28 osób interesuje się tą książką

Opis

Kolejna część poruszającej sagi „Matki i córki”


Czy pierwsza miłość może stać się antidotum? Gdy rozsądek ustąpi miejsca uczuciom, Wanda przekona się, że nie wszystko w życiu można zaplanować…

Wanda ma jedno marzenie – zostać pisarką. Po śmierci ukochanej babci decyduje się rozpocząć naukę w mieście, aby rozwijać swój talent. Droga do celu jest długa i kręta, a nieprzychylność nauczycieli i złośliwości kolegów sprawiają, że młodej dziewczynie coraz trudniej uwierzyć w siebie. A to dopiero początek zmagań…

Trudne wybory, bolesne rozczarowania i miłość, która daje nadzieję na bezpieczne jutro. „Wanda” to pasjonująca opowieść o nieustannym mierzeniu się z życiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 350

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Izabela M. Krasińska, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktorzy prowadzący: Szymon Langowski, Agata Ługowska

Redakcja: Joanna Jeziorna-Kramarz

Korekta: Ewelina Chodakowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcia na okładce:

© Galya Ivanova | Trevillion Images

© Kotkoa | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66517-33-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Aniuni,

która wskazała mi światełko

w tunelu niemocy twórczej

Kto lekceważy takie ostrzeżenia losu,

niech później nie narzeka!

I ma pretensje do siebie,

najbardziej do siebie.

Teresa Ewa Opoka, Żona psychopaty

Postacie, sytuacje i wydarzenia

występujące w powieści są fikcyjne,

a ewentualna zbieżność nazwisk

jest przypadkowa.

ROZDZIAŁ 1

Wanda urodziła się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym roku w zimną listopadową noc Wszystkich Świętych. Kiedy akuszerka wyciągnęła ją z łona matki, zaczęła głośno płakać. Kobieta sprawnie zacisnęła i odcięła pępowinę, po czym obmyła dziecko z krwi i wód płodowych. Mała Wandzia przestała szlochać i spojrzała na nieznajomą, wytrzeszczając przy tym ze zdziwieniem swoje duże, niebieskie oczka.

– Jakbyśta po mie nie przyszły, to mało by się udusiła. – Akuszerka spojrzała wymownie na matkę Wandy.

Położna została zawiadomiona o porodzie w chwili, gdy ten już się rozpoczął. Przygotowywała akurat kolację, gdy nagle usłyszała szczekanie psa i czyjeś kroki.

– Grześkowo, ratujta Anielę! – wykrzyknął Adam, wpadając bez pukania do jej chaty. – Rodzić zaczyła!

Starsza kobieta bez wahania zabrała potrzebne narzędzia i ruszyła za sąsiadem. Przywykła już do tego, że ludzie zjawiają się u niej bez uprzedzenia i proszą o szybką pomoc. Najbliższy doktor mieszkał kilka wsi dalej. Ona sama od lat miała ręce pełne roboty. Nigdy nie planowała, że zostanie akuszerką, w dodatku udzielającą porad lekarskich. Kiedy była młodą dziewczyną, musiała przyjąć poród swojej siostry. Jedyna położna, jaka była wówczas na wsi, asystowała przy narodzinach innego dziecka. Grześkowa wiedziała, że jeśli nie pomoże matce, ta wykrwawi się, a razem z nią umrze niemowlę. Przełamała swój strach i pomogła wyjść na świat swojej malutkiej siostrze. Dziewczyna doskonale sobie poradziła. Największą radość sprawił jej jednak pełen wdzięczności uśmiech matki, która tuliła do piersi pomarszczonego noworodka. Wieść o zdolnościach Grześkowej szybko rozeszła się po Tęczowie i okolicznych wsiach. Mimo że dziewczyna nie chciała już odbierać innych porodów, ostatecznie i tak udawała się tam, gdzie jej potrzebowali. Po kilku latach była już doświadczoną akuszerką, o której mówiono w promieniu kilkunastu kilometrów. W tym czasie wyszła za mąż i urodziła kilkoro dzieci. Niestety, podobnie jak większość chłopek, również ona kilka razy doświadczyła śmierci własnego dziecka. Śmiertelność noworodków w międzywojennej wsi była bardzo duża i nawet najlepsza akuszerka czy doktor nie mogli jej zapobiec.

Grześkowa odebrała już kilka porodów Strzelcowej i wiedziała, że Aniela ciężko je znosi. Narodziny pierwszego dziecka omal nie zakończyły się dla niej tragicznie. Kobieta dostała krwotoku i gdyby nie szybka interwencja akuszerki, wykrwawiłaby się na śmierć.

Kiedy Grześkowa zjawiła się w chacie Strzelców, od razu przypadła do rodzącej, krzycząc na Adama, by przygotował wielki gar z wrzątkiem.

Aniela szlochała z bólu, stojąc pod ścianą.

– Anielka, musisz ty się położyć – odezwała się do niej łagodnie akuszerka. Wiedziała, że kobieta za każdym razem przeżywała katusze podczas porodu. Kolejne ciąże nie dodawały jej odwagi, przeciwnie, czuła jedynie większy strach.

– Aniela, muszę dostoć się do dzicka. – Grześkowa odwróciła się i spojrzała wymownie na męża położnicy.

Adam podszedł do żony i położył jej dłoń na ramieniu.

– Anielka, wim, że się boisz, ale połóż się, bo inaczy poród bedzie dłuży trwoł…

Kobieta pokręciła zdecydowanie głową.

Akuszerka westchnęła i odprawiła Adama machnięciem ręki. Znała Anielę na tyle długo, by wiedzieć, że jest uparta jak osioł. Nie miała już czasu na dalsze przekonywanie rodzącej, teraz liczyła się każda minuta.

Rozchyliła maksymalnie nogi Strzelcowej i wsunęła rękę do jej wnętrza, sprawdzając, jak ułożone jest dziecko. Odetchnęła z ulgą, kiedy upewniła się, że główka jest skierowana w dół.

– Aniela, przyj najmocnij, jak umisz – powiedziała zdecydowanie.

Niespełna dziesięć minut później Grześkowa trzymała na rękach zdrową i pulchną dziewczynkę. Wandę, drugą córkę Strzelców.

ROZDZIAŁ 2

Matka od początku nie kryła się z tym, że opieka nad małą Wandą jest dla niej przykrym obowiązkiem. Mimo że dziecko było zdrowe i śliczne, nie wywoływało zachwytu swoich rodziców. Oboje byli zajęci pracą w gospodarstwie, które stanowiło ich jedyne źródło utrzymania. Aniela miała czterdzieści lat i dosyć porodów oraz piastowania niemowląt. Pracowała fizycznie od piątego roku życia, co z jednej strony bardzo ją zahartowało, z drugiej jednak potwornie wymęczyło. Kobieta doświadczyła wiele złego, co uczyniło ją oschłą i nieprzystępną. Wychowywała dzieci bez nadmiernej czułości czy troski. Najważniejsze były dla niej gospodarstwo i inwentarz. Bardziej martwiła ją krowa niż małe dziecko. Sama nigdy nie zaznała matczynej miłości, nie potrafiła więc jej okazać własnemu potomstwu.

Opieka nad Wandą przypadła w udziale matce Anieli, Franciszce. Kobieta zajęła się dziewczynką najlepiej, jak potrafiła. Nie tylko sprawiało jej to przyjemność, chciała również wynagrodzić w ten sposób swojej córce stracone dzieciństwo. Kiedy matka Wandzi była mała, Młynarska oddała ją na służbę do bogatego gospodarza w Tęczowie. Sama pracowała we dworze u dziedzica Antoniego Wolskiego. Mężczyzna był z natury porywczy i władczy. Wykorzystywał swoje pracownice, w tym Franciszkę. Kobieta urodziła mu kilkoro nieślubnych dzieci, które powysyłał na służbę do odległych wiosek. Młynarska z większością nie miała kontaktu. Wiedziała tylko, że jeden z synów uciekł do Ameryki. Z czasem zaczęła też śledzić losy Anieli, swojej pierworodnej córki. Los reszty jej potomstwa pozostał nieznany. Franciszka i matka Wandzi ponad trzydzieści lat nie utrzymywały ze sobą żadnego kontaktu. Pewnego dnia Aniela dostała list od nieznanego brata z Ameryki. Bogumił prosił, aby siostra odszukała ich rodzicielkę i przygarnęła ją pod swój dach. Obiecał przesyłać żywność, ubrania i pieniądze. Strzelcowa długo zastanawiała się, co uczynić. Ostatecznie odnalazła matkę, a ta wkrótce się do niej przeprowadziła. Ich relacja od początku była trudna i pełna wzajemnego żalu. Aniela często wypominała matce, że ta ją zostawiła i nie interesowała się swoim dzieckiem przez trzy dekady. Franciszka znosiła oskarżenia córki ze spokojem i godnością, lecz w głębi serca bardzo cierpiała. Jedynym pocieszeniem były dla niej wnuki, Jadwiga i Zbigniew. Zajmowała się nimi przez wiele lat, nie szczędząc im serdeczności i czułości. Wszystko zmieniło się, gdy Jadzia zaszła w ciążę w wieku szesnastu lat. Podobnie jak matka wyszła za mąż za pijaka i hulakę, który także podnosił rękę na żonę. Nie lepiej skończył Zbyszek. Chłopak nieustannie zbaczał na złą drogę i kłócił się z ojcem. Bywało, że dochodziło między nimi do rękoczynów. Aniela łagodziła konflikty między mężem a synem, jak tylko mogła, jednak i ona w końcu straciła kontrolę nad zachowaniem Zbigniewa. Po jednej z awantur Adam wyrzucił chłopaka z domu. Zbyszek przepadł zupełnie, nie dając znaku życia, a Aniela z rozpaczy rwała sobie włosy z głowy. Traktowała ich chłodno, mimo to syn był jej oczkiem w głowie, jedynym męskim potomkiem, który przeżył. Jej pierwsze dziecko zmarło z powodu zakażenia, drugie zaś poparzyło się śmiertelnie gorącą kaszą. Zbigniewa urodziła w wyniku gwałtu, jakiego dopuścili się na niej czerwonoarmiści po wkroczeniu do Polski. Nie spodziewała się, że zajdzie w kolejną ciążę, i to tak późno, mając prawie czterdzieści lat. Była wściekła na siebie i męża, próbowała nawet pozbyć się niechcianego dziecka. Na nic zdało się zeskakiwanie z zapiecka na ziemię – płód dalej się w niej rozwijał. Kiedy na świat przyszła zdrowa i piękna dziewczynka, Aniela nie poczuła radości, raczej bolesne rozczarowanie. Jedyne pocieszenie stanowiła myśl, że córka nie jest kaleką. Mało to się nasłuchała o potworkach rodzonych w późnym wieku?

Narodziny Wandy były dla Franciszki wybawieniem. Znowu miała się kim zajmować, z kim rozmawiać, zwyczajnie czuła się potrzebna. Było jej przykro, że rodzice małej Wandzi zupełnie się nią nie interesują. Starsza kobieta postanowiła, że wynagrodzi to dziewczynce i otoczy ją opieką i miłością, jakich ta nigdy by nie doświadczyła od Anieli i Adama.

Dziecko tak mocno przywiązało się do babci, że zaczęło nazywać ją mamą. To Franciszka była pierwszą osobą, którą Wandzia widziała po przebudzeniu, to ona przygotowywała dla niej śniadanie, obdarzała ją uśmiechem, głaskała i przytulała, zabierała na spacery i pokazywała piękno świata. Aniela patrzyła na to z niechęcią i źle skrywaną zazdrością. Czasami nie wytrzymywała i rzucała mało przyjemny komentarz pod adresem matki. Sama traktowała córkę lekceważąco i z dystansem, zrzucając cały trud wychowywania na barki Franciszki.

Starsza kobieta nauczyła małą Wandę najpiękniejszych modlitw i pieśni, opowiadała jej bajki oraz różne historyjki, pozwalała spać ze sobą w jednym łóżku. Dziecko świata nie widziało poza swoją ukochaną babcią. Kiedy podrosło, zawsze stawało po jej stronie w konfliktach pomiędzy Franciszką a Anielą. Pocieszało Młynarską, kiedy ta płakała gdzieś w kącie, ubolewając, że nie ma dokąd pójść. Matka Wandy nieustannie znajdowała powód do kłótni i nigdy nie przepraszała Franciszki. Odczuwała satysfakcję, widząc, że jej ostre słowa sprawiły staruszce przykrość.

Życie w chacie Strzelców nie należało do najłatwiejszych. Wszyscy tłoczyli się w jednej izbie, w której stały trzy łóżka. Z elektryczności korzystano rzadko, nadal uważając ją za luksus dla najbogatszych. W domu używano lampy naftowej, przez co w pomieszczeniu panował nieustanny półmrok. Tutaj się myto, gotowano, prano, wykonywano codzienne czynności, modlono się, spano i jedzono. Nie było mowy o intymności czy własnym kącie. Mała Wanda nieustannie więc marzyła. O większym domu, o rodzicach, którzy ją kochają i się nią opiekują, o tym, że babcia znowu jest piękna i młoda, o białych bucikach, jakie widziała w kościele u jednej z córek bogatego gospodarza. Jej wyobraźnia nieustannie tworzyła nowe obrazy, czyniła rzeczywistość bardziej znośną i ciekawszą.

ROZDZIAŁ 3

Wandzia rosła jak na drożdżach, całe dnie spędzając w towarzystwie babci. Przyzwyczaiła się już do tego, że rodzice są wobec niej mało wylewni i traktują ją jak powietrze, jak natrętną muchę. Franciszka była jej jedynym sprzymierzeńcem i zarazem osobą, która okazywała jej jakiekolwiek ciepłe uczucia. Dziewczynka lubiła, gdy dom rodzinny odwiedzała Jadzia. Między siostrami było prawie dwadzieścia lat różnicy, przez co Jadwiga traktowała Wandzię jak własne dziecko. To właśnie ona nauczyła małą najpierw alfabetu, a potem składania liter. Młodsza siostra tak zaangażowała się w naukę czytania, że nie potrafiła skupić się na niczym innym. Godzinami siedziała na zapiecku i sylabizowała teksty pieśni w książeczce do nabożeństwa należącej do Franciszki. W rezultacie w wieku siedmiu lat dziecko czytało lepiej niż niejeden dorosły. Kiedy Wandzia znała już na pamięć każdą pieśń i modlitwę z modlitewnika, poprosiła siostrę, aby przyniosła jej inną książeczkę do nabożeństwa. W dziewczynce obudził się głód czytania. Niestety w domu nie było żadnych książek ani gazet. Zaczęła więc sama tworzyć różne historie, które opowiadała sobie na głos. Widząc to, Aniela uznała, że córce miesza się już w głowie od ciągłego wpatrywania się w ciąg liter. Krzyczała na Wandę, że pisania i czytania będą ją uczyć w szkole. Kobieta uznała, że najwyższy czas wyznaczyć dziewczynce jakieś domowe obowiązki. Wandzia została zmuszona do codziennego wyprowadzania na łąkę krowy i pilnowania, aby zwierzę nie uciekło ani nie zjadło trawy z pastwiska sąsiada. To żmudne i nudne zajęcie sprawiało, że w jej głowie powstawało jeszcze więcej historii. Dziecko odczuwało coraz większą potrzebę zapisywania swoich opowiastek. Pisanie fascynowało ją równie mocno, jak czytanie. Poprosiła więc starszą siostrę, by ta nauczyła ją także pisać. Jadzia początkowo zbyła dziewczynkę, mówiąc, że za kilka miesięcy pójdzie do szkoły i tam się wszystkiego nauczy. Wandzia jednak nie odpuszczała. Kilka miesięcy jawiło jej się jako strasznie dużo czasu, a ona nie chciała tyle czekać. Dotąd zamęczała Jadwigę swoimi prośbami, aż ta wreszcie zaczęła ćwiczyć z nią kaligrafię. Wanda była zachwycona, gdy widziała, jak spod jej ręki przelewają się na papier pierwsze, nieporadne słowa.

Miała siedem lat i już wiedziała, że chce pisać. Nie miała pojęcia, że istnieje zawód pisarza. Dowiedziała się o tym od Jadzi, która dawniej chętnie wypożyczała książki z lokalnej biblioteki. Na początku pismo Wandy przypominało nieczytelne bazgroły, koślawe linie, dalekie od kształtnych liter, które kreśliła Jadwiga. Dziewczynka zapełniała nimi okładki książeczek do nabożeństwa, za co dostawała potem lanie. Starsza kobieta nie rozumiała jej pasji i krzyczała na nią, ilekroć zobaczyła, że córka znowu coś bazgrze kawałkiem złamanego, nieostrego ołówka.

Wanda była pogodnym, ale i roztargnionym dzieckiem. Zamiłowanie do pisania powodowało, że nieustannie odpływała myślami do tworzonych w głowie opowieści i bajek. Kiedy tylko miała chwilę i udało jej się znaleźć kawałek papieru, spisywała swoją dziecięcą twórczość. Szybko jednak zrozumiała, że musi ukrywać zapiski przed matką, która dostawała furii, widząc, że córka znowu coś gryzmoli, zamiast zająć się pracą w gospodarstwie.

Franciszka była jedyną osobą, która rozumiała i akceptowała zamiłowanie Wandy do pisania i czytania. Nigdy jej nie wyśmiewała, przeciwnie, zachęcała dziecko, by rozwijało swoją pasję. Widziała, że wnuczka ma prawdziwy talent do tworzenia przeróżnych opowieści. Potajemnie zdobywała i przechowywała dla niej kartki i ołówki, by dziewczynka miała na czym zapisywać swoje historie. Wspierała ją i dodawała otuchy, kiedy Wandzia dostawała kolejną burę od matki. Starsza kobieta nie rozumiała zachowania swojej córki. Sama codziennie modliła się za swoje dzieci, które zostały jej brutalnie odebrane. Nie miała nawet pewności, czy żyją. Tymczasem Aniela urodziła piękną i zdrową córeczkę, którą kompletnie się nie zajmowała, podobnie jak jej mąż. Gdyby nie Franciszka, Wandzia byłaby skazana na łaskę i niełaskę swoich rodziców. Młynarska wiedziała, że jej córka próbowała pozbyć się niechcianej ciąży. Podpatrzyła kiedyś, jak Aniela skacze z zapiecka. Starsza kobieta była wstrząśnięta tym widokiem. Tym większa więc była jej radość, gdy Wandzia urodziła się cała i zdrowa. Nigdy, nawet gdy Strzelcowa była dla niej wyjątkowo podła, nie wypomniała jej, że chciała zabić własne dziecko. Osądzanie bliźnich zostawiła Bogu.

ROZDZIAŁ 4

Wanda była zachwycona szkołą już w momencie, gdy przekroczyła jej próg. Nie przeszkadzało jej ani to, że budynek jest drewniany i stary, ani to, że sale lekcyjne są ponure i smutne. Nie zwracała uwagi na skrzypiące podłogi czy łuszczącą się na ścianach farbę. Najważniejsze było dla niej to, że poszła do s z k o ł y, do miejsca, gdzie będzie mogła do woli pisać i czytać, i nikt nie będzie na nią z tego powodu krzyczał. W czasie rozpoczęcia roku szkolnego oczywiście towarzyszyła jej babcia. To ona zadbała o to, by wnuczka miała tego dnia nowe i czyste ubranie. Anielę niewiele obeszło to, że jej najmłodsze dziecko rozpoczyna edukację. Dla niej oznaczało to jedynie, że córka nie będzie pomagała w gospodarstwie tyle co wcześniej i nie wyprowadzi rano krowy na łąkę.

Największe wrażenie zrobiła na Wandzi jej nowa pani. Kiedy dziewczynka zobaczyła wychowawczynię pierwszej klasy, oniemiała. Nauczycielka była nie tylko piękna, ale i miła. Wyraźnie ją krępowało, ale i cieszyło to, że wszystkie dzieci są w nią wpatrzone z absolutnym zachwytem i oddaniem. Dla większości z nich nikt nigdy nie był tak dobry i cierpliwy jak ona. W domu zwykle służyły za „przynieś, wynieś, pozamiataj”. Nikt nie liczył się z ich zdaniem czy uczuciami. Tutaj nie tylko nie krzyczano na nie, ale traktowano z szacunkiem i powagą.

Wandzia bardzo wstydziła się pięknej pani oraz pozostałych dzieci. Od wczesnego dzieciństwa wychowywała się tylko z babcią. Czasami bawiła się z synkami Jadzi, ale brakowało jej koleżanek. Dziewczynki, które spotykała, gdy wypasała krowę, były od niej starsze i nie chciały się z nią zadawać. Dziecko czuło się samotne i wyobcowane.

– Wanda Strzelec – przeczytała pani i uniosła wzrok. Zatrzymała go na Wandzi, która skuliła się odruchowo, pewna, że zrobiła coś złego i nauczycielka zaraz ją okrzyczy.

– Usiądziesz w ławce ze Stefanią Kupicką. – Wychowawczyni uśmiechnęła się do Strzelcówny i wskazała jej miejsce obok niewysokiej i nieco pulchnej dziewczynki.

Wandzia sięgnęła po swój tornister i posłusznie usiadła na krześle obok nowej koleżanki. Ta uśmiechnęła się i odsunęła swój zeszyt, żeby zrobić więcej miejsca.

– Mów mi Stefka – szepnęła. – Jesteś bardzo ładna.

Dziewczynki szybko się zaprzyjaźniły. Stefka mieszkała w sąsiedniej wsi, w Wyszowie. Żeby wypełnić wszystkie obowiązki i zdążyć na poranne zajęcia, musiała wstawać o piątej rano. Ona i jej starszy brat Heniek pomagali rodzicom w gospodarstwie i opiece nad licznym młodszym rodzeństwem. Koleżanka Wandy była wesoła i lubiła jeść. Odznaczała się dużą siłą i sprytem, ale niestety niezbyt dobrze się uczyła.

Wandzi nauka przychodziła z łatwością i sprawiała ogromną przyjemność. Była pilną i pojętną uczennicą, a jej zeszyty pokazywano innym jako wzór do naśladowania. Nie przysparzało jej to jednak sympatii koleżanek. Kiedyś, pod nieobecność chorej Stefki, jedna z dziewcząt, o wiele wyższa i silniejsza od chudziutkiej i mizernej Wandzi, zabrała jej zeszyt i wrzuciła go do kałuży. Zapłakana dziewczynka musiała go potem przepisać. Dostała także reprymendę od matki. Na nic zdały się tłumaczenia, że to nie jej wina. Aniela była zbyt zajęta i nerwowa, by wysłuchiwać usprawiedliwień córki. Zdawała sobie sprawę, że to dobre dziecko, jednak nie zamierzała jej niepotrzebnie rozpieszczać. Wystarczyło, że Franciszka jest zbyt pobłażliwa wobec wnuczki, co wywoływało w niej złość, ale i… zazdrość. Młynarska dawała Wandzie to wszystko, czego Aniela nigdy nie ofiarowała swojej córce.

Kiedy Stefka wyzdrowiała i wróciła do szkoły, rozprawiła się z koleżanką, która dokuczyła Wandzi. Kupicka utopiła w kałuży wszystkie zeszyty złośliwej dziewczyny. Bardzo lubiła swoją przyjaciółkę i nikomu nie pozwalała jej krzywdzić. W dowód wdzięczności Wanda pomagała jej w nauce. Dziewczynki uwielbiały ze sobą przebywać i wzajemnie się wspierały.

Codzienne wędrówki do szkoły stanowiły dla Wandy nie lada wyzwanie. Zanim udało jej się tam dotrzeć, musiała odganiać psy, które z głośnym szczekaniem wyskakiwały znienacka z podwórek, uciekać przed stadem gulgoczących i rozłoszczonych indorów, syczących gąsiorów, które dziobały po nogach czy też wielkich kogutów potrafiących wskoczyć komuś na głowę. Wanda w ten sposób omal nie straciła kiedyś oka. Na szczęście często chodziła do szkoły razem z innymi dziećmi z wioski, dzięki czemu czuła się bezpieczniej.

Dziewczynka, podobnie jak kiedyś jej matka, miała zdolności aktorskie, które szybko zostały zauważone przez jej nauczycielkę. Wanda zaczęła brać udział w szkolnych przedstawieniach. Kolejne role w spektaklach dodawały jej pewności siebie, czyniły śmielszą oraz bardziej otwartą. Kiedy stała na prowizorycznej scenie i wygłaszała swoją kwestię, zawsze szukała wzrokiem matki. Miała nadzieję, że kiedyś ją dostrzeże pośród innych rodziców. Niestety, ta nigdy nie pofatygowała się, by zobaczyć grę swojego dziecka. Zawsze miała coś ważniejszego do zrobienia. Na szczęście Franciszka starała się nie opuszczać żadnego przedstawienia, w którym występowała Wandzia. Mimo że znacznie podupadła na zdrowiu, nadal przychodziła do szkoły, by zobaczyć występ wnuczki. Była z niej bardzo dumna, jednak coraz częściej martwiła się, że kiedy jej zabraknie, nikt nie zadba o dalszą edukację Wandy. Dziecko było utalentowane, lecz na swoje nieszczęście wychowywało się na wsi. Franciszka miała nadzieję, że wnuczka nie podzieli losu swojej babki, matki i siostry. Młynarska widziała w niej nieoszlifowany diament. Postanowiła, że dopóki żyje, będzie wspierała dziewczynkę w rozwijaniu jej uzdolnień. Wanda mogła osiągnąć znacznie więcej niż pozostałe kobiety w ich rodzinie. Jako jedyna miała szansę zasmakować innego, lepszego życia. By to osiągnąć, potrzebowała wokół siebie życzliwych ludzi, w przeciwnym razie czekało ją to samo co Janka Muzykanta, o którym ostatnio czytała swojej babci.

Wanda lubiła przyglądać się mamie, kiedy ta przygotowywała jedzenie dla świń. Zapach ziemniaków w mundurkach wymieszanych z plewami stanowił dla niej najpiękniejszy aromat. Chętnie pomagała Anieli w obrządzaniu inwentarza, szczebiocąc i przemawiając czule do świń i krowy. Matka ganiła ją za to, powtarzając, że prędzej czy później zwierzęta i tak trafią pod nóż. Wandzia smuciła się z tego powodu, a kiedy nadchodziło świniobicie, chowała się w domu i zatykała sobie uszy. Nie chciała słyszeć rozpaczliwego kwiku zarzynanego prosiaka ani widzieć, jak próbuje się wyrwać i uniknąć śmierci. Podobnie reagowała, gdy Aniela zabijała kurę na rosół, a potem oskubywała ją z pierza. Dziewczynka była bardzo wrażliwa i wyczulona, zwłaszcza na krzywdę zwierząt. Jej matka wzdychała z emfazą, widząc, że córka płacze z powodu nieżywego wróbla, którego znalazła na podwórku. Sama w dzieciństwie nadawała krowom imiona, jednak życie szybko obdarło ją z tej niepotrzebnej wrażliwości. Codzienność okazała się trudna i nie było w niej miejsca na żadne sentymenty. Wandzia wydawała jej się zbyt czułostkowa. Najchętniej siedziałaby tylko gdzieś w kącie i gryzmoliła te swoje wyssane z palca historyjki. Aniela obawiała się, że córce pomiesza się w końcu w głowie od wymyślania kolejnych opowieści. Nie pomagały ani krzyki, ani groźby. Wanda i tak pisała. Swoje zapiski chowała starannie do kryjówki. Dziewczynka nie rozumiała, dlaczego odczuwa taką potrzebę pisania. Kiedy wylewała na papier te wszystkie sceny i opisy, które godzinami przechowywała w myślach, robiło jej się lżej na duszy, a jej serce wypełniała niepomierna radość.

Swoje życie dzieliła między szkołę, pracę w gospodarstwie, zabawę oraz potajemne pisanie. Bacznie obserwowała wszystko, co działo się wokół niej, a potem zaszywała się w kącie i skrobała po cichu kolejną historię. Jej życie zmieniło się diametralnie, gdy odkryła miejsce, o którym tyle razy opowiadała jej Jadzia – bibliotekę. Kiedy po raz pierwszy weszła do drewnianego, śmierdzącego stęchlizną i grzybem budynku, gdy zobaczyła dziesiątki książek na półkach, poczuła, że jest w raju.

– I wtedy Bioła Dama znikła, a razem z nium zapodł się pod zimię zamek… – Franciszka zakończyła swoją opowieść i zerknęła na Wandzię. Ta wpatrywała się w babcię szeroko otwartymi oczami.

– Miołaś już spać – westchnęła starsza kobieta.

– Ale to było takie ciekawe… – Wandzia uśmiechnęła się rozbrajająco do Franciszki.

– Ale jest już późno. Jutro opowim ci innum historię. Tera już musisz zasnuńć. Jutro szkoła cię czeko. Rodzice zara od obrzudnku wrócum i bedum się denerwowały, że jeszcze nie śpisz.

Dziewczynka niechętnie pozwoliła się przykryć pierzyną.

– Babciu? – odezwała się po chwili.

Franciszka posłała jej zniecierpliwione spojrzenie. Czasami miała wrażenie, że Wanda mówi stanowczo za dużo jak na ośmiolatkę.

– Co?

– Co się stało z dziadkiem?

Młynarska spojrzała na nią ze zdumieniem.

– Jokim dziadkiem?

– No moim. Twoim… – Wanda szukała właściwego słowa – mężem?

Franciszka się roześmiała.

– Nigdy nie miołam mynża – odpowiedziała i natychmiast tego pożałowała.

– To skund mosz mamę? – zaciekawiła się wnuczka.

– Bocian jum przyniósł – rzuciła bez zastanowienia Młynarska.

– Bocian? Un przynosi dzieci? – Wanda była autentycznie zdziwiona. – To ja nie byłam u mamy w brzuszku?

– Byłaś, byłaś. A tera śpij. – Franciszka pocałowała dziewczynkę w czoło i zaczęła mruczeć jej kołysankę. Dopiero gdy zasnęła, kobieta uświadomiła sobie, że tę samą piosenkę nuciła kiedyś malutkiej Anielce. Tej samej, która potem skakała z zapiecka, żeby pozbyć się swojego dziecka. Małej Wandzi, która spała teraz słodko, wtulona w szmacianą lalkę.

Staruszka podniosła się ostrożnie, tak, by nie obudzić wnuczki. W tej samej chwili poczuła paraliżujący ból w okolicy podbrzusza. Jęknęła i zgięła się w pół, z trudem zachowując równowagę. Ucisk w podbrzuszu nasilał się, co wywołało przerażenie Franciszki. Już od jakiegoś czasu pobolewało ją w tym miejscu, ale nigdy aż tak mocno. Doczłapała się do stołu i opadła ciężko na ławę. Boleści nie ustępowały. Młynarska otarła pot z czoła i wyjrzała przez okno. Miała nadzieję, że Aniela skończyła już obrządzać inwentarz i zaraz przyjdzie do domu. Starsza kobieta była przerażona swoim stanem. Wiedziała, że nie zdoła wydostać się z chaty o własnych siłach, a rozpaczliwie potrzebowała pomocy. Nie chciała jednak budzić Wandzi w obawie, że dziecko się wystraszy. Siedziała więc bez ruchu, aż w końcu poczuła, że ból powoli mija. Odetchnęła z ulgą. Wstała ostrożnie i nalała sobie wody do kubka. Miała wrażenie, że cała lepi się od potu. Postanowiła, że nie powie córce o swoich dolegliwościach. Aniela i bez tego miała dość zmartwień, nie chciała dokładać jej kolejnych. Ich relacje nadal pozostawały chłodne. Młynarska czuła się w domu Strzelców jak piąte koło u wozu. Gdyby nie Wandzia, nie miałaby tu nikogo życzliwego. Jedynie wnuczka była dla niej kochająca i pomocna. Jej rodzice krzywo patrzyli na Franciszkę, dając jej do zrozumienia, że tylko przeszkadza. Nie mieli dla niej litości. Boleśnie wypominali jej przeszłość, jątrząc na nowo rany, które ledwo co się zagoiły.

ROZDZIAŁ 5

Niewypały stanowiły po wojnie prawdziwy problem, zwłaszcza na wsi. Wszędzie było ich pełno. Rolnicy bali się orać w polu, świadomi, że mogą zahaczyć pługiem o zakopany pod bruzdą granat. Martwili się również o swoje dzieci, które często bawiły się w lasach i na polach. Mimo że od zakończenia drugiej wojny światowej minęło dwadzieścia siedem lat, co jakiś czas słyszano, że ktoś znalazł na swoim polu bombę albo pocisk. Wystraszeni chłopi unikali samodzielnego przenoszenia niewypałów. W takich sytuacjach zwykle zawiadamiali milicję, a ta saperów. Kiedy dzieci widziały przejeżdżającego przez wieś wojskowego gazika, natychmiast porzucały swoje dotychczasowe zajęcia i biegły za samochodem, podekscytowane widokiem żołnierzy. Każde z nich chciało z bliska zobaczyć, jak wygląda rozbrajanie bomby. Niestety, saperzy odgradzali i zabezpieczali teren, na którym znajdował się niewypał, tym samym odbierając małym gapiom szansę na zobaczenie czegoś ekscytującego.

– Głodny jestem – jęknął Heniek, patrząc ze zniecierpliwieniem na ognisko. – Ile jeszcze trza czekoć?

– Jak chcesz jeść surowe, to wyciungoj – warknęła Bożena, spoglądając z niechęcią na kolegę.

Wandzia i Stefka siedziały grzecznie na dużym kamieniu i cicho rozmawiały. Ta pierwsza była podekscytowana tym, że mogła przyjść do swojej koleżanki i razem z jej znajomymi rozpalić ognisko. Rzadko bywała w Wyszowie. Czasami przychodziła tu z rodzicami, kiedy ci załatwiali jakieś sprawy z miejscowymi gospodarzami. Wanda długo musiała przekonywać matkę, aby ta pozwoliła jej pójść do drugiej wsi. Aniela zgodziła się dopiero wtedy, gdy Stefka osobiście zapewniła ją, że przyjdzie po koleżankę, a potem ją odprowadzi pod same drzwi. O ognisku wolały nie wspominać. Były pewne, że Strzelcowa kategorycznie zabroni im rozpalać ogień bez nadzoru dorosłych.

Stefka podwędziła z domu zapałki, ktoś inny przyniósł ziemniaki, chleb, znalazło się nawet pętko kiełbasy i kawałek słoniny. Był czwartek, dzień targowy. Większość dorosłych jak co tydzień pojechała do miasta, żeby sprzedać jajka, mleko i ser. Ich dzieci zamierzały wykorzystać ten czas na zorganizowanie prawdziwej uczty w postaci pieczonych ziemniaków. Nie od wczoraj wiadomo, że to prawdziwy rarytas. Dzieci sprawnie rozpaliły ogień i po chwili grzały się w jego cieple.

– Może se pośpiewomy? – zaproponowała Teresa, wysoka dziewczyna z warkoczami.

– Taa, żeby się zara ludzie ze wsi zleciały. – Bożena popukała się w czoło.

Wanda i Stefka postanowiły się przejść do zagajnika znajdującego się kilkanaście metrów dalej. Jak zawsze miały sobie wiele do powiedzenia.

– Martwię się o moją babcię – odezwała się Wandzia, kiedy zniknęły już z oczu reszcie młodzieży.

Stefka usiadła na przewróconym drzewie i spojrzała na przyjaciółkę.

– A co jej?

Wanda westchnęła.

– Schudła, prawie nic nie je, ma jakiś boleści, ale jak jum pytom, czy się dobrze czuje, to mówi, że tak.

Stefka wzruszyła ramionami.

– Wisz, staro już jest, to i jum boli tu i tam.

– Ale to już trwo długo. Ona mnie chyba okłamuje. Nic mi nie chce powiedzić, żeby mnie smutno nie było.

– Oj, Wandzia, twojo babcia dobro kobita jest, gdzie by tam cię okłamywała. – Stefka objęła koleżankę, chcąc ją pocieszyć.

Nagle dziewczynki zauważyły jakąś postać przemykającą między drzewami. Obie zerwały się jak na komendę i schowały za przewróconym bukiem, na którym dotąd siedziały. Obserwowały przez chwilę młodego chłopaka skradającego się ku ognisku.

– Znam go – szepnęła Stefka, wstając gwałtownie. – To Rudy Rysiek.

Chłopak, jak wyjaśniła szybko Wandzie Kupicka, był od nich starszy kilka lat i słynął z tego, że nieustannie psocił i szabrował, przez co regularnie dostawał lanie od swojego ojca. Rodzinie Ryśka się nie przelewało, dlatego syn często kradł jedzenie, nierzadko młodszym dzieciom. Był wysoki i silny, więc nikt nie śmiał mu się sprzeciwić. Gdzie się nie pojawił, tam zaraz coś ginęło albo ktoś dostawał w nos.

Wanda i Stefka bały się Rudego Ryśka, dlatego nie podeszły do ogniska. Postanowiły, że ukryją się za drzewem i stamtąd popatrzą na rozwój wypadków.

– Po co rozpoliliście ten ogiń? – zapytał Rysiek podejrzliwie. – Pieczeta zimnioki, co nie? – Powiódł wygłodniałym wzrokiem po całej grupie i uśmiechnął się chytrze.

Dzieci chciały zaprzeczyć, ale chłopak roześmiał się tylko i nagle wyjął zza pleców jakiś duży przedmiot zawinięty w szmatę.

– Pokozoć wom, co żem znalozł w lesie? – wyszeptał konspiracyjnie.

Kilkoro nastolatków, wyraźnie zaciekawionych, zbliżyło się do Ryśka. Wśród nich byli Heniek i Teresa. Reszta przyglądała się z bezpiecznej odległości.

– Cuś im pokozuje. – Stefka stanęła na palcach, by dojrzeć, co trzyma chłopak. – Nie widzę, co to jest. – Dziewczynka była wyraźnie zawiedziona. – Idziemy tam?

Wanda spojrzała na nią z przestrachem.

– A jak przyniósł jakum jaszczurkę albo żabę? Chcesz, żeby ci jum wrzucił za koszulę?

– E tam. – Stefka się skrzywiła. – Pryndzy znalozł jaki pistolet. Pełno jeszcze zostało tego w lasach. Trza wiedzić, gdzie szukoć.

– Jo tam nie idę. Boję się tego chłopoka, nieprzyjymny taki… – Wanda popatrzyła na Ryśka z niechęcią.

Tymczasem grupa przy ognisku nie mogła powstrzymać ciekawości. Niemal wszyscy zbliżyli się do Ryśka, aby zobaczyć, co też kryje się pod szmatką.

– Jak któreś wygodo się w dómu, to zleję na kwaśne jabłko – zastrzegł chłopak. Dla podkreślenia swoich słów powiódł groźnie wzrokiem po stojącej wokół niego młodzieży. Widząc zniecierpliwienie i oczekiwanie na twarzach nastolatków, niczym cyrkowy magik ściągnął szybko szmatę z trzymanego w ręku przedmiotu i pokazał go triumfalnie kolegom i koleżankom. Dzieci jeszcze ciaśniej otoczyły chłopca i zaczęły przyglądać się z zainteresowaniem temu, co trzymał Rysiek. Nagle odskoczyły od niego z krzykiem.

– Czego się boita, barany? – zakpił chłopak. – Prowdziwy pocisk. Szwabski. A jaki wielki i cinżki! Chceta potrzymoć?

Młodzi cofnęli się jeszcze bardziej.

– Rysiek, wyrzuć toto! – zawołała przerażona Bożena.

Chłopak się roześmiał.

– Mam wyrzucić? Dobra! Zoboczymy, co się… – Nie dokończył. Pocisk, który cisnął do ognia, wybuchnął z taką siłą, że Ryśka rozerwało na kawałki. Odłamki niewypału raniły również tych, którzy stali blisko ogniska. Zaległa śmiertelna cisza, którą niespodziewanie przerwał pełen bólu wrzask Heńka. Chłopakowi urwało pół ręki. Z poszarpanego kikuta tryskała krew.

Wszystkie dzieci zaczęły płakać i wołać o pomoc. Bożena trzymała się za zakrwawioną twarz, a Teresa patrzyła z przerażeniem na wielki odłamek, który utkwił jej w łydce.

Dorośli, którzy przybiegli na miejsce zaniepokojeni głośną eksplozją, stanęli jak wryci. Zobaczyli grupę rozhisteryzowanych i rannych nastolatków, wokół których było pełno krwi i strzępów ludzkiego ciała.

– Matko Bosko! – Chłopi przypadli do dzieci, próbując je uspokoić i zatamować krwotoki. Ktoś pobiegł po Grześkową, ktoś po lekarza, kolejny po księdza i straż pożarną. Heniek zemdlał z bólu, dzięki czemu przestał wrzeszczeć jak opętany. Dorośli patrzyli z przerażeniem i bezradnością na poranione dzieci oraz resztki tego, co pozostało z Ryśka.

Wanda i Stefka nie ruszały się ze swojego miejsca. Były sparaliżowane strachem oraz wydarzeniami, które rozegrały się przed chwilą na ich oczach. Widok rozerwanego chłopaka oraz wszechobecnej krwi niemal przykuł je do ziemi. Dziewczynki były blade i ledwo żywe z przerażenia. Oto na ich oczach zginął człowiek, a pozostałe osoby zostały ciężko ranne. Stefka wpatrywała się w swojego brata, który leżał bezwładnie na ziemi. Wciąż krwawił. Jego oderwana ręka leżała kilka metrów od niego.

Kiedy na polanie zjawiła się Grześkowa, wszyscy odetchnęli z ulgą. Akuszerka zatrzymała się gwałtownie i zakryła usta dłonią. Mimo że widziała już wiele trupów i rannych, widok tylu ofiar ją poraził. Nie tak dawno pomogła przyjść na świat każdemu z tych dzieci, a teraz musiała ratować ich życie. Wiedziała, że zanim ktoś sprowadzi lekarza, niektóre z nich wykrwawią się na śmierć.

Kobieta zaczęła opatrywać Heńka, równocześnie tłumacząc chłopom, co zrobić z innymi dziećmi. Zacisnęła na ramieniu chłopca kawałek porwanej koszuli, zatrzymując tym samym krwawienie. Zerknęła na poszarpany kikut, który jeszcze pół godziny temu był jego ręką, i pokręciła z niedowierzaniem głową.

Jeden z gospodarzy przyprowadził furmankę, na której ułożono ranne dzieci. Ktoś inny ugasił ognisko, patrząc z odrazą na kawałki mózgu leżące dookoła stosu. Nagle na polanę przybiegła jakaś kobieta. Zanim ktokolwiek zdołał ją zatrzymać, podeszła do miejsca, gdzie przed chwilą palił się ogień. Na widok kawałków ciała i zabryzganej krwią trawy z jej gardła wydobył się nieludzki wrzask. Chłopka padła na kolana, płacząc i złorzecząc.

– To matka Ryśka – odezwała się głucho Stefka.

Wanda spojrzała na koleżankę z przestrachem. Przeniosła wzrok na rozpaczającą kobietę i sama poczuła, że zbiera jej się na płacz. Dopiero teraz zaczynało do niej docierać, co zobaczyła i czego cudem uniknęła. Gdyby posłuchała Stefki i podeszły do ogniska, one również byłyby teraz martwe albo ranne.

– Chodźmy stund – szepnęła. Dziewczynki wróciły lasem do wsi. Po drodze nie zamieniły ze sobą ani jednego słowa.

– Odprowodzę cię – zaproponowała w końcu Kupicka.

– Zwariowołaś? Leć do dómu, przecie twój brat… – Wanda urwała, nie wiedząc, co dalej powiedzieć. – Pójdę samo, na skróty.

Rozmowę dziewczynek przerwały nagle jakieś krzyki. Dzieci zobaczyły grupę ludzi, która szła szybkim krokiem przez wieś.

– Ło matko… Nasze rodzice wróciły z targu. Któś im powiedzioł… – szepnęła przerażona Stefka.

Wanda zmartwiała, dostrzegając pośród zbliżających się ludzi swoją matkę. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić lub powiedzieć, Aniela przypadła do niej, najpierw uderzając ją ręką w głowę, a potem przytulając do siebie.

– Kto wum pozwolił rozpolić ognisko? – krzyknęła, sprawdzając, czy córka jest cała i zdrowa.

– Mamo, przepraszom… – Wandzia rozpłakała się, spoglądając skruszona na matkę.

– Na co mi twoje przeprosiny? Jakbyś stoła bliży, rozerwałoby cię jak tego chłopoka! Wisz, co tera jego matka mo? – Aniela krzyczała na córkę, próbując ukryć radość i ulgę, że dziecku nic się nie stało. – Do dómu – zakomenderowała głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Wanda spojrzała tylko na Stefkę, która pomaszerowała z opuszczoną głową do swojej chaty, po czym ruszyła za matką.

Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Opowiedziała babci, co wydarzyło się przy ognisku, a potem wspólnie pomodliły się za Ryśka i ranne dzieci. Dziewczynka leżała obok pochrapującej Franciszki i wpatrywała się bezmyślnie w sufit. Ilekroć opuszczała powieki, przed jej oczami natychmiast pojawiały się sceny z mijającego dnia. Wybuch. Słup ognia. Rysiek, którego rozerwało na setki kawałków. Jego eksplodująca głowa. Urwana ręka wrzeszczącego z bólu Heńka. Krew, morze krwi. Płaczące dziewczynki, odłamki w ich ciałach… Wanda zapadała w krótki, niespokojny sen, po czym budziła się z krzykiem. Wstrząsające obrazy z ogniska powracały do niej jak upiorne wspomnienia. Babcia przytulała ją do siebie i szeptała uspokajające słowa, jednak dziecko nie potrafiło tak po prostu wyrzucić z pamięci przerażających scen, których było świadkiem. Wanda pierwszy raz w życiu widziała śmierć człowieka. To wstrząsające doświadczenie na zawsze odcisnęło piętno na jej wrażliwej psychice.

ROZDZIAŁ 6

– Wandzia, przeczytaj swoją pracę domową. – Pani uśmiechnęła się do niej zachęcająco.

Strzelcówna skinęła głową i powoli otworzyła zeszyt. Zadaniem domowym było napisać o swoim największym marzeniu. Dla dziewczynki nie był to przykry obowiązek, a prawdziwa przyjemność. Wiedziała przecież, o czym marzy najbardziej, a opisanie tego jeszcze bardziej utwierdziło ją w przekonaniu, że pragnie jednej rzeczy: zostać pisarką.

Wanda odchrząknęła i zaczęła głośno czytać:

Mam wiele marzeń, ale największym z nich jest zostanie pisarką.

Umilkła, słysząc chichot za sobą. Koleżanki z klasy jak zawsze szukały sposobu, żeby jej dokuczyć.

– Cisza! – Pani spojrzała groźnie na uczniów. – Wandziu, czytaj dalej.

Już od dziecka lubiłam pisać. Na początku nie odróżniałam liter, ale potem, kiedy poznałam już alfabet, pisanie sprawiało mi coraz większą radość.

– Ojej, jaka jestem zdolna – usłyszała złośliwy szept za plecami. Zerknęła na nauczycielkę, ale ta przeglądała jakieś kartki i nie patrzyła na klasę.

Wanda poczerwieniała, ale dzielnie walczyła ze łzami, które napłynęły jej do oczu.

Kiedy byłam mała, moja babcia opowiadała mi na dobranoc różne historie. Niektóre były straszne, inne wesołe albo wzruszające. Potem sama zaczęłam wymyślać własne opowieści. Kiedy nauczyłam się pisać i czytać, babcia zachęciła mnie, żebym zaczęła spisywać swoje bajki i historyjki.

– Ale to nudne… – westchnęła cicho Marysia, kopiąc, niby niechcący, w krzesło Strzelcówny.

Wanda była bliska łez. Zdawała sobie jednak sprawę, że jeśli się rozpłacze, da tym samym satysfakcję swoim podłym koleżankom.

Posłuchałam jej i od tej pory spisuję każdą opowieść na kartce lub w zeszycie. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się napisać książkę i zobaczyć ją w księgarni. Wiem, że nie jest to łatwe i trzeba mieć prawdziwy talent, ale po to właśnie ma się marzenia, żeby…

– …się wreszcie zamknąć – mruknęła Wieśka, siedząca obok Marysi. – Kiedy ona wreszcie skończy to dukanie? – spytała koleżankę, ale na tyle głośno, by dotarło to również do Wandy.

Dziewczynka nie wytrzymała już dłużej. Zerwała się z miejsca i wybiegła bez słowa z klasy.

– Wanda! – usłyszała wołanie pani, ale się nie zatrzymała. Schowała się pod schodami i rozpłakała cicho. Dlaczego koleżanki tak jej dokuczały? Czy to jej wina, że lubiła język polski i miała z niego dobre oceny? Uwielbiała pisać wypracowania, a swoje zeszyty prowadziła najstaranniej, jak potrafiła. Musiała je chować przed synami Jadzi, którzy bardzo chcieli w nich rysować. Kiedyś Jędrek i Grześ wykradli jej z plecaka zeszyt do matematyki i ozdobili go swoimi bazgrołami. Wanda wpadła w rozpacz. Musiała wyprosić pieniądze na nowy kajet, a potem przepisać do niego całą zawartość starego. Oczywiście to ona dostała burę, że nie upilnowała i tornistra, i chłopców.

Wandzia szlochała cicho, siedząc w kucki pod drewnianymi schodami. Kiedy rozległ się dzwonek, wcisnęła się mocniej pod stopnie. Gdyby koleżanki ją tu teraz znalazły, nie dałyby jej żyć. Stałaby się pośmiewiskiem i została wyzwana od mazgajów i kujonów.

Na szczęście język polski był tego dnia ostatnią lekcją. Wanda zaczekała, aż uczniowie z jej klasy opuszczą szkołę, po czym ruszyła po cichu do sali, by zabrać swoje rzeczy. Liczyła na to, że nikogo już w niej nie zastanie, jakież więc było jej zdumienie, gdy ujrzała panią od polskiego siedzącą przy biurku.

Zatrzymała się gwałtownie. Zamierzała się szybko wycofać, ale nauczycielka ją zauważyła.

– Wandziu, czekałam na ciebie – odezwała się kobieta. – Wejdź do klasy i zamknij drzwi.

Dziewczynka w milczeniu wykonała polecenie. Nie mogła rozszyfrować, czy pani jest zła, czy nie. Bała się, że ją okrzyczy za niespodziewane wyjście w trakcie lekcji.

Stanęła przy biurku, zupełnie jakby została wezwana do odpowiedzi.

– Dlaczego wyszłaś z sali? – Kobieta popatrzyła na nią łagodnie.

– Musiałam do toalety – skłamała.

Nauczycielka uniosła jedną brew i oparła się o krzesło, które głośno zaskrzypiało. Barbara Borsucka uczyła polskiego w tej szkole od zeszłego roku. Miała niespełna trzydzieści lat i wciąż była panną. Przyjeżdżała do Tęczowa sześć razy w tygodniu porannym pekaesem, a odjeżdżała przedostatnim kursem. Kiedy przyjęła tę pracę, zdawała sobie sprawę, że nauczanie na wsi znacznie różni się od uczenia w mieście. Rzeczywistość okazała się znacznie gorsza.

Poziom intelektualny dzieci na wsi był bardzo niski. Barbara rozumiała już, dlaczego nauczycielka pracująca tu przed nią uciekła po kilku miesiącach. Uczniowie mieli ogromne braki nie tylko z języka polskiego, ale i z pozostałych przedmiotów. Sprawę dodatkowo utrudniał fakt, że brakowało nauczycieli. Trudno było przekonać ich, by chcieli zamieszkać na wsi albo tu przyjeżdżać. W konsekwencji jeden nauczyciel nauczał kilku przedmiotów.

Barbara robiła, co mogła, by zachęcić dzieci do nauki. Organizowała przedstawienia, konkursy, podsuwała ciekawe książki, słowem, stawała na głowie, by uczniowie przychodzili codziennie do szkoły. Niestety, ich rodzice z niechęcią przyjmowali kolejne pomysły nauczycielki. Niewykształceni analfabeci przekonani o tym, że nauka tylko miesza w głowie, wmawiali córkom i synom, że szkoła jest niepotrzebna i nie warto tracić na nią czasu. Na szczęście nie wszyscy byli tak zacofani. Zdarzały się nieliczne wyjątki, zwłaszcza wśród bogatych gospodarzy, którzy doceniali zaangażowanie nauczycieli i trud, jaki wkładali w nauczanie ich dzieci.

Praca w wiejskiej placówce była ciężka i niewdzięczna. Wymagała odwagi i cierpliwości. Barbara nie raz, nie dwa chciała zostawić to wszystko i znaleźć sobie spokojną posadę gdzieś w mieście. Coś jednak ciągnęło ją do tych biednych, wymagających pomocy i uwagi dzieci. Kiedy udawało jej się dostrzec takie perełki jak Wandzia Strzelec, wiedziała, że jej praca jest coś warta.

Gdy przeczytała pierwsze wypracowanie Wandy, była przekonana, że dziecku ktoś pomagał. Staranny i równy charakter pisma, czysty i schludnie prowadzony zeszyt, nieliczne błędy ortograficzne, wszystko to nie pasowało do tej niepozornej dwunastolatki. Kiedy Barbara poprosiła, by uczennica pokazała jej pozostałe zeszyty, była zdumiona. Wszystkie były równie piękne, jak ten do języka polskiego.

Nie inaczej było z czytaniem. Kiedy na lekcji przypadkowo wyznaczyła Wandę do przeczytania fragmentu czytanki w podręczniku, również spotkało ją miłe zaskoczenie. Dziewczynka czytała płynnie i melodyjnie, czego mógłby jej pozazdrościć niejeden dorosły.

Nauczycielka zaczęła wyznaczać Wandzi dodatkowe prace domowe. Uczennica zawsze odrabiała je w terminie, choć Borsucka doskonale wiedziała, że akurat trwają wykopki czy sadzenie warzyw. Dziecko było pilne i aktywne. Wyraźnie wyróżniało się na tle klasy, co niestety miało również swoje minusy. Barbara bardzo szybko zorientowała się, że koleżanki dokuczają Wandzi. Dziewczynka wprawdzie nigdy się nie skarżyła, lecz nauczycielka widziała ich stosunek do małej Strzelcówny.

– Powiesz mi, co naprawdę się stało? – zapytała łagodnie.

Wanda opuściła głowę. Jeśli powie pani prawdę, a koleżanki się o tym dowiedzą, będą ją jeszcze bardziej prześladować. Jeśli skłamie, sprawi przykrość nauczycielce, którą przecież lubiła.

– Boisz się, że one się dowiedzą i będą ci dokuczać?

Wandzie zebrało się na płacz. Czuła się niezręcznie, nie wiedziała, co odpowiedzieć, żeby nie urazić pani Borsuckiej.

– No dobrze – westchnęła nauczycielka. – Zabierz swoje rzeczy i idź do domu.

Wanda podeszła do ławki i mimowolnie zerknęła na swój otwarty zeszyt. Znieruchomiała, widząc, że jej praca domowa jest oblana atramentem. Plama była tak wielka, że z pewnością przesiąkła na kilkanaście kartek. Dziewczynka omal się nie rozpłakała, kiedy uświadomiła sobie, że znowu będzie musiała przepisywać cały zeszyt. Zamknęła go pospiesznie i schowała go do tornistra.

– Nie oceniłam jeszcze twojej pracy domowej – odezwała się Borsucka, gdy dziewczynka przechodziła obok niej. – Daj mi zeszyt, przeczytam ją spokojnie w domu.

Wanda spojrzała na nią z przestrachem. Znowu kłamać czy też powiedzieć prawdę? Nagle jednak poczuła ogromną złość na swoje koleżanki. Była dla nich miła, a one tak jej się za to odwdzięczały. Bez przerwy jej dokuczały, doprowadzały ją do płaczu, a teraz jeszcze zniszczyły kolejny zeszyt. Jak matka się dowie, że Wandzia znowu potrzebuje pieniędzy na nowy, niechybnie dostanie lanie za to, że nie upilnowała swoich rzeczy.

Dziecko nie wahało się już dłużej. Wyjęło zeszyt z plecaka i podało go nauczycielce.

– Do widzenia – powiedziała cicho Wanda i wyszła z sali.

– Do widzenia – odpowiedziała Borsucka, odprowadzając ją wzrokiem. Kiedy dziewczynka znikła, Barbara otworzyła jej zeszyt i pokiwała głową na widok wielkiego kleksa. Widziała, jak Wieśka, niby przypadkiem, wylała atrament na zeszyt Wandy. Obie z Marysią każdego dnia wymyślały nowy sposób na dokuczenie Strzelcównie. Barbara specjalnie poprosiła Wandę o zeszyt, chciała sprawdzić, czy dziewczynka powie jej o przykrym psikusie koleżanek. Nie zrobiła tego, choć widać było na jej twarzy ogromny smutek i żal. To dziecko nie zasługiwało na takie traktowanie. Borsucka postanowiła, że da złym koleżankom Wandzi nauczkę. Nie cierpiała złośliwości i podłości. Lubiła Strzelcównę i nie zamierzała biernie przyglądać się temu, jak ta biedna dziewczyna codziennie cierpi. Nauczycielka domyślała się, że dziecko dostaje w domu burę za każdy zniszczony zeszyt. Znała jej matkę i nie wydała jej się sympatyczną kobietą. Nic dziwnego, że Wanda była tak wystraszona i cicha. Dziecko mimowolnie skojarzyło się Borsuckiej z