Wydawca: Świat Książki Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 259 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wariacje Tischnerowskie - Jarosław Makowski

Wariacje Tischnerowskie to książka uzdrawiająca. Jarosław Makowski

podążył za swym Mistrzem na szczyt, tam, gdzie oddycha się wolnością. I

wiarą, że można żyć lepiej w lepszym świecie. Że można być dobrym,

kochać, ufać, myśleć i rozumieć. Plaster na rany dla wszystkich

grzeszników, wątpiących i poszukujących.

Aleksandra Klich, „Gazeta Wyborcza”

Jarosław Makowski myśli, czuje i pisze Tischnerem. To świadectwo

wierności Kaznodziei „Solidarności” porusza i inspiruje w czasach, gdy w

polskim katolicyzmie Tischnera jest coraz mniej.

Polecam. Adam Szostkiewicz, Polityka

Ksiądz Tischner żyje! Co ciekawe – staje się inspiracją dla nowoczesnego

myślenia. A najpełniejszym dowodem jest książka Makowskiego, który łączy

wrażliwość człowieka myślącego o Bogu ze zdolnością zadawania

najtrudniejszych pytań. To tytuł dla wszystkich, którzy dążą do tego, by

dwa słowa: „myślenie” i „religia”, nie musiały „wywoływać przeraźliwego

zgrzytu”.

Witold Bereś (Polska Ma Sens)

Opinie o ebooku Wariacje Tischnerowskie - Jarosław Makowski

Fragment ebooka Wariacje Tischnerowskie - Jarosław Makowski

JarosławMakowski

Wariacje Tischnerowskie

Fragment

Sfery

Dla każdego i po coś

Zamiast wstępu: Mistrz

Po śmierci rabbiego Uriego ze Strzelisk rabbi z Kalewa zapytał jego ucznia, rabbiego Jehudę Cwi ze Stratyna, czego się nauczył od swojego mistrza. Rabbi Jehuda odpowiedział: Nauki mojego mistrza są jak manna, którą się spożywa i która w człowieku zostaje. Lecz gdy rabbi z Kalewa wciąż domagał się wyraźnej odpowiedzi, rabbi Jehuda rozdarł koszulę na piersi i zawołał: Zajrzyj do mojego serca! Tam są wyryte nauki mojego mistrza![1]

Martin Buber,

Tales of the Hasidim: The Later Masters

Nie bez bojaźni i drżenia ośmielam się nazywać księdza Józefa Tischnera swoim Mistrzem. Bojaźń ta wynika stąd, że nie byłem ani jego doktorantem, ani stałym uczestnikiem jego seminariów prowadzonych przez lata w Papieskiej Akademii Teologicznej. Należę do idących pewnie w setki studentów, którzy przewinęli się przez zajęcia i wykłady księdza Tischnera. Studentów, którzy – choć gruntownie przygotowani – zawsze szli na egzamin z mocniejszym biciem serca. Było jasne, że nawet ocena negatywna to słodycz w porównaniu z najmniejszą choćby filozoficzną kompromitacją przed Profesorem.

Do Krakowa trafiłem, kiedy Tischner cieszył się już wielką sławą czołowego filozofa Sarmatów. Kiedy nieustannie podróżował, brał udział w konferencjach, udzielał wywiadów... Jego czas z powodu natłoku obowiązków potwornie się skurczył. Zły los ponadto sprawił, że – przedwczesna i niesprawiedliwa – śmierć Filozofa nie pozwoliła mi długo radować się bezpośrednimi kontaktami. A jednak dane zostały mi chwile, których nigdy nie zapomnę.

Jako początkujący redaktor „Tygodnika Powszechnego” miałem szanse przyjrzeć się księdzu Józefowi z bliska. Kiedy niemal zawsze we środę rano, czyli w dniu, w którym ukazywał się stary „Tygodnik”, Tischner przychodził do redakcji na ulicę Wiślną 12, by zabrać swój egzemplarz. Był już wtedy bardzo pokiereszowany przez – jak się potem okazało – złośliwy i śmiertelny nowotwór. Nie dał jednak po sobie poznać, że cierpienie jest mocniejsze niż życie, że śmierć mocniejsza niż miłość. Siadał więc obok Kasi, dobrego ducha starego „Tygodnika”, i zaczynał opowiadać, choć mówienie sprawiało mu niemałe trudności. Kiedy chcieliśmy pytać o jego zdrowie, samopoczucie i w ogóle co dalej z leczeniem, szybko te pytania zbywał, by rozprawiać o swoim ukochanym Podhalu. I oczywiście dużo żartował.

Gruntownie, jeśli mogę tak powiedzieć, poznałem księdza Józefa Tischnera dopiero poprzez lekturę jego tekstów i książek. Rację ma zatem rabin Byron L. Sherwin – uczeń wielkiego rabina polskiego pochodzenia, Abrahama Joshuy Heschela – mówiąc, że dla „ucznia mistrz jest jak tekst, który przykuwa uwagę i w miarę poznawania odsłania wszystkie swoje strony. Kiedy uczeń dojrzewa, jeszcze długo po śmierci mistrza stopniowo objawia mu się to, czego nauczał mistrz, i to, czym był”[2]. Po dziś dzień rozmawiam z Tischnerem, mierząc się z jego książkami. Jest więc dla mnie Józef Tischner jak księga, po którą nie przestaję sięgać, gdy tracę pewność siebie, gdy dróg jest zbyt wiele, a ja nie wiem, którą z nich podążyć, albo gdy życie daje w kość, a pociechy znikąd nie widać. Tischner nigdy nie zawodzi!

Spotkanie z tekstami Tischnera jest dla mnie także jak słuchanie muzyki. Zresztą ksiądz Józef bardzo często odwoływał się do muzycznych metafor. Choćby wówczas, gdy opowiadał nam, jak rozumieć Heideggerowski nastrój. Nastrojenie ze światem, tłumaczył, jest na podobieństwo właśnie muzyki, której słuchasz i z którą z wolna się zestrajasz. Analogicznie jest ze mną i myślą Tischnera. Jest ona jak wpadająca w ucho melodia. Wszyscy wiemy, że gdy melodia zapada nam w serce, zaczynamy ją nucić, nawet jeśli tego nie chcemy. Nikt i nic nie jest w stanie jej zagłuszyć. Podobnie rzecz ma się z tekstami Tischnera. Raz przeczytane, kołaczą się w sercu i głowie. Łapię się na tym, że mówię Tischnerem, że jego sposób myślenia – właśnie poprzez lekturę kolejnych tekstów – wybrzmiewa w moim sposobie rozumowania niczym ta zasłyszana melodia, ujawniając się w najmniej spodziewanej chwili. Dlatego zbiór tekstów, jakie zebrałem do tego tomu, a który ośmielam się przedłożyć Czytelnikom, nazwałem Wariacjami Tischnerowskimi. Tak samo jak grany już od kilku lat doskonały spektakl w reżyserii Artura „Barona” Więcka, przedstawiający Tischnerowskie spojrzenie na świat w formie góralskich opowieści i dowcipów. Krakowski reżyser mój zabieg na szczęście pobłogosławił. Za co bardzo mu dziękuję!

Słowa, myśli i sposób myślenia Księdza Profesora dają się posłyszeć w każdym z zamieszczonych tu tekstów, nawet wtedy, gdy nie tylko referuję poglądy Tischnera, ale gdy staram się napisać swoje. I tak na część pierwszą zatytułowaną „Pamięć” składają się artykuły zdające sprawę z niektórych książek, jakie ukazywały się już po śmierci Filozofa. Kiedy bowiem czytałem te teksty zbierane zazwyczaj pod jednym tytułem przez Wojciecha Bonowicza, uderzała mnie ich aktualność. Tischner nic, ale to nic się nie zestarzał. Ba, im starszy, tym lepszy!

Część druga nosi tytuł „Dług”. To teksty, w których analizuję najciekawsze wątki Tischnerowskiej filozofii. A dokładniej, na wybranych problemach uczę się od Księdza Profesora myślenia, podążam za nim krok w krok. Jestem tu zresztą wierny jego zaleceniu pisanemu już ze szpitalnego łóżka do nas, swoich studentów: „Nie ma innego sposobu stania się człowiekiem myślącym, jak rozmiłowanie się w cudzej myśli”[3]. Jeśli jestem człowiekiem myślącym, to zawdzięczam to Tischnerowi.

I wreszcie „Próby” – ostatnia część książki. To, czego się nauczyłem od Tischnera, próbuję zastosować tam do opisania różnych zjawisk: od problemu zła poczynając, a kończąc na okrucieństwie człowieka wobec zwierząt. To teksty, w których zdaję sobie sprawę, że uczeń w pewnym sensie jest także „sierotą”, „jest jak statek pozbawiony kotwicy, jak drzewo pozbawione korzeni”[4]. Innymi słowy, uczeń musi dorosnąć, zacząć pracować na własny rachunek. Jaki obraz ucznia wyłania się z tych tekstów – niech osądzi Czytelnik.

Zebrane tu teksty nie mają charakteru naukowego. Jak ognia starałem się unikać filozoficznego i teologicznego żargonu. Wszystko po to, by wyrazić się jasno i prosto. I znów: nauczył mnie tego Tischner. On sam zaś jest najlepszym świadectwem, że nie ma zależności między skomplikowanym czy wręcz niezrozumiałym tekstem, który cechuje pisma wielu współczesnych myślicieli, a głębokością i przenikliwością ich analizy. Mam nadzieję, że cena za jasność i prostotę, które mi towarzyszyły, nie została okupiona banalizacją poruszanych zagadnień.

[1] M. Buber, Tales of the Hasidim: The Later Masters, przeł. Olga Marx (Schocken, New York), s. 148, 149. Cytat z Bubera podaję za: Byron L. Sherwin, Mój Mistrz, [w:] Żadna religia nie jest samotną wyspą. Abraham Joshua Heschel i dialog międzyreligijny, przeł. M. Kapera, Kraków 2005, s. 69.

[2] Byron L. Sherwin, Mój Mistrz..., s. 70.

[3] J. Tischner, List do studentów, „Logos i Ethos”, nr 1(6)/1998, s. 6.

[4] Byron L. Sherwin, Mój Mistrz..., s. 71.

I. Pamięć

Kaznodzieja Sarmatów

1.

Z tekstami księdza Józefa Tischnera jest jak z winem – im starsze, tym lepsze. Upływający czas w najmniejszym stopniu nie przekreśla ich aktualności. Nie są to więc pisma, które bez wyrzutu sumienia moglibyśmy postawić na półce i ze stoickim spokojem obserwować, jak osiada na nich kurz. Co więcej, gdybym nie wiedział, że wydany przez Znak tom Wiara ze słuchania[5] jest zbiorem kazań wygłoszonych przez krakowskiego księdza w latach 1980–1992 w kościele sióstr Klarysek w Starym Sączu, to dałbym sobie odciąć rękę, że są to teksty, które powstały teraz, by opisać nasze burzliwe czasy, by obudzić w człowieku, który lęka się o swoje jutro, nadzieję i by pozwolić nam zrozumieć, z jak pokrzywionego drzewa „wystrugana” jest istota ludzka. Od razu zapytacie, jak to możliwe?

Pierwsza odpowiedź jest prosta: Tischner to Tischner. Ten krakowski ksiądz miał w sobie jakiś niezwykły dar, który przyciągał do niego ludzi jak pszczoły do miodu. Po wielekroć jako jego student widziałem, że gdy tylko się pojawiał, gromadziły się wokół niego tłumy. Widziałem, jak zatwardziali ateiści czy wrogowie Kościoła i Pana Boga miękli i zamieniali się w pobożne, słuchające go owieczki. Ten dar „oswajania” ludzi, który Tischner w sobie nosił, dostrzegł krakowski psychiatra i myśliciel, profesor Antoni Kępiński. W kazaniu poświęconym profesorowi Kępińskiemu Tischner przyznał się do lęku, jaki go nawiedzał, gdy miał odwiedzić schorowanego profesora w szpitalu. Bał się, że zabraknie mu odpowiednich słów. Kiedy stanął w progu szpitalnego pokoju, to Kępiński pierwszy rzucił: „Bo wiesz co... Bo ty masz taką uzdrawiającą gębę”. Tak, nie da się ukryć: „gęba Tischnera” rzeczywiście uzdrawia[6].

Po drugie, w obecności Tischnera człowiek chciał być lepszy. Jest prawdą, że szczególnie już w wolnej Polsce Ksiądz Profesor stał się „medialną gwiazdą”. Ale jego wielkość nie na tym polegała, że był częstym gościem szklanego ekranu, że nie mógł przejść ulicą, by ktoś nie chciał podzielić się z nim swoimi bólami i troskami, licząc na mądrą radę czy przenikliwą opinię. Ludzie lgnęli do Tischnera, gdyż potrafił sprawić, że rozmawiając z Nim, odnosiłeś wrażenie, jakby nic innego na tym bożym świecie się już nie liczyło, jakby rozmówca był najważniejszym człowiekiem na tym łez padole. Człowiek przestawał być anonimowy – nie był kolejnym studentem, penitentem czy dziennikarzem proszącym Księdza Profesora o wywiad. „Kto mówi «ty», jakby wyróżnił ze wszystkich, jakby wyodrębnił, rozpoznał «ty»” – mówi Tischner w jednym z kazań. „«Ty» to ktoś inny. Nie ma takiego drugiego”[7]. Świat bez ciebie nie jest tym samym światem. Jest znacznie uboższy.

Tischner potrafił wydobyć ze swego rozmówcy to, co w nim najlepsze i najszlachetniejsze. Przy nim po prostu człowiek rósł albo dostawał skrzydeł. Chciał latać. Ludzie jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki chcieli stawać się lepsi, niż byli w rzeczywistości. Chcieli być nie tymi, którymi byli, ale tymi, którymi mogli być, gdyby tylko „chcieli chcieć”. Tischner sprawia, dziś również poprzez swoje teksty, że człowiekowi „chce się chcieć”.

I wreszcie – Tischner jest „nasz”. To znaczy: góral z krwi i kości, Polak z miłości. Za cenionym przez siebie Norwidem zwykł mówić: „Ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek”. Nie byłby tym, kim był, gdyby nie Słowacki, Wyspiański czy rzeczony Norwid, którzy wciąż współmyślą z Tischnerem nie tylko na kartach Wiary ze słuchania. Ale nie byłby także tym, kim był, gdyby nie góry. Górskie szlaki stawały się miejscem narodzin idei filozoficznych. Tischner, by pisać Nieszczęsny dar wolności, wychodził w góry. Zmagał się z górami, jak drwal zmaga się z karczowaniem lasu. „Dopiero po wielu latach chodzenia po górach i bycia w nich zrodziła się we mnie pewna filozoficzna przestrzeń” – mówił w rozmowie z Anną Karoń-Ostrowską. „Dostrzegłem, że poprzez przestrzeń wyraża się idea wolności człowieka. Myśl tę można wyrazić prosto – jaka jest twoja przestrzeń, taka jest twoja wolność”[8].

Górskie szczyty pociągają – powiada się, że kto raz był w górach, ten zawsze będzie tam wracał. W tym sensie stają się rodzajem piętna, które człowiek nosi w sobie do końca życia. „Podczas moich wypadów w Alpy austriackie czy włoskie porównywanie między przestrzenią podhalańską a alpejską zawsze wypadało na niekorzyść tej drugiej. Czegoś mi tam brakowało”[9]. Czego? Tischner nie dopowiada. W każdym razie takie poczucie przynależności do miejsca, na którym stawia się pierwsze kroki, Tischner nazywa zakorzenieniem.

Ale, co ważne, w polskości Tischnera nie ma lęków i fobii. Polskość znaczyła dla niego otwarty umysł i czyste serce, choć jak nikt inny był predestynowany do tego, by stać się „myślicielem europejskim”, by pokazywać europejskim kolegom po fachu, że rozumie, czym jest dziejowość i na czym polega myślenie hermeneutyczne. Oczywiście to wszystko robił, gdy wykładał Hegla dla studentów Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu lub gdy spotykał się z czołowymi intelektualistami Zachodu w czasie biesiad w Castel Gandolfo pod patronatem Jana Pawła II. Ale przede wszystkim Tischner chciał być filozofem Sarmatów. „W mojej naturze leży egoizm” – napisze przewrotnie. „Nie mam zamiaru ratować nadziei Niemców, pokazując im Husserla, ani Francuzów, ucząc ich Bergsona czy Ricoeura. Ja sam jednak nie mogę nie znać tych panów. Powinienem ich znać, bo z tego może być pożytek przy szukaniu odpowiedzi zrodzonych na tej ziemi. Egoizm jest zawsze źródłem ciasnoty. Wybrałem, aby być ciasnym i tępym filozofem Sarmatów”[10].

Tak jednak mógł powiedzieć tylko ktoś, kto na europejskich salonach intelektualnych czuł się jak ryba w wodzie.

2.

Tischner był też księdzem i kaznodzieją. Tyle że kapłaństwo nie stanowiło dla niego celu życia, a jedynie środek do celu, którym było ratowanie ludzkiej nadziei. Tak samo zresztą jak Kościół nigdy nie był dla niego celem jego księżowskiej posługi, ale jedynie środkiem do ratowania kruchych więzi, jakie łączą człowieka z Bogiem. Świadectwem tej hierarchii wartości jest dowcip, jaki ksiądz Tischner opowiedział kiedyś na swój temat, ściągając jednocześnie na siebie święte oburzenie. Pytany, czy bardziej czuje się księdzem, czy filozofem, rzucał: „Najpierw czuję się człowiekiem, potem filozofem, a dopiero na trzecim miejscu księdzem”.

Czy jednak nie był to tylko kolejny błyskotliwy bon mot krakowskiego księdza?

Tych, którzy znali Tischnera, nie muszę przekonywać, że to nie pusty frazes. Krakowski ksiądz nigdy nie mówił kazań tonem nieznoszącym sprzeciwu. On nie tyle mówił do ludzi czy ponad głowami ludzi, ile w czasie kazań z ludźmi rozmawiał. Jak człowiek z człowiekiem.

Wierzył, że przepowiedni Dobrej Nowiny nie można sprowadzić do powtarzania utartych formuł wypracowanych przez formalistyczną teologię moralną, nauczanie papieży czy odczytywania listów biskupich. Dobra Nowina w jego interpretacji jest próbą odpowiedzi na bóle, jakie nosi w sobie człowiek, na dramaty, które sprawiają, że ziemia usuwa mu się spod nóg, na cierpienie, które w żaden sposób nie uszlachetnia, a zawsze miażdży i niszczy człowieka.

Czy więc zadanie kaznodziei ma sprowadzić się do tego, by człowieka w tych cierpieniach i grzechach pognębić i poniżyć, czy też rzucić mu koło ratunkowe?

W niedzielę w kościele słyszymy zazwyczaj, jacy to źli jesteśmy, jak bardzo nikczemni i grzeszni. Bo kaznodzieja, mówi Tischner, wchodząc na ambonę, widzi przed sobą nie tyle wiernych, nie tyle człowieka z krwi i kości, ile przede wszystkim notorycznych grzeszników. To tak, jak dentysta, który – gdy widzi człowieka – od razu, z racji profesji, dostrzega ubytki w uzębieniu. Taki rodzaj zawodowego zwichnięcia. Tyle że to „zwichnięcie zawodowe” w przypadku kapłanów nie jest niewinne.

Gdzie skrywa się zło? Mamy przed sobą krzyż. Idea kazania jest taka: zobaczcie, jakimi jesteście grzesznikami, skoro to wasze grzechy przyczyniły się do ukrzyżowania Syna Bożego. Ta scena krzyża staje się dla księdza dodatkową okazją do poniżania człowieka. Ale przecież możliwe jest inne odczytanie tej biblijnej sceny. Zobaczcie ludzie, jacy wy jesteście cenni, jacy wielcy i ważni, skoro Bóg umiera za was na krzyżu. Można więc do tej samej sceny biblijnej podchodzić tak, że się człowieka karci i poniża, ale można i tak, że się go wywyższa. Tischner był zwolennikiem tej drugiej pedagogii.

3.

Dlaczego, gdy dziś czytam starosądeckie kazania Tischnera, nie mam poczucia, że straciły one cokolwiek ze swej aktualności? Gdzie tkwi cud ich ponadczasowości?

Tischner, jeśli mogę tak powiedzieć, był staromodny. To nie był kaznodzieja, który – by pokazać słuchaczom, jak bardzo jest cool i jak mocno trzyma rękę na pulsie życia społecznego – odwołuje się do tak zwanych medialnych przykładów czy życiowych perypetii serialowych bohaterów i telewizyjnych osobowości.

Zmorą dzisiejszego kaznodziejstwa – albo raczej popkaznodziejstwa – jest to, że bohaterami przestają być biblijne postacie, ich uniwersalne wybory i dramaty, a stają się nimi serialowe i showbiznesowe gwiazdeczki. Jak wiadomo, serialowy ojciec Mateusz rządzi. Tylko że nawiązywanie do medialnych postaci czy tak zwanych medialnych faktów przez dzisiejszych kaznodziejów nie tyle pokazuje, że trzymają oni rękę na pulsie, ile dowodzi, czym się karmią, gdy piszą swoje niedzielne homilie. A nie od dziś wiadomo, że jesteś tym, co czytasz, czego słuchasz i co oglądasz.

Tischner karmi się Ewangelią. To ona stanowi pryzmat, przez który interpretuje świat. Kto chce odnaleźć sedno chrześcijaństwa, musi sięgać do Ewangelii. Tam są słowa życia. Nie znajdzie ich w pocieszeniach swojego proboszcza, abstrakcyjnych rozważaniach teologa czy w publicystyce takich piszących, jak choćby kreślący te słowa.

Z powrotem do Ewangelii – mówi Tischner i ubolewa, że gdy przygląda się codziennej polskiej rzeczywistości, to wydaje mu się ona taka, jakby ludzie nigdy Ewangelii nie przeczytali, jakby ta Ewangelia była dla nas tekstem całkowicie nieznaczącym i w zasadzie obcym. Tymczasem Pisma Świętego nie słuchamy i nie czytamy tak, jak czytamy lub słuchamy pierwszej lepszej książki. W Piśmie Świętym są słowa, które przynoszą życie[11].

Czy przyglądając się naszej rzeczywistości, także nie należałoby stwierdzić, że Ewangelia jest ostatnim tekstem, którym się karmimy? Muszę przyznać, że czytając te fragmenty tekstów księdza Tischnera, mam w pamięci uwagę mojego protestanckiego przyjaciela, który chyba słusznie zauważył kiedyś: „wy, katolicy, zamiast czytać Biblię, tylko ją okadzacie”.

Bo przecież gdyby się w tę Ewangelię wczytać i gdyby się tym, co się przeczytało, przejąć, to rewolucja gotowa. Czyż nie? Ksiądz Tischner, przywołując postać księdza Jerzego Popiełuszki, pokazuje jasno, że ten dynamit, który rozsadza społeczne dogmaty i zastygłe porządki, w jego przypadku sprowadzał się do jednego zdania Dobrej Nowiny: „zło dobrem zwyciężaj”. A tego uczynić, komentuje dalej krakowski ksiądz, nawet aniołowie nie potrafią, gdyż nie doświadczają zła. Człowiek zaś zła doświadcza i może z niego budować dobro.

„Człowiek nie potrafi z niczego stworzyć drzewa, kamieni, domów, ale potrafi zrobić większy cud: ze zła stworzyć dobro” – mówi Tischner. „W ten sposób człowiek może przekreślić dawny stary świat, by budować nowy świat. W ten sposób człowiek może stawać się kamieniem węgielnym królestwa bożego na ziemi”[12]. Czyż nie na tym ewangelicznym przesłaniu zasadza się wielkość i godność człowieka? I czyż ono nie powinno się stać lejtmotiwem przesłania Kościoła w Polsce?

4.

A oto jeszcze jeden dowód aktualności i świeżości analiz Tischnera. Dziś za dogmat uchodzi twierdzenie, że religia – co w Polsce oznacza przede wszystkim katolicyzm – zniewala i pęta ludzi. Tymczasem krakowski kapłan mówi coś zupełnie przeciwnego: odkrycie wolności leży u podstaw chrześcijaństwa. Źródłem zaś wyzwolenia jest łaska. A co, jeśli chrześcijaństwo wciąż wydaje się człowiekowi opresywne, jeśli – jak on sądzi – krępuje jego wolność? „Jeżeli czujesz się w religii istotą zniewoloną – pisze Tischner – to rzuć tę religię, bo ona nie jest twoją religią prawdziwą, bo jest w gruncie rzeczy zabobonem, a nie religią. Religia, wiara, łaska niesie ze sobą doświadczenie wolności. Wolności służącej, wolności obowiązkowej, wolności związanej – niemniej jednak wolności”[13].

Jeśli Tischner tak mocno opowiada się po stronie wolności, to dlatego, że wielkość Boga na tym polega, iż wobec Niego człowiek niczego nie musi, ale wszystko może. Bóg nie przychodzi do człowieka jako tyran, który zmusza go do tego lub owego. „Człowiek nie jest wolny wobec kromki chleba, kiedy jest głodny” – powie krakowski ksiądz. „Kiedy mu się chce pić, nie jest wolny wobec szklanki wody. Kiedy mu się chce spać, traci wolność i zasypia. Musi spać, musi pić, musi jeść. Ale wobec Boga niczego nie musi”[14]. Tylko wobec Boga wszystko mogę, choć niczego nie muszę.

O ile dziś za poszerzanie pola wolności gotowi jesteśmy wchodzić na barykady, o tyle zatraciliśmy zupełnie poczucie tego, czym jest autentyczna miłość. A przecież nie ma wolności bez miłości, tak jak nie ma miłości bez wolności. By ten problem rozwikłać, Tischner bez żadnej intelektualnej taryfy ulgowej dla swych słuchaczy proponuje następującą analizę: „Porównajmy dwie postacie – Abrahama i Adama. Co robi Adam, kiedy Bóg wzywa go po imieniu? Ucieka, chowa się do kryjówki. Co robi Abraham w takiej samej sytuacji? Odpowiada: «Panie, oto jestem!»”[15].

Jak widać, mamy dwie postawy: jeden ucieka, chcąc znaleźć na tej ziemi miejsce, w którym mógłby się przed Bogiem skryć, drugi wychodzi wyzwaniu naprzeciw i odpowiada: „oto jestem”. Abraham na wybór odpowiada wyborem, odsłaniając istotę biblijnego obrazu miłości. Na czym polega jego specyfika?

Nie ma tu doświadczenia piękna, jak to jest na przykład w filozofii Platona. Abraham nie widzi Boga. Ale także i Bóg nie podziwia w Abrahamie urody. Mamy tu zupełnie inne doświadczenie – doświadczenie wybrania. Miłość jawi się tu jako wybranie. Kochać znaczy wybrać. Mówi Tischner: „Bóg wybiera, człowiek odpowiada na wybór, wybierając Boga”[16]. Jaka władza dokonuje wyboru? Mówimy: wola człowieka. Tak więc nowa wizja człowieka opiera się bardziej na woli niż na zmysłowym podziwie. Tak zawiązuje się więź, którą Tischner nazywa wiernością.

Co to znaczy być wiernym? To znaczy nieść w sobie raz dokonane wybranie. Jak mówi poeta Jerzy Liebert: „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”. Miłość oznaczałaby zatem wierność. Czyż jednym z głównych dramatów naszych ponowoczesnych czasów nie jest to, że miłość i wierność traktuje się jak ogień i wodę? I czy świat współczesny, powie krakowski ksiądz, nie choruje na brak miłości rozumianej jako wierność?

Wiara, o czym za św. Pawłem zapewnia ksiądz Józef Tischner, bierze się ze słuchania. Kogo mamy słuchać? Odpowiedź jest jasna: Boga. Ale jakiego Boga? Bóg Tischnera nie był Bogiem dalekim i niedosiężnym, nie był ani Bogiem rozumu, ani Bogiem opasłych ksiąg teologów. To Bóg, który zawsze objawia się tam, gdzie dochodzi do spotkania dwojga ludzi.

To w spotkaniu z innym człowiekiem, obcym w jego wołającej o pomoc twarzy, jest miejsce Boga – pisał inny wybitny filozof i zarazem przyjaciel Tischnera, profesor Krzysztof Michalski. Chrystus Tischnera jest tym, kto poświęca życie dla innych ludzi bez względu na to, skąd przyszli, kim są. Tym, kto objawia sens i pełnię człowieczeństwa. „Ofiara Chrystusa ma sens tylko wtedy – dodaje Michalski – gdy ci, dla których się poświęca, inni ludzie – są, jako ludzie, w potrzebie, w biedzie, gdy potrzebują tej ofiary, gdy są wygnańcami, wdowami, sierotami”[17]. Ofiara Chrystusa pokazuje nam więc, kim jest człowiek i gdzie znajduje się określająca człowieczeństwo odpowiedzialność – w odpowiedzi na biedę innych, aż do zatracenia siebie.

Wierząc w takiego Boga, nie jesteśmy ani pierwsi, ani ostatni. W tej wierze jesteśmy z tymi, którzy byli przed nami, a którzy, jak choćby Hiob, uwierzyli nadziei wbrew nadziei. Pisze Tischner: „Wierzę, to znaczy, że moje «oto jestem» jest z Abrahamem, jest w jakimś sensie z Lutrem, w jakimś sensie z Chrystusem, który mówi «czemuś mnie opuścił», i także z matką Jezusa, która mimo wszystko po tych słowach nie odchodzi od krzyża (...). Kościół to ci, co wierzą, ci, którzy mówią: «jestem». Więc nie ma wiary samotnej. To wiara tworzy Kościół. I w wierze jest miejsce Kościoła”[18].

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[5] J. Tischner, Wiara ze słuchania, Kraków 2009.

[6] Zob. Spotkanie. Z ks. Józefem Tischnerem rozmawia Anna Karoń-Ostrowska, Kraków 2003, s. 79.

[7] J. Tischner, Wiara..., s. 121.

[8] Spotkanie..., s. 15, 16.

[9] Tamże, s. 16.

[10] J. Tischner, Czym jest filozofia, którą uprawiam, [w:] Myślenie według wartości, Kraków 1993, s. 11.

[11] Zob. J. Tischner, Wiara..., s. 265.

[12] Tamże, s. 229.

[13] Tamże, s. 346.

[14] Tamże, s. 347.

[15] Tamże, s. 330.

[16] Tamże, s. 331.

[17] K. Michalski, Tischnerowy smak życia, „Tygodnik Powszechny” nr 17/1999.

[18] Ks. J. Tischner, J. Żakowski, Tischner czyta Katechizm, Kraków 1996, s. 31

W oczy kłuje bezmyślność świata

Dostępne w wersji pełnej

Auschwitz i nadzieja

Dostępne w wersji pełnej

II. Dług

Dostępne w wersji pełnej

Religia i myślenie

Dostępne w wersji pełnej

Religia i dramat

Dostępne w wersji pełnej

Doświadczenie i twarz

Dostępne w wersji pełnej

Dyskretny urok teologii

Dostępne w wersji pełnej

III. Próby

Dostępne w wersji pełnej

Nowa teologia polityczna

Dostępne w wersji pełnej

Podróż przez piekło

Dostępne w wersji pełnej

Zwierzęta i okrucieństwo

Dostępne w wersji pełnej

Drżyj kapitalizmie, solidarność u bram!

Dostępne w wersji pełnej

Zazdrość i parodia

Dostępne w wersji pełnej

Rośnie gniew ludu

Dostępne w wersji pełnej

Elastyczni, mobilni, zbędni

Dostępne w wersji pełnej

Polityka kenozy

Dostępne w wersji pełnej

Nota od Autora

Dostępne w wersji pełnej

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja

Jan Jaroszuk

Korekta

Krystyna Śliwa

Alicja Chylińska

Copyright © by Jarosław Makowskie 2012

Copyright © by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-7799-961-5

Nr 90452384

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl