Warszawa literacka w okresie międzywojennym - Piotr Łopuszański - ebook + książka

Warszawa literacka w okresie międzywojennym ebook

Piotr Łopuszański

2,0

Opis

Lata dwudzieste i trzydzieste w Warszawie to okres niezwykłej erupcji talentów, barwnych historii i przemian samej stolicy. W Warszawie działali najwybitniejsi pisarze. To tutaj toczyło się różnobarwne życie artystyczne. Do dzisiaj krążą powstałe wówczas anegdoty. Autor stara się pokazać pisarzy od strony nie tylko zawodowej, ale i prywatnie, niejako w szlafroku. 

Warszawscy literaci okresu międzywojennego byli ludźmi o bogatych osobowościach. Każdy z nich miał jakieś dziwactwo, coś go wyróżniało. Irzykowski nie umiał zawiązać krawata. Nosił więc tzw. krawatki, czyli niedbale zasupłane wstążki. Gałczyński i Nałkowska pisali zielonym atramentem, który dawał im natchnienie. Strug pisał na kolorowych kartkach. Boy używał maszyny do pisania i tylko poprawki dodawał ręcznie. Lubił zmieniać swoje teksty także w korektach. 

Witkacy, Choromański i Giedroyć zażywali narkotyki, Dąbrowska brała strychninę. Lechoń był lekomanem. Tuwim cierpiał na agorafobię i całymi dniami nie wychodził z domu. 

Uniłowski i Słonimski nie mieli matury. Tuwim, Gałczyński i Broniewski nie ukończyli studiów. Broniewski i Sergiusz Piasecki siedzieli w więzieniu. Piasecki i Giedroyć mieli związki z polskim wywiadem.

Witkacy, Słonimski i Jan Nepomucen Miller pojedynkowali się. Słonimski, Dołęga i Nowaczyński brali udział w bójkach. Antoni Słonimski odbił Kazimierzowi Wierzyńskiemu narzeczoną, z którą się potem ożenił. Leśmian jeździł do Warszawy z Zamościa do kochanki, tłumacząc żonie, że jedzie kupić masło warszawskie, bo zamojskie jest gorsze. Po powrocie poety do domu okazywało się, że masło ma etykietkę mleczarni z Zamościa.

Hemara we wrześniu 1939 roku zostawiła żona, Maria Modzelewska. W liście napisała mu: „Jasiu, nie gniewaj się, musiałam, zostawiam ci Józię”. Wspomniana Józia była jej matką.

Takie historie na tle Warszawy międzywojnia przedstawia Piotr Łopuszański w swojej książce.  

Piotr Łopuszański (ur. 1966) – pisarz, publicysta. Z wykształcenia filozof. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim także polonistykę i historię sztuki. Jako publicysta zadebiutował w 1991 roku na łamach prasy literackiej. Publikował m.in. na łamach „Życia Warszawy”, „Przeglądu Artystyczno-Literackiego”, „Twórczości”, „Podkowiańskiego Magazynu Kulturalnego” , „Pamiętnika Literackiego”, „Stolicy” i „Skarpy Warszawskiej”.

Zajmuje się badaniem życia i twórczości Bolesława Leśmiana, o którym wydał 3 książki. Ponadto opublikował m.in. biografię „Gustaw Holoubek. Filozof bycia”, oraz „Warszawę literacką w PRL” i książkę „PRL w stylu pop”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 509

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0

Popularność




Copyright © Piotr Łopuszański, 2017

Projekt okładki

Agata Wawryniuk, Robert Sienicki/Firma Belego

Zdjęcie na okładce

© Narodowe Archiwum Cyfrowe

Laureaci nagród miasta Warszawy. Siedzą od lewej: wiceprezes Rady Miejskiej w Warszawie Maurycy Mayzel, Tadeusz Boy-Żeleński (laureat nagrody literackiej), Zofia Stankiewiczówna (laureatka nagrody artystycznej), prof. Stanisław Thugutt (laureat nagrody naukowej) i prezydent Warszawy Zygmunt Słomiński.

Zdjęcia w tekście

© Narodowe Archiwum Cyfrowe; Biblioteka Narodowa; Chełmska Biblioteka Cyfrowa; Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Krakowie

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Roman Honet

Korekta

Aleksandra Gajek

Zofia Firek

ISBN 978-83-8097-967-3

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wstęp

Zwykle gdy się pisze o literaturze dwudziestolecia międzywojennego, wymienia się poetów Skamandra, awangardy, paru prozaików, np. Nałkowską, Dąbrowską, czasem jeszcze jakiegoś pisarza, a pomija wielu twórców, którzy należąc do średniego pokolenia, nadal tworzyli i kształtowali klimat epoki. Przykładem wydawany kilkakrotnie w latach 70. tom Prozaicy dwudziestolecia międzywojennego w opracowaniu Bolesława Farona. Nie ma w tym dziele szkiców o Żeromskim i laureacie Nagrody Nobla Władysławie Reymoncie, a są Jalu Kurek, Jan Wiktor. Nie ma Ferdynanda Goetla, ale jest Bruno Jasieński.

Po części wynikało to ze zbytniej specjalizacji badaczy literatury. Jeśli ktoś zajmował się dwudziestoleciem międzywojennym, to nie Młodą Polską, więc powstawał problem, jak kwalifikować twórców działających w obu epokach. Gdzie umieścić Żeromskiego, Reymonta, Leśmiana, Staffa, a nawet Witkacego. W okresie PRL-u w doborze nazwisk odgrywała rolę także polityka. Przemilczano znaczenie pisarzy niemile widzianych przez władze. W okresie stalinowskim obowiązywał zakaz publikacji np. Kornela Makuszyńskiego, Stanisława Ignacego Witkiewicza, wierszy Bolesława Leśmiana, Kazimierza Wierzyńskiego, Jana Lechonia, Kazimiery Iłłakowiczówny, a nawet Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Z Ferdynanda Goetla zrobiono faszystę i kolaboranta hitlerowskiego. Oto w przypisach do Dzienników Zofii Nałkowskiej czytamy: „Był jedynym z wybitniejszych pisarzy, którzy poddali się rejestracji w hitlerowskim Urzędzie Propagandy w Warszawie”. W rzeczywistości nie był to dowód kolaboracji, bowiem zarejestrowali się wtedy także inni znani pisarze i krytycy, jak Karol Irzykowski, Kornel Makuszyński, Tadeusz Breza, Adolf Nowaczyński. Rejestracja nie miała nic wspólnego z poparciem dla polityki okupanta. Czemu więc komuniści chcieli oczernić Goetla? Co odróżniało tego pisarza przykładowo od Leopolda Staffa, który po wojnie otrzymał doktorat honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego i był z atencją przyjmowany przez Bolesława Bieruta? Otóż to Ferdynand Goetel, a nie autor Barwy miodu, pojechał do Katynia i napisał o tym relację. Zatem powodem anatemy najprawdopodobniej było ogłoszenie przez pisarza prawdy o zbrodni katyńskiej.

W okresie PRL-u starano się stworzyć na nowo hierarchię znaczenia pisarzy. Lansowano i wydawano autorów, którzy poparli władze (jak Tuwim, Iwaszkiewicz, Broniewski, Gałczyński, Żukrowski, Dobrowolski, Auderska, Dobraczyński, a z młodszych Bratny, Woroszylski, Konwicki), a przemilczano twórców niechętnie odnoszących się do nowego ustroju. Po wyjeździe z kraju przez Miłosza na trzydzieści lat zapanowało milczenie o poecie, przerwane dopiero w 1980 roku, gdy Czesław Miłosz dostał Nagrodę Nobla. Przemilczano twórców emigracyjnych, zwłaszcza współpracujących z Radiem Wolna Europa. Na margines spychano więc pisarzy wybitnych lub tylko popularnych w okresie międzywojennym. Zakazano wydawania niektórych książek (choćby Uśmiechu Lwowa Makuszyńskiego, Na probostwie w Wyszkowie Żeromskiego, Z Ziemi Chełmskiej Reymonta, Bolszewików i bolszewizmu w Rosji Parandowskiego, książki o Leninie Ossendowskiego czy wiersza Piłsudski Lechonia). A we wznawianych książkach cenzura uruchamiała swoje nożyce. Gdy czyta się np. Kroniki tygodniowe Słonimskiego wydane w 1956 roku i porównuje z wersją bez cenzury, widać wyraźnie, jak zmasakrowano myśl autora felietonów, powycinano co celniejsze sformułowania, pointy, a nawet często połowę kroniki. Podobnie było w przypadku edycji Pism Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Kto nie ma ostatniego tomu, wydanego tylko raz, w 1992 roku, a zawierającego usunięte przez cenzurę szkice (przykładowo o teatrze w Łucku czy felietonu Gide’owskie problemy), ten nie zna prawdziwego Boya. Najczęściej ofiarą nożyc padały recenzje sztuk radzieckich lub aluzje do sytuacji w ZSRR. Nie puszczono też felietonu o polskich działaniach kulturalnych na Kresach. Z kolei z książek Witkacego usuwano zdania dotyczące rewolucji i osoby Stalina czy... Piłsudskiego.

Ze wspomnień wycinano relacje o wojnie 1920 roku (np. z książki Stanisława Lama Życie wśród wielu). Z dzienników Nałkowskiej skreślono refleksje pisarki na temat rewolucyjności. Nie drukowano relacji Irzykowskiego, Makuszyńskiego, Żeromskiego o wydarzeniach wojny polsko-radzieckiej.

Tak indoktrynowane pokolenia czytelników nie znają więc naprawdę literatury dwudziestolecia międzywojennego. Urobiono rzesze badaczy, święcie przekonanych, że ważni są tylko ci twórcy, o których czytali w peerelowskich podręcznikach Anny Milskiej, Ryszarda Matuszewskiego czy Jana Zygmunta Jakubowskiego.

Pewną rolę w nieprawdziwym przedstawianiu dokonań pisarzy w dwudziestoleciu międzywojennym odgrywała też moda. W latach 30. i zaraz po wojnie gardzono stylistyką Młodej Polski. Modernistyczne metafory, estetyzm i egzaltacja nie pasowały do nowoczesności, a więc lekceważono dorobek pisarzy pokolenia młodopolskiego. Twórcy awangardy gardzili „paseistami”, skamandryci lansowali swoje środowisko i przeceniali rolę, jaką rzekomo odgrywali. Potrzebne jest więc nowe spojrzenie na twórczość lat międzywojnia.

Niestety, także dzisiejsze publikacje często pomijają wybitne postacie ze świata literackiego Warszawy międzywojennej. Teresa Dąbrowska, pisząc o literatach mieszkających w Warszawie w okresie międzywojnia, pominęła skamandrytów, Kadena-Bandrowskiego, Żeromskiego, Reymonta, Makuszyńskiego, Staffa, natomiast wspomniała Iłłakowiczównę, która przez pewien czas mieszkała w Poznaniu, czy Michała Choromańskiego, mieszkańca Zakopanego. Pisała także o Kazimierzu Przerwie-Tetmajerze, który swoją działalność literacką wtedy zakończył, zmagając się z postępującą chorobą psychiczną.

W książce Remigiusza Piotrowskiego Literaci w przedwojennej Polsce z 2014 roku znalazło się kilka błędów merytorycznych (ze słynnym passusem o pani Krzywickiej jako matce Ireny), a także pominięci zostali pisarze i krytycy prawicowi: Jan Lorentowicz, Władysław Rabski, Wacław Grubiński, Maria Rodziewiczówna. Nie ma też słowa o Janie Parandowskim czy Poli Gojawiczyńskiej. Pominięto kilku członków Polskiej Akademii Literatury: Zenona Przesmyckiego, Wacława Berenta. Tymczasem dwudziestolecie Polski odrodzonej charakteryzowało się właśnie bogactwem poglądów, żywością (często wręcz napastliwością) w dyskusji. Skutkiem jednej z polemik było pobicie Adolfa Nowaczyńskiego przez krewkiego antagonistę. Publicysta stracił oko. Wydawano pisma: od narodowo-katolickich, przez monarchistyczne, po liberalne i socjalistyczne, a nawet komunistyczne, od konserwatywnych, po awangardowe i futurystyczne. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Jak podaje Sławomir Koper (Afery i skandale Drugiej Rzeczypospolitej) w okresie międzywojennym ukazywało się ponad 20 tysięcy tytułów czasopism. W Warszawie według ustaleń Stefana Żółkiewskiego w 1919 roku wydawano 395 czasopism, pięć lat później 446, by w 1928 roku liczba tytułów wzrosła do 715. Największe nakłady miała tradycyjnie prasa endecka, na drugim miejscu sytuowała się prasa propiłsudczykowska (od 1926 roku sanacyjna). Mniejszą popularność miały czasopisma lewicowe, ugrupowań chłopskich, a najmniejszą – pisma komunistyczne.

Pisarze bywali często redaktorami. Wacław Berent prowadził „Pamiętnik Warszawski”, Kazimierz Wierzyński redagował „Kulturę”, Jan Lechoń „Cyrulika Warszawskiego”, Julian Tuwim pismo „To-To”. Ferdynand Goetel był naczelnym „Naokoło świata”. Kornel Makuszyński prowadził dział literacki w dzienniku „Rzeczpospolita”. W 1937 roku Bolesław Leśmian chciał z Kornelem Makuszyńskim założyć pismo dla młodzieży.

Okres 1918‒1939 był niezwykle bujny w polskiej literaturze. Zniesienie cenzury w 1918 roku i odzyskanie przez Polskę niepodległości pozwoliło na swobodny rozwój prasy, wydawnictw i kabaretów. Warszawa, która na powrót stała się stolicą, była ważnym ośrodkiem wydawniczym. Tu działała spółka „Gebethner i Wolff”, wydawał książki i albumy Jakub Mortkowicz, później jego żona Janina, tomy wierszy i biografie były domeną Jakuba Przeworskiego, którego spadkobiercą został jego syn Marek. Były wydawnictwa Arcta i Hoesicka, powstało wydawnictwo „Rój”, gdzie działał Wańkowicz, oraz „Ignis”, w którym pracowali Wierzyński i Lechoń. Niektórzy autorzy wydawali swoje utwory własnym nakładem.

Półki księgarskie zajmowały dzieła różnej maści: od wybitnych powieści, przez nowe tomy poezji i krytyki, po literaturę popularną, kryminały, romanse, powieści sensacyjne i podróżnicze, satyrę.

Warszawa w okresie międzywojnia była miejscem, w którym działali najwybitniejsi pisarze. To tutaj toczyło się kolorowe życie artystyczne i literackie. Anegdoty powstałe wówczas krążą do dzisiaj. Starałem się pokazać pisarzy od strony nie tylko publicznej, ale i prywatnie, niejako w szlafroku. Stąd częste cytaty z ich listów i dzienników. Sięgnąłem po roczniki ówczesnej prasy i pism literackich, aby wydobyć rozmaite wypowiedzi, felietony i artykuły znanych autorów.

W pracy nad tą książką musiałem weryfikować wiele nieprawdziwych opowieści, jak np. rzekome wspomnienia Czajki (Izabeli ze Schwartzów Gelbardowej, po wojnie znanej jako Czajka-Stachowicz), aby ustalić, która z anegdot (często podawanych w różnych wersjach) jest prawdziwa. Z ograniczonym zaufaniem musiałem podchodzić do treści książek wydanych przez renomowane nawet wydawnictwa, ponieważ zdarzały się błędy, pomyłki i nieścisłości. Autorka jednej z prac pisała, że edycję Pism Boya zakończono w 1975 roku, podczas gdy ostatni tom wyszedł w 1992 roku. W książce Remigiusza Piotrowskiego pod zdjęciem młodego Jakuba Mortkowicza i jego żony Janiny z początku XX wieku widniał podpis, że na zdjęciu są Hanna Mortkowicz-Olczakowa z mężem. W przypisach do Kronik tygodniowych Słonimskiego można przeczytać, że w 1936 roku Piotr Choynowski wszedł do Polskiej Akademii Literatury, chociaż od roku już nie żył. Jego miejsce zajął Ferdynand Goetel. Również w Kalendarium Leśmianowskim Jacka Trznadla znalazło się wiele błędów, na które zwróciłem uwagę wydawcy.

Życie literackie też było odmienne od dzisiejszego. Odbywało się przeważnie w kawiarniach. Stąd ogromna popularność kawiarni literackich: „Udziałowej”, „Ziemiańskiej”, „Astorii”, „Kresów” i wielu innych. To warszawska kawiarnia była często redakcją pism, giełdą nazwisk literackich, a nawet akademią (prywatną jeszcze) literatury, której pomysł rzucił w kawiarni „Miki” (Karola Mueckego) Wacław Grubiński, a prezesem został Edward Słoński. Należeli do niej Andrzej Niemojewski, Gustaw Daniłowski, Władysław Reymont, Stefan Żeromski, Bolesław Leśmian i Zofia Nałkowska. Ostatnich dwoje trafiło do prawdziwej akademii w 1933 roku. W „Ziemiańskiej” Mieczysław Grydzewski redagował swoje „Wiadomości Literackie”, a Lechoń ze Słonimskim ustanawiali hierarchię literacką. W „Astorii” swój stolik miał Kornel Makuszyński, a w „Zodiaku” pod koniec lat 30. Witold Gombrowicz.

Gałczyński i poeci „Kwadrygi” chodzili do „Kresów” oraz do „Empire” naprzeciwko uniwersytetu, kiedyś eleganckiego lokalu, teraz miejsca spotkań cyganerii.

Do legendy przeszły opowieści o pisarzach, którzy bywali w „Ziemiańskiej”, „IPS-ie” czy „Astorii”, opływali w dostatki i byli idolami czytelników. Jak zwykle bywa z legendami, ten obraz, utrwalony przez wielu autorów wspomnień i opracowań, niewiele ma wspólnego z ówczesną rzeczywistością.

Bardzo wielu znaczących pisarzy żyło w niedostatku, a stosunki wydawnicze wołały o pomstę do nieba. Ten temat był podnoszony w 1920 roku na pierwszym zjeździe literatów z wszystkich zaborów. O wyzyskiwaniu pisarzy grzmiał Żeromski. W nędzy żyli Jan Lechoń i Jarosław Iwaszkiewicz (później bogato ożeniony), Karol Irzykowski. Zofia Nałkowska chodziła w podartym płaszczu. Nawet w latach 30. Antoni Ferdynand Ossendowski, poczytny autor wielu książek, bywał w kłopotach finansowych. Witold Gombrowicz do 1933 roku był utrzymywany przez bogatego ojca, a po jego śmierci oszczędzał na wszystkim: na taksówkach (chodził więc pieszo), na kawie w kawiarniach itd.

Problemy z wydawcami mieli Boy, Dąbrowska, Witkacy, Wiech, Leśmian, a nawet Staff, któremu Ossolineum w 1931 roku nie chciało przyjąć do druku tomu Wysokie drzewa. Najmniej egzemplarzy dzieła sprzedał Witkacy. Jego praca filozoficzna rozeszła się w 12 egzemplarzach.

Boy, oszukany przez nierzetelnego wydawcę, sam stał się wydawcą. Tadeusz Żeleński pisał: „Był okres, gdy stosunki z księgarstwem doprowadziły mnie do rozstroju nerwowego i ocaliło mnie jedynie oddanie spraw młodemu i energicznemu sekretarzowi. I z tego czasu została mi refleksja: czemu środowisko, które z zawodu swego powinno być naturalnym pomocnikiem i przyjacielem pisarza, tak często działa jak najgorszy wróg”. W 1926 roku w odpowiedzi na ankietę „Kuriera Czerwonego” Boy napisał: „O wydawcach mówi się dużo złego – znam ich jak zły szeląg (...). Sam byłem wydawcą, wydrukowałem z musu własnym kosztem przeszło czterdzieści tomów swoich książek”. Za własne pieniądze musieli drukować Schulz, Gombrowicz i Stefan Wiechecki.

Kilku autorów zarabiało piórem całkiem nieźle: Słonimski, Dołęga-Mostowicz, Tuwim – pisząc do kabaretów, Wańkowicz – zajmując się reklamą (to on wymyślił slogan „cukier krzepi!”).

Teatry otrzymujące dotacje nie liczyły się z frekwencją, więc wystawiały sztuki słabych autorów, którzy otrzymywali jedynie mizerne tantiemy z wpływów od biletów. Obrastali w piórka wydawcy, dyrektorzy, urzędnicy, a ogół literatów klepał biedę. Szukali więc pracy w urzędach: w cenzurze jak Lemański, w Sejmie jak Iwaszkiewicz i Irzykowski.

Nakłady książek wynosiły około 3 tysięcy egzemplarzy, poezji jeszcze mniej. W 1929 roku ukazało się około 6 tysięcy książek, od beletrystyki, przez poezję, po dzieła naukowe, podręczniki itd. Honoraria autorów wynosiły wówczas od 5 do 20% ceny sprzedaży książki. Częstą praktyką nieuczciwych wydawców było nadbijanie nakładu ponad wartość umówioną. Wielu pisarzy żyło w nędzy, w listach i dziennikach znanych twórców pojawia się temat braku gotówki.

Problemem był analfabetyzm. Dwie trzecie ludności nie umiało czytać, a wielu spośród tych, którzy umieli, nie miało zwyczaju sięgać po książkę. W Warszawie odrębną grupą byli Żydzi ortodoksyjni, którzy często w ogóle nie czytali po polsku. Dla nich wychodziły pisma i gazety w jidysz. Dla tych, co znali polski, a nie chcieli się asymilować, wychodził „Nasz Przegląd”, zwalczany przez Słonimskiego w „Wiadomościach Literackich”. Środowisko „Wiadomości Literackich” było z kolei zwalczane przez pisarzy awangardy oraz kręgi narodowe czytające „Gazetę Warszawską”, a w latach 30. tygodnik „Prosto z Mostu”.

W drugiej połowie lat 30. w Warszawie wychodziły trzy tygodniki literackie („Pion”, „Wiadomości Literackie” i „Prosto z Mostu”). Dziś nie ma żadnego. Od 1933 roku działała Polska Akademia Literatury. Nad jej wskrzeszeniem dyskutowano po II wojnie, ale ostatecznie władze nie zdecydowały się na reaktywację PAL.

Pisarze apelowali o stypendia, o fundusz emerytalny, o przyznawanie nagród. I z czasem powstały nagrody państwowe, również Warszawa przyznawała swoje nagrody literackie. Problem był jednak z nagrodzonymi. Gdy w 1936 roku nagrodę otrzymał średni poeta Roman Kołoniecki, ówczesny prezes warszawskiego oddziału Związku Zawodowego Literatów Polskich, wtedy Antoni Słonimski napisał, że jest to zlekceważenie poetów utalentowanych. „Nagrody nie dostał ani Tuwim, ani Pawlikowska, ani Leśmian, ani Wierzyński. Nie dostał Lechoń”. Kiedy „Wielką Warszawską” otrzymał w 1933 roku Boy, wyprzedzając o jeden głos Marię Rodziewiczównę, stolica podzieliła się na dwa obozy: liberałowie cieszyli się, „Wiadomości Literackie”, „Kurier Poranny” i inne pisma, z którymi współpracował autor Mózgu i płci fetowały pisarza. W „Cyruliku Warszawskim” pokazano, jak Boy wyprzedza o włos autorkę Miedzy ustami a brzegiem pucharu. Z kolei prasa narodowa uznała zwycięstwo „bolszewika” za skandal.

W latach międzywojennych namiętności wzbudzały nie tyle dzieła literackie, jak Przedwiośnie, Generał Barcz, Brązownicy, Piekło kobiet, Beniaminek, Lenin, Pod znakiem faszyzmu, Na tropach Smętka i inne, ile raczej poglądy polityczne ich autorów. Słonimski nigdy nie pochwalił w recenzjach pisarzy narodowych, „Tygodnik Ilustrowany” publikował tylko recenzje autorów współpracujących z Gebethnerem i Wolffem, a to z prostego powodu, że to wydawnictwo było właścicielem „Tygodnika”. Obraz literatury pokazany w „Wiadomościach Literackich”, „Tygodniku Ilustrowanym” czy „Prosto z Mostu” był więc zafałszowany, stronniczy.

Głównym centrum literatury w Polsce była stolica. Inne ośrodki, jak Kraków, Lwów, Wilno, Poznań, Lublin, odgrywały znacznie mniejszą rolę. Najwybitniejsi zjeżdżali do Warszawy i tu rozwijali swoje skrzydła, wchodzili w świat literacki.

Urodzonymi warszawiakami byli nieliczni: Leśmian, Berent, Lechoń, Słonimski, Gojawiczyńska, Andrzejewski, Gałczyński, Uniłowski. Reszta to przyjezdni. I często to właśnie literaci z innych regionów i miast, jak Kaden, Goetel czy Parandowski, zdobywali uznanie i rządzili światem literackim.

Niniejsza książka jest podróżą do lat międzywojennych. Przedstawia Warszawę i jej pisarzy wielu generacji w pełnym przekroju politycznym. Okres międzywojenny budzi żywe zainteresowanie czytelników. Na temat rozmaitych aspektów dotyczących ówczesnej Warszawy ukazało się wiele książek. Spośród tych traktujących o pisarzach żyjących w stolicy w dwudziestoleciu międzywojennym warto wspomnieć o interesującej pracy zbierającej informacje o skamandrytach Warszawa skamandrytów Lidii Sadkowskiej-Mokkas. Ogromny trud zadał sobie profesor Janusz Degler, badający życie i twórczość Witkacego. Ja osobiście od lat zajmuję się życiem i twórczością Bolesława Leśmiana.

Mimo upływu lat nie mamy jednak biografii wielu ważnych pisarzy: Kornela Makuszyńskiego, Juliusza Kadena-Bandrowskiego (książka Sprusińskiego koncentrowała się na twórczości). Nie wydano też wszystkich utworów pisarzy tamtego okresu. Nie wyszły do dziś listy Struga, korespondencja Miriama. To co w czasach PRL-u chciano skazać na zapomnienie, w dużej części zapomniano i tylko sporadycznie wychodzi na jaw. Takie książki Żeromskiego jak Snobizm i postęp czy Inter arma nie funkcjonują w świadomości społecznej.

Spośród poetów II RP przez lata najpopularniejsi byli Staff i Tuwim, nieco mniej Broniewski i Gałczyński. Teraz na czoło wysuwa się Leśmian. Z biegiem lat czytelnicy zapominają o wielkich poetach. Leopold Staff jest niemal zapomniany. Rzadko ukazują się książki jemu poświęcone, a dobrej biografii nie ma do dziś.

Warszawscy literaci okresu międzywojennego byli barwnymi ludźmi o bujnych osobowościach. Każdy z nich miał jakieś dziwactwo, każdego coś wyróżniało. Oto kilka ciekawostek o warszawskich pisarzach tego czasu.

Irzykowski nie umiał zawiązać krawata. Nosił więc tzw. krawatki, czyli wstążki, niedbale zasupłane. Gałczyński i Nałkowska pisali zielonym atramentem, który przynosił im natchnienie. Strug pisał na kolorowych kartkach. Boy używał maszyny do pisania i tylko poprawki dodawał ręcznie. Lubił zmieniać swoje teksty także w korektach.

Witkacy, Choromański i Giedroyć zażywali narkotyki, Dąbrowska brała strychninę. Lekomanem był Lechoń. Leśmian miał kompleksy z powodu niskiego wzrostu i łysiny. Tuwim cierpiał na agorafobię i okresami nie opuszczał mieszkania, zwłaszcza w czasie depresji, gdy jego matka popadła w chorobę psychiczną i została umieszczona w sanatorium. Do szpitala dla nerwowo chorych w Tworkach poszedł Choromański, żeby zebrać materiał do reportażu. Gałczyński przyjaźnił się z jasnowidzami.

Uniłowski i Słonimski nie mieli matury. Tuwim, Lechoń, Wierzyński, Gałczyński i Broniewski nie ukończyli studiów. Uniłowskiego, Gałczyńskiego i Gombrowicza fascynował lud i lumpenproletariat.

W więzieniu siedzieli Broniewski i Sergiusz Piasecki. Piasecki i Giedroyć mieli związki z polskim wywiadem.

Boy sypiał w łóżku ze spanielką Gapą, która rano przynosiła mu gazety. Tak jak Nałkowska i Leśmian, Boy-Żeleński lubił czytać w łóżku.

Pojedynkowali się Witkacy, Słonimski, Jan Nepomucen Miller. W bójkach brali udział Słonimski, Dołęga i Nowaczyński.

O plagiat oskarżano akademików literatury, Wincentego Rzymowskiego i Wacława Sieroszewskiego. Polemiki i ataki prasowe były wtedy bardzo ostre. Nowaczyńskiemu Słonimski napisał: „Rudy, do budy”, a o Boyu pisano „szabes-boy”. Publicyści radykalnie narodowego „Prosto z Mostu” wyciągali poetom pochodzenie (Iłłakowiczównie tatarskie, a Leśmianowi żydowskie), podczas gdy sam redaktor naczelny tygodnika, Stanisław Piasecki, był po matce w połowie Żydem.

Antoni Słonimski odebrał Kazimierzowi Wierzyńskiemu narzeczoną, z którą się potem ożenił. Leśmian jeździł do Warszawy z Zamościa do kochanki, tłumacząc żonie, że jedzie kupić masło warszawskie, bowiem zamojskie miało być gorsze. Po powrocie poety do domu okazywało się, że masło ma etykietę mleczarni z Zamościa.

Hemara we wrześniu 1939 roku zostawiła żona, Maria Modzelewska. W liście napisała mu: „Jasiu, nie gniewaj się, musiałam, zostawiam ci Józię”. Wspomniana Józia to była jej matka.

Myślę, że te przykłady wystarczą jako zachęta do lektury.

*

Lata 20. i 30. w Warszawie to okres niezwykłej erupcji talentów, barwnych historii i przemian samej stolicy, o czym warto było opowiedzieć, by przeszłość stała się bliska dzisiejszym czytelnikom.

Celowo nie obciążałem mojej książki przypisami. Podaję bibliografię, gdzie można znaleźć wykorzystane przeze mnie informacje. Czerpałem również z ówczesnej prasy codziennej i pism literackich. W archiwach zapoznałem się z nieznanymi wcześniej pismami Bolesława Leśmiana z 1920 roku i z nieopublikowanymi jeszcze listami Andrzeja Struga. Serdecznie dziękuję za udostępnienie tych materiałów pani Katarzynie Piktel z Muzeum Andrzeja Struga w Warszawie i panu dyrektorowi Radosławowi Płuciszowi z Ministerstwa Sprawiedliwości.

Piotr Łopuszański

Rozdział 1

Ojczyzna wolna

Po zakończeniu Wielkiej Wojny stolice europejskie – Paryż, Berlin, Warszawa – zamieniły się w miasta zabawy. Ludzie chcieli się bawić, szaleć i używać życia. Jak grzyby po deszczu powstawały kabarety, cieszące się ogromnym powodzeniem. Działały dansingi, kawiarnie. Lekkie komedie i farsy wystawiano w teatrzykach rewiowych. Ukazywały się pisma satyryczne, prezentowano szopki polityczne i dowcipne jednodniówki. Nagle świat odmłodniał. Poeci zaczęli wychwalać młodość, „wiosnę i wino”, kobiety zrzuciły gorsety i ciężkie fryzury sprzed wojny, mężczyźni zaczęli golić swoje obowiązkowe do niedawna brody.

Oczywiście zmiany nie następowały z dnia na dzień. Nowa moda przebijała się jeszcze kilka lat po zakończeniu działań wojennych. Na ulicach widziało się jednocześnie młodych ogolonych ludzi (jak Witkacy, Tuwim, Słonimski, Wierzyński) i brodatych (jak Sieroszewski, Miriam-Przesmycki, Staff, Lorentowicz, Irzykowski, Przybyszewski, Reymont). Niektórzy nosili wąsy, jak Leśmian, Strug, Boy, Berent, Nowaczyński. Makuszyński zgolił bródkę i pozostał przy wąsach.

Ku niechęci Witkacego zaczęła dominować kultura niedojrzałości, czego symptomem był pseudonim dobrego przecież tłumacza Tadeusza Żeleńskiego: Boy. Zamiast poważnych dyskusji filozoficznych, zajęcia stanowiska wobec kryzysu kultury, groźby bolszewizmu, literaci i publiczność chcieli się bawić. Występy w „Pikadorze”, szopki, numery primaaprilisowe Lechonia i Słonimskiego, wątpliwe dowcipy i szmoncesy w kabaretach, słabe komedie i melodramaty w „kinematografach” – to wszystko świadczyło o obniżeniu poziomu kulturalnego. Zżymał się na to Witkiewicz junior w Nowych formach w malarstwie, biadał Florian Znaniecki w Upadku cywilizacji Zachodu, a hiszpański filozof José Ortega y Gasset kilka lat później przeanalizował to zjawisko i nazwał „buntem mas”. Oto wraz z demokratyzacją życia i rozszerzeniem się dostępu do kultury poziom tejże znacznie się obniżył.

W Paryżu mieszkańcy chcieli zapomnieć o poległych na wojnie, w Berlinie – zagłuszyć poczucie klęski, która wraz z zawarciem traktatu wersalskiego, w zasadzie dyktatu mocarstw, pozbawiających Niemcy zdobytych wcześniej terytoriów, zmieniała się w poczucie końca świata. W Warszawie cieszono się z odzyskanej niepodległości, zrzucenia okowów.

Pierwsze lata po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, mimo wielu zmian w obyczajach i strojach, były pod wieloma względami kontynuacją okresu sprzed I wojny światowej. Działały te same pisma z najpopularniejszym wśród warszawiaków „Kurierem Warszawskim” i „Tygodnikiem Ilustrowanym” (do 1939 roku nazywającym się „Tygodnikiem Illustrowanym”). Funkcjonowały te same kawiarnie, nadal modne były „Lourse”, „Semadeni”, a także Dolina Szwajcarska i wyścigi na Polu Mokotowskim.

Mokotów dopiero zaczynał się zabudowywać kamienicami i pięknymi willami, Żoliborz i miasto ogród Sadyba (albo, jak kto woli, Czerniaków) jeszcze nie istniały. W 1916 roku obszar miasta zwiększył się niemal czterokrotnie, gdy przyłączono podmiejskie osiedla.

8 kwietnia 1916 roku władze okupacyjne podjęły decyzję o rozszerzeniu granic miasta, które w czasach zaboru rosyjskiego nie miało możliwości rozwoju terytorialnego, otoczone przez Cytadelę i łańcuch fortów. Teraz Warszawa rozrosła się o podmiejskie dzielnice, dzięki czemu władze okupacyjne miały otrzymywać większe podatki. Do miasta włączono np. Mokotów, Czerniaków, Siekierki, Rakowiec, Żoliborz, Młociny, Marymont, Powązki, Ochotę, Targówek, Grochów i Saską Kępę. Rozpoczęto parcelację gruntów. Kto miał gotówkę, mógł kupić place na dołączonych terenach i liczyć na wzrost ich cen.

Po przyłączeniu nowych terenów konieczna była zmiana dotychczasowych nazw ulic. I tak Szosa Książęca na Sielcach stała się ulicą Chełmską. Zmieniano (również po odzyskaniu niepodległości) nazwy ulic w centrum Warszawy. Ulica hrabiego Berga otrzymała imię Romualda Traugutta, hrabia Fredro zastąpił Kotzebuego. Zamiast Instytutowej przecznicę Alej Ujazdowskich nazwano imieniem Matejki, a Nowosienna zastąpiła Sienkiewicza. Dawna ulica Włodzimierska została ulicą Czackiego.

Najpopularniejsza cukiernia, a właściwie mleczarnia warszawskiej Młodej Polski, „Udziałowa”, została założona w 1884 roku i gromadziła w pierwszych latach XX wieku elitę artystyczną i literacką Warszawy. Wśród bywalców „Udziałowej” byli członkowie redakcji „Chimery”, plastycy, poeci. Jadwiga Waydel-Dmochowska wspominała Kazimierza Przerwę-Tetmajera (zanim popadł w chorobę psychiczną), Antoniego Langego, Władysława Reymonta, Kazimierza Wroczyńskiego, a także Włodzimierza Perzyńskiego. „Bywały także «nagie dusze», postacie z nieprawdziwego zdarzenia” – pisała po latach. Przychodził tu Xawery Dunikowski, który wkrótce zastrzelił w pojedynku malarza Wacława Pawliszaka. Monografię mleczarni, a faktycznie kawiarni, napisał dawny pikolak, Wacław Grzelak. To o nim Franciszek Fiszer powiedział, że mu go żal, bowiem będzie musiał młodo umrzeć. Dlaczego? Bo nikt nie widział starego pikolaka. Otóż Grzelak nie umarł, pracował potem w wydawnictwie Jakuba Mortkowicza i dożył późnego wieku. Po wojnie napisał wspomnienia z „Udziałowej” i pracy u Mortkowicza.

To w „Udziałowej” po raz pierwszy Stefan Żeromski spotkał swoją przyszłą towarzyszkę życia (nie żonę), Annę z Zawadzkich, która stała się prototypem postaci kobiecych w Wiernej rzece, Urodzie życia i innych powieściach pisarza.

W „Udziałowej” poeta Tadeusz Miciński, autor Nietoty, opowiadał, że bez względu na pogodę chodzi nago po górach i chwali sobie ten sposób, dzięki któremu zachowuje zdrowie i równowagę ducha. Wyznanie Micińskiego wywołało zrozumiałą konsternację.

Przy stoliku w „Udziałowej” Bolesław Leśmian wraz z Kazimierzem Wroczyńskim i Januszem Orlińskim omówili założenie własnego Teatru Artystycznego, który faktycznie powstał w 1911 roku i... upadł po kilku miesiącach.

W „Udziałowej” nie tylko raczono się kawą i dyskusją literacką. Można było grać w bilard albo w szachy. Chętni mieli do dyspozycji gazety i czasopisma, także zagraniczne. W okresie I wojny lokal podupadł. Zamiast artystów i pisarzy zaczęło tu przychodzić szemrane towarzystwo – jak by powiedzieli rdzenni warszawiacy.

W kwietniu 1918 roku powstała tzw. „Mała Ziemiańska”. Mieściła się przy Mazowieckiej 12, a więc obok wydawnictwa Mortkowicza. Założyli ją Karol Albrecht i Jan Skępski, którzy wcześniej prowadzili cukiernię przy Chmielnej, i zarówno jakością wyrobów, reklamą, jak i świetną lokalizacją przyciągnęli warszawiaków. Gdy przenieśli działalność na Mazowiecką (a potem też do kilku filii), nęcili gości bardzo smacznymi i większymi niż w innych lokalach ciastkami. Do smakoszy ich wyrobów należeli np. Bolesław Leśmian czy młody wówczas wydawca Jan Gebethner. W „Ziemiańskiej” kawa była „raczej mała niż czarna”, ale lokal szybko zyskał renomę w świecie literackim.

Początkowo była to niewielka, zadymiona salka z wyjściem do ogródka czynnego w sezonie letnim, przy którym siadywali młodzi pikadorczycy, późniejsi poeci „Skamandra”. Renomę zyskała znacznie później, po 1926 roku. Wtedy redaktor powstałych w 1924 roku „Wiadomości Literackich” redagował swoje pismo przy kawiarnianym stoliku, a gdy rok później powstało słynne półpięterko z kanapką zarezerwowaną dla skamandrytów oraz ich przyjaciół, rolę majordomusa zaczął pełnić Jan Lechoń. Wcześniej jednak bywali tu pisarze starszej daty, jak Żeromski, Leśmian – o ile bywał w stolicy, a przede wszystkim malarze: Tadeusz Borowski, Zofia Stryjeńska, Tadeusz Pruszkowski.

W 1918 roku działało twórczo kilka pokoleń pisarzy. Żył jeszcze Aleksander Świętochowski, nestor pozytywistów (urodzony w 1849 roku). Wacław Sieroszewski, w czasie Wielkiej Wojny ułan Beliny-Prażmowskiego, miał sześćdziesiąt lat, poeta i były redaktor „Chimery”, a wkrótce minister kultury i sztuki Zenon Przesmycki (Miriam) liczył pięćdziesiąt siedem lat, poeta Antoni Lange miał rok mniej. Maria Rodziewiczówna i Stefan Żeromski mieli wówczas po pięćdziesiąt cztery lata, Reymont i Or-Ot (czyli Artur Oppman) po pięćdziesiąt jeden lat. Równo po pięćdziesiąt lat mieli Jan Lorentowicz i Stanisław Przybyszewski, Andrzej Strug (czyli Tadeusz Gałecki) miał czterdzieści siedem lat. Młodszy od niego o dwa lata był Wacław Berent. Tadeusz Boy-Żeleński i Karol Irzykowski, którzy jeszcze nie zjawili się w stolicy, mieli mickiewiczowskie „czterdzieści i cztery” lata. Czterdzieści dwa lata miał Antoni Ferdynand Ossendowski. Bolesław Leśmian ledwo przekroczył czterdzieści jeden lat, równo czterdziestkę miał Leopold Staff. Obaj poeci przesiadywali w Dolinie Szwajcarskiej i dyskutowali o poezji, kulturze i nowych czasach. Czasem Leśmian odwiedzał autora Gałęzi kwitnącej w jego mieszkaniu przy ulicy Koszykowej 25. Dziś numeracja ulicy jest zmieniona, a kamienica, w której mieszkał poeta, nie istnieje. Znajdowała się naprzeciwko obecnej ambasady Czech.

Średnie pokolenie, czyli ówczesnych trzydziestoparolatków, tworzyli Zofia Nałkowska i Kornel Makuszyński (rocznik 1884), oraz urodzeni tego samego dnia, miesiąca i roku, 24 lutego 1885, Juliusz Kaden-Bandrowski i Stanisław Ignacy Witkiewicz (przedstawiający się w dokumentach dla Wojska Polskiego jako „filozof, literat, malarz”). Nieco młodsi byli Maria Dąbrowska (wówczas licząca dwadzieścia dziewięć lat), Ferdynand Goetel (rocznik 1890). Najmłodszym pokoleniem byli Wańkowicz i Bruno Schulz, którzy mieli po dwadzieścia sześć lat, i skamandryci: dwudziestoczteroletni Wierzyński, Tuwim i Iwaszkiewicz, młodszy o rok Słonimski i dziewiętnastolatek Leszek Serafinowicz (piszący pod pseudonimem Jan Lechoń), z których tylko ten ostatni wydał już zbiorki młodzieńczych wierszy.

Do listopada 1918 roku trwała okupacja niemiecka. W sierpniu 1915 roku, po stu latach zbrojnej obecności, Rosjanie zaczęli się ewakuować. Wojska niemieckie niebezpiecznie zbliżały się do Warszawy. Rosyjscy urzędnicy pakowali na wozy i do wagonów kolejowych co się dało. Opróżniono zbiory muzeów, splądrowano Łazienki Królewskie, skąd wywieziono 900 ogromnych pak. Rosjanie nie oszczędzili obrazów na plafonach i brązowych okuć z drzwi. Wielu Polakom nakazano wyjazd na wschód. 4 sierpnia wojska rosyjskie wysadziły warszawskie mosty. Ostrzelano wówczas Powiśle. Jan Lorentowicz, krytyk i redaktor działu literackiego poczytnej „Nowej Gazety”, który mieszkał przy Mariensztacie, pokazywał znajomym swoją bibliotekę i tom encyklopedii na literę „L” przestrzelony kulą z karabinu. Kazimierz Pollack zażartował wtedy, że Niemcy szukali Lorentowicza w... encyklopedii.

W „Tygodniku Ilustrowanym” od wybuchu wojny okazywano sympatię Rosji i krytykowano działania Niemiec. Redakcja opowiadała się za „orientacją prorosyjską”, co postawiło pismo w kłopotliwej sytuacji, gdy do Warszawy wkroczyli Niemcy. Wówczas redaktorzy z dnia na dzień zmienili poglądy i od tej pory krytykowali politykę carską, a popierali Niemców. Jeden z autorów pisma, Czesław Jankowski, dawny współpracownik wiernego carom pisma „Kraj”, teraz zaczął pisać do wydawanej przez Niemców „Godziny Polski”, nazywanej przez ludek Warszawy „Gadziną Polski”. To od tego pisma wzięła się nazwa „gadzinówki”.

W czasie I wojny światowej również Władysław Reymont opowiadał się za Rosją, tak jak Narodowa Demokracja, a przeciw poglądom wielu pisarzy i artystów tego czasu, zbliżonym do obozu Piłsudskiego. Reymont podpisał się pod listem dziękczynnym do wielkiego księcia Mikołaja za jego mglisty manifest do Polaków. Brał też udział jako korespondent wojenny w relacjonowaniu zbrodni niemieckich na ziemiach polskich i napisał cykl opowiadań Za frontem.

W tych latach istniało niepodległościowe czasopismo „Myśl Polska”, które mimo cenzury prezentowało ważne treści. Pisywali tu: Andrzej Strug, Władysław Tatarkiewicz, Zenon Miriam-Przesmycki, Juliusz Kaden-Bandrowski, Jan Lorentowicz, Karol Irzykowski, Juliusz Kleiner, Tadeusz Hołówko, Wincenty Rzymowski, Maria Dąbrowska. Żeromski drukował tutaj swoją Wisłę, a Bolesław Leśmian ogłosił wiersze, felietony oraz opowiadanie Legenda o Żołnierzu Polskim.

W okresie I wojny światowej wielu literatów wstąpiło do Legionów Piłsudskiego, m.in. Juliusz Kaden-Bandrowski, Wacław Sieroszewski, Gustaw Daniłowski – twórcy pierwszej odezwy, gdy żołnierze I Brygady wkraczali do Królestwa Polskiego – oraz Jerzy Żuławski, Andrzej Strug, Władysław Broniewski, Edward Słoński, autor wierszy z tomu Ta, co nie zginęła. W Legionach walczył także Stefan Wiechecki, późniejszy „Wiech”. Brygady legionowe były najbardziej wykształconym wojskiem w historii Polski.

3 maja 1916 roku odbyła się ogromna manifestacja patriotyczna z okazji rocznicy Konstytucji z 1791 roku. Tego roku przypadała 125 rocznica uchwalenia pierwszej w Europie ustawy zasadniczej. Studenci i członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej zebrali się przy pozostałościach niedokończonej Świątyni Opatrzności Bożej w Ogrodzie Botanicznym. Potem ruszył wielki pochód narodowy. Jak podawała „Myśl Polska” w zeszycie numer 5: „milionowe przeszło tłumy w sposób pełen godności, a jednocześnie z niesłychanym pietyzmem wykazały swą cześć dla Ustawy, co miała siłę państwa utworzyć...”.

Nowy okupant pozwolił na wystawianie zakazanych dotychczas sztuk teatralnych o wymowie antyrosyjskiej i na otworzenie uczelni wyższych. Do tej pory polscy uczeni zmuszeni byli do pracy na uniwersytetach zagranicznych. W 1915 roku powrócili na uniwersytet i politechnikę. Jednym z profesorów, którzy przyjechali do stolicy po reaktywacji Uniwersytetu Warszawskiego, był filozof Władysław Tatarkiewicz. Młody profesor mieszkał przy Wiejskiej 17.

Na uniwersytecie studiowali m.in. młodzi poeci Jan Lechoń i Julian Tuwim. Działała Szkoła Sztuk Pięknych, gdzie kształcił się Antoni Słonimski. Tuwim ze Słonimskim chodzili na rybę w galarecie do „Gastronomii” na Nowym Świecie, a potem w mieszkaniu Tuwima przy Foksal 17 czytali swoje wiersze.

Po śmierci ojca, lekarza Stanisława Słonimskiego, Antoni mieszkał przy Krakowskim Przedmieściu 6, niemal naprzeciwko kościoła Świętego Krzyża. Utrzymywał się z rysunków dla tygodnika satyrycznego „Sowizdrzał” Władysława Nawrockiego. Tam publikowali swoje satyry młodzi Julian Tuwim i Leszek Serafinowicz. Słonimski pisał też wiersze, zwłaszcza klasycyzujące sonety. Jego pierwszy wiersz ukazał się drukiem w 1913 roku w tygodniku „Złoty Róg”.

W 1911 roku za poradą malarza Stanisława Lentza, znajomego ojca, Antoni rozpoczął studia malarskie w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych, najpierw jako wolny słuchacz, potem jako zwykły student. Wybuch I wojny światowej zastał go w Bretanii, gdzie dawniej bywali malarze (Gauguin, Bernard, Ślewiński, Boznańska), a także literaci (Żeromski, Leśmian).

Chciał wstąpić do wojska i do kraju wracał okrężną drogą: przez Anglię, Norwegię, Szwecję, Finlandię i Rosję. W Petersburgu wygłodniały odnalazł stryja Ludwika. Janusz Stradecki pisał, że I wojnę Słonimski spędził w Rosji i do Warszawy przybył w 1916 roku, gdzie podjął studia i ponowił współpracę z „Sowizdrzałem”. Miał wystawy w Zachęcie. To on wkrótce będzie autorem okładek swoich Sonetów z 1918 roku i wydanych rok później nakładem pisma „Pro Arte” Oktostychów Iwaszkiewicza. Rozpoczął współpracę z pismem studenckim „Pro Arte et Studio”.

Po uchwaleniu Aktu 5 listopada 1916 roku, zwanego aktem dwóch cesarzy, Polacy, korzystając z formalnego uchwalenia niepodległego Królestwa Polskiego (de facto bez króla, bez granic i samodzielności rządów), rozpoczęli tworzenie instytucji przyszłego państwa.

„Myśl Polska” (zeszyt 8) w artykule redakcyjnym komentowała znaczenie manifestu: „I im prędzej powstawać zaczną polskie instytucje państwowe, im szersze kręgi zataczać będzie władza rządu polskiego, tem mocniej utrwali się nasz związek z państwami centralnemi – jako wolnych z wolnymi, równych z równymi (...)”. Dalszy ciąg skreśliła niemiecka cenzura.

Chcąc pozyskać przychylność Polaków, Niemcy utworzyli w styczniu 1917 roku Tymczasową Radę Stanu Królestwa Polskiego, organ doradczy, z którego porad jednak nie korzystali. W związku z tym Adolf Nowaczyński ogłaszał pamflety antyniemieckie, m.in. na ogłoszoną „niepodległość” Królestwa Polskiego.

Polscy politycy wykorzystali jednak tę instytucję jako miejsce tworzenia projektów ustaw i rozwiązań ustrojowych dla przyszłego państwa. W jej skład weszli m.in. Wacław Niemojowski, Józef Piłsudski, Stanisław Bukowiecki, Ludomir Grendyszyński, Kazimierz Natanson, Władysław Studnicki.

Ostatecznie kompetencje Rady były bardzo okrojone, a wojsko miał organizować generał von Beseler. W związku z tym Józef Piłsudski 2 lipca ustąpił z funkcji w Radzie Stanu. Organizowaniem zalążków wojska polskiego niezależnego od okupantów miał się zająć Konwent A, tajny organ Polskiej Organizacji Wojskowej, która przez pewien czas działała legalnie. Konwentem kierowali przyszły premier RP Jędrzej Moraczewski i pułkownik Edward Rydz-Śmigły.

Niemcy prowadzili w Warszawie rabunkową gospodarkę. Wywozili najcenniejsze maszyny fabryczne, których w 1915 roku nie wywieźli Rosjanie. Do listopada 1918 roku nie działały telefony cywilne, a sieć telefoniczna została zdemontowana. Okupant rekwirował przewody, urządzenia fabryczne, dzwony kościelne, a także mosiężne klamki.

Handel był sparaliżowany brakiem towarów i systemem kartkowym. W lutym 1918 roku zmniejszono kartkowe racje chleba na cztery i pół funta na okres dwóch tygodni. Stałym widokiem w Warszawie były kolejki przed sklepami. Mięso można było kupić na kartki tylko dwa razy w tygodniu. Pojawili się spekulanci, którzy po paskarskich cenach sprzedawali deficytowe towary. W sklepach nie można było kupić herbaty, a kartkowy chleb był niesmaczny. Jadwiga Waydel-Dmochowska wspominała, że w okresie I wojny starano się zastępować niedostępne produkty zamiennikami, tak więc robiono pierniki z marchwi czy napary z obierek od jabłek zamiast herbaty.

Władze wprowadziły tzw. urzędowe obiady, z których korzystała uboga ludność, w tym literaci. Korzystali z nich m.in. Leszek Serafinowicz, czyli Jan Lechoń, i Antoni Słonimski. Jak podają Maja i Jan Łozińscy w książce Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski, warszawski ludek szybko ułożył fraszkę o tych obiadach:

Dlaczego pan jest taki blady?

Czy urzędowe jesz obiady?

Stanisław Miłaszewski, poeta i powieściopisarz, w książce Wspominamy opisał Warszawę z lat I wojny światowej, pełną „stukotu drewnianych podeszew i elegantów w «nicejskich», jak wówczas nazywano, garniturach”. W stolicy panował głód. Odżywiano się „chlebem z dzikimi kasztanami”. Warszawa była „wydana na żer paskarstwu, nękana daninami, pomimo zaś odcięcia od świata – szpiegowana co krok”. Żona poety, Wanda, zapamiętała z okupacji niemieckiej kawę zbożową z sacharyną, „odśrubowane klamki, drewniane chodaki, ubrania nicowane tam i z powrotem”.

Pod okupacją niemiecką warszawiacy cierpieli dotkliwy głód. Brakowało podstawowych produktów. Chleb był wypiekany z dodatkiem bezwartościowych zamienników. W prasie ogłaszano przepisy na ciasta z marchwi i buraków. Panowała spekulacja pożądanymi towarami. Wprowadzono kartki na żywność, ale na bazarze można było ją kupić, oczywiście mocno przepłacając.

Aleksander Kraushar, prawnik, historyk i varsavianista, w pracy Warszawa podczas okupacji niemieckiej pisał: „Nawet w najsroższych czasach rusyfikacyjnych zachowała stolica kraju wygląd miasta możnego, obficie we wszelkie artykuły pierwszej potrzeby zaopatrzonego. (...) Okupacja niemiecka wywołała dopiero zjawisko przedtem tu nieznane. Zaczęły się tworzyć przed sklepami żywnościowemi tak zwane «ogonki», które z biegiem czasu przybrały znamię swoistej i nieodłącznej od życia potocznego dekoracji”.

W maju 1917 roku Maria Dąbrowska zapisała w dzienniku, że wybuchły „rozruchy żywnościowe, demolowanie niektórych sklepów”. W lipcu miasto zostało „otoczone kordonem wojskowym, nikogo nie wpuszczają i nie wypuszczają, tramwaje Niemcy wywieźli do Niemiec, na ulicach leje się krew” (zapis z 23 lipca 1917 r.).

15 września 1917 roku utworzono w Warszawie Radę Regencyjną (arcybiskup Aleksander Kakowski, książę Zdzisław Lubomirski i Józef Ostrowski). Rada miała tymczasowo rządzić Królestwem Polskim.

Maria Dąbrowska poszła na oficjalne uroczystości zaprzysiężenia regentów. Powstał rząd Jana Kucharzewskiego. Od 3 stycznia 1918 roku zaczęło działać Ministerstwo Sprawiedliwości. Wkrótce zaczęto organizować polskie urzędy, sądownictwo. Organizatorem polskiego sądownictwa i wymiaru sprawiedliwości był Eugeniusz Śmiarowski, który w 1918 roku załatwił Bolesławowi Leśmianowi posadę notariusza w Hrubieszowie. Poeta odwdzięczył się zadedykowaniem mu swojego tomu Łąka.

W grudniu 1917 roku Zenon Przesmycki, dawny redaktor „Chimery”, znalazł się w Komisji Sztuk Pięknych w resorcie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego rządu powołanego przez Radę Regencyjną. W Polsce Odrodzonej mianowano go podsekretarzem stanu w Ministerstwie Ochrony Kultury i Sztuk Pięknych, a potem ministrem kultury i sztuki.

W dziennikach Maria Dąbrowska na bieżąco zapisywała wrażenia z czasu powstawania Polski odrodzonej po wieku zaborów. Pisarka w roku 1916 przebywała w Lublinie, gdzie przeżyła romans z malarzem Henrykiem Szczyglińskim (co zostało pominięte w kalendarium jej życia i twórczości). W wydaniu Dzienników z 1988 roku kochanek został określony kryptonimem X.

W grudniu 1916 roku wraz z mężem Marianem Dąbrowska przybyła do Warszawy. Zamieszkała początkowo w mieszkaniu swej matki przy ulicy Polnej 72. W sierpniu Marian Dąbrowski wynajął lokal w domu przy Polnej 40, w nowo zbudowanej oficynie – dziś znajdującej się w stanie ruiny. Część oficyny od strony ulicy Waryńskiego deweloper wyburzył, chcąc zbudować w jej miejscu biurowiec. Pisarka spędziła w mieszkaniu nr 31 na drugim piętrze przy Polnej 40 znaczną część życia, aż trzydzieści siedem lat.

3 maja 1917 roku miasto było udekorowane flagami biało-czerwonymi. Dąbrowska zanotowała: „Trzeci Maj. Flagi na domach. Dzień wiosenny. (...) Wieczorem Kordian w Teatrze Polskim”.

W maju zaproponowano Dąbrowskiej pracę w powołanym w styczniu 1918 roku Ministerstwie Rolnictwa i Dóbr Państwowych. „Pracę w ministerstwie przyjmuję. (...) Czuję ogromną potrzebę tęgich wysiłków umysłowych, aby ten zleniwiony mój mózg popędzić”.

Jan Kucharzewski złożył dymisję w proteście przeciwko ustaleniom pokoju w Brześciu, gdzie dzielono polskie ziemie, a rządu nie dopuszczono do rokowań. Austriacy oddali Ukraińcom Małopolskę Wschodnią ze Lwowem. Wywołało to ogromne wzburzenie w społeczeństwie polskim. W Warszawie odbyło się wiele demonstracji przeciwko traktatowi brzeskiemu.

Władysław Reymont w latach 1916‒1918 przyjmował w swoim mieszkaniu wielu gości związanych z narodową demokracją. Bywali u niego: Roman Dmowski, Władysław Studnicki, Stanisław Grabski, Adam Grzymała-Siedlecki, Wojciech Korfanty, Karol Frycz, Wojciech Kossak.

Warszawa w 1918 roku, po czterech latach wojny, w tym ponad trzech okupacji niemieckiej, była miastem ogołoconym z przedmiotów żelaznych i mosiężnych, głodnym i zagrożonym epidemiami. Grypa hiszpanka i tyfus zabiły więcej mieszkańców Europy, niż pochłonęły działania wojenne. Głód i brak opału nękały warszawiaków, przyczyniając się do chorób i zgonów. Miasto pod koniec 1918 roku liczyło ponad 723 tysiące osób, o 160 tysięcy mieszkańców mniej niż w styczniu 1914 roku. Podział ludności według religii był w 1917 roku następujący: 53% stanowili katolicy, 45% starozakonni. Ewangelików było 1,7%, a prawosławnych jedynie 0,5%, podczas gdy przed wybuchem wojny było ich ponad 4%.

Mosty na Wiśle zostały z czasem odbudowane, tak zwany Trzeci Most, czyli most Poniatowskiego, dopiero w 1925 roku. Mimo trudności miasto się modernizowało, np. w Śródmieściu zamieniono kostkę drewnianą na granitową.

W mieście, tak jak na terenach okupacji, w obiegu były marki – początkowo niemieckie, później marki polskie. Bankiem emisyjnym była utworzona przez zaborcę Polska Krajowa Kasa Pożyczkowa. Niemcy już w czasie I wojny wysyłali ludność cywilną na przymusowe roboty. W lutym 1918 roku nałożyli na miasto kontrybucję w wysokości 250 tysięcy marek.

Jak gdyby nie było wojny i okupacji, w Warszawie działały kabarety: „Miraż”, pod kierownictwem Jerzego Marra, a potem Kazimierza Wroczyńskiego, „Sfinks”, gdzie występował młody Ludwik Sempoliński, a swoje pierwsze kroki stawiała Hanka Ordonówna, i powstały w 1917 roku „Czarny Kot”. To w „Czarnym Kocie” w 1920 roku pojawili się nowi właściciele, Stanisław Cichocki i Adam Stempel. Kilka lat później okazało się, że Cichocki to kasiarz „Szpicbródka”, a Stempel to jego kumpel od włamań. Wspólnikiem był były właściciel „Oazy” Janusz Rawicz-Weiss.

W 1918 roku powstało także Polskie Towarzystwo Księgarni Kolejowych „Ruch”, które w dwudziestoleciu międzywojennym zmonopolizowało rynek prasy. Jednym z pomysłodawców „Ruchu” był wydawca Jakub Mortkowicz, który redagował w latach wojny niepodległościowe pismo „Myśl Polska”. Publikowali tu m.in. Stanisław Thugutt, Władysław Tatarkiewicz, Jan Lorentowicz. W 1918 roku w „Myśli Polskiej” ukazały się wiersze Leśmiana, które dwa lata później weszły do tomu Łąka, najlepszego w dorobku poety. Pismo z każdym kolejnym numerem wychodziło na coraz gorszym papierze, w zmniejszonej objętości. Często też w treść artykułów ingerowała cenzura. W styczniu 1918 roku cenzorzy skonfiskowali wznowienie Placówki Bolesława Prusa (z uwagi na antypruską wymowę utworu) i Dwóch stuleci Szymona Askenazego.

W okresie Wielkiej Wojny nie próżnowali literaci starszego pokolenia. Już w 1915 roku Stefan Żeromski wygłosił odczyt Literatura a życie polskie. Twierdził, że w wolnej Polsce literatura będzie zupełnie wolna, nie będzie musiała zastępować nieistniejących podczas zaborów instytucji. Wezwał, aby politycy zajęli się tworzeniem państwa, artyści zaś tworzeniem piękna.

Po śmierci Henryka Sienkiewicza rolę głosu narodu przejął Stefan Żeromski. W latach 1916‒1919 wydał trylogię Walka z szatanem, choć nie miała ona takiego powodzenia jak wcześniejsze utwory.

W lutym 1918 roku Żeromski ogłosił projekt Akademii Literatury Polskiej, która miałaby dbać o czystość języka polskiego, promowanie literatury i bronić wolności twórczej. Żeromski mieszkał wtedy w Zakopanem. Do Warszawy zjechał jesienią 1919 roku. Zamieszkał z Anną z Zawadzkich i córką Moniką przy Żurawiej 17.

Dla Żeromskiego ważne także było wyemancypowanie się literatów „spod władzy i dyktatury księgarzy, nakładców, spółek wydawniczych i przygodnych mecenasów”. Uwagi zgłosili Karol Irzykowski oraz Bolesław Leśmian. Irzykowski uważał, że taka instytucja, np. Centrala Literacka (nawiązał do określenia Stanisława Lama), będzie pośredniczyć między pisarzami, księgarzami, redakcjami i teatrami. Sądził też, że honoraria dla autora powinny wynieść jedną czwartą lub jedną trzecią ceny książki.

Bolesław Leśmian w prywatnym liście do Żeromskiego z 28 kwietnia 1918 roku napisał, że koniecznie trzeba akademię wyposażyć w kapitały. Proponował opodatkować na jej rzecz każdą książkę, przedstawienia kabaretowe, seanse kinowe (ale już nie teatry) oraz umowy wydawnicze. Akademia mogłaby mieć też prawo do organizowania loterii. Leśmian wzywał Żeromskiego do przyjazdu do Warszawy. O sprawie rozmawiał z Arturem Górskim i Wacławem Berentem. Panowie ci bali się, że do zarządu akademii wejdą ludzie obcy sztuce, „gdyż ponęta pieniężna z pewnością zwabi intruzów, czyhających na «stanowisko» – i to na domiar płatne!”. Pomysł długo czekał na realizację: Akademia powstała dopiero w 1933 roku. Weszli do niej m.in. Leśmian i wspomniany Berent. Żeromski nie dożył jej powołania.

Władysław Reymont kontynuował rozpoczętą przed wybuchem wojny trylogię o insurekcji kościuszkowskiej Rok 1794. Edward Słoński i Zdzisław Dębicki pisali wiersze patriotyczno-wojenne, Juliusz Kaden-Bandrowski ogłaszał nowele i relacje z frontu I wojny. Najbardziej popularny był tom Piłsudczycy, który dał nazwę całej formacji politycznej związanej z Komendantem Legionów.

Od stycznia 1918 roku w dodatku „Romans i Powieść” tygodnika „Świat” ukazywała się w odcinkach najnowsza powieść Zofii Nałkowskiej Hrabia Emil. Romans nowoczesny. Pisarka zapisała w dzienniku: „Za honorarium kupiłam sobie stół zrobiony z mahoniowej konsoli, mahoniowy fotel i krzesła, małą komodę i sekreterę, wszystko stare, odrestaurowane pięknie; mam też półkę na wszystkie książki, ściśle odpowiadającą owym meblom. Naprzeciw mnie okrywa ścianę stary, złotawy szal turecki. (...) Jest ładnie, tak, jak kiedyś marzyłam. Więc mogę już być stara i trochę z tego korzystam”. Autorka miała wtedy trzydzieści cztery lata.

W lutym 1918 roku w kawiarni „Szwajcarskiej” spotkali się Bolesław Leśmian i Julian Tuwim, który robił korektę swojego debiutanckiego tomu Czyhanie na Boga. Leśmian pochwalił wiersze młodszego poety, co uskrzydliło Tuwima. Jego tom wyszedł wkrótce w wydawnictwie „Gebethner i Wolff”. Zanim się ukazał, w marcu, w dziesiątym numerze z 1918 roku studenckiego pisma „Pro Arte et Studio”, opublikowany został wiersz Tuwima, Wiosna. Poeta pisał w wierszu:

Na ławce, psiekrwie, na trawce,

Naróbcie Polsce bachorów,

Wijcie się, psiekrwie, wijcie,

W szynkach narożnych pijcie,

Rozrzućcie więcej „kawalerskich chorób”!

Wiersz wywołał skandal. Zaprotestowali studenci, grzmiała prasa. O młodym poecie zaczęło się mówić w środowisku literackim. I o to chodziło. Dziś tylko feministki by się obraziły na Tuwima za nazwanie kobiety „samicą nabrzękłą” czy „brzuchatą kobyłą”. Wtedy, wiosną 1918 roku, dytyramb budził zgorszenie powszechne. Cała warszawska prasa komentowała wybryk poety. Redaktor odpowiedzialny pisma, Edward Boyé, ustąpił ze stanowiska. Odszedł również opiekun pisma, profesor Juliusz Kleiner. W kolejnym numerze ukazał się list otwarty byłych współpracowników pisma, którzy napisali: „Nie znamy w poezji utworu bardziej obrażającego estetyczne uczucia czytelnika”. Koledzy studenci pisali, że Wiosna to „Dzieje grzechu w miniaturze”. Za Tuwimem ujął się jedynie Jan Lechoń, który zaprotestował przeciw usiłowaniu narzucania poetom cenzury.

Tuwim nie przejął się tą opinią i skandalem. Postanowił dalej „epatować filistra”. Na wykładzie profesora Józefa Kallenbacha oświadczył głośno, że „takie wykłady są zniewagą dla literatury polskiej”. Nie wyjaśnił, co mu się nie podobało. Poza tym sam żadnych studiów nie ukończył.

Jego ówczesna narzeczona, Stefania Marchew, czy – jak się wówczas mówiło – Marchwiówna (lepiej by brzmiało Marchwianka), a późniejsza żona, powiedziała młodemu poecie: „Pan jest wyrafinowanie nieprzyzwoity”, co Tuwim czym prędzej wykorzystał w jednym z utworów. Był w Stefanii zakochany od kilku lat. Pisał o tej miłości wiersze przez okres I wojny i wydał je w kilku tomikach z lat 20. Stefania dawała się adorować, a w 1919 roku wyszła za zdolnego poetę.

Debiutancki tomik Tuwima ukazał się nakładem firmy „Gebethner i Wolff”, tej samej, w której wydawali Sienkiewicz, Nałkowska, Makuszyński i wielu innych znanych pisarzy.

Jan Lesman znany potem jako Brzechwa wspominał: „Pewnego dnia, w roku 1918, w domu, w którym podówczas mieszkałem razem z Leśmianem, zjawił się młody człowiek w studenckiej czapce (...) – aby ofiarować starszemu poecie pierwszy zbiorek swych wierszy Czyhanie na Boga. Otworzyłem mu drzwi – wtedy poznałem Tuwima”. Jan Lesman, kuzyn Leśmiana (to dzięki autorowi Łąki przybrał swój pseudonim), wiosną 1918 roku przybył do Warszawy z Rosji. Prędko trafił do wojska i walczył na froncie wojny polsko-radzieckiej.

W 1918 roku wyszła powieść Wacława Berenta Żywe kamienie. Po jej ukazaniu się pisarz na długo zamilkł. Zofia Nałkowska tak oceniła tę powieść człowieka, w którym jakiś czas wcześniej się kochała: „Talent, w którym tkwi dziwna siła zmagania się ze sobą czy samozniszczenia. Imponujący mozół, twarde i uporczywe piękno, któremu pragnę zaufać” (zapis z 24 czerwca 1920 roku).

Rodzina Berenta miała kamienicę przy Mazowieckiej 8, tam gdzie mieściła się Drukarnia Naukowa, w której Jakub Mortkowicz wydawał książki i czasopisma.

U Mortkowicza Maria Dąbrowska opublikowała Dzieci ojczyzny. W styczniu 1918 roku zanotowała: „Mam już pierwszy egzemplarz mojej «Historii Polski». Ale jakże mi się ta książka nie podoba. Nie mogę jej czytać (...). Przy tym korekta fatalna, cenzura podła”.

W kwietniu czytała Zamieć Żeromskiego, a w maju wiersze Tuwima z debiutanckiego tomu Czyhanie na Boga oraz Trzy struny Iłłakowiczówny, wydane w Piotrogrodzie. Poetka przebywała wtedy jeszcze w Rosji. W okresie I wojny światowej pełniła w Rosji funkcję siostry miłosierdzia. Po chorobie „Iłła” pracowała jako korektorka. W 1917 roku wydała zbiór Kolędy polskiej biedy. W wigilię powrotu. Wróciła do kraju w sierpniu 1918 roku i zamieszkała u hrabiny Marii Sobańskiej przy Kredytowej 3, gdzie bywała Dąbrowska. Sobańska była ciotką Antoniego Sobańskiego, późniejszego przyjaciela skamandrytów, który nazywał ją „ciocią Zeppelin”.

Zofia Nałkowska notowała wrażenia z lektur, m.in. tomiku Iłłakowiczówny: „Wielki talent, dający wyraźne na przyszłość gwarancje, wyrażający się w melodii, uczuciu, zapale, rzadziej i słabiej w myśli”. Zaś na temat Chimery Struga napisała: „Dobry gatunek pisania, ale powieść mdła i rozwlekła, poza paru ciekawszymi kartami życia partyjnego i strzeleckiego. (...) Podejrzewam, że autor o ładniutkiej siwowłosej głowie na cienkiej szyi, jest równie nieznośny i nudny, jak jego bohater”. Mimo wspólnoty przekonań politycznych pisarka nie miała ochoty poznać Tadeusza Gałeckiego osobiście. Z kolei o zbiorze nowel Przysięga prawicowo nastawionego Reymonta napisała lapidarnie: „Tęgie, patriotyczne, głupie”.

O wydanych w 1918 roku wierszach Zuzanny z Krausharów Rabskiej Nałkowska wypowiadała się pochlebnie. Podkreśliła, że poetka jest niesłusznie ośmieszana i że jej „wadą największą jest właśnie mąż”, czyli Stanisław Rabski, krytyk i recenzent poczytnego „Kuriera Warszawskiego”.

W 1918 roku ukazał się tom wierszy Staffa Tęcza łez i krwi. Poeta oddawał w wierszach patos wojny i witał odradzającą się Polskę. W czasie wojny przebywał w Charkowie, podobnie jak poetka Bronisława Ostrowska, Jan Parandowski, Melchior Wańkowicz, Tadeusz Miciński, Stanisława Wysocka, Kornel Makuszyński. Po wybuchu rewolucji wracali do Polski. Tadeusz Dołęga-Mostowicz z Kijowa podróżował przez Finlandię i Szwecję, aż dotarł do Warszawy.

Wacław Sieroszewski wydał powieść o Beniowskim, rozpoczętą przed wybuchem wojny, a profesor Askenazy pracę historyczną Napoleon a Polska. Studentem Askenazego był Leszek Serafinowicz. Poeta wspominał, że profesor Askenazy marzył o Polsce wielkiej duchem, pragnął powrotu do idei mocarstwowej, jagiellońskiej. Młodemu Lechoniowi powiedział raz: „A ja panu mówię, że prawdziwa niepodległość Polski zaczęła się od zajęcia Wilna” (w 1919 roku).

Kilka lat później w mieszkaniu Lechonia na jego imieninach Askenazy poznał osobiście Stefana Żeromskiego. W 1917 roku dziewiętnastoletni Lechoń opublikował wiersz Herostrates. Miał już w dorobku dwa tomiki wydane nakładem własnym. 27 maja 1916 roku w teatrze w Starej Pomarańczarni wystawiono „nokturn dramatyczny” młodego autora W pałacu królewskim. W sztuce wystąpili Jerzy Leszczyński, Janina Szylling i Witold Kuncewicz. Tekst utworu ukazał się drukiem dopiero w 1984 roku.

Młody Serafinowicz w szkole kolegował się z Aleksandrem Olchowiczem, synem redaktora „Kuriera Warszawskiego”. Dzięki Konradowi Olchowiczowi poznał Or-Ota, który wprowadził go w świat literacki. Prędko niemal ze wszystkimi znaczącymi ludźmi świata kultury młody poeta był na ty. Bywanie na rautach i przyjęciach, imprezach, które urządzał w mieszkaniu rodziców (czasem za pieniądze Iwaszkiewicza, którego... nie zapraszał), sprawiało, że mało czasu miał na pisanie.

Jak wspominał Zdzisław Czermański: „Lechoń był ciężkim neurotykiem. (...) Psychicznie niewytrzymały, już we wczesnej młodości usiłował popełnić samobójstwo (w 1921 r. próbował się otruć i z trudem został uratowany). Ale to nie znaczy, że życia nie lubił. Przeciwnie”. I dalej: „Świetny towarzysz w każdej kompanii, mógł prócz tańców i kuligów każdej zabawie przewodzić. Rozbawiony wypijał wszystko, co było do wypicia. Wypił jednego wieczoru szesnaście martini”.

W lipcu 1918 roku przyjechał do Warszawy Leopold Staff. Wbrew temu, co pisała Monika Warneńska, poeta nie zamieszkał od razu przy ulicy Koszykowej. Początkowo mieszkał u brata na Nowowiejskiej, następnie w pensjonacie mieszczącym się przy ulicy Brackiej, niedaleko placu Trzech Krzyży. Tam odwiedzał go młody Kazimierz Wierzyński, który z walizką rękopisów wierszy ośmielił się spytać poetę o ocenę.

Nieznany jeszcze, a wkrótce bożyszcze czytelników, Kazimierz Wierzyński po chlubnym szlaku legionowym siedział w oflagu w Riazaniu, skąd uciekł do Kijowa, gdzie ogłaszał swoje wiersze jako Kazimierz Wąsowicz. Przyjechał do Warszawy w sierpniu 1918 roku. Zamieszkał przy ulicy Sadowej.

Miał ze sobą wiersze, które pisał w okresie I wojny światowej. Nie był pewien, czy są coś warte i czy powinien pisać dalej. Gdy po raz pierwszy udał się do Staffa, aby dać mu do oceny „kilka kilogramów” swoich wierszy, onieśmielony, nie zaszedł do mieszkania mistrza. Dopiero parę dni później odważył się i zostawił autorowi Snów o potędze swoje pierwociny literackie. Staff nie miał czasu i długo nie odpowiadał. Wreszcie przypadkowo obaj poeci spotkali się na skwerze między Bracką a ulicą Widok. Leopold Staff oznajmił Wierzyńskiemu, że wiersze są dobre, i poradził „złożyć je w tomik”, i jak najszybciej pójść do Mortkowicza, żeby je wydał. Dalszą rozmowę Staff i uradowany Wierzyński prowadzili już przy alkoholu w barze „Express” przy Alejach Jerozolimskich. To właśnie Leopold Staff pomógł Wierzyńskiemu w układzie tomu Wiosna i wino. Polecił też młodego poetę wydawcy, a następnie zaprezentował Tuwimowi i Lechoniowi jako ich przyszłego kolegę. Tak więc „Poldzio” miał wpływ na ukonstytuowanie się grupy znanej później jako Skamander. Wkrótce Wierzyński będzie stałym gościem Staffa w pokoiku przy Brackiej, a potem, razem z przyjaciółmi „mistrza”, przy Koszykowej.

Latem 1919 roku Staff przeniósł się do mieszkania przyszłej żony, Heleny van der Lindenbaum, przy Koszykowej 5, a rok później na Koszykową również, tyle że pod numer 25. Tam w mieszkaniu numer 7 spędził całe dwudziestolecie.

Gdy poeta pojawił się w Warszawie, jeszcze za okupacji niemieckiej, problemem okazał się meldunek. Niemcy pozwalali przebywać zamiejscowym w Warszawie tylko trzy dni. Przybysze z Rosji nie mogli osiedlać się w mieście. Poeta dowiedział się (podobno od Kadena-Bandrowskiego), że w biurze należy podać jako miejsce swego urodzenia jakieś bardzo zniszczone miasto, np. Sochaczew.

Poeta poszedł zalegalizować swój pobyt w Warszawie. Jak pisała Jadwiga Bandrowska, urzędnik spytał Staffa: „Wo sind Sie geboren?”. „In Sochaczew” – dobitnie mówi Staff.

Niemiec dziwił się, że co drugi osiadły w Warszawie pochodzi z Sochaczewa, ale niewinny wzrok poety nie dawał powodu do dalszych indagacji. Tak oto w lipcu 1918 roku Leopold Staff został mieszkańcem Warszawy. Wkrótce w księgarniach pojawią się jego tomiki wierszy: Tęcza łez i krwi (1918), odnoszący się do wydarzeń Wielkiej Wojny i odzyskania przez Polskę niepodległości, a dwa lata później, choć z datą 1919, Ścieżki polne, apoteozujące pracę na roli, oraz Szumiąca muszla (1921), bardzo dobry tom wierszy, przez krytyków niedoceniony. We wznowieniu nosił tytuł Sowiem piórem.

Staff z Leśmianem spotykali się w Dolinie Szwajcarskiej. Poeci dyskutowali o literaturze i o przyszłości kultury w odrodzonej Polsce. Leśmian nie spodziewał się, że od września opuści rodzinne miasto i obejmie na prowincji obowiązki notariusza.

Latem dotarła do Warszawy epidemia grypy hiszpanki, która dziesiątkowała zachodnią Europę, wynędzniałą po czterech latach wojny (na hiszpankę zmarł m.in. Apollinaire). Zachorował na nią Wierzyński, osłabiony przeżyciami wojennymi.

Bronisława Ostrowska w Charkowie wydała w 1916 roku A.B.C. Polaka Pielgrzyma, a rok później zbiór wierszy Z raptularza 1910‒1917. W lipcu 1918 roku napisała wiersze, które rok później ukazały się w tomie Pierścień życia. „Z Charkowa via Lwów dojechaliśmy do Krakowa” – wspominała córka poetki, Halina Ostrowska-Grabska. Wreszcie na początku grudnia 1918 roku Bronisława z mężem Stanisławem Ostrowskim i córką Haliną dotarła do Warszawy. Rodzina poetki wynajęła lokum w pensjonacie przy ulicy Chmielnej koło ulicy Brackiej. Od razu nawiązała przerwane wojną kontakty, zwłaszcza z Edwardem Słońskim i Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim, przyjacielem z czasów paryskich, Bolesławem Leśmianem i Wacławem Berentem, z którym łączyła ją wzajemna, choć niespełniona miłość.

Urodzony w Warszawie Stanisław Ignacy Witkiewicz okres wojny spędził w carskim wojsku, a następnie został wybrany komisarzem ludowym. 1 lipca 1918 roku przyjechał do Warszawy. Był chory wenerycznie i miał hemoroidy, o czym zaświadczają jego świadectwa lekarskie oraz wzmianki w listach. Zatrzymał się w Hotelu Narodowym przy Alejach Jerozolimskich 61. Z Rosji przywiózł traktat o nowych formach w malarstwie i wiele awangardowych dramatów. Niebawem Witkacy pojechał do Krakowa na wystawę formistów, ale w sierpniu ponownie był w Warszawie. W Krakowie mieszkał u Tadeusza i Zofii Żeleńskich. Z Zofią będzie miał romans, który skończy się po małżeństwie filozofa, dramaturga i malarza z Jadwigą Unrug (krewną Kossaków, a więc np. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, a z drugiej strony Teresy Tatarkiewicz, żony profesora Władysława Tatarkiewicza).

Tymczasem na Ukrainie dwory polskiego ziemiaństwa były plądrowane przez bolszewików i miejscowe chłopstwo. Zniszczony został dorobek wielu pokoleń polskich na Wschodzie. Kresowiacy uciekali z objętej pożogą Ukrainy, osiedlając się w Warszawie. Na zawsze opuścili swoje ukraińskie siedziby Zofia Kossak-Szczucka i Jarosław Iwaszkiewicz. Kossak-Szczucka swoje doświadczenie z pogromów i zagłady polskich dworów na Kresach opisze w wydanej kilka lat później Pożodze.

Jan Parandowski, który spędził wojnę na Wschodzie, w 1919 roku wydał książkę Bolszewizm i bolszewicy w Rosji, i na bieżąco opisał w niej rządy bolszewików. Nie wszystkim udało się wrócić z Rosji. W drodze do Polski został zamordowany poeta i dramaturg Tadeusz Miciński.

Dwudziestopięioletni Melchior Wańkowicz wstąpił do I Korpusu Wschodniego generała Józefa Dowbora-Muśnickiego i przyczynił się do opanowania arsenału w Mińsku. Został odznaczony Krzyżem Walecznych. W wolnej Polsce zamieszkał początkowo w Warszawie i został korespondentem wojennym antysemickiej „Gazety Warszawskiej”. Potem objął dział prasy i propagandy w Towarzystwie Straży Kresowej.

We wrześniu 1918 roku rozpoczęło działalność elitarne gimnazjum im. Stefana Batorego. Na razie mieściło się w dawnej rosyjskiej szkole żeńskiej, ale wkrótce otrzyma piękny gmach projektu Tadeusza Tołwińskiego u zbiegu Myśliwieckiej i Rozbrat. Gimnazjum miało bardzo wysoki poziom, a do jego absolwentów należeć będzie elita intelektualna i artystyczna Polski. W tym samym miesiącu powstał Związek Autorów Dramatycznych ze Stefanem Krzywoszewskim i Włodzimierzem Perzyńskim. Krzywoszewski był do 1933 roku redaktorem tygodnika „Świat” oraz do 1920 roku „Kuriera Polskiego”. Perzyński to autor dramatów.

Jesienią 1918 roku wydarzenia nabrały tempa. 5 października Niemcy poprosiły o zawarcie pokoju, zgadzając się na plan Wilsona, a więc na niepodległą Polskę. Dwa dni później Rada Regencyjna ogłosiła utworzenie niepodległego państwa. Na ulicach miasta pojawiły się polskie flagi. W związku z tym Maria Dąbrowska zapisała w dzienniku 8 października: „Wczoraj depesza o zniesieniu okupacji. (...) I wieczorem orędzie Rady Stanu, że tworzy się wreszcie Polska Zjednoczona i Niepodległa. Orędzie rozwiązujące sejm i powołujące sejm konstytucyjny. (...) Są to rzeczy tak olbrzymie, że ludzie nie śmią reagować. Jakaś wielka cisza zaległa wśród ludzi. Wszak teraz każde słowo, które się powie, będzie miało – musi mieć – wagę czynu, a każdy czyn – przewrotu”.

14 października Jarosław Iwaszkiewicz przyjechał do Warszawy z jedną walizką (był to cały dobytek uratowany z Ukrainy). Debiutował zbiorem Oktostychy, który ukazał się nakładem pisma „Pro Arte”.

Jarosław Iwaszkiewicz w Książce moich wspomnień pisał: „Stanąłem na bruku Warszawy, mając głębokie przekonanie, że zacznę tutaj dość łatwe życie literackie”. Okazało się jednak, że wcale nie jest tak łatwo przebić się wśród tylu wybitnych pisarzy i utalentowanych poetów.

Warszawa mu się nie spodobała, określał stolicę jako „zupełną pustynię”. Tymczasem w mieście działo się wiele. Powstawały nowe pisma, kabarety. Co chwila ukazywały się ważne i zajmujące książki. Opera, którą wydzierżawiła Janina Korolewicz-Waydowa, stała na wysokim poziomie. W teatrach grano sztuki zakazane za cara.

W grudniu 1918 roku Iwaszkiewicz zamieszkał przy Krakowskim Przedmieściu 5, gdzie był nauczycielem domowym Jarosława Potockiego, syna Jana hrabiego Potockiego z Peczary. Pod tym samym adresem mieszkali Stanisław i Zuzanna Rabscy, prowadzący znany warszawski salon literacki. Rabski, krytyk „Kuriera Warszawskiego”, pisał recenzje teatralne. Zuzanna (córka Aleksandra Kraushara) pisała subtelne wiersze, które chwalił Bolesław Leśmian.

Iwaszkiewicz przeniósł się w 1919 roku do pokoju w oficynie przy ulicy Wareckiej 14. Tam prowadził warszawską filię poznańskiego „Zdroju”. Oskarżony o defraudację pieniędzy redakcyjnych, rozstał się z pismem.

W warszawskich kawiarniach dyskutowano o nowej sztuce, literaturze i polityce. Spodziewano się lada dzień powrotu Komendanta Piłsudskiego. 3 listopada rząd złożony z narodowych demokratów z Józefem Świeżyńskim na czele ogłosił detronizację Rady Regencyjnej i zaapelował do ludowców i socjalistów o włączenie się do rządu. Rada Regencyjna nie podporządkowała się tej decyzji, udzieliła dymisji rządowi. Świeżyński poddał się jej i ustąpił z całym rządem.

Na początku listopada Tadeusz Gałecki, czyli pisarz znany pod pseudonimem Andrzej Strug, działacz PPS-Frakcji Rewolucyjnej, ułan Beliny, wysłannik Polskiej Organizacji Wojskowej do Kijowa i Moskwy, współdziałał w pracach organizujących Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej w Lublinie. Premierem miał zostać Ignacy Daszyński. Do rządu weszli m.in. Edward Rydz-Śmigły, Wacław Sieroszewski i Andrzej Strug jako wiceminister propagandy. Gdy w Warszawie Rada Regencyjna przekazała władzę Piłsudskiemu, Daszyński podporządkował się decyzjom Naczelnika. Piłsudski uważał pomysł z rządem ludowym za błąd polityczny i skrytykował Rydza. Ze Strugiem różnili się już wcześniej. Strug był bardziej radykalny. W trakcie rozłamu PPS początkowo opowiedział się za PPS-Lewicą i dopiero w 1909 roku przeszedł do Frakcji Rewolucyjnej Piłsudskiego.

Maria Dąbrowska zapisała, że 9 listopada abdykował cesarz Niemiec Wilhelm II i że w Niemczech wybuchła rewolucja. Obawiała się u nas „bolszewizmu i bandytyzmu”.

W niedzielę 10 listopada do Warszawy przybył z Magdeburga Józef Piłsudski, internowany od ponad roku przez Niemców. Maria Dąbrowska zanotowała: „Dziś przyjechał Piłsudski. Teraz doprawdy cała w nim nadzieja. Dziś to dla niego czas próby”. Stanisław Niewiadomski w książce Warszawa, jakiej nie ma wspominał: „Niedziela 10 listopada 1918 roku pochmurna była, chłodna i wietrzna”. W mieście zaczęło się rozbrajanie Niemców. Żołnierze niemieccy nosili czerwone znaki na mundurach i na ogół oddawali dobrowolnie broń, gdyż mieli już dosyć wojny. Polacy nosili biało-amarantowe kokardy na czapkach.

Tego dnia partner, a później mąż Nałkowskiej, Jan Gorzechowski został mianowany komendantem milicji miejskiej w Warszawie.

Brygadier Józef Piłsudski zamieszkał przy Moniuszki 2 na drugim piętrze. Parę dni później przeniósł się na Mokotowską 50. Tam odbywały się narady. W naradach uczestniczył Wacław Sieroszewski, który mówił: „Teraz tylko trzeba jak najprędzej ogłosić dyktaturę Komendanta. Rada Regencyjna już się skończyła. Dyktatura Komendanta od razu wprowadzi ład”. 11 listopada Piłsudski przejął władzę wojskową, a w kabarecie „Miraż” przy Marszałkowskiej, naprzeciw gmachu towarzystwa „Rossya”, wystawiono rewię Wiwat wolność!, przyjętą owacjami i łzami wzruszenia. W „Mirażu” sławę zyskała tancerka Loda Halama wraz ze swoimi siostrami.

13 listopada Zofia Nałkowska zapisała: „W Warszawie zrzucenie okupacji odbywa się mniej gładko, krew się leje. (...) Ważne są inne sprawy. Polska, szalona i radosna z odzyskanej wolności, leży dziś między Rosją bolszewicką i zrewolucjonizowanymi, socjaldemokratycznymi Niemcami. Ogromne, tak ciężko okupione zwycięstwo partii Piłsudskiego wydaje mi się już teraz zakreślone na krótką metę”.

Następnego dnia, 14 listopada, Rada Regencyjna przekazała Piłsudskiemu władzę cywilną. Został Tymczasowym Naczelnikiem Państwa.

Jak pisał Wacław Jędrzejewicz, biograf Piłsudskiego, minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego w latach 30., Naczelnik nie był przywiązany do daty 11 listopada jako momentu odzyskania niepodległości. Według Piłsudskiego tego dnia w Polsce nie stało się nic ważnego. „Pierwszym dniem, według niego, który coś mówił, to dzień 22 listopada 1918 r. Tego dnia został wydany dekret Tymczasowego Naczelnika Państwa (...) o organizacji najwyższych władz państwa polskiego...”. Do lutego 1919 roku Piłsudski był dyktatorem. Powoływał rząd, ustalał budżet, wydawał dekrety. Po trzech miesiącach przekazał swoje uprawnienia Sejmowi, który powołał Piłsudskiego na stanowisko Naczelnika Państwa (do grudnia 1922 roku). Zofia Nałkowska nazwała rządy Naczelnika „dyktaturą sprawiedliwości i łagodności”.

Warszawa po stu dwudziestu trzech latach niewoli stała się stolicą odrodzonej Polski. Jeszcze bez Wielkopolski i Pomorza, jeszcze bez Lwowa, ale już z Krakowem. Premier Jędrzej Moraczewski pisał: „Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po stu dwudziestu latach prysły kordony. Nie ma «ich»: Wolność! Niepodległość! Własne państwo!”.

Ignacy Baliński, prezes Rady Miejskiej i ojciec poety Stanisława Balińskiego, zbliżonego do „Skamandra”, po latach wspominał z ogromnym wzruszeniem: „To był najradośniejszy dzień mojego życia”.

Nikt nie wiedział, jaka będzie Polska. Uważano, że musi być sprawiedliwa, demokratyczna, ale wyobrażano to sobie rozmaicie. Franciszek Fiszer uważał, że teraz kolej będzie bezpłatna. Bilety były za czasów niewoli. „Polak od Polaka nie może żądać biletu!” – mówił. Jakub Mortkowicz uważał, że Polska może obyć się bez Wielkopolski. Na szczęście poznaniacy uważali inaczej i po przybyciu w grudniu do Poznania Ignacego Jana Paderewskiego chwycili za broń i zbrojnie osiągnęli cel: przyłączenie kolebki Polski do reszty kraju.

W XVIII wieku Rzeczpospolita upadła jako królestwo. I choć w Akcie 5 listopada 1916 roku była mowa o odrodzonym Królestwie Polskim, to w 1918 roku Polska powstała jako republika, państwo demokratyczne i suwerenne.

Piłsudski i rząd Moraczewskiego wydali dekrety o ośmiogodzinnym dniu pracy. Kobiety otrzymały prawa wyborcze (na co później utyskiwał Boy-Żeleński) znacznie wcześniej niż w niektórych krajach Zachodu, np. we Francji.

Leopold Staff powitał fakt niepodległości wierszem Polsko, nie jesteś ty już niewolnicą.

Polsko, nie jesteś ty już niewolnicą!

Lecz czymś największym, czym być można: Sobą!

Poeta przypominał: „Duchową bronią walczyłaś i zbroją” i podkreślał: „Powstałaś przez siebie!”. Antoni Słonimski w Czarnej wiośnie ogłosił: „Ojczyzna moja wolna, wolna... Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada”.

29 listopada 1918 roku przy Nowym Świecie 57 odbył się głośno reklamowany pierwszy wieczór kawiarni „Pod Picadorem”, wielkiej kwatery głównej „Armii Zbawienia Polski od całej współczesnej literatury ojczystej”. Na mieście wisiały plakaty przedstawiające literata w binoklach, dosiadającego Pegaza i uderzającego wielkim gęsim piórem tłustego wieprza – symbol burżuja. Na ulicach rozrzucano ulotki, w stylu odezw rewolucyjnych i partyjnych. Poeci pisali w nich, zwracając się do odbiorców: „Rodacy! Robotnicy, żołnierze, dzieci, starcy, ludzie, kobiety, inteligenci i pisarze dramatyczni! (...) Młodzi artyści warszawscy łączcie się!!!”.

Tadeusz Raabe, pomysłodawca kawiarni „Pod Picadorem”, wspominał: „Zaczęło się jesienią 1918 roku na tylnym pomoście tramwaju nr 3 (...)”. Jechał z przyjacielem z dzieciństwa, Antonim Słonimskim. Zaproponował, by wzorem Moskwy i Piotrogrodu założyć kawiarnię-klub poetów. Dzięki kontaktom Lechonia udało się namówić współwłaściciela słynnej ongiś, a wówczas upadającej „Udziałowej”, Kazimierza Życkiego, do wynajęcia lokalu.

Pikadorczycy przeciwstawiali się wszystkiemu, co istniało wcześniej w kulturze, i nagłośniali swoje zjawienie się w stolicy odrodzonego państwa. Pod odezwą podpisali się jedynie Leszek Serafinowicz, Antoni Słonimski i Julian Tuwim.

W „Picadorze” czytali swoje wiersze. Na scence pojawił się doproszony Jarosław Iwaszkiewicz. Wystąpili także Grzegorz Glass, bracia Karscy i wygnaniec z Ukrainy, młody poeta Xawery Glinka. Kazimierz Wierzyński do grupy dołączył dopiero w styczniu następnego roku.

W wieczorach brali także udział późniejsi akolici „Skamandra”: Jerzy Mieczysław Rytard i Feliks Przysiecki. Raz w „Picadorze” wystąpił Stefan Jaracz. Muzą kabaretu była Maria Morska (z domu Frenkiel, po mężu Knastrowa), w której się beznadziejnie kochał Słonimski. Recytowała m.in. Sidi-Numana Leśmiana i Chrystusa miasta Tuwima. W „Picadorze” deklamowano wiersz Statek pijany Rimbauda w tłumaczeniu Miriama-Przesmyckiego. Wielkie wrażenie na publiczności wywarł blady Lechoń, który czytał swojego Mochnackiego. Słonimski deklamował Carmagnolę, a także utwory Mickiewicza i Norwida. Iwaszkiewicz krępował się i nie chciał wystąpić, dopiero wypchnięty przez Lechonia, przeczytał z kresowym zaśpiewem swoje Oktostychy. Sporą część repertuaru stanowiły żarty, satyry, facecje, przykładowo Tuwim wygłosił przeróbkę znanego wiersza Jachowicza o Andzi, podszywając się a to pod Staffa, a to pod Micińskiego czy Przybyszewskiego.

W tradycji wspomnieniowej (m.in. u Słonimskiego i Tuwima) oraz w niektórych opracowaniach podaje się nazwę kawiarni-kabaretu „Pod Pikadorem”. Tymczasem na oryginalnych plakatach i ulotkach, we wspomnieniach Iwaszkiewicza, nazwa brzmi „Pod Picadorem”.

W kawiarni poetów panowała atmosfera zabawy. Cennik był ułożony odwrotnie niż zwykle, młodzież płaciła 10 marek, więcej niż dorośli, a dzieci płacić miały aż 35 marek. Za rozmowę z prawem do podania ręki poeci życzyli sobie 50 marek, a za objaśnienie utworu 75. Zabraniano wstępu osobom zbyt trzeźwym oraz odgadywania rymów. Dekoracja wnętrza, wykonana przez Kamila Witkowskiego i Aleksandra Świdwińskiego, utrzymana była w duchu dadaistycznym. Malarze nie tylko zaaranżowali wnętrze, ale też sami występowali z nonsensownymi atakami na Kuśmidrowicza i na hrabinę Rozdziawa-Spuszczalską. Było to nowe, niespodziewane, szokujące. Publiczność nie wszystko rozumiała, ale z aprobatą przyjęła wygłupy młodych poetów.

Kawiarnia poetów odniosła spory sukces marketingowy, publiczność waliła do drzwi. Na widowni można było zobaczyć Żeromskiego, Struga, Nowaczyńskiego, Sieroszewskiego, Berenta i aktorkę operową, Lucynę Messal. Bywał pułkownik Wieniawa-Długoszowski, „piękny Bolek, ulubieniec Cezara i bożyszcze Polek” – jak pisał Słonimski. Poeci zaprzyjaźnią się z adiutantem Piłsudskiego i prawie całe dwudziestolecie spędzą razem przy kawiarnianym stoliku i na rautach.

Po paru miesiącach pikadorczycy przenieśli się do większej sali w Hotelu Europejskim i... to był ich błąd. Zaczęła przychodzić inna, bardziej zamożna, lecz przeciętna publiczność. „Picador” został po cichu zamknięty. Na początku lat 30. kawiarnia „Pod Picadorem” zmieniła nazwę na „Caprice” i w 1932 roku Julian Tuwim oprowadzał po niej Aleksandra Jantę-Połczyńskiego, mówiąc, gdzie była estrada i którędy się na nią wchodziło.

W ostatni dzień roku poeci z „Picadora” dali o sobie znać w Teatrze Polskim na premierze komedii Stefana Krzywoszewskiego Pani Chorążyna. Owacjami nagradzali banalne wypowiedzi aktorów (w rodzaju: „Podano do stołu”), domagali się bisów, gwizdali, słowem: zakłócali przedstawienie. Później usiłowali na scenie wygłosić manifest przeciw „obrazie sceny narodowej”. Publiczność zaczęła gwizdać na poetów, wezwano policję. Krzywoszewski nie przejął się i razem z Lechoniem napisał nową sztukę. Wspominali o tym zdarzeniu Słonimski i Lechoń. Słonimski przemilczał natomiast zdarzenie, które miało miejsce w Salach Redutowych 29 listopada 1920 roku. Oto pijani artyści pod przewodem Antoniego Słonimskiego i Romana Kramsztyka próbowali wtargnąć na bal bez zaproszeń. Obsługa wyrzuciła „pijaną bandę” – jak pisała potem prasa. Słonimski i jego kompani dalej się awanturowali. Musiała interweniować policja. O zajściu wspominał Tadeusz Januszewski w książeczce z wyborem tekstów Tuwima Nalej mi wina!.

W listopadzie 1918 roku, wraz z odzyskiwaniem przez Polskę niepodległości, młodzi poeci proklamowali rewolucję w literaturze. Niemal równolegle z wolną Polską pojawić się miała nowa poezja. Odkładano na bok „płaszcz Konrada”, a więc obowiązki społeczne i patriotyczne, i zwracano się w stronę wartości artystycznych.

Naokoło ziem polskich upadały monarchie. Obalony został carat, abdykował cesarz austriacki. W Rosji, a potem w Niemczech, wybuchły rewolucje. Każdy dzień przynosił zmiany. I w taką atmosferę wstrzelili się pikadorczycy. A jednak większość ich utworów, np. Tuwima, Iwaszkiewicza i Wierzyńskiego, to nie były pisane doraźnie w dniach przełomu listopadowego aktualia, z wyjątkiem często niejasnych dziś satyr.