Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 339 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wariatka tańczy - Maryla Rodowicz

"Wariatka tańczy" - przyjmijcie od Maryli Rodowicz zaproszenie w szaloną podróż, która wiedzie od powojennych Ziem Odzyskanych, przez zadymione kluby Manhattanu, złocone korytarze Kremla i piaski Iraku, aż do jej domowego zacisza. "Wariatka tańczy", a partnerują jej m.in. Agnieszka Osiecka, Czesław Niemen, Seweryn Krajewski, Daniel Olbrychski, Włodzimierz Wysocki i... Fidel Castro. "Wariatka tańczy", bo takie życie to bal jest nad bale.

Opinie o ebooku Wariatka tańczy - Maryla Rodowicz

Fragment ebooka Wariatka tańczy - Maryla Rodowicz

MARYLA RODOWICZ
WARIATKA TAŃCZY
RozmawiałJarosław Szubrycht
Redakcja: ZOFIA ROKITA
Korekta: Redaktornia.com, JADWIGA PILLER
Okładka: MACIEJ SZYMANOWICZ / www.maszynowicz.com
Zdjęcie na okładce: FOTOLIA
Redaktor techniczny: MARIUSZ TELER
Redaktor prowadząca: AGNIESZKA RADZIKOWSKA
Skład i łamanie: BEATA RUKAT / KATKA
Zdjęcia: (okładka) Hanna Prus, (wkładka) archiwum prywatne Maryli Rodowicz, zdjęcie Krzysztofa Jasińskiego z małym Jaśkiem Renata Pajchel, zdjęcie z sesji do płyty „Marysia biesiadna” Aleksandra Laska
Tytuł książki „Wariatka tańczy” to tytuł piosenki autorstwa Agnieszki Osieckiej.
Copyright for the Polish edition © 2013 G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa. Copyright © 2013 by Maryla Rodowicz Copyright © 2013 by Jarosław Szubrycht
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-7778-634-5
G + J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15 Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38 fax (48 22) 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77www.gjksiazki.pl
Konwersja: eLitera s.c.
Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

1

Dokąd Wariatko chcesz wyruszyć?

Rozmowa o wojnie i Ziemiach Odzyskanych, o sukcesach sportowych, dzięki którym Maryla nie została dinozaurem, i liczeniu guzików, które opóźniło jej karierę.

Zacznijmy od apteki w Wilnie, tej przy Ostrej Bramie.

Apteka „Pod Łabędziem”. Należała do brata mojego dziadka. Rodzina dziadka to aptekarze, farmaceuci, ludzie wykształceni. Dziadek, Władysław Rodowicz, był wysokim, dwumetrowym Żmudzinem o niebieskich oczach. Mojego ojca brat, Wacław, doszedł z armią Andersa do Iraku, tam umarł. Niewiele więcej wiem o linii ze strony ojca, bo rodzice wcześnie się rozstali, właściwie tuż po wojnie, kiedy jeszcze byłam małym dzieckiem. Pamiętam tylko listy, które przychodziły do dziadka z Filadelfii od jego brata. Mam kontakt z ciocią Cecylią, od niej wiem o rodzinnej kapeli rockowej The Roddies – od nazwiska Rodowicz. Grają wieczorami po klubach Filadelfii. Niektórzy wpisują się na mojego Facebooka.

Ta apteka wciąż istnieje?

Jeszcze niedawno istniała. Na wystawie stał taki ogromny porcelanowy biały łabędź. Postanowiłam tam pójść przy okazji koncertu w Wilnie. Weszłam do środka i spytałam, czy mogę kupić tego łabędzia. Zrobiło się zamieszanie. Powiedziano mi, że to jest teraz państwowa litewska apteka i że nie ma mowy. Kilka lat później, już po roku 2000, znowu byłam w Wilnie i opowiedziałam tę historię w polskim radiu Znad Wilii. Apteki już wtedy nie było, została zamknięta. Po tej audycji ktoś zadzwonił do radia i powiedział, że łabędź jest u optyka, w bocznej uliczce. No więc wsiadłam w taksówkę i pojechałam odszukać tego optyka. Rzeczywiście, łabędź stał u niego na wystawie! Ale facet powiedział, że to nie ten, że to tylko kopia. Potem okazało się, że oryginał został wywieziony do Niemiec i sprzedany na aukcji.

A rodzina twojej mamy?

Babcia pochodziła z Możejkowa koło Lidy. Teraz to Białoruś, wtedy oczywiście była Polska. Jako młoda dziewczyna pojechała do Wilna, do większego miasta, tak jak wszyscy, za chlebem. Umiała szyć i z tego szycia się utrzymywała. Do dziś mam jej maszynę Singera. W Wilnie poznała swojego męża. Był charakteryzatorem w teatrze muzycznym Lutnia i w Teatrze na Pohulance. Mama opowiadała mi, że jako mała dziewczynka biegała do tego teatru i tam spędzała całe dnie. Poznawała życie teatralne od kulis, spotykała wielkie gwiazdy. Wilno, podobnie jak Lwów, było przed wojną centrum kultury. Działały tam znakomite teatry, był świetny Uniwersytet Stefana Batorego. Mama uczyła się w gimnazjum, dość drogim, prowadzonym przez siostry nazaretanki, ale przyszła wojna i szkoła została zamknięta. Nie wiem, czy przez Rosjan, czy Niemców, bo Wilno przechodziło z rąk do rąk. Wtedy mama zaczęła chodzić na tak zwane tajne komplety, które były oczywiście zabronione. Ale młodzi ludzie specjalnie, na przekór zakazom, czytali na tych spotkaniach Mickiewicza, Słowackiego, te wszystkie ogniste, patriotyczne wiersze. I właśnie wtedy pojawił się w jej życiu mój ojciec. Miał na imię Wiktor, był od niej starszy o 17 lat, prowadził Klub Aktora razem z Ludwikiem Sempolińskim. Przed wojną pracował naukowo na uniwersytecie, co pewnie mamie zaimponowało.

Na tych kompletach się poznali?

Nie wiem, gdzie się spotkali, ale opowiadała, jak kiedyś szli razem ulicą i miała na głowie beret gimnazjalny, który wiatr zrzucił do kałuży. Mój przyszły ojciec, widząc to, powiedział: „Nie podnoś, ja ci kupię sto takich beretów”. A obok stała kobiecina z wiadrem pełnym konwalii i on kupił mamie wszystkie te konwalie. Wystarczyły te dwa gesty, żeby w wieku 17 lat wyszła za niego za mąż. Wersja oficjalna była jednak taka, że mama zdecydowała się na tak szybkie zamążpójście, bo w czasie okupacji panny wywożono na roboty do Niemiec. W ten sposób wywinęła się z wywózki.

Ale kilka lat później i tak trafiła w tamte strony, przesiedlona wraz z rodziną na Ziemie Odzyskane.

Kiedy Rosjanie odbili Wilno z rąk niemieckich, powiedzieli, że tu już nie będzie Polski i ci, co chcą wyjechać, mogą to zrobić. Tysiące Polaków zostawiło wtedy swoje domy, cały dobytek. Wśród nich była także moja rodzina. Pierwszym transportem wyjechał ojciec ze swoimi rodzicami, z matką mojej mamy oraz moim małym dwuletnim bratem. Mamy z nimi nie było, bo siedziała w więzieniu, podejrzana o konspirowanie przeciwko nowej władzy. To były ostatnie miesiące wojny. Pamięta nazwisko majora, który ją przesłuchiwał i w końcu wypuścił. Major Kozłow. Wezwał ją kiedyś do siebie, a kiedy weszła zapłakana, po prostu powiedział: „Jesteś wolna”. Wybiegła. Miała na sobie tylko letnią sukienkę, a była wczesna wiosna...

Wróciła do domu, ale tam już nikogo nie było. Liczyła na to, że w skrytce za obrazem zostały kosztowności, dzięki którym utrzyma się przy życiu, ale skrytka też była pusta. Wyjechała więc z Wilna następnym transportem. Jechała dwa miesiące w bydlęcych wagonach, bez jedzenia. Zdarzało się, że pociąg stawał w szczerym polu i stał tydzień. Wtedy wszyscy jakoś się organizowali. Ktoś znalazł pompę, inni szli do wsi po coś do jedzenia. Po dwóch miesiącach podróży mama wysiadła w nocy w Świebodzinie, na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych.

Niemcy uciekali w popłochu, a Rosjanie plądrowali ich mieszkania. Na ulicach walały się stosy niemieckich książek, szkło z powybijanych szyb, gdzieś tam w oknie fortepian ze strunami zwisającymi niczym flaki... Takie opowieści bardzo działały na moją wyobraźnię. Niemal widziałam, jak mama idzie po tych książkach, po tym szkle. I nagle słyszy stuk, stuk, stuk... Zza rogu wyłania się bryczka, a woźnica na jej widok mówi: „Nina, co ty tu robisz?”. To był znajomy z Wilna! „Jak to co robię? Szukam Wiktora, rodziny” – odpowiada mama. I słyszy: „Oni są w Zielonej Górze”. Podwiózł ją na dworzec kolejowy, 50 kilometrów dalej wysiadła z pociągu w Zielonej Górze. I znowu błąkała się po pustych ulicach, nie wiedząc, gdzie ich szukać. I wiesz co? Nagle zobaczyła swoją matkę! Stała na drabinie i zrywała wiśnie. Krzyknęła: „Mamusiu!”. Moja babcia, jak to usłyszała, niemal spadła z drabiny. Szok, że w ten sposób odnalazła swoją rodzinę.

Inni nie mieli tyle szczęścia. Czasami latami szukali swoich bliskich przez Czerwony Krzyż.

Pewnego poranka, kiedy jadłam śniadanie przed szkołą, usłyszałam w radiu komunikat Czerwonego Krzyża, że ktoś poszukuje Janiny Szymkowskiej. Mojej mamy! Natychmiast jej o tym powiedziałam. Okazało się, że poszukuje jej koleżanka z Wilna. Miała na imię Raśka i była Żydówką. Razem siedziały w ławce w szkole publicznej, do której mama chodziła, jak zamknęli gimnazjum nazaretanek. W czasie wojny Niemcy zamknęli Żydów w getcie, Raśka pewnej nocy stamtąd uciekła i przyszła do mojej babci. Jeden pokój zajmował esesman. W chwili kiedy Raśka stukała w nocy do drzwi, hitlerowiec spał za ścianą. Na szczęście niczego nie słyszał. To było bardzo ryzykowne, bo za pomoc Żydom groziło rozstrzelanie. Raśka spytała, czy babcia może jej dać dokumenty zmarłej córki, siostry mojej mamy. Całej jej rodzinie udało się uciec i po wojnie szukała mojej mamy, żeby odwdzięczyć się za uratowanie życia. W tej chwili mieszkają w Nowym Jorku, piszą do nas listy, zapraszają. Córka Raśki, Helen Mitsios, przysłała mi niedawno książkę „Waltzing with the Enemy”, którą napisała razem ze swoją mamą. Jest w niej historia okupacji, ucieczki. Są też dokumenty siostry mojej mamy, dzięki którym Raśka się uratowała. Zleciłam tłumaczenie tej książki i nagranie audiobooka dla mojej mamy. Już słabo widzi i sama nie przeczyta.

Mama opowiadała ci, jakie były ich pierwsze dni w Zielonej Górze?

Stalin przyłożył linijkę do mapy i zabrał wschód Polski, w zamian oddając ziemie zachodnie, które z kolei odebrał Niemcom. Polacy ze Wschodu jechali całymi tygodniami, w końcu wysadzano ich tam, gdzie zatrzymywał się pociąg. W przypadku mojej rodziny to była Zielona Góra. Oczywiście, mama opowiadała mi o tamtych dniach, bardzo mnie to fascynowało. Miasto było puste, opuszczone przez Niemców, którym kazano się wynosić, choć niektórzy długo jeszcze ukrywali się po piwnicach. Moja rodzina zajęła jeden z takich opuszczonych domów. Na noc trzeba było barykadować drzwi, bo grasowali szabrownicy. Kradli, co się dało, a było tego dużo, bo Niemcy w pośpiechu wszystko zostawiali – meble, porcelanę, sztućce, ubrania... A że nasze mieszkanie było już wcześniej okradzione, to moja rodzina również musiała w nocy szabrować, żeby znaleźć jakieś krzesła, cokolwiek, żeby żyć.

Mama była młoda, miała 20 lat, więc z innymi młodymi szukała mocnych wrażeń. Niemcy czasem straszyli nowych mieszkańców miasta, więc i oni chodzili ich straszyć. Kiedy dowiedzieli się na przykład, że Niemcy ukryli się w jakimś domu, to szli tam nocą, trzymając się ze strachu za ręce. Słyszeli, jak Niemcy przesuwają jakieś łańcuchy, robią hałas, palili też magnezję, więc były wybuchy – to musiało być fantastyczne przeżycie, jak w horrorze. Nagle usłyszeli kroki, więc zaczęli w popłochu uciekać. Wyskakiwali przez okno, niby na parterze, ktoś złamał nogę... Niezwykłe historie. Mama opowiadała mi też, że pod miastem było dużo podziemnych tuneli, które łączyły się z Berlinem. I oczywiście, pewnej nocy postanowili zwiedzić taki tunel. Weszli do niego, paląc gazety, żeby sobie oświetlić drogę, a tu... tory kolejowe, a na nich przewrócona lokomotywa. To była poważna sprawa, poważny transport. Nagle usłyszeli dźwięk jadącego tunelem motocykla i w panice chodu z powrotem do wyjścia! Tak wyglądały jej pierwsze miesiące na tych terenach. Przygody, które musiały być bardzo ekscytujące.

Niezłą przygodą musiały być też dla niej twoje narodziny.

Urodziłam się 8 grudnia 1945 roku, miesiąc przed terminem, na skutek niefortunnego upadku mamy ze schodów w magazynie księgarni. Następnego dnia mama miała ochotę na kołduny, zjadła ich 50 i ja się urodziłam. (śmiech) Swoją drogą, to ciekawe, że moja córka Kasia też urodziła się po zjedzeniu przeze mnie kołdunów... Kołduny to nasza kultowa, rodzinna potrawa. Ochrzcili mnie wiosną, kiedy wokół domu zakwitły magnolie. Matką chrzestną została panna Sołowiejówna, polonistka, nauczycielka mojej mamy z wileńskich nazaretanek, a ojcem chrzestnym matematyk, Albin Szymański. Do chrztu wiózł nas porucznik Krwawicz, przyjaciel rodziny, wojskową bryczką, zaprzężoną w dwa ogniste siwki. W pewnym momencie konie poniosły, spłoszone dźwiękiem silnika jedynego w mieście samochodu. Ucierpiał tylko porucznik, który rozbił głowę.

Co robił w Zielonej Górze twój ojciec?

Został prezydentem miasta, choć to była jeszcze mała społeczność, Polaków mogło tam być kilkuset zaledwie. Był też dyrektorem szkoły, pierwszego powojennego liceum w Zielonej Górze, oraz otworzył księgarnię. Ale w 1948 roku młode komunistyczne władze polskie wsadziły go do więzienia za wileńską działalność polityczną. Zapieczętowali cały dom, wszystko zabrali i mama została z dwójką małych dzieci.

Długo siedział?

Prawie osiem lat. Objęła go dopiero amnestia w 1956 roku, w ramach odwilży po śmierci Stalina. Pomimo że miał dwa fakultety, był prawnikiem i entomologiem, nie mógł znaleźć pracy. Jedyną propozycją, jaką dostał, było objęcie posady nocnego stróża na parkingu w Poznaniu. (śmiech) Żył więc z łapania motyli i innych owadów, które preparował i wsadzał do gablot – robił naukowe dla szkół. Wstrętne owady, nie cierpię ich do dzisiaj...

Po wyjściu z więzienia wrócił do was?

Wrócił, ale na moment. Rozwiedli się i ojciec zamieszkał ze swoimi rodzicami w Bydgoszczy. Podzielili też między siebie dzieci. Ja zostałam z mamą, a ojciec miał się zaopiekować Jurkiem, moim bratem. Tak się nim zaopiekował, że oddał go do szkoły rolniczej z internatem. Tam zaczęły się karty i różne inne sprawki... Przyznaję, że nie cierpiałam z powodu wyjazdu brata, bo, po pierwsze, mnie lał, a po drugie, miałam mu za złe, że nie zabiera mnie do parku we Włocławku, nad Zgłowiączkę, na ryby. Utrzymujemy z Jurkiem kontakt, ale słaby.

Kiedy jedyny żywiciel rodziny został uwięziony, mama musiała iść do pracy?

Jeszcze przed ojca aresztowaniem mama bardzo chciała w końcu zrobić maturę i studiować w Akademii Sztuk Pięknych. Chyba nawet zaczęła, z tego, co wiem, bo jeździła do Poznania. Była młodą, ładną kobietą i ojciec był o nią zazdrosny, dlatego jej edukacja bardzo szybko się skończyła. Jak go wsadzili i wszystko nam zabrali, mama dała ogłoszenie do gazety, że szuka pracy. Doświadczenia, poza tą księgarnią, nie miała, ale po wojnie brakowało rąk do wszystkiego i dostała bardzo dużo ofert. Pierwsza nadeszła z Włocławka i mama uznała, że musi ją przyjąć. Wsiedliśmy więc do pociągu – mój brat, mama, babcia i ja. Miałam trzy lata, ale pamiętam kilka obrazów z tej podróży. Teraz wiem, że jechaliśmy przez Wrocław. Pamiętam te straszne ruiny. Kiedy dotarliśmy wreszcie do Włocławka, okazało się, że jest problem z mieszkaniem. W końcu dostaliśmy kwaterunek – jeden pokój przy zamożnej żydowskiej rodzinie Gąsiorowskich. Widocznie państwo polskie uznało, że trzy pokoje to za dużo dla jednej rodziny, więc jeden im zabrali i nas tam wsadzili. Łazienka była wspólna, kuchnia też.

Jak państwo Gąsiorowscy was przyjęli?

Kolegowałam się z ich córką Fredzią. Pamiętam, że ciągle mówili, że wyjeżdżają do Palestyny, i w końcu tak się stało, choć Fredzia podobno później zamieszkała w Nowym Jorku. Pamiętam też, że zapraszali nas na czerninę, ale w życiu nie wzięłabym tego do ust. To jest taka czarna zupa z krwi kaczki, jak dla wampira. U Gąsiorowskich stał fortepian, obok duże palmy – marzenie mojego życia: mieć fortepian i palmy. Zrealizowałam je niedawno! Kupiliśmy synowi fortepian, stary, który bez przerwy trzeba stroić, i dwie ogromne palmy, które koty czasem podgryzają.

Oni mieli tę swoją czerninę, a wy? Przywieźliście z Wilna jakieś kulinarne tradycje?

Oczywiście. Gotowała babcia i była w tym świetna, fantastyczna. Wychowałam się na jej zupach i dlatego dla mnie do tej pory zupa to podstawa. Zupy były codziennie. Często była też kiszka ziemniaczana. Kartofle ucierało się jak na placki kartoflane, dorzucało cebulę i boczek, a może słoninę, i tym nadzieniem napychało kiszkę, czyli kupione wcześniej naturalne jelita. Potem do piekarnika, żeby była rumiana i chrupiąca. Robiło się też babkę kartoflaną, czyli sam taki farsz wkładało się w formę i do piekarnika. Do dzisiaj takie potrawy można spotkać na wschodzie Polski. To wprawdzie prawdziwe bomby kaloryczne, ale taka jest wschodnia kuchnia. Pamiętam też cepeliny, czyli takie wielkie kluski z surowych kartofli nadziewane zmielonym, surowym mięsem wieprzowym z dużą ilością majeranku. Potem się to gotowało i polewało słoninką. Mniam!

A jakie zupy?

Przeróżne, wszystkie zupy świata. Nie, nie świata – polskie zupy! Krupnik, kapuśniak ze świeżej kapusty z pomidorami, rosół, pomidorowa, fasolowa, a na upały chłodnik. No i kołduny. Fantastyczne kołduny, które robiła moja babcia, pod warunkiem że dostała łój nerkowy, wołowy, który jest podstawą. To taki kruchy biały tłuszcz, który jest przy nerce. Bez łoju to nie kołduny, tylko amatorka. Łój mieli się razem z mięsem, najlepiej z polędwicą wołową, dodaje bardzo dużo majeranku, do smaku pieprz, sól, troszkę zimnej wody. A ciasto jak na pierogi. Kołduny były u nas zaledwie kilka razy w roku, bo to czasochłonne zajęcie – trzeba było ulepić 200 pierogów, po 50, 60 na głowę. Na kołduny przychodziła do nas przyjaciółka mojej mamy, pani Maria Potocka. Jej mąż był po wojnie wiceprezydentem rządu na uchodźstwie, w Londynie. Pani Maria miała na głowie beret, jak generał francuski, przechylony na bok, i męskie buty. Grała na skrzypcach i bardzo rubasznie się śmiała. I uczyła mnie francuskiego. Moja babcia jej nie lubiła, była zazdrosna o przyjaźń mamy z panią Marią. Mimo to pani Maria zawsze była zapraszana na kołduny. Do nich lubiła sobie wypić. Na Wschodzie robiono nawet zawody w jedzeniu kołdunów. Wańkowicz kiedyś opisywał takie polsko-litewskie zawody. Litwin zjadł 101, więc dopingują Polaka: „Zjedz jeszcze jednego, żeby przebić tego Litwina!”. A on na to: „Już nie mogę, na pierwszym siedzę”. Zawsze się u nas powtarzało ten dowcip. Ale też zawsze liczyło, ile się zjadło.

W waszym domu panował kult Wilna? Przekonanie, że tam było lepiej?

Nie lepiej, to po prostu tęsknota. Włocławek nie jest najpiękniejszym miastem, a Wilno to perełka z piękną architekturą. Dziś prawie na każdym budynku wisi tabliczka, że to zabytek klasy „0”. Jest w nim 40 kościołów, a wszystkie z charakterem, w większości barokowe i gotyckie. Są malownicze zaułki, sklepienia, łuki... Wilno to miasto z niesamowitym klimatem. Babcia całymi wieczorami mi o nim opowiadała, o wszystkich ulicach, którymi chodziła. Z jej opowieści poznałam całą topografię Wilna.

U Gąsiorowskich nie zagrzaliście długo miejsca.

Wiecznie się przeprowadzaliśmy. Wszędzie panowały siermiężne warunki. Bez łazienki, z zimną wodą w kranie. Od rana paliło się w piecu. Rano było tak zimno, że ubierałam się pod kołdrą. Kiedy moja mama po raz drugi wyszła za mąż, za inżyniera z Włocławka, kupili mieszkanie spółdzielcze: dwa pokoje, przedpokój i łazienka. To był raj. Bieżąca, gorąca woda, wanna! Mimo że mieszkałam w jednym pokoju z babcią i spałam na polówce, to jednak było coś.

Z pracy, za którą przejechaliście pół Polski, mama szybko zrezygnowała, prawda?

Po pracy w księgarni mama znalazła zajęcie w pracowni dekoratorskiej Państwowej Spółdzielni Spożywców. Tu mogła wykorzystać swoje zdolności plastyczne. Urządzała witryny sklepowe, co w czasach, kiedy półki świeciły pustkami, stanowiło nie lada wyzwanie. Musiała jakoś wyeksponować towar, chociaż go wewnątrz nie było. Musiała też pilnować kalendarza świąt państwowych. Należało inaczej udekorować wystawę na 1 Maja, a inaczej na Dzień Zwycięstwa... Była utalentowana, ciągle wygrywała jakieś konkursy. Jeździła też na kursy dekoratorskie, np. na miesiąc do Karpacza, a więc bardzo daleko, gdzie uczyła się papieroplastyki i liternictwa. Pamiętam też, jak malowała ogromne głowy – Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, które potem wisiały na kamienicach. Malowała również obrazy – miała nawet swoje wystawy we włocławskim muzeum. Mama ciężko pracowała, nocami długo paliło się światło, mama dorabiała, malując ręcznie pocztówki świąteczne.

Kto w tym czasie się tobą zajmował?

Babcia. Chodziłam do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne. Inne przedszkola podlegały Towarzystwu Przyjaciół Dzieci i były komunistyczne, świeckie. W moim przedszkolu panował prawdziwy reżim, zakonnice były niedobre – biły nas po łapach, stawiały w kącie, mnie szczególnie często, bo już wtedy byłam straszną śmieszką. Wiecznie musiałam za karę klęczeć przodem do ściany, z rękami podniesionymi do góry. Ale ja też wymyśliłam dla nich karę. Każde dziecko w przedszkolu miało swoją szafkę. Do swojej codziennie wkładałam deser, na przykład jabłko. One tam widocznie nie zaglądały, bo kiedy ostatniego dnia zajęć przed wakacjami otworzyłam swoją szafkę, wyleciał z niej rój much. Z drugiej strony, miałam fazę, żeby zostać zakonnicą. Miały takie fajne kostiumy – długie, fruwające szaty, w których wyglądały bardzo tajemniczo, no i te łabędzie nakrycia głowy... Na szczęście ta fascynacja trwała krótko.

Jak wspominasz szkołę podstawową?

Z powodu przeprowadzek ciągle zmieniałam szkołę. Pamiętam, że do jednej z nich chodziła taka dziewczynka, która była gamoniem z WF-u. I ja ją za to biłam skakanką. Uciekała do łazienki, ja ją goniłam i łubudu. Biłam ją, bo nie mogłam znieść, że jest taka niekumata, taka tępa. Moi muzycy powiedzieliby ci, że zostało mi to do dzisiaj. Nie znoszę przeciętniactwa, nie znoszę, jak ktoś jest gorszy ode mnie, nie mogę zrozumieć, dlaczego ja coś łapię, a ktoś nie nadąża.

Naprawdę byłaś łobuziarą.

Oj, tak. Wiesz, wtedy nie było telewizorów, komputerów, życie toczyło się na podwórku. Bawiliśmy się, urządzaliśmy sobie różne zawody banda kontra banda. Ja byłam hersztem jednej z band. Pamiętam zawody we wchodzeniu po rusztowaniach na czwarte piętro. Tak się złożyło, że w tym czasie moja babcia robiła nieopodal zakupy, na rynku, przy którym mieszkaliśmy. W pewnej chwili ktoś jej pokazał, jak się wspinam. Zamarła. Oczywiście, opowiedziała o tym mamie i była afera.

Zabawy mieliśmy dzikie. Na pierwszym miejscu było drażnienie dozorcy. Wystarczyło podbiec pod jego okno, a potem wskoczyć na obudowaną deskami pompę i potupać. Ganialiśmy również za dorożkami i czepialiśmy się ich z tyłu. Trzeba było tylko uważać, żeby nie oberwać batem od woźnicy i nie wpaść pod samochód. Moją ulubioną była dorożka z numerem 17.

Po lekcjach chodziliśmy z kolei na skałki. We Włocławku jest słynna fabryka celulozy, gdzie był zresztą kręcony film „Celuloza” według Newerlego. Wszystkie ścieki fabryczne wpuszczali do Wisły, one kamieniały przy brzegu i tworzyły się takie sztuczne rude skałki. Były kruche i dziwne, taki pejzaż księżycowy. Skakaliśmy po nich, oczywiście czasem wpadając do wody. Była tam też przycumowana łódka jakiegoś wędkarza. Wchodziliśmy na tę łódkę, stawaliśmy na jej brzegach i zaczynaliśmy się kołysać. Niezłą zabawą było też chodzenie po przęsłach wysokiego mostu, górą. Albo wagary po drugiej stronie Wisły. A rzeka we Włocławku jest bardzo szeroka i wartka. No więc tam były z kolei tak zwane główki wędkarskie, usypane z kamieni. Pamiętam, że kiedyś po zimie odkryliśmy, że jedna z główek jest przerwana, i od razu zaczęła się zabawa, czyli przeskakiwanie z jednej połówki na drugą. Niezła frajda! Ale niebezpieczne to było, bo kamienie śliskie, a nurt wartki i wiry tuż obok.

Zimą natomiast chodziliśmy na lodowisko. Na jednym z placów wylewano wodę, w mroźne dni zamarzała, wtedy włączano głośnik z muzyką, stawiano jakiegoś ciecia i wszystkie dzieci szalały na łyżwach. Pożyczało się je u tego ciecia i przykręcało kluczykiem do butów, na żabki. Ja takich butów nie miałam, więc brałam za duże mamy i hopla na lód. Bardzo chciałam też jeździć konno. No ale gdzie znaleźć konie? Kiedy byłam przedszkolakiem, jeździłam z babcią do Mysłakowic pod Jelenią Górę. Tam mieszkał jej brat, który wrócił ze zsyłki na Syberię. Z jednego wyjazdu do wujka Stasia mam zdjęcie – siedzę na koniu. (śmiech) Matka mojej koleżanki Hani wyszła za mąż za weterynarza z Kowala pod Włocławkiem i oni też mieli konia. Dojeżdżałam do nich autobusem.

Sport był dobrym pomysłem na skanalizowanie twojego temperamentu.

Na zajęcia baletowe zostałam zapisana w wieku sześciu lat, do tego grałam w teatrzyku dziecięcym, tańczyłam. Sport zaczęłam uprawiać już w piątej klasie podstawówki. Lekkoatletykę. To był tani sport i przez to masowy. Zrobili nam dzień wolny w szkole, wszystkich spędzili na boisko i urządzili sprawdzian. Trójbój: rzut piłeczką palantową, bieg na 40 metrów i skok w dal. Cała szkoła musiała przejść ten test. Rzucanie piłeczką mi nie szło, ale i tak się zakwalifikowałam i zaczęłam ćwiczyć w Szkolnym Klubie Sportowym. Stamtąd trafiłam do MKS-u, czyli Międzyszkolnego Klubu Sportowego. Wtedy zaczęły się obozy sportowe, wyjazdy na zawody. Później, chyba w siódmej klasie, należałam już do Włocławskiego Klubu Sportowego „Kujawiak” – treningi na stadionie, właściwie codziennie. W pierwszej klasie liceum jako 14-latka wygrałam pierwsze poważne zawody w Olsztynie, Mistrzostwa Polski Północnej. Zostałam mistrzynią w biegu przez płotki! Jednak potem, z powodu dużych problemów z matematyką, dali mi szlaban na treningi, no i nie mogłam poprawić wyniku. Tak więc matematyka przeszkodziła mi w karierze sportowej. (śmiech)

Co dawał ci sport? Rywalizacja sprawiała ci przyjemność?

Kiedy masz sukcesy, sport wciąga. Bardzo lubiłam te codzienne treningi. Dwa razy w tygodniu były tak zwane zabawy biegowe, duże i małe, czyli szlifowanie kondycji. Wokół Włocławka są piękne lasy i biegaliśmy po tych lasach. Zima, nie zima, a my w dresach i trampkach 20 kilometrów po lesie. W takich tanich, polskich trampkach – płótno i cieniutka gumowa podeszwa – zwanych też pepegami. Nazwa stąd, że produkowały je zakłady, które nazywały się Polski Przemysł Gumowy. No więc, jak się biegło w tych pepegach po śniegu, to po minucie były mokre na wylot. Dresy z kolei były ohydnymi brązowymi więziennymi worami. Dostawaliśmy je od klubu. A ponieważ chciałam dobrze wyglądać, sama robiłam sobie „dół” do biegania. To znaczy kupowałam męskie kalesony, zaszywałam rozporek, farbowałam na czarno i legginsy gotowe. Potem wszystkie dziewczyny w klubie tak robiły. Tylko że ta farba puszczała. Wystarczyło trochę wilgoci i wszystko pod spodem miałam czarne, łącznie z nogami. Na zawody kostium szyła mi babcia, pod moje dyktando – białe spodenki z paskami z boku. Dobrze to wyglądało, jak obecny Adidas.

A jak wyglądało zaplecze klubu?

Warunki w „Kujawiaku” były dość siermiężne: w szatni wybite szyby, strasznie zimno, kibelek bez zamykanych drzwi, oczywiście z gazetą na gwoździu. Ale to w ogóle nie miało znaczenia, ważne było tylko to, żeby pobiegać... Poza tym podkochiwałam się w trenerze i byłam jego pupilką. Nazywał się Wiesław Augsburg i miał nowatorskie metody szkoleniowe.

Na czym polegały?

Już na początku lat 60. wprowadził w klubie bieg przez płotki, ćwiczenia techniczne, profesjonalną rozgrzewkę, rozciąganie. Ciągle uczestniczył w różnych kursach trenerskich i przywoził z nich nowinki, na przykład biegi w terenie: 20 kilometrów z elementami skoku w dal z wysokiej skarpy w lesie. To był długi lot i można było w powietrzu ćwiczyć różne elementy. No i miałyśmy wyniki. Ja na przykład, po miesięcznym zaledwie obozie, wygrałam bieg na 80 metrów przez płotki na Mistrzostwach Polski Północnej w Olsztynie.

A więc już wiemy, skąd się wziął w twoim życiu sport. A śpiewanie?

Tradycja rodzinna. Babcia śpiewała w chórze w kościele Świętego Ducha w Wilnie. Pamiętam też wspólne, wieczorne śpiewanie w domu. Miałam ze cztery lata, może pięć. Śpiewałyśmy na głosy kolędy i takie pieśni jak „Hej, sokoły” czy „Przybyli ułani pod okienko”. Dlatego wiele lat później wydałam „Marysię biesiadną”, przez sentyment do tamtych lat. Mama śpiewała też w chórze działającym przy PSS-ie, zabierała mnie na próby. Stamtąd pamiętam między innymi „Suliko”, ulubioną pieśń Stalina, „Klon zielony”, „Mołdawiankę”... Słuchałam tych pieśni z zapartym tchem, aż w końcu pozwolono mi zaśpiewać na jakiejś akademii „Malagueñę”.

Pierwszy sukces?

Niezupełnie. Wszyscy byli oburzeni, jak taka mała dziewczynka może śpiewać damsko-męski tekst, w którym... „twój cień już mój cień całuje”. Jak moja matka mogła do tego dopuścić? Skandal w PSS-ie!

To był twój publiczny debiut?

Zaczęłam śpiewać na koloniach letnich PSS-u. Mama nie miała pomysłu, co ze mną zrobić, więc kiedy skończyłam sześć lat, zaczęła mnie wysyłać na te kolonie. Wsadzali nas na odkrytą pakę ciężarówki i wywozili do wsi Smulnik koło Włocławka. Mieszkaliśmy w szkole, w każdej klasie stało 20 łóżek. Myliśmy się w miskach w zimnej wodzie, a toaleta była na zewnątrz. Toaleta to za dużo powiedziane. To była murowana wiata, bez drzwi, w środku dziura w podłodze, a na ścianie gazety na gwoździu. Wyjście tam w nocy to była masakra. Tym bardziej że w nocy zamykali nas na klucz. Pamiętam też, że cienko nas karmili, ciągle chodziliśmy głodni. No i na tych koloniach opiekunki musiały nas czymś zająć. Graliśmy w kamienie, chodziliśmy do lasu, były jakieś zawody sportowe, ale też występy. Polegało to na tym, że dzieci się zbierały, a ja się popisywałam. (śmiech)

Co śpiewałaś?

Wtedy śpiewało się piosenki ludowe, z repertuaru Śląska czy Mazowsza. Zresztą mniej więcej w tamtym czasie któryś z tych zespołów, chyba Mazowsze, przyjechał do Włocławka. Robili nabór małych dzieci, były przesłuchania i zakwalifikowałam się, ale mama doszła do wniosku, że jestem za młoda na mieszkanie w internacie, miałam sześć lat. Chyba miała rację.

Rozwijałaś również talenty aktorskie.

O tak. Pani od polskiego zapisała mnie do kółka recytatorskiego. Jeździłam na konkursy, recytowałam Broniewskiego... Grałam też w teatrzyku dziecięcym. Dekorację robiła moja mama, charakteryzację babcia, a ja grałam główne role. Pamiętam przedstawienie, w którym byłam kominiarczykiem. Babcia uszyła mi kostium – na plecach miałam drabinkę, a na głowie czarny cylinder. To było takie fajne, że mama postawiła mnie potem w tym stroju w witrynie sklepowej. Stałam nieruchomo, tylko jak ktoś przechodził, wykonywałam jakiś szybki ruch. Ludzie byli zszokowani. Takie to były pionierskie pomysły mojej mamy.

W końcu trafiłaś do szkoły muzycznej.

W piątej klasie. Sama się zapisałam. Poszłam na egzaminy, chciałam grać na skrzypcach. Okazało się, że mam bardzo dobry słuch. To była popołudniowa szkoła. Miałam zajęcia z chóru, solfeż i instrument dodatkowy – fortepian. Niestety, nie miałam na czym ćwiczyć, czasem koleżanka mamy pozwalała mi poplumkać na swoim fortepianie. Ale ze skrzypiec, na których grałam cztery lata, byłam zawsze najlepsza, chociaż niewiele ćwiczyłam. Mój nauczyciel wiązał ze mną wielkie nadzieje, chciał, żebym poszła do średniej szkoły muzycznej w Bydgoszczy. Nawet na wakacje dawał mi zadania i mówił, że przy każdej etiudzie mam zapisywać datę, którego dnia ćwiczyłam. Pod koniec wakacji wzięłam z babcią te nuty i wpisałyśmy fikcyjne daty. W dowód sympatii nauczyciel organizował dla mnie po lekcjach kwartet smyczkowy. Bardzo wzruszało mnie takie brzmienie. Pozostało mi to do dzisiaj. Brzmienie smyczków doprowadza mnie do łez.

A z muzyką popularną miałaś kontakt?

W domu mieliśmy Teslę, niewielkie czeskie radio. W latach 50. Polskie Radio puszczało głównie ludowiznę, zespoły Mazowsze i Śląsk. Ja to wszystko znam na pamięć i wzruszam się zawsze, kiedy słyszę Mazowsze. To miłe wspomnienia, melodie bardzo bliskie mojemu sercu. Były też polskie piosenki z epoki przedrockandrollowej – nawet jeśli nagrywane po wojnie, to według przedwojennych reguł. Wydaje mi się, że przedwojenne pokolenie kompozytorów i muzyków, takich jak Szpilman, było bardzo zapatrzone w Amerykę, w swing. Przemycali te brzmienia, robili świetne swingowe aranże, nagrywali z big-bandami. Pamięć o muzyce płynącej wtedy z radia kazała mi nagrać płytę „50”, z piosenkami, które wówczas znałam i które wywarły na mnie wielki wpływ, jak „Czerwony autobus”, „Pożegnanie z morzem” czy „Cicha woda”. Najpiękniejszym głosem była wtedy dla mnie Marta Mirska, wokalistka o głębokim alcie. No i niezrównana Maria Koterbska, która swingowała jak nikt.

Kiedy zaczęły docierać do was nowinki z Zachodu?

Pod koniec lat 50. na ekrany wszedł angielski film „W rytmie rock and rolla”. Byłam na nim chyba z 10 razy w kinie Victoria we Włocławku. Tommy Steele, główny bohater, nie dość, że śpiewał i grał na gitarze, to jeszcze skakał po dachach samochodów. Każdy tak chciał!

Tommy był twoim idolem?

Zafascynowała mnie atmosfera nowej muzyki. Chciałam jak Tommy grać rock’n’rolla. Wszystkim się to udzieliło. Młodzi ludzie, moi rówieśnicy, mówili: „Już nie chcemy swingu, chcemy właśnie takiej muzyki”.

Czemu to było takie fajne?

Bo było nasze, związane z nowym pokoleniem. Nowe, radosne, świeże. Rock’n’roll po prostu jest pełen energii i zawsze taki będzie. Ma moc rażenia. Nie chodziło nam o bunt, o robienie komuś na złość. To po prostu było nowe i wspaniałe. Jednak informacje o nowej muzyce docierały do nas bardzo powoli, ciągle nam było mało. Na placu Wolności we Włocławku stał ogromny megafon i pamiętam, jak kiedyś szłam przez miasto i usłyszałam z tego megafonu piosenkę „Speedy Gonzales” Pata Boone’a, z tym meksykańskim wstępem. Po prostu zwariowałam! Potem zobaczyłam w telewizji, na festiwalu w Sopocie, Karin Stanek. Wyskoczyła na scenę z wielką białą gitarą i śpiewała „Malowana lala”. Nie miałam wtedy gitary, ale pożyczyłam od kolegi i zaczęłam coś tam próbować. Potem pojechałam na obóz sportowy i bez przerwy śpiewałam „Malowaną lalę”, aż w końcu koleżanka usiadła mi na gitarze i to był finał moich występów. Ale połknęłam bakcyla i jakiś czas później już miałam swoją własną gitarę.

Kiedy radio zaczęło grać rock’n’rolla?

Na początku lat 60. Wtedy pojawiły się w Polskim Radiu pierwsze piosenki Billa Haleya, Neila Sedaki, Pata Boone’a. To był szał, coś zupełnie innego. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie Wanda Jackson. Jak ona ryczała „Fujiyama Mama”! Oczywiście, też zaczęłam śpiewać tę piosenkę, z polskim tekstem, który sama sobie napisałam. Pojawiły się nowe audycje: „30 minut rytmu” Marka Gaszyńskiego i Radiowe Studio „Rytm” Witka Pogranicznego i Andrzeja Korzyńskiego, który już wtedy miał zespół Ricercar 64 i nagrywał bigbitowe numery. Słuchało się też audycji Lucjana Kydryńskiego „Rewia piosenek” – z uchem przy radiu zapisywaliśmy tytuły i nazwiska wykonawców. Próbowałam również łapać Radio Luxembourg. Wtykało się w radio spinki do włosów, radio trzeszczało, z trudem łapało się fale. Pożyczałam też od mojej koleżanki magnetofon szpulowy i nauczyłam się nagrywać. Z gitarą w ręku małpowałam amerykańskie hity. W końcu zaczęły do nas docierać płyty. Nie do sklepów, do znajomych. Chodziliśmy na przykład do mojego narzeczonego, na wagary. Jego ojciec był dyrektorem banku, a brat jeździł do Londynu i przywoził stamtąd płyty. Urządzaliśmy więc u niego prywatki. Jakieś tanie wino, gramofon Bambino z zielonym oczkiem, gasło światło i wiesz... tanga-przytulanga.

Jak wspominasz lata licealne? Ten fajny czas, kiedy płynnie przekracza się granicę między dzieciństwem a dorosłością.

Fantastyczny, szczególnie towarzysko. We Włocławku były dwa dobre licea. Liceum im. Marii Konopnickiej mieściło się w starym, przepięknym przedwojennym budynku, a Liceum Ziemi Kujawskiej w gotyckim budynku z czerwonej cegły z dziewiętnastego wieku. Przed wojną to pierwsze było żeńskie, a to drugie męskie i właśnie dlatego LZK bardziej mnie pociągało. Zdawałam więc egzaminy od Liceum Ziemi Kujawskiej i choć bardzo słabo poszła mi matematyka, jakoś mnie przepchnęli. Do wyboru były trzy klasy: z łaciną, francuskim i chyba z niemieckim. Wybrałam francuski, ponieważ wcześniej pani Maria uczyła mnie właśnie francuskiego. Zresztą taka była moda, Polska była wtedy frankofilska. Muzyka francuska, literatura, Flaubert, Sagan... Bardzo dobrze mi szło z polskiego, pisałam niezłe wypracowania, ale na klasówki potrafiłam też robić zawodowe ściągi. Zapisywałam w domu takie duże arkusze i w klasie na bezczela kładłam je sobie po lewej stronie, że to już niby zapisana kartka. Natomiast z chemii, fizyki i matematyki byłam absolutną nogą. Ścisłe przedmioty, wyprowadzania wzorów, kwasy solne z tymi wąsami... – nie mogłam tego w ogóle objąć rozumem. Z matematyką miałam problemy przez całe liceum, na każdy okres miałam dwóję. Zbliżał się koniec roku, a ja miałam trzy dwóje. Na gwałt potrzebne były korepetycje, więc mama znalazła jakiegoś młodego człowieka, zaraz po studiach, który mnie przy okazji molestował.

W twoim własnym domu?

Wszyscy wychodzili z domu, żebym mogła się skupić, a on wtedy się do mnie dobierał. Wstydziłam się komukolwiek powiedzieć. Nie poskarżyłam się więc, ale bardzo się broniłam przed tymi korepetycjami. Okropne to było. Żeby jeszcze jakiś stary dziad, to mogłabym zrozumieć, ale to młody chłopak był... Coś te korepetycje jednak mi dały, bo jakoś udawało się zdawać materiał przed końcem roku i tak przepychali mnie z roku na rok. Ale w klasie maturalnej było inaczej. Miałam przyjaciółkę Henię, której zazdrościłam dwóch rzeczy: ładniejszego fartuszka szkolnego i pysznego drugiego śniadania. Zawsze miała zielone soczyste jabłko i czasami dawała mi ugryźć. Także świeżutką bułkę z szynką i chyba ogórkiem kiszonym. Jak to pachniało! No i kiedyś Henia powiedziała, że mnie podszkoli z matematyki przed maturą. Podjęła się trudnego zadania. Przychodziła do mnie i... słuchałyśmy płyt. Ona była fanką Presleya, więc nim mnie katowała, a ja ją Cliffem Richardem i The Shadows. Ale oprócz słuchania muzyki naprawdę wkuwałyśmy tę matematykę, tłumaczyła mi geometrię czy trygonometrię dotąd, aż zaczęłam łapać. Henia tak mnie wyszkoliła, że na maturze zrobiłam samodzielnie dwa zadania. Trzecie dostałam na linijce, czwartego nie zrobiłam. Dostałam czwórkę, co było dla mnie naprawdę wielkim sukcesem.

Rozumiem, że matura z polskiego poszła gładko.

Oczywiście, wybrałam wolny temat i dostałam piątkę. Zawsze dużo czytałam. To pomaga rozwijać wyobraźnię i poszerza słownictwo.

Poproszę o listę lektur.

Kiedy byłam małą dziewczynką, babcia czytała mi Kraszewskiego, Rodziewiczównę i Sienkiewicza. Zwłaszcza Trylogia bardzo działała na moją wyobraźnię. Później był „Winnetou” Karola Maya i moja wielka miłość, nie do Old Shatterhanda, tylko do Winnetou właśnie. Ciągle tych Indian malowałam, na wszystkie zabawy szkolne przebierałam się za Indianina. Nie za Indiankę, za Indianina właśnie. Babcia mi szyła kostiumy z frędzlami, pióra farbowała... Do dzisiaj zostało mi zamiłowanie do etnicznych elementów, do folku.

A gdy już wyrosłaś z Karola Maya...

Zaczęłam podbierać książki mojej mamie. Miała ogromną ścianę książek. Stamtąd wyciągałam francuskie: Sagan, Remarque’a, ale też pisarzy amerykańskich, na przykład Hemingwaya, Steinbecka, Salingera. Polska inteligencja wtedy dużo czytała. Mama zabierała mnie też na wystawy malarstwa do włocławskiego muzeum. Często przychodziłam do jej pracowni dekoratorskiej. Pamiętam, jak ślęczała nad liternictwem, bo wszystko pisało się ręcznie, takim piórkiem, jak w japońskiej sztuce kaligrafii. Bardzo dobra w tym była. Przesiadywałam godzinami w zapachu farb, wśród ogromnych płacht brystolu...

Chciałaś studiować na Akademii Sztuk Pięknych, żeby pójść w jej ślady?

Bardzo chciałam studiować na ASP, ale głównie z powodu image’u. Wyobrażałam sobie, jak po ulicach spacerują piękne dziewczyny z tubami, w których trzymają rysunki. To wydawało mi się bardzo malownicze i niecodzienne... Tak naprawdę chodziło mi jednak o kluby studenckie. Wiedziałam, że tam się dużo dzieje, że prężnie działają, no i można pośpiewać.

Zdawałaś więc do ASP?

Tak, nawet dwukrotnie, do Krakowa i do Gdańska.

Czemu od razu nie poszłaś na AWF? Myślałem, że sport był dla ciebie najważniejszy.

Najważniejsze było śpiewanie. Jeszcze w liceum kolega pokazał mi parę chwytów na gitarze i zaczęłam sobie akompaniować. Pierwszym numerem w moim repertuarze była „Diana”, nieudolnie zresztą zagrana. Nie umiałam tak szybko zmieniać akordów, palce wchodziły mi pomiędzy struny. Potem Jacek Dombrzalski, ten sam kolega, który pokazał mi pierwsze funty, zaprosił mnie do domu kultury na przesłuchania do zespołu dixielandowego. Muzyka nowoorleańska była wtedy szczytem mody, więc w domu kultury zaczęłam śpiewać oczywiście standardy nowoorleańskie. Miałam wtedy fana, który przychodził regularnie na nasze występy i wystawiał mi noty za urodę, za wygląd, za talent, zapisując je sobie w zeszycie. Surowy krytyk. Prowadził też listę moich przebojów, a potem, jak już zaczęłam śpiewać na poważnie, notował wszystkie listy, na których się pojawiałam. Do dzisiaj się do mnie czasem odzywa.

Później nasz zespół przeniósł się do Klubu Wioślarza – ładnego, starego, przedwojennego budynku nad Wisłą. Były tam też korty, ale nieczynne, bo w czasach komunistycznych granie w tenisa było źle widziane. W klubie odbywały się tak zwane fajfy, jak sama nazwa wskazuje, o godzinie piątej. Zespół przygrywał do tańca, a ja śpiewałam. Niedługo to jednak trwało, bo od dyrektora szkoły dostałam szlaban. Powiedział, że nie mogę śpiewać w mieście poza szkołą. Ciągle miałam przez to obniżaną ocenę ze sprawowania. Taki był reżim.

Mówisz, że śpiewanie było najważniejsze, a na Festiwal Młodych Talentów do Szczecina nie dojechałaś, bo wybrałaś zawody sportowe.

W 1962 roku odbyła się pierwsza edycja festiwalu, w której nagrody zdobyli m.in. Helena Majdaniec, Czesław Niemen i Wojtek Gąssowski. Później jeździli po całej Polsce jako tak zwana Złota Dziesiątka. Dali też koncert na stadionie kolarskim „Włocławianki”. Byłam zafascynowana tym, co zobaczyłam i usłyszałam. Pamiętam Czesława, wtedy jeszcze Wydrzyckiego, krótkowłosego, grającego latynoskie numery z gitarką. Gwiazdą była Halina Kunicka, a prowadzącym Lucjan Kydryński. Stałam z boku, żeby widzieć, co robią za kulisami, i... zobaczyłam, jak Kydryński pocałował Kunicką. Wow! – pomyślałam sobie – jakie oni mają życie! Ja tu randkuję na cmentarzu, podczas kiedy można się całować za kulisami! (śmiech)

Przy okazji koncertu odbyły się eliminacje do drugiej edycji festiwalu.

Tak, następnego dnia o 17 w domu kultury. Wzięłam w nich udział. Wykonałam utwór „My Bonnie Lies over the Ocean”, którego tekst zapisałam sobie wcześniej fonetycznie. Zaśpiewałam to na cztery czwarte, nie chciałam, żeby to był walc. I przeszłam do kolejnego etapu.

Kto cię przesłuchiwał?

W jury na pewno był Jacek Nieżychowski. Kilka lat temu spotkałam go w Szczecinie – pana po osiemdziesiątce jadącego na skuterze. Kiedy krzyknęłam: „Jacek!”, myślałam, że się przewróci. Niestety, już nie żyje. Szkoda, był zawsze taki aktywny. To jeden z pierwszych animatorów polskiego życia muzycznego.

Zaśpiewałaś i przeszłaś dalej.

Był problem z wyjazdem do Szczecina. Chodziłam do szkoły i mama mnie nie chciała puścić. W końcu się udało. Babcia uszyła mi sukienkę mini. Zaśpiewałam i dostałam się do finału, ale nie wzięłam w nim udziału. Wybrałam zawody.

Dlaczego?

Jeździliśmy na miesięczne obozy sportowe, które zawsze kończyły się zawodami. W 1962 roku, po takim obozie w Olsztynie, wygrałam zawody w biegu przez płotki. Rok później obóz znowu odbywał się w Olsztynie, na pięknym, nowym Stadionie Leśnym. Mieli pierwszą nawierzchnię tartanową w Polsce. Tym razem startowałam poza płotkami, w sztafecie, w której, jak wiadomo, biegną cztery zawodniczki. Czułam, że nie mogę ich zostawić, beze mnie nie było składu, więc zrezygnowałam z Festiwalu Młodych Talentów.

Czyli nie przedłożyłaś sportu nad muzykę, tylko zrobiłaś to z poczucia lojalności.

Lojalności i odpowiedzialności. Biegłam na ostatniej zmianie, komu by tę pałeczkę przekazały?

Żałowałaś później tej decyzji?

Żałowałam, ale przecież chodziłam jeszcze do szkoły, nie mogłabym jej rzucić i zacząć robić karierę. Mama nigdy by się na to nie zgodziła. Poza tym opóźnienie startu ma swoje dobre strony – kiedy w latach 80. Franciszek Walicki organizował koncerty dinozaurów, ja się nie załapałam. (śmiech)

Dużo było podobnych konkursów?

Zdarzały się. Dowiedziałam się w czasach licealnych, że Polskie Radio w Bydgoszczy organizuje konkurs wokalny. Pojechałam więc i chyba wygrałam te przesłuchania. Finał był w Toruniu, gdzie zaśpiewałam piosenkę Ludmiły Jakubczak „Gdy mi ciebie zabraknie”. Był szał i pierwsza recenzja w prasie mojego występu. Brałam też udział w konkursach plastycznych. Kiedy miałam 14 lat, pojechałam z mamą na wakacje do Gdańska. Codziennie jeździłyśmy kolejką do Sopotu. Mama lansowała się na plaży Grand Hotelu, była jeszcze przecież młodą laską. Poprosiła mnie nawet, żebym nie mówiła do niej „mamo”, tylko „Nina”, że niby jest moją siostrą. No więc przeczytałam z Niną w „Głosie Wybrzeża”, że w Sopocie na Monte Cassino są organizowane zawody w malowaniu na asfalcie. Mama postanowiła mnie zgłosić. Ustaliłyśmy, że namaluję plażę, siedzącą dziewczynę, wielką piłkę obok, parasol... Namalowałam i wygrałam. I znowu recenzja w prasie i moje zdjęcie. Kiedy wróciłam do Włocławka i poszłam na rozpoczęcie roku szkolnego, koledzy już wiedzieli, że wygrałam, bo przeczytali o mnie w gazecie. Miałam dobre wejście do I klasy liceum.

Miałaś talent, ale na ASP się nie dostałaś. Dlaczego?

Niby wiedziałam, że są jakieś kursy przygotowawcze, że trzeba mieć teczkę, ale niewiele robiłam, żeby ją zapełnić. Wiesz, co ja malowałam? Kupiłam sobie album „Konie” Piotra Michałowskiego i kopiowałam jego obrazy. W tym byłam dobra. Miałam więc mnóstwo koni i – o zgrozo! – Indian, a więc rzeczy, które nie bardzo nadawały się do teczki. Mama wymyśliła więc, że zapisze mnie do kółka plastycznego, działającego przy muzeum we Włocławku. Z przyjemnością chodziłam na te zajęcia, świetne były. Uczyli nas, jak się maluje martwą naturę, pejzaże, pamiętam też, że opanowałam technikę, która nazywa się taszyzm, czyli maluje się takimi ciapkami. Zabrakło jednak czasu i moja teczka wciąż była średnia. Złożyłam ją do Gdańska, ale nie została przyjęta. Rok później do Krakowa – to samo.

Co robiłaś w międzyczasie?

Mama miała już wtedy drugiego męża, inżyniera, który uważał, że muszę nauczyć się szacunku do pieniędzy, więc powinnam pójść do pracy. Nie miałam jeszcze 18 lat, byłam tuż po maturze, kiedy zaczęłam pracować jako inwentaryzator w PSS-ie. Praca zaczynała się bardzo wcześnie, o siódmej rano. Szłam więc z kapcia do biur, które mieściły się w nieciekawych barakach. Było ciemno i zimno, grzaliśmy się przy piecu kaflowym. Później wyznaczano ekipy, tak zwane trójki, i szliśmy na przykład do piekarni. Tam skakaliśmy po workach z mąką, licząc te worki czy jakieś palety. Albo do pasmanterii, żeby policzyć guziki. Prowadziłam też arkusze, w których wszystko zapisywałam, bardzo dużo liczb. Tak się wycwaniłam, takiej nabrałam wprawy, że do dzisiaj umiem bardzo szybko podliczyć kolumnę cyfr. Ale w sumie to była strata czasu. Beznadzieja.

Długo tam wytrzymałaś?

Dwa lata uczyłam się tego szacunku do pieniędzy. Polegało to na tym, że dostawałam pensję i od razu, pierwszego dnia, wszystko wydawałam. Biegłam do Cepelii albo w sklepie bławatnym kupowałam materiał, żeby uszyć sobie coś, co zobaczyłam w „Przekroju” u Barbary Hoff. Kiedyś miałam jazdę na sukienkę w kratę, do kolan, w której pozowała Monika Dzienisiewicz, żona Daniela Olbrychskiego. A wiesz, jaka była stylizacja? Przy nodze miała łańcuch i kulę, jak w więzieniu. Obok leżał na ziemi Daniel Olbrychski. Ale ja marzyłam o tej sukni, nie o Danielu. W końcu babcia uszyła mi podobną i pobiegłam w niej na zabawę do technikum zawodowego.

AWF pozwolił ci się wygrzebać z guzików.

Uparłam się na te kluby studenckie, a wiedziałam, że na AWF dostanę się z palcem w nosie. Chciałam też być weterynarzem w ogrodzie zoologicznym i leczyć małe zwierzątka, więc złożyłam papiery również na weterynarię w Warszawie. Trochę bałam się egzaminu z chemii, ale z biologii byłam dobra. Na AWF zdawałam wcześniej. Najpierw egzamin sprawnościowy, potem pisemne – z geografii, biologii i polskiego. Dobrze mi poszło. Potem była weterynaria. Oczywiście poległam na chemii, choć jeden fajny, młody asystent bardzo chciał mi pomóc. Zapytał mnie o coś związanego z węglem i nawet podpowiadał. Męczyłam się, męczyłam, nie chciałam go rozczarować, ale poległam. Za to na AWF-ie znalazłam się w pierwszej trójce najlepiej zdających i na zaprzysiężeniu niosłam sztandar. Przyjechała cała moja rodzina, syrenką ojczyma. Babcia była ze mnie bardzo dumna. Mnie jednak chodziło przede wszystkim o te kluby...