Wataha - Tomasz Siwiec - ebook

Wataha ebook

Tomasz Siwiec

2,8

Opis

W małopolskich lasach, dla zabawy, zostaje zabita locha wraz z młodymi. Na czele watahy staje młody samiec. Wraz z resztą stada, gnany żądzą zemsty rozpoczyna polowanie na ludzi. W jednym z niewielkich miasteczek lada chwila dojdzie do masakry, jednak to dopiero początek koszmaru, który wyłoni się z lasu.

 

Wydawca główny: Phantom Books Horror. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 114

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja i korekta:

Ewa Waśkiewicz, Izabela Łęcka

Okładka:

Dawid „Blodek” Boldys(Shred Perspectives Works)

Skład, łamanie i opracowanie graficzne:Krzysztof „Korsarz” Biliński

Redaktor serii:

Sebastian Sokołowski

Copyright © 2017 Tomasz SiwiecCopyright © 2017 Phantom Books

SZCZECINEK 2017

Wydanie I

ISBN 978-83-947463-8-4

Guy N. SmithKilka słów o animal horror

Napisałem wiele książek należących do kategorii animal horror, w tym świetnie sprzedający się cykl Kraby. Zmutowane skorupiaki wielkości krów, wynik podwodnego eksperymentu jądrowego, były wytworem mojej wyobraźni. W Wielkiej Brytanii we wrześniu ponownie wydaliśmy pierwszą część serii, Noc krabów, ponieważ po wielu wznowieniach jej nakład się wyczerpał.

Wracając do rzeczywistości: w Zjednoczonym Królestwie, jak i w reszcie Europy, istnieją zwierzęta, które stanowią zagrożenie dla ludzi. Kilka z nich można było zobaczyć w okolicy mojego odosobnionego domu, położonego wśród dziczy południowych wzgórz Shropshire.

Kiedy w 1976 powstała „Ustawa o niebezpiecznych dzikich zwierzętach” (Dangerous Wild Animals Act), wprowadziła tak ostre przepisy i zasady bezpieczeństwa, że wcielenie ich w życie dla wielu właścicieli zwierząt okazało się zbyt drogie. Dlatego ludzie posiadający duże koty, takie jak pumy, lamparty i karakale, po prostu wypuścili je na wolność.

Pewnego dnia przed świtem na moją posesję przybyli trzej mężczyźni, którym udzieliłem pozwolenia na odstrzał wiewiórek. Kiedy później poszedłem sprawdzić, co u nich słychać, zastałem ich przerażonych przy samochodzie. Według ich opowieści zobaczyli mundżaka, który uciekał w pełnym pędzie przed czarnym kotem, większym od owczarka niemieckiego. Byli wstrząśnięci i więcej się u mnie nie pojawili.

Kilka lat później na polu przed domem zobaczyłem wyraźnie wielkiego czarnego kota. Niewątpliwie polował na króliki. Ostatecznie straciłem go z pola widzenia, kiedy udał się do sąsiedniego lasu.

Kilkakrotnie na moich ziemiach widziany był karakal. Wydaje się, że okresowo pojawia się i znika. Jego wizyty są bez wątpienia podyktowane tutejszą obfitością pożywienia, szczególnie królików.

Wielkie koty są rzadko widywane, choć na przestrzeni paru lat było kilka doniesień o ich występowaniu. Czasami w słabym świetle mylono je z dużymi psami. Jednak wiadomo, że kotowate zwykle spędzają dzienne godziny na drzewach, gdzie są praktycznie niewidoczne.

Do tej pory nie odnotowano żadnych ataków na ludzi, aczkolwiek od czasu do czasu zdarzały się porwania zwierząt gospodarczych. Głównymi ofiarami są jednak jelenie, ale z powodu budowy nowych domostw, czy też dróg, ich naturalne środowisko zwyczajnie się kurczy. Dlatego w innych krajach w menu tych drapieżników pojawili się ludzie. W Wielkiej Brytanii jest tylko jeden rodzaj jadowitego węża, i jest nim żmija zygzakowata. W większości przypadków, kiedy wykryje ludzką obecność, ukrywa się w zaroślach. Jednak jesienią, kiedy te gady są senne, można przypadkowo nadepnąć na nią, a tym samym zostać ukąszonym. Słyszałem o dwóch takich przypadkach w moim rejonie. Ofiary wymagały pomocy lekarskiej, ale na szczęście udało się im wyjść z pokąsania bez szwanku. Zdecydowałem się to umieścić i rozwinąć w mojej powieści „Węże” (Phantom Press, 1991).

Według raportów, liczba wilków w Europie rośnie, głównie w Hiszpanii. Mam kontakt z człowiekiem, który w Wielkiej Brytanii przeprowadza badania na ten temat. Przekazał mi, że na brytyjskiej wsi jest kilka większych stad wilków, ale w znacznej części tych doniesień ludzie mylili je z owczarkami niemieckimi. Wilki pojawiały się w kilku moich książkach, ale jak dotąd nie wystąpiły w głównej roli – jeszcze!

Pojawiły się również nowe owady, wcześniej rzadkie bądź niewystępujące na tych terenach. Przybyły prawdopodobnie ze względu na zmianę klimatu. W ubiegłym roku mój dom został zaatakowany przez ogromne osy, dwukrotnie większe od dotychczas widywanych.

Ostatnio, kiedy zajmowałem się moimi osłami, zabiłem wielkiego owada, który przypominał szerszenia. Nie byłem w stanie go zidentyfikować. Wyglądał przerażająco.

Rój mrówek również może być z odpowiedniego punktu widzenia przerażający. Pewnego razu uciekłem z moim psem z lasu przed chmarą pełzających i latających mrówek. Miałem wrażenie, że cały las porusza i zachowuje się jak żywy organizm!

Nie muszę szukać niebezpiecznych zwierząt, które mogłyby mnie zainspirować do pisania powieści. Fikcja to jedno, ale czuję niepokój, kiedy pomyślę, co niesie ze sobą przyszłość. Jeśli wierzyć książkom, to można spodziewać się, że w przyszłości wszyscy ludzie staną się w połowie cyborgami. To dopiero upiorne!

Guy N. Smith

Wstęp autora

Książka ta jest jedynie fikcją literacką, a opisane zdarzenia nigdy nie miały miejsca. Wszystkie postacie oraz instytucje są wytworem mojej wyobraźni. Nie wiem, czy istnieją w rzeczywistości, ponieważ nie mam obowiązku tego wiedzieć.

Podtrzymuję to, co napisałem we wstępie do Pełzającej śmierci – że w gatunku animal horror wszystko zostało już powiedziane. Nie oznacza to jednak, że tak łatwo pozwolę go zamieść pod dywan; nawet pomimo tego, iż jest to najbardziej niewdzięczny gatunek literacki na świecie. Furtką do realizacji moich zamierzeń jest określenie „zwierzęcy horror”, które wcale nie musi odnosić się jedynie do zwierząt. Przecież codziennie jesteśmy bombardowani całą masą informacji o sytuacjach, w których to my – ludzie – zachowaliśmy się gorzej niż zwierzęta. Tak też jest w przypadku Watahy. O ile zwierzęta, w sensie literackim, można wyeksploatować do cna, o tyle ludzie okazują się niewyczerpanym źródłem arcyciekawych zachowań.

Dziękuję Ci, Czytelniku, za czas, jaki poświęcisz tej lekturze, i wciąż liczę na podobne uznanie, co w przypadku „jednogwiazdkowych” Ślimaków. Zanim zabierzecie się do lektury, powinniście pamiętać, że polski zwierzęcy horror nie jest i nigdy (przynajmniej w moim przypadku) nie będzie kopią zagranicznych książek. Życzę udanej lektury. Smacznego.

Tomasz Siwiec (MordumX)

Dzik jest dziki,dzik jest zły,dzik ma bardzo ostre kły.Kto spotyka w lesie dzika,ten na drzewo zaraz zmyka.Jan Brzechwa – ZOO

Jeśli zdąży...MordumX

Prolog

Stary dzik intensywnie rył ziemię w poszukiwaniu larw lub poczwarek owadów, które na tym terenie występowały dość obficie. Jego włochaty łeb osadzony na grubej szyi pracował niczym wprawna koparka, z łatwością przerzucając wyschniętą glebę. Robaki nie stanowiły głównego pokarmu dzika, ale musiały mu wystarczyć do napełnienia burczącego brzucha przynajmniej do zapadnięcia zmroku. Od kilku dni panowały potworne upały. Susza pozbawiła stado kilkudziesięciu osobników błotnego bajora, w którym zwierzęta szukały ochłody. Teraz zamieszkiwały teren niewielkiego wąwozu, oplecionego korzeniami bujnie rozgałęzionych świerków. Nieopodal znajdowało się rozległe trzcinowisko, ale susza dotknęła także stojących tam wód, zamieniając porastające obszar rośliny w wyschnięte badyle. Niespokojne zwierzęta nie chciały oddalać się od swego legowiska, ale zostały dobitnie zmuszone przez matkę naturę do poszukiwania zasobów wody i jedzenia. Niestety, na najbliższe dni również zapowiadano niemiłosierne upały.

Stary dzik podniósł łeb, usłyszawszy jakiś hałas. Wyczuwał w pobliżu intruza. Oddalił się nieco od stada i próbował zlokalizować źródło niepokojącej woni. Pozostałe zwierzęta, zajęte swoimi sprawami, nie zauważyły zbliżającego się nieproszonego gościa. Stary samiec znał już ten zapach. Spiczastymi uszami starał się wychwycić każdy szmer. Rozepchnął krzaki wielkim, włochatym cielskiem. Przez moment uważnie obserwował otoczenie. Po chwili zlokalizował natręta, a raczej natrętów.

To byli ludzie. Dzik zauważył, jak skradają się w jego kierunku od strony zachodzącego słońca. Mocno umięśnione nogi zwierzęcia powoli zaczęły przesuwać się w tył. Intruzi poruszali się szybko, więc zwierzę zmieniło strategię. Nie było chwili do stracenia. Ryknęło, starając się zaalarmować pozostałych o niebezpieczeństwie.

Wtedy właśnie padł pierwszy strzał. Huk wystrzelonego naboju zakłócił leśną ciszę. Spłoszone stado, składające się z kilkudziesięciu osobników, w tym z pięciu loch i kilkunastu warchlaczków, rzuciło się do ucieczki. Zdezorientowane zwierzęta przeganiały młode przodem, aby uchronić je od grożącego im niebezpieczeństwa. Po chwili padł kolejny strzał, który dosięgnął plamistego tułowia najstarszej lochy. Z rany trysnęła krew. Samica upadła w krzaki. Kwiczała głośno, próbując się podnieść, ale ból skutecznie jej to uniemożliwiał. Głupiutkie warchlaczki zaniechały ucieczki i otoczyły matkę ciasnym kordonem. Jej żałosny ryk rozkazywał im uciekać, ale młode dziki nie rozumiały grożącego im niebezpieczeństwa. Wolały zostać przy matce.

***

Jacek Kaszubski chciał sobie postrzelać. To było jedyne hobby, które chłopak uważał za ciekawe. W szopie znajdowała się stara wiatrówka, którą jakiś czas temu przerobiono na broń palną. Ojciec zdecydowanie zabronił mu się do niej zbliżać, ale Jacek miał to w dupie. Stary był w pracy, więc wrócą z polowania, zanim ten w ogóle się zorientuje, że cokolwiek zniknęło. Broń była o tyle niebezpieczna, że stary Kaszubski całkowicie przerobił mechanizm wystrzału śrutu. Oczywiście przeróbka nie była legalna. Polegała na założeniu na tłok iglicy, nawiercając lufę od kostki tak, aby nabój mieścił się od strony kołków. Powodowało to o wiele większą siłę wystrzału. Dodatkowo pomajsterkowano także przy samych śrutach, które również odpowiednio podrasowano. Taka broń bez problemu potrafiła przestrzelić nawet średniej wielkości drzewo. Oczywiście za posiadanie takiego sprzętu można było iść siedzieć, ale kogo to obchodziło. Liczyła się dobra zabawa.

– Ale jazda – skwitował Marchwicki, celując krótkolufową wiatrówką do spanikowanego stada. W jego kieszeni mieściła się cała paczka śrutu. – Spieprzają jak poparzone.

– Gdyby tobie ktoś usiłował przestrzelić dupę, też byś spierdalał – stwierdził roześmiany Mirecki.

– Jakbym miał urodzić się z takim ryjem jak te świnie, to wolałbym raczej popełnić samobójstwo niż żyć na tym zasranym świecie. Ohydne stworzenia. Chętnie powystrzelałbym je wszystkie.

– Szkoda, że nie zabrałem ze sobą telefonu – odparł Mirecki, ładując śrut do swojej wiatrówki. – Byłby z tego świetny film na pamiątkę.

Kaszubski spojrzał na niego z ukosa.

– Odjebało ci?

– Że co?

– Że gówno! – syknął Jacek – Za takie polowanie poszlibyśmy siedzieć. Czy zdajesz sobie sprawę, jakie teraz są kary za kopnięcie w dupę bezpańskiego kundla?

– Przecież nikogo nie kopiemy.

– Ale z ciebie debil.

– No, ale…

– To teraz wyobraź sobie – przerwał mu Jacek – ile byśmy dostali za postrzelenie tylu dzików. Żadnych pierdolonych filmów!

– Dobra, dobra. Przecież nie wrzuciłbym tego na YouTube.

– Więc po co ci te filmy?

– Na własne potrzeby.

– Taa, kurwa – bąknął Kaszubski. – A potem będzie tak, jak ostatnim razem, że zgubisz po pijanemu telefon.

– To był przypadek.

– Przez przypadek to cię ojciec zmajstrował. Tylko mózgu zapomniał dorobić. Widocznie spieszył się do roboty.

– Dobra, zamknij się i strzelaj już – warknął wkurzony Mirecki.

Marchwicki i Mirecki nie chcieli dłużej spierać się z Kaszubskim. Był od nich o wiele silniejszy, starszy i bardziej cwany. Na dodatek miał tę zajebistą spluwę. Ich broń zaledwie drażniła uciekające dziki. Za to jego giwera kładła je na łopatki. Niosła śmierć.

Jacek Kaszubski załadował kolejny nabój, zamknął lufę i wymierzył w stronę małego warchlaczka, który przytulił się do wykrwawiającej się matki. Jeżeli dobrze wyceluje, to jego włochata czaszka powinna eksplodować niczym rozgnieciony pomidor. Kompani Kaszubskiego wstrzymali oddech, pozwalając koledze skupić się na strzale.

***

Stary dzik pozostał w tyle, ubezpieczając uciekającą watahę. Nagle zatrzymał się i uważnie rozejrzał na wszystkie strony. Do jego uszu dobiegło żałosne kwiczenie lochy gdzieś niedaleko. Wciągnął w nozdrza gorące powietrze i natychmiast zawrócił. Sucha ściółka trzeszczała pod jego twardymi szpilami. Musiał się spieszyć. Biegł galopem, omijając wyschnięte krzaki, kiedy jego oczom ukazał się widok rannej lochy i otaczających ją młodych.

Nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo, podbiegł kłusem w ich stronę. Postanowił przepędzić warchlaki, ale kiedy tylko znalazł się tuż przy rodzinie, padł strzał. Jedno z młodych przekoziołkowało kilka metrów dalej. Jego bezgłowe ciało znieruchomiało w powiększającej się kałuży krwi. Gdzieś z oddali dobiegł odgłos roześmianych ludzi. Żałosny ryk lochy rozbrzmiał wśród drzew małopolskich lasów. Wciąż starała się podnieść i ratować małe, ale straciła zbyt dużo krwi i nie była już w stanie poruszać się o własnych siłach. Stary dzik odwrócił łeb w stronę intruzów. Zdawał sobie sprawę, że nie ma szans w walce z uzbrojonym napastnikiem. Jedyne co mógł zrobić, to postarać się uratować młode, uciekając z nimi w bezpieczne miejsce. Po chwili padł kolejny strzał. W czaszce jęczącej lochy pojawiła się dziura. Gęsta krew ochlapała zarówno młode, jak i starego dzika. Przerażone warchlaki dopiero wówczas rzuciły się do ucieczki. Stary dzik pobiegł za nimi, starając się osłonić ich maleńkie ciała przed kolejnym strzałem.

Po jakimś czasie dołączyli do swojego stada. Dzik nie zamierzał jednak odpoczywać. Stanął na skraju niewielkiego wąwozu i uważnie nasłuchiwał. W jego rozedrganym sercu rozlewała się nienawiść. Do tej pory starał się unikać towarzystwa człowieka. Za każdym razem schodził mu z drogi, nawet pomimo tego, że przecież las nie należał do ludzi. Teraz jednak postanowił za wszelką cenę pokazać, kto jest tutaj panem. Najstarsza locha już nie żyła, więc teraz on musiał zaopiekować się stadem. Jego naturalny instynkt uległ przeobrażeniu. Następnym razem już nie będzie uciekał. W małych, szklących się oczach odbijało się kilkadziesiąt odpoczywających osobników.