Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 195 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Warsztat diabła - Jáchym Topol

Młody mężczyzna ucieka z Terezina – czeskiej twierdzy, w której w czasie II wojny światowej znajdował się niemiecki obóz koncentracyjny. Nie ma ze sobą nic prócz Pajączka – pendrive’a zawierającego bazę adresową bogatych osób ocalałych z Holokaustu. Za ich pieniądze wspólnie z wujkiem Lebo i młodymi ludźmi z całego świata założył komunę: turystom odwiedzającym Terezin sprzedawał T-shirty z Franzem Kafką, serwował getto pizzę, organizował dla nich Warsztaty Radości. Jednak władzom nie spodobała się ta działalność, więc postanowiły ją ukrócić.

A teraz mężczyzna wyrusza na Białoruś, by zaangażować się w budowę nowego muzeum...

Czy pamięć o największych zbrodniach totalitaryzmów można przekuć w lukratywny biznes, a symboliczne miejsca kaźni zamienić w atrakcyjne cele turystycznych wycieczek?

Topol po raz kolejny okazuje się mistrzem groteski, wrzuca czytelnika w niemal karnawałową, surrealistyczną fabułę. Jednak po drodze do masowych grobów w Europie Wschodniej zadaje podszyte subtelną ironią pytania o naszą refleksję nad historią i obraz świata, który się z niej wyłania.

 

Topol tworzy wizje, w które można wniknąć – tak jakby podczas lektury było się pod wpływem poszerzających świadomość narkotyków.

Frankfurter Rundschau

Kto wierzy, że okrucieństwa wojny da się przedstawić w sposób autentyczny, ten – i takie jest przesłanie powieści Topola – morduje ofi ary po raz drugi.

Der Tagesspiegel

Ta eskapada przez podziemne bunkry i jaskinie europejskiej świadomości jest dla czytelnika prawdziwym wyzwaniem. Odważna i bezlitosna książka.

Frankfurter Allgemeine Zeitung

Opinie o ebooku Warsztat diabła - Jáchym Topol

Fragment ebooka Warsztat diabła - Jáchym Topol

Jáchym To­pol

WARSZ­TAT DIA­BŁA

Prze­ło­żył Le­szek En­gel­king

Prze­kład do­fi­nan­so­wa­ny ze środ­ków Mi­ni­ster­stwa Kul­tu­ry Re­pu­bli­ki Cze­skiej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Chlad­nou zemí

Co­py­ri­ght © Jáchym To­pol 2009, © Suhr­kamp Ver­lag Ber­lin 2010

All ri­ghts re­se­rved by and con­trol­led thro­ugh Suhr­kamp Ver­lag Ber­lin

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

na rze­ce uczuć

na zbo­czu bez uczuć

bla­sza­ne słoń­ce

za­kła­da

ko­lo­nię gro­zy

P.Z. Dg 307

Mam cu­dze bli­zny, skąd się wzię­ły?

Do­ro­ta Ma­słow­ska

1

Pry­skam do Pra­gi, na lot­ni­sko. No, za­raz pry­skam, ra­czej idę ro­wem, spo­wi­ty lek­kim ob­ło­kiem odu­rze­nia, jako że piję.

Ostat­nio ze stu­den­ta­mi te­re­ziń­skie­go Co­me­nium pi­li­śmy spo­ro.

No więc te­raz idę wzdłuż szo­sy, czę­sto ro­wa­mi, bo nie chcę, żeby wi­dzie­li mnie gli­nia­rze z sa­mo­cho­dów pa­tro­lo­wych.

Nie chcę, żeby mnie zła­pa­li, nie chcę, żeby wy­py­ty­wa­li o po­żar w Te­re­zi­nie.

Od cza­su do cza­su pa­dam w tym ro­wie i leżę tam, za­ry­ty w zie­mi, ot tak.

I w ten spo­sób po­wo­li idę do Pra­gi na lot­ni­sko.

W bu­tel­ce jesz­cze tro­chę tego jest, wina Sary. Mię­so, któ­re mi dali, zja­dłem.

Nie chcia­łem go jeść, dłu­go nie chcia­łem, ale po­tem ja­koś po­szło, mu­szę na­brać sił.

Księ­życ jest pra­wie okrą­gły.

Czer­wo­ne ce­gły mu­rów obron­nych Te­re­zi­na daw­no mam za sobą, wszyst­kie te mury ro­dzin­ne­go mia­sta.

Mia­sta, któ­re, jak mó­wił tata, za­ło­ży­ła ce­sa­rzo­wa Ma­ria Te­re­sa; od za­ło­że­nia prze­szły przez nie set­ki ty­się­cy żoł­nie­rzy róż­nych ar­mii, ce­sa­rzo­wa Ma­ria Te­re­sa lu­bi­ła pa­ra­dy woj­sko­we, tak mó­wił tata, ma­jor z or­kie­stry puł­ko­wej, któ­ry uwiel­biał te­re­ziń­skie de­fi­la­dy przy dźwię­kach mu­zy­ki.

Te­raz idę od­wró­co­ny do mia­sta ple­ca­mi, wszyst­kie te wiel­kie bu­dyn­ki z cza­sów Ma­rii Te­re­sy i Jó­ze­fa II są za mną, tak samo jak ma­ga­zy­ny na mi­lio­ny na­bo­jów, staj­nie na set­ki koni, ko­sza­ry dla dzie­siąt­ków ty­się­cy męż­czyzn; od­cho­dzę, jak ode­szli wszy­scy obroń­cy tego mia­sta, któ­re po­sta­wio­no dla woj­ska… po­tok żoł­nie­rzy, pły­ną­cy do mia­sta zbu­do­wa­ne­go dla żoł­nie­rzy, wy­sechł.

I mia­sto bez woj­ska się roz­pa­da.

Moje kozy, któ­ry­mi spa­sa­no tra­wę mię­dzy mu­ra­mi twier­dzy, sprze­da­li.

Więk­szość z nich.

Tata tego nie do­żył.

Na­le­żę do tych, któ­rzy chcie­li ura­to­wać Te­re­zin.

Mama mó­wi­ła, że przy­sze­dłem na świat, kie­dy już się mnie z tatą nie spo­dzie­wa­li. Mó­wi­ła też czę­sto, że jej zda­niem naj­pięk­niej by było, gdy­bym zo­stał taki ma­lut­ki, że­bym w ra­zie po­trze­by mógł się scho­wać w na­parst­ku. Ży­wił­bym się ziarn­ka­mi gro­chu, o kro­ple mle­ka wal­czył­bym z ko­tem, cho­dził­bym w ma­łej szmat­ce, był­bym ma­mi­nym Tom­ciem Pa­lu­chem.

Z po­cząt­ku mi się to po­do­ba­ło, ja­sne.

Ale nie było wyj­ścia, ro­słem jak inni.

Już się nie cie­szy­łem, kie­dy taty nie było w domu, bo z ba­tu­tą w czer­wo­nym fu­te­ra­le ozdo­bio­nym żół­ty­mi sier­pa­mi i młot­ka­mi po­szedł do pra­cy, i kie­dy mama uszczel­nia­ła okna i drzwi po­dusz­ka­mi i ko­ca­mi.

Daw­niej po­dob­no kla­ska­łem rącz­ka­mi, wi­dząc, jak mama od­su­wa me­ble od ścian.

Mię­dzy wszyst­ki­mi sza­fa­mi i szaf­ka­mi, kre­den­sem, prze­wró­co­ny­mi krze­sła­mi i ele­ganc­ką ka­na­pą bu­do­wa­ła bez­piecz­ny schron, gniaz­do, tyl­ko dla nas dwoj­ga.

Roz­pie­ra­ła mnie ra­dość, kie­dy w cie­płym gnieź­dzie obej­mo­wa­li­śmy się z mamą i tu­li­li do sie­bie, póki nie wró­cił tata i nie wy­cią­gnął nas z bez­piecz­ne­go miej­sca.

Świat na ze­wnątrz był ogrom­ny i mama sta­now­czo nie chcia­ła w nim się za­nu­rzyć.

Kie­dy tak to trwa­ło, za­czą­łem jej ucie­kać.

Czy ja wiem, jak to było? Pew­ne­go razu wy­rwa­łem się jej, wy­wi­ną­łem z pach­ną­cych uści­sków, od­su­ną­łem wy­cią­gnię­te ra­mio­na, prze­czoł­ga­łem się pod ka­na­pą, prze­la­złem przez krze­sło, wal­ną­łem w klam­kę, otwo­rzy­łem drzwi i po­pę­dzi­łem na dwór.

Przy­łą­czy­łem się do in­nych dzie­ci, bie­ga­li­śmy tam i z po­wro­tem po mu­rach, jak po­my­leń­cy rzu­ca­li­śmy się na tra­wę i za­raz wsta­wa­li­śmy i ru­sza­li­śmy da­lej.

Lebo! Jego zna­li­śmy wszy­scy, w Te­re­zi­nie nie mo­gło być in­a­czej.

Poza tym miał pe­wien zwią­zek z moją mamą.

Lebo jako je­dy­ny się z nią przy­jaź­nił. No, może nie przy­jaź­nił, ale kwia­ty jej da­wał.

A ciot­ki tro­chę opie­ko­wa­ły się mamą.

Nie wy­cho­dzi­ła na­wet z miesz­ka­nia.

Ale mo­gła być pew­na, że na Dzień Ko­biet albo na rocz­ni­cę wy­zwo­le­nia przez Ar­mię Czer­wo­ną Lebo da jej ogrom­ny bu­kiet po­lnych kwia­tów, któ­rych na­rwał pod mu­ra­mi, poza za­się­giem mo­ich ła­ko­mych kóz, albo że jej tak tro­chę w ta­jem­ni­cy prze­ka­że po­kry­tą czer­wo­nym py­łem wią­zan­kę na Dzień Mat­ki, któ­re­go za ko­mu­ny nie ob­cho­dzo­no. Wu­jek Lebo za­wsze da­wał ma­mie kwia­ty, a ciot­ki się uśmie­cha­ły.

Kie­dyś po­dob­no Lebo i mama na­wet roz­ma­wia­li ze sobą, ale ja tego nie pa­mię­tam.

Pa­mię­tam na­to­miast, że pod ko­niec pra­wie nie mó­wi­ła.

Cią­gle tyl­ko się ku­li­ła, żeby za­jąć jak naj­mniej miej­sca, szu­ka­ła ma­lut­kie­go ka­wał­ka prze­strze­ni, w któ­rym dało się od­dy­chać, to jej wy­star­cza­ło.

Wuj­ka Leba zna­ły w Te­re­zi­nie wszyst­kie dzie­ci.

Daw­niej my­śle­li­śmy, że na­zy­wa się go Lebo ze wzglę­du na wy­dłu­żo­ny łeb, Łebo, Lebo, to się na­rzu­ca­ło, ale było in­a­czej, wszyst­ko wy­tłu­ma­czy­ła mi ciot­ka Fri­dri­cho­vá, któ­ra jako dziew­czyn­ka ukry­wa­ła ma­łe­go Leba, nowo na­ro­dzo­ne nie­mow­lę, w pu­deł­ku po bu­tach pod swo­ją pry­czą, po­nie­waż jej pry­cza sta­ła w rogu celi ska­za­nych ko­biet i dziew­cząt. Z tym imie­niem było po­dob­no tak: star­szą celi była Sło­wacz­ka, zbie­giem oko­licz­no­ści aku­szer­ka, w ta­jem­ni­cy ode­bra­ła w tej ko­bie­cej celi po­ród i gło­śno, cho­ciaż szep­tem, po­wie­dzia­ła to, co po­dob­no my­śla­ły wszyst­kie: Bę­dzie ci­cho ale­bo (albo) go udu­si­my; tak po­wie­dzia­ła i to sło­wac­kie lebo sta­ło się imie­niem dziec­ka.

Ro­dze­nie i ukry­wa­nie nie­mow­ląt w tych pry­czo­wych po­miesz­cze­niach było tam za­ka­za­ne, ale ko­bie­ty mia­ły na­dzie­ję, że Ar­mia Czer­wo­na przy­bę­dzie do Te­re­zi­na w bu­tach sied­mio­mi­lo­wych, i mia­ły ra­cję.

Ciot­ka Fri­dri­cho­vá ani w ogó­le żad­na z cio­tek nie była przy sa­mym po­ro­dzie, za­ję­ły się tym star­sze, do­świad­czo­ne ko­bie­ty, któ­re już nie żyją; ża­ło­wa­łem, że moje ciot­ki były wte­dy ta­kie mło­de, mo­gły­by po­wie­dzieć, kim była mama Leba, ale wła­ści­wie kogo to ob­cho­dzi, dziew­czy­na, któ­ra uro­dzi­ła Leba, póź­niej pew­nie zgi­nę­ła w cha­osie wo­jen­nych dni, może zni­kła w jed­nym z ostat­nich trans­por­tów na wschód albo, tak uwa­ża­ły ciot­ki, skoń­czy­ła w zbio­ro­wej ty­fu­so­wej mo­gi­le; za nie­le­gal­ny po­ród i tak do­sta­ła­by kul­kę, wy­ja­śni­ła mi to ciot­ka Fri­dri­cho­vá.

Ale i tak nie uwa­ża­ły­śmy! – po­wie­dzia­ła kie­dyś, wspo­mi­na­jąc daw­ne cza­sy w Te­re­zi­nie. Sie­dzia­ły u niej aku­rat ciot­ka Ho­lo­pír­ko­vá i Do­hna­lo­vá, ciot­ka Fri­dri­cho­vá błą­dzi­ła spoj­rze­niem po ścia­nach swo­je­go ma­lut­kie­go miesz­ka­nia, do­kąd przy­sze­dłem cze­goś się do­wie­dzieć, po chwi­li w jej gar­dle ode­zwa­ło się bul­go­ta­nie tłu­mio­ne­go śmie­chu i w koń­cu par­sk­nę­ła, a ciot­ki Ho­lo­pír­ko­vá i Do­hna­lo­vá, któ­re rów­nież miesz­ka­ły w mło­do­ści w Te­re­zi­nie, też się śmia­ły.

Lebo był na­szym wuj­kiem, był wuj­kiem wszel­kie­go te­re­ziń­skie­go dro­bia­zgu.

To dla nie­go prze­szu­ki­wa­li­śmy ko­ry­ta­rze. Le­d­wo tro­chę od­ro­śli­śmy od zie­mi, już wcho­dzi­li­śmy do każ­de­go ka­na­łu, gdzie na­no­szo­ny od cza­su do cza­su przez wodę szlam i po­rwa­ne przez po­wo­dzie szta­che­ty w szcze­gól­ny spo­sób wzdy­ma­ły wodę, w pod­zie­miach nic nie gni­ło, ta­bli­ce ostrze­gaw­cze umiesz­czo­ne przez Po­mnik były śmiesz­ne, mo­gła je od­su­nąć na­wet dzie­cię­ca dłoń i koło naj­dal­szych ba­stio­nów ku­si­ły nas bun­kry.

Cu­dow­nie było zna­leźć ja­kąś rurę albo sta­ry chle­wik tyl­ko dla sie­bie, przed­pier­sie wa­łów, gdzie mało kto cho­dził, gdzie wa­la­ły się bu­tel­ki i pre­zer­wa­ty­wy, wci­snąć się do kąta, czuć kra­wę­dzie i za­krzy­wie­nia muru i od­po­czy­wać.

Mama w ogó­le nie chcia­ła, że­bym wy­cho­dził na dwór.

Po­wi­nie­neś był zo­stać we mnie, mó­wi­ła mi. Cze­go ci bra­ko­wa­ło?

Sama na dwór nie cho­dzi­ła.

Wa­riat­ka.

Tak cza­sa­mi i tyl­ko tro­chę wy­my­śla­ły ma­mie moje ciot­ki z są­siedz­twa, ciot­ka Fri­dri­cho­vá, ciot­ka Do­hna­lo­vá, ciot­ka Ho­lo­pír­ko­vá i inne.

To przez to wszyst­ko! Nie ma w tym jej winy! Prze­cież cier­pia­ła jak po­tę­pie­niec! – mó­wi­ły.

Mama nig­dy nie wy­cho­dzi­ła z miesz­ka­nia, mu­sia­ła za ple­ca­mi czuć kra­wę­dzie i rogi po­miesz­cze­nia, wy­star­czał jej ma­lut­ki ka­wa­łek prze­strze­ni do od­dy­cha­nia, wiel­kie ob­sza­ry już jej nie po­cią­ga­ły, a jed­nak nie umar­ła w domu wa­ria­tów, nig­dy jej tam nie od­wieź­li, na­wet po tym, jak przy­wią­za­ła mnie do cze­goś w ko­mo­rze, że­bym nie mógł iść do szko­ły, ani po tym wy­sko­ku, ani po in­nych. Kie­dy mama nie chcia­ła mnie wy­pu­ścić, nie za­mknę­li jej, była prze­cież bo­ha­ter­ką wo­jen­ną, więc mo­gła ro­bić pra­wie wszyst­ko, co chcia­ła, a cho­ciaż po moim wy­jeź­dzie z mia­sta do szko­ły ode­bra­ła so­bie ży­cie, nikt się tym nie zdu­mie­wał, nikt nie szka­lo­wał jej pa­mię­ci, bo była ofia­rą, prze­ży­ła ge­hen­nę, czy­li była bo­ha­ter­ką wo­jen­ną; ta­cie też zresz­tą nikt nie mógł nic po­wie­dzieć, on tak­że był bo­ha­te­rem wo­jen­nym, ta­kich było u nas w Te­re­zi­nie mnó­stwo, prze­cież i wu­jek Lebo, któ­ry jako je­dy­ny da­wał ma­mie ogrom­ne bu­kie­ty, uwa­ża­ny był za bo­ha­te­ra, na­wet przez pro­fe­sor­ków i rad­nych z Po­mni­ku, mimo że w Te­re­zi­nie pod­czas woj­ny tyl­ko się uro­dził, więc z tych wszyst­kich okro­pieństw nic nie mógł pa­mię­tać.

Wu­jek Lebo nas pro­wa­dził, nas, ostat­nich nie­ustę­pli­wych obroń­ców Te­re­zi­na, ostat­nią garst­kę, wu­jek w Te­re­zi­nie się uro­dził, w Te­re­zi­nie cho­dził do szko­ły, pra­co­wał w Po­mni­ku, a po­tem stam­tąd od­szedł, ale przede wszyst­kim w Te­re­zi­nie zbie­rał róż­ne przed­mio­ty.

Z wuj­kiem Le­bem i Sarą, któ­ra jako pierw­sza przy­by­ła do nas ze świa­ta, za­ło­ży­li­śmy ko­mu­nę Co­me­nium, na­szą mię­dzy­na­ro­do­wą szko­łę dla stu­den­tów ze wszyst­kich stron kuli ziem­skiej.

Na­zwę wy­my­śli­ła Wiel­ka Lea, któ­ra do­tar­ła do Te­re­zi­na za­raz po Sa­rze; na­zwa­li­śmy nasz in­sty­tut Co­me­nium na cześć na­uczy­cie­la na­ro­dów Jana Amo­sa Ko­men­skie­go, któ­ry twier­dził, że szko­ła ma być za­ba­wą.

Wszyst­ko jed­nak le­gło w gru­zach, a na­wet skoń­czy­ło w pło­mie­niach, a ja pry­skam do Pra­gi.

Zor­ga­ni­zo­wał to Aleks, Bia­ło­ru­sin.

On mi zor­ga­ni­zo­wał tę po­dróż, bo tyl­ko ja mam gło­wę peł­ną Leba, jego pla­nów, a przede wszyst­kim jego ad­re­sów i kon­tak­tów, z któ­rych do­ili­śmy pie­nią­dze, a całe to bo­gac­two, kon­tak­ty, mam ukry­te w pen­dri­vie. Ma­lut­kim urzą­dzon­ku.

Na­zy­wam je Pa­jącz­kiem.

Lebo to je­dy­ny czło­wiek na świe­cie, któ­ry nie tyl­ko uro­dził się w Te­re­zi­nie, ale też prze­żył w nim całe ży­cie.

I wszyst­ko, co mia­ło zwią­zek z Te­re­zi­nem, nie tyle z jego wspa­nia­łą woj­sko­wą prze­szło­ścią, ile z jego strasz­ną hi­sto­rią wo­jen­ną, było pa­sją Leba; miał dzie­siąt­ki lat na to, żeby gro­ma­dzić przed­mio­ty, zbie­rać też kon­tak­ty, któ­re mia­ły mu po­móc ura­to­wać mia­sto. Kon­tak­ty dał też mnie, że­by­śmy mo­gli doić z nich pie­nią­dze dla Co­me­nium.

Lebo bo­wiem ob­sta­wał przy tym, że Te­re­zin ma zo­stać za­cho­wa­ny cały, ze wszyst­ki­mi ko­ry­ta­rza­mi, pry­cza­mi, piw­ni­ca­mi, ba­zgro­ła­mi na ścia­nach, a tak­że ze swo­im ży­ciem, ze wszyst­ki­mi miesz­kań­ca­mi, zie­le­nia­kiem, ma­glem, sto­łów­ką i tak da­lej.

Znam wszyst­kich tych lu­dzi.

Lebo nie chciał, żeby z ca­łe­go Te­re­zi­na zo­stał tyl­ko Po­mnik i ścież­ka edu­ka­cyj­na utwo­rzo­na przez pro­fe­sor­ków, tego nie chciał nikt z nas, ostat­nich miesz­kań­ców.

Mam wszyst­kie kon­tak­ty Leba w Pa­jącz­ku, ści­skam go w kie­sze­ni.

Dzię­ki Pa­jącz­ko­wi mam do­kąd uciec. Zor­ga­ni­zo­wał to Aleks, chce, że­bym mu w jego kra­ju po­mógł. Chce roz­wi­jać pla­ny Leba w swo­im kra­ju.

Idę te­raz nocą, peł­na jest dźwię­ków, war­ko­tu sa­mo­cho­dów, któ­re pę­dzą szo­są do Pra­gi. Idę ro­wem, czę­sto w nim sia­dam, sa­do­wię się wy­god­nie, wci­skam ple­cy w zie­mię, ma­rzę.

W Te­re­zi­nie pro­wa­dza­łem kozy mię­dzy mury, małe stad­ko, ja­dły tra­wę, było to ko­niecz­ne ze wzglę­du na obron­ność i pięk­no mu­rów, czę­sto pro­wa­dzi­łem stad­ko do naj­dal­szych wa­łów, co było za­szczyt­nym obo­wiąz­kiem, jak mó­wił mój tata. Od pra­skiej stro­ny te mury były pierw­szym, co wi­dzia­ły licz­ne de­le­ga­cje przy­jeż­dża­ją­ce od­dać hołd cze­skim pa­trio­tom za­mę­czo­nym w Ma­łej Twier­dzy i nie­zli­czo­nym ży­dow­skim więź­niom za­mę­czo­nym i za­bi­tym w inny spo­sób wszę­dzie w Te­re­zi­nie albo wy­wie­zio­nym do obo­zów śmier­ci na wscho­dzie. I wła­śnie te mury z czer­wo­nych ce­gieł, ostat­nie, co wi­dzi się z Te­re­zi­na, i pierw­sze, co się wi­dzi, przy­jeż­dża­jąc z Pra­gi, są wi­zy­tów­ką mia­sta-twier­dzy, mó­wił mój tata ma­jor, i z pew­no­ścią to z tego po­wo­du mia­ły chlub­ne przed­pier­sie, a mia­no­wi­cie czer­wo­ny trans­pa­rent z na­pi­sem: ZE ZWIĄZ­KIEM RA­DZIEC­KIM NA ZA­WSZE I NIG­DY IN­A­CZEJ; aż tu­taj czę­sto gna­łem swo­je kóz­ki, to był ostat­ni mur obron­ny mia­sta-twier­dzy.

Naj­czę­ściej jed­nak moje stad­ko szczy­pa­ło tra­wę tuż pod mu­ra­mi, moje kozy uwiel­bia­ły tra­wę czer­wo­ną od pyłu kru­szą­cych się ce­gieł.

Mój tata ma­jor na­le­żał do wy­zwo­li­cie­li Te­re­zi­na; do­tarł do mia­sta w ostat­nich dniach woj­ny, spo­tkał tu moją mamę, a póź­niej wsła­wił się or­ga­ni­zo­wa­niem prze­glą­dów woj­ska na te­re­ziń­skim pla­cu, tym ogrom­nym pla­cu ape­lo­wym zbu­do­wa­nym za Ma­rii Te­re­sy.

Or­kie­stra taty cią­gle mi brzmi w uszach; gra­ła, kie­dy by­łem mały i kry­łem się za dy­wa­na­mi, ka­na­pą, lu­stra­mi, krze­sła­mi i tak da­lej w ob­ję­ciach mamy i wcią­ga­łem w sie­bie za­pach jej szyi i pięk­nej twa­rzy, gra­ła też póź­niej, kie­dy ucie­ka­łem na mury i do bun­krów i z in­ny­mi dzieć­mi pa­słem kozy i ba­wi­łem się w be­cze­nie ko­zie­go sta­da, tak­że wte­dy sły­sze­li­śmy te­re­ziń­ską or­kie­strę dętą; do obo­wiąz­ków nas, naj­mniej­szych te­re­zi­nian na­le­ża­ło pro­wa­dze­nie kóz mię­dzy mury, po­tem tata mi tego za­ka­zał i po­je­cha­łem do szko­ły, tam mia­ły mnie wy­kuć ko­lej­ne mar­sze woj­sko­we.

Moi ró­wie­śni­cy też wy­jeż­dża­li do róż­nych szkół woj­sko­wych, a ci, co się do nich nie nada­wa­li, szli do wojsk po­moc­ni­czych, dziew­czy­ny zo­sta­wa­ły pracz­ka­mi, ku­char­ka­mi albo ku­rew­ka­mi, chłop­cy szli do ta­bo­rów albo mie­li być mi­ne­ra­mi, na­wet ci cał­kiem naj­głup­si za­cze­pia­li się jako po­moc­ni­cy w rzeź­ni, ale ja by­łem sy­nem ma­jo­ra, woj­ska po­moc­ni­cze nie wcho­dzi­ły w ra­chu­bę.

W Te­re­zi­nie była rzeź­nia, więc na to bym się zgo­dził, mógł­bym tam pro­wa­dzić sta­re kozy, znaj­do­wa­ła się o rzut ka­mie­niem od mu­rów, tuż koło cmen­ta­rza, ale mu­sia­łem je­chać do szko­ły, a moja mama umar­ła za­raz na­stęp­ne­go dnia po tym, kie­dy z tatą wy­je­cha­li­śmy; ciot­ki póź­niej po­wie­dzia­ły mi, jak to wy­glą­da­ło: tata wró­cił z pró­by or­kie­stry puł­ko­wej, wy­ko­nał kil­ka wy­uczo­nych czyn­no­ści po­zwa­la­ją­cych do­stać się do domu, gdzie me­ble były zgar­nię­te na kupę, ście­śnio­ne, żeby wy­two­rzyć dla mamy bez­piecz­ną szcze­li­nę, w któ­rej moż­na od­dy­chać i nic wię­cej, tym ra­zem jed­nak, na­ci­ska­jąc klam­kę, tata mamę po­wie­sił; klę­cząc, przy­go­to­wa­ła się tak, żeby za­jąć jak naj­mniej miej­sca, to było ty­po­we dla niej.

Bra­ko­wa­ło jej pią­tej klep­ki! – po­wie­dzia­ła ciot­ka Fri­dri­cho­vá.

Przez ten szok w ja­mie! – po­wie­dzia­ła ciot­ka Ho­lo­pír­ko­vá.

Bied­ne dziec­ko! – po­wie­dzia­ła ciot­ka Do­hna­lo­vá, za­kry­wa­jąc mnie, pła­czą­ce­go, swo­im sze­ro­kim far­tu­chem, ca­łym uświ­nio­nym, ale ja nie by­łem już dziec­kiem, by­łem de­zer­te­rem ze szko­ły, a za de­zer­cję cze­ka­ły kary: kije, zwią­za­nie, set­ki przy­sia­dów, po­gar­dli­wy re­chot żoł­nie­rzy, któ­re­mu to­wa­rzy­szył świst lesz­czy­no­we­go prę­ta, a przede wszyst­kim świń­ski areszt, woj­sko­wy, ale ja mia­łem to w no­sie, chcia­łem do domu, do kóz, mia­łem kary w no­sie i słusz­nie, bo za tę de­zer­cję ani za na­stęp­ne nic mi się nie sta­ło, prze­cież mój tata był ma­jo­rem.

Tata był ze mnie nie­za­do­wo­lo­ny i da­wał mi w skó­rę za de­zer­cje, co mu się jed­nak osta­tecz­nie nie opła­ci­ło.

Moje nie­za­do­wo­le­nie bra­ło się na­to­miast z tego, że mu­sia­łem się uczyć, włó­czyć się po od­le­głych strzel­ni­cach i kla­sach z ogrom­ny­mi okna­mi, gdzie zwa­lał się na mnie cały świat, więc ucie­ka­łem, kie­dy tyl­ko się dało, a w koń­cu i wte­dy, kie­dy się nie dało, bo po­tra­fi­łem prze­ci­snąć się na­wet przez szczel­nie za­mknię­te wej­ścia, za każ­dym ra­zem ja­koś znaj­do­wa­łem prze­łaz, cho­ciaż mnie za­my­ka­li, i ja­koś do­sta­wa­łem się do domu, po­tem za­wsze znaj­do­wa­li mnie we wnę­ce mu­rów, gdzie de­ski i ce­gły two­rzy­ły kozi chle­wik.

Tam mój tata ma­jor szedł na pew­nia­ka.

I raz-dwa zno­wu do szko­ły.

W szko­le ka­za­li mi się uczyć an­giel­skie­go, ję­zy­ka wro­gów, i ro­syj­skie­go, ję­zy­ka przy­ja­ciół, uczy­łem się więc cią­gle, prze­ży­wa­łem cię­żar ota­cza­ją­ce­go mnie świa­ta tak, że za­glą­da­łem tyl­ko do pod­ręcz­ni­ków, z góry w dół, wwier­ca­łem się w nie wzro­kiem, w koń­cu się to uda­wa­ło. Co wię­cej, to chy­ba dzię­ki tym wmu­szo­nym ję­zy­kom – ze szko­ły nic poza tym nie pa­mię­tam – sta­łem się pra­wą ręką Leba i by­łem przy­dat­ny przy two­rze­niu Co­me­nium, dzię­ki cze­mu wła­ści­wie kon­ty­nu­owa­łem dzie­ło ży­cia taty, pra­co­wa­łem dla Te­re­zi­na i jak mi póź­niej wy­tłu­ma­czył Lebo, kła­dąc przy tym na moim ra­mie­niu swo­ją ogrom­ną łapę, po swo­je­mu bro­ni­łem mia­sta-twier­dzy taty, to­też być może oj­ciec, mimo na­szej ostat­niej kłót­ni, któ­rej nie prze­żył, był­by jed­nak ze mnie dum­ny.

To moż­li­we.

W koń­cu ze szko­ły mnie wy­rzu­ci­li, mimo że mój oj­ciec był ma­jo­rem. Do woj­ska się nie nada­wa­łem.

Wró­ci­łem do pa­sa­nia kóz i by­łem szczę­śli­wy, bo inni chłop­cy i dziew­czy­ny pod­ro­śli, no­we­go dro­bia­zgu nie było, zo­sta­łem ze sta­dem sam.

Kozy to nie była w Te­re­zi­nie żad­na wsio­wa za­ba­wa ani po pro­stu do­star­czy­ciel­ki stra­wy, kozy są sym­bo­lem miast-twierdz, są to bio­lo­gicz­ne ma­szy­ny bo­jo­we.

Kozy oczysz­cza­ły z chwa­stów, tra­wy i za­ro­śli przej­ścia mię­dzy mu­ra­mi, wraż­li­we miej­sca for­ty­fi­ka­cji; cu­dem tech­ni­ki woj­sko­wej mo­gły być pru­skie ar­ma­ty, za­okrą­glo­ne mury fran­cu­skich ba­stio­nów, nie­miec­kie ty­gry­sy, ra­dziec­kie ka­tiu­sze, zwa­ne or­ga­na­mi Sta­li­na, czy ja­kie­kol­wiek póź­niej­sze lufy wy­ku­te mło­ta­mi zim­nej woj­ny, ale tyl­ko kozy swy­mi ła­ko­my­mi py­ska­mi i nie­skoń­czo­nym po­że­ra­niem tra­wy za­cho­wy­wa­ły mury w czy­sto­ści.

Do cze­go by się przy­da­ła ta roz­wi­nię­ta tech­no­lo­gia woj­sko­wa, gdy­by za­chwasz­czo­nym ro­wem zdo­łał przy­czoł­gać się do bram mia­sta choć­by je­den go­to­wy na wszyst­ko pie­chur i naj­pry­mi­tyw­niej­szą ba­zu­ką zro­bić wy­łom?

Je­śli znik­ną kozy, pad­nie każ­de mia­sto-twier­dza.

Tata jed­nak nie chciał mnie zo­sta­wić z ko­za­mi, we­dług nie­go to było dla mnie za mało, chciał, że­bym się uczył kie­ro­wać ludź­mi, do­wo­dzić, swy­mi roz­ka­za­mi zmie­niać lu­dzi w ma­szy­ny i tak da­lej. Strasz­nie wte­dy kłó­ci­li­śmy się na po­kry­tych czer­wie­nią mu­rach; tam ce­gły, przez set­ki lat owie­wa­ne i tra­wio­ne zim­nym wia­trem, w mi­kro­sko­pij­nych ob­łocz­kach ku­rzu wy­pusz­cza­ją czer­wień, tak jak mor­skie zwie­rzę­ta wy­pusz­cza­ją bar­wę ochron­ną. Pod ko­niec na­szej kłót­ni tata mu­siał zro­zu­mieć, że ta­kie­go du­że­go już mnie prać nie może, chwy­cił się za ser­ce i chwy­cił też mnie za rękę, przy­szło mi do gło­wy, że chce mnie zrzu­cić z muru, ale ja sta­łem moc­no, a on się osu­wał, upa­dał, wal­nął ple­ca­mi w czer­wo­ną tra­wę, moje kozy się roz­bie­gły, zsze­dłem na dół i uspo­ka­ja­łem je, wo­ła­jąc; tatę pró­bo­wa­łem oży­wić do­kład­nie we­dług in­struk­cji ze szko­ły, ale na próż­no.

Miał wspa­nia­ły woj­sko­wy po­grzeb, od­dzia­ły usta­wi­ły się na głów­nym pla­cu Te­re­zi­na i ma­sze­ro­wa­ły przez mia­sto aż do wie­czo­ra, sły­chać było strza­ły z ar­mat, gra­ły naj­sław­niej­sze or­kie­stry woj­sko­we z oko­licz­nych gar­ni­zo­nów; to był chy­ba naj­pięk­niej­szy po­grzeb w ca­łej hi­sto­rii Te­re­zi­na – mó­wi­ły moje ciot­ki i nasz są­siad, pan Ha­máček z zie­le­nia­ka. Po­grzeb wszyst­kim się po­do­bał. I oczy­wi­ście gra­tu­lo­wa­ło mi wie­lu żoł­nie­rzy, któ­rzy wte­dy miesz­ka­li jesz­cze w mie­ście. Ale po­tem mnie za­mknę­li.

2

Za śmierć ojca do­sta­łem wie­lo­let­ni wy­rok, ale nie ma sen­su o tym ga­dać. Po zwol­nie­niu po­sze­dłem do naj­bliż­szej knaj­py.

Moi współ­więź­nio­wie mó­wi­li, że tak się robi.

Tak­że współ­więź­nio­wie, któ­rych pro­wa­dzi­łem do za­pad­ni, mó­wi­li, że wo­le­li­by iść do ja­kiejś knaj­py, do naj­bliż­szej mor­dow­ni na Pan­kra­cu.

Pan Mára, pra­cow­nik tech­nicz­ny, miał w po­miesz­cze­niu eg­ze­ku­cyj­nym biur­ko, a na nim wiel­ki przed­po­to­po­wy kom­pu­ter z mi­ga­ją­cym zie­lo­nym ekra­nem.

Pana Márę kie­dyś za­mknię­to i ska­za­no w wiel­kim pro­ce­sie cy­ber­ne­ty­ków, zdraj­ców na­ro­du.

Kie­row­nic­two wię­zie­nia wie­dzia­ło jed­nak o jego nad­zwy­czaj­nej zręcz­no­ści w spra­wach tech­nicz­nych i osta­tecz­nie sy­tu­acja tak się uło­ży­ła, że zo­stał ka­tem.

Cy­ber­ne­ty­ka so­cja­li­stycz­na po­zo­sta­ła jego pa­sją.

Sta­rzy kaci, żeby się uspo­ko­ić, po­trze­bo­wa­li po­dob­no wód­ki, ca­łych wia­der, a pan Mára był czło­wie­kiem od­da­nym no­wo­cze­sno­ści, tech­ni­kiem, on pra­co­wał nad wy­na­le­zie­niem gry.

To cie­szy­ło i wy­so­kich ofi­ce­rów, i pro­stych chłop­ców ze stra­ży.

By­łem jego po­moc­ni­kiem.

Lata w mu­rach wię­zie­nia le­cia­ły i wle­kły się, pa­mię­tam jego sta­le zmniej­sza­ją­ce się i do­sko­na­lą­ce urzą­dze­nie kom­pu­te­ro­we.

Dla­cze­go wła­śnie ja zo­sta­łem po­moc­ni­kiem pana Máry?

Trze­ba było wy­ko­nać wy­rok na pew­nym ban­dy­cie, Sło­wa­ku, praw­dzi­wym ol­brzy­mie. Czte­rej kla­wi­sze się z nim mę­czy­li. Pro­wa­dzi­li go w łań­cu­chach, dy­go­tał, ko­pał, prze­wró­cił mi wia­dro, my­łem aku­rat pod­ło­gę w ko­ry­ta­rzu. Kie­dy za­trzy­mał się przed pro­giem po­miesz­cze­nia pana Máry, ze stra­chu zdrę­twia­ły mu nogi, po­mo­głem mu.

Po­tem mnie we­zwa­li. A po­tem zno­wu.