Warszawo naprzód - Marcin Wiącek - ebook + książka

Warszawo naprzód ebook

Marcin Wiącek

0,0
12,99 zł

lub
Opis

Jak może wyglądać Warszawa wkrótce po wojnie nuklearnej? Co dzieje się w II linii Metra, na Stadionie Narodowym i w innych miejscach dawnej stolicy? Czy największym problemem były i są potwory? Z jakimi problemami borykają się mieszkańcy? Czy wojna nauczyła czegoś ludzi? Była ona tą najważniejszą w historii?

Czy można wymyślić coś jeszcze po serii Metro 2033 i Kompleksie 7215? Czy może stać się to inspiracją dla innych, podobnie jak było nią kiedyś Metro 2033?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 220




WARSZAWO

NAPRZÓD

Marcin Wiącek

STRONA REDAKCYJNA

Projekt okładki

Joanna Majewska

Korekta

Elżbieta Stachólska

Skład i łamanie

Krzysztof Szporak

Publikacja elektroniczna

Tomasz Fiałkowski

© Copyright 2015 by Marcin Wiącek

www.mwiacek.com

[email protected]

ISBN 978-83-941996-0-9

(wersja drukowana)

ISBN 978-83-941996-1-6

(wersja elektroniczna)

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl. Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń. Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!

[email protected]

Coś długo było,coś się skończyło,coś tu przybędzie,coś inne będzie,

życie to zmiany,burzone plany,los tak nieznany,wciąż odkrywany,

co noc oddaje,co dzień wydaje,co wciąż spotyka,co tak dotyka,

kochaj...

PRZESŁUCHANIE

Co z tą pomrocznością jasną? Czemu nie pamiętałem, co się ostatnio działo? Podpadłem komuś? Długu nie zwróciłem? Schlałem się? Wziąłem jakieś piguły? Może to kwarantanna? Podchody niewyżytej trzydziestki, która przesadziła z zapędami? Znowu wojna?

— Obudź się słodziutki — jak przez mgłę usłyszałem melodyjny i zmysłowo przejmujący głos, od którego aż zadrżałem.

Ciekawe, bo taki głos słyszałem w swoim życiu wcześniej tylko raz. Dziewczyna miała wprawdzie trochę zbyt obfite kształty, ale jej gadanego nie zapomnę nigdy. Czyżby moja podświadomość chciała, bym wrócił do tamtego i poczuł się lepiej? Może wyobraźnia znowu działała i miałem jakiś odlot?

Różne już piekła w swoim umyśle przeżywałem, do tego wiedziałem, że rzeczywistość była ostatnio brutalna. W głowie miałem wciąż mnóstwo oleju, ale teraz nikt nie krył się ze zwierzęcymi odruchami, natura działała zdecydowanie i kobiety interesowały się mniej takimi jak ja, a mówiąc dosadniej, młodszy i silniejszy samiec, choćby gołodupiec, zawsze i bezwarunkowo bywał lepszy...

No dobra, może nie miałem na sobie garnituru od Armaniego, może na włosach było trochę siwizny, może tu i tam przydałoby się te włoski przystrzyć, ale czy to od razu powód, żeby ignorować takich jak ja i nie prawić im miłych słówek?

— Słońce, pobudka... — towarzyszył temu delikatny dotyk doprawiony siarczystym policzkiem.

Nie, to jednak musi być rzeczywistość, ja takich snów nie miewałem, a przynajmniej nie ostatnimi czasy. Jak człowiek często śpi na ziemi, inne rzeczy mu się śnią. Jak jest głodny albo majaczy, tak samo. Jak się boi, tym bardziej.

Dlatego też odrzuciłem to, że mam majaki i myślałem gorączkowo, co jest grane, próbując na szybko pozbierać fakty. Na pewno leżałem na czymś zimnym i jakoś się tym nie przejąłem, ale ni ręką, ni nogą ruszyć nie mogłem i to już mi się mniej podobało. Ciekawe było, że ubrania również nie czułem, zostały tylko gatki.

Dobra, moment jak każdy inny, pękała mi coś głowa, ale w końcu udało się jakoś dojść do ładu i otworzyć oczy. O cholercia! Jasno! Patrzałki zrobiły się małe jak szparki, zacząłem nimi szybko przewracać, chcąc się zorientować w sytuacji.

Pomieszczenie było małe, betonowe, bez niczego na podłodze i bez drzwi, oświetlone lampą, stał tam jakby kominek z rurą wychodzącą na zewnątrz, naprzeciw na ścianie wisiały jakieś narzędzia, a przede mną widziałem bez wątpienia kobietę.

Nie byłem sam, to dobrze czy źle? Zobaczymy. Babeczka miała masę tatuaży i mięśni, proporcje wręcz idealne, bogate i słodko symetryczne wyposażenie przednie do oddychania... Poezja, no i jeszcze te zielone oczy, które wręcz hipnotyzowały. Może to wina ich koloru?

Ciekawe, ale coś takiego widziałem na okładce jakiegoś czasopisma, tam też tak wyzywająco patrzyła się jakaś młoda dziewczyna...

Ale nie tylko ta dziewoja tu była, coś mi parskało z boku... Jakieś zwierzątko domowe? Sądząc po babce pewnie nie jamnik, ale tym będę martwił się później, na razie zacząłem się wyrywać.

— Napatrzyłeś się słodziutki? — syknęła, patrząc na te próby. — Zasada jest prosta. Ja pytam, ty mówisz. A jak nie mówisz to mam sposoby na takich jak ty. I nie myśl, że nie zrobię ci krzywdy. Zresztą w sumie wtedy może być ciekawiej... No więc, czym zajmowałeś się przed wojną? Lekarz? Inżynier? Technik? Urzędas? Robol?

Milczałem i w końcu dałem sobie spokój z szarpaniem, ona tymczasem powtórzyła pytanie i po dłuższej chwili westchnęła:

— Dlaczego, wy, mężczyźni, jesteście tacy sami?

Podeszła do ściany, przeciągnęła powoli ręką po wiszących narzędziach, ale nic stamtąd nie wzięła, wróciła, wyciągnęła rękę i... ooo mamo, ból był niemiłosierny, do tego ona chyba zaczynała się nakręcać, bo zbliżyła swoją twarz do mojej, tajemniczo się uśmiechając.

— I co? Lubisz to?

Nie, kurna, nie lubię, boli! Bez zastanowienia znów zacząłem się szarpać, wyginać, a do tego krzyczeć. Zemdlałem.

***

Obudził mnie zimny prysznic, tym razem nie mogłem nawet mówić, a w pomieszczeniu było cieplej, gdyż rozpalono kominek. Ale co to? Nad nim widziałem jakiś dziwny ruszt i dwa pręty. Spróbowałem jeszcze raz... niedobrze, ta cholera lub jej koleżanki musiały być harcerkami i naprawdę znały się na węzłach.

Chciało mi się wyć, ale słychać było tylko jakieś jęki przez ten mój knebel, a ona drwiąco patrzyła na moje nieporadne próby i na mnie niczym na muchę schwytaną w sieć pająka, wręcz się uśmiechnęła, w końcu odstawiła wiadro i stwierdziła tylko:

— Nieładnie tak ignorować i uciekać od damy, złociutki...

I wtedy weszła druga kobieta, coś jej szepnęła do ucha, na co ona się tylko lekko skrzywiła.

— A mogło być tak pięknie, ordery mogły być — szepnęła z nutką melancholii i obie szybko wyszły.

Zostałem sam. O co tu chodzi? Dręczenie wizjami męk piekielnych? Poszły po pomoc? Ktoś ich atakuje? Tylko dlaczego tutaj jest tak cicho? Metro to czy nie Metro? Może jeden z opuszczonych domów, a ja wpadłem na jakąś wariatkę?

Czekałem pewnie kilka minut, w końcu wróciła w towarzystwie dwóch kobiet w typowo wojskowych mundurach uzbrojonych w jakieś stare karabiny.

— Może następnym razem, złotko ty moje, rozszerzymy technikę przesłuchania. Teraz weźmiemy kajdanki, a jak będziesz podskakiwał, to one się tobą zajmą — i pokazała wymownie na obstawę. — Rozumiemy się? Raz oczami na tak.

W sumie sensowne, zamknąłem na dłuższą chwilę oczy i po chwili mogłem chodzić i mówić, jednak dalej nie mogłem zbyt dużo z rękami skutymi z tyłu. Ciekawe, że podłoga była betonowa, ale nie czułem zimna, widocznie adrenalina dalej działała.

Teraz widziałem, że obok związano jakiegoś innego nieszczęśnika, który wyglądem nie przypominał już zbyt mocno człowieka. Miał na ciele jakieś bąble i skórę niby to poparzoną, ale nie całkiem. Jego oczy pokrywało bielmo, straszył też brak włosów i masa blizn. Stwór na dodatek dziwnie sapał.

Nie dało się patrzeć na to badziewie, które coś tam płuło, więc na wszelki wypadek dałem dyla w bok i mimowolnie zapytałem:

— Co to za badziewie?

— Nie twój zasrany interes — parsknęła.

— A buty?

— Nie za dużo chcesz? Nie zasłużyłeś, to nie będzie — ponownie parsknęła.

— Won do przodu! — usłyszałem od drugiej.

Wyszliśmy na długi i dosyć ciemny korytarz, w którym widać było dużo drzwi, całość oświetlały jedynie kaganki.

— Szybciej — poczułem niezbyt delikatne uderzenie w plecy. — No, ruszaj się, nie mamy całego dnia.

Korytarz się skończył i znaleźliśmy się na stacji. Tej od razu nie skojarzyłem. Może dlatego, że raczej mało jeździłem Metrem? Nie było mi do niego po drodze, wolałem tramwaje, a jeszcze bardziej kochane autko.

Kurcze, jak często myślałem o przeszłości, nie mogąc się od niej odciąć, głupie, co było kiedyś, nie miało przecież teraz żadnego sensu...

To gdzie byłem? Czyżby na Powiślu? Rozkradzione tablice, więc trudno powiedzieć, ale są resztki liter na ścianie, więc to na pewno druga linia, do tego te niebieskie ściany, w sumie też by się zgadzało. Śmieszna z tą stacją sprawa jak z Mostem Północnym zresztą, bo w papierach stała jedna nazwa, ale ludziska i tak jej nigdy nie używali. Mówiono Powiśle, Śmierdziel, Zemsta Bufetowej, Syrenka, Skarpeta, ale raczej sporadycznie słyszało się Centrum Nauki Kopernik.

Na początku to tu nawet ładnie było, ale później wyszło to, co mówili nieliczni. Choć stacja miała piękne schody i świetlik, to ważniejsze było to, że czasem zalatywało tu lekkim posmakiem stęchlizny. Niemożliwe, a jednak. Może była za blisko Wisły, może oszczędzono na materiałach czy wentylacji, może jedno i drugie, nieważne, fakt był faktem.

Teraz uderzyło mnie to podwójnie, nie wpadli na to, że powietrze mogły filtrować rośliny, stacja była ogólnie dosyć ciemna i zniszczona, po jednej stronie stał nawet pociąg, a raczej coś, co kiedyś było pociągiem, starym Inspiro czy jakoś tak. Na nim i obok niego widać było rusztowania, przejścia i okienka, zrobione totalnie bez ładu i składu i we wszystkich możliwych kolorach i odcieniach rdzy.

To nie to, co u nas, tylko zapewne zbieranina z tego, co było w okolicy, mogłem się założyć, że to pewnie wiele razy się zawalało i wiele razy było odbudowywane.

I teraz najciekawsze — to było wszystko, co się tu znajdowało, a po pozostałej części peronu chodziły głównie kobiety, większość zaś patrzyła się tak nieprzyjaźnie, jak tylko można było. W sumie mało z nich było ciekawych, no może te kilka, które niczym w powieściach o Amazonkach więcej pokazywały, niż zakrywały.

Tu nie było bulu, ten był, jak się patrzyło na nielicznych facetów, bo ci wyglądali niczym rzymscy niewolnicy i mieli kajdany lub obroże na szyjach. Do tego byli praktycznie nadzy, bardzo brudni i z wieloma bliznami. Ale najgorsze było to, że oni WSZYSCY mieli spuszczony wzrok i chodzili przygarbieni, ledwo powłócząc nogami. Jacyś tacy zgaszeni...

Wszędzie tam, gdzie przechodziłem, zapadała cisza, gorsze jednak były te szepty za plecami. Nie wróżyły nic dobrego. Teraz było zimno w nóżki, ale nie, nie zobaczą mojego protestu, nie dam im tej satysfakcji. Zresztą, jeśli miałem być szczery, to dla mnie zdecydowanie gorszy był brak ubrania.

Doszliśmy do końca peronu. Kiedyś znajdowały się tam chyba pomieszczenia monitoringu i umieszczono tam godło naszego pięknego kraju, obecnie jednak nad wejściem widać było namalowanego dziwnego ptaka w koronie, który ze szlachetnym orłem miał już niewiele wspólnego.

Drzwi otworzyły się same, a właściwie zostały otwarte przez ubraną w mundur kobietę, ta z kolei miała nawet ślady jakiegoś makijażu, a i mundur eksponował sylwetkę. Wpuściła nas do małego pokoju i później warknęła: „wejść i usiąść”, pokazując proste krzesło pod ścianą i sama siadając za wielkim biurkiem.

Dobra, na tyle to się mogłem zgodzić i w sumie Helga, jak ją w myślach nazwałem, pewnie tylko robiła swoją robotę, więc grzecznie usiadłem, gapiąc się na eskortę, a dokładniej mówiąc, to ona gapiła się badawczo na mnie. Czas upływał, najgorsza była ta bezczynność. Siedziałem, siedziałem, siedziałem i dalej siedziałem, a po chwili dalej siedziałem, więc zacząłem podziwiać tę kanciapę.

Pomieszczenie było małe i miało dwoje drzwi, policzyłem chyba wszystkie szpary na przeciwnej ścianie w lewo i prawo, później przyjrzałem się brudnej podłodze. Helga zajmowała się jakąś swoją papierkową robotą, więc najciekawsza okazała się tu żarówka zwisająca smętnie na pojedynczym gołym kablu na środku sufitu.

Najciekawsza, bo przecież zakazano ich tyle lat temu, a i tak można było je zobaczyć tu i tam. Dostępne w różnych sklepach dla niektórych stały się jawnym przykładem urzędniczej niemocy. Czasem miałem nawet wrażenie, że część sprzedawała je na znak oporu przeciw bezdusznej maszynie biurokracji. Zakaz gonił zakaz, ale one trwały i trwały jako kule grzewcze, punkty świetlne i pod innymi nazwami będąc trochę takim samym symbolem jak oporniki, które kiedyś wpinali w ubrania nasi dziadkowie.

Żarówka się świeciła, dając przyjemne dla oka światło, co też było ciekawe, bo przecież po wojnie szlag trafił praktycznie całą elektryczność. Zostały jakieś generatory i pojedyncze sieci, ale to, co było połączone w wielu miejscach zwyczajnie się spaliło, a najbardziej przyczyniły się do tego... inteligentne liczniki, które zakładano wszędzie na potęgę.

Jak prąd był, to nikt go nie zauważał. Ot, wkładało się wtyczkę w gniazdko i już. Nikt się nie zastanawiał, że lodówka jest cudem, że woda sama się nie pompuje, że dzięki prądowi nastawała światłość i było tysiąc innych rzeczy. Zabrakło tego, to dopiero wtedy człowiek docenił, oj docenił.

Siedziałem i siedziałem. Ile to trwało? Nie wiedziałem, ale pewnie z godzinę, bo aż nogi mi zaczęły drętwieć, nie narzekałem jednak. Kiedyś powiedziałbym, że jestem w zwykłej klatce, ale teraz nawet kilka metrów kwadratowych bez zgiełku i smrodu to było coś i każdy cieszył się jak tyle miał.

Zaczynałem przysypiać.

— Nie spać — przemówiła z jędzowatą słodyczą jedna ze strażniczek i uderzyła mnie niezbyt delikatnie kolbą w twarz. Chciałem złapać się za bolący policzek, ale było to oczywiście niemożliwe.

Cholera, jeszcze mi jakiegoś zęba wybije — pomyślałem.

I wtedy zaproszono nas dalej. W kolejnym pokoiku za jakimś tanim biurkiem siedziała kobieta... w sukni. Ta panienka była wręcz przepiękna, ruda, bez piegów, idealny obraz psuły jedynie zmęczone oczy. O takich wielu mówiło wprost: „im bardziej rdzawy dach, tym wilgotniejsza piwnica” i nie było w tym żadnej przesady.

Zjawiskowe to stworzenie było wyraźnie zadowolone, widząc mój niemy zachwyt, natomiast ledwo tylko obdarzyło mnie swoim spojrzeniem i przemówiło powoli, spokojnie:

— Mam rozkaz przekazać ciebie do Centrum, do rana, i w trakcie drogi musisz być jednak traktowany jak inni, do tego wszelkie próby ucieczki skończą się rozstrzelaniem. Rozumiesz?

Chociaż nie było to całkiem jasne, kiwnąłem głową.

— Jedyne, co ci mogę zapewnić, to lepszy posiłek, rozumiesz?

Ostatnie słowa wypowiedziała niemal z widocznym obrzydzeniem lub wahaniem. O co tu chodzi? Dlaczego zabierają mnie dalej i chcą traktować lepiej?

— Pytania?

Zauważyłem, że nie krzyżowała już rąk, tylko powoli i jakby wyczekująco położyła je na stole. Zapadła również cisza.

— No, nie krępuj się, tym razem nie ugryzę i nie wystawię cię na górę — i uśmiechnęła się szeroko, patrząc mi badawczo w oczy.

— O co tu chodzi?...

Poruszyła się nerwowo i sięgnęła nerwowo do swych włosów, jakby stwierdzając, że coś po nich chodzi, miałem wrażenie, że również jej oczy zrobiły się jakieś takie inne.

— Nie wiem — rozłożyła ręce i kontynuowała: — Musisz być ważną szychą i stąd nie możemy sobie pozwolić, żebyś się wyróżniał z tego motłochu, nie wyobrażaj sobie jednak za dużo.

Nie wyobrażałem, gdyż na rękach dalej miałem te cholerne kajdanki. Gdzie miałbym uciec, gdy wokół były te wszystkie baby? Po dłuższej chwili niezręcznego milczenia usłyszałem tylko wypowiedziane ze zrezygnowaniem cichutkie:

— Powodzenia.

Wracaliśmy tą samą drogą, tym razem jednak obstawa była większa. Były ku temu powody — na stacji znajdowało się więcej kobiet i widać było, że miały ochotę nie tylko na rozmowy. Jedna strażniczka przepychała się przez ten tłum, a druga była cały czas za moimi plecami. Napracowały się bidulki, napracowały, ale w końcu wróciliśmy prawie tam, gdzie byłem wcześniej i tym razem mnie rozkuto, a następnie wepchnięto do pokoju, który był kiedyś chyba magazynem.

Nie było w nim nic oprócz jakiegoś kartonu, leżących butów i ubrania. Po zamknięciu drzwi zrobiło się tam ciemno jak...

RÓWNI SOBIE

„Liga broni, liga pomaga, zdrajcy ligi to najgorsza plaga” — true, true, ale mogliby w końcu to poprawić. Farba obłazi tu i tam. Ehhh, przed wojną w korporacjach to się nie zdarzało. A teraz? Opieprzają się... siostry chrzanione... Chociaż to zostały tylko one, wszyscy inni zostawili nas jak szczury... Dobrze, że jest to, jak mu tam, gremium.

Kurcze, zimno dzisiaj, chyba wezmę kurtkę...

A niech się tam zabijają o te swoje stołki jak je to rajcuje, ważne, że jest co żryć... i praca jest. W sumie wszystko takie logiczne w tej pracy. Myśleć nie trzeba.

Popraw włosy, popraw włosy.

Ciekawsze to niż lalusie. Kto by się tam nimi przejmował? Głupi byli. Ja takiemu, że go kocham, a on w śmiech. Albo nie oddzwania. Ja tak piękna, bez grama tłuszczu, młoda i mądra, a on nic. Przecież do biura przyjeżdżałam specjalnie dla niego. I w kieckę się wbijałam. I buciki dobierałam pod kolor. Nawet tyłkować próbowałam.

A on co? Miękki. Wleźć takiemu na odcisk, a on dalej na nie. Przytulać się, wypinać, a on nic. Głupia nie byłam, ogłoszeń nie wystawiałam. A oni tylko o jednym... i jednym... To wszystko ich wina. I atomu im się zachciało. Mali chłopcy, małe zabawki, duzi chłopcy, duże zabawki. Szlag by ich trafił. Winni są wszystkiemu.

Dobra, kurtka nie pasuje do butów...

W dzieciaka by mnie wrobić chcieli. Małe, wrzeszczące... Nie to, co koronki i motory. Dobrze, że teraz mi ich nie brakuje. Chociaż motorów też szkoda. Ehhh, pojeździłabym i pobuszowałabym w zbożu.

Może tą? Albo tą?

Przynajmniej widoki mam piękne. Pałac Kultury to zawsze Pałac. Będzie tylko trzeba zgłosić, żeby mi okno znowu uszczelnili. Partacze jedni.

Wezmę tamte kozaki, bardziej seksi...

A tak w ogóle to dobrze, że pracuję w Pałacu. Grube mury są. Nie to, co u innych. Tektura. I raporty łatwiej pisać, jak nie wieje. Mam kompa i nie jest źle.

Malować się czy nie malować?

Ciekawe tylko, co będzie dalej... Wszyscy nas atakują. Co myśmy im zrobiły? I te bździągwy, co to przyjeżdżają na gościnne występy. Słoiki jedne. Jak zajedziesz faceta, to później mam go na czerwono. I statystyka kuźwa w dół. Walczycie? Okej. Ale w takim razie nałapcie nowych...

Tylko którą by tu torebkę wybrać?

Dobra, idziemy, nieważne. Ooo, kino, szkoda, że nie grają dziś klasyki. Obejrzałabym Machulskiego, „Seksmisję” czy cuś. Tylko co on cholera miał na myśli? Po co na samym końcu uciekają na powierzchnię? I te durne baby, co ich gonią w tych pilotkach. Skąd ta myśl, żeby poświęcać życie, ratując kogoś, kto tego nie chce? Przecież głupi nie mogli tam przeżyć. Ciemno tam i wietrznie, brrr... Tak jak wtedy. Ehhh, znowu się przypomina. Co ja wtedy jadłam? Aaaa, pierogi.

Dobra, tu skręcić.

Wycie, ścisk, przepychanie, ilu ich było wtedy. I ten ich mętny wzrok i łapy. Łapy wszędzie... z przodu, z tyłu. Koniec świata... I ta noc... przerażenie, błyski i cios za ciosem... I ten blondyn z czwartego. Krew... ból... wycie... płacz... porwane ubrania... Z łapami tak? Że też nie można się stąd wynieść.

Zaraz, co ja miałam kupić? A już wiem.

A myślałam wtedy, że ten blondyn był taki delikatny. A machać tym toporem siłę miał. Ciacho... Baby nigdy nie widzieli wtedy? Nieważne. Ważne, że tera jest liga i że szabrownicy, uchodźcy i inne patałajstwo dostaje po łbie. Szkoda tylko Okęcia i Wilanowa. Chociaż może to tylko plotki... Ciekawe, kiedy będzie można tam chodzić. I czy żarcie się poprawi.

O cholera, coś tu ciemno się robi... Światła wcześniej wyłączają czy jak?

Nie padaj, nie padaj mi tu na ryj...

PORWANI

Tyle razy słyszał, jak ludzie gadali o tym, co się tu działo i często słyszał wtedy o ciężkiej harówie pod przymusem. Skąd to wiedzieli? Nie miał pojęcia, ale co się nasłuchał, to się nasłuchał. Nie tego się jednak teraz bał. Bolało go, że nie będzie miał wyboru, z kim, kiedy i jak będzie „to” robił.

Leżał w malutkiej klatce z grubymi metalowymi prętami, takiej, w jakiej woziło się kiedyś bydło.

Bolała go rozbita głowa i na nodze miał niezłego siniaka, na szczęście nie musiał się tym przejmować, bo tak naprawdę nie było to nic wielkiego. Wiedział to jako lekarz, a poza tym wychowano go tak, żeby się nie mazgaił i zawsze myślał, że do wesela się wszystko goi.

Klatka była za mała, żeby się całkiem wyprostować, więc zaczął przewalać się z boku na bok i rozglądać wokół.

Otaczała go ciemność, na szczęście nie taka całkowita, stąd wiedział, że jest w swojskim tunelu Metra. Ciepłym, oświetlonym jakąś daleką pochodnią, trochę porośniętym mchem, ale przynajmniej całym, widział też nienaruszone tory, a właściwie tylko dwie szyny, bo prądowej już nie.

To był znak, że tędy chodzono lub jeżdżono, rzeczy niepotrzebne teraz po prostu rozbierano i przerabiano, a taka szyna już przecież pociągu nie zasili, bo nie za bardzo jest skąd wziąć tyle prądu i pociągów jakby mniej.

Co to był za tunel? Nie miał pojęcia, czyżby coś po stronie Centrum? Czy to zresztą ważne? One wszystkie takie same — mała rura, masa jakichś kabli, szyny, czasem połączenie z jakimś drugim tunelem... i tyle. Koszmar, jeśli ktoś miał klaustrofobię.

Zachodził w głowę, co się właściwie stało. Owszem, słyszało się na Stadionie o ginących ludziach, ale żeby ze szpitala? Szpital był wprawdzie między stacją i Wisłą, ale nawet w tych czasach w głowie się to nie mieściło. Jak przeszli przez tak dobrą ochronę i zamknięcie? Bo w to, że była jakaś zapora, nie wątpił. Musiała być, bo ten tunel cieknął.

Ktoś zasnął gdzieś na służbie? Zostawiono otwarty korytarz techniczny? Może przeszli od góry i weszli w przebraniu przez stację? Tak, na pewno tak było, ktoś pewnie ich nie zauważył i nie ostrzegł reszty. Ale jak mogło być inaczej, skoro wielu z nich było niestety młodych i nie znało się zbyt dobrze na sztuce wojennej? Ba! Sporo na pewno brzydziło się każdym męskim zajęciem.

I do tego po co było felczera ruszać? Co on komu zrobił? Jak ktoś chciał go widzieć, to mógł przyjść, złemu też by pomógł... wierzył przecież w przysięgę lekarza i te sprawy. Łatał ludzi po praskiej stronie... robota tak potrzebna, gdy ludzkość próbowała przeżyć. Tego dnia przyszło niewielu pacjentów, już miał kończyć, gdy usłyszał tylko cichy świst i stracił przytomność. Wszystko stało się tak szybko, że nawet nie jęknął.

Teraz nie był przynajmniej sam. Zaraz obok stały podobne klatki, w których leżeli młodzi chłopcy w mundurach ze Stadionu. Zamknięte oczy, ale równy oddech, może więc nie dostali zbyt mocno? Żałował, że tylko tyle mógł ocenić z odległości jako lekarz. Szkoda, ale dobre i to.

Tylko skąd oni dokładnie są? Może to patrol, który wypuszczono gdzieś tam po coś tam i który wpadł w zasadzkę? Albo obsada z posterunku w tunelu pod Wisłą? W sumie dobrze, że nie jest sam, może któryś się obudzi i powie coś więcej?

Bo jak na razie miał same pytania i żadnych odpowiedzi. Zagadką był chociażby czas. Od dawna nie nosił zegarka, więc nie wiedział, czy to dzień, czy noc i ile czasu minęło od jego dyżuru. No bo niby jak?

I jak szybko wrócą ci, co ich w to wpakowali? Bo chyba nie zostawią ich tu aż zdechną? Chyba nie chcą ich zmusić głodem do robienia czegoś? Chociaż z drugiej strony, gdyby chcieli ich gdzieś przewieźć, to klatki stałyby pewnie na jakichś wagonach.

Dziwne to wszystko. Coraz bardziej kręciło mu się w głowie. I tak żyli jak szczury, a tu jeszcze takie numery. Komu to potrzebne? Po co? Czy nie było już żadnej świętości? Do czego ten świat doszedł?

Jego kochana Warszawa. Dumna stolica dumnego niepokonanego kraju. Kraju, który kiedyś trząsł całą Europą. Kraju, który wykazał się pod Wiedniem czy Grunwaldem... Miejsca bezwzględnie eksploatowanego przez możnych tego świata, kraju tak atrakcyjnego dla tak wielu po tak wielu latach zawieruch.

Złośliwi mówili, że ten kraj spotykały tylko nieszczęścia po przeniesieniu stolicy z Krakowa. I były choćby rozbiory. A bliżej to był stan wojenny. Albo katastrofa „tego” samolotu, emigracje czy inne wariacje. Bo jak nazwać te piękne stadiony czy pociągi?

Mimo tego gadania on zawsze był dumny, że się tu urodził. A może istniała jakaś klątwa i dlatego wszystko było na odwrót? Że świat ginął, a Warszawa nie? Jak tak, to tym lepiej dla nich i to było jednak błogosławieństwo, a nie klątwa.

Siedział wtedy w domu. Pisał akurat swój kolejny tekst, nagle jego modem się wyłączył i komputer też przeszedł na baterie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, zdarzały się dziesiąte i dwudzieste stopnie zasilania. Nic wielkiego, ale od razu poczuł lodowatą armię mrówek maszerujących po kręgosłupie. A może teraz mu się tylko zdaje, że wtedy tak było?

Pewne jest to, że jak zaczęły wyć syreny, to wiedział, że coś jest na rzeczy i że trzeba zbierać szanowny kochany tyłek do najbliższej stacji Metra. Nie było ono zbyt rozbudowane, ledwo dwie linie, a trzecia zaczęta, ale zawsze lepsze to niż nic.

Chociaż teraz wydawało się to tak naiwne, dokładnie wyłączył sprzęt i korki, pozamykał okna i drzwi, i wziął portfel. Biegł wtedy po schodach jak na skrzydłach, tak samo przebiegł ulicę, gdzie powoli zamierał ruch. Dziś pamiętał, że tu i tam zaczynały się stłuczki i pyskówki kierowców, były klaksony i morze ludzi.

Kłębili się oni przed stacją, przepychali, ale nie było wołania, że ktoś jest gnieciony. Nie, to nie była panika przerażonego tłumu, tylko raczej zamieszanie jak przy promocjach. Polacy mieli w tym wprawę, oj mieli. Wielu wypracowało swoją własną strategię, dokładnie wiedziało, co ma robić w takich momentach i teraz to się im na pewno bardzo przydało.

Przepychał się do wejścia, później do schodów i w dół, w końcu udało mu się dopchać na peron, z tyłu zaś napierali kolejni i mimo starań porządkowych część w końcu zaczęła przechodzić do tuneli. Trochę to było niebezpieczne, bo przecież dalej mogły jeździć pociągi. I rzeczywiście z tunelu po drugiej stronie usłyszał jakieś krzyki i ludzie zaczęli się pchać, po chwili wszystko się uspokoiło...

I teraz najciekawsze, do dziś pamiętał dokładnie tych wokół i ich słowa, dziwne, ale tak prawdziwe, jak pamięć bywa wybiórcza. I tak pamiętał faceta, co to trunki lubił, i bełkotał coś tam o końcu świata, i jakąś puszystą mamuśkę, i młodziana, co patrzył na tableta i modlił się w kółko, żeby to nie było czyjeś przypadkowe, rzecz jasna, rozerwanie się albo awaria.

Jak pomyśleć, to tamten myślał z głową, ale gadał o tym, co wielu pomijało wstydliwym milczeniem. Bo seryjne samobójstwa czy awarie się zdarzały, ale dla większości były jednak tematem tabu. Owszem, były, chociaż nie powinno ich być, tyle, że wielu nie miało już ani siły, ani chęci, aby o nich myśleć, bo zajętych było bardziej przyziemnymi problemami swojej ziemskiej egzystencji.

Co się jednak dziwić awariom, jak wiele rzeczy pisały studentki z pierwszego roku? Nawet to, co dostawało pięknie brzmiące certyfikaty za grubą kasiorę, bywało jak dom na wydmie. O tym wiedzieli wszyscy. Typowy problem każdego kraju zarówno pierwszego, drugiego, jak i Trzeciego Świata.

Przepychano gnioty, żeby nie płacić kar. Topiono dobre pomysły, bo ich twórcy nie mieli pleców. Tuszowano błędy, żeby nie stracić ciepłych posadek. Oszczędzano na kosztach. Wstawiano tylne furtki, bo walka z terroryzmem czy kochającymi inaczej. A poza tym w wielu systemach było tyle danych, że aż się prosiło, żeby miały wejścia dla wtajemniczonych.

Człowiek jest człowiekiem, każdy chce zarobić, rządy też są rządami i pragną wszystko wiedzieć i mieć haki na niepokornych, z drugiej jednak strony takich alarmów nie było już kilka lat, więc stali i czekali wtedy, patrząc się na siebie niepewnie, nie wpadli jednak w panikę nawet wtedy, gdy włączyły się awaryjne światła.

Drugi raz tego dnia zmroziło go, jak umilkli, gdy usłyszeli przez szczekaczkę, że to napad na Polskę. Syreny dalej wyły gdzieś na górze, a tu przez dłuższą chwilę cisza jakby makiem zasiał, jakby nikogo nie było. Niesamowite, że nawet dzieci przestały wtedy płakać, podświadomie czując, że coś jest mocno nie tak.

Grobowa cisza i oczekiwanie, niedowierzanie i smutek, ból i trwoga... a to wszystko w nowoczesnej trumnie kilkanaście metrów pod ziemią.

Ludzie gadali później, że dostało się jedynie Modlinowi i Okęciu.

A Centrum podobno przetrwało... I Pałac Kultury dalej złośliwie królował nad okolicą... Nie wiedział, ile w tym prawdy, ale żyli. Może naprawdę ich dumne miasto nie zostało mocno spopielone? Może ktoś uznał, że nie warto już tu strzelać? A może ten ktoś już nie żył albo coś się po drodze popsuło i nie odpaliło? Byli tacy, co chcieli zniszczyć Warszawę atomem w odwecie, a u nich dwie rzeczy zawsze były dobre — co się dało, to robili ręcznie, a i czasem pożyczali rzeczy wspólne, nie przejmując się tym, czy są potrzebne, czy nie...