Warszawskie pasaże - Krzysztof Rutkowski - ebook
Opis

Techniki wypracowane w Paryżu do niczego nie przydadzą się nad Wisłą. Inny świat – zupełnie inny świat, inne powietrze, inne przebudzenia od śmierci do życia, odpadania od życia ku śmierci, przejścia inaczej tajemne. Nie mogę chodzić po tym mieście, mogę się tylko przemykać. Ale coś przychodzi do mnie: w Parku Skaryszewskim, na Bliskiej, na Grochowskiej, coś nadciąga z krzaków przy Dworcu Wschodnim, wypluskuje ze ścieków i szpar w chodniku.

To, co nadciąga, jest dawne i – najczęściej – straszne. To, co nadciąga – widzę i opisuję. To, co straszne – słyszę.

Warszawskie pasaże wymagały innej formy niż Paryskie pasaże. Jeszcze bardziej skurczonej, przyduszonej. Formy nasiąkniętej milczeniem, jak skaryszewska ścieżka deszczówką.

Krzysztof Rutkowski


Księga Warszawy otwiera się przed Krzysztofem Rutkowskim w sposób zaskakujący. Znaki najbardziej powszednie, codzienność ulic, domów, parków, przemawiają nieoczekiwanie jako syg­natury zdarzeń historycznych, które mogły się w tych miejscach wydarzyć, oraz zdarzeń kosmicznych, które wydarzają się w nich nieustannie. O Warszawie nikt jeszcze tak nie pisał.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 150

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Fotografia ‌na okładce: ‌Bogdan ‌Konopka

Redakcja: Małgorzata Jaworska

Korekta: Anna ‌Roman

Projekt ‌graficzny i typograficzny: Stanisław ‌Salij

Skład: Joanna Kwiatkowska

© ‌by Krzysztof Rutkowski

© ‌by wydawnictwo słowo/obraz ‌terytoria

wydawnictwo ‌słowo/obraz ‌terytoria

sp. z ‌o.o. ‌w ‌upadłości układowej

80-264 Gdańsk, ‌ul. Pniewskiego 4/1

tel.: (58) ‌341 44 13, ‌345 47 07

fax: (58) ‌520 ‌80 ‌63

e-mail: [email protected]

www.terytoria.com.pl

Gdańsk 2018

ISBN ‌978-83-7453-493-2

Skład wersji elektronicznej: ‌Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Od autora

Przed blisko ‌trzydziestu laty, kiedy ‌nadzieje na ‌wolność i ‌niepodległość, równość ‌i braterstwo wydawały ‌się ‌w ‌Polsce ‌spełniać, ‌zadzwonił do ‌mnie Antoni ‌Pawlak ‌i ‌powiedział: „Założyliśmy gazetę. ‌Tytuł może ‌trochę ‌głupi: «Gazeta Wyborcza», ale ‌to ‌nic. Prowadzę w niej dział ‌kulturalny. ‌Pisz z ‌Paryża swoje ‌kawałki, ‌najlepiej ‌co tydzień, mogą ‌być lekko snobistyczne”. Pisałem ‌te kawałki cyklicznie ‌przez lat siedem. Nazwałem ‌je Paryskie ‌pasaże. ‌Wtedy fascynowała mnie „forma ‌bardziej pojemna” Waltera ‌Benjamina – ani za ‌bardzo poetycka, ‌ani za bardzo prozatorska, ‌tylko najsilniej ‌dramatyczna. Mało ‌słów, ‌mrowie sensów. ‌Pisanie jak taniec ‌żurawi.

W roku 2010 ‌ruszyłem w drogę. Zostawiłem ‌Paryż, „dom i majętność ‌całą” i przyjechałem ‌do Warszawy ‌współtworzyć Wydział ‌„Artes ‌Liberales”, dowodzony ‌przez Jerzego ‌Axera.

Jacek Kopciński zaproponował ‌mi pisanie „felietonów” ‌w ‌kierowanym ‌przez niego miesięczniku „Teatr”. Nazwałem je Warszawskie pasaże. Okazało się rychło, że techniki wypracowane w Paryżu do niczego nie przydadzą się nad Wisłą. Inny świat – zupełnie inny świat, inne powietrze, inne przebudzenia od śmierci do życia, odpadania od życia ku śmierci, przejścia inaczej tajemne. Nie mogę chodzić po tym mieście, mogę się tylko przemykać. Ale coś przychodzi do mnie: w Parku Skaryszewskim, na Bliskiej, na Grochowskiej, coś nadciąga z krzaków przy Dworcu Wschodnim, wypluskuje ze ścieków i szpar w chodniku.

To, co nadciąga, jest dawne i – najczęściej – straszne. To, co nadciąga – widzę i opisuję. To, co straszne – słyszę.

Warszawskie pasaże wymagały innej formy niż Paryskie pasaże. Jeszcze bardziej skurczonej, przyduszonej. Formy nasiąkniętej milczeniem, jak skaryszewska ścieżka deszczówką.

I

Z mojego balkonu widać Manhattan warszawski i Park Skaryszewski. Jeziorko Kamionkowskie i gwiazdozbiory: Mały Wóz, Wielki Wóz, czasami Niedźwiedzica, czasami Gwiazda Piołun. Niebo pcha mi się przez balkon do gardła, rozciąga mnie i przydusza. Niebo mnie boli, a ja lubię, jak boli. Pytam: po co? Pytam: już?

Niebo bolało coraz mocniej, gwiazdy kłuły w gardle i pewno by zadławiły, gdyby nie posłowie Pascala Quignarda do jego eseju (1969) L’Etre du balbutiement. Essai sur Sacher-Masoch („Bycie bełkoczące. Esej o Sacher-Masochu”), świeżo wznowionego przez Mercure de France.

Mecenas, doradca Augusta, który był Etruskiem, pierwszy mówił – o ile wiem – o pactio wobec śmierci. Seneka Młodszy pisał do Lucyliusza (Epist. XVII, 101): „Turpistyczne pragnienie Mecenasa takie było: «Wolę na pal być nabity, ukrzyżowany, na wszelkie męki wydany i każde poniżenie znosić niż zgasić życie w przedwczesnej śmierci»”.

Pragnienie „turpistyczne” Mecenasa było „paktem szaleńczego lęku” – timoris dementissimi pactio.

On walczył z apatheia, z bezruchem, z adiaphora, ze zobojętnieniem. O to, by żyć życie, nawet wtedy, gdy dusi. Szczególnie właśnie wtedy. Błagać życie o życie inter supplicia. Wszystkiego w życiu spróbować, aż do porażającej tortury. Najgorsze cierpienie jest lepsze od śmierci. Mecenas był szczodrobliwy, powiadał: „Wolę cios najstraszliwiej stężonej trwogi niż pociąg ku śmierci po nic”.

Co w Rzymie znaczyło auctoramentum? Seneka mówił o pakcie „trupiaszczym”. Turpium auctoramentum. Pakt dotyczył gladiatorów wystawianych na śmierć na arenie. Najmujący obiecywał, że wynajęte ciała będzie żywił i zapewni im dach nad głową – dopóki nie zdechną w walce.

Walki gladiatorów toczyły się na arenie sine missione (bez nadziei na zmiłowanie). Dosłownie: bez misji, bez potrzeby. Walki bez celu, dla śmierci. Gladiatorzy wystawiani na walkę, jak dzikie bestie, dla gry, dla igrców – bezwzględnie i całkowicie.

Arystokraci za Ludwika XIII walkę sine missione zwali „pojedynkiem” – duel. To słowo pochodzi z łacińskiego duellum, które nie znaczyło jednak pierwotnie „pojedynku”, ale bellum – wojnę. W tym sensie należy czytać fragment listu Seneki (Epist. I, 156): Sine missione nascimur: „Rodzimy się bez nadziei na zmiłowanie”. Dosłownie: „Rodzimy się bez misji”. W ten sposób „antyczny pakt” zezwalał, by grupa wystawiała jednego ze swoich członków na śmierć przed innymi, za zgodą wszystkich. Apulejusz w Metamorfozach (II, 25) zrównuje ten pakt z przysięgą wojskową – sacramentum. Gladiatorzy składają auctoramentum, żołnierze – sacramentum. To pozwolenie jest najpierw paktem śmiertelnym, a dopiero później paktem socjalnym. To pozwolenie, by dać się spalić (uri), zakuć w kajdany (vinciri), pozwolić się katować (verberari), piętnować (ferro necari) bez wydawania najcichszego nawet jęku (sine ulutatu).

Castratio może odbywać się prawnie, zgodnie z paktem? Tak? Po co? Żeby wyśpiewywać w neapolitańskich kościołach bożą chwałę, niebywale, przez dwa stulecia.

Niebo wciska się we mnie i gwałci. Gwałt, najboleśniejszy, najniebezpieczniejszy dla ciała, najohydniejszy dla duszy, nieoczekiwany, zwierzęcy, „hard”, nielegalny, może dokonać się za zgodą obu stron? Tak.

Przemoc może być ugodzona? Tak.

Po prawdzie pakt jest podstępem. To znaczy: seksualność konwencjonalna, podobnie jak perwersja, jest podstępem. Małżeństwo jest podstępem. (Małżonkowie nie wiedzą jeszcze niczego o istocie gwałcenia, o szantażach dietetycznych, o pułapkach finansowych, w które wpadają, podpisując pakt zwany małżeństwem).

Zawsze trzeba powiedzieć „tak” temu, co cię traci.

Zawsze trzeba powiedzieć „tak” Mistrzyni panującej nad wszystkimi zwierzętami, zanim świat się rozdzielił na bestie i ludzi.

Zawsze trzeba powiedzieć „tak”: Czarnej Matce na czarnym niebie, przyjmującej w siebie nasienie, by następnego dnia zrodziło się dziecię słoneczne, krążek złoty znikomy.

Ludzie zwą ten krążek „świtem”. Krążek zrodzony u kresu trzeciej części nocy – świeci.

Nasze bycie przerażone, sprzed mowy (wcześniejsze od pamięci, którą mowa wyuczona w takim trudzie dopiero stopniowo w nas umieszcza), łagodzi pamięć ciała (nieuchwytną, przedmowną, zwierzęcą, pierwszą). Tym jest masochizm: przedsymboliczną pamięcią o niepamięci. Pamięcią o traumie ciała, którą da się uleczyć innym ciałem. Pamięcią o źródle. O przedsłowiu. Ciało nie-mowlęcia wychodzi z ciała cierpiącego z powodu wychodzenia. Oba ciała nie wydają z siebie słowa, cierpienie obu ciał jest bezsłowne: jedno krzyczy, drugie krzyczy – sine verbo – cierpienie obu ciał nie zna imienia. Sine missione nascimur. To masochizm. To niebo na balkonie stające kością w gardle.

II

Studzienka ściekowa. Róg Brzeskiej i Ząbkowskiej. Spod pokrywy tryska ciecz. Zrudziała i gęsta. Tryska i bulgocze. Rytm tryskania serdeczny. Tryska i zamiera. Wzdychania i oddechy. Tętnica. Może metro w budowie studzienkę wzbudziło. A może inne moce.

Patrzyłem. Widziałem starą fotografię.

W roku 1925 László Moholy-Nagy sfotografował Kloake in Paris, głęboką studzienkę.

Sfotografował duchy wywołane pstryknięciem. Obraz niesłychany. Piekło i Niebo. Nic i Wszystko. Flaki na wierzchu. Pneuma w głębi. Połyskujące w słońcu, niepokalane brudy miasta.

Węgierski artysta nazywał fotografię paryskiej kloaki rozmaicie, na przykład Rinnstein 1925 („Rynsztok 1925”) lub: „Faktura. Akumulacja faktur akwatycznych. Studzienka ściekowa, z której tryska spieniona woda z nieczystościami zastygającymi w skorupę”.

Fotografia Moholya-Nagya jest arcydziełem gatunku, to znaczy świętem dziadów, żywych z martwymi obcowaniem.

Ona jest zjawą realną.

„Bo i cóż wiemy o rogach ulic, o krawężnikach, o architekturze bruków? My, którzyśmy pod bosymi stopami nigdy nie poczuli ciepła, brudu i kanciastych kamyków, którzyśmy nigdy nie zastanawiali się, czy będzie nam wygodnie lec na nierównych chodnikowych płytach.

W starożytnej Grecji pokazywano miejsca, którędy wiodła droga do podziemnego świata. Nasze bycie na jawie jest krainą z ukrytymi miejscami, przez które zstępuje się do piekieł, krainą obfitującą w niepozorne punkty, do których ściekają sny.

Kto chce się przekonać, jak bardzo jesteśmy zadomowieni we wnętrznościach, powinien poddać się oszołomieniu wędrówką ulicami, których mrok tak jest podobny do łona prostytutki”.

Tak pisał Walter Benjamin w Paryskich pasażach. A jakie zejścia do piekieł, studzienki ściekowe na sny i bramy raju znajdował Miron Białoszewski? Wystarczy otworzyć Szumy, zlepy, ciągi. Odyseję kosmiczną Warszawy i Kwiaty Zła pozbierane z bruku.

Fotografia magiczna (w której Wszystko i Nic, Niebo i Piekło etc.) jest sztuką w najwyższym stopniu dramatyczną. Żadna inna nie potrafi tak skutecznie odprawiać obrzędu, w którym wszystkie epoki stają się współczesne.

Zjawa realna to wy-ob-raźnia uchwycona w obiektywie.

Zjawa pojawia się w fotografii realnie na moment wieczny.

Moholy-Nagy pisał, że fotografia wymknęła się spod kontroli i stała czymś innym, niż chcieli jej wynalazcy. Fotografia powstawała po to, by rejestrować momentalną realność chwili, a okazało się natychmiast, że fotografia nie odtwarza realności, lecz odkrywa rzeczywistość tkwiącą nad i pod realnością.

Fotografię cechuje tajemnicza moc metamorfozy podświadomości w sen, a snu w jego obraz.

Fotografia odsłania głębinę tkwiącą na powierzchni, w szczególe, we fragmencie, w ułomku, w strzępie, w drobinie, w łachmanie, w kropli, w załamaniu muru, w tryskającym słonecznym śmiechem ścieku.

Moholy-Nagy: „Pragnienie wniknięcia w podświadomość i dotarcia do mechanizmów kierujących wyobraźnią, by łatwiej ją kontrolować, jest bez wątpienia jedną z odwiecznych ludzkich potrzeb”.

Kiedy Baudelaire tłumaczył Człowieka w tłumie Poego, chadzał z nosem przy ziemi, z okiem utkwionym w rynsztokach, szukał czegoś, a niektórzy powiadają, że grzebał kijem w nieczystościach.

Inni powiadają, że widzieli Baudelaire’a, jak puszczał nocą w rozpalony blaskiem gazowych latarni rynsztokowy nurt białe baty z papieru. Baty były popisane, podobno notatkami o Poem. Zachowały się fragmenty: „Wyobraźnia nie jest fantazją, nie jest też wrażliwością, chociaż trudno wyobrazić sobie człowieka z wyobraźnią bez wrażliwości. Wyobraźnia jest darem prawie boskim, pozwalającym postrzegać najpierw, ponad metodami filozoficznymi, intymne i sekretne powinowactwa pomiędzy rzeczami, korespondencje i analogie. Błogosławieństwa i pożytki związane z tym darem nadają mu taką wartość, że sawant bez wyobraźni jest tylko sawantem fałszywym, a w każdym razie jest sawantem ułomnym”.

Ze studzienki na rogu Brzeskiej i Ząbkowskiej tryskały baty, wyciny, strugi. W strudze zaplątana szmata: firana lub całun, bo w zrudziałych plamach. Strzeliła też główka karczocha, a beret zmięty jak maska przetarł z mazi słowa na pokrywie: „Czemu w zimie tak szybko zapada w toń oceanu słońce, w lecie zaś noce tak długo zwlekają z nadejściem”.

Wydarłem kartkę z kajetu, wyjąłem pióro z kieszeni. Moja bata już w Wiśle.

III

Na ulicy Grochowskiej zatrzymał się fiat punto. Z fiata wysiadł efeb. Dziewczyna? Tak.

Chłopiec? Tak.

Stanąłem, wryty.

Efeb podszedł do mnie i powiedział: „Nazywam się Apollin. Obedrę cię ze skóry”.

I tak zrobił(a).

Nie tylko Dionizos jest przybłędą i obcym, Apollin też. Początki jego kultu wywodzą się gdzieś z Azji lub z Północy. W Krotonie Apollina zwano Hiperborejczykiem, a wedle przekonań Greków Hiperborejczykami byli mieszkańcy dalekiej Północy, gdzie słońce niechętnie wschodzi i kędy szybko zapada. Apollin hiperborejski, przybłęda z najdalszej północy, podobnie jak przybłęda Dionizos, wpada w ekstazy, w mistyczne uniesienia, którymi zaraża wyrocznie: Pytie, Sybille, różne Sybille męczone w jaskiniach, w grotach, przy dymiących trójnogach, zmuszane do rzężenia, wycharkiwania z siebie boskich bredzeń. Pytie i Sybille męczone przeklinają boskiego oprawcę i wiedzą, że wieszczenie mądrości bywa wstrętne. Jedna z Sybilli, podobnie jak Pytia, wieszczyła w Delfach. Apollin dręczył Sybillę Delficką szczególnie zajadle.

Apollin jest bogiem dwoistym. Nie tyle bogiem harmonii, ile bogiem harmonii sprzeczności. Apollin jest bogiem życia, ale też bogiem śmierci. Światła i ciemności. Radości i wielkiego cierpienia. Symbolem Apollina są łuk i lira. Łuk i lira to jedno. Na tym polega apolińska harmonia przeciwieństw. W pradawnych czasach łuk i lirę wyrabiano z rogu kozła. Dziełem liry jest piękno, dziełem łuku jest śmierć. Apollin z liry wydobywa boskie dźwięki. Apollin z łuku wydobywa świergot podobny jaskółce, by zabijać z daleka.

Wielki, natchniony szaleniec, Friedrich Nietzsche, opisał pierwiastek apoliński, wziąwszy pod uwagę tylko jasną, słoneczną stronę boga, opiekuna sztuk, stronę z pewnością prawdziwą, ale nie jedyną. Inna strona Apollina łączy go z mądrością. W Apollinie tkwi coś przeraźliwego i okrutnego. W samym jego imieniu tkwi okrucieństwo, ponieważ z etymologicznego punktu widzenia imię Apollin znaczy: „ten, kto niszczy całkowicie”. W tej właśnie postaci Apollin pojawia się na początku Iliady: jego strzały sieją śmierć w obozie Achajów.

Apollin jest też bogiem zmuszającym wyrocznie, by mówiły jego słowami. Apollin nie tylko zabija z daleka, lecz także gwałci. Na czym polega związek pomiędzy bogiem niszczącym i bogiem mądrym?

Apollin powierza swe słowa, które są słowami mądrości, wyroczni lub dźwięczącym strzałom, które uwalnia z cięciwy osobiście. W ciemnych słowach Apollina, podobnie jak w „jaskółczym rozgłośnym świergocie” cięciwy, w jęku łuku, w świście lotek śmigającej strzały, kryje się mądrość, której trzeba wysłuchać lub obumrzeć, gdy przebije.

Nie tylko Dionizos jest przybłędą i obcym, Apollin też. Początki jego kultu wywodzą się gdzieś z Azji lub z Północy. W Krotonie Apollina zwano Hiperborejczykiem, a wedle przekonań Greków Hiperborejczykami byli mieszkańcy dalekiej Północy, gdzie słońce niechętnie wschodzi i kędy szybko zapada. Apollin hiperborejski, przybłęda z najdalszej północy, podobnie jak przybłęda Dionizos, wpada w ekstazy, w mistyczne uniesienia, którymi zaraża wyrocznie: Pytie, Sybille, różne Sybille męczone w jaskiniach, w grotach, przy dymiących trójnogach, zmuszane do rzężenia, wycharkiwania z siebie boskich bredzeń. Pytie i Sybille męczone przeklinają boskiego oprawcę i wiedzą, że wieszczenie mądrości bywa wstrętne.

Jedna z Sybilli, podobnie jak Pytia, wieszczyła w Delfach. Apollin dręczył Sybillę Delficką szczególnie zajadle.

Sybilla nie chciała oddać się Apollinowi, więc on z zemsty obdarzył ją tysiącletnim życiem, ale nie wieczną młodością. I jeszcze Apollin zamienił gardło Sybilli w organ swego głosu. W męce, z wytrzeszczonymi oczyma, z rzężeniem, wydobywały się z Sybillijnej zagrody zębów ciemne słowa Apollińskich proroctw. Grał Apollin na Sybilli jak na lirze, a jej plecy zginał w łuk. Wysychała Sybilla w dziewictwie i kurczyło się jej ciało, coraz bardziej schło i coraz bardziej się kurczyło, coraz bardziej zmieniała się Sybilla w świerszcza lub w konika polnego, i tak ją opisał Petroniusz słowami Trymalchiona: Nam Sibylla quidem Cumis ego ipse oculis meis vidi in ampulla pendere, et cum illi pueri dicerent: Σιβυλλα τι θελειζ; respondebat illa: αποθανειω θελω. „A Sybillę to na własne oczy widziałem w Kumach, jak wisiała w butelce. Dzieci pytały ją: «Czego chcesz, Sybillo?», a ona odpowiadała: «Chcę umrzeć»”. Apothanien thelo! Błaga Sybilla o szczęście, o łaskę, o dar, o przywilej. Sybilla błaga o śmierć w wodzie na Ziemi Jałowej.

Dies irae, dies illa, solvet saeculum in favilla, teste David cum Sybilla. Wisi Sybilla w butelce, w przezroczystym worku, w transparentnej macicy i błaga: Apothanien thelo! Chcę umrzeć!

Apollin, podobnie jak Dionizos, pochodzi może z dalekich stepów Azji, gdzieś z tundry, z Syberii, z krainy szamanów władających szczególnymi technikami ekstazy. Nie wolno zapominać o Sokratejskiej gędźbie, o manii w dialogach Platona. Sokrates przeciwstawia szaleństwo umiarkowaniu i kontroli nad sobą. Umiarkowanie, rozum i panowanie nad sobą pochwala, ale przecież bycie szalonym stawia wyżej jako stan wyższy i boski.

Obdarł(a) mnie ze skóry. Moja skóra wisi na trzepaku. Patrzę na nią niechętnie. Apothanien thelo!

IV

Miasto już odpoczywa. Wschodzi powoli księżyc. Nastaje noc, wyniosła, nie liczy się z nami, odliczam czas, bo trzęsie. Gorączka.

Powinienem spędzić.

Apteka w ciągu: alkohole 24/24 H; 7/7, skup złomu, Biedronka, alkohole 24/24 h; 7/7, odzież ciążowa, magiel, skup złomu, zakład pogrzebowy „Pręga Zorzy”, piekarnia, alkohole, Żabka, kościół. Apteka zamknięta. Reszta otwarta. Grochów.

– Napije się pan ze mną? – pyta dziewczyna. Twarz szara: wieloryb świata z ogniem w okien(n)icach.

Podniosłem oczy na firmament i zobaczyłem, że stanął, i poczułem, że powietrze jest pełne zdumienia.

W Parku Skaryszewskim, za gajem modrzewiowym, rozgościły się topole. Osiki. Topola osika, topola drżąca, Populus tremula, z rodziny wierzbowatych. Wyraźnie podzielona płciowo. Na jednym drzewie kwitną kwiaty albo męskie, albo żeńskie. Kwiaty kwitną w kotkach. Kotki męskie mają pręciki o purpurowych pylnikach. Kotki żeńskie pęcznieją amarantowo. Osika jest wiatropylna.

Topolo-osikę zwie się „drzewem gorączki”. W Afryce Północnej i w Azji Wschodniej, na Litwie, w Skandynawii i w Bretanii. Wszędzie tam, gdzie częstowano zmarłych, a więc pewnie i po wyspach Nowego Świata.

Kuterem nacięła korę znaczoną przetchlinkami. Poszedł sok.

– Obejmij ją – powiedziała – wypij, ale tylko łyk.

Objąłem, wypiłem. Kazała z sokiem w ustach mocno dmuchać w ranę, z całej siły. Dmuchnąłem – zatkało, krztuszenie.

Osika drżała, jak przystało osice, tylko odrobinę bardziej.

I wszystko pobudzone nagle podjęło swój bieg. Pokój temu, który pisze, i temu, który czyta.

V

Kolumny ganku dworku w Krasnogrudzie – dworku Miłosza, jak mówią miejscowi, chociaż majątek należał do Kunattów – jaśnieją jaką barwą? Czerwoną? Nie. Kolor pracuje. Czas pracuje kolorem w drewnianych kolumnach. Szukałem nazwy: koralowy, róż pompejański, rubinowy, fiołkowy, fuksja, jagodowy, mażenta, szkarłat, poziomkowy, truskawkowy, biskupi, kardynalski, karmazynowy, eozyna. Tak? Nie. Tak i nie. Więc?

Amarantowy. A-maranthos. To, co nie umiera. Ten, którego śmierć się nie ima. A-thanatos. Nieśmiertelnik. Roślina życiodajna. Rośnie w Afryce Północnej, w Azji Wschodniej, w Skandynawii, na Litwie, w Bretanii i po wyspach Nowego Świata. Amaranthus hypochondricus (pośród sześćdziesięciu odmian) leczył z lęków, gorączki, żywił, łączył.

Powiadają, że Aztekowie przez wieki piekli z mąki amarantowej figurynki i jedli, przystępując przez komunię ze zmarłymi do wiecznego życia. Hiszpanie zwalczali ten zwyczaj gorączkowo.

Kwiaty amarantu kwitną w kotkach. Albo niewiele się mylę. Niektóre kwitną amarantowo, ale powidoków nie brakuje: od bieli przez fuksję, mażentę do różu i tak dalej. Kwiaty amarantu pracują kolorami jak kolumny dworku w Krasnogrudzie, w którym Fundacja Pogranicze osiedliła Międzynarodowe Centrum Dialogu, przywróciwszy do zdrowia cudem miejsce, w którym zamierzała zamieszkać śmierć. W tym miejscu dzieje się od nowa pełen guślarstwa obrzęd świętokradzki.

Tympanon ganku wspierają kolumny z drzewa Populus tremula (a może z sosny siostrzycy), podłużnie pękające, ze śladami przetchlinek. Kolumny żyją amarantem, podobnie tympanon, a na nim słowa Oscara Miłosza: „Bieda temu, kto wyrusza i nie powraca”.

Trwał obrzęd i wszystko pobudzone podjęło znów swój bieg. Ale i bieda, bo zimno. Księżyc wschodził powoli, nastała wyniosła noc.

– Trzęsie, gorączka – powiedziała szara dziewczyna na ganku w Krasnogrudzie – wracamy do Warszawy?

– Napije się pani ze mną?

VI

W dniu wyjazdu spostrzegłem z przerażeniem, że z Bliskiej zniknął drewniany krzyż. Stary krzyż, wysoki jak sosna, choć dębowy, lekko pochylony w stronę Soho Factory, ogrodzony płotkiem, majony kwiatami, kadzony zniczami. I ja znicze pod krzyżem paliłem, by prosić o wsparcie i ulgę w rozlicznych cierpieniach.

W dniu wyjazdu straszyła po krzyżu dziura w ziemi. Sztuczne i niegdyś żywe kwiaty czyjeś ręce zrzuciły na śmiecistą kupę obok.

Pod ścianą stało Trzech Króli. Tak nazywam autochtonów z Bliskiej, z którymi koleguję się od dawna, których częstuję fajkami i którym dorzucam niekiedy monety na harnasie. Po prawdzie tylko dwóch Króli stało i szczało twarzami do ściany. Trzeci Król siedział. On zawsze siedzi, na wózku inwalidzkim.

Kiedy Królowie skończyli, spytałem:

– Gdzie krzyż?

– Zabrali o świcie – powiedzieli chórem, bo Trzej Królowie od dawna tworzą choreję. W ich słowach zadrgał ton pradawnej pieśni, unieśli do ust harnasie i ciągnęli je ofiarnie.

W Medei