Wariatka z Komańczy - Maria Nurowska - ebook
Opis

Maria Nurowska powraca z nową powieścią o niezwykłej kobiecie, wspaniałej artystce; jedni ją uwielbiają, inni się jej boją, jeszcze inni nazywają wariatką z Komańczy…

Marta Kohn, znana malarka, wyjeżdża na krótki urlop w Bieszczady, chce odpocząć od warszawskiego życia, które w niezwykłej ciszy i wolno płynącym czasie coraz bardziej się od niej oddala. Z każdym dniem upewnia się, że chce tu pozostać. 
Ta decyzja zmieni jej życie, ale nie tak, jak tego oczekiwała. Do Komańczy przyjeżdża bowiem trójka francuskich architektów, którzy mają zrekonstruować spaloną osiemnastowieczną cerkiew. Po burzliwych początkach znajomości Marta zostaje żoną jednego z nich – i oboje wyjeżdżają do Lwowa, gdzie Jean-Paul będzie nadzorował prace nad renowacją siedemnastowiecznego kościoła. Życie we Lwowie jest względnie normalne, ale o kilkaset kilometrów dalej toczy się okrutna wojna, w którą Marta zostaje zamieszana. Przez pół roku będzie więziona w piwnicach merostwa w Ługańsku, a to wystarczająco dużo czasu, aby przemyśleć swoje życie, pełne wzlotów i upadków, cierpienia i miłości.

Maria Nurowska urodziła się 3 marca 1944 roku w niewielkiej wsi w województwie podlaskim; jest jedną z najchętniej czytanych i najbardziej znanych polskich powieściopisarek. Jej książki podbijają serca kolejnych pokoleń czytelników. Najbardziej znane to: „Mój przyjaciel zdrajca”, „Sprawa Niny S.”, „Nakarmić wilki”, „Drzwi do piekła”, „Dom na krawędzi”. Autorka dzieli czas między Warszawę i Bukowinę Tatrzańską, gdzie prowadzi urokliwy pensjonat z imponującym widokiem na góry.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 249

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Maria Nurowska, 2015

Projekt okładki

Mariusz Kula

www.mariuszkula.com.pl

Zdjęcie na okładce

Janusz Buczkowski

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Lucyna Łuczyńska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8069-918-2

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Ta rozmowa była mi chyba potrzebna bardziej, niż sądziłam. Od lat unikałam spojrzenia sobie w oczy, jakbym schowała się w kącie nie tylko przed innymi, ale także przed sobą samą. Miejsce nie jest może najlepsze do takiej spowiedzi, ale skoro zostałam zatrzymana w biegu, chciałabym to wykorzystać. Gdzie jestem? Nim odpowiem, wypadałoby najpierw się przedstawić: Nazywam się Marta Kohn, niedawno skończyłam pięćdziesiąt pięć lat, co powinno dać mi do myślenia, że moja droga ku wieczności staje się coraz krótsza, możliwe, że mam nawet o wiele mniej czasu, niż się wydaje, i nie zdołam dokończyć opowieści o kobiecie, którą nazywają wariatką z Komańczy…

Komańcza… Ni to miasteczko, ni to wioska, z jedną ulicą, gdzie mieszczą się wszystkie ważne instytucje, czyli gmina, GOPR, nadleśnictwo oraz apteka i gospoda Darz Bór. No i jeszcze cerkiew na wzgórzu, która pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku spłonęła niemal do fundamentów i została odtworzona kilka lat temu. Było to wydarzenie doniosłe nie tylko dla prawosławnych mieszkańców gminy, ale także dla mnie… Wioska, bo tak wolę nazywać Komańczę, położona jest w Bieszczadach, w południowo-wschodniej Polsce, można sprawdzić na mapie. Pojawiłam się tam jako uciekinierka od wielkomiejskiego życia. Chciałam odpocząć, pooddychać czystym powietrzem i… zostałam na kolejne lata.

Dlaczego?

Skoro ma to być opowieść o moim życiu, powinnam chyba wrócić do samego początku i zacząć od dziadka Kohna, który przed drugą wojną światową miał w Warszawie sklep jubilerski. Rodzinie bardzo dobrze się powodziło, dziadek jubiler przykładał wielką wagę do edukacji dzieci, chciał, aby jego syn i dwie córki zdobyli konkretny zawód, zostali lekarzami lub prawnikami. Obie córki skończyły prawo, ale syn, mój przyszły ojciec, się zbuntował. Zdał na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, a potem wyjechał do Paryża, gdzie dokończył studia. Dziadek go wydziedziczył, co i tak nie miało znaczenia, gdyż w czasie wojny wszystko przepadło, a rodzinę, która została w Polsce, zagazowano w Treblince. Byli, jak się można domyślić, Żydami.

Moja matka przyszła na świat na warszawskiej Pradze, a dzieci z takich dziwacznych związków nie mają łatwo, czego doświadczyłyśmy z moją siostrą na własnej skórze.

Z kolei dziadek Bartłomiej Kijanka miał konia i wóz; mówiło się, że rozwozi węgiel, ale tak naprawdę przesiadywał w knajpie na rogu, gdzie przepijał zarobione pieniądze. Dom utrzymywała babka Honorata, handlując pokątnie wódką. Znajomi naśmiewali się z dziadka, bo jeśli chciał się napić, musiał płacić żonie jak inni. Moja matka, Justyna, spośród ich trzech córek była najładniejsza, doskonale o tym wiedziała i bardzo wcześnie zaczęła to wykorzystywać. Dzięki protekcji jednego z adoratorów dostała się na Akademię Sztuk Pięknych, ale przede wszystkim chciała zrobić dobrą partię. No i nawinął się ojciec, samotny, starzejący się człowiek. Po wojnie wrócił do Warszawy, gdzie jako uznany malarz wykładał na akademii, ożenił się z naszą matką i wkrótce przyszłyśmy na świat, ja i moja siostra Ewa, starsza ode mnie o trzy minuty.

W jednej z licznych kłótni siostra wykrzyczała naszej rodzicielce w twarz: „Nie chciałaś nas! Liczyłaś, że jedno dziecko załatwi ci luksusowe życie, a zostałaś ukarana podwójnie!”.

Ojca pamiętam jak przez mgłę, miałyśmy z siostrą trzy i pół roku, kiedy umarł na zawał serca. Po jego śmierci Justyna poczuła wiatr w żaglach, w dużym mieszkaniu w alei Róż, w najładniejszej dzielnicy Warszawy, blisko Łazienek, zaczęli nas odwiedzać jej znajomi z Pragi. Do późna odbywały się libacje, sąsiedzi wzywali milicję, sypały się skargi, kolegium nakładało kary. Nasza matka w zawrotnym tempie przepuściła majątek ruchomy, który odziedziczyła po mężu, biżuterię, porcelanę, cenne meble, mieszkanie zostało ogołocone, a my spałyśmy na podłodze na materacach. Nikt się nami nie przejmował, chodziłyśmy zaniedbane i głodne. Aby przetrwać, musiałyśmy się nauczyć walczyć o swoje. Ewie, z natury silniejszej, lepiej wychodziło rozpychanie się łokciami, często z nią przegrywałam w wyścigu po jedzenie, a zawsze go brakowało. Kiedy nie było już czego sprzedawać, matka przestała płacić czynsz, co skończyło się eksmisją do przedwojennej, mocno zrujnowanej kamienicy. Niby blisko śródmieścia, ale ledwie pokoik z kuchnią, na ostatnim piętrze bez windy.

Powodziło nam się coraz gorzej; aby zarobić na utrzymanie, matka wróciła do wypróbowanych w rodzinie sposobów, zaczęła handlować wódką. Klienci w naszym domu pojawiali się teraz o przeróżnych porach, najczęściej wieczorami i nocą, kiedy sklepy monopolowe były zamknięte. A potem rozszerzyła zakres działalności – wynajmowała pokój na godziny parom, które chciały zachować incognito albo nie stać ich było na hotel. Wtedy zamykała się z nami w kuchni i kazała siedzieć cicho, ale nie zawsze jej się udawało nad nami zapanować. Klienci zgłaszali reklamacje, że dziecięce głosy dochodzące zza drzwi psują nastrój randki. Matka znalazła wyjście z sytuacji, wystawiała nas na balkon, przykazując tylko, abyśmy się za bardzo nie wychylały. Bywało, że pijana zapominała o nas i spędzałyśmy tam noc, przytulone do siebie, ale nie miało to nic wspólnego z siostrzaną miłością, po prostu było nam zimno. Raz omal nie zamarzłyśmy, od tego czasu rodzicielka wynosiła nam kołdrę.

Teraz stały mi przed oczami te dwie małe dziewczynki, niemal identyczne, jeżeli chodzi o wygląd, ale nie o charakter. Wiedząc, że boję się ciemności, Ewa opowiadała mi przed snem historie o nocnych rycerzach, którzy dostają się przez okno i porywają dzieci. Kiedy chowałam głowę pod poduszkę, odkrywała ją, sycząc mi do ucha: słyszysz, już idą, już są na balkonie…

Dzisiaj wcześnie zaczął się ostrzał. Jeśli to słynne wyrzutnie, o których ostatnio trąbiły media, mogą zmieść mnie z powierzchni ziemi razem z budynkiem, gdzie w piwnicach jestem więziona. Zanim się tu znalazłam, przesiedziałam przeszło tydzień w budzie bez okien. Myślę, że tydzień, ale pewności nie mam. Kiedy jest dzień, a kiedy noc, rozpoznawałam po prześwicie w drzwiach zabezpieczonych od zewnątrz żelazną sztabą. Raz dziennie sztaba skrzypiała i jakichś dwóch osiłków w wytłuszczonych kufajkach, śmierdzących samogonem, przynosiło mi wodę w butelce oraz dwie pajdy razowego chleba. Bez słowa. Moje pytania zawisały w powietrzu.

Najgorsza była pierwsza noc, kiedy kazali mi wejść do kontenera i zaryglowali drzwi. Zostałam sama w ciemności, miejsca miałam niewiele, więc poruszałam się na czworakach, obmacując ściany i podłogę. Ściany były z aluminium, a na podłodze leżała słoma przykryta derką, pewnie posłanie dla mnie. Usiadłam, obejmując dłońmi kolana, trzęsłam się z zimna i byłam naprawdę przerażona. Moje życie zależało od kaprysu prowodyra tych bandytów, w każdej chwili mogłam stać się ofiarą jego złego humoru.

Tak niedawno, siedząc w fotelu, oglądałam w telewizji sceny walk, jeden wystrzelony pocisk potrafił rozwalić pół domu, trupy leżały na ulicach, a ci, którzy przeżyli, ukrywali się w ruinach. Bardzo im wtedy współczułam, a teraz sama znalazłam się w takiej sytuacji. To znaczy właściwie nie wiedziałam w jakiej. Nie miałam pojęcia, kto mnie tutaj zapuszkował, czy to decyzja kogoś z góry, czy oddolna samowola zwykłych bandytów? W tym drugim przypadku naprawdę powinnam się bać, bo nie wchodziłaby w rachubę jakaś wymiana jeńców. Poza tym trudno też było określić mój status, nie występowałam tutaj jako żona Jeana-Paula Levittoux, który z rekomendacji UNESCO odrestaurowywał siedemnastowieczny kościół we Lwowie. A teraz ani on, ani nikt inny nie orientował się, co się ze mną stało. Nie zawiadomiłam męża o tej podróży, bo z oczywistych powodów by ją udaremnił. Wydawało mi się, że po wypełnieniu swojej misji wrócę do Lwowa jeszcze tego samego dnia albo następnego, w najgorszym razie.

W budzie panowały nieprzeniknione ciemności, nie widziałam nawet swoich dłoni, a nocni rycerze byli bardziej realni niż kiedykolwiek, w każdej chwili mogli się tu zjawić z karabinem zamiast pajdy chleba i strzelić mi w głowę. Słyszałam też o torturach.

Śniłam na jawie, niemal czując czyjąś fizyczną obecność, zupełnie jakbym znalazła się w swoim łóżku, a obok mnie spał mój mąż. Wyciągnęłam rękę, aby go dotknąć, i natknęłam się na zimną ścianę. Jednak tym razem było jakoś inaczej, zaczęłam nasłuchiwać i doszedł mnie pisk, gdzieś spod sufitu; okazało się, że to mały kotek. Był wyziębiony i na pewno głodny, niestety, nic dla niego nie miałam. Nie wiadomo, jak się tutaj dostał, pewnie przez jakąś dziurę w dachu, kiedy moi prześladowcy otwierali drzwi, robił się przeciąg. Niestety, tylko taki maleńki lokator mógłby wyjść tą drogą na wolność.

Dzień mi się mylił z nocą i powoli traciłam rachubę czasu, nie wiedziałam, czy jestem tu cztery dni, pięć, czy już cały tydzień. Mogło to znaczyć, że bandyci nie bardzo wiedzieli, co ze mną począć. A przecież dla nich zabić człowieka to jak splunąć. Na pewno mój mąż poruszył niebo i ziemię, aby mnie odnaleźć, więc wiedzieli już, kim jestem. Chociaż niekoniecznie, komu przyszłoby do głowy poszukiwać zaginionej żony cudzoziemca w rejonie walk? Chyba że ci z konwoju skojarzyliby mnie z przyklejonym do nich dżipem z polską flagą. Ale pewnie nawet nie wiedzieli, że mam polskie obywatelstwo, i dawno wrócili do Polski. Poza tym gdzie Lwów, a gdzie Donbas.

Od jakiegoś czasu nie słychać było wybuchów, cisza aż dzwoniła w uszach i bardzo możliwe, że zawarto kolejny rozejm, bo o końcu tej bezsensownej wojny chyba nie ma co marzyć. Strażnicy jednak pojawiali się, raz na dzień dostawałam wodę i coś do jedzenia, wynosili też wiadro z nieczystościami. Na moje pytania nadal nie otrzymywałam odpowiedzi. W tych swoich śmierdzących kufajkach, zresztą ja też już śmierdziałam, nie wyglądali na terrorystów, ale na samozwańczą służbę pomocniczą. Może zakazano im ze mną rozmawiać.

Wydawało nam się, że nic gorszego nie może nas spotkać od tego, co już znamy, nocnych pijatyk, milicji wzywanej przez sąsiadów, interesantów o każdej porze dnia i nocy, więc kiedy matka oznajmiła, że wprowadza się do nas pan Władysław, który będzie teraz naszym tatusiem, nawet się ucieszyłyśmy. Pan Władysław, nazywałyśmy go jednak wujkiem, znacznie starszy od niej, a właściwie można powiedzieć, że całkiem stary, miał siwe włosy i pobrużdżoną twarz. Wiele lat pracował na kolei, a kiedy przeszedł na emeryturę, dorabiał jako nocny stróż. Wracał zwykle nad ranem i zaglądał do kuchni, gdzie spałyśmy razem z siostrą na rozkładanej wersalce. Odkrywał kołdrę i wkładał rękę pod koszulę nocną jednej z nas, jego palce poruszały się sprawnie, zupełnie jakby grał na jakimś instrumencie, zaczynał gdzieś w okolicy szyi, a potem dłoń przesuwała się niżej, coraz niżej, aż palce docierały pomiędzy nasze uda. Tam pan Władysław kończył wędrówkę i szedł do pokoju, gdzie spała matka. W tych podróżach był bardzo delikatny, nie zadawał nam bólu, ale obie tego nienawidziłyśmy, z zaciśniętymi powiekami udawałyśmy sen.

Co wieczór wybuchała kłótnia, która często kończyła się bójką, bo każda z nas chciała zająć miejsce od ściany. Do swoich wędrówek pan Władysław wykorzystywał tę, która spała z brzegu. Czasami udawało mi się wywalczyć bezpieczne miejsce, niestety, częściej zajmowała je Ewa. Któregoś dnia, w czasie niedzielnego obiadu, kiedy wszyscy siedzieliśmy przy stole, spytała:

– Wujku, możesz mi dać pieniążki na cukierki na sen?

– Jakie cukierki na sen? Co ty bredzisz? – obruszyła się matka.

Ewa już się nie odezwała, ale kiedy w szkole wyjęła z teczki piórnik, znalazła w nim zwinięty banknot. Ja też od razu zajrzałam do swojego, ale oprócz przyborów szkolnych nic tam nie było.

– W takim razie już zawsze będę spała od ściany! – za­powiedziałam.

Ewa pokazała mi figę, no i jak zwykle postawiła na swoim. Słysząc odgłos otwieranych drzwi wejściowych i kroki w przedpokoju, skuliłam się, ale pan Władysław nie zajrzał do kuchni ani tej nocy, ani żadnej innej, a Ewa nic już w swoim piórniku nie znalazła.

– Stary sknera – powiedziała, małpując naszą matkę, której konkubent wydzielał pieniądze, i zaczęła obmyślać zemstę; najpierw chciała posmarować mu klejem podeszwy butów, ale potem doszła do wniosku, że to za mała kara, i na długiej przerwie opowiedziała wychowawczyni, co ojczym robi w nocy, kiedy nasza matka śpi.

Po rewelacjach Ewy wychowawczyni natychmiast skontaktowała się z kuratorium. Przysłano do szkoły kobietę, która uśmiechała się do nas, mówiła łagodnym głosem, ale my, przestraszone, nic nie chciałyśmy powiedzieć. Byłyśmy jeszcze małe, przed paroma miesiącami skończyłyśmy osiem lat, poza tym bałyśmy się, że wezwą do szkoły matkę i dostaniemy w domu lanie. Od razu zawieziono nas do izby dziecka, tam też nas ciągle ktoś przepytywał, wreszcie Ewa podjęła decyzję, że skoro i tak nie wrócimy do matki, lepiej powiedzieć prawdę, wtedy dadzą nam spokój. Ale wtedy dopiero się zaczęło, sprawa oparła się o sąd rodzinny, Justynie odebrano prawa rodzicielskie, a my wylądowałyśmy na dobre w domu dziecka.

Ten dom mieścił się w Warszawie, po drugiej stronie Wisły, na Bródnie, w przedwojennym, chyba nigdy nieremontowanym budynku. W długich korytarzach niosło się echo kroków, pokoje były nieprzytulne, z piętrowymi łóżkami. My trafiłyśmy do pięcioosobowego na parterze.

– Będziemy mogły wyjść przez okno – stwierdziła moja siostra.

– I pójdziemy do mamy? – spytałam, połykając łzy.

Ewa pokręciła głową.

– Uciekniemy w świat!

Ale w świat uciekłam tylko ja. Po ukończeniu Akademii Sztuk Pięknych dostałam roczne stypendium w Paryżu, do Polski wróciłam jednak dopiero po pięciu latach.

W domu, do którego trafiłyśmy, panowało prawo silniejszego: ten, kto umiał się rozpychać łokciami, wymuszał na słabszych posłuszeństwo. Podobnie było w szkole, matka posłała nas o rok wcześniej, bo nie udało jej się załatwić przedszkola, a chociaż przez parę godzin dziennie chciała mieć spokój.

Tutaj też byłyśmy najmłodsze i w dodatku nowe, więc musiałyśmy słać łóżka starszym dziewczynom, sprzątać pokój, a nawet oddawać w stołówce część swoich porcji. Początkowo wykonywałyśmy ich polecenia, ale Ewa się zbuntowała i bałam się, że obie za to oberwiemy. Tymczasem to ona oberwała za mnie. W drugim roku naszego tam pobytu starsze dziewczyny, już nastolatki, zaczynały się malować, paliły też po kryjomu papierosy. Któregoś dnia wychowawczyni, gdy miała dyżur, bardzo zresztą nielubiana, nazywałyśmy ją Żyletą, zrobiła rewizję w naszym pokoju. Korzystając z zamieszania, jedna z dziewczyn podrzuciła zaczętą paczkę papierosów do szafki mojej siostry.

Żyleta za ucho wyprowadziła Ewę na środek sali i wkładając jej do ust zapalonego papierosa, powiedziała:

– Jeśli masz się ukrywać, pal przy wszystkich!

Ewa krztusiła się, łzy spływały jej po policzkach, ale wychowawczyni nie ustępowała, i wtedy ja wskazałam prawdziwą winowajczynię. Poniosła konsekwencje – zakaz wyjazdu do rodziny na święta był chyba najdotkliwszą karą z możliwych – więc postanowiła spuścić mi lanie. I Ewa stanęła w mojej obronie, ale tamta okazała się silniejsza. Moja siostra została boleśnie pobita, złamany nos zrósł się trochę krzywo i dlatego wydaje się nieco dłuższy. Obie jesteśmy krótkonose, mamy zbyt szeroko rozstawione oczy i wydatne usta, ja chyba nawet bardziej niż Ewa. Kiedy się poznaliśmy, Jean-Paul powiedział, że w mojej twarzy nic do siebie nie pasuje, ale całość jest fascynująca. Mamy z siostrą czarne, kręcone włosy, ja z nitkami siwizny, ona się ich wstydzi i farbuje. Nasza ukochana wychowawczyni, pani Zuza, twierdziła, że nosimy na głowach wronie gniazda, i co jakiś czas robiła nam postrzyżyny. Ona jedna potrafiła nas odróżnić, a do tej pory udawało się to tylko naszej matce. Ze śmiechem mówiła, że która jest która, poznaje po diablikach w oczach Ewy.

– A ja? Co mam w oczach? – spytałam, nie chcąc być gorsza.

– Ty zawsze aniołki – powiedziała wychowawczyni.

I było w tym coś z prawdy, trzy minuty dzieliło nasze przyjście na świat, ale Ewa była starszą siostrą w pełnym tego słowa znaczeniu, podporządkowywałam się jej, rzadko tylko buntując. Ona zaś od najmłodszych lat przybierała wobec mnie ton wyższości. Uważała, iż jestem od niej słabsza, i gdzieś głęboko miała zakodowane, że powinna mnie chronić. Może działo się tak pod wpływem matki, która stale upominała siostrę: „Uważaj na nią, bo się znowu zagapi jak ciele na malowane wrota”.

Są takie sytuacje, gdy dorastające dziewczynki szczególnie potrzebują matki, my byłyśmy jej pozbawione, więc kiedy którejś nocy obudziłam się z uczuciem, że dzieje się ze mną coś dziwnego, a potem zobaczyłam krew na prześcieradle, wpadłam w panikę. Obudziłam Ewę. Kazała mi się podmyć, włożyć podpaskę, zaprała też prześcieradło. Jej spokój podziałał na mnie i posłusznie wykonywałam polecenia. Wtedy ani nigdy potem nie spytałam, jak ona sobie z tym poradziła. Nie zwierzałyśmy się jedna drugiej. Tej nocy, kiedy w wieku jedenastu lat stałam się kobietą, usłyszałam:

– Będziesz to miała co miesiąc, jak my wszystkie…

Jako nastolatka zaczęłam kolekcjonować zdjęcia gwiazd filmowych, co ona uważała za dziecinadę, ale czasami przeglądała ze mną starannie powklejane do zeszytu podobizny aktorek. Siłą rzeczy robiłyśmy porównania, które wypadały na naszą niekorzyść.

– Jeśli jesteś inteligentna, to uroda nie jest taka ważna – pocieszyła mnie i chyba jako osoba dorosła na to stawiała.

Kufajkowi przynosili śniadanie, a może obiad lub kolację, trudno powiedzieć, karmiono mnie raz dziennie, we wnętrzu było szaro w ciągu dnia, zaś egipskie ciemności panowały nocą. Na wszelki wypadek chowałam kociaka pod derkę rzuconą na wiązkę słomy, czyli moje posłanie; ci ludzie mogliby zrobić mu krzywdę, wystarczyło spojrzeć na ich gęby, aby odkryć, że pod czaszką nie mają ani jednej fałdki. Ale mimo to za każdym razem z uporem powtarzałam:

– Dobroje utro!

Początkowo żaden nie odpowiadał, ale potem ten niższy coś tam odmrukiwał niezrozumiale.

Moja sytuacja przedstawiała się nader niepewnie i można było rozważać różne scenariusze, z tym najgorszym włącznie. Siedząc w zamknięciu, starałam się omijać w myślach temat śmierci, ale czułam, że czai się w pobliżu. Czyjeś przybliżające się kroki to przecież mogła być ona… Niemal widziałam taką scenę: otwierają się drzwi i tuż na wprost mnie wylot lufy karabinu… Jak dotąd byli to strażnicy z jedzeniem.

W dzieciństwie bałam się śmierci, czasami płakałam przez sen i matka mnie budziła, ale nigdy się nie przyznałam, dlaczego płaczę. A płakałam ze strachu przed niewiadomym, kiedy ludzie nagle zamieniają się w woskowe kukły… Tak było z dziadkiem Kijanką, leżał w otwartej trumnie, odświętnie ubrany, oczy wpadły mu głęboko. Najbardziej mnie przerażał bezruch. Tutaj marzłam, byłam głodna, ale to właśnie wiązało mnie z życiem…

Któregoś razu drzwi, uwolnione od sztaby, otworzyły się i stanął w nich ten niższy strażnik. Był mniej zdecydowany od kolegi dryblasa i na moje pytania odpowiadał coś mamrotliwie. Zapytałam go o to samo, co zawsze: dlaczego mnie tu trzymają.

– Ja nie znaju, my połuczili prikaz – odpowiedział.

– Ot kogo?

– Ja nie znaju, Stiepan wsio znajet…

No tak, Stiepan wie, ale nie powie. Pojawiła się myśl, że mogłabym spróbować uciec, ten chuderlawy nie miał broni, nie strzeliłby mi w plecy. Tylko co dalej? Nie wiedziałam, gdzie jest mój samochód, odebrali mi kluczyki, a ucieczka piechotą byłaby czystym samobójstwem. Skoro tak, postanowiłam coś wytargować, jeśli nie dla siebie, to przynajmniej dla kota.

– Kak tiebia zawut? – zagaiłam.

– Wołodia.

– Wołodia, ty lubisz żywotnych?

– Da.

– A ty znajesz, u mienia jest koszka!

– Koszka? – zdziwił się.

Wyjęłam kociaka spod derki i pokazałam mu.

– Priniesti zawtra jemu niemnożko mołoka!

Nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć, wreszcie wyjąkał:

– Mnie nada idti!

Zamknął drzwi w pośpiechu i założył sztabę, usłyszałam jego szybkie, oddalające się kroki, chyba nawet biegł.

Następnego dnia pojawili się obaj, Wołodia trzymał głowę spuszczoną, żebym tylko nie mogła do niego zagadać, ale kiedy ten drugi zabierał się już do odejścia, wyjął coś szybko z kieszeni, wrzucił do środka budy i zamknął drzwi. Szukałam po omacku tego czegoś, wreszcie natrafiłam na plastikową buteleczkę. Myślałam, że to jakieś lekarstwo, ale kiedy spróbowałam koniuszkiem języka, okazało się, że mleko! Wlewałam je na dłoń i poiłam kota.

– Mały – powiedziałam – jesteś w czepku urodzony.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI