Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 384

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Walka - Waleria Marrene-Morzkowska

Romans pozytywistyczny z 1883 roku. Waleria Marrené-Morzkowska (1832–1903) to polska pisarka, publicystka, krytyczka literacka i feministka okresu pozytywizmu. Nauki pobierała w domu, a następnie w szkołach w Puławach oraz w Krakowie. Wiele podróżowała. Zawarła długoletnią przyjaźń z Elizą Orzeszkową. Po przeprowadzce w 1877 roku do Warszawy zajęła się pisarstwem, publicystyką i filantropią. W swoim domu prowadziła popularny salon literacki. Debiutowała powieścią „Nowy gladiator” w 1857 roku. Opublikowała ponad dwadzieścia utworów prozatorskich, głównie w typie romansu. Wiele z nich można zaliczyć do nurtu powieści tendencyjnej. Często poruszały one problematykę emancypacji kobiet. W jej dorobku znalazły się także publikowane na łamach „Przeglądu Tygodniowego” artykuły krytyczne, szkice literackie, recenzje i sprawozdania. Przełożyła „Kobietę trzydziestoletnią” Balzaka oraz wybrane dramaty Henryka Ibsena.

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Walka - Waleria Marrene-Morzkowska

Fragment ebooka Walka - Waleria Marrene-Morzkowska

Waleria Marrené-Morzkowska

Walka

Warszawa 2012

[WALKA]

W smutny dzień jesienny, przy zapadającym zmroku, szedł wolnym krokiem młody jeszcze człowiek przez ulice Warszawy; postać jego była znużona, a oczy gorączkowe błądziły od przedmiotu do przedmiotu, lub po twarzach ludzkich, nie zatrzymując się nigdzie. Powierzchowność jego wytworna, pieszczona, nacechowana była tą miękkością zdradzającą wybitny rys charakteru i usposobienie; jeśli temu człowiekowi groziło nieszczęście jakie, on nie miał siły go odwrócić, jeśli nadeszło, nie potrafił go dźwignąć, dość było spojrzeć na niego uważnie, by odgadnąć to od razu. Przywyknięcie musiało być dla niego prawem, skłaniał głowę przed każdą burzą, pokonany zawczasu, lękał się walki i puszczał łódkę swą na wolę prądów bez oporu. Znać w nim było tę nieuleczoną słabość woli, którą dopiero niepowodzenie na jaw odkrywa, rzucając niepowrotnie zwyciężonego na pastwę złych losów. Czasem w wyjątkowych okolicznościach ludzie tacy prześlizgnąć się mogą po fali życia i niedotknięci twardą ręką rzeczywistości, dobiegną kresu swego spokojnie i nikt nie domyśli się nawet, z jak kruchej gliny ulepieni byli. Ale dzisiaj w wieku starcia się żądz i idei, w wieku, gdy społeczeństwo drży w posadach, siląc się wydostać na nowe drogi i pyta zasad odwiecznych na mocy czego rządzą dotąd światem, kiedy wśród ogólnego zamętu każdy na samego siebie tylko rachować powinien i wstępować w niebezpieczną grę życia, zbrojny od stóp do głowy, biada tym, co nie widzą jasno celu swojego, co ani dźwignąć się, ani obronić nie potrafią, biada tym, którzy przywykli brać życie jako igraszkę! Jak ów sfinks starożytny, ono mści się okrutnie nad tymi, co nie rozwiązali zagadki bytu, łamiąc bez miłosierdzia tych, których siły nie sprostają zamiarom, gruchocząc bezsilnych i nieudolnych.

Człowiek idący ulicą z głową pochyloną na piersi był widocznie złamany, snadź jakiś grom nieszczęścia uderzył w niego niespodzianie; szedł wolnym krokiem niby pogrążony w śnie strasznym, doszedł chwiejąc się do Saskiego hotelu, wziął machinalnie klucz od szwajcara i poszedł do swego mieszkania na drugim piętrze. Tutaj dopiero rzucając się na kanapę z niewypowiedzianym zmęczeniem, ukrył głowę w poduszkach, jakby chciał obronić się od jakiegoś strasznego widoku lub dźwięku, który wyraźnie tkwił w jego wyobraźni tylko. Czyniąc tak, przypominał on spłoszone ptaki, które w obawie niebezpieczeństwa kryją głowę pod skrzydła.

Wkrótce jednak reszta rozsądku czy instynktu, wykazała mu całą płonność tego środka, bo zerwał się z miejsca i stanął na środku pokoju z twarzą w pół obłąkaną; usta jego zsiniałe wymawiały jakieś wyrazy urywane, niezrozumiałe, w których może kryła się powieść jego życia; powieść ta musiała być powszednia bardzo, można to było odgadnąć z twarzy jego, zapewne od młodości życie uśmiechało mu się wszystkimi powabami, zapewne pił lekkomyślnie z czary rozkoszy i użycia, dopóki ta nie rozprysnęła mu się w ręku, wówczas spotkał się oko w oko z widmem ruiny, może wyrzutów sumienia, może wziął na siebie lekkomyślnie ciężar cudzego życia, a dziś nie czuł się na siłach podźwignąć jarzma obowiązków i cofał się przed sama myślą o przyszłości.

Teraz stan tego człowieka był okropny, widocznie był on w jednym z owych położeń bez wyjścia, jakie wyrabia fałszywe życie i fałszywe idee; teraz rzucał się i wił pod naciskiem nieubłaganej konieczności, której ani odżegnać, ani przecierpieć nie umiał. Tymczasem noc zapadła, noc pełna gwaru i ruchu jak zwykle wśród wielkiego miasta; co chwila szyby pokoju drżały od turkotu, co chwila dolatywały dźwięki zmieszane: to wesoła nuta grana przez ulicznego włóczęgę, to dalekie echa kroków, rozmów, śmiechów. Świat spieszył się i bawił, świat pracował lub używał, a on sam zgubiony w ponurej rozpaczy słuchał tych odgłosów życia, od których odgraniczała go jakaś straszna moralna przepaść. Wszak i on wczoraj, dziś rano jeszcze, należał do tego świata wirującego w koło, był jednym z tych rozlicznych ogniw wielkiego towarzyskiego łańcucha; cóż zmieniło się? Co się zerwało w nim lub koło niego? Co rzuciło go samotnie zwyciężonego jakąś przecierpianą walką, wśród czterech ścian tego pokoju? Pomiędzy nim a resztą świata stał fakt jakiś, uznany przez niego za niepowrotny.

W pokoju, w którym się znajdował, tak jak i w duszy jego było ciemno; tylko odbiciem ulicznych latarni, rysowały się na podłodze czerwonawe widma okien, rzucając na porozrzucane sprzęty niepewne światło.

Czasem cisza bywa przerażająca; taka była cisza tego pokoju i cisza tego człowieka, który może w ostatniej walce lub nadziei wyczerpawszy resztę sił, zdawał się czekać tutaj, jak skazany winowajca spełnienia jakiegoś strasznego wyroku.

Zastukano do drzwi; ten lekki odgłos zwyczajnego życia zelektryzował go nagle, podniósł głowę i słuchał w głuchym milczeniu ukryty w ciemnościach, a źrenice jego rozszerzały się trwogą, czoło okrywało się kroplami potu, widocznie lękał się jakiejś twarzy ludzkiej – czuł, że ktoś ma prawo wejść tutaj przemocą nawet, że schronienie jego jest tylko czasowe, to wszystko zarysowało się wyraźnie w oczach jego.

Stukanie powtórzyło się raz i drugi, w końcu ucichło i kroki jakieś oddaliły się zwolna; była to chwila niewypowiedzianej męki dla mieszkańca tego pokoju, który jak zwierz raniony, ścigany może, szukał tu chwili spoczynku. Gdy znowu nastała cisza, powstał ostrożnie z wyrazem pognębienia i przekonawszy się, że go nikt nie podpatruje, zaczął przechadzać się nierównym krokiem. Kto wie co ważyło się w duchu jego, jakie zrywały się walki i burze, jakie powstawały wspomnienia, twarz jego spuszczona była pogrążona w cieniu, tylko postać miała to opuszczenie cechujące wielkie boleści, wielkie katastrofy moralne, które od razu niweczą słabych, nieudolnych lub niemężnych.

Długo bardzo trwała przechadzka w koło ścian ciasnego pokoju; człowiek, co ją odbywał, nie rachował się z czasem, nie zwracał najmniejszej uwagi na godziny, uderzane z kolei przez miejskie zegary, aż w końcu zbliży! Się do biurka i zapalił świecę, a gdy to uczynił, ręka jego drżała tak, że migotliwe światło zapałki padło i schodziło na przemian z twarzy jego, zanim zdołał przytknąć ją do knota. W tej chwili twarz ta była przerażająca. Gdy on tu wchodził w pół cieniu zapadającego mroku, całą siłą, resztą rozumu i woli, zachowywał pozór dawnego człowieka, panował jeszcze nad rysami i postacią swoją, chociażby z mocy nawyknienia, ale te kilka godzin samotności dopełniły snadź moralnego rozkładu jego, bo zdarły mu tę konwencjonalną maskę, jaką prawa towarzyskie narzucają na każde cierpienie. Teraz twarz tego człowieka uwolniona ze wszystkich więzów, ukazywała się w całym bezwstydzie niektórych chwil życia, znać na niej było nie owe bole piętnujące szlachetnym znamieniem czoło, ale moralną nędzę, ostateczny upadek i trwogę napadającą nikczemnych przed odpowiedzialnością za spełnione czyny. Widać życiem jego nie kierowała żadna myśl, żadne uczucie, i żadne też wśród klęski nie ocalało na pociechę lub dźwignię złamanego bytu. Oczy jego miały wyraz osłupienia, a jednak migotały w nich łzy, te łzy płynęły z wolna po bladej rozstrojonej twarzy, której krwią nabiegłe żyły i drgające muskuły, nadawały jakieś odrażające piętno. Blask światła raził snadź źrenice jego błąkające się dotąd w ciemności, bo przymknął je na chwilę, usiłując widocznie przywołać do porządku nieposłuszne zmysły. Gdy otworzył je znowu, spojrzał w koło przytomniejszym wzrokiem, i zobaczył kilka listów nierozpieczętowanych leżących na stole.

Listy to dowody współczucia i miłości ludzkiej; on rzucił się do nich, jak gdyby zawierały dla niego ocalenie; w tym jednym ruchu znać było, że nie zerwał stanowczo z życiem i nadziejami życia; obejrzał je po kolei badając, co mu przynoszą. Jeden z nich miał pocztową pieczątkę, ten odłożył na bok drżącą ręką, widocznie wiedział co zawiera i nie miał odwagi go czytać. Otworzył drugi, chciwie przebiegał oczyma kilka linii, które zawierał:

Kochany Edziu!

Zgrałeś się na słowo i potrzebujesz pieniędzy, dokuczają ci wierzyciele; niestety! Są to zwyczajne przeciwności. Poratowałbym cię chętnie, ale na teraz jestem w zupełnej niemożności wyświadczenia ci tej koleżeńskiej usługi. Lecz za to czekam cię jutro z obiadem u Bocquerela: będzie tam kilku naszych znajomych.

Ten wesoły bilecik podpisany splątaną cyfrą, zawierający zwykłą w podobnych razach wymówkę, przychodził nie w porę, niosąc temu co go odebrał, w chwili walki i upadku, tylko próżny odgłos świata. On też zmiął go w ręku z rodzajem wściekłości; widocznie spodziewał się w nim znaleźć coś więcej niż żartobliwe współubolewanie i zaproszenie na obiad. Potem sięgnął po list trzeci. Pismo było mu prawie nieznane i czytał:

Edwardzie, więc znowu los zbliża nas do siebie po tylu latach niewidzenia. Dowiedziawszy się, iż jesteś w Warszawie, byłem u ciebie kilka razy i nie zastałem nigdy, a pilno mi cię zobaczyć, bo pozostałeś dla mnie czym byłeś dawniej, pamiętasz lat temu dziesięć, gdyśmy się widzieli po raz ostatni. Szliśmy wówczas w życie młodzi obydwaj, pełni nadziei, marzeń, zapału. Ty ożeniłeś się, zostałeś obywatelem, masz rodzinę i obowiązki; ja błąkałem się długo na szerokim świecie, gnany żądzą nauki, przechodziłem różne zawody i koleje, straciłem szczupłe mienie, jednak żałować tego nie mogę. Jestem sam, sam sobie wystarczam, a życie ziściło mi marzenia dziecka; spodziewani się, że i z tobą dzieje się tak samo. Usposobienia nasze były różne, różne też były marzenia; ale pomimo to, kochaliśmy się jak bracia, a jam się de odmienił, dziś jak dawniej jestem twoim do śmierci.

Fulgenty Jeżyński

W dziwnym momencie jawiło się to imię w życiu zrozpaczonego człowieka. On pisał prawdę: znali się kiedyś, kochali, żyli wspólnymi myślami, aż rozeszły się ich drogi. Teraz postać Fulgentego, przysypana od dawna popiołem niepamięci, wynurzyła się jasna we wspomnieniach jego, a razem z nią cały szereg wspomnień zamierzchłych, rozwianych nadziei, zmarnowanych lat, przedstawił mu się wyraźnie.

Ale to trwało krótko; cóż znaczy przeszłość dla tych, którym wymyka się teraźniejszość? Dni temu kilka, ten bilet byłby wywołał uśmiech, wykrzyknik radości; teraz odrzucił go z ręki, jako jedno więcej szyderstwo losu, których nie braknie nigdy zwyciężonym.

Długą chwilę pozostał z głową wspartą na rękach, pogrążony w przepaściach myśli, aż wreszcie jakby powziąwszy postanowienie jakieś, otworzył z rodzajem rozpaczy szufladę od biurka, wydobył z niej rewolwer, obejrzał go starannie, nabił i położył przed sobą. Wówczas zatrzymał się na chwilę, zmęczony tą prostą czynnością; czy też myślą co nim kierowała. Oczy jego stały słupem, zdawał się tracić pamięć, wolę, siłę; podniósł rękę do czoła zlanego zimnym potem; widząc ten ruch, nie można było omylić się na znaczeniu tych przygotowań. Rewolwer cały z kości słoniowej i błyszczącej stali, mały, zgrabny wytworny, wyglądał więcej na klejnot kobiecy niż na zabójcze narzędzie, a przecież oczy nieszczęśliwego, odwracały się od tego eleganckiego przedmiotu z rodzajem przerażenia; widocznie, jeśli się miał zabić, wiodła go do tego czynu nie rozpacz, ale konieczność. Straszliwy dramat rozgrywał się w tych czterech ścianach, w duchu tego jednego człowieka, który był zarazem winowajcą, sędzią, skazanym i katem. Nie miał on nawet tej tchórzliwej odwagi, zakończenia jednym pociągnięciem cyngla męki życia, serce jego biło tak gwałtownie, że tętna ogłuszały go prawie; wziął rewolwer i próbował go sobie przyłożyć do czoła. Ale zaledwie poczuł zimne dotknięcie stali, odrzucił go gwałtownym, nerwowym ruchem i stanął o kilka kroków, drżąc całym ciałem. To co chciał uczynić, było nad jego siły; z rodzajem wściekłości załamał ręce aż stawy zatrzeszczały. Był on wyraźnie w jednej z tych chwil życia, w których nie widzi się nigdzie ratunku, nigdzie wyjścia z jakiegoś strasznego położenia i rzuca się na broń morderczą, jak do jedynej zbawczej przystani; nie był to przesyt, znużenie bytu, omylna wiara serca, lub inna moralna przyczyna, co podawała mu rewolwer w rękę, nie było to chłodne postanowienie sceptyka, co zerwał niepowrotne ze światem żyjących, ale raczej jakaś chęć ukrycia się przed odpowiedzialnością, jakaś ucieczka w niedostępne przestworza. Samobójstwo, jakie miał spełnić, nie było logicznym wynikiem życia, ale raczej jednej chwili życia, jakiejś omyłki lub fałszywego kroku; dla tego budziło w nim ten wstręt nieprzezwyciężony. Żal mu było tego co porzucał, tysiące więzów krępowały go do ziemi, fizyczna jego istota w pełni sił buntowała się przeciw zniszczeniu i opierała wszystkimi instynktami. Przejmowała go niewypowiedziana zgroza na myśl o niezbadanej tajemnicy śmierci, jaką miał rozwiązać za chwilę, i już przedwcześnie ogarniał go ten czarny zamęt, z którego nie ma powrotu, ta noc nieznana a pełna widm, mar i przerażeń. Hamletowa noc ze snami lub bez snów – okropna. Nie wiem czy ten człowiek zadawał sobie podobne pytania, czy był w stanie zrozumieć ich doniosłość, w głowie jego był chaos stworzony przez te sprzeczne uczucia, a nad wszystkimi górowała bojaźń i zrozpaczony żal po tym co porzucać musiał, czego użył źle lub nie użył wcale. Konieczność wisząca nad nim była snadź nieubłagana, bo ani na chwilę nie rozjaśniła się twarz jego pod nadzieją żadną, tylko czasem machinalnym ruchem oglądał się w koło, jakby szukając jakiegoś zbawcy. Więc ratunek był dla niego możliwy, był on w mocy ludzkiej, ale nie w jego własnej; i to uczyniło położenie jego tak tragicznym; jeśli ginął, ginął wskutek katastrofy, którą garść złota odwrócić mogła, katastrofy mogącej dotknąć tylko ludzi, którzy wartość drugich tak samo jak siebie samych według pieniądza rachują, i bez niego niepojmując istnienia, wydają wyrok na swoją moralną istotę.

Gorączkowa myśl tego człowieka, pasującego się z wyrozumowaną koniecznością śmierci, przebiegła po raz setny tych wszystkich, co go zbawić mogli, albo kołatał do nich daremnie, lub też wiedział, że prośba każda daremną będzie, bo po tym ostatnim wysileniu nadziei, spuścił głowę na piersi z wyrazem najwyższego zrozpaczenia. I znowu oko jego spoczęło na liście Fulgentego, znowu wziął go w rękę, a w pamięci jego przeszłość jasna, niezmącona przeszłość pierwszej młodości, zarysowała się z całym czarem pamiątek. Wzrok jego przymglił się z tęsknotą, pragnął zobaczyć tego, co przynosił mu w chwili śmierci upajającą woń dni minionych, widać razem rozbudziły się w piersi jego miększe uczucia, bo wziął w rękę ten list najpierwszy położony na boku, był on zaadresowany wyraźnie kobiecą ręką; przez chwilę trzymał go z wąchaniem dziwnym, jakby pragnął przeczytać i razem lękał się tego to on zawierał, wreszcie rozłamał pieczątkę, list był długi, były w nim pewno jakieś serdeczne wyrazy, bo czytając go, oczy nieszczęśliwego zaszły mgłą; wspomniał żonę, która go pisała z utęsknieniem i miłością, wspomniał dzieci drobne czepiające mu się kolan i dom ów cichy, zasłoniony konarami drzew odwiecznych, gdzie go czekano a gdzie on nigdy; nigdy więcej nie miał powrócić – opuścił głowę na piersi, i zapłakał krwawymi, łzami. Wówczas pożałował po raz pierwszy zmarnowanego życia, nie dla czczych uciech jego, ale dla tego serdecznego świata, który porzucić musiał, zostawiając bezbronne istoty na pastwę losu. Wprawdzie był im słabą obroną, przecież minione lata jak widma złowieszcze jawiły mu się w pamięci i stawiały przed oczy czym był, a czym być mógł i powinien.

Pozostał tak długo zatopiony w pamiątkach, nowe myśli powstawały w głowie jego, nowe troski uciskały serce; przecież to wszystko, co myślał i co cierpiał nie zmieniło, w niczym położenia, ad tego wyroku wiszącego nad jego głową. Daremnie otaczały go wkoło widma ukochanych, niemniej jednak on był skazany niepowrotne, przez jakieś prawo wyższe od woli, które szanować musiał; bo jak umierający, któremu zostawiają wolne chwile do załatwienia spraw ostatnich, i on usiadł i zaczął pisać coś szybko, czasem łza zadrżała mu na rzęsach i zasłoniła kreślone wyrazy, czasem stoczyła się na papier i splamiła gładką jego powierzchnię, czasem otarł ją niecierpliwą ręką. Jednak teraz on nie wstydził się tego co ludzie nazywają słabością: w wobec śmierci był szczerym przed samym sobą, zresztą drzwi były zamknięte, te łzy miały pozostać tajemnicą pomiędzy nim a Bogiem, nie potrzebował się ukrywać. Gdyby można przejrzeć skrytości niejednego serca i życia, dojrzano by nieraz dziwne rzeczy. Człowiek, który siedział pisząc ze łzami list przedśmiertny, znany był jako jeden z koryfeuszów bezmyślnego życia uciech i gwaru; żadne więzy, żadne obowiązki nie istniały dla niego, wiódł młodość szaloną, niebaczny na nic, po wszystkich bezdrożach życia, aż zmarnotrawił to, co dane mu było na szczęście życia, aż w koło niego były ruiny same, a lufa pistoletu stała jedna pomiędzy nim a hańbą.

Listu tego nie pisał on do żony, bo i cóż mógł powiedzieć tej cichej, ufnej, kochającej istocie, która wierzyła mu i miłowała do końca? Przez lata pożycia ona nie znała go nigdy rzeczywiście takim jakim był; więc po cóż miał odsłaniać jej się teraz? Dziwnym trafem przyjaciel młodości odezwał się do niego w przedśmiertnej chwili i on pisał do niego:

„Spotkaliśmy się za późno; a jednak jeśli czego żałuję tutaj, to tego, żem nie mógł ścisnąć twojej wiernej szlachetnej ręki i odżyć chociażby na chwilę jedną dawnym życiem. Twój krótki list przywiódł mi ciebie całego na myśl; widzę, żeś pozostał czym byłeś, i dla tego odzywam się do ciebie, bo wśród koła ludzi, z którymi przemarnowałem życie, nie ma nikogo, komu bym mógł zlecić bolesne posłannictwo, którym nie waham się ciebie obarczyć. Spotkaliśmy się za późno Fulgenty! Ja jestem umarłym człowiekiem, powieść mego życia da się streścić w dwóch słowach. Poszedłem złą drogą, żartowałem z życia i życie mnie zwyciężyło; szukałem użycia, nie przebierając w środkach i oto jestem na progu hańby i śmierci. Byłem złym mężem, złym ojcem, nieuczciwym człowiekiem, zawiodłem cudze serce, zmarnowałem mienie żony i dzieci, a dziś zostawiam je w nędzy. Powieść to powszednia w naszym pokolenia. Pytam samego siebie: czy wina tu jest moja? Sumiennie sądząc, nie czuję się gorszym od tysiąca innych, którzy czyniąc to samo co i ja, tak jak ja przecież nie kończą. Gdybym dziś miał czas i środki, gdybym mógł powrócić skąd wyszedłem, wybrałbym odmienną drogę; teraz za późno, oto wszystko. Może mógłbym przytoczyć na swoją obronę, że nikt w życiu nie dał mi zdrowej rady i przykładu, że nikt nie powiedział mi prawdy żadnej, nie wskazał właściwej drogi; ale po cóż mam się bronić? Wiem z góry, że świat potępi mnie jak wszystko co upadło, że ludzie uchwycą sposobność kamienowania mnie, by uniewinnić siebie; a ona, żona moja, ta, co jedna miałaby prawo sądzić i potępiać, przebaczy mi, jak to czyniła zawsze. Ona też jest ostatnią myślą moją, wyrzutem i troską. Cóż pocznie sama z drobnymi dziećmi, bez chleba i dachu? Bo słuchaj, ja przywiodłem ją do tego, że majątek mój zagrożony, w tych dniach sprzedany będzie; ostatnie pieniądze, jakie przywiozłem na ratowanie interesów, przegrałem wczoraj; nie dość na tym, przegrałem więcej jeszcze na słowo, sądziłem, że los mi dopomoże, on odwrócił się jak wszystko inne od nieszczęśliwych; dziś rano szukałem czym by ten dług zapłacić, kołatałem do wszystkich drzwi, udawałem się wszędzie, do tych co pomagali mi najczynniej roztrwonić majątek, co ustroili się w piórka moje – daremnie. Zrujnowany, zhańbiony – pozostaje mi tylko umrzeć. Śmierć będzie zadośćuczynieniem za życie. Gdybym mógł rachować na kogokolwiek jeszcze, zostawiłbym mu pieczę nad tymi, których porzucam; ale prócz ciebie, którego odnajduję niespodzianie w ostatniej chwili, nie mam nikogo na ziemi: ty więc przyjąć musisz tę bolesną spuściznę, bo czuję, że tobie zalecić ją mogę. Zanieś żonie mojej wiadomość, że została wdową; ja sam nie mam jej nic do powiedzenia. Może mi serce jej przebaczy. A teraz żegnaj na zawsze! Na zawsze... Ja żyję, ja czuję, jestem w pełni sił i lat moich, a przecież żaden z nędzarzy wycieńczonych chorobą, co otworzyli dzisiaj rano oczy wśród bólu i trwogi, nie stoi bliżej grobu ode mnie... „

Ten list był przerwany gwałtownie, zapewne zabrakło mu odwagi do wypisania ostatnich myśli; ale na końcu tych słów leżało niedomówione przekleństwo. Logicznym wynikiem tego życia, tych przekonań i czynów, była śmierć z bluźnierstwem na ustach. Jedyną prawdą zawartą w tym liście streszczającym moralną istotę człowieka, był bunt przeciwko konieczności śmierci. Zresztą wszystko tutaj było wynikiem zwichniętych idei, począwszy od życia, które gorsze przecież od wielu innych nie było, skończywszy na tym błogim przekonaniu, że samobójcza śmierć maże grzechy przeszłe, jak gdyby właśnie ona nie była najostateczniejszym moralnym bankructwem, zamykającym niepowrotne rachunki życia. A jednak pod pewnym względem człowiek ten miał słuszność narzekając na społeczeństwo: on sam był racjonalnym produktem u tartych ogólników, kursujących wśród ludzi; wina jego była w tym tylko, że je brał za prawdę. Nie był on lepszy, ani gorszy od tysiąca innych, ale inni byli zręczniejsi, i wszystko czego im brakło, umieli tym jednym zastąpić. Bądź co bądź, on nie wiedział za co umiera; czuł konieczność, ale nie był w stanie zrozumieć tej wyższej sprawiedliwości, która skazywała bezużyteczne istoty na marny koniec. Gdyby był uznał to jedno, byłby został zbawiony, bo pojąłby, że jedynym sposobem zmazania win życia, jest poprawa i dźwiganie odpowiedzialności za spełnione czyny.

O tej prostej prawdzie on nie wiedział nigdy; świat w którym żył, zapomniał o niej, albo postępował w ten sposób, jak gdyby nie zasłyszał nawet o żadnych moralnych prawach rządzących zarówno społeczeństwem jak jednostką... On myślał o tym pewno, że pomiędzy nim a życiem leżała tylko garść złota, ślepy traf karty, lub dobra wola jednego z towarzyszów bezmyślnego życia, ale nigdy to, że on sam był sprawcą doli swojej, że igraszka życia prędzej lub później musiała się tragicznie zakończyć.

Teraz spełniwszy to, co uważał za ostatni obowiązek życia, poleciwszy cudzej opiece żonę i dzieci, które opuszczał nikczemnie, znowu wziął rewolwer w rękę, nie list napisany i kilkogodzinna zwłoka nie zmieniły usposobienia jego, bo znowu odrzucił go jęcząc głucho. Człowiek ten był zupełnym tchórzem, lękał się zarówno odpowiedzialności życia, jak tej jednej chwili, która by narzędzie myśli zgruchotała od razu.

„Umrzeć...” szeptał załamując ręce po nad rozpalonym czołem:, „umrzeć, umrzeć...” powtarzał z rodzajem rozpaczy jak gdyby pragnął, by strzał wypadł sam z siebie i zakończył mękę jego od razu.

Ale mówiąc to, cofał się w głąb pokoju, widocznie tracąc zupełne panowanie nad sobą, olśniony złowrogim blaskiem rewolweru, którego polerowana stal połyskała niby szyderstwo.

„Nikczemny, podły!” łajał samego siebie, nie mogąc oprzeć się instynktowi zachowawczemu, który budził się w nim z wściekłą siłą.

Po raz pierwszy i ostatni powiedział sobie prawdę i była to straszna chwila; łzy upokorzenia, trwogi bezsilności, płynęły mu po przerażonej twarzy, oczy stały kołem, ciągle utkwione w ten jeden przedmiot absorbujący wszystkie władze jego.

Jeśli każde cierpienie jest zadośćuczynieniem za winy, człowiek ten przez tę długą noc odpokutował wiele; przebił ją całą pasując się sam z sobą; ile zniósł strasznych myśli i przerażających obrazów, ile zrywało się w duchu jego szalonych uczuć? Któż mógł wiedzieć? Tajemnicę tę uniósł do grobu, bo rano dopiero, gdy ruch zaczął się robić na mieście i w hotelu, usłyszano w pokoju jego strzał stłumiony i głuchy upadek ciała...

Na równinie zaledwie falującej gdzieniegdzie podnoszącymi się wzgórzami, leżała cienista wioska, sine lasy zataczały się w koło, zamykając widnokrąg, jakby stały tutaj na straży broniąc jej mieszkańców od burz losu i płochych chęci. Wśród wsi wznosił się czarny modrzewiowy kościołek, górując złotym krzyżem po nad drzew wierzchołki, i niski biały dwór pański; ale ten ostatni tak był skryty wśród starych drzew ogrodu, taka masą jodeł, brzóz, olch i kalin obrastała go w koło, że z drogi nie można było dostrzec ani blasku światła łamiącego się w szybach, ani ścian bielejących, i tylko czasem wstęgi dymu ulatujące z kominów świadczyły, że w pośród tych nieprzebytych gajów skryta była siedziba ludzka. Może budując go, jakaś przemyślna ręka otoczyła zarazem murem zieleni, by żadne zawistne ani ciekawe oko nie zajrzało do tego małego świata, który zawierał zapewne sercowe świętości jego. Bo dom ten był równie stary jak drzewa, tylko w miarę jak oni podnosili w górę czoło, on pochylał się i zapadał w ziemię, aż dach jego i niskie ściany zupełnie zginęły wśród otaczającego gaju, a w zimie nawet kryły się poza rozrosłymi pniami i konarami krzyżującymi się w koło.

Dzień był smutny i wietrzny, jeden z tych dni listopadowych, w których się wzdycha zarówno do ożywczych promieni słońca, jak nawet i do białego kobierca śniegu. Czarne poszarpane chmury wisiały na niebie, sypiąc raz po raz krupami gradu, które dotykając ziemi mieniły się w brudne błoto; po nad drzewami ogrodu unosiły się stada wron i kawek, napełniające powietrze złowrogim krzykiem. We dworze jednak ciepło było i zaciszno, wesoły ogień palii się na kominku, a przy nim wśród gromadki drobnych dzieci siedziała młoda kobieta, nucąc cichą piosnkę usypiającemu w kołysce niemowlęciu. Najstarszy chłopczyk, mogący mieć lat sześć zaledwie, ustawiał w szeregu ołowianych żołnierzy; dwie mniejsze złotowłose dziewczynki, bliźniaczki zapewne, bawiły się lalkami, co chwila czepiając się kolan matki, która wyglądała wśród nich niby starsza siostra, niby dziecię dorosłe, tak zbratana była z nimi pięknością i wyrazem. Był to jeden z tych wiotkich, słabych, łagodnych kobiecych typów, jakie wyrobiły długoletnie obyczaje biernego życia bezwłasnowolności i skrępowania myśli. Jasne jej oczy patrzały przed siebie trwożnie i nieśmiało, usta uśmiechały się ze słodyczą rezygnacji, wszystkie rysy wdzięczne, ale bez wyraźnego piętna, miały tę cechę miękkości i wiecznego dziecięctwa, którą pewna cześć społeczeństwa uważa za arcytyp doskonałości niewieściej.

Snadź dotąd życie było dla niej łatwe, lub też ona nie była w stanie pojąć trudności jego; cierpiała może nieraz, ale z pewnością nie walczyła nigdy, może nawet sama myśl walki była dla niej nieznana; nie pojmowała, by serce i obowiązek mogły stanąć pomiędzy sobą w sprzeczności; żadne z zawiłych zagadnień bytu nie skrzyżowało jej drogi, nie zmusiło głębiej wniknąć w samą siebie, i w to wszystko, co ją otaczało. W tych ścianach skrytych murem zieleni przed ciekawym okiem, ona kwitła także ukryta i spokojna, nie domyślając się nawet burz, które dotąd omijały jej ciche życie, odżegnywane może miłością i wiarą. Bo ta kobieta kochała pewno całą siłą uczucia, do jakiej zdolna była jej nierozwinięta istota; kochała bez zwątpień i niepokojów. Nie była ona w stanie stanąć w walce życia obok ukochanego, być mu pomocą wsparciem i radą; nie była w stanie zawładnąć losem, ale przyjmowała go biernie, ulegle, z cudzej ręki, bez szemrania i skargi. Serce jej wprawdzie biło uczuciem, ale uczucie to niewyrozumowane, niewyraźne nie mogło oprzeć się burzy żadnej, lub dźwignąć do samowiedzy; była to miłość instynktowa, chwiejna i zawodna, jak wszystko w świecie, co niema podstawy, miłość, która zapełniła jej życie, ale na którą szalony tylko mógł rachować stale. Istoty jej podobne kochać potrzebują koniecznie, i jak mdły bluszcz chwytają się zarówno silnego dębu jak pnia spróchniałego.

Czy była kochaną wzajem, to trudniej było określić; są natury energiczne, lubiące miękkość i słodycz, częściej jednak nierównie świat wyzyskuje słabość, a ufność i wiara są złym zadatkiem życia. Kobiety podobne zadawalają się zwykle każdym pozorem, każdym cackiem rzuconym umiejętną ręką; zapewne więc wierzyła, iż jest kochaną, a myśl zdrady nie zamąciła nigdy jej jasnej dusz, bo na czole jej i twarzy był prawdziwie wyraz tęsknoty i troski, ale nie znać było żadnego z owych palących niepokojów, co ślad swój ryją niestartymi bruzdy na młodych czołach i jasne włosy przyprószają siwizną.

Dziecię usnęło w kołysce, kobieta powstała z wolna i skierowała się do okna, usiłując przedrzeć wzrokiem zasłonę drzew; widocznie oczekiwała kogoś, bo za każdym szelestem kładła palec na ustach, nakazując dzieciom milczenie, i słuchała pilnie. Ale nadaremnie, żaden upragniony turkot słyszeć się nie dał; tylko wiatr obrywał bez miłosierdzia ostatnie zeschłe liście, kręcił niemi w powietrzu i rzucał jak zepsutą zabawkę obok innych, co już gęstym kobiercem zaścielały ziemię. Kobieta spoglądała smutnie na ponury krajobraz, na który zachodzące słońce, przedarłszy zasłonę chmur, rzucało skośnie czerwone promienie, niby krwawą łunę dalekiego pożaru, powiększając jeszcze grozę jego. Wtem niespodziewanie szybkie kroki dały się słyszeć w przyległym pokoju, drzwi otworzyły się z trzaskiem i ukazała się w nich prześliczna dziewczyna.

Pomimo zimna i gradu przyjechała snadź konno, bo długie fałdy jej czarnej sukiennej amazonki, zbryzganej błotem, wlokły się za nią, podnosiła je lekko jedną ręką, obciśniętą zmokłą jelonkową rękawiczką i odsłaniała tym sposobem małe podkute węgierskie buciki, pióra kapelusza rozkręcone od wilgoci spadały jej na ramiona, razem ze zwojami bogatych kasztanowatych włosów, a pełno nieposłusznych pukli przylepiało się do twarzy i czoła, tworząc jakoby na nim wieniec ciemnozłoty. Pomimo tego nieładu w ubiorze, była cudnie piękną, lica jej za sprawą biegu i wiatru świeciły rumieńcem, a czarne oczy promieniały owym niezmąconym wyrazem radości, swobody i niezachwianej wiary w siebie i drugich, znamionującym lat szesnaście i płoche myśli tego wieku.

Wyraźnie była ona zepsutym dzieckiem, któremu los i ludzie uśmiechali się zarówno, wyraźnie nie zażyła dotąd trudności ani przeszkody żadnej, nie spotkała się z żadnym niepodobieństwem, z żadnym poważnym obowiązkiem życia, bo zdawała się o niczym nie wątpić, niczego się nie obawiać. Wola jej musiała być prawem dla drugich; znać to było w jej ruchach, głosie, w rysach nawet noszących jakieś nakazujące piętno. Brwi jej czarne, mocno narysowane, ściągały się za najmniejszą przeciwnością; wymodelowany lekko zadarty nosek podnosił się dumnie, a pełne wiśniowe usta nie zaznały dotąd pewno przymusu ani fałszu żadnego, bo uśmiechały się łagodnie i figlarnie. Jeśli dziewczyna ta była samowolną, winą to być musiało otoczenia i okoliczności; samowola ta jednak nie spotykając oporu nie zepsuła dotąd harmonii jej charakteru, czyniła co chciała, bo wszyscy w koło niej zajęci byli odgadywaniem myśli i spełnianiem życzeń niewymówionych jeszcze. Musiała to być rozpieszczona jedynaczka, i widocznie miała wady i cnoty rozpieszczonych istot, zdolna była zranić lekkomyślnym nierozważnym słowem lub czynem i zagoić zadaną ranę serdecznym żalem, miała głowę szaloną i serce anielskie, które przebijało w jej oczach i mogło świat cały zmienić w niewolników.

Na wejście młodej amazonki, kobieta szybko odwróciła się od okna; snadź zwiódł ją odgłos podkutych bucików, naśladujących zupełnie męskie kroki, ale na jej widok stanęła osłupiała.

– Jak to! zawołała, ty konno o tej porze! w czas tak okropny!

Dziewczyna roześmiała się srebrnym śmiechem, który rozbrzmiał wesołym dźwiękiem szczęścia, wśród tego cichego pokoju.

– O! czas wcale brzydki nie jest, wyrzekła zdejmując kapelusz, z którego jakby na zaprzeczenie jej słów, polała się struga wody, a włosy spłynęły prawdziwą kaskadą na szyję i ramiona.

– Widzisz Kaziu, zmokłaś bardzo, zaziębisz się jeszcze, mówiła kobieta usiłując przygładzić jej włosy.

Był to nowy powód do śmiechu.

– Ja nie zaziębiam się nigdy, odparła; jak żyję nie chorowałam.

Mówiąc to, rzuciła się w fotel przy kominku, wyciągnęła nogi, by osuszyć zmoczono buciki, przechyliła głowę na poręczy i wyrzekła z pewnym namysłem:

– Czy wiesz Maryniu? zmęczyłam się i jeść mi się chce.

– Zaraz każę ci zrobić herbaty.

– Dajże pokój z herbatą! wiesz że jej nie cierpię.

– Więc cóż będziesz jadła? spytała zafrasowana Marynia.

– Co? odparła namyślając się Kazia: ot wiesz co, daj mi konfitur.

Gospodyni domu dobyła kluczyki i zabierała się otworzyć apteczkę, ale Kazia poskoczyła za nią, zapominając nagle o zmęczeniu, splądrowała wszystkie skrytki i szufladki, i wróciła do kominka triumfalnie, niosąc parę słoików. Usadowiła się ze swoją zdobyczą i zaczęła po kolei kosztować, krytykując jednak rzecz każdą.

– Truskawki doskonałe chociaż mdłe, berberys paradny, tylko strasznie kwaśny, róża nadto pachnąca, każ mi dać trochę śmietanki.

Marynia spoglądała na nią, rozweselona jej szczebiotaniem i pospieszyła przynieść jej wszystko czego chciała; widocznie tutaj także, Kazia była zepsutym dzieckiem, wolno jej było dom cały wywracać według swojej woli. To też zajadała ona jak prawdziwe dziecko przyniesione słodycze, popijając je jak młody kotek śmietanką, potem z poważną minką rozdzieliła pomiędzy dzieci konfitury, bacząc na ich wiek i gusta, które znała doskonale i dopiero dokonawszy tej ważnej czynności, zajęła znowu swe wygodne miejsce w fotelu.

– No, teraz pomówmy rozsądnie Maryniu, wyrzekła!

– Alboż ty to potrafisz?

Dziewczyna wstrząsnęła głową niecierpliwym ruchem, snadź nie wątpiąc wcale o dojrzałości swych nieśli.

– Powiedz mi najprzód, wyrzekła, nie racząc nawet odpowiedzieć na tak niegrzeczną przemowę: jak ty tak możesz wytrzymać sama ciągle w domu?

Marynia uśmiechnęła się łagodnie.

– To lepiej w każdym razie, niż latać konno po deszczu i słocie patrz, do czego jesteś podobna.

– To samo słowo w słowo, mówiła mi wczoraj mama i dzisiaj pewno powtórzy, odparła Kazia z komiczną powagą.

– To źle, że jej nie słuchasz! Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– I cóżem winna, wyrzekła, że tak spokojnie wytrzymać nie mogę?

Mówiła to żałośnie prawie; widocznie bogata i żywa jej natura, w braku stosownego kierunku, brała bezmyślny ruch za czynność. Towarzyszka nie była w stanie tego zrozumieć i odparła tylko:

– Przecież zawsze biegać i galopować nie można.

– Dla czego? spytała dziewczyna, która nie pojmowała wcale podobnie słabo wymotywowanych argumentów.

– Zabawna jesteś, przecież trzeba co innego robić.

– Ciekawe, co? Jeśli wynudzę się nad haftowaniem kołnierzyka, zrobię szydełkiem jakiś obrus na stolik, przekopiuję krzywo krajobraz, albo pokaleczę uszy sobie i drugim muzyką, powiedz mi jaki stąd będzie pożytek.

Kazia miała słuszność; zajęcia te, na których ograniczała się jej czynność, raziły ją bezpożytkiem i czczością swoją.

– Ależ moja droga, przecież wszyscy tak robią. Kazia podniosła dumnie głowę.

– I cóż stąd? Zawołała, wstrząsając kasztanowatymi włosami i zgarniając je z czoła białą ręką: ja nikomu nic przeszkadzam, ale tez nikogo naśladować nie myślę.

Widocznie poczucia młodej dziewczyny o wiele wyższe były od jej pojęć, miała zmysł tolerancji, i nie chciała należeć do owczej falangi ludzi, idących ślepo utartymi drogami.

– Ach! moja Maryniu, ciągnęła dalej, nie bardzo zważając, czy słuchająca kobieta była w stanie ją pojąć: żebyś ty wiedziała, jak mnie nudzi to wieczne „tak wypada”, „tak należy”, „tak czynią wszyscy”. Ciekawe, dla czego każdy nie ma robić tego, co jemu się podoba?

– Ależ tak nie można.

– Wiem, wiem, kiwnęła głową Kazia: słyszałam to tyle razy; tylko powiedz mi, dla czego nie można?

– Każdy ma obowiązki.

– Ja przecież o nich nie mówię, tylko o tych wyłącznie rzeczach, które nikomu na pożytek nic wychodzą. Gdy moja kuzynka chorowała rok temu, pilnowałam jej dzieci i nie ruszałam się z pokoju, chociaż to było w najpiękniejszą majową pogodę i zaręczam ci, myśl o żadnej zabawie nie przeszła mi nawet przez głowę. Ale gdy usiądę nad tym nieznośnym haftem, to zaraz sobie myślę: dla czego ja to mam robić koniecznie, kiedy od tego jest panna i szwaczka? one daleko lepiej haftują ode mnie.

W tych głowach było daleko więcej dobrego serca niż zdrowej porządnej logiki; rozmowa wkraczała w sferę niedostępną dla obydwu kobiet. Więc starsza nie wdając się w dalsze rozbieranie zdań towarzyszki, wyrzekła:

– I jakie ty powrócisz tak późno do domu?

– Och! odparła Kazia, mam z sobą Antoniego, a przy tym moja klacz tak sławnie kłusuje, za dziesięć minut będę w domu, tylko nie chce mi się odjeżdżać.

– To odpraw z końmi Antoniego, ja cię odeślę.

– Nie nie, mama byłaby niespokojna, zawołała z żywością, świadczącą jak pomimo samolubnej mowy, przekładała cudzą przyjemność nad swoją.

– A twój mąż jeszcze nie powrócił, Maryniu? spytała po chwili.

Czoło młodej kobiety zmroczyło się widocznie, łzy zakręciły się w jej oczach.

– Dziś miał powrócić, miał napisać z drogi, ale nie uczynił tego.

– To źle, wyrzekła sentencjonalnie Kazia.

– Dla czego źle? pochwyciła Marynia; czy ty wiesz co złego?

Dziewczyna zmiarkowała od razu niezręczność popełnioną.

– Źle, bo jesteś niespokojna, ale skoro nie pisze, to pewno nadjedzie. Zresztą mężczyźni nigdy pisać nie lubią, dodała z taką pewnością, jakby fakt ten stwierdziła sama długoletnim doświadczeniem.

– I ja tak sądzę, powtórzyła dobrodusznie Marynia; a jednak nie wiem czemu czuję niepokój dziwny. Mąż wyjechał do Warszawy zmartwiony, skłopotany.

– Dla czegóż tak?

– Ja nie wiem, nie mieszam się do interesów, ale od jakiegoś czasu martwi się czymś bardzo.

– To zwyczaj wszystkich mężczyzn –  odparła znowu stanowczo Kazia, która widać miała doskonale wyrobioną teorię o wszystkich wadach i przyzwyczajeniach męskich.

– A skąd to wiesz?

– O! Mama mówiła, że mój ojciec turbował się zawsze deszczem, mrozem, suszą, pogodą i tysiącem innych rzeczy; a zresztą nasz rządca Skrzęcki toż samo czyni i narzeka, że nie wie skąd brać pieniądze, jak tylko mnie się czego zachce.

– Ale bo doprawdy moja Kazia, ty bardzo dużo wydajesz.

– Wielka rzecz! Wydajemy tylko na to, bez czego się obejść nie można. Bo zważ sama: czyż naszą starą karetą można było jeździć? Miała już z dziesięć lat, fason był rażący, trzeba było koniecznie kupić nową, a ten nowy koczyk czy nie śliczny? Albo i teraz, cóż dziwnego, że nie mam ochoty siedzieć na wsi przez tę nieznośną zimę?

– Jak to! Więc wyjeżdżacie?

– Naturalnie wyjeżdżamy do Warszawy, powtórzyła Kazia z widocznym tryumfem. Skrzęcki dowodził, że nie ma za co, przynosił mamie jakieś nudne rachunki, mężczyźni zawsze tak robią, zbuntowałam też mamę i mama powiedziała, że pieniądze być muszą.

Kazia mówiąc to, śmiała się serdecznie, jakby opowiadała coś bardzo zabawnego. Marynia jednak miała widać nieco jaśniejsze o praktycznym życiu pojęcia, bo rzekła z namysłem:

– Że też twoja matka przystaje na wszystkie twoje zachcenia!

Kazia spojrzała na nią z rodzajem zgrozy.

– Jakżeby mama nie zrobiła tego czego ja chcę.

– Ale bo widzisz moja Kaziu, ty jesteś czasem bardzo nierozsądna.

– Jeszcze ty mnie łajać będziesz? – zawołała z wymówką. I cóż to złego pojechać do Warszawy i zabawić się trochę?

– To nic złego, ale jak niema za co?

– Nie ma za co! Widzisz znaleźć się musi, wszystka na świecie jest możliwe, tylko trzeba umieć chcieć.

Tę ostatnią cnotę widocznie panna Kazimiera posiadała w najwyższym stopniu.

– A hrabia Leon? – spytała Marynia.

Na to imię młoda dziewczyna zarumieniła się tak, jakby krew trysnąć miała z jej twarzy; nawet małe perłowej białości uszko, rysujące się tak wdzięcznie na tle kasztanowatych włosów, przybrało różową barwę! nic nie mówiąc, spuściła oczy, zwyczajem szesnastoletnich panien.

Marynia uśmiechnęła się znacząco.

– A hrabia Leon, gdzie zimę przepędzi? zapytała znowu.

– Jaka ty jesteś niedobra! – zawołała Kazia rzucając się jej na szyję.

– Więc cóż zrobi pan Leon? powtarzała uparcie starsza kobieta, widząc, że w tym uścisku nie było gniewu wcale, tylko raczej jakieś miękkie i wdzięczne uczucie, jakby dziewczyna rada była usłyszeć to imię, a może i powtórzyć je wzajem.

Kazia podniosła głowę, spojrzała w oczy przyjaciółce figlarnie i nieśmiało razem, a potem, jakby zebrawszy odwagę, wyrzekła:

– Pan Leon, tak jak mama, zawsze robi to, czego ja chcę.

I nie czekając dalszych zapytań, powstała, uścisnęła jeszcze raz Marynię, pocałowała z kolei dzieci, czepiające się jej sukni, spróbowała ułożyć włosy i rozrzuciła jej bardziej jeszcze, wreszcie włożywszy na głowę przemokły kapelusz, wybiegła z pokoju, i wkrótce tętent odjeżdżających galopem koni rozległ się przed dworem.

Po jej wyjeździe, młoda kobieta powróciła zwolna do dziecinnego pokoju; posępne usposobienie rozpędzone na chwilę wesołym zjawiskiem amazonki, opanowało ją znowu. Mrok zapadał, chmury czerniały na widnokręgu, wiatr huczał coraz silniej, wył i świstał w kominach a szyby w oknach drżały od jego podmuchów, ogień wygasł zwolna na kominku, nikt nie myślał o podsyceniu go, dzieci usnęły, a w pokoju było ciemno i głucho jak w domu umarłych.

Kobieta popadła w marzenie, przeszłość poczęła mglić się w jej pamięci, wróciła myślą do dni dawnych, widziała się wesołą, swobodną dziewczyną jak Kazia, jak ona naiwnie spoglądającą w życie, jak ona niewątpiącą o niczym, potem zjawił się na jej drodze ten którego ukochać miała, piękny, młody, wytworny, jak olśnił ją, opanował jej myśl rozmarzoną i serce bijące, jak stała się żoną i matką, jak jakieś niewyraźne chmary przysłoniły zwolna, horyzont ich życia, jak on co dzień był posępniejszy, a ona próżno pytała o powód, jak coraz częściej wydalał się z domu, i trawił daleko miesiące i tygodnie, jak zaczęty jawić się papiery stemplowe i jakieś nieznane figury a potem mąż jej był smutniejszy jeszcze, jak jedne po drugich piękne konie w stajni i kosztowniejsze sprzęty z domu, zaczęły znikać powoli. Maria przeczuwała zły stan interesów, ale zdać sobie z niego sprawy nie była w stanie: realne strony życia były dla niej równie nieznane, jak dla Kazi, pytała więc męża z trwogą i łzami, on prosił jej, by była spokojną i nie dręczyła się próżno. Maria była dobrą i łagodną, uczyniła jak chciał, nie myślała zbytnio o rzeczach, których nie rozumiała, a jednak nie mogła oprzeć się strasznym przeczuciom i nieujętej grozie wiszącej nad jej głową.

Wreszcie wniesiono światło; młoda kobieta ocknęła się jakby ze snu ciężkiego i zaczęła robić przygotowania na przyjęcie męża, który mógł lada chwila powrócić. Kazała nastawić samowar, dorzucić drzewa na kominek i znowu z bijącym sercem czekała, a łzy mimowolnie cisnęły się jej do oczu.

Godziny mijały dowolne i ciężkie, ona siedziała nieruchoma, z załamanymi rękoma. Na końcu schwyciła wytężonym uchem turkot daleki, zgłuszony, turkot wzmagał się i zatrzymał przed domem, drzwi w chodowe skrzypnęły otwierając się przed nowo przybyłym. Kobieta podniosła się machinalnym ruchem, chciała biec i witać, ale nie wiedzieć czemu siły odmówiły jej posłuszeństwa, pozostała na miejscu, czekając ze wzrokiem utkwionym we drzwi. Czekała dość długo, nowo przybyłemu nie spieszno snadź było ją zobaczyć, słyszała jakieś szepty i mowy, zwolna otwierały się jedne po drugich, ale do pokoju gdzie była nikt nie wchodził, aż ona sama wybiegła zniecierpliwiona i w przyległym salonie zamiast męża spotkała się oko w oko z człowiekiem nieznanym sobie zupełnie.

Wieku jego trudno było określić, bo nieregularne rysy i dziwaczne bruzdy jego twarzy nie dawały o nim żadnego wyobrażenia; cała postać drobna, szczupła i jakby zawiędła, zdawała się przygnieciona ciężarem głowy, nieproporcjonalnej do reszty ciała. Człowiek ten na pierwszy rzut oka przypominał karykatury, w których twarz męska przyczepiona jest do dziecinnego tułowia; wpatrzywszy się zaś bliżej, przychodziła wątpliwość, czy będzie on miał dość siły na wykonanie myśli, czy potęga tej głowy nie przenosiła o wiele fizycznej władzy ciała. Czaszka jego szlachetna, rozwinięta, pokryta była bujnymi czarnymi jak węgiel włosami, włosy te kręciły się i jeżyły nad głową, one to może nadawały jej te ogromne kształty, czoło było dziwnie piękne, szerokie, jak gdyby władze myślenia, których było siedliskiem, nie miały granic i obejmowały świat cały promieniami swymi, leżała na nim ta pogoda, którą nadać może tylko myśl wysoka i czyste serce, a pod nim błyszczały oczy niezmąconym blaskiem, przeglądał przez nie duch w całym majestacie prawdy i wiedzy, nigdy pewno żadna wątpliwa myśl, ani brudna żądza nie odbiła się w ich czystym krysztale, nigdy człowiek ten nie miał powodu spuścić ich przed jakim bądź wzrokiem, ani zawahać się z podniesieniem w górę spojrzenia. Czoło, brwi i oczy jego były prześliczne, tak, że zdawały się odłamane od jakiegoś boskiego posągu, za to reszta twarzy nie odpowiadała im wcale, i pogięta w kapryśne kształty, była niby szyderstwem i zaprzeczeniem tej olimpijskiej piękności; a jednak wpatrzywszy się lepiej, znać było, że chociaż matka natura tak niedokładnie wyrobiła te kształty, jednakże wyryło się na nich równie jak na czole niestarte piętno boże dobroci i rozumu. Nos jego wielki o silnych zarysach naprzód wysunięty, miał w potwornej brzydocie swojej coś sympatycznego usta szeroko rozcięte zdolne były do uśmiechu nieporównanego wdzięku, miały ten wyraz szczerości i prawdy nakazujący z góry szacunek; zresztą ciemno oliwkowa prawie cera twarzy, przy której czysty kryształ białek i perłowe zęby odbijały rażąco, dopełniały dziwacznej charakterystyki człowieka, który niespodzianie znalazł się przed Marią.

Na teraz ogorzała twarz jego była bladą bardzo, kędzierzawe włosy jeżyły się na głowie pomimo deszczu i wiatru, a oczy objęły młodą kobietę z nieujętym wyrazem współczucia i smutku.

Ona stała przed nim zdziwiona, trwożna i dotknięta tym spojrzeniem niby przeczuciem nieszczęścia.

– Pani, wyrzekł nowo przybyły, jestem Fulgenty Jeżyński.

Ale imię to i nazwisko nie zrobiło najmniejszego wrażenia na kobiecie, która wyraźnie słyszała je po raz pierwszy. Ona wpatrywała się w twarz jego, jakby siliła się wyczytać ten szczególny hieroglif i jakby pomimo swego poczciwego wyrazu, twarz ta była dla niej zwiastunem złego.

– Męża mego nie ma w domu, odparła z mimowolnym dreszczem.

Ale rzecz dziwna i on wzdrygnął się także na te proste słowa.

– Wiem o tym – odparł stłumionym głosem –  przybywam z wieścią od niego.

Mówiąc to, spuścił głowę, bo kobieta wpatrywała się w źrenice jego, jakby chciała w nich wyczytać to wszystko, czego nie wypowiedział jeszcze.

Więc człowiek ten miał coś do ukrycia wbrew wyrazowi czoła i oczu, które kłamać nie potrafiły nigdy.

– Panie! – zawołała Maria – tam stało się nieszczęście, ja to czują, powiedz mi wszystko.

I rękoma przyciskała serce, co rozrywało jej pierś nierównym biciem.

On postąpił ku niej kilka kroków, aż znalazł się tuż przy jej boku.

– Pani! – wyrzekł cicho i tak miękko, jak gdyby mógł złagodzić brzmienie słowa, które miał wypowiedzieć – pani, bądź odważną, mąż twój jest chory.

Spojrzała na niego z nieopisanym przerażeniem; zapewne dostrzegła, iż najgorszego nie wypowiedział jeszcze bo drżała calem ciałem, wlepiając w niego szeroko otworzone źrenice.

I była chwila ciszy, wśród której mierzyli się oczyma, jak gdyby ona wy czy ty wala w jego smutnym wzroku głąb nieszczęścia swego, a we wzroku tym były przepaści bólu i współczucia, po których ona schodziła powoli. Fulgenty patrzał na nią jak na istotę, dla której nie pozostaje nadziei, która straciła wszystko niepowrotne, aż wreszcie w myśli jej uderzył grom ostatni, zrozumiała to, czego usta jego wyrzec nie śmiały.

– Mój mąż! – zawołała dzikim, zamierającym głosem –  mój mąż nie żyje!

Słowa jej rozbrzmiały głucho, on nie zaprzeczył im, widać nie mógł zaprzeczyć, i była znowu cisza straszna, on nie śmiał jej przerwać, tylko rękę przesunął zwolna po bladym czole, jakby ocierając z niego pot zimny.

Nie mógł znieść cierpienia tej nieznanej kobiety, nie wiedział jak do niej przemówić. Maria ukryła oczy w załamane ręce, jakby chciała uniknąć widoku człowieka, co przyniósł jej wieść podobną, lub zasłonie je przed rzeczywistością. Nagle myśl jakaś nowa przyszła jej do głowy, odjęła ręce od pałających skroni.

– I któż pan jesteś? – zawołała–  czemu nieznany przybywasz do mnie z takimi wieśćmi?

W tych słowach kryło się dziwne uczucie: ona chciała nie wierzyć ran, chciała przypisać mu okrutną igraszkę, chciała zaprzeczyć straszliwej rzeczywistości, której był niewinnym zwiastunem. On zrozumiał zapewne to wszystko, ale nie wziął jej tego za złe, nieszczęście tej kobiety było tak wielkie, że dawało jej prawo do wyłamania się z pod wszelkich form zwyczajnych. Przyjmując bolesną misję uwiadomienia jej o tym co się stało, on wiedział zapewne zawczasu na co się narażał, bo odparł łagodnie, nie zdejmując z niej oczu, które w tej chwili pałały najwyższą pięknością dobroci, prawdy i serdecznej litości.

– Byłem towarzyszem lat dziecinnych i przyjacielem twego męża pani.

Kobieta jęknęła głucho, w tym jednym wyrazie „byłem” zamykała się cala okropność położenia i potwierdzenie tego co wyrzekł przed chwilą.

– Więc powiedz mi pan, zawołała, powiedz mi, że on żyje, powiedz, mi, że jest nadzieja, choć najsłabsza iskra nadziei, a ja błogosławić cię będę.

I wpół obłąkana, składała przed nim ręce, jak gdyby on był panem jej losu i mógł słowem swoim wybawić ją z tej otchłani bólu, w którą czuła się pogrążoną tak nagle.

Na twarzy nowo przybyłego malowały się rozstrój i znużenie; on cierpiał razem z tą nieznaną przed chwilą kobietą, odczuwał jej serdeczną mękę; rysy jego ściągnęły się boleśnie.

– Pani, wyrzekł, biorąc w swoje, jej zaciśnięte dłonie: ja mogę tylko płakać z tobą.

Te słowa były stanowcze, niszczyły wszelką nadzieję, czuł się w obowiązku je wymówić, przez miłosierdzie nad jej sercem, rozbijającym się w próżnych wątpliwościach: ale Maria nie była z tych kobiet, które umieją przenieść grom zabójczy, ona jak dziecko nie chciała mu się poddać, jak gdyby mogła oporem przeinaczyć to, co się stało.

– To być nie może, wyrzekła po długiej chwili, podnosząc głowę z jakimś zrozpaczonym wysiłkiem; pan wiesz dobrze iż to być nie może. Mąż mój wyjechał dni temu kilka, pełen zdrowia i siły; czemu nie zawezwano mnie do jego łoża? Czemu tajono przede mną chorobę? W jego wieku nie umiera się tak od razu.

Mówiła to gorączkowo, gwałtownie, jakby czyniła przybyłego za tę śmierć odpowiedzialnym. On milczał, bo wyjaśnienia, których zdawała się wymagać, straszne były; miał do powiedzenia więcej jeszcze, wargi jego drżały, widocznie przyjeżdżając tutaj przedsięwziął rzecz nad siły, a teraz nie wiedział co uczynić z tą na wpół szaloną kobietą, sam jeden wobec jej rozpaczy. W domu nikogo nie było, oprócz jej i dzieci. Maria była sierotą, samotną na świecie; tracąc męża, na raz traciła wszystko. Okoliczności te nie były mu obce, on podjął się tej bolesnej misji, chcąc zapobiec, by do wdowy nie doszła ta wieść zbyt niemiłosiernie. Teraz zrozumiał, że są ciosy, których nikt ułagodzić nie może: jego współczucie, jego gotowość co bratniej pomocy, nie znaczyły tutaj nic on nie umiał nawet dobrać słów, by je wyrazić, a zresztą miał tyle jeszcze okropnych rzeczy powiedzieć, że stał oniemiały, przerażony ciężarem przyjętym na barki; ta kobieta nie była w stanie nic więcej zrozumieć, nic więcej przecierpieć. A przecież domagała się całej prawdy, ale w myśli jej była tajemna nadzieja, że prawda ta mniej straszną będzie od jej przypuszczeń.

– Powiedz mi pan, w końcu zawołała, targając konwulsyjnie ręce jego; powiedz mi, jak on mógł umrzeć?

Nieszczęśliwy Fulgenty nie był psychologiem, nie zdał sobie jasnej sprawy z moralnych sił ani pobudek kobiety, domagającej się dalszych objaśnień; był on człowiekiem wychowanym w twardej szkole nieszczęścia, od dzieciństwa walczył z życiem, przywykł do nieubłaganych konieczności jego, nauczył się nie cofać przed żadną boleścią, wiec nie pojmował wobec niej tej bezsilności.

– Mąż pani, odparł po chwili wahania, niepewnym głosem; zabił się wystrzałem z pistoletu. Przedśmiertnym listem na mnie włożył bolesny obowiązek, który spełniam w tej chwili.

Kobieta słuchała go przez chwilę, jakby myśl jej nie zdolna była objąć znaczenia tych słów; chciała jęknąć, w piersiach jej brakło tchnienia, chciała cofnąć się, ale siły wymówiły jej posłuszeństwo, zatoczyła się i padła u nóg jego dobita tą ostatnią wieścią.

Nowo przybyły załamał ręce z widocznym przerażeniem. Cóż miał czynić dalej? do kogo udać się o pomoc w tym domu nieznanym? Przed nim były drzwi otwarte, więc naglony gwałtownym położeniem wszedł w nie i znalazł się w pokoju oświeconym blado dopalającym się ogniem. Tam spały spokojnie dzieci, których ojciec zabił się a matka leżała bezprzytomna. Na ten widok stanął jak wryty; te sieroty śpiące, uśmiechnięte, różowe, szczęśliwe, przeraziły go jak wyrzut sumienia. Jednak nie miał czasu zastanowić się tutaj i szedł dalej szukając służby.