Wątek poboczny, czyli na czym polega metafora mężczyzny z dwoma śledzionami - Stella Szeszuła - ebook
Opis

Co byś zrobił, gdybyś podejrzewał, że Twój trzydziestodziewięcioletni przyjaciel zaczął spotykać się z Twoją córką, która niedługo bierze ślub? Wiem, czego byś nie zrobił: z pewnością byś się na to nie zgodził. Thomas Rice staje przed ciężkim zadaniem wybrania „mniejszego zła” – między Rogerem Woodem, swoim cynicznym równolatkiem, a narzeczonym Meadow, Padalcem Danielem, którego wprost nie cierpi. Jakiego wyboru dokona Tom i czy jego wybór zaakceptuje główna zainteresowana?

„Wątek poboczny – czyli na czym polega metafora mężczyzny z dwoma śledzionami” to próba podjęcia dyskusji na temat wpływu innych ludzi na podejmowane przez nas decyzje. Przez tę historię przewija się więc: problem ślubu, do którego przynajmniej jedno z narzeczonych nie jest przekonane, chęć sprostania społecznym wymaganiom, stereotyp współczesnej rodziny, i – wreszcie – kwestia szorstkiej, męskiej przyjaźni. A wszystko to w oparach dziesiątek litrów szkockiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 154

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

STELLA M. SZESZUŁA

 

Wątek poboczny –

czyli na czym polega metafora

mężczyzny zdwoma śledzionami

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rogerowi Woodowi –

temu jedynemu i każdemu z kolei,

a także Michaiłowi Dimitrowi ‒

niegroźnemu pijaczkowi z wyższych sfer,

oraz jego psu, który zawsze wracał.

THOMAS RICE

 

 

Nienawidziłem Daniela jak psa – od dnia, w którym po raz pierwszy przekroczył próg mojego domu i od wejścia rzucił: „Pięknie witam!”, rozkładając szeroko ręce, jakby co najmniej przymierzał się, aby mnie uściskać.

Co to, kurwa, znaczy: „Pięknie witam”? „Dzień dobry” się mówi.

Bezczelny gówniarz.

Sami zatem rozumiecie, że nie mogłem pozwolić, by taki ktoś poślubił moją córkę. Żaden szanujący się ojciec nie pozwoliłby na ten ożenek, niezależnie od tego, jaka by ta córka nie była.

A była charakterna.

I było to w zasadzie wszystko, co mogłem o niej powiedzieć obiektywnego. O Danielu, jej narzeczonym, nie mogłem powiedzieć zresztą wiele więcej.

 

Kiedy się tu przeprowadził, całym jego majątkiem był kot imieniem Prozac, który zdechł trzy lata później[1]. Roger, idąc sobie tylko znanym tokiem rozumowania, uznał to za doskonały pretekst, by rozwieźć się ze swoją ówczesną żoną[2], zmienić pracę i zacząć zapuszczać kilkudniowy zarost.

Nie przestając więc uprzykrzać życia wszystkim z otoczenia swojego i innych, z którymi tylko miał styczność, Roger zaczął sprzedawać stare dezodoranty jako odświeżacze do powietrza o zapachu lasu, by niedługo później – nie wiedzieć jak i kiedy – stać się (podobno znaną) postacią ze świata mediów.

Roger, mówiąc prościej, najbardziej znany był z tego, że był znany. Ja z kolei należałem do tego grona osób, któremu dał się poznać bliżej – i wierzcie lub nie, ale czasem szczerze żałowałem, że nie jestem jedynie widzem, bawiącym się pilotem od telewizora, na którego ekranie z rzadka tylko migała twarz Rogera.

Mimo iż znaliśmy się już kilka dobrych lat, nie potrafiłem jasno określić, co takiego sprawiało, że przyjaźniłem się z tak egoistycznym, cynicznym i niesympatycznym facetem, jakim był Roger. Nawet teraz, w obliczu zbliżającej się katastrofy[3], Roger nie potrafił wykrzesać z siebie nic poza: „Jeszcze raz to samo”, rzuconym cierpko do barmana.

– Sporo pijesz, jak na kogoś, kto ma wszystko w dupie – stwierdziłem, patrząc, jak wlewa w siebie kolejną whisky.

– Ty też, jak na kogoś, kogo córka wychodzi jutro za jakiegoś frajera – odpalił.

Przyznałem mu rację. Kostki lodu zabrzęczały w szklance, gdy mój towarzysz podnosił ją do ust.

– Przypominasz mi tego Rogera z telewizji.

Słodki głosik na prawo od nas jednoznacznie wskazywał, że panienka, do której należał, nie przekroczyła jeszcze dwudziestego pierwszego roku życia, a to, co miała na sobie[4], tylko potwierdzało moją opinię.

Roger wolno obrócił głowę i spojrzał na nią. Dziewczyna była całkiem atrakcyjna[5] – oczywiście, jak na kogoś poznanego w barze. W takich miejscach skala oceny urody znacznie się zmieniała – na korzyść poznanych kobiet, oczywiście.

– Jestem tym Rogerem – rzucił, nie siląc się na zachęcający ton.

– Tak? – Panienka przybrała lekko zaskoczony wyraz twarzy, wydymając przy tym wargi. Przez chwilę zastanawiałem się, jak często ćwiczy takie miny przed lustrem. – A wiesz, nie widziałam żadnego programu z tobą.

– A ja myślę, że widziałaś wszystkie – rzucił cierpko Roger, z powrotem odwracając się do mnie. Pociągnął łyka ze szklanki.

Przez chwilę spoglądałem na dziewczynę, która – po dłuższym wpatrywaniu się w plecy Rogera – zadarła dumnie blond głowę i odmaszerowała w stronę stolika, by poinformować rozentuzjazmowane koleżanki, że ten sławny Roger Wood to głupi buc.

– Jeśli dalej będziesz je tak traktował – odezwałem się, patrząc na swoją szklankę – to niedługo nikt nie będzie kupował twoich książek.

Roger rzucił mi krótkie spojrzenie, z którego jasno wynikało, ile go to obchodzi, więc już nic nie mówiłem. Do chwili kiedy podniósł się z miejsca i sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki po kluczyki.

– Zamierzasz prowadzić? – spytałem pewien, że wyciągnął je omyłkowo, szukając portfela.

– Nie, zawsze gdy nie mam gotówki, płacę kluczykami do motorów. – Widząc, że wciąż patrzę na niego pytająco, przewrócił oczyma. – Oczywiście, że zamierzam prowadzić. Zapłać za mnie.

Powiedziawszy to, odwrócił się na pięcie i wyszedł, pozostawiając mnie przy barze. Niewiele myśląc, wypłaciłem barmanowi połowę zawartości swojego portfela, po czym wybiegłem na parking przed lokalem, ale Roger już odjeżdżał. Usłyszałem jeszcze tylko warkot silnika i tyle go widziałem.

Niewiele myśląc, wróciłem do baru i zamówiłem sobie następną kolejkę.

[1] Istotnie, jest to niebywale interesujące, że Roger był w stanie zaopiekować się żywym stworzeniem (innym niż mole w puszce z ciastkami, która stała na lodówce od blisko półwiecza) i nie doprowadzić go do śmierci głodowej.

[2] Nie, żeby potrzebował pretekstu – po prostu uważał za niezwykle zabawne powiedzenie kobiecie, że żąda rozwodu, bo po czterech latach wspólnego mieszkania jej obiadki wykończyły mu kota.

[3] Następnego dnia moja córka miała wyjść za mąż za tego skutego patafiana o końskiej twarzy – Daniela.

[4] Czarna, plisowana spódniczka, pretensjonalna biała kurtka z frędzelkami i wysokie buty do połowy łydki barwy zgniłej trawy. W moim mniemaniu brakowało jej tylko kowbojskiego kapelusza i ostróg.

[5] Jeśliby tylko pozbawić ją plisowanej spódniczki, pretensjonalnej kurtki z frędzelkami i butów barwy zgniłej trawy. Zresztą kobiety, co zawsze powtarzam, najlepiej wyglądają bez tych głupich ozdobników w postaci ubrań.

SZEŚĆ MIESIĘCY WCZEŚNIEJ

 

MEADOW RICE

 

 

Pan Cieć mieszkał i pracował w naszej kamienicy – w zasadzie – odkąd pamiętam. Podejrzewam, że gdy pierwszy lokator przekroczył próg budynku, Pan Cieć już tam był – i czekał.

Najpewniej był też tam jego kot, przez Ciecia zwany Panną Psotliwą, a przez mieszkańców Panną Piskliwą, jako że po silnym kopnięciu w tylną część ciała kot odlatywał na odległość kilku metrów z przeraźliwym piskiem. Wiedziały o tym starsze dzieci, które szczególnie upodobały sobie tę zabawę. I pewnie któryś z mieszkańców zwróciłby im uwagę na niewłaściwość podobnego zachowania, gdyby nie to, że zarówno kotka, jak i jej właściciel z pełną premedytacją uprzykrzali życie lokatorom.

Daniel mieszkał w tej samej kamienicy. Opowiadał mi, że studia to najlepszy okres w życiu, a odkąd je skończył, nie może się odnaleźć w nowej rzeczywistości. W ogóle wydawał się jakiś zagubiony. Po skończeniu bankowości zatrudnił się jako księgowy w jakiejś znanej firmie handlowej, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Był zwyczajnym, miłym facetem, choć nie należał do tych szczególnie interesujących. Przyjęłam jego oświadczyny trochę dlatego, by udowodnić ojcu, że mimo lat nastu jestem już dorosłą i niezależną kobietą.

Jeżeli chodzi o Daniela… Cóż, lubiłam go. Łączyła nas przyjaźń. Tak, myślę, że przyjaźń to dobre określenie. Lubiłam go, szanowałam, mogłam mu o wielu rzeczach powiedzieć. Ale nigdy, przenigdy go nie kochałam.

 

Chciałam osobiście powiedzieć ojcu o zaręczynach i planowanym ślubie. Poszłam do jego biura, ale go tam nie było. Bez zastanowienia skierowałam się więc do biura Rogera Wooda, najlepszego przyjaciela mojego ojca, z którym w zasadzie niemal się nie rozstawał.

Biuro było puste.

Weszłam do środka, trochę licząc na to, że zaraz ktoś przyjdzie i mnie przegoni, przy okazji informując, gdzie to mój ojciec podziewa się w godzinach pracy.

– Słucham.

Odwróciłam się natychmiast.

– Cześć. – Uśmiechnęłam się na widok Rogera. – Przestraszyłeś mnie.

– I już nikt mi nie powie, że nic w tym biurze nie robię.

Pamiętałam go z czasów, gdy byłam jeszcze dziewczynką. Przyjaźnił się z moim ojcem od przeszło jedenastu lat, bywał w naszym domu częściej niż inni ludzie, słynął z ciętych dowcipów i braku wylewności.

A teraz przyglądał mi się w milczeniu.

– Nie poznajesz mnie, prawda? – spytałam lekko rozbawiona.

– Powiedziałbym, że tak, ale nie.

– Meadow Rice, córka Toma. – Wyciągnęłam dłoń, którą, o dziwo[1], uścisnął.

– Ostatnim razem, gdy cię widziałem, byłaś w okresie dojrzewania i Tom zaklinał się, że zabije każdego faceta, który się do ciebie zbliży na odległość mniejszą niż dziesięć metrów.

– Nic się nie zmieniło, nadal chce to zrobić.

– A co u matki? – spytał po chwili, odkładając teczkę, którą dotychczas ściskał w ręku, na jedno z krzeseł. Potem usiadł za biurkiem.

– Jakoś się tym nie interesowałam – przyznałam szczerze. – Znając ją, nie zauważyłaby nawet, gdybym przyjechała do niej ze strzykawką w oku.

Uśmiechnął się półgębkiem.

– Czyli nic się nie zmieniło. A co cię do mnie sprowadza?

– Szukam ojca. Nie było go u siebie, więc myślałam, że może będzie tutaj.

– Miał coś do załatwienia w centrum.

– Aha, dobra, to nie wiem, może wpadnę później?

– O piątej ma dentystę – odparł Roger. – Wiem, bo przeczytałem w jego kalendarzu.

Zaśmiałam się. Poważny ton Wooda, nie wiedzieć czemu, zawsze mnie bawił.

– Jest… – Roger zerknął na zegarek. – Czwarta, więc idę do domu.

To powiedziawszy, wstał i zdjął z wieszaka płaszcz.

Spojrzałam na wyświetlacz swojej komórki.

– Jest trzecia pięć – poprawiłam go.

– Zaokrągliłem sobie. – Wood chwycił teczkę i spojrzał na mnie. – Najlepiej do niego zadzwoń, bo możesz się go tu nie doczekać.

[1] Jakiś czas później dowiedziałam się, że Wood uważał podawanie ręki za niehigieniczne i nie praktykował podobnych czynności.

THOMAS RICE

 

 

Gdy Roger – w nie do końca znanych mi okolicznościach[1] – uszkodził sobie palce prawej ręki, było dla mnie jasne, że należałoby pojechać z tym do szpitala. Po długich rozmowach i przekupieniu go butelką Jacka Danielsa zgodził się pojechać ze mną na izbę przyjęć, gdzie zszyli mu rękę (dwanaście szwów na samą dłoń!) i nastawili dwa wybite palce. Nawet się nie skrzywił – do momentu gdy do sali zabiegowej wszedł jeden z pracujących tam czarnoskórych lekarzy.

– Robi mi się czarno przed oczami – powiedział Roger do pielęgniarki, nie odrywając spojrzenia od faceta.

Ten jednak najwyraźniej niewiele sobie z tego robił – przez chwilę przyglądał się zakładaniu szwów, zanim się przedstawił:

– Nazywam się doktor Martin. ‒ Głos miał niski i chrapliwy; właściwie niezbyt przyjemny.

– A pan tu po co? – spytał Roger. – Wyszyjesz mi pan jakiś wzorek na szwach?

Pielęgniarka rzuciła lekarzowi nerwowe spojrzenie, ale nie skomentowała.

– No, to tyle – powiedziała tylko, gdy skończył. – Proszę się zgłosić za tydzień na zdjęcie. ‒ Po tych słowach filigranowa brunetka odwróciła się na pięcie i znikła nam z pola widzenia.

Czarnoskóry lekarz wciąż tam jednak stał i nie odrywał wzroku od Rogera. Trudno powiedzieć, o co mu chodziło – może próbował skojarzyć, skąd zna jego twarz[2] albo po prostu sam dawno nie dostał w mordę.

– Nie zrozum mnie źle, nie jestem rasistą – stwierdził Roger pojednawczym tonem, podczas gdy lekarz wciąż stał i patrzył na niego bez słowa. Spojrzałem na Rogera mile zaskoczony. Czyżby raz w życiu nie chciał prowadzić z nikim wojny? – Po prostu uważam, że asfalt powinien znać swoje miejsce.

Doktor Martin mocniej zacisnął zęby, a ja poczułem, że blednę.

– Roger, wstawaj, idziemy – rozkazałem. Czułem, że coś wisi w powietrzu.

– Rice, przeszkadzasz – warknął Roger, rzucając mi karcące spojrzenie. – Właśnie próbuję nawiązać międzyplemienny dialog.

– Jak pan śmie! – syknął w końcu lekarz; nie wytrzymał.

Roger nawet nie próbował przepraszać.

– To nie jest niechęć – wyznał lekarzowi, gdy już podałem mu płaszcz i gdy ociągając się, zarzucił go na siebie. – Ja cię po prostu, kurwa, nie lubię.

 

– Mogłem się tego spodziewać – syknąłem do Rogera w samochodzie, gdy ruszyliśmy ze szpitalnego parkingu. Wood rozsiadł się na tylnym siedzeniu. Odmówił siadania obok szofera. – Ty dla nikogo nigdy nie byłeś miły. – Kiedy nie odpowiedział (to, jak mniemam, nie wymagało komentarza), dodałem: – Dwanaście szwów! Miałem rację, że cię tu zaciągnąłem.

– To wina tej pielęgniarki. Powiedziałem jej, że ich nie potrzebuję. Albo była głucha, albo głupia; tak czy inaczej, nie nadawała się na pielęgniarkę.

Milczeliśmy przez dłuższą chwilę.

– Dzwoniłem do Laury – wyznałem, obserwując jego reakcję we wstecznym lusterku.

– Do Laury? – Roger zmarszczył brwi. – Masz na myśli moją byłą żonę czy poznałeś jakąś dupencję, kiedy mi ta niedouczona pinda zszywała rękę?

– Mówię o twojej żonie.

– Byłej żonie – poprawił mnie. – Była to słowo klucz. – Zamilkł na chwilę. Ja też milczałem; czekałem, aż przetrawi tę informację. – Po co do niej dzwoniłeś?

– Chciałem, by przyjechała na ślub Mead.

– Laura? Po co?

– Nie wiem. – Zerknąłem w lusterko. – Pomyślałem, że moglibyście przyjść razem.

– Myślisz, że nikt nie zechciałby ze mną pójść na ślub twojej córki?

– Na pewno żadna kobieta. – Gdy już otwierał usta, dodałem: – Dziwki, którym płacisz, się nie liczą.

– Dziwka to też kobieta – zaprotestował żywo Roger, ale zaraz skapitulował. – Niech ci będzie.

– Pójdziesz z Laurą? – ucieszyłem się. Niepotrzebnie.

– Nie, oczywiście, że nie. Za kogo ty mnie masz? Za jej byłego męża?

 

***

– Pojęcie fajności, jak niedawno odkryłem, zmienia się z upływem lat – podjąłem, otwierając barek i wyciągając zeń dwie szklanki i butelkę whisky. – Gdy chodziłem do podstawówki, fajnym kolegą był ten, który miał najlepsze zabawki i chętnie się nimi dzielił. W liceum był to chłopak, który całował się z najlepszymi dziewczynami, na studiach ten, który z nimi sypiał. Potem najfajniejszym kumplem był kumpel, który nie miał zobowiązań rodzinnych i w każdej chwili był gotowy wyskoczyć na piwo, a obudzony w środku nocy szczegółowo relacjonował ostatni mecz piłki nożnej. – Podszedłem do zamrażalki i wyciągnąłem z niej worek z lodem. Wrzuciłem kilka kostek do pełnych szklanek. – Najfajniejszym szefem był ten, który dawał urlop od ręki i nie oszczędzał na wynagrodzeniach; najfajniejszą kobietą była ta, która nie zadawała pytań i nie snuła planów na przyszłość już w pierwszym tygodniu znajomości, najfajniejszymi dziećmi z kolei były dzieci sąsiadów. – Podałem Rogerowi whisky. Potem odszedłem kilka kroków i oparłem się plecami o pianino w taki sposób, by dobrze widzieć swojego gościa. – Teraz, gdy myślę, że coś jest „fajne”, myślę też o tych wszystkich osobach i rzeczach, które kiedyś określałem w ten sposób, i zaraz się poprawiam. Już nie mówię, że coś jest fajne. Mówię: „ładne”, „atrakcyjne”, „ciekawe”, „interesujące”… Pewne określenia zastąpiły inne i to jest naturalna kolej rzeczy. A ty, widzisz, nic się nie zmieniłeś.

– Po co zmieniać coś, co już jest doskonałe?

– W tym też się nie zmieniłeś. Zawsze byłeś narcyzem.

– Nie myl poczucia własnej wartości z lalusiowatym dupkiem z lusterkiem w jednej i żelem do włosów w drugiej ręce – rzucił cierpko Wood.

– Zawsze kochałeś siebie – stwierdziłem. – Zawsze to sobie wszystko próbowałeś udowodnić, nie innym. Inni niewiele cię obchodzili, nigdy specjalnie nie liczyłeś się z ich opinią. W tym też się w ogóle nie zmieniłeś. Tylko ty siebie interesujesz, bo boisz się z kimś zbliżyć. Przeraża cię, że ktoś mógłby mieć nad tobą władzę, wpływać na twoje decyzje. Boisz się, że zależałoby ci na jakiejś kobiecie tak bardzo, że przestałbyś myśleć tylko o sobie i twoje życie uległoby drastycznej zmianie.

– A nie wpadłeś na to, że nie jestem z żadną kobietą, bo jestem gejem?

– O tym właśnie mówię! Nie potrafisz rozmawiać o niczym poważnie. Gdy mowa o czymś ważniejszym niż sobotni mecz albo dzień spędzony w pracy, bardzo szybko obracasz to wszystko w żart. Kpisz z poważnych rzeczy, udając, że cię nie obchodzą.

– A co, jeśli nie udaję? – spytał poważnie Roger.

– Udajesz. – Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem bez słowa. – Wiem, że udajesz. Robisz to, odkąd pamiętam. To taka twoja maska, sposób na obronę. Kamienna twarz i sarkazm. Nawet na pogrzebie swojego ojca taki byłeś, a potem zacząłeś żartować i przewracać oczami, gdy ksiądz zabrał się do przemowy. Jesteś w tym dobry, przyznaję, złośliwość to twoja mocna strona. Ale w ten sposób możesz wiele stracić. Ty nawet nie potrafisz inaczej, ciągle bawisz się czyimś kosztem.

– Fajnie jest się bawić czyimś kosztem – odparł Wood jakby nigdy nic. – A im większy koszt, tym lepsza zabawa. Spróbuj kiedyś.

– Nie rozumiesz… Chodzi mi o to, że jeśli nie wychodzi ci z jakąś kobietą, to tylko dlatego, że jesteś, jaki jesteś.

– Już nie mówimy o mnie – zauważył trzeźwo Roger.

Przyznałem mu rację.

– Myślę o Laurze.

– Coś się tak uparł na tę Laurę?

– Jest po prostu sympatyczna.

– Sympatyczność jest dla miernot.

– Sugerujesz, że niczego w życiu nie osiągnę, bo jestem sympatyczny?

– A osiągnąłeś coś?

Znów mierzyliśmy się wzrokiem.

– Jesteś dla niej zbyt surowy.

– Przez ciebie się uduszę – parsknął Roger, odkładając szklankę na stolik. – Jestem za co?

– Ona się o ciebie martwi.

– Zwykle byłe żony po rozwodzie układają sobie życie i biorą kolejne śluby, a nie trują swoim byłym mężom – stwierdził Wood bez emfazy. – Laura mogłaby wziąć przykład z mojej pierwszej żony, zmienić numer telefonu i zerwać ze mną kontakt.

 

Nazajutrz szperałem po księgarni w poszukiwaniu książki, którą mógłbym kupić Mead ‒ następnego dnia miała urodziny. Gdy krążyłem między działem z psychologią a thrillerami, nie wiadomo skąd wyłonił się Roger.

– Co tu robisz? – spytałem w pierwszym odruchu, uważając księgarnię za ostatnie miejsce, w którym mógłbym go spotkać.

– Spaceruję. – Obejrzał się; zupełnie tak, jakby się spodziewał, że ktoś zaraz wyjdzie zza regału za naszymi plecami. Czyżby unikał Laury? – Zamknęli mi park i musiałem przyjść tutaj.

– Zobacz – podjąłem, ignorując jego dziwne zachowanie – wydają tyle poradników pod tytułem: „Jak się nie narobić i być bogatym”, a nigdzie nie znalazłem: „Jak się narobić i być biednym” – zauważyłem z niesmakiem, po raz kolejny dając tym samym upust swojemu żalowi spowodowanemu pensją, jaką ostatnio mi wypłacono za ciężką biurową harówkę. – Dlaczego?

– Bo tego uczą już na studiach. – Roger chwycił w rękę jakąś książkę. – Spójrz, mają tu nawet: Jak uwieść starszego mężczyznę – przewodnik po technikach uwodzenia.

– Pokaż – zażądałem natychmiast, ale Roger schował książkę za swoimi plecami i ani myślał pokazywać mi tytułu. – Nie ma takich książek.

– Założymy się?

– Nie będę się z tobą zakładał – warknąłem i wróciłem do przeglądania półek w poszukiwaniu czegoś dobrego dla Mead.

– Ja bym jej to kupił – mruknął Roger, odkładając książkę na półkę. – Ale skoro nie chcesz dbać o rozwój dziecka…

Kątem oka dostrzegłem, że poradnik naprawdę miał taki tytuł i został napisany przez jakąś kobietę. Literatura schodziła na psy; nic dziwnego, że młodzi woleli komputery od książek.

– Dobra, czego chcesz? – nie wytrzymałem. Odwróciłem się do Rogera. – Nie przyszedłeś, żeby pomóc mi znaleźć książkę dla Mead.

– Przyszedłem ci podokuczać. Poza tym szukam czwartego do pokera.

– Przecież ty nie grasz w pokera – odparłem.

– Ty też.

Spojrzałem na niego. Coś kręcił.

– Skąd wiedziałeś, że tu będę?

Roger wzruszył ramionami.

– Przejrzałem twój kalendarz spotkań, a co myślałeś?

– Czy ty zawsze musisz grzebać w moich rzeczach? – westchnąłem.

– Czy ty zawsze musisz zostawiać swoje rzeczy na wierzchu? – odpowiedział pytaniem Roger.

– Mój kalendarz leżał na samym dnie szuflady!

– A nie mówiłem, że zostawiasz wszystko na wierzchu! O siódmej u mnie. I przynieś karty. – To powiedziawszy, Roger odwrócił się na pięcie i odszedł. Po drodze zdjął jeszcze z półki jakąś książkę, ale nie zdążyłem dostrzec, jaką. Pewnie znowu jakąś tanią pornografię.

[1] Prawdopodobnie spełniając swoją groźbę odnoszącą się do dania w mordę któremuś z bardziej pizdusiowatych spikerów telewizyjnych podczas służbowego spotkania.

[2] A był to