Wakacje - Nina Majewska-Brown - ebook + audiobook
Opis

Wciągająca, słodko-gorzka opowieść o tym, co w życiu ważne i najważniejsze.

Wakacje to historia rodzinnego wypadu do Hiszpanii, przesycona aromatami paelli i bąbelkami cavy.

Gorący klimat, piękna Barcelona i czteroosobowa rodzina. Wyjazd to z jednej strony próba wzmocnienia więzi małżeńskich, a z drugiej wymarzone Wakacje życia. Nawet nieprzewidziany przyjazd teściów nie zakłóca wakacyjnej przygody.

Pierwsza część książki w humorystyczny sposób opowiada o tym wszystkim, co może wydarzyć się na wakacjach. Dramatyczny zwrot akcji sprawia jednak, że bohaterka musi na nowo uporządkować i przewartościować swoje życie, uporać się z tajemnicami i skrywanymi dotąd faktami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 430

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 37 min

Lektor: Magdalena Schejbal

Popularność


Text copyright © by Nina Majewska-Brown 2015

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2015

Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Agnieszka Horzowska

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Piotr Majewski

Fotografie na okładce Z archiwum prywatnego Autorki (1, 2) Fotolia (3, 4, 5, 6, 7, 8)

Wydanie I e-book  (opracowane na podstawie wydania książkowego:Wakacje, wyd. I, Poznań 2015) 

ISBN 978-83-7818-906-0

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

Dla Kuby i Filipa

Wszystkie osoby i wydarzenia opisane w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób i wydarzeń jest przypadkowe.

1

Niewiarygodne, ile może ważyć walizka. Jeszcze bardziej niesamowite jest to, jak niewiele rzeczy potrzeba, by przetrwać dwa tygodnie wakacji z dzieciakami i mężem. Ze spuchniętych ciuchami szaf wystarczy wybrać kilka sztuk odzieży... Więc po co nakupowałam ich aż tyle? Po powrocie muszę koniecznie zrobić porządki i zastosować metodę dziesięcioelementowej szafy Madame Chic. Podejrzewam, że jak zwykle będę miała problem z pozbyciem się ciuchów, które wylądują na zapleczu garderoby i strychu, czekając na abstrakcyjny czas, gdy zgubię kilka kilogramów, co pozwoliłoby mi do nich wrócić.

Cholerne walizy są tak ciężkie, że staszczenie ich z pierwszego piętra domu przerasta moje możliwości. Oczywiście jadąc z dziećmi, znowu nie takimi małymi (Klara właśnie skończyła osiem lat, a Jachu siedemnaście), trzeba zabrać w zasadzie wszystko w przysłowiowej pigułce: kilka klamerek (bo trzeba będzie suszyć stroje kąpielowe), leki (bo znając nasze szczęście, kogoś coś uczuli albo przewieje), rzeczy na słońce, na deszcz, kosmetyki (z filtrem i bez), książki, gry (bo może być nudno albo nie daj Boże padać). Klara naturalnie nie może jechać bez swoich zabawek (czytaj: iPoda, pierwszych kosmetyków, stada różnych spinek i innego tałatajstwa). Wczoraj stoczyłyśmy bój, gdy nagle się okazało, że w walizce, w bliżej nieokreślonych okolicznościach, znalazły się: różowa koronkowa sukienka z tafty (na wypadek sylwestra w środku lipca albo innego balu) i kilka innych fantazyjnych ulubionych fatałaszków, w które od kilku tygodni moje dziecko ledwie się mieści.

W nocy poprzedzającej wyjazd budziłam się chyba z pięć razy i biegałam po paszporty i ubezpieczenie, które zostawiłam w szufladzie biurka, ulubioną maskotkę małej, bez której nie zasypia, itp. Po kilku takich kursach wstałam na dobre cała spięta i nerwowa. Kurde, jak ja uwielbiam wakacje! Najpierw panika, czy zabrałam wszystkim wszystko, a po powrocie agonia przy pralce i desce do prasowania.

I jeszcze ta obsesja, że może nam się w czasie wyjazdu przydarzyć coś złego, wypadek samochodowy, awaria samolotu czy inna śmierć. I to, co mnie najbardziej zajmuje na okoliczność takiego nieszczęścia, to... porządek w domu. Gdy ktoś wejdzie do mieszkania, kiedy nas już nie będzie, żeby nie przeżył szoku i niesmaku. Tak więc na kilka dni przed wyjazdem sprzątam i tak wysprzątane szafy, szuflady i półki, porządkuję pokoje dzieci i dokumenty, składam pranie i odchwaszczam ogród. Nie mówiąc o pracy. Mam swoją knajpkę, muszę więc ją zatowarować, setny raz powtórzyć personelowi, co robić na wypadek jakiejś kontroli, awarii czy innego dopustu bożego. Od czasu, gdy mam firmę, wakacje są zawsze ze stresem na zapleczu pod tytułem „co się dzieje w restauracji”.

Obiecałam sobie, że w tym roku będzie inaczej. Będziemy siedzieć w knajpkach i beztrosko sączyć ostatni łyk wina, nigdzie nie będziemy się spieszyć, nie będę biegać po sklepach w poszukiwaniu kolejnych ciuchów i stanę się boginią spokoju i wyciszenia.

O 21.00 mamy samolot do Barcelony. Wymarzone miejsce mojego męża na spędzenie wakacji. Dwa tygodnie zwiedzania i opalania. Na szczęście jedziemy bez gromady znajomych i rodziny. Nie będzie trzeba paradować przed nimi w stroju kąpielowym na plaży, dostosowywać się do rytmu i nastroju ich dzieci... Mamy z Bartkiem tak strasznie mało czasu dla siebie, że myśl o wakacjach prawie sam na sam jest ekscytująco przyjemna.

O 19.00 podjeżdża wyściełana przetartą skórą z baranicy taksówka, obwieszona choinkami w różnych aromatach i rocznikach. Otyły kierowca, z tłustymi włosami ułożonymi grzebieniem w równe rządki przypominające pole szparagów przed sezonem, zamiera, gdy dostrzega nasze bagaże. Dwie ogromne walizki i dwie podręczne, nieświadome znalezienia się w centrum uwagi, dumnie wypinają opasłe brzuchy.

Mimo że zamawiając transport na lotnisko, uprzedzaliśmy o niestandardowym wymiarze bagażu i prosiliśmy o podstawienie odpowiedniego samochodu, najwidoczniej mamy kłopot. Volkswagen jest co prawda i duży, i kombi, ale w bagażniku ma jeszcze większą butlę na gaz. Kierowca uprzejmie nas uprzedza, że przy tak dużym bagażu dolicza ekstrastawkę za dodatkową eksploatację samochodu (sic!), i zaczyna rytualny taniec z walizami, usiłując wcisnąć je do bagażnika w pionie, w poziomie, na i obok siebie. Oczywiście bez powodzenia... A czas płynie spokojnie i jakoś nie chce ominąć naszej czwórki. Po kuriozalnej propozycji, by jedną z waliz położyć na siedzeniu i na niej usiąść albo jechać z nią na kolanach... poddajemy się.

Wkurzeni ładujemy się do mojego samochodu i docieramy na lotniskowy parking w lekkim stresie, czy zdążymy się odprawić. Oczywiście moja bogini spokoju i radości idzie na daleki spacer, a jej miejsce zajmuje demon!

Na lotnisku jak zwykle ścisk i panika w oczach podróżnych. Każdy nerwowo poszukuje informacji na temat bramki, lotu, część osób podróżujących tanimi liniami na siłę upycha torby w testowych stojakach, sprawdzając, czy spełniają wymogi bagażu podręcznego, rodzice wrzeszczą na podekscytowane dzieci. Każdy chce być pierwszy! Urządzamy wyścigi, rozpychając się łokciami nawet po komunijny opłatek w kościele, a co dopiero tutaj. O dziwo, ledwo powłóczące nogami starsze panie nabierają entuzjazmu i nowych sił, by zdążyć pod ołtarz przed sąsiadką. Zupełnie jakby ksiądz miał limitowaną liczbę hostii w kielichu. A może ma?

Uwielbiam przechodzenie przez bramki bezpieczeństwa i kretynów, którzy podejrzewają, że w grubych na trzy milimetry klapkach przenoszę ładunek wybuchowy, podczas gdy ostatnio przegapili maleńki gaz łzawiący upchnięty przez Jacha w kieszeni kurtki wrzuconej na dno plecaka.

Tym razem jest inaczej. Tradycyjnie trzeba zdjąć buty, wyłożyć cały sprzęt elektroniczny itd., gdy nagle funkcjonariusz stwierdza, że mam zapakowane w plecaku jakieś butelki z płynami, które nie spełniają standardów. W duchu śmieję się w głos: oczywiście, że nic nie mam. Świadoma, co wolno, a czego nie, spakowałam wszystkie kosmetyki do bagażu głównego, a resztę w przezroczyste minibuteleczki i transparentną kosmetyczkę. Ale gdy każe mi otworzyć boczną kieszeń, śmiech zamiera mi na ustach, a lekka panika spina kręgosłup. Urzędnik z całą powagą sytuacji i lekką nonszalancją spogląda na mnie jak na idiotkę i kolejno wyjmuje z trudem zdobyte miniatury szamponu, odżywki i maski do włosów. Gwałtownie przestaję myśleć o nim „kretyn”, bo już wiem, że spędzę wakacje z fryzurą à la Tina Turner. Moje splątane loki nie poddają się żadnym innym kosmetykom! Stojąca obok Klara lekko blednie i cichutko mówi:

– Przepraszam.

– Klaro, przecież prosiłam, żebyś schowała to do dużej walizki!

– No tak, ale ona była tak daleko, mamusiu. Przepraszam, nie chciałam!

I co zrobić? Chciałoby się wrzeszczeć, ale ludzie patrzą. W głębi ducha robi mi się żal małej i moich włosów, więc idę wypić kieliszek czerwonego wytrawnego wina. Po alkoholu lepiej znosi się lot. Kiedyś tak myślałam, dziś już to wiem.

Sączę trunek i przyglądam się współtowarzyszom podróży. Dziwne zgromadzenie. Urlopowicze mieszają się z tymi, którzy wyruszają albo wracają do Barcelony zawodowo. Polskiego turystę rozpoznaję na odległość. Co prawda już tylko część, nadal niestety znakomita, zasuwa na wakacje w wygodnych sandałach na rzepy i skarpetach, ale i tak łatwo nas rozpoznać. Męskie sandały w niewielkim stopniu zostały wyparte przez wygodne mokasyny, tylko dlaczego, na miłość boską, noszone ze skarpetami do pół łydki? Nieustająco elektryzuje mnie widok kobiety w zbyt luźnych albo zbyt małych szpilkach, z których wysuwają się na posadzkę zdziwione palce, przypominające stado węszących na niskim wietrze ogarów mocno trzymanych na przykrótkiej smyczy.

Kontemplację przerywa mi siedząca obok rodzina. Matka nieustannie pokrzykuje na około czteroletnie bliźniaczki, które swą ruchliwością sprawiają wrażenie, że jest ich co najmniej czwórka.

– Kasia, siadaj! Marysia, nie bij siostry! Kasia, nie lej sokiem po sukience! Przestańcie się kłócić!

Urocze. Jacy jesteśmy nieskrępowani i swobodni, wszędzie czujemy się jak w domu... Spoglądam na Klarę, która od piętnastu minut z wypiekami na twarzy usiłuje ułożyć w jednym rzędzie pięć kolorowych kulek na mojej komórce. Janek, wyluzowany, ze słuchawkami na uszach słucha muzyki i dyskretnie, ledwie zauważalnym ruchem warg przesyła mi całusa. Bartek z przymkniętymi powiekami i wyciągniętymi przed siebie nogami wygląda, jakby drzemał. Zawsze podziwiam jego spokój i możliwość zaśnięcia w każdych okolicznościach.

Zamykam oczy i delektuję się myślą o najbliższych dwóch tygodniach. Mamy za sobą bardzo ciężki, skomplikowany zawodowo czas i trudno nam było uzbierać pieniądze na ten wyjazd. Tym bardziej postanawiam docenić każdą chwilę i wyssać z każdego dnia, ile tylko się da. Postanawiam, że ani dzieci, ani Bartek nie będą mnie wkurzać, nie dam się sprowokować drobiazgom. Ommm!

Wreszcie wpuszczają nas do samolotu. Klaustrofobiczne cholerstwo, w którym mam się czuć komfortowo. Nienawidzę latania. Nie żebym się bała, no, może trochę, ale to tylko wtedy, gdy lecę sama, bo zamartwiam się, co będzie z Klarą i facetami, jak mnie zabraknie (gdy lecimy razem, to razem spadniemy i w zasadzie nie ma się czym przejmować), ale świadomość, że przez najbliższe godziny muszę siedzieć z ciasno upchniętymi nogami, jest mało optymistyczna. Nudziarstwo i niewygoda, przez które trudno mi przebrnąć nawet z dobrą książką.

Gdy samolot podrywa się do lotu, zasycha mi w gardle, w uszach czuję nieprzyjemne naprężenie, a siedząca obok Klara zaczyna marudzić. Uwielbiam chwilę, gdy nabieramy prędkości, i ten lekki dreszcz niepewności i nadziei hazardzisty, że się uda. Głos przekory szepcze z tyłu głowy, że może jednak nie. To tak jak bać się burzy, siedząc w wygodnym fotelu bezpiecznie ukrytym w domu.

Zamawiamy z Bartem buteleczkę wina i snujemy plany, co musimy, co powinniśmy i co możemy zobaczyć w Barcelonie. Odprężam się na tyle, że jestem zaskoczona, jak szybko mija lot.

Znieczuleni trunkami usiłujemy wykulać się z walizami z sali przylotów, lawirując w tłumie. Dzieci człapią za nami i po chwili grzecznie stoimy w kolejce do taksówki. Nasze miłe Hola! nie robi wrażenia na kierowcy, który jeszcze nie wie, że to jedyne słowo, które jesteśmy w stanie wydukać w jego ojczystym języku. Nasz angielski jest dla niego równie abstrakcyjny jak dla nas hiszpański. Porozumiewamy się jak mucha z parapetem, stukając palcem w ulotkę, i dajemy się zawieźć za jedyne trzydzieści osiem euro do dzielnicy gotyckiej, na La Ramblę 108.

W taksówce czuję się nieswojo. Nie dość, że samochód nie liczy dwudziestu lat, to brak w nim dziwnych odświeżaczy powietrza, kierowca zaś nie jest zaskoczony wielkością naszych walizek, które bez najmniejszego problemu mieszczą się w bagażniku. Nie śmierdzi papierosami, a wysiadając, nie muszę odklejać się od tapicerki.

Tłum ludzi na najruchliwszej ulicy miasta wskazuje, że jesteśmy na miejscu, i to w szczycie sezonu. Przechodnie patrzą na nas i nasze walizy z wyższością zaawansowanego turysty, który już wie, co gdzie jest, i niejedno wino w okolicznej knajpce wypił. Poza tobołami niewątpliwie zdradza nas, nowo przybyłych, biel wystających z krótkich spodenek nóg, groteskowo odcinająca się na tle opalonych ciał.

Jest już noc i naprawdę czuję się zmęczona. W hotelu, a w zasadzie w apartamencie (jak ekskluzywnie brzmi, i to tylko za sprawą mikrokuchni połączonej z salonem), czeka na nas agentka, bynajmniej nie po to, by pokazać, jak działa klimatyzator i inne gadżety, ale zainkasować opłatę za pobyt. Młode latynoskie stworzenie odziane w lateksową minisukienkę, z wyraźnie odciśniętymi zbyt małymi stringami i obcisłym stanikiem bezlitośnie pomnażającym wałeczki na korpusie, bardziej przypomina dobrze wysmażoną i powiązaną sznurkiem roladę niż erotycznie atrakcyjnego wampa. Pewna swych walorów błyszczącym różowym paznokciem zakreśla na umowie kółka, wpatrując się intensywnie w oczy mojego małżonka. Hello! Ja też tu jestem! Bartek dla odmiany jest tak przejęty, że musi prowadzić konwersację w języku nadal mu nieco obcym, iż nie dostrzega wysiłków panny. Zazwyczaj, mimo że po angielsku mówię słabiej niż on, jestem wypychana, by uzyskać wszelkie informacje telefoniczne i pogadać z kelnerami itd. Przez chwilę bawię się oglądaną sceną. Wreszcie postanawiam włączyć się do akcji i zwrócić na siebie uwagę. Strzelam siarczystego focha, że mieszkanie jest małe, na zdjęciach wyglądało inaczej i po kuchni też spodziewałam się czegoś innego. Panna, wyrwana z romansowego transu, żegna się pospiesznie, zostawiając na stole dwa komplety kluczy. Pytam Bartka, czy widział, w co to stworzenie się przyoblekło i jak mu się przyglądało, ale mój zagubiony małżonek robi wielkie oczy i pyta, o co mi chodzi.

Jesteśmy tak zmęczeni pakowaniem i składaniem rzeczy przed wyjazdem, że padamy jak ćmy pod żarówką, i sama nie wiem, czy przytłumione odgłosy imprezy są mglistym wspomnieniem pobytu w hali odlotów czy rzeczywistością…

2

Dostępne w wersji pełnej.

3

Dostępne w wersji pełnej.

4

Dostępne w wersji pełnej.

5

Dostępne w wersji pełnej.

6

Dostępne w wersji pełnej.

7

Dostępne w wersji pełnej.

8

Dostępne w wersji pełnej.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej.