczywiście, że chcę. A kto lepiej daje radę w życiu: ja czy on? Wiadomo, że on. Skończył studia wyższe, nie byle jakie, bo prawo. Zaraz potem dostał się na aplikację. Zarabia duże pieniądze, a ja tylko siedzę w domu. To oczywiste, że on lepiej wyprowadzi dziewczynki „na ludzi”. Twierdzi, że jego wychowywano w ten sam sposób, od dzieciństwa traktując jak dorosłego. Tylko dzięki temu stał się tak zaradny i przebojowy. Inteligentny i ambitny. Szczodry, dobry, uśmiechnięty, serdeczny i wyrozumiały. Zazdroszczę mu tego, tej niekończącej się pewności siebie.

Jego córek, jego pięknych córek – zawsze używa tej formy w trakcie naszych rozmów. Bardzo tego nie lubię, z początku zwracałam mu uwagę, że to są nasze, a nie tylko jego dzieci. Raz nawet, kiedy się bardziej pokłóciliśmy, sama już nie pamiętam o co, wykrzyczałam mu wtedy, że to ja byłam w ciąży, że to ja nosiłam obie pod sercem, a potem to ja je urodziłam, nie on.

– No i co z tego? – odparł, zdziwiony.

Nie potrafiłam tego skomentować. Mariuszuśmiechnął się z cynizmem i dodał:

– No, widzisz, bidoto, taka z ciebie sirota, że nawet w rozmowie z mężem sobie nie radzisz. Ale może to i dobrze, bo dzięki temu lepiej gary zmywasz – stwierdził chłodno i wyszedł z pokoju. A potem z mieszkania. Wrócił dopiero nad ranem.

Ja zostałam sama, z wanną pełną łez. To tak bolało, tak drapało i paliło od wewnątrz. Nie wiedziałam, jak poradzić sobie z tak wielkim bólem. Co zrobić? I dlaczego on jest taki niedobry dla mnie? Jednak później, wieczorem, gdy dzieci już spały, a ja wgapiałam się w czarny, niewidoczny krajobraz za nocnym oknem, dochodziłam do wniosku, że przecież on i tak ma rację. Jestem niedojdą. Nie pracuję, nie zarabiam, nie radzę sobie w rozmowie. Ma najświętsze prawo do tego, by mi dogryzać, bo robi to szczerze i prosto z serca. Dla mojego własnego dobra. Żebym w końcu przejrzała na oczy i odmieniła się.

Postanowiłam faktycznie odmienić się i wziąć za siebie tak na poważnie, odkąd obie dziewczynki posłałam do przedszkola. Wymyśliłam, że jeśli będę zarabiać, to wtedy on spojrzy na mnie inaczej, bardziej przychylnie. Tak bardzo chciałabym, żeby był ze mnie dumny.

Wymyśliłam pedagogikę, bo wychowywanie dzieci to jest jedyne, co umiem robić, co dobrze mi w życiu wychodzi. Mariusz z początku był przeciwny, żebym w ogóle cokolwiek robiła, ale powoli, krok po kroku, przekonywałam go, że to zawsze dodatkowy zarobek, że nie będę pracować długo, że tylko na pół etatu i że to praca idealna dla kobiet… W końcu zgodził się, ale na studia musiałam pójść zaoczne i nie dał mi na nie ani grosza. Na szczęście pomogła mi mama. Nie wiem, skąd wzięła dwa i pół tysiąca, no ale pieniądze znalazły się i mogłam opłacić cały pierwszy rok z góry. Zajęcia odbywają się co drugi weekend. Na ten czas dziewczynki zawożę dzień wcześniej do mamy. I mama się cieszy, i dzieci, i Mariusz, i ja. Nauki jest sporo, ale podoba mi się to, o czym czytam. Studiuję na licencjacie z pedagogiki wczesnoszkolnej. Kurs jest dofinansowywany z Unii, dlatego pierwszy rok kosztował tylko dwa i pół tysiąca, a nie pięć, jak to zwykle bywa. Po trzech latach będę mogła pracować w szkole podstawowej albo w przedszkolu. Marzy mi się taka praca i uwierzyć nie mogę¸ że już niedługo będę panią nauczycielką! Mama chodzi dumna jak paw. Mariusz okropnie się ze mnie naśmiewa, ale ma do tego prawo. W końcu jest prawnikiem i nikt go nigdy nie prześcignie.

– Mamusiu, dlaczego się wczoraj kłóciliście z tatusiem? – pyta mnie Wika w trakcie zakładania jej przedszkolnych pantofli.

Julka poszła już do swojej grupy, Wiktorii trzeba jeszcze czasem pomóc przy przebieraniu się. Siedzi na drewnianej ławeczce, pomalowanej w czerwono-żółte kwiatki, a mnie serce łomocze jak oszalałe. „Boże, żeby tylko nikt tego nie usłyszał” – modlę się w duchu do Matki Bożej.

– Nie kłóciliśmy się, tylko głośno rozmawialiśmy. Ile razy mam ci to powtarzać? – odpowiadam i czuję, jak rodzi się we mnie gniew. Mam ochotę zamknąć tej małej buzię. Szkoda, że to niemożliwe.

– Ale, mamusiu, przecież dobrze słyszałam. Ty krzyczałaś, tatuś też coś wołał i mówił te słowa, których nam zabraniasz słuchać… Wiesz, te brzydkie – opowiada, ściszając głos, jak rasowa aktorka. – A potem ty płakałaś. Mamusiu, dlaczego wczoraj w nocy płakałaś? – dopytuje, nie dając za wygraną.

Moja złość jest coraz większa, miesza się ze smutkiem, który zaczyna przejmować ciało, zaczynając oczywiście od twarzy. Wykrzywione usta, łzawiące oczy – to ewidentny znak nadchodzącego płaczu, którego po prostu nienawidzę.

Chciałabym powiedzieć córce prawdę, ale nawet nie wiem, jaka by ona była. Płakałam, bo było mi smutno, choć sama nie wiem czemu? Bo za trudne to wszystko? Bo momentami mam dość wszystkiego? Bo nie radzę sobie? Bo nie mam siły wstawać z łóżka? Bo z tatą nie da się już normalnie porozmawiać? Tyle odpowiedzi cisnęło mi się na usta, ale nie użyłam ani jednej z nich. Zamiast tego, jak automat, wycedziłam z powstrzymywaną złością i bezsilnością:

– Już powiedziałam, że nie płakałam. Musiało ci się to przyśnić.

Widząc, że Wiktoria ma ochotę dalej drążyć temat, szybciutko odwieszam różową kurtkę zimową do szafeczki, na jej przedszkolnej półce układam zapasową bluzkę i cukierka, żeby mogła zjeść sobie w przerwie po spacerze. Zimowe kozaki, różowo-niebieskie, z nadrukiem bałwanka z Frozen, stawiam na szmacie ustawionej w korytarzu. Na koniec poprawiam jej bluzkę i wyganiam na salę do zabawy wraz z innymi dziećmi. Na odchodnym rzucam „ciociom”: Do widzenia! I w minutę jestem z powrotem na dworze, w drodze do domu.

Pogoda dziś mroźna, chmurna. Wiatr podwiewa mi płaszcz i głaszcze chłodem po nogach. Dopinam ostatni guzik, nie pozostawiając mu możliwości na kontynuowanie zabawy, która dla mnie wcale nie jest zabawna.

Ostatnimi czasy zdaje mi się, jakbym prowadziła podwójne życie, taką grę z samą sobą albo z tym kimś, kto patrzy i ocenia. Kto widzi wszystko, wie więcej ode mnie, ale nie pomaga, a przynajmniej nie tak, jak bym tego chciała.

Z jednej strony można powiedzieć, że wszystko dobrze się układa, idzie po właściwym torze: córki są zdrowe, rosną, chodzą do przedszkola. Mariusz ma dobrą pracę, stałe zarobki, naprawdę nie mogę na to narzekać. Zaczęłam też studia… Za jakiś czas będę panią nauczycielką… Tylko jest jeden problem. No, dobra, może jest ich kilka, ale ten jeden i zasadniczy jest taki, że wcale, ale to wcale to wszystko mnie nie cieszy. Nie jestem ani trochę szczęśliwa, nie mówiąc już o wesołości. Już dawno zapomniałam, co to humor, żarty, luźna atmosfera… Nie znam tej pani.

Kim tak naprawdę jestem? Która z tych dwóch mnie jest tą właściwą, tą bardziej prawdziwą? Ta, którą wszyscy znają? Która idzie dzielnie do przodu i stale się uśmiecha? Czy ta druga, z rozdartym sercem, w potarganych pończochach, bojąca się każdej nadchodzącej nocy, rozdygotana i roztrzęsiona?

Bywało źle, to fakt, ale ostatnio jest coraz gorzej. Czasem wydaje mi się, że umieram. Czuję, jakby serce wariowało, wpadam w panikę, wyobrażając sobie, że rozpada się na kilka kawałków, niepasujących do siebie puzzli. Żołądek mam stale ściśnięty, zasupłany, rozglądam się nerwowo wokoło. Boję się, bardzo się boję, że czymś mu podpadnę. To jest straszne i najgorsze, co mogłoby się wydarzyć. Podpaść Mariuszowi z jakąś głupotą.

Wpadki, takie poważniejsze, zdarzają się, nie robię sobie z ich powodu wyrzutu. Ale kiedy obrywam za błahostki, to pojąć nie potrafię, jak mogłam tak głupio, tak debilnie się zachować! Dajmy na to: zostawiam buty w przedpokoju, zamiast zanieść je do łazienki! Już na samym początku trwania związku ustaliliśmy, że tak będziemy robić, bo tak robiło się w domu Mariusza i to jest jedyny sensowny i estetyczny sposób przechowywania obuwia. Mieszkamy ze sobą już tyle lat, a mnie nadal czasem zdarzy się zostawić buty w przedpokoju. Jeśli jest to obuwie dziewczynek – on się nie gniewa. Sam zanosi je do łazienki, odpłacając mi za to obrażoną ciszą. Gorzej jeśli znajdzie tam moje buty. Wtedy, w zależności od pory dnia i jego aktualnego nastroju, może na mnie: nakrzyczeć, wyśmiać mnie lub też rozpocząć niekończącą się, wielogodzinną tyradę, dotyczącą mojej głupoty, mojego debilizmu, wieśniactwa i niewychowania. Im później w noc – tym gorzej. Raz zdarzyło się, że rzucił mi buty na stół, gotowałam akurat pomidorową z ryżem na jutro, dziewczynki mi pomagały. Bąknął tylko:

– Sprzątaj po sobie, szmato.

Nic nie odpowiedziałam, nie chcąc dolewać oliwy do ognia. Żeby jakoś wyjaśnić to przed dziewczynkami, przymknęłam cichutko drzwi i wyszeptałam im z uśmiechem:

– Ale ze mnie gapa! Tatuś prosił, żebym położyła buty na szmacie, bo były mokre z pola, a ja zapomniałam! Dobrze, że mi o tym przypomniał. – Dziewczynki patrzyły i słuchały, choć nic nie powiedziały. – Dopilnujcie zupy, a ja tylko odniosę buty na miejsce.

Dwa czy trzy razy zdarzyło się, że rzucił nimi we mnie. Raz były to ubłocone kozaki, innym razem brązowe botki, skórzane, ze złotym zapięciem. I jeszcze jeden raz pamiętam, dostałam wtedy klapkiem w twarz – tak śmiesznie plasnęło, że aż się sama zaśmiałam.

– Jeszcze się śmieje, idiotka! – dodał na odchodnym, trzaskając za sobą drzwiami od sypialni. Na szczęście dziewczynki spały już u siebie.

Mariusz nie zawsze taki jest. Potrafi być miły, czuły, wyrozumiały. Zabiera nas czasem na lody do macdonalda, niedziele spędzamy u jego matki, na Zabłociu. Zdarza mu się spytać, jak minął mi dzień i co będzie dziś na kolację. Nie mogę narzekać, wiem, że nie mam na co. To oczywiste, że miewa humory, że jest zestresowany, ale jak można nie być zestresowanym, pracując w sądzie? No jak? Na dodatek chciałby się dostać do prokuratury, a do tego potrzeba naprawdę stalowych nerwów. Dlatego też musi potem odreagować w domu, co ja doskonale rozumiem. W końcu jestem jego żoną i powinnam dawać mu wsparcie, takie, jakiego on w danej chwili najbardziej potrzebuje. Choć momentami bywa nieznośny i niepotrzebnie głupio uparty, to kocham go nad życie i nie wyobrażam sobie ani jednego dnia bez niego.

Nie kłócę się więc, nie wybrzydzam, czasem, jak mnie już bardzo mocno wkurzy, to wejdę z nim w polemikę, ale w większości przypadków udaje mi się tego nie robić. Jestem wtedy zawsze taka dumna z siebie, uśmiecham się wewnętrznie, gdy tylko zaciskam zęby i pięści. Tylko potem w nocy mam koszmary, budzę się z krzykiem, cała spocona, albo w ogóle nie mogę zasnąć.

I tak mam lepiej niż mama. Ona często chodziła poobijana na twarzy. Już jako dziecko przywykłam do widoku sinego lub fioletowego rumieńca na jej twarzy, w górnej części policzka czy wokoło oka. Pamiętam, że kiedy ojciec mieszkał jeszcze z nami, bardzo go nie lubiłam za to, że bił mamę. Złościłam się na niego i podobno raz rzuciłam się na niego z pięściami. Oddał mi, oczywiście po pijaku, ale mama mówiła, że byłam bardzo dzielna i nie uroniłam ani jednej łzy. Jej słowa bardzo mnie wtedy poruszyły. „Do dziś jestem taka dzielna, mamo – chwalę samą siebie w duchu. – Możesz być o to spokojna”.

***

Po drodze z przedszkola zahaczam o biedronkę. Sklepikarki mają problem z zapełnieniem pustych po świętach półek. Na walentynkowe serca jeszcze za wcześnie, na wielkanocne jaja tym bardziej. Przedzieram się przez rozgadany tłum moherowych beretów, zauważyłam, że często tu rano wpadają, chyba po kościele. Stają sobie, jak gdyby nigdy nic, w samym środku alejki, zupełnie tarasując przejście.

Do czerwonego koszyka na kółkach wrzucam podwójny filet z piersi kurczaka, brokuł do ugotowania na parze, półtora kilograma ziemniaków w żółtej, plecionej w oka siatce, żelki dla dziewczynek i dwa piwa dla Mariusza. Mamy taką niepisaną umowę, że on alkohol kupuje sobie sam, we własnym zakresie. Ja nie wnikam w ten temat. Wiem, że nie pije dużo i przede wszystkim nie wódkę, więc reszta mnie nie interesuje. Na szczęście choć tym jednym tematem nie muszę się w swoim dorosłym życiu zajmować. Tak czy inaczej, biorę te dwa piwa, niech ma zimne w lodówce, jak wróci. Niby nic, a humor będzie miał lepszy. Mama zawsze mówiła, że najważniejsze to dbać o męża, tak żeby nie miał się do czego przyczepić.

Wzięłam sobie tę radę do serca i robię co mogę, żeby go zadowolić. Jego szczęście jest moim szczęściem. I szczęściem dziewczynek. Spokojnych, bezpiecznych, najedzonych.

– Czterdzieści osiem dwadzieścia. – Słyszę zachrypnięty głos, dobiegający od strony kasy.

– Ile?! – pytam z niedowierzaniem. Moje zakupy na pewno tyle nie kosztowały. – Przepraszam, nie dosłyszałam – dodaję po chwili, speszona.

– Czterdzieści osiem dwadzieścia – odpowiada ze zblazowaną miną kasjer, niewiele młodszy ode mnie.

– Kartą będzie – odpowiadam.

Nie mam przy sobie aż tyle gotówki. Mariusz zostawił mi rano tylko trzydzieści pięć złotych na dzisiejsze zakupy. Postanawiam sprawdzić później rachunek, czy wszystko się zgadza. Może filety policzył mi dwa razy?

– Zbliżeniowo? – dopytuje pro forma, wyglądając za okno.

Na polu zrobiło się zupełnie ciemno, niebo zakryły granatowe, gęste warstwy chmur. Zaraz jak nic sypnie śniegiem.

– Tak – odpowiadam, również spoglądając przez okno.

Stoimy tak oboje przy kasie, ja z kartą w wyciągniętej dłoni, zbliżając ją w zwolnionym tempie coraz bliżej PIN pada, on również z ręką przy pin padzie, czekający na rachunek i potwierdzenie, które zaraz wyłoni się w magiczny sposób z tego małego urządzonka. Nasze spojrzenia skierowane są w tę samą stronę. Śnieg jeszcze nie pada, ale w tej samej sekundzie jak na komendę odwracamy głowy i spoglądamy sobie prosto w oczy. I wtedy dzieje się coś dziwnego. Zauważamy się po raz pierwszy świadomie. Ja nie jestem matką, robiącą zakupy kobietą, jedną z tysiąca, które on dzisiaj obsłuży. On nie jest kasjerem, jednym z wielu bezimiennych, u których dokonuję opłat za nabyte towary. Nagle, w jednej chwili, spotykamy się w swoich spojrzeniach i widzimy się takimi, jakimi jesteśmy. Dostrzegamy swoją własną prawdę: on moją, ja jego. Pomimo tysiąca różnic, które nas dzielą (on ma okulary i jest kasjerem, ja jestem matką i sypiam z prawnikiem), okazuje się, że w jakiś dziwny, nagły, pokręcony i trudny do wyjaśnienia sposób staliśmy się sobie bliscy. Nasze dłonie spotykają się: nie odejmuję karty od czytnika, nie chowam jej do portfela. Czekam, aż pojawi się potwierdzenie z karty. On zauważa ten gest z mojej strony, to jakby puszczone oko. Z PIN padu wydobywa się dźwięk, nagły, elektroniczny bulgot i przez ułamek sekundy on gładzi mnie po dłoni, nie spuszczając ze mnie wzroku. Usta same mi się rozchylają, zaskoczona cofam dłoń, ale moje ciało, mój brzuch krzyczą: „Wróć tam! Zostaw rękę, oddaj mu ją z powrotem!”.

Okulary ma w czarnych oprawkach, raczej grubych, w uchu jeden kolczyk, mały tunel, pewnie ma dziary pod granatowym uniformem. Marcin L. – wyczytuję na plakietce, która jest przypięta do kieszeni firmowej, biedronkowej koszuli.

– Dziękuję – mówię, oszołomiona, i machinalnie pakując zakupy do beżowej torby z filcu, wybiegam ze sklepu.

Nie wiem, czy patrzy za mną. Chciałabym wiedzieć. Chciałabym, żeby patrzył…

Śnieg zaczyna prószyć, kiedy jestem w okolicach Białogradzkiej. Spoglądam w niebo: białe płatki doskonale wyróżniają się na tle szarego smogu, wymieszanego z cienkimi chmurami. Naciągam czapkę mocniej na czoło, robi się chłodno. Widget pogodowy w telefonie wskazuje na temperaturę minus pięciu stopni. Tylko czemu w środku jest mi tak gorąco? To bez sensu.

Wracam do domu szybkim krokiem. „Najpierw obrać ziemniaki, wrzucić do garnka z wodą, posolić, odstawić – notuję w głowie. – Pochować resztę zakupów do lodówki, kurczaka zamarynować w przyprawie z oliwą, odkurzyć, wymyć podłogi, posprzątać rzeczy dziewczynek, na pewno zostawiły okropny bałagan w swoim pokoju. Potem wezmę się za prasowanie koszul i jeśli teraz się pospieszę, to spokojnie wyrobię się ze wszystkim do 13:45. Właśnie wtedy muszę wyjść z domu, żeby odebrać dziewczynki z przedszkola zaraz po podwieczorku”.

Wchodząc do mieszkania, trzaskam drzwiami i zamykam je na oba zamki.

– Mariusz, jesteś? – pytam pro forma. Wiem, że go nie ma, ale „strzyżonego, pan Bóg strzyże” – jak sam zawsze powtarza.

Dla bezpieczeństwa przechodzę po pokojach, upewniając się, że nigdzie go nie ma. Na stół w kuchni rzucam byle jak zrobione przed momentem zakupy i wiem już, że dziś nie wykonam stworzonego tak misternie planu.

Staję przed lustrem w przedpokoju. Nie patrzę sobie w oczy, bo bardzo tego nie lubię. Zamiast tego przyglądam się sobie z przodu, z boku i nawet z tyłu.

– Mariusz? – wołam dla uspokojenia sumienia.

Nikt nie odpowiada. Żaden głos nie pojawia się w mojej głowie: ani ten prawdziwy, ani wyimaginowany.

Powoli zdejmuję z siebie ubranie. Zaczynam od jasnych, wycieranych dżinsów, z dziurą nad lewym kolanem. Potem przechodzę do jasnoróżowego, puchatego swetra, ściągając go płynnym ruchem przez głowę i rzucając na ziemię. Po zdjęciu rajstop i bielizny staję przed lustrem całkiem naga. Długo przyglądam się odbiciu.

Jaka tak naprawdę jestem? Czemu tak trudno mi to ocenić? Z jednej strony nie jest aż tak źle, jakby być mogło. Z drugiej strony faktem jest to, co zarzuca mi Mariusz: że po ciążach spasłam się jak świnia, roztyłam jak prosiak, że dupa mi urosła niemiłosiernie, że cycki obwisły od karmienia, że szpecących rozstępów mam kilka na biodrach i w ogóle, że jestem już nieapetyczna jak nadgryzione jabłko, które niedługo zupełnie spleśnieje i zbrązowieje.

Czy to była prawda? Po części na pewno tak. A nie po części? Nie ważę sześćdziesiąt dwa, jak przed pierwszą, ani sześćdziesiąt cztery, jak przed drugą ciążą. Ważę sześćdziesiąt osiem, wiem to, choć nie ważyłam się ostatnio. Czy w jakikolwiek sposób mogę się komuś podobać, wydać się atrakcyjną? Jeśli tak, to chyba jakiemuś czterdziestolatkowi. Na pewno nie młodemu chłopakowi z tunelem w uchu. Choć może lubi starsze, gustuje w kobietach z kategorii MILF luboversize? Może jest sado-maso? Kolczyk, okulary i prawdopodobnie tatuaże mogą to sugerować. Pewnie w gimnazjum słuchał rage’u, grangu i trip hopu.

„Po co ja to w ogóle sprawdzam?” – dopytuje się umysł, a moje policzki pokrywa czerwony rumieniec. Po raz trzeci rozglądam się wokoło, oceniając, czy na pewno nikt mnie nie podgląda, zza okna lub z wnętrza białej szafy. Wydaje się, że w domu jest pusto. Pewności nigdy mieć nie można.

Pomimo tego, co twierdzi Mariusz, to faktem jest, że lubi mnie dotykać i kochamy się dosyć często. Ja co prawda nie przepadam za seksem, ale co zrobić, taka już rola kobiety. Taki obowiązek. „Chciałaś być żoną, to teraz masz” – powiedziała mi kiedyś koleżanka.

Nie lubię seksu. Jest nudny, męczący i przewidywalny. Jednocześnie kocham Mariusza, choć od pewnego czasu coraz częściej nachodzą mnie myśli o innych facetach. Wiem, że to niemoralne i gdybym chodziła, jak dawniej, do kościoła, to musiałabym się teraz z tego spowiadać.

W mig ubieram się i biorę za przygotowywanie obiadu. Humor dopisuje mi i wszystko idzie szybciej i sprawniej niż zwykle. Nawet koszule odprasowałam i, nie uwierzycie, wszystko gotowe było przed trzynastą! To jest mój życiowy rekord. Mam teraz całą godzinę wyłącznie dla siebie. Postanawiam zaszaleć jak nigdy: robię sobie herbatę z miodem, cytryną i imbirem i wskakuję na łóżko, tym razem z pilotem w ręce. „TLC czy TVN Style?” – pytam sama siebie, uśmiechając się. Herbatę wypijam duszkiem, jeszcze gorącą, parującą.

2.

Dzień później pojawiam się w tym samym sklepie, o tej samej porze. Liczę na to, że grafiki kasjerzy mają porozpisywane tak samo na cały tydzień. Intuicja mnie nie myli: widzę go, ale nie jest na kasie, wyjmuje owoce ze skrzynek i układa je na skośnych półkach. Boże, on tam jest, on tam naprawdę jest.

Ogromnie speszona i zestresowana planuję ucieczkę – za późno. Zauważa mnie i wgapia się we mnie, uśmiechając się. Nie rozumiem: naśmiewa się ze mnie czy co?

Nie mam wyjścia, podchodzę do niego.

– Może w czymś pomóc? – pyta.

Jego głos jest niski, melodyjny i aksamitny. Nadal trochę zachrypnięty. Jest przeziębiony czy pali papierosy? Nieważne. Mówi jak Marlon Brando i James Dean. Ciągle się uśmiecha.

– Lubisz owoce? – pyta, zdając sobie chyba sprawę z tego, że nie wiem, co odpowiedzieć. Nie mówi „pani”, mówi „ty”.

Podchodzę trzy kroki naprzód (nie pytajcie, gdzie znalazłam tę odwagę w sobie) i staję tuż obok niego. Nasze oddechy spotykają się w połowie drogi. Marcin L. – napis na jego koszuli nie zmienił się, nadal nosi to samo co wczoraj imię. Jest wysoki: muszę patrzeć w górę, żeby spojrzeć mu w oczy. I nagle zdaję sobie sprawę z tego, że to jest to, czego zawsze brakowało mi w Mariuszu. Ten maleńki defekt, tajemniczy, zagubiony element, który sprawiał, że nigdy nie czułam się przy nim tak bardzo kobieca, jak czuję się teraz.

Mariusz ma metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, tak naprawdę jest mniej więcej tak wysoki, jak ja, bo mam metr siedemdziesiąt trzy. Jemu to nigdy nie przeszkadzało, że prawie dorównuję mu wzrostem, a mnie tak, choć nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę. Teraz już wiem o tym na pewno. Marcin musi mieć metr osiemdziesiąt z kawałkiem, a może nawet metr dziewięćdziesiąt, bo czubek mojej głowy sięga maksymalnie jego nosa. Nos ma prosty, oczy duże, ciemne, mroczno-czekoladowe, schowane płytko pod okularami. Uśmiech nosi męski, ciepły, przyjacielski. Na dłoniach faktycznie spostrzegam tatuaże. Ciekawe, czy ma ich więcej?

– Jadłaś kiedyś to? – pyta, pokazując na otwartej dłoni żółty egzotyczny owoc, którego skórka pokryta jest drobnymi, delikatnymi kolcami.

– Nie – odpowiadam, wielce inteligentnie.

To wszystko, na co stać mnie w tej chwili. Serce łomocze jak oszalałe, dłonie zrobiły się wilgotne. Z trudem łapię oddech, powietrze jest gorące, pali mi przełyk.

– Jak to się nazywa? – pytam, automatycznie karcąc się w środku. Ale idiotyczne pytanie! Przecież to wiocha, nie znać czegoś takiego! I ja niby mam męża prawnika?!

– Żółta pitahaya. Smoczy owoc. Zwykle mamy u nas różowe, ale w tym tygodniu sprowadzili z Brazylii nową odmianę. Powinnaś spróbować. Kto wie, może ci posmakuje? – mówi, wkładając owoc do mojego koszyka.

– Dziękuję, chętnie spróbuję – odpowiadam grzecznym tonem, tak jak mnie tego uczyła mama. Tyle tylko, że to było dawno temu. Teraz myśli mam dużo bardziej niegrzeczne niż wyuczony ton mojego głosu.

– Przyjdziesz jutro i powiesz mi, czy ci smakował – stwierdza, nie pyta.

– Dobrze. Kiedy pracujesz?

– Jutro akurat mam wolne – odpowiada.

Czy ja się nie przesłyszałam?! Jestem w szoku, w największym szoku mojego życia. Mój wczorajszy sen z jawy właśnie zaczyna się spełniać. Ale czy znajdę w sobie na tyle dużą dawkę odwagi i szaleństwa, żeby… żeby odpowiedzieć na przykład tak:

– To jak mam ci powiedzieć, czy owoc mi smakował? – podejmuję grę. Przecież on może tylko żartować. Jest młodszy ode mnie o kilka lat, to z pewnością będzie stanowiło dla niego barierę.

– Możesz przyjść do mnie. Mieszkam z kumplem, ale jego akurat nie ma. Wyjechał na cały tydzień do rodziców – informuje spokojnym, poważnym tonem, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Drżą mi palce, stopy zrobiły się bardzo chłodne, a potem zalała je nagła fala gorącego potoku. Między nogami czuję ciepło i wilgoć.

– A daleko mieszkasz?

– Niedaleko. Mogę dać ci adres. Przyjdziesz? – pyta zupełnie wprost.

– Zobaczę. Daj mi swój numer, to poślę ci esemesa, jeśli się zdecyduję. Odpiszesz mi z adresem – mówię, szokując samą siebie zmyślnością mojej odpowiedzi.

Jakim cudem tak szybko udało mi się wymyślić takie rozwiązanie? A może znam je z jakiegoś serialu? „No, na pewno nie z Gry o tron” – śmieję się sama do siebie.

– OK, ale jak coś, to mieszkam przy Białogradzkiej dwa przez pięć. – Widząc moje zbulwersowane spojrzenie, dodaje naprędce: – No co, przecież i tak nie zapamiętasz? Dwa przez pięć. To na drugim piętrze. Okna wychodzą na ten plac zabaw z tyłu parku – odpowiada, a mnie nogi robią się miękkie jak z waty.

Prawie codziennie chodzimy z dziewczynkami po przedszkolu właśnie do tego parku. Może on już widział mnie wcześniej? Jeśli tak, to czy wie, że mam dzieci? I… męża?

On uśmiecha się i wtedy zaczyna do mnie dochodzić, że żartuje. On jest śmieszkiem, takim żartownisiem z poważną miną przyklejoną do twarzy.

– Jezu, aleś ty zasadnicza. Chyba nieciekawie masz w domu, co? – pyta ciepło, nie dotykając mnie.